Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Pobiedziskach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 593
Rok wydania: 1972
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jest na początku Gymnadenii scena, która wyjaśnia jej tytuł — i nie tylko tytuł: wczesną wiosną, każdego ranka, młodziutki Paul biegnie w głąb ogrodu matki, gdzie mają po raz pierwszy zakwitnąć białe dzikie storczyki — gymnade-nie. Oczekuje z żarliwą niecierpliwością; nosi pod powiekami obraz cudownego, tajemniczego białego kwiatu — czystej, tryumfującej nadziei. Któregoś dnia w wazonie na biurku zastaje nędzny, rachityczny, bru-dnozielony badylek: to była gymnadenia.
Paul wstępuje w życie: nieograniczone możliwości, nieśmiałe jeszcze — i już ogromne romantyczne oczekiwania. Życie to dla niego przede wszystkim sprawy największe: ojczy-
Gymnadenia
WARSZAWA
SIGRID UNDSET
Gymriadenia
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Część druga
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Gymriadenia
Przełożyła z niemieckiego Maria Morstiri-Górska
INSTYTUT WYDAWNICZY • PAX • 1972
Tytuł oryginału norweskiego GYMNADENIA imi
Obwolutę i okładkę projektowała Ewa Frysztak
22'I./-13.5-3
Część pierwsza
Rozdział 1
P aul zjawił się w ostatniej chwili z garstką zapóźnionych podróżnych, którzy, nie zatrzymując się przy kiosku z gazetami, biegli prawie kłusem przez ciemną halę stacji. Przestali się jednak spieszyć widząc, że pociąg stoi jeszcze w słońcu, wyrzucając spokojnie kłęby dymu w lśniący błękit wiosennego nieba.
W oknie jakiegoś przedziału mignęła mu twarz matki. Julie zapukała w szybę, ale Paul udał, że jej nie zauważył, i przeszedł dalej.
Pociąg ruszał z miejsca. Chłopak skoczył na platformę najbliższego wagonu. Otworzył drzwi — korytarz był zatłoczony, wszystkie przedziały pełne. Uderzyła go zmieszana woń farby, dymu tytoniowego i ciżby ludzkiej. Cofnąwszy się na platformę nasunął głęboko na oczy gimnazjalną czapkę i oparł się o ścianę wagonu, trzymając ręce w kieszeniach spodni, a tornister pod pachą.
Pociąg pędził z łoskotem. Na czarnej wilgotnej ziemi błyszczące linie szyn uciekały w dal przed oczyma Paula, gubiąc się raz po raz wśród zwałów węgla i szop z drzewem albo znikając nagle pod wagonami.
W takim usposobieniu jak dzisiaj — niepotrzebny sobie i zniechęcony aż do dna serca — widział wszystko wokół siebie najostrzej. Jakże pięknie odbijały choćby te złociste mlecze od pożółkłej zimowej trawy, rosnącej na zboczach nasypu kolejowego! Wszystkie barwy, które wydobywały się spod topniejącego śniegu, były takie delikatne i świeże! Blask pogodnego dnia rozjaśniał wyblakłe ściany żółtych, zielonych i czerwonych domków w Ekeberg i nadawał ich starym dachówkom ton ciemnego brązu. Sosny na górach olśniewały wzrok mocną oliwkową zielenią, a nagie jeszcze gałązki drzew liściastych nabierały w tym jaskrawym wiosennym świetle odcieni fioletu. Woda tak lśniła w słońcu, że fiord wydawał się prawie biały. Niebo promieniało czystym błękitem; małe chmurki, przesycone blaskiem, żeglowały po nim jako zwiastuny pogody.
„Niewątpliwie — myślał Paul — matka zorientowała się, że zauważył ją i umyślnie wyminął wagon, w którym siedzieli tamci. Oczywiście domyślała się, dlaczego właśnie dziś tak postąpił, i z pewnością ją to dotknęło.
Ale, do diabła, mogła chyba przewidzieć, jak on przyjmie ten nowy pomysł, żeby Tua codziennie chodziła do ojca ćwiczyć na fortepianie Lillian. Nie mógł tam przecież siedzieć razem z nimi i przysłuchiwać się, jak Tua paple o ojcu, Lillian i jej instrumencie. Doprawdy, siostra nie posiadała za grosz dumy — słyszał ją raz mówiącą o Lillian jako o swej macosze. Piękna mi macocha! On w skrytości ducha nazywał ją „fałszywym krokiem" ojca. Bufetowa ze statku! Przejął to przezwisko od Rudolfa Hagena — obdarzali nim rozkołysaną blondynkę, którą spotykali codziennie w drodze do szkoły. Określało ono także doskonale żonę jego ojca. Co prawda Lillian nie zawsze miała takie słomiano-żółte włosy... Mógłby się założyć, że są farbowane! A te jej różowe i mięsiste uszy, w które wśrubowywała wielkie białe perły! Na pewno nosiła je specjalnie dla niego. Wygląda na wystrojoną bufetową; brrr, ta bezustanna uprzejmość właścicielki pensjonatu! W rzadkich wypadkach, gdy musiał bywać u niej, czuł się więc jak na letnisku. Ojciec zorganizował ten pensjonat dla siebie. Umiała dobrze gotować. Ho, hol Tego by brakowało, żeby nawet pitrasić nie potrafiła! Jeszcze dojdzie do tego, że Tua będzie brać u niej lekcje sztuki kulinarnej..."
Pociąg zwolnił biegu i dudniąc przejeżdżał wiaduktem Ljanu. Paul spojrzał na płynący w głębi strumień. Korony wierzb były złotawe i szarosrebrne od bazi, a pod nimi trawa na stokach zaczynała się już zielenić. Uczuł znów lekki, przyjemny dreszcz przenikający całe ciało — wrażenie, którego doznawał zawsze, ilekroć stojąc na otwartej platformie przejeżdżał pociągiem przez ten wysoki żelazny most. W pokrywających góry lasach lśnił żółtawy nalot młodych pędów szpilkowych i widok ten, jak co roku, wprawił go w rozkoszny wiosenny nastrój. Nad nimi niebo było błękitne, błękitne... Teraz pociąg zostawił już most za sobą i wjeżdżał w skalisty przełom, na którego ścianach Paul odnajdywał żyły ulubionego czerwonego granitu. We wszystkich mokrych wgłębieniach rosły kępki puszystego od wilgoci mchu; krzaczki wrzosów, uwolnione od ciężaru śniegu, unosiły się wiosennie świeże, a w jednym miejscu wybłysły nawet spod świerków kwitnące przylaszczki. Codziennie przejeżdżał tą drogą i z tymi wszystkimi szczegółami wiązała go dawna zażyłość. Dzisiaj jednak i one nie były w stanie odwrócić jego uwagi od nowego, nieprzyjemnego pomysłu rodziców.
Zdawał sobie sprawę, że matka, nalegając na utrzymywanie dobrych stosunków między dziećmi a ojcem, robiła to jedynie dla nich, dla zapewnienia im przyszłości. Ale powinna była zrozumieć, że Paul postanowił przebijać się przez życie tak, jak gdyby ojciec już nie żył. Pragnął tylko, aby mu oszczędzono raz na zawsze konieczności mówienia o nim i jego nowej żonie. Czegóż by nie dał za to, ażeby matka okazywała więcej dumy i mogła się zdobyć na zupełne zerwanie z nimi!
Tymczasem Tua dwa razy w tygodniu miała chodzić do ojca, jeść z nimi obiad, ćwiczyć na fortepianie i wracać do domu pociągiem o siódmej. Ten nowy projekt powstał oczywiście tylko dlatego, żeby wiedziano, gdzie się zatrzymuje w mieście. Przebywała ostatnio z tak okropnymi przyjaciółkami... Spotykał ją idącą z całą tą bandą na muzykę wojskową i to także nie sprawiało mu radości. Tua nie wyglą- » dała zbyt reprezentacyjnie spacerując tam i z powrotem, ze ^ śmiechem przerzucając ku tyłowi swoje warkocze i robiąc z siebie podlotka, z czym wcale nie było jej do twarzy. Po prostu nie powinno się jej pozwalać tam chodzić...
Czyż ta prawie dorosła dziewczyna nie mogłaby wracać zaraz po szkole do domu pociągiem o czternastej dwadzieścia i zabierać ze sobą Sigmunda? Dlaczego wszyscy czworo musieli zostawać w mieście i czekać przeszło godzinę na wyjście matki z biura, a potem jechać z nią całym stadem
do domu? .
To już zakrawało na dziwactwo. Miał powyżej uszu tycn familijnych powrotów. Codziennie rano i po południu siedzieć tak rzędem — pięcioro w przedziale, jak na uroczystej rodzinnej fotografii! Matka w drodze do miasta zawsze po-arążona w lekturze książki, a w powrotnej — gazety. Dzieci z podręcznikami szkolnymi. Mały Sigmund, który chodził do drugiej klasy, nie mógł zazwyczaj skupie uwagi, wyglą
dał oknem, przeszkadzał innym i zadawał ciągle pytania, na które matka odpowiadała nie podnosząc oczu znad książki: „Ucz się tego, co masz zadane, moje dziecko!"
W zeszłym roku, kiedy był jeszcze uczniem pierwszej klasy i nie musiał przychodzić do szkoły przed godziną dziesiątą, matka zaciągała go z sobą do sklepu, pozwalając mu tam oglądać czasopisma zagraniczne. Nie dziw, że chłopiec przyzwyczaił się w najdziwniejszy sposób spędzać czas między zakończeniem lekcji a pójściem na dworzec. Przesiadywał w bibliotece publicznej albo włóczył się po muzeach. Stawał się dziwakiem i w sposób przerażający różnił się coraz bardziej od innych dzieci.
Oni wszyscy byli jacyś inni od ogółu ludzi... Paula dręczyło zawsze niejasne poczucie, że w każdym z nich — w matce, w nim samym i w młodszych braciach — było coś szczególnego, co zwracało na nich uwagę. Byli inni i żyli jakoś inaczej.
Do jego klasy chodziło jeszcze dwóch chłopców, którzy byli synami rozwódek. Ale matka Fredrika mieszkała na Skowegu, miała telefon, urządzała przyjęcia i była pod każdym względem podobna do innych pań. Nie zdawał sobie sprawy, czy Fredrik kochał matkę — w każdym razie wydawał się od niej niezależny. Matka Toralfa wyszła powtórnie za mąż, mieszkała w Danii, a ojciec w Bordeaux; Toralf był wychowywany przez babkę i dwie ciotki, które strzegły go i pieściły — mimo to za ich plecami robił wszystko, co chciał.
Za to Paul czuł, że osobowość matki otaczała go jakby niewidzialną siecią. Jej wola, jej energia w wyrażaniu swoich przekonań, jej niecierpliwa aktywność — Bóg wie, co się tam jeszcze w niej kryło — to wszystko oplatało go tysiącem nitek, które zbiegały się w jej ręku i na których prowadziła go, dokąd chciała. Nigdy nie rozkazywała ani nie robiła wymówek — była przecież tak przeraźliwie wol-nomyślna — a jednak, nie wiadomo czemu, myśl o niej nie opuszczała go ani na chwilę. Stawał się niepewny i onieśmielony, doznając tajemnego wstydu, ilekroć, nawet bez jej wiedzy, myślał albo robił coś, co przypuszczalnie mogło się jej nie podobać. Nigdy nie dowiadywała się o nic ani nie wypytywała o różne sprawy, o których matki zazwyczaj chciały koniecznie wszystko wiedzieć. Mój Boże! Czyż nie był z niej dumny? Pojmował, że była inna niż tamte zwyczajne matki i za nic nie chciałby mieć innej. Mimo to jakby cierpiał z tego powodu, że różniła się od nich wszystkich.
W każdym razie nie znał żadnej matki, która mając sklep jeździłaby co dzień do miasta ze swoją gromadką dzieci i zbierała je znowu na dworcu pod swoje skrzydła, ażeby razem z nimi wracać do domu. Nie słyszał też o żadnej innej kobiecie, która by mogła kupić nowo wybudowany i jeszcze nie otynkowany dom stojący w gołym polu, potem jak mężczyzna sama go wykończyć, wszystko dopasować i zbić razem, ziemię wokoło skopać, nawieźć i obsiać, aż pole przekształciło się w piękny ogród. Bóg widzi, że jest z niej dumny — któż byłby w stanie zdziałać tyle co ona...
Ponadto była niezwykle oczytana i wiedziała mnóstwo rzeczy, o których zwykle kobiety nie mają pojęcia.
Paul zdawał sobie także sprawę, że powierzchowność matki zwraca na siebie uwagę. Miała takie wielkie, ciemne i błyszczące oczy i włosy o niespotykanym brązowym odcieniu, połyskliwe i jakby żarzące się na wypukłościach fal. Były tej samej barwy co kasztany świeżo wyjęte z kolczastej łupiny. Jej suknie też wyglądały jakoś inaczej niż stroje innych kobiet, chociaż nie ubierała się ekscentrycznie, jak na przykład matka kolegi Hagena.
Ojciec — ten wyglądał jak wszyscy, chociaż i on nie był pozbawiony pewnej dystynkcji. Teraz, odkąd sobie zafundował nową żonę, utonął już ostatecznie w przeciętności. Ach, do diabła! Paul patrzył na nich oboje z góry i zazdrościł im, czując w głębi duszy, że właśnie takim jak oni wiele będzie oszczędzone na tym świecie. W gruncie rzeczy, w najgłębszym zakątku serca, kochał matkę z pewnego rodzaju dziką dumą — równocześnie jednak gnębiło go przeświadczenie, że zwracała na siebie ogólną uwagę.
Pociąg zatrzymał się wreszcie. Paul stał na platformie drugiego wagonu, przejechał więc daleko za peron stacji. Zobaczył matkę i rodzeństwo idących ku wyjściu. Nie czekali na niego ani oglądali się za nim. Od razu zmieszał się i zdenerwował; poszedł wolnym krokiem za nimi. Hans ruszył boczną drogą ku poczcie, podczas gdy matka, Tua i Sig-mund szli dalej gościńcem, nie obejrzawszy się ani razu w jego stronę. Gdy minęli budynki kolejowe, Paul pobiegł kłusem, ażeby ich dogonić.
Matka dosłyszała jego kroki i przystając odwróciła się ku niemu.
— Dobry wieczór, mamo.
— Dobry wieczór — odrzekła i skinęła głową. — O mało nie spóźniłeś się dzisiaj na pociąg, Paul?
— Jeszcze zdążyłem. Odprowadziłem tylko Hagena, a potem zatrzymała mnie jakaś przerwa w ruchu tramwajowym.
— Odprowadziłeś tego nieznośnego bęcwała? — zaczęła Tua. — Nie rozumiem, jak możesz z nim przebywać.
— Lepiej pilnuj swojego nosa! — Paul rzucił się chciwie na sposobność kłótni z siostrą, ażeby odwlec podjęcie tematu, którego się lękał. — Powinnaś raczej uważać na siebie, moje dziecko. Te przyjaciółki, którymi się otaczasz...
Siostra nie odpowiedziała jednak na jego zaczepkę i rozmowa musiała nawrócić do drażliwego przedmiotu.
— Mam dla ciebie pozdrowienia od ojca i Lillian. Pytała, dlaczego ich nigdy nie odwiedzasz.
Paul milczał. Tua mówiła dalej z widocznym zadowoleniem:
— Mamy tam pójść wszyscy razem w niedzielę.
Paul szedł obok nich bez słowa. W rowach przydrożnych wykwitały z zeschłej trawy gwiazdki spirei — zwrócił uwagę na ich czerwoną barwę. Na łące nad małym stawkiem stało kilka starych wierzb o koronach pokrytych rozkwitłymi złociście baziami. Nagły powiew wiatru rozbił ten kawałeczek niebieskiego zwierciadła — woda na chwilę pociemniała i pofałdowała się mnóstwem zmarszczek.
— W niedzielę muszę powtarzać matematykę — rzekł wreszcie.
— Próżnowałeś całą wiosnę — odrzekła siostra — możesz więc i w tę niedzielę nic nie robić.
— Właśnie dlatego muszę się uczyć. Wkrótce będziemy mieli klasówkę.
— A już, klasówka! Nigdy jeszcze nie troszczyłeś się o nią.
Matka szła obok nich prowadząc za rękę Sigmunda. Nie powiedziała ani słowa.
Siedzieli i pili na werandzie kawę. Tua wróciła już do pokoju i Paul zbierał się do odejścia.
— Posiedź jeszcze trochę — rzekła matka i zaczęła go wypytywać o sprawy szkolne. Paul odpowiadał lękając się dalszego ciągu, który miał nieuchronnie nadejść.
— Uważam, Paul, że powinieneś jednak pójść do ojca w niedzielę. Już bardzo dawno nie byłeś tam, prawda?
— Słyszałaś przecież, nie mam czasu.
— No tak, jeżeli nie masz czasu...
Założyła nogę na nogę i zaplotła ręce na kolanie.
— Muszę naprawdę powtórzyć matematykę.
— Istotnie, trzeba się kiedyś uczyć.
Matka uśmiechnęła się do niego. Miała śliczne, bardzo czerwone usta i mocne piękne zęby. Toteż uśmiech przydawał jej uroku, chociaż uwydatniał wszystkie zmarszczki jej śniadej twarzy. Ciemne oczy uśmiechały się nabierając jeszcze większego blasku.
Julie Selmer miała czoło niskie i szerokie, ale twarz jej zwężała się stopniowo aż do małej, delikatnej brody. Robiła jeszcze wrażenie młodej kobiety — była postawna i okazała, chociaż teraz prawie chuda. Nie dokładała żadnych starań, żeby nie wyglądać na swój wiek, miała jednak w sobie dotąd coś promiennego i bujnego, mimo tych czworga dzieci, z których dwoje było już prawie dorosłych.
— Jeżeli nie masz czasu, to trudno...
— Wiesz, mamo, to, czego się człowiek uczy w wagonie, nie trzyma się jakoś głowy.
— Wierzę — przyznała poważniejąc nagle.
— Naturalnie, jeżeli ty chcesz wyjechać...
Zdarzało się, że gdy wszystkie dzieci były u ojca, matka wybierała się do jednej z przyjaciółek, której kiedy indziej nie miała czasu odwiedzić.
Paul czuł się związany słowem i przesiedział całe przedpołudnie niedzielne w swoim pokoju, próbując kuć matematykę. Przez okno widział matkę: z gołą głową, w starej spódnicy i wiatrówce, kopała w ogrodzie. Miał wielką ochotę jej pomóc. Wiosną najbardziej lubił taką pogodę jak dzisiaj. Wielkie szaroniebieskie kłęby chmur pędziły po niebie. Chwilami przebijało przez nie słońce i w jego jaskrawym i ostrym świetle wszystko stawało się nagle złote. Wiatr huczał i szumiał w lasku przylegającym do ich ogrodu, a stojące za murem brzozy śmigały w powietrzu długimi cienkimi gałązkami, które otaczała już lek ka mgiełka pączków i młodego listowia. Po drugiej stronie ogrodu ciągnęło się aż do gościńca wielkie pole pokryte lśniącym zielonym nalotem. Szosa nie była stąd widoczna, ale za każdym porywem wiatru podno-siły się z niej tumany kurzu, oznaczające jej kierunek.
Paul siedział nad otwartą książką z głową ukrytą w dłoniach. Gdyby nie to nieszczęsne zaproszenie, poszedłby znanymi sobie ścieżkami leśnymi nad jezioro Gjer. Miał taką ochotę iść tam właśnie teraz, gdy śnieg leżał na zacienionych stokach i w lesie można było wdychać rozkoszne, chłodne powietrze, jeszcze nie przesycone zapachem rozgrzanej ziemi i rozwijających się roślin. Ach, ta woń butwiejących gałęzi, śniegu i zimnej wody!
Postanowił zajrzeć do geometrii — będzie to, bądź ca bądź, weselsze od daremnych żalów. Matka wróciła do domu, z kuchni napływała przyjemna woń tłuszczu i pieczeni. Cieszył się na rychły obiad.
Kiedy matka weszła do pokoju, Paul przeglądał książkę z zadaniami geometrycznymi. Dotknęła lekko jego -karku.
— No, jak ci tam idzie? Chodź jeść, mój drogi.
Przebrała się na obiad w swoją czarną suknię niedzielną, z przezroczystą białą chusteczką wokół szyi.
Nad szerokim pasmem białych kafli ściany jadalni były pomalowane na jasny liliowoniebieski kolor. Meble Julie kazała polakierować na żółto. Na gzymsie wzdłuż ścian stał żółty fajansowy serwis, z drobnym, wypukłym białym wzorem — była z niego dumna, bo przywiozła go z rodzinnego domu.
Kiedy zasiadali do stołu, słońce zaglądało do jadalni, a białe muślinowe firaneczki falowały lekko na wietrze. W blasku południa był to czarujący pokój. Paul wchłaniał jego miłą atmosferę, zajadając ze smakiem niedzielny obiad. Było mu przyjemnie siedzieć z matką — nie miał jej jednak nic do powiedzenia. Jadł odpowiadając tylko na pytania. Za to matka mówiła o różnych sprawach — przeważnie o szkole i ogrodzie.
— Jest tak wietrznie... Może tu wypijemy kawę, Paul, a nie na werandzie.
Sprzątnął nakrycia ze stołu, a matka tymczasem zdjęła z gzymsu imbryk i filiżanki do kawy. Jak daleko sięgała pamięć dzieci, użycie żółtego serwisu oznaczało zawsze jakąś uroczystość albo święto. Zapaliwszy papierosa Julie poczęstowała nimi również syna.
— Mamo — rzekł Paul puszczając kółka w powietrze — nie mam ochoty uczyć się po południu. Czy masz coś do roboty w ogrodzie? Może mógłbym ci w czymś pomóc?
Matka uśmiechnęła się patrząc na syna swymi wielkimi oczyma.
— Dziękuję ci. Jeżeli masz trochę czasu, sprawi mi to wielką przyjemność.
Wysiewała nasiona na grządki, a Paul strugał małe drewienka i nakładał na nie opróżnione torebki. Wbijał je później w ziemię na końcu każdej grzędy, chociaż matka i tak pamiętała, co zostało na nich posiane. Potem wywiózł w kąt ogrodu kilka taczek zeszłorocznych badyli.
Zaczynało się ściemniać — powała chmur zgęstniała i zszarzała, wiatr się uciszył.
— Myślę, że w nocy będzie padać — rzekła matka. — Byłabym z tego bardzo rada!
Podłożyła zapałkę pod stos zeschłych łodyg. Uniósł się gęsty żółtawy dym; przyjemna woń płonącego zielska połechtała Paulowi nozdrza. Matka stała oparta o grabie, ciemna jak Cyganka w swej wiatrówce i powalanej ziemią spódnicy. Czerwony trzaskający ogień wzbił się z płonącej kupy badyli i oświecił jej postać. Teraz dym opadł, z ogniska wydobywały się długie, falujące języki płomieni, a małe białe iskry unosiły się w drgającym od żaru powietrzu, tak że matka i syn musieli usunąć się nieco.
Z dziecinnym zapałem Paul pobiegł po dalszy zapas zeschłych łodyg. Przy każdym dorzuconym naręczu wzbijał się na chwilę gęsty żółty dym, potem błyskał czerwony i świecący ogień.
— Przestań już, Paul, zresztą trzeba schować na inny raz. Malcy też chcieliby zobaczyć palące się wieczorem ognisko.
Przysiadła na darni, Paul koło niej. Najchętniej byłby się przyczołgał do matki i złożył głowę na jej kolanach, tak jak to czynił Sigmund. Powstrzymał jednak ten odruch czułości.
— Chodź — rzekła nagle — pójdziemy pod mur zobaczyć, co tam wschodzi.
Od strony lasku, wzdłuż kamiennego ogrodzenia, ciągnął się kawałek gruntu, którego Julie wcale nie uprawiała.
Stało tam kilka brzóz i na wpół zapadniętych w ziemię głazów skalnych, a w bujnej, wysokiej i dzikiej trawie rosły krzaki jałowca i głogu. Matka nasadziła tam dużo leśnych kwiatów — pierwiosnków, przylaszczek, fiołków i konwalii.
Teraz szła wolnym krokiem w tę stronę i raz po raz schylała się ku ziemi. Odgarniała palcami długie zeschłe źdźbła, szukając nowych pędów. Paprocie wznosiły swoje ślimakowato zwinięte liście, a w ciepłym zakątku pomiędzy głazami znalazła pęk pachnących fiołków.
— Jestem bardzo ciekawa, czy wyrosną gymnadenie, które posadziłam tu w zeszłym roku.
— Gymnadenie? — rzekł Paul. — Czy to rodzaj storczyków?
— Tak, białe pachnące storczyki. Zeszłego roku dostałam kilka bulw od Halvdana z Ringebu. Ale po przesadzeniu nie zawsze dadzą się wyhodować.
Ściemniało się coraz bardziej — resztki ogniska tliły się czerwonym żarem w szarym zmierzchu wiosennym.
— No, drogi chłopcze, czy nie zdaje ci się, że czas wracać do domu i nastawić wodę na herbatę? Najlepiej zgaś ten ogień, zanim pójdziesz na górę. W nocy znowu może się zerwać wiatr.
Paul leżał na wznak na trawie. Poprzez nagą koronę jabłoni przypatrywał się wolno płynącym ciemnoszarym chmurom. Pojedyncze krople deszczu padły mu na twarz.
Wiatr ustał. Powietrze poruszało się lekko miękkim, wilgotnym powiewem. Przyjście wiosny Paul odczuwał jak coś, co wzbierało, rosło z sekundy na sekundę i przelewało się przez niego, ażeby płynąć dalej...
— Gymnadenia — wyszeptał.
To taka piękna nazwa. Wyobrażał sobie jasne, wosko-wobiałe kwiaty na wysokich łodygach, rosnące pod krzakami jałowca. Widział, jak błyszcząc wznosiły się ponad trawę, tam gdzie rozrastała się najbujniej i gdzie cień był nakrapiany plamkami światła. Pachniały rozkosznie jak maciejka.
— Gymnadenia — powtarzał wciąż cicho. Przewróciwszy się na bok, poczuł w miejscu, na którym przedtem leżał, świeżą, cierpką woń rozgniecionej młodej trawy. — Gymnadenia — szeptał, jakby to było coś, co miało go kiedyś spotkać w życiu. — Gymnadenia, jakie to piękne...
Minęła wiosna, upłynął czerwiec. Dzieci przebyły szczęśliwie okres egzaminów. Paul przeszedł z niezłym świadectwem do trzeciej klasy gimnazjalnej, a Tua zdała celująco egzamin końcowy w szkole średniej. Z tej okazji ojciec i Lil-lian zaprosili ich wszystkich na obiad do eleganckiej restauracji na Holmenkollen.
Dyrektor Selmer chciał zabrać najstarszego syna na wakacje do Skagen. Paul podziękował, ale odmówił; miał odbyć z dwoma kolegami dawno już zaplanowaną dłuższą wędrówkę pieszą. Zamiast niego została więc zaproszona Tua. Była uszczęśliwiona i rozpisywała w listach o tym, jak dobrze się tam czuje, opowiadając szczegółowo o prezentach otrzymanych od ojca i Lillian.
Przez całą wiosnę i początek lata Paul zaglądał często pod krzaki jałowca, żeby zobaczyć, czy nie wschodzą gym-nadeńie. Pojawiły się wreszcie; matka pokazała mu ich młode pędy. Była rada, że chłopiec tak się nimi zainteresował, i snuła z nim projekty założenia na tym skrawku nie-uprawnego gruntu hodowli wszystkich odmian storczyków.
Julie postanowiła całe lato spędzić u siebie w domu z młodszymi chłopcami. W pierwszych dniach lipca Paul wybrał się na trzytygodniową wycieczkę po kraju.
W dniu powrotu stał w swoim pokoju, nacierając się mokrym ręcznikiem, gdy matka zapukała do niego, przynosząc mu czystą bieliznę.
— Widziałeś je? — spytała.
— Co miałem widzieć? — rzekł Paul odbierając bieliznę przez uchylone drzwi.
— Gymnadenie — odparła z uśmiechem. — Są na komodzie. Zaniosłam je do twego pokoju.
Zawinięty w mokry ręcznik podreptał boso we wskazanym kierunku. Stał tam rzeczywiście mały wazonik z kilkoma nędznymi, prawie zielonymi kwiatkami. Paul wziął go do ręki. Ujrzał cienkie łodyżki, a na nich rzadkie, niepozorne, białawe storczyki o bardzo słabym zapachu.
— Czyż nie są urocze? — zawołała matka przez drzwi. Pomyśl, z dwudziestu bulw, które posadziłam, jedenaście zakwitło!
— Tak, są naprawdę urocze — odrzekł Paul.
Był rozczarowany. I to miały być gymnadenie!
Rozdział 2
W lecie weranda stawała się jakby drugim salonem. Cała była opleciona dzikim winem, bluszczem i kapryfolium. Jedynie ze schodów wiodących do ogrodu dostrzegało się przez łuk wycięty w listowiu klomby pełne czerwonych i żółtych kwiatów. Ich ciepłe barwy wydawały się oślepiająco jaskrawe, zwłaszcza kiedy patrzyło się na nie spod chłodnego, zielonego cienia werandy.
Tego lata Paul odbył przeszło pięcioiygodniową wycieczkę po Norwegii. Wrócił do domu pewnego sierpniowego popołudnia tak opalony, że jego kasztanowate włosy wydawały się jaśniejsze od brązowej twarzy. Stare ubranie spełzło do reszty i nabrało koloru zeschłego siana. Przynosił z sobą zapach słońca, przydrożnego kurzu, trzód pasących się na halach i przemoczonych butów sportowych. Przypominał Julie wielkiego psa, leżącego w letnie popołudnie na podwórzu i wygrzewającego się w żarze słonecznym.
Podała obiad na werandzie, a potem poczęstowała dorosłego syna koniakiem z wodą sodową. Siedziała obok niego, uśmiechając się do jego słów, pozornie wpatrzona w swoją robótkę — w rzeczywistości spoglądała ciągle z dumą i radością na tego rosłego chłopaka.
Istotnie wyglądał na tęgiego piechura — taki wielki i szeroki w ramionach. Bez kurtki, w rozpiętej kamizelce, wyciągnąwszy daleko przed siebie nogi w podkutych butach, siedział wygodnie rozparty w starym trzcinowym fotelu, który jęczał i trzeszczał przy każdym jego ruchu. Julie miała ochotę śmiać się ze szczęścia, tak jej się podobał ze swoim niskim, szerokim czołem i brązowymi włosami, którym letnie słońce nadawało złotawy odcień. Układały się w fale, ciągle przyczesywane i krótko strzyżone, nie dające się jednak wyprostować i przygładzić. Opowiadał jej, że w podróży musiał je znów przyciąć, tak mu było gorąco z tą szopą na głowie.
Pod gładkim młodym czołem rysowały się proste linie brwi, zniżające się ostrym łukiem ku skroniom. Oczy miał piękne, jasnoszare z żółtymi światełkami w tęczówkach. Tylko nos jakby nie rósł z resztą twarzy — był prosty i ładny, ale za mały i za krótki. Taki sam miał również jego ojciec nos Erika wyglądał jak nie wyrośnięty. Za to usta
Paula były bardzo ładne — duże, ostro wykrojone, z wąskimi, delikatnie wygiętymi wargami, które były jeszcze młodzieńczo miękkie i bardzo czerwone.
Już kilka lat temu Paul przerósł matkę. Julie sprawiało to jednak zawsze przyjemność, że musiała zadzierać głowę, ilekroć chciała spojrzeć w twarz najstarszemu synowi. Teraz już Hans był jej wzrostu, a i Sigmund zapowiadał się na wysokiego i barczystego chłopca jak Paul. Wszyscy oni stąpali ciężko, wypełniając sobą jej ładny, jasny miniaturowy domek. Urządziła go wyłącznie według własnego smaku w czasach, gdy nastąpiła u niej reakcja przeciw wnętrzom, od których uciekła. Obszerne, ciemne miejskie mieszkania: ogromne wyściełane meble, podobne do jej otyłych zasapanych szwagierek; kaskady kremowych firanek i ciemne aksamitne portiery; ciężkie, niepotrzebne ozdoby z niklu, miedzi i majoliki, urny, wazy i dzbanki, w których nikomu by się nie śniło cokolwiek podawać — same cenne rzeczy, przyniesione jej przez krewnych Erika jako prezenty na ślub, urodziny lub gwiazdkę — to wszystko budziło w niej wówczas uczucie odrazy.
Julie uważała też dom w Linlokka za swoje osobiste zwycięstwo. Osiągnęła przynajmniej to jedno, że wyrwała swoich dużych i silnych synów z tej godnej, nienaruszalnej a szarej odświętności, z tych ciężkich przeładowanych ram, w których w rodzinie ojca musieliby wzrastać. Tak samo i zazdrość Erika drażniła ją i oburzała głównie dlatego, że szła w parze z jego uroczystą głęboko zakorzenioną powagą, której nie zdołała podważyć żadna namiętność. Ta powaga roztaczała się wszędzie: spoczywała w niezliczonych metrach ciemnych pluszowych portier spadających na brązowe drzwi, rozpościerała się na brukselskich dywanach pokrywających podłogi, skłaniała się służalczo w postaci ciężkich wyściełanych foteli, oczekujących na przyjęcie masywnych ciał.
Julie wywiodła swoich synów na światło, powietrze i słońce, nauczyła ich przebywać wśród lasów, kwiatów i zwierząt, obrabiać i malować drzewo. Posłała ich w świat i pozwoliła im wędrować po skałach i wTybrzeżach. Mężczyźni o takiej energii życiowej muszą odczuwać, że nie są dostosowani do zamkniętych przestrzeni. Mogą mimo to kochać swoj dom i wiedziała, że jej synowie .istotnie go kochają. Wszystkie barwy był^.tf^m pogodne i jasYią, linie proste, łagodne i czyste, a przewiewne muślinowe firanki nie tamowały światła i słońca. Chłopcy starali się tu chodzić ostrożnie, nie łamali pod sobą krzeseł, a przynajmniej usiłowali siadać na nich z uwagą. Może nauczą się na całe życie obchodzić się oględnie z delikatnymi i kruchymi przedmiotami, poruszać się cicho i możliwie ostrożnie wśród rzeczy jasnych, ładnych i łatwo podlegających zniszczeniu.
Paul sięgnął po szklankę. Matka nagle chwyciła syna za rękę, żeby móc się nią nacieszyć i widzieć, jak jej własna dłoń jest mała i szczupła w porównaniu z jego brązowym łapskiem, chociaż i jej ręka nie była jak na kobiecą drobna, a z czasem stała się silna i trochę szorstka od ciężkiej pracy.
—■ Wiesz, to naprawdę wielka radość dla mnie mieć znów mojego drogiego chłopaczka w domu.
Paul roześmiał się dobrodusznie. Pewnego dnia matka stanęła między nim a Hansem, wzięła ich obu pod rękę i uśmiechnęła się podnosząc głowę do góry: — Będziecie mnie musieli wkrótce nazywać mamulką — rzekła. Dopóki byli dziećmi, nie zwracała się do nich nigdy pieszczotliwie ani zdrobniale. Teraz, gdy jej się to czasem zdarzyło, synowie widzieli w tym jakby wyraz pewnej rezygnacji. Chociaż śmieli się z tych czułości, były dla nich w rzeczywistości bardzo miłe.
— Hans mógł był pójść z wami, zwłaszcza że, jak się zdaje, nie uprawialiście na serio ani nauki, ani wspinaczki górskiej.
— Tak, szkoda, że się z nami nie wybrał. Od początku byłem tego zdania. Ale jeżeli nie chciał, to trudno.
— Nie mogę pojąć, że nie miałeś ochoty pójść z Nik-kiem i Paulem, Hans.
— Nie miałem — odpowiedział Hans nie odrywając się od książki. Jak zwykle usadowił się na drugim końcu werandy. Stał tam w kącie mocno zniszczony tapczan, ocze-kujący na ostateczną dymisję. Hans lubił siadać na nim z podkurczonymi nogami, trzymając książkę na uniesionych kolanach. Spędzał w tej pozycji niemal całe lato!
Na przyszły rok możecie mnie zabrać — rzekł Sig-mund. Dwunastoletni chłopiec przysunął się razem z krzesłem do matki i kombinował coś z guzików i kawałka gumki, wydobytych z pudełka na przybory do szycia.
— Owszem, możesz pójść z nami i być naszym niewolnikiem.
— Coście robili, zanim doszliście do doliny Hur? _
spytała matka.
Łaziliśmy tu i tam. Ojciec Nikka był właśnie w tych stronach na manewrach.
— Czy musiałeś pożyczyć pieniędzy, Paul?
Podniosła nieco brwi.
Dziesięć koron. Ale ja sam to ureguluję. Napisałem w hotelu w Fagernes krótki artykuł, coś o skałach doliny Halling. A gdybym nie zdołał go umieścić w żadnej gazecie, mogę zawsze sprzedać kilka książek.
Julie roześmiała się potrząsając głową.
— ...Dolina Hur jest przepiękna. Sam brzeg jeziora nie jest może taki dziki ani wspaniały, ale rosną tam potężne stare brzozy i lasy szpilkowa jak z bajek Asbjornsena. Nie spotkaliśmy też ani jednego stada nauczycielek.
— Ach, ty łobuzie — odparła Julie składając swoją robotę. — Sigmund, coś zrobił z guzikami od zimowego płaszcza Tui? Oddaj mi to wszystko. Muszę zajrzeć na chwilę do kuchni.
Przechodząc skorzystała ze sposobności, aby wytargać za czuprynę najmłodszego syna, a potem stanąwszy za Paulem przejechała mu parę razy palcami po włosach.
— W jesieni, gdy będziesz miał dłuższe włosy, chciałabym zobaczyć cię z przedziałem na boku.
— Wykluczone. — Odsunął rękę matki przytrzymując ją jednak przez chwilę w swoich dłoniach. — To okropne, mamo, kiedy włosy tak się kręcą dorosłemu mężczyźnie. Można temu zaradzić tylko obcinając je aż do skóry. A jeżeli nie stoi się za ladą ani nie jest się śpiewakiem...
— Albo pastorem — wtrącił Sigmund.
— Cicho, chłopcy, uspokójcie się!
Julie zniknęła w głębi domu, podczas gdy Tua z przyszłym pastorem, Halsteinem Garnaasem, ukazali się na ścieżce prowadzącej z głębi ogrodu.
— Gdzie matka? — spytała Tua.
— W kuchni. Nie mogła się ciebie doczekać.
— Jak ten czas leci... Czy już tak późno?
Tua wbiegła do pokoju. Młody student teologii opadł na krzesło wachlując się słomianym kapeluszem.
_ jaki to piękny spacer, tam, nad jezioro Melstad.
Wspięliśmy się aż na Lunde.
— Pozwoli pan koniaku z wodą sodową? — zapytał uprzejmie Paul.
Garnaas przygotował sobie szklankę jasnej, słabej mieszaniny i wypił do swego przyszłego szwagra. Paul miał wrażenie, że pił nie z ochoty, ale dlatego, żeby podkreślić swobodę swego sposobu bycia. Starał się o to tak usilnie, iż Paul podejrzewał go przy każdej okazji, że chce zaznaczyć tylko swoją postawę.
Halstein Garnaas był niezwykle przystojnym mężczyzną. W obejściu miał przy tym ujmującą szczerość i chłopięcą świeżość: miękkie, falujące i jasne włosy, zaczesane do góry, lśniły jak aureola nad gładkim i białym czołem, błękitne oczy zdawały się zawsze o coś pytać, takie były okrągłe i szeroko otwarte pod silnie zarysowanymi łukami brwi. Miał małe, czerwone i ładnie wykrojone usta, wydatne mięśnie szczęk i kształtną, okrągłą, energicznie przepołowioną brodę. Był tylko trochę za tęgi, cerę miał mą-czystobladą, chociaż przebywał dużo na świeżym powietrzu, uprawiał różne sporty i przepracował cały rok w warsztatach fabrycznych, aby przestudiować zagadnienia społeczne. Odbył również obowiązkową służbę wojskową.
Teraz zaczął właśnie mówić o niej w związku z planami Hansa, który miał otrzymać w przyszłym roku absolutorium i chciał wstąpić do Wyższej Szkoły Wojennej.
— Przyznaję, że mnie to razi, jeżeli młodzi ludzie z pewnych warstw społecznych mają możność innego odbywania swojej służby wojskowej niż reszta śmiertelników.
— Nonsens, to przecież jedyna możliwość dostarczenia krajowi odpowiednich dowodów. Czy dotyczy to tylko pewnej warstwy społecznej? Mój Boże, z trzech chłopców z mojej klasy, którzy dostali się do Wyższej Szkoły Wojennej, jeden był synem nauczyciela wiejskiego z najbardziej zapadłego kąta kraju, drugi synem urzędnika z południa, a trzeci pochodził z rodziny kupieckiej z Drobak.
Garnaas poczerwieniał aż po samo czoło.
Mam na myśli rzeczywistą klasę robotniczą. Wiem z mojego doświadczenia z okresu służby, ile to krwi napsuć może.
Rzeczywista klasa robotnicza... — Paul wydął wargi. Widzimy zazwyczaj, że ci, którzy są trochę zdolniejsi od innych, pragną się wywindować na przywódców politycznych albo po jakiejkolwiek innej drabinie wspiąć się
0 jeden szczebel w górę. Jeżeli im się to uda, przestają abonować swój organ socjalistyczny, „Socjaldemokratę",
1 zaczynają czytać mieszczański „Aftenposten" stając się większymi burżujami od nas. Naturalnie i ja jestem zdania, że wszyscy ludzie powinni mieć prawo i możność urządzenia sobie życia, jak im się podoba — i pod tym względem jestem również do pewnego stopnia socjalistą. Chodzi tylko o to, jakie są ich dążenia. Nie uważam, żeby różniły się na ogół od pragnień mieszczańskich. Przywodzi mi to na myśl figury gipsowe, odlane według jednej formy. Niektóre z nich nie są jeszcze pomalowane, ale oczywiście mogą się czuć tak samo uprawnione do barwy i złoceń, zamiast leżeć nagie i białe, dopóki nie zszarzeją i nie pokryją się kurzem.
— Widzę, Paul, że nie zdaje pan sobie sprawy z tego, jakie myśli nurtują lud. Tam spotykamy głębokie pragnienie sprawiedliwości i prawdy we wszystkich dziedzinach życia, głęboką tęsknotę za wolnością i doskonalszymi formami bytu.
— Ale pan widocznie nie wie... — Paula drażniło to, że nie mógł się odpłacić młodemu pastorowi zwracając się także do niego po imieniu, gdyż Halsteinowi sprawiłoby to na pewno przyjemność — pan widocznie nie wie o tym, jak pragnienie sprawiedliwości, prawdy i wolności we wszystkich dziedzinach życia nurtuje burżuazję. Różnica polega jedynie na tym, że tam obok tego pragnienia istnieje także głód wyższej stopy życiowej. Dopiero wtedy, gdy ci ludzie sami się nasycą, mogą zdobyć się na to, żeby dać innym dostęp do stołu.
Garnaas uniósł się i chciał zaprotestować. Powstrzymał się jednak i zamiast wybuchnąć, skłonił głowę z powagą. . .. .
— Bardzo mnie to zaciekawia. Więc jest pan socjalistą nie tyle z upodobania do ideałów demokratycznych, ile z braku pociągu do ideałów klas posiadających!
Paul mruknął coś pod nosem.
— Ale ty sam, Paul... Jaki jest właściwie twój ideał? Ku czemu zmierzasz? Nie chcesz mi tego wyznać?
Paul odezwał się potulnie i słodko:
— Niech mi pan daruje, pastorze, ale poproszę, zeby pan nie używał słowa: „ideał". Wprawia mnie ono w takie zakłopotanie...
— Przepraszam. — Garnaas znów skłonił głowę, po czym rzekł równie słodko i łagodnie: — Tak, tak, znam dobrze to uczucie...
Paul zamilkł ż wściekłości i zdumienia. Miał wrażenie, że przeciwnik wytrącił mu broń z ręki. Ale tamten znów utracił osiągniętą pozycję.
— Jesteś oczywiście wolnomyślny jak matka? — Na twarzy Halsteina pojawił się życzliwy uśmiech.
— Ja? Ależ nic podobnego — odpowiedział niechętnie Paul. — O ile wiem, nie ma na świecie rzeczy, w którą bym wierzył.
— Sądzisz, że na to, aby móc się nazwać wolnomyśl-nym, to jest człowiekiem o prawdziwej wolności myśli, trzeba w coś wierzyć?
— W każdym razie uważam, że ci, którzy głoszą, że są wolnomyślicielami, dużo lepiej wiedzą od was, teologów, w co wierzą, a w co nie wierzą.
W tej chwili w drzwiach ukazała się Tua. Przyszła z jadalni, gdzie nakrywała do stołu. Tua nie było ani brzydka, ani ładna — wyglądała niepozornie przy swoich wysokich braciach. Głowa jej wydawała się za duża z powodu grubych ciemnych warkoczy, które upinała w koronę — z przodu kosmyki włosów opadały jej zawsze na czoło. Ale tego lata nawet Tua nabyła jakiejś figlarnej i świadomej siebie kobiecości.
— Halsteinie! — śmiejąc się pogroziła narzeczonemu. — Proszę cię, bądź dobry i nie dokuczaj Paulowi.
Rzuciła bratu spojrzenie pełne siostrzanej złośliwości. Tym razem jednak teolog nie zdołał się tak prędko opanować.
— Ależ Sif, słuchaj, to właśnie twój brat chce mi dokuczyć.
Paul podniósł swój plecak; Sigmund podskoczył z radości, bo wiedział, że brat kupił mu w Valders piękny nóż.
— Hans — zrzędziła gniewnie Tua — że też ty musisz zawsze trzymać nogi na tej nieszczęsnej kanapie! Dopiero co wylatałyśmy ją obie z matką, a teraz wy robicie w niej znowu aziury butami. Już i tak wygląda niemożliwie i tylko wstyd nam przynosi.
— Musi tak wyglądać, to jest już tradycja rodzinna. Nazywamy ją jamą Fagina; pamięta pan, z ,,01ivera Twista" — wyjaśnił Paul gościowi, wychodząc z plecakiem na ramieniu. Sigmund szedł wolno za nim. Odgłos ich ciężkich kroków rozlegał się po całym domu.
Pokój chłopców znajdował się o tej porze dnia po stronie cienia i gdy światło przesączało się przez wielkie brzozy za oknami, panował w nim zimnozielony półmrok. Paul zaczął się przebierać. Stał podtrzymując spodnie rękami i patrzył w rozmarzeniu przez okno, podczas gdy Sigmund szukał zapasowych części od szelek — które powinny przecież leżeć w szufladzie! — i przewracał wszystko do góry nogami, opowiadając równocześnie bratu o swoim projekcie wewnętrznej instalacji telefonicznej, mającej połączyć dom z szopą i kurnikiem.
Pod oknem stał stół gęsto upstrzony plamami atramentu i zarzucony mnóstwem najrozmaitszych gratów, do których dołączyła się jeszcze zawartość przyniesionego plecaka. Paul odsunął je na bok, aby móc usiąść, podniósł flower leżący na podłodze wśród pakuł i gilz, odwiódł kurek i zajrzał do lufy.
— Mówiłem ci, że nie dostaniesz więcej mojego floweru, jeżeli będzie się poniewierał wśród śmieci.
Po stanie łóżka, stojącego w kącie pod załamaniem dachu, można było wywnioskować, że podczas nieobecności Paula bracia używali go jako kanapy. Obok na półce widać było szkolne książki chłopców o zwijających się na grzbietach brudnych papierowych okładkach, utrzymane w charakterystycznym ładzie wakacyjnym. Pod nim leżały odłamki lśniącego czarnego granitu, kilka kawałków gnejsu i miki, wapienie zawierające różne skamieliny i szczególnie piękny okaz porfiru. Koło drzwi stała półka z krzywymi przegródkami, zrobiona własnoręcznie przez Paula, na kartonowe pudełka, w których układał mniejsze bryłki minerałów — ruda miedzi połyskiwała teraz słabo spod warstwy kurzu. Mając lat dwanaście Paul zamęczał się znoszeniem kamieni do swoich geologicznych zbiorów. Zapoczątkował je kawałek granitu z żyłami granatu i rudy miedzi, ofiarowany mu przez ojca w czasach, kiedy rodzice jeszcze żyli razem. W dalszym ciągu Paul chciał zostać geologiem. Miał zdawać końcowy egzamin w szkole realnej, więc od pewnego czasu uczył się nawet dosyć pilnie. Ale w takich chwilach jak teraz miał wrażenie, że te dziecinne zbiory są już tylko wspomnieniem przeszłości — jakąś zabawą pełną skrytych i namiętnych przeżyć.
Obok drzwi, wiodących do pokoju matki, stała stara palisandrowa szafa biblioteczna równie wysoka jak ściana pokoju. Dolne skrzydła były mocno porysowane i obite, ale dzięki górze z ładnym gzymsem na kolumienkach i zielonym firankom za szybami całość jak na studencki pokój wyglądała wspaniale i poważnie. Matka podarowała ją oficjalnie Paulowi i w niej mieściły się wszystkie jego porządniejsze książki — poza tym trzymał w niej naboje i sprzęt sportowy: rzemyki, kije bambusowe i smary do nart.
Czuł w sercu dziwną słodycz i błogość. Sam powrót do domu i znalezienie się znowu pośród tych wszystkich przedmiotów należących do ich wspólnej nory napełniało go beztroskim zadowoleniem.
W saloniku na dole ktoś zaczął grać na fortepianie.
Widziałem cię we śnie idącą w sukni błękitnej jak niebo...
Śpiewał młody Garnaas. Miał bardzo ładny głos. I kiedy Sigmund chwyciwszy przyniesioną przez Hansa harmonijkę zaczął z niej wydobywać chrapliwe tony, Paul przerwał mu natychmiast:
— Daj spokój! Nie rób z siebie idioty!
Naraz przyszło mu do głowy, że chłopiec mógł żle zrozumieć ten brak entuzjazmu, jaki rodzina okazywała wobec narzeczonego Tui. W każdym razie trzeba go powstrzymywać od wszelkich podobnych demonstracji.
Niespodziewanie uświadomił sobie, że Tua pierwsza wy-ciągnęła już dawno logiczne wnioski z głoszonych przez matkę postępowych zasad wychowania. Po zdaniu egzaminu do szkoły średniej nie pytając nikogo o zdanie oświadczyła, że chce przystąpić do konfirmacji. Po maturze zapisała się do jakiegoś stowarzyszenia akademickiego. Nikt z rodziny nie próbował się nawet dowiedzieć, jakie były jego zasady i cele, ale Tua jeździła podczas wakacji na zjazdy tego stowarzyszenia odbywające się w Norwegii i w Danii. Tam zapewne spotkała Garnaasa. Zeszłej zimy Paul widział go parę razy u ojca. Tego lata Tua zapytała matkę wprost, czy może zaprosić swego przyjaciela do Linlokka. Julie odpowiedziała uprzejmie i obojętnie: „Bardzo proszę".
Teraz młody pastor spędzał już piątą niedzielę z rzędu w ich domu. Julie okazywała mu przyjazną tolerancję, a chłopcy szli za przykładem matki. Kilkakrotnie jednak Sigmund przełamywał nakazy tego wychowania — zaczął zdradzać nadmierne zainteresowanie postępowaniem sios-stry, na przykład kiedy Tua i Garnaas obejmując się ramionami chodzili po lasku za domem albo siedząc na werandzie trzymali się za ręce. Ale matka i Hans dali mu do zrozumienia, że taka ciekawość jest bardzo niewłaściwa.
Paul nie wiedział nic o tym, że Garnaas tak się u nich zadomowił — powiedziano mu to dopiero dzisiaj po powrocie do domu. Przyłączył się w tej sprawie od razu do nie wyrażonej opinii matki. Garnaas nie pasował do nich, ale jeżeli odpowiadał Tui, mogła oczywiście robić, co jej się podobało.
W każdym razie śpiewał pięknie.
Równocześnie ze stwierdzeniem faktu, że Tua wyzwoliła się spod władzy matki i ujęła swój los we własne ręce, wyłoniło się wspomnienie niedawnego pobytu z Nikkiem w małym pensjonacie w dolinie Hur. Nabrało ono teraz posmaku nieoczekiwanej przygody — wydało mu się dziwnie przesycone słońcem, latem i jakąś nieznaną słodyczą. Przywiodło mu na myśl spotkanie po raz pierwszy na leśnej dróżce przyjaciółki Ainy... Wielki biały kapelusz zaczepił o gałąź i Paul musiał jej pomóc. Manewrował niezgrabnymi palcami koło sztywnego i chrzęszczącego tiulu, a długie pióro strusie głaskało go leciutko po twarzy. Gdy podniosła rękę, ażeby odpiąć szpilkę, poczuł ciepłą woń jej ciała — uchyliła głowę spod kapelusza i powiał na niego słodki zapach jej włosów. Były jasnopopielate, niesforne, upięte z tyłu głowy w zwoje lśniące na przemian złotem i srebrem. Ten sam zapach unosił się z jej kapelusza, uwolnionego z oplotów gałęzi.
Po południu położyli się wszyscy czworo na łące na kopce siana i pili nagrzany słońcem portwajn. Co chwila źdźbła zeschłej trawy wpadały im do wina, a muchy i komary lepiły się do kieliszków. Nikko i Aina przeszli na drugą stronę kopki i czulili się tam do siebie niby beztroscy narzeczeni. Paul leżał z półotwartymi oczyma, wygrzewając się na słońcu. Trawa łechtała go w kark, było bardzo gorąco i serce waliło w piersi. W całym ciele odczuwał niepokój wywołany bliskością tej wysokiej biało ubranej dziewczyny, leżącej tak blisko, że czuł bijące od niej ciepło, a za każdym jej poruszeniem siano chrzęściło także i pod nim. Wystarczyłoby wyciągnąć nieznacznie rękę, która tak bezwolnie leżała obok niego... Mógł niby przypadkiem dotknąć tej dziewczyny. Pragnął to uczynić, a jednocześnie lękał się tego. Rodziło się w nim nieokreślone marzenie, do którego nie śmiałby się przyznać z obawy, żeby nie być wyśmianym. Było w nim gorące pragnienie przeżycia czegoś niezwykłego i lęk, żeby nie stało się ono żałosnym zawodem, z chwilą gdy spróbuje zmienić je w rzeczywistość.
Chociaż był jeszcze niedoświadczonym chłopcem, wiedział już przecież niejedno o sprawach miłosnych. Stawał się bezustannie ofiarą zaufania — może dlatego, że tak jego przyjaciele, jak i przyjaciółki jego przyjaciół mieli pewność, że nie będzie żądał od nich cierpliwego wysłuchiwania swoich własnych wynurzeń. Kiedy stawali się sentymentalni — na przykład późną nocą i po kilku kieliszkach wina — zaczynali używać słów i zwrotów, które pamiętał ze znanych wierszy i powieści; głuchy, szarpiący ból ściskał mu wtedy serce. Istniała wstrętna dysproporcja między tymi górnolotnymi słowami a rzeczywistością, z jaką mogła się zetknąć ta młodzież w tanich pensjonatach i wynajętych pokojach. Zdawał sobie jednak sprawę, że te zapożyczone i sztuczne wyrażenia były nieraz wypowiadane z akcentem gorzkiej prawdy.
Nie mógł zapomnieć tego okresu z zeszłej zimy, kiedy Nikko zerwał ze swoją pierwszą narzeczoną. Była to kierowniczka jednego z działów fabryki płaszczy — nie bardzo już młoda, zapewne około trzydziestki. Pewnego wieczoru Paul chodził z nią przez kilka godzin tam i z powrotem wzdłuż wałów miasta, a słuchając jej skarg czuł, że i jego samego raz po raz ściska w gardle. Było mu przykro, że osoba, która tak się przed nim wywnętrzała, była o tyle starsza od niego i raczej nieładna. Ale Nikko miał się przekonać, że jak to sam mówił — w życiu działa zawsze
Nemezis. Odkąd wdał się w tę sprawę z Ainą, skakał jak pchła na gorącej płycie, chociaż Aina już dawno dała mu ostateczny dowód swego oddania i miłości. Pomimo braku doświadczenia Paul nie był jednak tak łatwowierny, żeby się nie domyślać, iż nie po raz pierwszy dawała taki fant w grze miłosnej...
Nie, Aina nie była naprawdę ładna. Był to typowy okaz panny z prowincjonalnego miasteczka, panny, która wy-koleiła się trochę w stolicy. Paul zdawał sobie jednak sprawę, że może się podobać. Przede wszystkim była pociągająca zmysłowo, a poza tym przybierała w stosunku do mężczyzn ton troskliwości i współczucia, który oni chętnie nazywają macierzyńskim. Ale Paul, spotykając się już z nim nieraz, przeczuwał instyktownie, że kobiety usposobione macierzyńsko wobec dorosłych mężczyzn zazwyczaj nie znoszą małych dzieci. Aina czytała dużo — nawet poważnej literatury — i umiała wcale niegłupio rozmawiać o tym, czego dowiedziała się z książek. Paul wyobrażał sobie, iż zna dobrze Ainę, interesował się nią przelotnie, ale tylko
0 tyle, o ile nie wykraczało to poza zasady lojalności wobec Nikka.
Przyjaciółka Ainy była zupełnie innego pokroju. Miał prawie pewność, że była niewinna — chociaż sam przed sobą wstydził się używać tego określenia, tak mu się wydawało niedyskretne i brutalne. Był przekonany, że jest to natura szlachetna, przy tym niezmiernie głęboka, dumna
1 pełna godności.
Widziałem cię we śnie idącą w sukni błękitnej jak niebo...
Jej suknia była biała, przezroczysta, z mnóstwem falbanek, z zielonym przybraniem koło szyi i marszczonym jedwabnym zielonym paskiem. Dziewczyna przypominała w niej lilię wodną, konwalię, łabędzia — może jednak najbardziej łabędzia — w swoim olbrzymim białym kapeluszu, prawdziwym poemacie z piór i tiulu. Była bardzo wysoka, o postawie walkirii, ale twarzy pełnej spokoju. Nie wyglądała zbyt inteligentnie, ale to przeciez nie jest wa ą u kobiety, jeżeli tylko ona sama nie pozuje na mc innego. Miała za to wielkie, łagodne jasnoniebieskie oczy.
W tym nowym trzeciorzędnym pensjonacie była jaicoy zabłąkanym białym łabędziem. W jadalni unosił się zapach świeżej farby, a jedynym prócz nich gościem był spokrewniony z właścicielką kierownik jakiegoś biura o wąskich, wklęsłych piersiach, roztaczający wokoło silny zapach kreozotu. Mięso, piwo, pudding, kawa, chleb i masło miały tę samą ciepłotę. Kazano im pić poobiednią kawę z resztą pozostałych gości — z panem woniejącym kreozotem i z jakąś panią z trzema córkami, z których najmłodsza miała zajęczą wargę. Siedzieli wówczas w salonie naokoło kiwającego się stołu; gdy tylko ktoś się poruszył, kawa wylewała się na spodki. Dziewczyna z zajęczą wargą grała na stojącym w kącie i mocno rozstrojonym fortepianie, a na kanapie umieszczonej w poprzek przeciwległego rogu pokoju siedziała ona... Nad nią wisiał wielki olejny obraz, przedstawiający dwór wiejski z flagą na dachu i aleją brzóz, wyglądających jak miotły, na które ponakładano kupki szpinaku.
Była tak rozczulająco nie przystosowana do tego otoczenia, jak gdyby obca i daleka...
Potem wszyscy czworo wybrali się na spacer. Aina zaznaczyła, że przyjaciel i przyjaciółka nie są obowiązani dotrzymywać im towarzystwa, po czym ona i Nikko zniknęli za ogrodzeniem i poszli w górę do lasu. Paul został więc sam na sam ze swoją nową znajomą na łące, na której rosły wielkie stare brzozy.
W rozsłonecznionym oparze jezioro lśniło białym blaskiem u podnóża stoku. Zaczął mówić, że te brzozy są piękne i podobne do kandelabrów, ona odpowiedziała, iż istotnie mają zupełnie kształt kandelabrów — czy to jakiś specjalny gatunek brzozy? Paul wyjaśnił, że to tylko ludzie odzierają je z liści, używając ich na paszę dla bydła... — Ach tak odparła i stali przez jakiś czas w milczeniu przypatrując się sobie, wreszcie on się roześmiał. Wówczas spojrzała na niego nieufnie i z pewnym zdziwieniem. Wskazał na płot, za którym zniknęli tamci, i rzekł:
— Mój Boże! Jeżeli mają tak gorący temperament, tym lepiej! Musimy dołożyć wszelkich starań, żeby się bez nich obejść.
Ach, tu jest przecież tak pięknie — odpowiedziała niepewnie panna Arnesen, zwracając swoją jasną twarz w stronę bladego jeziora, na którym wielkie, oleiste, nieruchome plamy srebrzystego blasku zdawały się zastygać w popołudniowej ciszy.
Zeszli nad sam brzeg i usiedli na trawie. Nie powiedziała nic interesującego, ale jemu wydawało się, że siedząc obok niego przebywała nadal w tajemniczym i zamkniętym świecie swojej dziewczęcości. Odczuwał również, że jest jakby samotna i opuszczona — może tak samotna, iż nie miałaby nic przeciw temu, gdyby próbował wedrzeć się do tego świata. Ale nie mógł się na to zdecydować — wolał nie zakłócać spokoju w jej niedostępnym królestwie; wszak on i Nikko musieli następnego ranka ruszać dalej. Wprawiało go to jednak w jakąś słodką melancholię, którą się skrycie rozkoszował.
Nazajutrz nie odeszli jednak tak wcześnie i obie przyjaciółki odprowadziły ich spory kawał drogi. Przy rozstaniu Paul powiedział pannie Arnesen:
— Byłoby mi bardzo miło, gdybyśmy mogli spotkać się w mieście jesienią.
Wiedział, że pracowała w sklepie z rękawiczkami. Na imię miała Lucy. Pragnął, by Nikko powiedział mu coś o niej, ale jeszcze bardziej obawiał się, żeby nie poruszał z nim tego tematu. Lubił go szczerze; Nikko był dobrym towarzyszem, ale jego stosunki z kobietami były dziedziną, w którą Paul nie miał ochoty zapuszczać się głębiej bez koniecznej potrzeby. Nie miała ona zresztą nic wspólnego z ich przyjaźnią.
Pani Selmer ukazała się w drzwiach.
— No i co, Paul? Jeszcze nie jesteś gotów? Chcemy już zacząć jeść. Garnaas ma zamiar wyjechać pociągiem o dziesiątej.
Paul wziął stare szelki, które Sigmund wreszcie odnalazł, i odczepił od nich jedną możliwą jeszcze pętelkę. Gdy kończył się ubierać, matka przeglądała brudną bieliznę wyjętą z plecaka i rozrzuconą na stole.
— Nie warto już ich cerować, musisz dostać kilka nowych koszul. Co myślisz o pastorze Garnaasie? — spytała z udaną obojętnością.
— Co myślę?
Słońce świeciło jasno każdej dnia godziny I księżyc każdej nocy zlewał blaski swoje...
— rozlegał się z dołu głos śpiewającego.
— Nie mogę mieć zdania o człowieku, którego widziałem dwa albo trzy razy w życiu.
— No oczywiście. Jeżeli jesteś gotów, to chodźmy jeść.
Jakiś atawistyczny instynkt sprawił, że Julie Selmer zdecydowała się odprowadzić córkę i młodego pastora prawie do samej stacji. Paul stał w bramie ogrodu patrząc za odchodzącymi. Matka zarzuciła na siebie wielki szal, którym lubiła się owijać.
Wieczorne światło było białawe i chłodne, a nad małym stawkiem, na pobliskim polu, podnosił się mglisty opar. Tego roku obsadzono je kartoflami; ciemna zieleń ich liści zdawała się wsysać w siebie jasne plamki kwiatów zamykających się na noc. W powietrzu unosiła się przyjemna woń rosy i kurzu z białego gościńca, a z góry, sponad dużej grzędy tytoniu, spływał odurzający zapach białych kwiatów.
Z południa dochodził łoskot zbliżającego się pociągu. Faul przedarł się do ogrodzenia poprzez śmigające go po bokach gałęzie porzeczek. W ciemności zerwał garść niezupełnie jeszcze dojrzałych jagód i zapchał sobie nimi usta. Zatrzymał się w miejscu, skąd widział pociąg biegnący w dole przez odkrytą płaszczyznę. Zachwycił go na nowo dobrze znany widok sunących w dal jasno oświetlonych okien. Czasem to wszystko, co się już oglądało tyle razy, nabiera nagle nowego czaru...
Usłyszawszy trzaśnięcie furtki Paul zawrócił i poszedł ukosem przez łąkę na spotkanie matki idącej ścieżką ku domowi. Kiedy stanęli nad grzędą tytoniu przypatrując się jego białym, podobnym do roju gwiazd kwiatom, Julie wsunęła rękę pod ramię syna.
— Słuchaj, co mi przyszło na myśl, Paul. Może wynająłbyś sobie od jesieni pokój w Kristianii? Nie potrzebowałbyś tracić tyle czasu na dojeżdżanie pociągiem. Teraz, gdyście już dorośli, musi wam być za ciasno we wspólnym pokoju.
— Tak, zapewne...
Gdybyś nie był zadowolony, możesz zawsze wrócić do domu; w każdym razie na przyszły rok, bo wtedy Hans będzie musiał i tak mieszkać w mieście...
Matka myślała: „Lepiej wysłać zawczasu w świat tego dużego chłopca, zanim on sam będzie chciał wydostać się z domu".
Rozdział 3
W ciągu pięciu miesięcy Paul próbował mieszkać kolejno aż w trzech miejscach, zanim wreszcie osiadł na Schwens-enesgaten. Tak w pierwszym wynajętym pokoju, jak i w pensjonacie, gdzie przebywał bezpośrednio przed wprowadzeniem się do Gotaasów, nie było właściwie brudno, ale tam panował, nieład, który wydał mu się czymś jeszcze gorszym. Nie mógł wyzbyć się uczucia obrzydzenia, odnajdując na pościeli, stole i stołkach ślady poprzednich lokatorów. W pierwszym wynajętym pokoju znalazł w piecu mnóstwo odpadków i wyczesanych włosów — aż go zemdliło, gdy przytykał do nich pospiesznie zapałkę. Naturalnie te drobnostki nie były decydującym powodem do zmiany mieszkania. Ale po dwóch tygodniach pobytu spostrzegł, że brakuje mu rozmaitych rzeczy: szpilki do krawata, srebrnego ołówka i nawet trochę pieniędzy. Już sama myśl, że powinien pomówić o tym z gospodarzami i stawiać im pytania w tej sprawie, napełniała go wstydem i zakłopotaniem. Gospodyni była bladą i otyłą wdową w starszym wieku, obaj synowie pracowali w jakimś przedsiębiorstwie. Nie wiadomo, czemu przypominali Paulowi zbite kłaki kurzu gromadzące się czasem w kieszeniach starych ubrań — może dlatego, że zawsze mieli brudne paznokcie i pierścionki na palcach. Córka była wysoka i blada; miała stale rozczochrane włosy i bujające się piersi — sprawiało to wrażenie, iż nie nosiła żadnej bielizny pod suknią. Paul nie chciał rozpatrywać, kto z nich mógł być sprawcą tych kradzieży — nie grało to żadnej roli, ponieważ i tak nie chciał wywoływać awantury. Po pewnym czasie spostrzegł, że ktoś przewraca w jego szufladach.
Wówczas poczucie wstydu za nich i jakby własnej współwiny stało się tak nieznośne, że zaczął rozglądać się za nowym mieszkaniem. Znalazłszy je zapłacił wdowie czynsz za dwa tygodnie i przeprowadził się następnego wieczoru.
Na nowym mieszkaniu było czysto i ładnie. Gospodynią była miła starsza pani, macierzyńska i dystyngowana, prawdziwa wdowa po pastorze z poprawnie napisanych powieści. Zaproponowała zaraz Paulowi, żeby jadał śniadania w jadalni — to przecież tak niemiło posilać się w nie sprzątniętym pokoju sypialnym. Mieszkał na parterze od strony ogródka przy Underhougsvein; tego roku listopad był tak ciepły, że otwierając okno przed udaniem się na spoczynek wdychał czystą, chłodną woń fiołków rosnących na grządkach. Kiedy zwierzył się swojej gospodyni, że bardzo lubi ten zapach, zaraz na drugi dzień znalazł na swoim biurku wazonik z bukiecikiem ostatnich ciemnolilio-wych kwiatów.
Już pierwszego ranka pani Jensen podając mu kawę spytała, czy nie jest synem Julie Randall. Ach, doprawdy, w takim razie znała jego matkę. Jej nieboszczyk mąż był w tej samej miejscowości wikarym, kiedy Julie Randall zaręczyła się z pełnomocnikiem notariusza, a panna Bene-dikte — jego ciotka Benedikte — z doktorem Wangenem, a raczej wówczas jeszcze z magistrem Wangenem. Znała też bardzo dobrze dziadka Paula, lekarza powiatowego, Randalla. Słabo natomiast pamiętała jego babkę, która umarła przed przybyciem Jensenów do tej miejscowości. Poza tym pani Jensen wyczarowywała z pamięci całą galerię bliższych i dalszych krewnych Paula — posiadała ich podobizny, a także fotografię jego matki jako młodej panny.
Gdy Julie przyszła pewnego popołudnia, aby zobaczyć, jak się synowi powodzi na nowym locum, pastorowa poczęstowała ją kawą i górą ciastek, i wymogła na niej obietnicę przybycia kiedyś na kolację. Prosiła także, aby Paul sprowadził do niej swoje rodzeństwo, gdyż koniecznie chciałaby je poznać.
Paul dostał wówczas ataku niezwykłej pilności — nie opuszczał żadnego wykładu, przynosił książki do domu i uczył się do późna w nocy. U pastorowej było naprawdę przytulnie. Na ścianach wisiały fotografie w owalnych ramach obok odlewów płaskorzeźb Thorwaldsena; w całym mieszkaniu unosiła się ta dziwna woń nie wietrzonych pokoi, którą Paul od najmłodszych lat łączył z pojęciem ciotek — był to zapewne zapach szaf pełnych starych sukien i porzuconych w sieni rękawiczek.
Mimo to gdy po sześciu tygodniach Paul zjawił się w biurze matki, żeby odebrać swoją miesięczną pensję, oświadczył jej, że ma zamiar wprowadzić się do pensjonatu, gdzie mieszka Henrik Alster. Mieli tam zajmować jeden pokój, co wypadłoby znacznie taniej.
— Nie powinieneś myśleć o tym, mój drogi — rzekła Julie. — Możesz mi wierzyć, że wolę zapłacić trochę więcej, bylebyś mieszkał miło i wygodnie. A u pani Jensen jest tak swojsko.
— Właśnie. Zanadto swojsko.
Matka popatrzyła na niego i uśmiechnęła się lekko, a Paul odpowiedział nieco zakłopotanym uśmiechem. Oboje nie mówili już więcej o tej sprawie. Wróciwszy do domu Paul powiedział pastorowej, że ma przyjaciela, który... i tak dalej.
Właściwym powodem tych przenosin było rozwodzenie się pani Jensen nad rodziną Paula. Ach, jakie urocze były córki doktora Randalla! Nie można było wtedy przewidzieć, co się stanie — wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze! Wszak Julie Randall i Erik Selmer tworzyli czarującą parę i tacy zdawali się zakochani! Czy ojciec Paula mieszka tu, w stolicy? Nie, nie można się dziwić, że żadne z dzieci nie wychowywało się u niego — bo czyż jego nowa żona nie była przedtem gospodynią w górskim hotelu w Róllstulen? Wchodziła z kaloszami w te sprawy, o których Paul nie chciał za żadną cenę mówić nawet z najbliższym sobie człowiekiem. Nie udawało mu się jej powstrzymać, co chwila wracała do tego tematu, wciąż wspominała jego rodziców...
Wyprowadził się więc od niej. Nie mówiąc nikomu ani słowa, wykradł z albumu pani Jensen fotografię matki i zabrał z sobą.
Julie była na niej ubrana w śmieszną, staromodną suknię, opinającą ciasno jak skóra jej wspaniałe ramiona i młode, wysokie piersi. Miała stan cienki jak u osy i spódnicę podpiętą z tyłu w rodzaj tiurniury. Stała pochylona, oparta o krzesło, trzymając w smukłych palcach jakąś książkę. Włosy jej, mocno ufryzowane, tworzyły na głowie jak gdyby sterczący hełm, a spod loków upiętych nad czołem spoglądały jej wielkie oczy, poważne i pełne oczekiwania, rzucające życiu śmiałe wyzwanie.
Paul kupił ramkę i postawił fotografię na swoim biurku. Julie spostrzegła ją przy następnej bytności u syna.
— Boże! — zawołała śmiejąc się głośno. — I pomyśleć, że chodziłyśmy w takim stroju! Czy możesz sobie wyobrazić coś okropniejszego? A jednak wtedy zdawało się nam, że jesteśmy ładnie ubrane.
Paul przeniósł się więc do pensjonatu i zamieszkał z Hen-rikiem Alsterem.
Ich wspólny pokój mieścił się na ciemnym parterze w domu stojącym w pobliżu placu Holberga. Gnieździło się w nim dziesięć czy dwanaście osób — przeważnie ucząca się młodzież. Właścicielka pensjonatu przesiadywała w kuchni, a jej pomocnica, pełniąca rolę gospodyni wobec nowo przybyłych gości, była już starszą, chociaż jeszcze dość młodo wyglądającą panną, która chciała być przede wszystkim wyrozumiała i pobłażliwa. Była zawsze skłonna do żartów i do pewnej poufałości, zwłaszcza wobec młodych ludzi — interesowała się też z wylewną serdecznością flirtami i narzeczonymi panien. Zresztą wkrótce okazało się, że sama była potajemnie zaręczona z mieszkającym tam synem chłopa z Westlandu, niskim i bladym podchorążym o kościstej i ostrej twarzy. Dowiedziawszy się o tym Paul doznał uczucia niesmaku, jak gdyby natknął się przypadkiem na jakiś objaw zboczenia.
W pokojach pensjonatu odbywały się bezustannie zebrania towarzyskie; Paul brał udział w tym koleżeńskich wieczorkach, przeciągających się nieraz do późna w nocy, codziennie u innej panny, i pod błękitnym lub różowym abażurem wypijał dwie albo trzy filiżanki rosyjskiej herbaty. Mimo woli dał się wciągnąć w to życie pensjonatowe, chociaż wzbudzało w nim dosyć umiarkowane zainteresowanie. Ostatecznie nie było jednak nudne. Zdawał sobie sprawę, że jest przystojnym i postawnym młodzieńcem. Panny ceniły jego wykształcenie, a nawet kilka z nich oświadczyło mu wprost, że ma wiele uroku i ciekawy sposób myślenia. Paul śmiał się z tych pochwał. Diabeł wie, kto im to objawił — myślał — tak rzadko odzywał się przecież do ludzi poza wypadkami, kiedy to było konieczne.
Mieszkała tu także córka kierownika szkoły z północy kraju, która chodziła do szkoły handlowej. Paul był nią trochę zajęty i pragnął zadzierzgnąć bliższą znajomość. Ale kiedy pierwszy raz zaprosił Audhildę do teatru, a potem do „Grandu" na herbatę, zwierzyła mu się, że jest już potajemnie zaręczona z jakimś młodzieńcem z Tromso. Jej zdaniem nie powinno im to przeszkadzać w spotkaniach, mogą być dobrymi przyjaciółmi. Opowiadała mu dużo o swoim Birgerze, a potem zasypywała go pytaniami: co myśli o Gustawie Wied, o Rosmersholmie, o małżeństwie, o prawach kobiety do zajęcia stanowiska społecznego poza obowiązkami dobrej żony?... Później porównywała jego zdania z sądami Birgera na ten sam temat. Mówiła, że jej narzeczony ma niezwykły umysł, ale Paul zorientował się wkrótce, iż jego poglądy bardziej się jej podobały i gdyby tylko zechciał, zająłby bez trudu miejsce Birgera w jej sercu.
Z czasem weszło w zwyczaj, że siedząc w jej pokoju kładł rękę za jej plecami na poręczy kanapy — potem obejmował ją ramieniem. Wreszcie zaczęli się całować. A całować umiała...
Paul opamiętał się w końcu. To prowadziło nieuchronnie do zaręczyn, do potajemnego pensjonatowego narze-czeństwa, które zwykle trwa tak długo, dopóki jedno z partnerów nie przeprowadzi się gdzie indziej. Wówczas kończy się na krótszych lub dłuższych scenach pożegnania albo przeciąga się na długie lata, staje się oficjalne i kończy się małżeństwem. Ale Paul nie miał ochoty ani na jedną, ani na drugą ewentualność.
Nie mógł też uczyć się w tym pensjonacie — nie wystarczała mu miesięczna pensja, którą pobierał od matki, a nie chciał jej prosić o więcej pieniędzy. Zaczął więc pisać krótkie artykuły z zakresu geologii albo o różnych gatunkach roślin, spotykanych w swoich pieszych wędrówkach po kraju. Czasem udawało mu się umieścić je w tej lub owej gazecie. Poza tym dostał kilka godzin lekcji matematyki w pewnej prywatnej szkole. Wprawdzie większą część tych zarobków wydawał wychodząc z kolegami albo z Audhildą, zdołał jednak za te ciężko zapracowane pieniądze kupić sobie parę butów i cieszył się, mogąc pochwalić się tym przed matką. Zajęcia w szkole i kilka prywatnych lekcji utwierdziły go w postanowieniu, które powziął już w latach dziecinnych, żeby za żadne skarby nie zostać nigdy nauczycielem. Na nieszczęście te poglądy doszły do uszu dyrektorki, wskutek czego oświadczyła mu z najuprzejmiejszym uśmiechem, że jest zwolniony ze swych obowiązków. To było naprawdę bardzo przykre.
Po pewnym czasie wuj Henrika Alstera, opłacający pobyt siostrzeńca w Kristianii, odwołał go do domu. Rodzina Alstera w Nordmore doszła do przekonania, że Henrik nigdy nie zdoła wspiąć się na wyższe gałęzie drzewa wiedzy. Kazano mu więc wracać i praktykować w przedsiębiorstwie wuja.
