Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy - Margaret Oliphant, Ellen Wood, Roman Zmorski - ebook

Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy ebook

Margaret Oliphant, Ellen Wood, Roman Zmorski

2,0

Opis

Fascynujący zbiór klasycznych opowieści o duchach, nadprzyrodzonych zjawiskach i nawiedzonych domostwach

Autorki prezentowanych w tomie opowiadań, Ellen Wood, Margaret Oliphant i J.H. Riddell, należały do grona najpopularniejszych przedstawicielek nurtu niesamowitości w literaturze angielskiej drugiej połowy XIX wieku, ale ponadczasowość poruszanych tematów sprawia, że także i dziś czytelnik znajdzie prawdziwą przyjemność w lekturze ich utworów. Barwny język, którym opisują osobliwości czasów wiktoriańskich, zmysł obserwacji do niekiedy dziś szokujących norm społecznych, ale przede wszystkim typowa dla literatury gotyckiej w tej epoce umiejętność podsycania naszych lęków sprawiają, że te opowieści o duchach, rodowych klątwach i tajemniczych zniknięciach czyta się dziś z zapartym tchem.

Z kolei nawiązujące do ludowych podań utwory nieco zapomnianego dziś Romana Zmorskiego, poety, tłumacza i folklorysty, oraz młodzieńczy utwór Zygmunta Krasińskiego Mściwy karzeł reprezentują tzw. nurt czarnego romantyzmu, w którym świat ludzi ściśle spojony jest z mrocznym światem duchów. Karty tych opowieści zaludniają upiorni mściciele, powstałe z grobu monstra, demony z zaświatów i przeklęte siedliska, słowem motywy do dziś popularne w literaturze i filmie grozy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 617

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (2 oceny)
0
0
0
2
0

Popularność




Zygmunt Krasiński, Margaret Oliphant, J.H. Riddell, Ellen Wood, Roman Zmorski Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy ISBN Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021All rights reserved Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Adriana Staniszewska, Magdalena Wójcik Projekt graficzny okładki Urszula Gireń Łamanie Grzegorz Kalisiak Wybrane opowiadania z tomu zostały stylistycznie i leksykalnie uwspółcześnione Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Ze wszystkich rzeczy, których wymaga się od książki, najważniejszą jest, żeby nadawała się do czytania.

Anthony Trollope

Zygmunt Krasiński

Mściwy karzeł i Masław, książę mazowiecki

Kujawy

Anno Domini 1041

I

— Otwórz! — krzyknął młody rycerz dojeżdżający do bram gozdawskiego zamku.

— Daremnie dobijasz się do nas — odparł wartownik stojący z łukiem i kopią na murach.

Promienie jesiennego słońca odbijały się jaskrawym blaskiem od hełmu osłaniającego głowę rycerza. Stalowa przyłbica nie zakrywała pięknej twarzy ocienionej smutkiem. Oczy iskrzące się ogniem młodości rzucały spojrzenia, które by jedynie wyobraźnia poety mogłaby przyrównać do promieni wydartych słońcu. Usłyszawszy słowa strażnika, młodzieniec zmarszczył brwi i zaczerwienił się na licach. Sięgnął nawet ręką po długi miecz. Niemożliwość skarcenia strażnika stojącego nad nim o kilkadziesiąt łokci, wstrzymało jednak jego zapał. Zapytał pełnym gniewu głosem:

— I czemuż to mi nie wolno przekraczać bramy zamku Joanny z Gozdawy?

— Bo spodziewamy się przybycia potężnego Masława — odrzekł wartownik. — Te bramy otworzą się dzisiaj tylko dla niego!

— Niechby przepadł Masław i w proch rozleciały się te mury! — krzyknął młodzieniec, odchodząc powolnym krokiem, i już siadł na konia przywiązanego tuż obok do drzewa, kiedy zza krzaków ukazał się człowiek dziwnej i odrażającej postaci. Na pierwszy rzut oka można było rozpoznać w nim karła. Twarz poorana zmarszczkami nie zgadzała się z dziecięcym wzrostem; spłaszczony nos nachylał się nad jego szerokimi ustami, ożywionymi dzikim uśmiechem, a oczy wyrodka ludzkości wyrażały nikczemność, właściwą jedynie czarnym duszom. Widać było, że opanował go gniew, bo żyły ciągnące się na niskim czole wzdęły się niezwyczajnie, a lica nabrzmiały. Ubiór dziwaczniejszym był jeszcze od postaci. Miał na sobie lisie futro, powleczone czarnym aksamitem w czerwone paski; przy boku błyskał baselard, który przy niskim wzroście karła można było wziąć za miecz. Nad głową wznosiła się żółta czapka, opatrzona srebrnymi dzwonkami, które donosiły o jego istnieniu brzmieniem podobnym do dźwięku grzechotnika, zamieszkałego w dzikich pustyniach Afryki. Zjawienie się karła wstrzymało rycerza. Znali się od dawna.

— Oto znalazłem mściciela! — krzyknął mały człowiek, ale zaraz przybrawszy poważną postawę, zapytał cicho: — A cóż tu porabiasz, Jordanie z Bordan?

— Co ci odpowiedzieć, mój Gondo, na to zapytanie? — rzekł rycerz. — Wiesz przecież, że w tych murach przebywa luba mojemu sercu Zbisława z Czernic.

— Ho! ho! ho! Nie mam pojęcia, gdzie dziś będzie nocować twa luba, mój waleczny rycerzu!

— Co mówisz, Gondo, ty przeklęta poczwaro! — zawołał Jordan, ściskając silną prawicą gardło karła. I nagle poczuł zatapiające się w jego przedramieniu ostre paznokcie. Zdziwiony nadzwyczajną mocą karła, puścił go natychmiast.

— Bądźmy przyjaciółmi — rzekł Gonda. — Wczoraj bym cię zabił tym baselardem, dziś posłużysz do moich celów.

— Do twoich celów? — przerwał Jordan ze wzgardą. — Za kogóż to mnie bierzesz? Jestem wolnym Polakiem i rycerzem tarczy nieskalanej, niczyim celom służyć nie będę, a cóż dopiero twoim, nikczemniku!

— A jednak stanie się tak, jak powiedziałem. Załóżmy się o ten złoty łańcuch, wiszący na twojejzbroi.

— Chętnie — odparł rycerz z uśmiechem — ale jeżeli przegrasz, to chwycę cię i cisnę na gozdawskie mury.

— Zgoda — rzekł karzeł. — Bardzo dobrze, jestem pewny wygranej. Jeżeli nie spełnisz mojej woli, Zbis­ława dzisiaj zginie.

Rycerz natychmiast zdjął złoty łańcuch z szyi i rzucił go pod nogi karła, a potem chwytając za rękojeść miecza, zapytał groźnym głosem, co znaczą jego słowa i co zamierza robić.

— Kiedy się ściemni — odparł karzeł — czekaj mnie na tym wzgórzu, pod sosną, a wówczas wszystko ci wytłumaczę. Teraz poprzestań na tej wiadomości, że przysiągłem zemstę Joannie z Gozdawy. Ona musi zginąć.

— Za co?! — spytał zdumiony rycerz.

— Powiedziała mi, że jestem wyrodkiem ludzkości, że dla takiego potwora jak ja nie ma miejsca na jej dworze. Gdy świat mię cały opuścił, a ziemia się mną brzydziła, dzięki moim występkom i zbrodniom znalazłem u niej schronienie. Dostałem dach nad głową i łoże do snu. To wszystko za to, że nie odmówiłem mego udziału w tych wszystkich jej niegodziwościach. Za to, że się nie bałem obarczyć mojego sumienia. Dogadzałem jej namiętnościom. A teraz za to wszystko wygnała mnie ze swego domu. Joanno z Gozdawy, rozległe masz dobra, liczne włości, wielkie dostatki i bogactwa w skarbcach i skrzyniach, i niemałą potęgę w ręku. Mury otaczają twój zamek, strzegą go zbrojne straże, a jednak musisz zginąć, bo ani dostatki, ani wojownicy, ani te mury nie potrafią cię ochronić przed zemstą Gondy, tego karła, tej poczwary, tego wyrodka ludzkości. Wyzwałaś mię do walki, będziesz ją miała, Gonda dotrzyma ci placu!

To mówiąc, jak błyskawica znikł między drzewami i tylko głos jego dał się słyszeć:

— Rycerzu, nie zapomnij o moim wezwaniu!

Przerażony Jordan chciał go ścigać, lecz nagle zatrzymał go nowy widok.

Na drodze wiodącej ku zamkowi ukazał się orszak zbrojnych rycerzy, na których czele jechał mąż potężnej postury i surowego lica. Na jego głowie błyszczał stalowy szyszak. Na szyszaku zaś lśniła złota książęca korona. Płaszcz purpurowy, podszyty białym futrem w czarne cętki, spływał na pancerz i siodło. Ciężki, obosieczny miecz sięgał jego stóp w srebrnych strzemionach. Jechał powoli, rzucając obojętne spojrzenie na okolicę i swoich towarzyszy. W jego wzroku łatwo można było rozpoznać okrucieństwa, z których słynął. Był to Masław. Niegdyś podczaszy na poznańskim dworze króla Mieszka II, teraz książę płocki, srogi łupieżca Polski, porzuconej przez królowę wdowę, Ryksę. Zuchwałość, połączona z chęcią panowania, strasznym go czyniła nawet dla odległych sąsiadów. Nie było na całym Mazowszu człowieka, który by się ważył oprzeć jego wszechwładnej woli.

— Handzo z Budyszyna! — krzyknął książę do jadącego przy nim przy nim jeźdźca. — Joanna zaczyna mnie już nudzić. Najwyższa pora pozbyć się tej kochliwej wdowy. I cóż to ona tak powabnego we mnie znajduje? Czyż to moje krwawe oczy tak ją zachwycają? A może moja długa broda i wąs gęsty? Albo moje twarde serce dalekie od zniewieściałej czułości dworskich trefnisi? A może to te wszystkie moje zalety razem budzą w niej tak wielkie miłosne żądze? Od śmierci męża swojego, Mirosława z Gozdawy, tylko mnie pragnie. Widzę — dodał już tylko szeptem — że uśmiechasz się, Handzo. Pewnie przypomniało ci się, jak sprytnie sprzątnąłem jej męża z tego świata. Jednak ta dziwna kobieta — rzekł po chwili — pokochała mię jak szalona. Ale słuchaj, mój Handzo, Zbisława z Czernic przebywająca na dworze Joanny, córka mojego nieżyjącego dworzanina, jest nieporównywalnie piękniejsza od Joanny.

— O, zapewne, książę i panie mój, Zbisława jest najpiękniejszą z panien na całym Mazowszu.

— Przestań! — krzyknął Masław. — Wjeżdżamy do zamku, musimy tu zabawić kilka dni, potem skarbiec złupimy, a z panią… a z panią… Na pewno najdzie się pomysł, by z nią skończyć.

— Hej, panowie, zdwoić krok i popuścić koniom wodze!

I popędził na wzgórza gozdawskie. Cisnęli się za nim wojownicy, odziani skórami dzikich zwierząt, błyszczały ich zbroje, lśniły kopie, a nad każdym powiewała czerwona chorągiew, okrywając krwistymi zwojami najdzikszych w całej Polsce wojowników.

Jordan długo spoglądał za nimi i dopiero gdy zniknęli za murami zamku, oddalił się w przeciwnąstronę.

II

Słońce już zaszło, a czerwone chmury zapowiadały straszliwą burzę, ciemność zaległa wokół. Nawet sokoli wzrok nie dostrzegłby żadnej gwiazdy. Ciemność rozjaśniały jedynie oświetlone rzęsistym światłem świec okna zamkowe. Joanna z Gozdawy godnie przywitała miłego gościa. Tymczasem pod sosną, na małym wzgórzu, karzeł czekał na rycerza. Jordan przybył wkrótce odziany w lekką kolczugę i ciemną czapkę. U boku miał miecz i sztylet.

— Zazwyczaj — rzekł karzeł — oczy wierniejszymi są od uszu, bo to, co widzimy, więcej nas uderza niż odgłosy i podszepty ludzkie. Chodź za mną, a ukażę ci okropne widowisko. Powiedz mi jednak najpierw, czy zdołasz śmiało stawić czoło niebezpieczeństwom.

— Moje serce, tak jak ja, odziane jest stalową zbro-ją. Kiedy wybije godzina trwogi, ja na pewno nie ­stchórzę, jak inni. Odwagi mam na tyle, by stanąć przed szatanem i pójść za nim w piekielne mroki.

— Jeżeli może być jakiś obraz piekła na ziemi, to go dziś ujrzysz — rzekł karzeł. — Chodź i milcz, patrz i milcz, uderzaj i milcz, a kiedy ci powiem, otwórz usta, to mów i mów z całą odwagą, którą się teraz tak chlubisz.

Pokonali wały, przeszli przez podziemne przejścia i ciemne korytarze, dotarli do wąskich schodów i długiej komnaty. Wszędzie panowała cisza zakłócona jedynie odgłosem ich kroków, odbijających się od sklepień i ścian. Karzeł szedł przodem w milczeniu i otwierał drzwi wielkim kluczem u pasa zawieszonym, spoglądając często na towarzysza postępującego za nim z bezprzykładną stałością. Nareszcie, kiedy przybyli do drzwi żelaznych, mocno zaryglowanych, karzeł obrócił się, przybliżył pochodnię do rycerza, jakby chciał wyczytać z jego twarzy uczucia, które nim targają.

— Jeszcze raz ci powtarzam — rzekł po chwili — jeśli brak ci odwagi i męstwa, jeśli niepewny jesteś ręki i oręża, lepiej byłoby zawrócić niż stchórzyć w chwili próby.

— Otwieraj te drzwi! — zawołał rycerz nieco przytłumionym głosem. — Otwieraj! Męstwo i ciekawość przy mej duszy trwa mocno, jak ostrze miecza trzyma się rękojeści.

To mówiąc, dobył miecza i potężnie uderzył w żelazny rygiel, który natychmiast upadł z łoskotem na ziemię. Karzeł otworzył kluczem zamek, skrzypnęły zawiasy, rozwarły się podwoje i weszli do komnaty pełnej martwych ciał. Jedne z nich leżały na ziemi, inne oparte były o ściany. Niektóre już przegniłe, a niektóre wyschłe i skościałe. Inne jeszcze były ciepłe. Wszystkim młodym kobietom rozcięto piersi. Ten straszliwy widok zatrwożył najpierw Jordana, lecz wnet odzyskał on przytomność i nagle odwracając się do karła, zawołał:

— Czego chcesz ode mnie? Czyś tu mnie na śmierć przyprowadził?

— Ciszej, ciszej! — odparł karzeł. — Niepotrzebnie gniewem się unosisz. Obudzisz te trupy. To są nieszczęsne ofiary Joanny z Gozdawy. Czas położyć kres okrucieństwom. Dziś Joanna powinna ponieść z rąk twoich zasłużoną śmierć. Wiedz, że za chwilę także i twoja Zbisława spotkać może tu swoją śmierć.

— Co mówisz!? — krzyknął Jordan. — Na Boga, musimy temu zapobiec! Biegnijmy… spieszmy na pomoc. — I pociągnął silnie za sobą karła.

— Wstrzymaj się, gwałtowniku! Jeszcze dość mamy czasu, wstrzymaj się! Powtarzam pod przysięgą, że ocalisz Zbisławę, tylko się wstrzymaj! Jeśli pragniesz jej życia, nie czas jeszcze spieszyć jej z pomocą. Zostań tu i posłuchaj mojej powieści, trwać będzie niedługo.

Jordan zawahał się na chwilę dręczony niepewnością, co powinien zrobić, ale szybko zaufał słowom karła, by czekać i w odpowiedniej chwili ocalić Zbisławę.

Karzeł usiadł wśród trupów, a rycerz stał przed nim i zaczął słuchać. Twarz rycerza płonęła ogniem wewnętrznej niecierpliwości.

III

— Umarł Mirosław z Gozdawy — zaczął karzeł Gonda z szyderczym uśmiechem na twarzy. — Na trumnie jego umieszczono herb i opis jego zasług, by jego pycha mogła nasycić się i po śmierci. Ciało jego znalazło wieczny odpoczynek w krypcie pradziadów. Została po nim młoda wdowa Joanna, można i bogata pani. Miała jednak okrutne serce, które bić powinno pod żelaznym pancerzem zbroi, a nie pod jedwabistym strojem niewieścim. Świat nie znał zuchwalszej kobiety, czyny jej nawet mnie zatrważały, choć w niektórych z nich musiałem brać współudział. Wzgardzony przez ludzi, pragnąłem się na nich mścić. Wkrótce ofiary Joanny stały się moimi. Ale nadszedł czas sądu. Za chwilę krzywdy, które uczyniła, będą pomszczone — rzekł Gonda. Po chwili znów podjął opowieść: — Wdziękom pani tego zamku mało która kobieta mogła dorównać. Choć nie tylko uroda ją zdobiła, miała piękne rysy i wspaniałe kształty. Piękno jej twarzy niweczyła niestety jej zbyt śniada cera. Potężna pani lubiła gościć w swoim domu piękne młode panny. W gronie tych, które zapraszała do siebie, była Elżbieta, sierota po Czehrynie z Hadzian, sławnym ze swoich rycerskich czynów. Jej urodę wielbili wszyscy. Zazdrosna wdowa Joanna spoglądała na nią krzywym okiem. Przyszła jej myśl piekielna, by sprzątnąć ze świata Elżbietę. Nakazała mi spełnić ten zamiar. Zaplanowaliśmy daleką podróż, w której Elżbieta miała towarzyszyć swej pani. Na pierwszym noclegu związano nieszczęsną pannę i Joanna osobiście męczyła ją na różne sposoby. Niespodziewanie kropla krwi dręczonej Elżbiety trysła na śniadą twarz Joanny. Joanna, oglądając się w srebrnym lustrze, zaczęła obmywać twarz z krwi Elżbiety. Czynność ta sprawiała dziwną radość i zadowolenie pani na Gozdawie. Skinęła na mnie, a ja, zbliżywszy się do niej, z niemałym zdumieniem ujrzałem, że miejsce na twarzy Joanny, gdzie padły krople krwi Elżbiety, stało się białe niczym górski śnieg. Joanna spojrzała na mój sztylet. Nie musiała nic mówić, wiedziałem, co mam zrobić. Za chwilę martwa Elżbieta leżała u mych stóp. Początkowe przerażenie czynem zastąpiła szybko dzika radość. Kilka chwil wcześniej Elżbieta z pogardą patrzyła na obrzydliwego karła, a teraz martwa leżała u mych stóp. Nie jesteś w stanie pojąć, co dzieje się w duszy karła, którym pogardzał cały świat. Ty nie doświadczyłeś odtrącenia przez łono matki. Na leżące ciało Elżbiety rzuciła się Joanna i w ciepłej krwi umyła swą twarz. Gdy zobaczyła w lustrze nadzwyczajną białość swego lica, ogarnęła ją ekstaza. Ścisnęła mą rękę, a złoto i jej łaski zaczęły spływać na mnie. Niedługo potem Joanna namiętnie pokochała księcia mazowieckiego Masława. Aby się mu przypodobać, musiała powtarzać swoje zbrodnicze kąpiele. Ginęły jedna po drugiej niewinne dziewczyny. Dzisiaj ma zamiar wybielić swą twarz krwią Zbisławy!

Na te słowa zadrżał młodzieniec, a karzeł, chwytając go za rękę, krzyknął złośliwym głosem:

— Nadszedł czas zemsty! Wprowadzę cię, kiedy już twoją umiłowaną będą chcieli zamordować, twój miecz ją ocali. Przysięgnij mi wprzódy, że natychmiast powiedziesz ją do sali biesiadnej i całą historię opowiesz Masławowi. Wysłucha cię na pewno. Od dawna pragnie zguby Joanny. Chce władać jejksięstwem.

— Przysięgam! — rzekł rycerz stłumionym głosem, bo zimno śmiertelne rozlało się po jego żyłach i siły osłabły. Wokół martwe ofiary Joanny, kolejną ma być najdroższa jego sercu istota, by temu zapobiec, musi podporządkować się planom zbrodniarza i wypełnić jego wolę. Czuł całą okropność swojego położenia, ale myśl o losie czekającym Zbisławę przemogła wszystko i dobywszy miecza, ruszył za karłem.

— Wiem dobrze — rzekł Gonda — że śmierć Joanny będzie zgubą i dla mnie, że razem z nią odbiorę zasłużoną karę. Ale to wszystko napełnia mnie radością. Świat mi obrzydł i żyć mi się nie chce. Żadne już męczarnie mnie nie przerażą.

Nagle karzeł zatrzymał się naprzeciw gołej ściany.

— Do dzieła! — zawołał do Jordana, i pchnął mocno wystający ze ściany ćwiek. Małe drzwiczki odskoczyły i ukazały się schody. Pierwszy pobiegł Gonda i krzyknął do Jordana:

— Otwórz pierwsze drzwi, które napotkasz.

Gdy rycerz pchnął drzwi, zobaczył przed sobą kilka leżących trupów. W jego ramiona wpadła zemdlona Zbisława. Ocalił ją w ostatniej chwili, kiedy już miał paść cios sztyletu.

— A teraz wypełnij przysięgę! — rzekł karzeł.

— Wypełnię ją! — odparł z wściekłością Jordan i porwawszy ukochaną, biegł przez długi ciąg komnat, aż dotarł do sali, gdzie odbywała się huczna biesiada.

IV

Książę Masław, otoczony rycerstwem, zajmował miejsce obok Joanny z Gozdawy. Dokoła na niskich ławach siedziały damy i panny jej dworu, uśmiechając się zalotnie do rycerzy zajętych biesiadą. Przepych naczyń i sprzętów, blask świec i pochodni tworzyły cudowne widowisko. Joanna pośród wesołego towarzystwa i najdzikszego w owych czasach księcia zapomniała o swoich zbrodniach. Na widok Zbisławy i Jordana jej twarz pobladła, a oczy wściekłością się zaiskrzyły. Krzyknęła straszliwie. Jordan, wiodąc za rękę Zbisławę, przystąpił do Masława i oddawszy mu pokłon, poprosił o wysłuchanie i wydanie sprawiedliwego wyroku.

— Do diabła! — krzyknął Masław. — Sprawiedliwość zwykliśmy wymierzać różnymi sposobami. Sztylet, trucizna, stryczek, więzienie i kajdany w naszej są mocy. Co z tego wybierzesz!?

Widząc zimną obojętność księcia, rycerz zdobył się na odwagę i rzucił ostre słowa:

— Książę, najpierw mnie posłuchaj, a potem wydasz wyrok.

Jordan opowiedział wszystko, co wiedział o księżnej, nie zważając na jej protesty, zaprzeczenia i omdlenia. Masław nie przerywał opowieści rycerza, ciesząc się w duchu, że nadarzyła się sposobność łatwego złupienia gozdawskiego zamku.

— A teraz, książę, proszę, wydaj sprawiedliwy wyrok! — zwrócił się do niego Jordan.

— Na szatana i koniec świata, wymierzę pani na Gozdawie sprawiedliwość, ale… dopiero gdy oddasz mi swoją umiłowaną.

To mówiąc, Masław powstał z miejsca i zbliżywszy się do przerażonej Zbisławy, zarzucił na jej szyję okryte zbroją ramiona. Nagle silna ręka Jordana odepchnęła księcia i uniosła nad jego głową sztylet.

— Czy sądzisz, że w imię sprawiedliwości ja, książę, mam się pojedynkować o pannę z prostym rycerzem? — zaśmiał się szyderczo Masław. — Pokażę, że umiem sądzić i wymierzać sprawiedliwość. Odstępujesz mi tę dziewczynę?…

— Pierwej dzikie ptactwo paść się będzie twoim cielskiem, niż się na to zgodzę — krzyknął rycerz. — Pierwej ziemia się rozstąpi i ten zamek się zapadnie!…

— To, że zamek się rozpadnie, to nieźle zgadłeś, mój młodzieńcze! — odparł z zimną krwią Masław. — Lecz z tym dzikim ptactwem i zapadającą się ziemią to już ci nie wyszło. Spróbuj jeszcze, może coś lepszego wymyślisz!…

— Odpowiedzią dla ciebie, książę, będzie mój miecz — krzyknął przywiedziony do ostateczności Jordan. Rycerz ciął w pancerz księcia, lecz miecz ześlizgnął się po zbroi. Masław ani drgnął.

— Uwięzić go! — zawołał do swoich wojowników. — Pilnować tego zuchwalca, żeby się nie wymknął!

Na te słowa rzucili się na Jordana rycerze i rozbroili go.

— A ty, piękna dziewczyno — zapytał Masław — chcesz być moją? Pragnę nowej kochanki, bo ta — dodał, wskazując na Joannę — zanadto krew lubi i kto wie, czyby kiedy nie zapragnęła i mojej…

— Kto?… ja! Ja mam być twoją?! — zawołała przerażonym głosem Zbisława. — Nie!… nie!… ja pogardzam tobą! ja brzydzę się tobą!… precz!… precz ode mnie.

— A więc dobrze! Nie lubię nikogo przymuszać. Rycerze! Wojownicy! Zamek jest nasz, rabujcie i gwałćcie. Pamiętajcie, jedna część należy do wodza, druga do księcia, trzecia do waszego pana i dobroczyńcy, a czwarta… czwartą wam daruję!

W mgnieniu oka zdarto kosztowne obicia i gobeliny okrywające ściany komnaty; zabrano drogie kobierce, naczynia, statki, pieniądze, klejnoty i wszystko, co było w gozdawskich murach.

— Teraz — rzekł Masław — przywiązać do tych kamiennych słupów wszechwładną panią Gozdawy, tego rycerza, i tę dziewicę. O! bym zapomniał i tego karła także, bo któżby usługiwał Joannie w podróży, w którą ją zaraz wyślemy. Hej, stróże, bierzcie łuczywa i pochodnie! Niech wszystko ogień ogarnie! Tylko prędzej, prędzej! Nie tak opieszale, bo i czwartą część sobie zabiorę!…

— A teraz, Handzo z Budyszyna i wy, panowie — rzekł, zwracając się się do swoich przybocznych rycerzy — na konie i za mną! Staniemy z daleka, albo też lepiej z bliska, bo inaczej nie usłyszymy ich krzyków.

Jordan nie stracił odwagi i szedł na śmierć z taką śmiałością, z jaką jeszcze niedawno ruszał na nieprzyjaciela. Bezbronny, otoczony siepaczami, prowadząc za rękę Zbisławę, zbliżał się do przeznaczonych im kamiennych słupów. Wojownicy ochoczo ich do nich przywiązali, kładąc im pod nogi kawałki drewna. Kiedy książę siadał na konia, Jordan czule żegnał się z umiłowaną. A potem krzyknął do księcia:

— Masławie, przyjdzie czas i dla ciebie, i choć za późno, pożałujesz swoich okrucieństw!

Joanna i karzeł słuchali tych słów w milczeniu, a na ich twarzach malował się strach przed cierpieniem i czekającą ich śmiercią godną ich zbrodni, które w swym życiu czynili.

Podłożono ogień i zamknięto bramy zamku. Płomienie buchnęły i ogień ogarnął cały zamek. Słup ognia wzbił się wysoko.

Lecz nim Jordan i Zbisława poddali się swemu przeznaczeniu, spojrzeli na siebie z miłością.

— Musimy umrzeć — rzekł wzruszonym, ale zarazem pewnym głosem. — Dusze nasze złączą się w niebie, a tam żadna przemoc ziemska rozdzielić nas nie zdoła! Żegnam cię, o luba! Niedługo zobaczymy się znowu!

Zbisława chciała także coś rzec, ale nie zdążyła. Ogarnęły już ją płomienie.

Gonda przywiązany do słupa z dzikością spoglądał na Joannę z Gozdawy, a gdy już ogień zaczął go obejmować, krzyknął piekielnym głosem:

— Jak ty wyglądasz, moja pani, w tych płomieniach. Do diabła! Twoja cera jest bielsza niż biel lilii! Szkoda tylko, że ten dym cię troszkę okopcił!… Ale gdyby ci krwi trochę podano, to i może sadze stałyby się jak śnieg białe.

To były jego ostatnie słowa. Wszyscy padli pastwą płomieni.

Gdy ta okropna scena w zamku się odbywała, Masław, Handza z Budyszyna i inni rycerze, stojąc u stóp wzgórza gozdawskiego, dzielili swe łupy. Gdy ogień przygasł i zaczęło się ściemniać, Masław wydał rozkaz:

— Czas znaleźć miejsce, by się przespać, po tak dobrej biesiadzie. Trzeba przyznać, że wino z piwnic Joanny było przednie.

Masław spiął konia ostrogą i wraz z całą drużyną ruszyli gościńcem ku widniejącej w oddali wiosce.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki