Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 547 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 5 min Lektor: Tadeiusz Falana

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 5 min Lektor: Tadeiusz Falana

Opis ebooka Pentagram - Jo Nesbo

Harry po kolejnej wpadce alkoholowej otrzymuje wypowiedzenie, ale z uwagi na okres urlopowy zostaje jeszcze włączony do śledztwa, które prowadzi Tom Waaler. Hole podejrzewa Waalera o związek ze śmiercią koleżanki-policjantki, Ellen Gjelten, ale wciąż nie ma na to dowodów. Harry Hole tropi seryjnego mordercę, który zastrzelonym przez siebie ofiarom odcina kolejne palce u rąk, a na miejscu zbrodni zostawia znak - Pentagram...

Opinie o ebooku Pentagram - Jo Nesbo

Fragment ebooka Pentagram - Jo Nesbo

Fragment

1  PIĄTEK. JAJKA

Kamienicę zbudowano w roku 1898 na gliniastym podłożu, które od zachodu odrobinę się poddało, więc teraz woda łatwo pokonała próg pod drzwiami od strony zawiasów. Spłynęła na podłogę sypialni i mokrym strumykiem pobiegła po dębowym parkiecie, stale podążając na zachód. W lekkim zagłębieniu klepek strumyk na moment się zatrzymał, ale zaraz pod naporem większej ilości wody pomknął jak wystraszony szczur ku listwie pod ścianą. Tam woda rozlała się już na obie strony, szukając, jak gdyby węsząc pod listwą, aż znalazła szczelinę pomiędzy krańcem klepek a ścianą. W szczelinie leżała pięciokoronowa moneta z profilem króla Olafa, wybita w roku 1987. Rok później moneta wypadła z kieszeni stolarza, ale to były czasy wzrostu gospodarczego, wiele strychów przerabiano na mieszkania i stolarzowi nie chciało się szukać pieniążka.

Woda nie potrzebowała długiego czasu na znalezienie drogi pod parkietem. Nie licząc zalania w roku 1968, tym samym, w którym w kamienicy wymieniono dach, świerkowe deski bowiem schły i kurczyły się nieprzerwanie od roku 1898, więc teraz szpara między dwiema położonymi najbliżej ściany wynosiła pół centymetra. Przez tę szparę woda lała się na jedną z belek i spływała po niej coraz dalej w kierunku zachodnim, wnikając w ścianę zewnętrzną. Tam wsiąkała w wapienny tynk i zaprawę, którą ponad sto lat wcześniej sporządził mistrz murarski i ojciec pięciorga dzieci, Jacob Andersen. Podobnie jak inni murarze w Oslo, w owym czasie również Andersen przygotowywał zaprawę i tynk według własnego przepisu. Nie dość że stosował swoje wyjątkowe proporcje mieszanki wapna, piasku i wody, to jeszcze uzupełniał ją specjalnymi składnikami: końskim włosiem i świńską krwią. Jacob Andersen żywił bowiem przekonanie, że włosie i krew nadają zaprawie dodatkowej trwałości. Nie on sam to wymyślił, jak wyjawił swoim niedowierzającym kolegom po fachu. Jego ojciec i dziadek, Szkoci, używali tych samych składników, tyle że owczych. I chociaż Andersen porzucił swoje szkockie nazwisko i przybrał nazwisko mistrza, u którego terminował, to nie widział powodu, by rezygnować z doświadczenia gromadzonego przez sześćset lat. Niektórzy murarze uważali, że to niemoralne, inni twierdzili, że zawarł pakt z diabłem, ale większość po prostu go wyśmiewała. Być może właśnie Andersen jako jeden z ostatnich rozpowszechniał historię, która miała na dobre zakorzenić się w rozrastającym się mieście nazywanym w owych czasach Kristianią. Otóż pewien woźnica z Grünerløkka poślubił kuzynkę z Värmland i razem przeprowadzili się na Seilduksgata, do pokoju z kuchnią w jednej z kamienic, w których budowie uczestniczył Andersen. Pierwsze dziecko małżonków nieszczęśliwie przyszło na świat z czarnymi kędziorami i piwnymi oczami, a ponieważ oboje byli jasnowłosi i niebieskoocy, a mężczyzna ponadto miał naturę zazdrośnika, pewnej nocy skrępował żonę, zaniósł ją do piwnicy i zamurował w ścianie. Jej krzyki skutecznie stłumiły grube mury, gdy stała związana, wciśnięta pomiędzy dwie warstwy cegieł. Mąż być może sądził, że kobieta udusi się z braku powietrza, ale murarze umieli zadbać o odpowiednią wentylację. Nieszczęsna w końcu zaatakowała mur zębami. Działanie to nie było być może całkiem pozbawione sensu, gdyż Andersen, Szkot, ponieważ wykorzystywał krew i włosie, to jednocześnie uważał, że może dzięki temu zaoszczędzić na wapnie, w wyniku tego powstał porowaty mur, który poddał się atakowi mocnych värmlandzkich zębów. Cechująca jednak kobietę żarłoczność życia sprawiła niestety, że brała zbyt duże kęsy zaprawy i cegieł. Nie była w stanie ani ich pogryźć, ani przełknąć, ani wypluć, i piasek, drobny żwir i kawałki wypalonej gliny zatkały jej w końcu tchawicę. Zsiniała na twarzy, serce zaczęło bić wolniej i przestała oddychać.

Większość ludzi powiedziałaby, że umarła.

Według legendy jednak smak świńskiej krwi sprawił, że nieszczęsna kobieta wciąż uważała, że żyje. Nagle bez najmniejszego wysiłku wyzwoliła się z pęt sznura, którym była związana, przeszła przez ścianę i zaczęła straszyć. Niektórzy starzy ludzie z Grünerløkka wciąż pamiętają historię z dzieciństwa o kobiecie z głową świni, która wieczorami krążyła po ulicach z nożem i obcinała głowy dzieciom, zbyt późno wracającym do domu; musiała bowiem nieustannie czuć smak krwi, by całkiem nie zniknąć. Bardzo niewielu natomiast znało nazwisko murarza, więc mistrz Andersen dalej przyrządzał bez przeszkód swoją zaprawę o szczególnym składzie. Kiedy trzy lata później przy murowaniu ścian kamienicy, w której teraz płynęła woda, spadł z rusztowania, pozostawiając po sobie dwieście koron i gitarę, do czasu, gdy murarze zaczęli w mieszankach cementu używać sztucznych przypominających włosie włókien, a w pewnym laboratorium w Mediolanie stwierdzono, że mury Jerycha wzmocniono krwią i sierścią wielbłądzią, miało upłynąć jeszcze blisko sto lat.

Większość wody nie wsiąkała jednak w ścianę, lecz spływała w dół, bo woda, tchórzostwo i żądza zawsze poszukują najniższego punktu. Pierwszą porcję wody wchłonęła grudkowata pylista glinka tworząca izolację pomiędzy warstwami belek, lecz wody wciąż dopływało więcej. Glinka wreszcie się nasyciła, a wtedy woda przedarła się przez nią, mocząc gazetę „Aftenposten” z 11 lipca 1898, prorokującą, że wysoka koniunktura w branży budowlanej Kristianii prawdopodobnie osiągnęła już szczyt i można mieć nadzieję, iż pozbawionych skrupułów spekulantów nieruchomościami czekają wreszcie gorsze czasy. Na stronie trzeciej pisano, że policja wciąż nie natrafiła na żaden ślad w sprawie morderstwa młodej szwaczki, którą tydzień wcześniej znaleziono zakłutą nożem w łazience. W maju nad rzeką Aker odkryto zwłoki dziewczyny zabitej i okaleczonej w podobny sposób, ale policja odmawiała odpowiedzi na pytanie, czy te dwie zbrodnie należy ze sobą łączyć.

Woda przeciekła przez gazetę i przelała się między znajdującymi się pod nią deskami podsufitki na pomalowane farbą olejną płótno. Ponieważ podczas zalania w roku 1968 uległo ono perforacji, woda przesączała się przez otworki, tworząc krople, które wisiały tak długo, aż zrobiły się dostatecznie duże, by siła ciążenia pokonała siłę wiązań powierzchniowych. Odrywały się i swobodnie spadały z wysokości trzech metrów i ośmiu centymetrów. Tam woda wreszcie się zatrzymywała. W wodzie.

Vibeke Knutsen mocno pociągnęła papierosa i wydmuchała dym przez otwarte okno na czwartym piętrze. Było popołudnie, gorące powietrze unosiło się znad spieczonego słońcem asfaltu na podwórzu i podrywało rozwiewający się dym w górę jasnoniebieskiej fasady. Zza domu od czasu do czasu dochodziły odgłosy samochodu przejeżdżającego zwykle tak uczęszczaną Ullevålsveien. Teraz jednak, w okresie urlopowym, można było odnieść wrażenie, że miasto jest po ewakuacji. Na parapecie leżała mucha ze sztywno wyciągniętymi nogami. Zabrakło jej rozumu, żeby uciec przed upałem. W części mieszkania wychodzącej na Ullevålsveien było chłodniej, ale Vibeke nie lubiła widoku w tamtą stronę. Na Cmentarz Zbawiciela. Pełen słynnych ludzi. Słynnych zmarłych ludzi. Na parterze jej domu był sklep, w którym sprzedawano „pomniki”, jak głosił szyld, czyli nagrobki. To się chyba nazywa bliskość rynku zbytu.

Vibeke przyłożyła czoło do chłodnej szyby. Cieszyła się, gdy zrobiło się ciepło, lecz ta radość prędko przeminęła. Już teraz tęskniła za chłodnymi nocami i za ludźmi na ulicach. Dzisiaj w galerii było pięcioro klientów przed lunchem i troje po. Z nudów wypaliła półtorej paczki papierosów, serce zaczęło jej łomotać, a gardło miała tak wysuszone, że ledwie mogła mówić, gdy zadzwonił szef z pytaniem, jak idzie. Mimo wszystko, gdy tylko zdążyła wrócić do domu i nastawić ziemniaki, znów głód nikotyny zaczął ją ssać.

Rzuciła palenie dwa lata temu, gdy związała się z Andersem. Wcale jej o to nie prosił. Przeciwnie. Gdy poznali się na Gran Canaria, poprosił nawet, by poczęstowała go papierosem, ot tak, dla zabawy. A kiedy zamieszkali razem, zaledwie w miesiąc po powrocie do Oslo, to jedną z pierwszych rzeczy, jaką powiedział, było to, że odrobinę biernego palenia ich związek musi przecież wytrzymać. I że naukowcy prowadzący badania nad rakiem z całą pewnością przesadzają. I że z czasem na pewno przyzwyczai się do zapachu dymu, którym przesiąkają ubrania. Dzień później Vibeke podjęła decyzję. Gdy Anders po kilku dniach przy obiedzie zauważył, że już dawno nie widział jej z papierosem, odpowiedziała, że właściwie nigdy nie była nałogową palaczką. Uśmiechnął się, pochylił nad stołem i pogłaskał ją po policzku.

– Wiesz, Vibeke, przez cały czas miałem takie wrażenie.

Usłyszała bulgotanie w garnku za plecami i popatrzyła na papierosa. Jeszcze trzy pociągnięcia. Wzięła pierwsze. Nie poczuła żadnego smaku.

Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy właściwie znów zaczęła palić. Może w ubiegłym roku, mniej więcej wtedy, gdy Anders zaczął wyjeżdżać w tak długie podróże służbowe? A może około Nowego Roku, odkąd prawie co wieczór zostawał w pracy po godzinach? Czy to dlatego, że była nieszczęśliwa? Czy w ogóle była nieszczęśliwa? Przecież nigdy się nie kłócili. Nie sypiali też już prawie ze sobą, ale to dlatego, że Anders tyle pracował. Tak powiedział i porzucił temat. Nieszczególnie jej tego brakowało. Kiedy od czasu do czasu odbywali niezbyt namiętne stosunki, miała wrażenie, że jego i tak przy niej nie ma. Doszła więc do wniosku, że i jej może przy tym nie być.

Ale się nie kłócili. Anders nie lubił, gdy ktoś podnosił głos.

Vibeke spojrzała na zegarek. Kwadrans po piątej. Gdzie on się podziewa? Zazwyczaj przynajmniej uprzedzał, że się spóźni. Zgasiła papierosa, wyrzuciła go na podwórze, odwróciła się do kuchenki i zajrzała do ziemniaków. Wbiła widelec w największy. Prawie gotowe. Na powierzchni wrzącej wody unosiło się kilka malutkich czarnych grudek. Dziwne. Ciekawe, czy to z ziemniaków, czy z garnka?

Akurat próbowała sobie przypomnieć, do czego używała go ostatnio, gdy otworzyły się drzwi wejściowe. Z przedpokoju dobiegł zdyszany oddech i odgłos zrzucanych butów. Anders wszedł do kuchni i otworzył lodówkę.

– I co? – spytał.

– Kotlety siekane.

– Okej... – Ton głosu podniósł się na koniec w znaku zapytania. Vibeke mniej więcej wiedziała, co oznacza: „Znowu mięso? Nie powinniśmy częściej jadać ryb?”.

– Na pewno będą dobre – dodał Anders obojętnie i pochylił się nad garnkiem.

– Co ty robiłeś? Jesteś cały mokry od potu.

– Wieczorem nie będę mógł trenować, więc pojechałem rowerem nad Sognsvann i z powrotem. Co to za grudki w wodzie?

– Nie wiem – odparła Vibeke. – Dopiero teraz je zauważyłam.

– Nie wiesz? Przecież kiedyś byłaś prawie kucharką?

Błyskawicznym ruchem wyciągnął dwoma palcami jedną z grudek i zaraz włożył ją do ust. Vibeke wpatrywała się w tył jego głowy. W rzadkie brązowe włosy, które początkowo tak jej się podobały. Zadbane, odpowiednio przystrzyżone, z przedziałkiem na bok. Wyglądał wtedy tak porządnie. Jak człowiek, który ma przed sobą przyszłość. Nie tylko dla jednej osoby.

– Czym to smakuje? – spytała.

– Niczym – odparł, wciąż pochylony nad kuchenką. – Jajkami.

– Jajkami? Ja przecież umyłam ten garnek...

Urwała nagle. Anders się odwrócił.

– Co się stało?

– Kapie – wskazała na jego głowę.

Zmarszczył czoło i dotknął ręką włosów. Potem jak na komendę oboje odchylili głowy i popatrzyli na sufit. Na białym sklepieniu wisiały dwie krople. Vibeke, która miała krótki wzrok, pewnie w ogóle by ich nie dostrzegła, gdyby były całkiem przezroczyste. Ale nie były.

– Wygląda na to, że Camilla ma potop – stwierdził Anders. – Idź do niej, a ja ściągnę dozorcę.

Vibeke wpatrywała się w sufit zmrużonymi oczyma, a potem popatrzyła na grudki w garnku.

– Boże – szepnęła, czując, że serce znów zaczyna jej się tłuc w piersi jak zającowi.

– Co się tym razem stało? – spytał Anders.

– Idź po dozorcę i razem zadzwońcie do Camilli. Ja w tym czasie zatelefonuję na policję.

2  PIĄTEK. PLAN URLOPÓW

Budynek Policji, główna siedziba Komendy Okręgowej Policji na Grønland, położony był na wzgórzu w paśmie ciągnącym się od Grønland w stronę Tøyen i roztaczał się z niego widok na wschodnią część ścisłego centrum miasta. Wybudowano go ze szkła i stali w roku 1978. Nie skłaniał się w żadną stronę, idealnie trzymał poziom, a architekci, Telje, Torp i Aasen, otrzymali dyplom. Telemonter, który zakładał kable w dwóch długich skrzydłach biurowych, wysokich na siedem i dziewięć pięter, dostał zasiłek i stek wyzwisk od ojca, gdy spadł z rusztowania i złamał kręgosłup.

„Od siedmiu pokoleń jesteśmy murarzami i balansujemy między niebem a ziemią, dopóki siła ciążenia nie przyciśnie nas do ziemi. Mój dziadek próbował uciec przed tym przekleństwem, ale towarzyszyło mu nawet na drugi brzeg Morza Północnego. W dniu, w którym się urodziłeś, poprzysiągłem sobie, że twój los będzie inny. Wierzyłem, że mi się to udało. Telemonter! Czego, do cholery, może szukać telemonter sześć metrów nad ziemią!”.

Tego dnia po miedzianych drutach właśnie w tych przewodach, które układał jego syn, sygnał z pogotowia policji przebiegł przez stropy kolejnych pięter odlane z fabrycznej mieszanki cementu i dotarł do biura naczelnika wydziału policji Bjarnego Møllera. W Wydziale Zabójstw na szóstym piętrze Møller akurat się zastanawiał, czy się cieszy, czy martwi zbliżającym się urlopem z rodziną w domku letniskowym, który wynajęli w Os pod Bergen. Os w lipcu z dużym stopniem prawdopodobieństwa oznaczało paskudną pogodę. Wprawdzie Bjarne Møller właśnie w tej chwili nie miał nic przeciwko zamianie fali upałów zapowiadanej dla Oslo na odrobinę mżawki, lecz znalezienie zajęcia dla dwóch bardzo energicznych chłopców w ulewnym deszczu, kiedy ma się do dyspozycji jedyny środek pomocniczy w postaci talii kart, w której brakuje waleta kier, mogło być prawdziwym wyzwaniem.

Bjarne Møller rozprostował długie nogi i podrapał się za uchem, słuchając informacji.

– Jak to odkryli? – spytał.

– Przeciekło do sąsiadów – odparł głos dyżurnego. – Dozorca z sąsiadem zadzwonili do mieszkania. Nikt im nie otworzył, ale drzwi nie były zamknięte na klucz, więc weszli do środka.

– W porządku. Wyślę dwóch naszych ludzi.

Møller odłożył słuchawkę, westchnął i przeciągnął palcem po liście dyżurów, leżącej pod plastikiem na biurku. Połowy wydziału brakowało. Tak było każdego roku w okresie urlopowym. Nie oznaczało to jednak szczególnego zagrożenia dla mieszkańców Oslo, gdyż miejscowi bandyci najwyraźniej również cenili urlop w lipcu, który okazywał się wyraźnie martwym sezonem pod względem przestępstw będących w kompetencji Wydziału Zabójstw.

Palec Møllera zatrzymał się przy nazwisku Beate Lønn. Wybrał numer do Wydziału Techniki Kryminalistycznej na Kjølberggata. Nikt nie odebrał. Zaczekał, aż połączenie zostanie przekazane do centrali.

– Beate Lønn jest w laboratorium – poinformował go młody głos.

– Mówi Møller z Wydziału Zabójstw. Proszę ją znaleźć.

Czekał. To Karl Weber, od niedawna emerytowany szef Wydziału Techniki Kryminalistycznej, ściągnął Beate Lønn z Wydziału Napadów do technicznego. Møller traktował to jako kolejny dowód teorii neodarwinistów głoszących, że jedyną siłą napędową każdego osobnika jest pragnienie przekazania dalej własnych genów. A tych, zdaniem Webera, Beate Lønn najwyraźniej miała dużo. Wprawdzie na pierwszy rzut oka Karl Weber i Beate Lønn mogli wydawać się bardzo różni. Weber był rozgoryczony i kłótliwy, Beate cicha, trochę szara myszka, która po ukończeniu Wyższej Szkoły Policyjnej czerwieniła się, gdy tylko ktoś się do niej odezwał. Ale ich geny policyjne były najwyraźniej identyczne. Oboje zaliczali się do tego samego ogarniętego pasją gatunku policjantów, który, zwietrzywszy zwierzynę, potrafi odciąć się od wszystkiego i wszystkich, skupić na jednym śladzie, jednej poszlace, nagraniu wideo, niewyraźnym rysopisie, aż w końcu zaczyna to przynosić sens. Złe języki twierdziły, że miejsce Webera i Lønn jest w laboratorium, a nie wśród śledczych, gdzie znajomość psychiki człowieka była mimo wszystko ważniejsza aniżeli odcisk buta czy luźna nitka pochodząca z kurtki.

Weber i Lønn zgadzali się co do twierdzeń dotyczących laboratorium, protestowali zaś przeciwko temu, co mówiono o odciskach butów i pojedynczych nitkach.

– Lønn, słucham.

– Cześć, Beate. Mówi Bjarne Møller. Przeszkadzam?

– Oczywiście. Co się dzieje?

Møller wyjaśnił jej krótko i podał adres.

– Wyślę też dwóch moich chłopaków – dodał.

– Kogo?

– Zobaczę, kogo mi się uda znaleźć. Urlopy, sama wiesz.

Møller odłożył słuchawkę i znów zaczął przesuwać palcem wzdłuż listy.

Zatrzymał się na nazwisku Toma Waalera.

Rubryka przeznaczona na wpisanie daty urlopu była pusta. Nie zdziwiło to Bjarnego Møllera. Od czasu do czasu można było odnieść wrażenie, że komisarz Tom Waaler nigdy nie bierze urlopu, ba, że wręcz prawie nigdy nie śpi. Jako śledczy stanowił jeden z najmocniejszych atutów wydziału, zawsze obecny, zawsze zaangażowany i prawie zawsze skuteczny. I w przeciwieństwie do drugiego asa wydziału, na Waalerze można było polegać, miał kartotekę bez jednej plamki i był szanowany przez wszystkich. Krótko mówiąc, podwładny jak marzenie. A zważywszy na bezdyskusyjne zdolności przywódcze Toma, w kartach zapisane też było, że pewnego dnia, gdy przyjdzie na to czas, Waaler zastąpi Møllera na stanowisku NWP, naczelnika wydziału policji.

Dzwonek telefonu Møllera przedarł się przez ścianki działowe.

– Słucham, Waaler – odpowiedział mu dźwięczny głos.

– Tu Møller. Mamy...

– Momencik, Bjarne, muszę tylko skończyć inną rozmowę.

Bjarne Møller czekając, bębnił palcami w blat biurka. Tom Waaler miał szansę na to, by zostać najmłodszym w dziejach naczelnikiem Wydziału Zabójstw. Czy z uwagi na wiek Møller od czasu do czasu odczuwał pewien niepokój na myśl o tym, że odpowiedzialność za pracę wydziału miała przejść akurat na Toma Waalera? A może chodziło o te dwa zdarzenia z bronią? Komisarz dwukrotnie sięgnął po broń podczas aresztowania i jako najlepszy strzelec w siłach policyjnych za każdym razem oddał śmiertelny strzał. Møller wiedział jednak również, że przy wyborze nowego naczelnika wydziału paradoksalnie właśnie te dwa zdarzenia mogły ostatecznie zadecydować na korzyść Toma. Śledztwo prowadzone przez SEFO, Wydział Kontroli Wewnętrznej, nie ujawniło niczego, co mogłoby podważyć twierdzenie, że Tom Waaler strzelał w samoobronie. Przeciwnie, w obu wypadkach wykazano działanie w dobrej wierze i zdolność właściwego reagowania w sytuacjach krytycznych. A jakie lepsze świadectwo można dać człowiekowi ubiegającemu się o stanowisko szefa?

– Przepraszam, Møller. Rozmawiałem przez komórkę. W czym ci mogę pomóc?

– Jest sprawa.

– Nareszcie.

Dalsza część rozmowy zakończyła się w ciągu dziesięciu sekund. Teraz brakowało już tylko ostatniego człowieka.

Møller myślał o sierżancie Halvorsenie, ale z listy wynikało, że jest na urlopie w rodzinnym Steinkjer.

Sunął palcem dalej w dół listy. Urlop. Urlop. Zwolnienie.

Naczelnik wydziału westchnął ciężko, gdy palec zatrzymał się przy nazwisku, którego miał nadzieję uniknąć.

Harry Hole.

Samotnik. Pijak. Enfant terrible wydziału. Ale obok Toma Waalera najlepszy śledczy na całym szóstym piętrze. Gdyby nie to, w połączeniu z faktem, że Bjarne Møller przez lata wypracował w sobie coś w rodzaju perwersyjnej skłonności do nadstawiania karku za tego obdarzonego wyjątkowym wzrostem alkoholika, Harry Hole już dawno wyleciałby z policji. Normalnie Harry byłby pierwszą osobą, do której Møller by zadzwonił i której zleciłby tę robotę, ale sytuacja nie była normalna.

A raczej: była bardziej nienormalna niż zwykle.

Szczyt nastąpił przed czterema tygodniami. Po tym, jak Harry zimą wrócił do starej sprawy zabójstwa Ellen Gjelten, swojej najbliższej koleżanki, która zginęła nad rzeką Aker, stracił zainteresowanie dla wszystkich innych śledztw. Problem polegał na tym, że sprawa Ellen była dawno wyjaśniona. Harry popadał jednak w coraz groźniejszą manię i Møller, szczerze mówiąc, zaczął się już niepokoić o jego równowagę psychiczną. Miesiąc temu Harry stawił się u niego i zaprezentował swoje spiskowe teorie, od których włos się jeżył na głowie. Gdy jednak przyszło co do czego, nie potrafił przedstawić żadnego dowodu ani chociażby uprawdopodobnić swoich fantastycznych oskarżeń przeciwko Tomowi Waalerowi.

A potem Harry po prostu zniknął. Po kilku dniach Møller zadzwonił do restauracji U Schrødera i potwierdziło się to, czego się obawiał: Harry znów pękł. Møller wpisał go na listę osób przebywających na urlopie, żeby jakoś zatuszować jego nieobecność. Kolejny raz. Z reguły Harry dawał znak życia po tygodniu. Tym razem minęły już cztery. Urlop się skończył.

Møller popatrzył na słuchawkę telefonu, potem wstał i podszedł do okna. Dochodziło pół do szóstej, a mimo to park przed Budynkiem Policji był niemal całkiem wyludniony, pozostali jedynie pojedynczy czciciele słońca, którzy stawiali czoło upałowi. Na Grønlandsleiret siedziało paru właścicieli sklepów, skrytych wraz ze swoimi warzywami w cieniu markiz. Nawet samochody, pomimo zerowego ruchu, jeździły jakby wolniej. Møller odgarnął włosy z czoła w nawyku, który towarzyszył mu przez całe życie, a który, jak twierdziła jego żona, powinien wreszcie zarzucić, bo mógł zacząć być podejrzewany o próbę układania pożyczki. Naprawdę nie miał innej alternatywy niż Harry? Møller śledził wzrokiem pijaka idącego chwiejnym krokiem w dół Grønlandsleiret. Przypuszczał, że pijak będzie próbował wejść do Ravnen. Przypuszczał, że go tam nie wpuszczą. Przypuszczał, że skończy w barze Boxer. W tym samym miejscu, w którym postawiono ostateczną kropkę w sprawie Ellen. I być może w sprawie policyjnej kariery komisarza Holego. Møller znalazł się pod presją, musiał w najbliższym czasie podjąć jakąś decyzję, co zrobić z problemem pod tytułem „Harry Hole”. Ale to później. Na razie chodzi o bieżącą sprawę.

Podniósł słuchawkę i pomyślał, że właśnie przydziela Harry’ego i Toma Waalera do tego samego śledztwa. Okres urlopowy to niezłe gówno. Elektryczny impuls opuścił wzniesiony przez zespół TeljeTorp-Aasen pomnik społeczeństwa porządku i zaczął dzwonić gdzieś, gdzie rządzi chaos. W mieszkaniu na Sofies gate.

3  PIĄTEK. PRZEBUDZENIE

Krzyknęła jeszcze raz i Harry Hole otworzył oczy. Słońce wpadało między leniwie powiewającymi zasłonami, a wycie tramwaju hamującego na Pilestredet z wolna zamierało. Harry próbował się zorientować. Leżał na podłodze we własnym pokoju. Źle ubrany, ale ubrany. Nie pełen życia, ale żywy.

Pot pokrywał mu twarz jak gruba warstwa szminki, a serce uderzało lekko i szybko jak piłeczka pingpongowa odbijająca się od cementowej posadzki. Gorzej było z głową.

Harry zawahał się przez moment, nim zdecydował, by jednak dalej oddychać. Sufit i ściany kręciły się wokół niego, ale w mieszkaniu nie było ani obrazka, ani górnej lampy, na której mógłby zatrzymać się wzrok. Gdzieś na krańcu pola widzenia wirował Ivar – regał na książki z Ikei, oparcie krzesła i zielony stolik-ława z komisu. Ale przynajmniej nic mu się już nie śniło.

To był znów ten sam stary koszmar. Harry przygwożdżony, nie będąc w stanie się poruszyć, bezradnie starał się zamknąć oczy, żeby nie patrzeć na jej otwarte usta wykrzywione w bezgłośnym krzyku. Na wielkie wpatrzone w pustkę oczy, z których biło nieme oskarżenie. Kiedy był mały, śniła mu się Sio, młodsza siostra. Teraz zastąpiła ją Ellen Gjelten. Kiedyś krzyki były nieme, teraz brzmiały jak zgrzyt metalowych hamulców. Nie wiedział, co jest gorsze.

Leżał całkiem nieruchomo i przez zasłonę patrzył na rozedrgane słońce wiszące nad ulicami i kamienicami na Bislett. Letnią ciszę przerywał jedynie tramwaj. Harry nie mrugał. Wpatrywał się tylko, aż słońce zmieniło się w żółte podskakujące serce, tłukące się o cienką mlecznoniebieską błonę pompującą upał. Kiedy był mały, matka mówiła mu, że dzieciom, które patrzą wprost na słońce, wypala ono wzrok i muszą już później przez całą dobę do końca życia chodzić ze słońcem w głowie. Właśnie tego teraz próbował. Chciał, by słońce wypaliło wszystkie inne obrazy. Na przykład obraz zmiażdżonej głowy Ellen na śniegu przy rzece Aker i pochylający się nad nią cień. Od trzech lat usiłował złapać ten cień. Ale to też mu się nie udało. Akurat w chwili, gdy sądził, że już go ma, wszystko poszło w diabły. Nic mu się nie udało.

Rakel...

Harry ostrożnie podniósł głowę i popatrzył na martwe oko automatycznej sekretarki. Nie zdradzało przejawów życia w ciągu tych tygodni, które upłynęły od chwili jego powrotu do domu ze spotkania z naczelnikiem Biura Kryminalnego i Møllerem w Boxerze. Prawdopodobnie i je wypaliło słońce.

Cholera, ależ tu gorąco!

Rakel...

Teraz to sobie przypominał. W pewnym momencie twarz we śnie zmieniła się w twarz Rakel. Sio, Ellen, matka, Rakel. Twarze kobiet. W jednostajnym stale pompującym i pulsującym ruchu zmieniały się i stapiały ze sobą.

Harry jęknął i opuścił głowę na parkiet. Dostrzegł butelkę balansującą na krawędzi stołu nad jego głową. Jim Beam from Clermont, Kentucky. Zawartość zniknęła. Wyparowała. Ulotniła się. Rakel. Zamknął oczy. Nic nie zostało.

Nie miał pojęcia, która godzina. Wiedział jedynie, że jest za późno. Albo za wcześnie. Że to i tak niedobry moment na to, by się obudzić. A raczej na to, żeby spać. O tej porze dnia coś powinno się robić. Powinno się pic.

Podniósł się na kolana.

Coś zawibrowało mu w spodniach. Zorientował się, że właśnie to go obudziło. Uwięziona ćma rozpaczliwie tłukąca skrzydłami. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął komórkę.

Tytuł oryginału Marekors
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Sylwia Mazurkiewicz-Petek
Korekta: Agnieszka Dacuń-Skowronek
Redakcja techniczna: Jolanta Krawczyk
Copyright © Jo Nesbø 2003
Published in arrangement with Salomonsson Agency.
Polish editions © Publicat S.A. MMXIII (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Wydanie elektroniczne 2013
ISBN 978-832-459-328-6
Wydawnictwo Dolnośląskie
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
oddział Publicat S.A. w Poznaniu
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66
e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl
www.wydawnictwodolnoslaskie.pl
Konwersja i edycja publikacji