378 osób interesuje się tą książką

Opis

Świat wypełniła cisza. Była gotowa na śmierć.
Tyle że śmierć nie była najgorsza…


W lesie pod Gdańskiem robotnicy odkrywają masowy Grób. Wiele wskazuje, że to albo cmentarzysko ofiar seryjnego mordercy sprzed lat, albo miejsce spoczynku pacjentów poddawanych potwornym eksperymentom przez nazistów. Zmumifikowane ciała noszą tajemnicze ślady. Śledczy muszą je rozszyfrować.
Jednak nie tylko oni interesują się grobem.

Tymczasem lokalny przedsiębiorca otrzymuje przerażającą przesyłkę...

Komisarz Liza Langer i profiler Orest Rembert muszą poprowadzić jedno z najbardziej makabrycznych śledztw w swojej karierze. Okrutny sadysta również ich obrał sobie za cel.
Co łączy ofiary? Jakie znaczenie mają ślady na ich ciałach?
Co tak naprawdę interesuje tajemniczego psychopatę?
Odpowiedzi na te pytania kryją się w GROBIE.

Nowy kryminał autora bestsellerowego Ślepca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim, którzy oswoili swoje „deszczowe psy”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[Cierpienia po śmierci] są niczym, jeżeli tylko cieszy nas życie. Śmierć jest dziełem tego samego mistrza i nie powinna nas przerażać.

Michał Anioł

 

Krew to dość niezwykły trunek…

Johann Wolfgang von Goethe, Faust

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Kobieta uśmiechnęła się i otarła łzy. Pąsy powoli znikały z jej twarzy, lecz oczy nadal pozostały nienaturalnie rozwarte.

– A tamci? – zapytała, wskazując na funkcjonariuszy poruszających się na ziemi, kilkadziesiąt metrów niżej. – Ty też chciałeś mnie oszukać.

Spojrzała prosto w oczy Remberta. Zamrugała, chcąc powstrzymać kolejne łzy. Uśmiech zniknął z jej ust.

Odchyliła się i puściła barierkę. Rozłożyła ręce na boki. Była aniołem.

 

 

 

 

 

 

PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ

1.

 

 

Kobieta osuwała się w czarną dziurę nicości. Nicość rozpraszała się i wypełniała kolorami. Była ciepła, a chwilę potem – lodowato zimna. Otaczała ją. Omywała jej ciało jak fale wzburzonego oceanu.

Za oknem samochodu przesuwały się latarnie. Rozświetlone punkty, które przyciągają roje owadów. Na świecie nie powinno być latarni, a ogniska. Ogniska, wokół których cała ludzkość mogłaby odtańczyć taniec miłości.

Albo gwiazdy.

Najlepiej, gdyby świat oświetlało jedynie światło gwiazd.

– Dajcie mi jeszcze. – Kobieta obróciła się na bok i zamrugała. Zdrętwiałą dłonią przeszukała kieszeń, ale foliowy woreczek gdzieś się jej zawieruszył. – Kurwa…

Na razie nie musiała się niczym przejmować. Haj trwał w najlepsze, choć racjonalność przebijała do równoległego świata. Po pierwszej dawce należy zażyć drugą, po drugiej sięgnąć po trzecią. Tylko w ten sposób możliwe jest realizowanie wszystkich celów. Tylko w ten sposób można osiągnąć nieśmiertelność.

Mogłaby zabić ojca i matkę, lecz ktoś już o tym śpiewał. Morrison. John? Nie. Jim.

Jeżeli zabijać, to tylko we wzniosłym celu. Można złożyć ofiarę ze stu wołów lub stu ludzi. Hekatombę. Ofiarę, o której dowie się cały świat. Ofiarę, która pozwoli jej stać się nieśmiertelną przynajmniej w pamięci pokoleń.

Kobieta uśmiechnęła się do siebie. Latarnie zamieniły się w czarne drzewa odcinające się na tle granatowego nieba. Ich gałęzie sięgały ku kabinie auta. Wyginały się, jakby chciały ją pochwycić i zgnieść.

Tak jak cały świat.

Musiała walczyć z ludzkością, z bogami i z sobą samą. Musiała pokonać wszystkie przeciwności, a na końcu raz obranej drogi złożyć najwspanialszą ofiarę. Podpalić stos większy od największych, których promienie odbijały się od granatowego nieba.

– Dajcie mi jeszcze! – wrzasnęła, a jej własne słowa wróciły do niej stokrotnie zwielokrotnione. – Jeszcze!

Miała specjalny plan. Choć przez jakiś czas nie brała narkotyków, wstrzemięźliwość była poważnym błędem. Bez dragów była zerem. Nie mogła niczego osiągnąć, jeżeli nie robiła tego, co chciała. A dragi dawały jej odwagę być sobą. To banalny, zamknięty krąg. Nie powinna nigdy z niego wypaść. Wrodzona słabość i pokora wobec rodziców robiły z niej ofiarę.

Nie chciała być ofiarą. Chciała coś osiągnąć, być wyjątkowa, podobać się sobie i światu. Narkotyki pozwalały być jej sobą. A przede wszystkim pozwalały zapomnieć.

Musiała jedynie się kontrolować. Żaden gnój nie mógł jej powstrzymać. Nie pozwoli już sobie włożyć dłoni w majtki tylko po to, by zaliczyć egzamin. Egzaminy były jej do niczego niepotrzebne. Sama mogła stworzyć świat. Tworząc go od początku, stworzyłaby go skrojonego pod siebie.

– Ej, co jest! – Nabrała powietrza i zaczęła tłuc dłonią w fotel. – Dawajcie mi więcej!

Wcale nie potrzebowała więcej. Już była wolna. Już postanowiła, że nigdy więcej egzaminów, cudzych rąk w jej majtkach, a przede wszystkim – żadnych rozkazów. Mogła osiągnąć wszystko.

Drzewa zgęstniały, a samochodem zaczęło lekko bujać. Powoli zwolnił, wreszcie całkowicie się zatrzymał.

Trzasnęły drzwi.

Potem zapadła cisza, którą wypełniło pohukiwanie puszczyka. Mogła trwać kilka sekund lub wiele godzin. Czas już dawno albo chwilę temu stał się pojęciem względnym.

Nagle drzwi ponownie trzasnęły. Do środka wpadło chłodne, wilgotne powietrze. Kobieta zaśmiała się i zakryła twarz dłońmi. Ktoś usiadł koło niej. Chwycił ją za ramię i delikatnie potrząsnął.

– Hej, proszę pani!

Nie była żadną panią. Świat wypełniały kolory. Nawet noce w rzeczywistości nie są czarne i głuche, a pełne światła. Jeszcze jedna porcja sprawiłaby, że znikłyby prawa fizyki. Wiedziała o tym. I zniknąłby ten gnojek siedzący obok niej.

Poczuła delikatne ukłucie w ramię.

Nagle świat zaczął tracić barwy, lecz kształty się wyostrzyły. Wyraźnie widziała zarys fotela kierowcy, dźwig­nię zmiany biegów i kawałek przedniej szyby. Światła auta były zgaszone. Przed nim była jedynie zwarta ściana lasu. Czerń ledwie odcinająca się od rozgwieżdżonego nieba. Kolory znikały na dobre.

– Co… co robisz? – wybełkotała, starając się obrócić na plecy. – Potrzebuję…

– Podaję ci środek odtruwający – odparł ciepły głos. – Słowem, robię ci detoks.

– De-de…

– Tak. Detoks.

– Dla-czego? Dlaczego to robisz?

– Musisz się wziąć za siebie.

– Ja…

– Tak, wiem… Mimo to koniec z ćpaniem. Narkotyki zbyt mocno uśmierzyłyby ból, który ci zadam. A będzie to ból, jakiego nigdy wcześniej nie czułaś. Naprawdę nigdy.

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ WCZEŚNIEJ

2.

 

 

– Pieprz się. Jeśli przykujesz się do drzewa, uwierz mi, że zetnę je i powiem, że nie zauważyłem. Takich jak ty we Włoszech zakopują żywcem. Albo zalewają betonem. Bo beton jest dla ciebie jeszcze gorszy niż wieprzowina dla Arabów, prawda? Jesteś zwykłym śmieciem. Jesteś…

Postawny mężczyzna w stroju roboczym, żółtej kamizelce i kasku z logo firmy budowlanej zamilkł. Nabrał powietrza, po czym splunął gęstą śliną. Jego zaczerwienione policzki oraz czoło zrosił pot. Wyłupiaste, przekrwione oczy zionęły wściekłością. Duży, płaski nos musiał być kilkukrotnie złamany, a trzydniowy zarost na podbródku nie zasłaniał pokaźnej blizny. Naprzeciw niego stał wysoki, anorektycznie szczupły dwudziestolatek z długimi kręconymi włosami i sympatyczną twarzą. Miał na sobie jedynie lniane spodnie oraz sandały ze skaju. Sprawiał wrażenie, jakby przed chwilą wyrwał się ze spektaklu, w którym odtwarzał rolę Chrystusa. W dłoni ściskał cienki łańcuch. Dwie kobiety z dredami przed chwilą omotały nim drzewo i zapięły kłódkę.

– Wpieprzmy mu, nim przyjadą gliny. – Do budowlańca podszedł kolega. Całkowicie łysy, wymachiwał kaskiem jak kastetem. Parę metrów dalej stało kilkunastu kolejnych, którzy obserwowali całą scenę z satysfakcją, że mogą chwilę odpocząć.

– Tamta suka wszystko nagrywa – stwierdził mężczyzna z blizną na podbródku. Ukradkiem skinął w stronę jednej ze stojących przy drzewie kobiet.

– Kurwa! Myślicie, że wycinamy te chaszcze, bo się nam nudzi? – Łysy zmrużył oczy i zwrócił się do wyciągniętej komórki. – Nie rozumiecie, że to nasza robota? Za to nam płacą i za to możemy wykarmić rodziny. Przywiązując się do drzew, nic nie zmienicie. Idźcie do sądu, do ratusza czy do pierdolonego prezydenta, ale dajcie nam robić swoje.

– Sprawa jest w toku – wycedził mężczyzna w sandałach. – Mimo to wycinka nie została zawieszona. Nie wstrzymano robót.

– Bo ten cholerny sąd uznał, że wszystko jest zgodnie z prawem.

– Jeżeli wytniecie te drzewa, a potem się okaże, że jednak tak nie jest, powiecie, że problem zniknął. Zawsze tak robicie. Nikt się już na to nie nabierze.

– Pierdolona klika – dołączyła się kobieta z niemal białymi dredami i w koszulce z pacyfką. Na twarzy miała równie dużo kolczyków co piegów. – Zarabiacie na tym grube miliony. Potem przekupujecie urzędników i znów zarabiacie. I tak w kółko.

– Sądy też przekupujemy?

– Sądy zwracają uwagę na interes państwa, a nie społeczeństwa.

– Jezu Chryste! Co za pieprzenie!

Budowlaniec z blizną zdjął kask i wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Mimo że znajdowali się w lesie, kilkaset metrów od granicy administracyjnej Gdańska, było piekielnie gorąco. Do tego wśród drzew panowała okropna, dusząca wilgoć. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanej ściółki i igliwia. Za plecami budowlańców stały dwie koparki. Silnik jednej z nich pracował na niskich obrotach. Kabina drugiej była pusta, drzwi otwarte, a szufla – uniesiona.

Obok koparek leżał wyłożony przed chwilą sprzęt: wielkie piły spalinowe, kliny oraz przecinarki. Poza nimi mnóstwo innych drobnych narzędzi, niezbędnych do tego, by wykarczować chaszcze i powalić kilkunastometrowe drzewa. Ta część lasu była stosunkowo młoda i nie zachodziła potrzeba użycia cięższego sprzętu. Była jednocześnie zbyt stara, by po prostu użyć ognia.

– Co robimy, szefie?

Łysy budowlaniec odwrócił się tyłem do aktywistów ekologicznych i zniżył głos. Łypnął na stojących w cieniu drzew robotników. Ściągnęli tu kilkunastoosobową ekipę, a trójka idiotów blokowała pracę. Od początku ten projekt rozwijał się pechowo. Choć niedaleko miała przebiegać obwodnica, pojawiły się problemy z wykupem gruntu. Przeciwnicy inwestycji chcieli objęcia terenu ochroną, wymieniali zwierzęta, które mają tu swoje lęgowiska, a wreszcie sięgnęli po argument siłowy. Postanowili poprzykuwać się do drzew. Nie przekonywała ich wizja uporządkowania okolicy, usunięcia chaszczy i wybudowania w ich miejscu nowoczesnego motelu z basenem oraz salonem spa. W zamian za każde usunięte drzewo deweloper zobowiązał się zasadzić pięć, jedynie nieco mniejszych. Do tego przy budynku miał powstać elegancki park z fontannami. Mówiło się również o niewielkim ogrodzie oraz ekologicznej uprawie na użytek motelowej kuchni. To ostatnie stanowiło jedynie element kampanii mającej ocieplić wizerunek inwestora. Reporterzy lokalnego dziennika zdobyli nagranie rozmowy, w której członkowie zarządu nabijali się z „debilizmu ekologów”. W mało wyrafinowany sposób mówili o tym, czym należałoby ich karmić po zamknięciu w więzieniu. Nawóz z własnego, wegetariańskiego gówna był jednym z delikatniejszych pomysłów.

Budowlaniec nazwany szefem przeciągnął dłonią po twarzy i mlasnął. Rozejrzał się po okolicy. Wszystkie drzewa pod wycinkę zostały już poznaczone pomarańczową farbą. Teren zabezpieczono taśmami, które ekolodzy poprzecinali. Było jeszcze rano, lecz mężczyzna doskonale wiedział, jak rozwinie się sytuacja. On wezwie policję, by usunęła protestujących, ci urządzą szopkę z relacją na żywo w internecie, a ostatecznie dzień roboty szlag trafi. Krótko mówiąc, jego firma straci sporo forsy. A na to nie mogli sobie pozwolić.

Szef pociągnął nosem. Nagle rozprostował szerokie ramiona i podszedł do zebranych w pobliżu robotników. Przyciszonym głosem rzucił im parę poleceń. Kilku mężczyzn ruszyło w stronę protestujących. Zatrzymali się przed nimi, tworząc zwarty kordon. Chwilę później koparka podjechała do sosnowego zagajnika.

– Te skurwysyny pokopali doły! – wrzeszczał operator, przekrzykując jazgot silnika. – Szef sam zobaczy.

Nim aktywiści zdążyli zareagować, zanurzył potężną łyżkę w ziemię i podkopał drzewa. Ciągnięte za korzenie sosny się zachwiały. Kolejny wykop powstał tuż obok. Kobiety z dredami rzuciły się w stronę koparki, lecz pozostali robotnicy natychmiast je zatrzymali. Wywiązała się krótka szarpanina, połączona z ostrymi wyzwiskami.

Zanurzona po raz trzeci w miękkiej ziemi łyżka podkopała kilka drzew tak, że te bezwładnie runęły. Następnie operator ostrożnie wycofał sprzęt. Gąsienice znaczyły w ściółce głębokie koleiny. Pomiędzy kolejnymi drzewami znajdowały się płytkie doły. Wystarczyłyby jednak, aby koparka straciła stabilność i wywróciła się lub zakopała.

– Skurwysyny. – Szef brygady zatrzymał się przy jednym z wykopów. Przez chwilę gniewnie mierzył go wzrokiem, wreszcie odwrócił się do szarpiących i zacisnął pięści. – Dajcie im nagrać to, co zrobili. Niech pokażą te pieprzone doły, przez które ktoś mógł tu zginąć. – Mężczyzna splunął i machnął do operatora koparki. – Młody, dasz radę to objechać? Jeśli nie, najpierw je zakop. Nie możemy ryzykować wpadki.

Krótko ostrzyżony żylasty chudzielec machnął zza uchylonej szyby. Jeszcze przez chwilę starał się manewrować, lecz gąsienice nie mieściły się między dołami. Nie dałby rady zbliżyć się do kolejnych drzew.

Zakończona ostrymi zębami łyżka bez trudu zagłębiła się w ziemię. Po chwili cała hałda wylądowała w wykopie. Operator minimalnie wycofał koparkę i nabrał ziemi po raz kolejny. Wokół uniósł się pył. Natychmiast obkleił spocone ciała stojących wokół osób.

Szef ekipy ciężkim krokiem obszedł koparkę. Po raz kolejny wierzchem dłoni otarł czoło i przyjrzał się wykopowi. Ten został niemalże zasypany, lecz należało jeszcze ubić ziemię. Mężczyzna był wściekły, że ekolodzy posunęli się do takiej metody. Nie martwił się o pracowników, ale o sprzęt. Uszkodzenie koparki to kolejne opóźnienia i straty. Przymuszenie tych skur­wieli do zapłaty odszkodowania równałoby się popisowej sprawie sądowej. Takiej, która trwałaby całymi latami i wcale nie musiała się zakończyć ich zwycięstwem. Ekoświry opanowały też wymiar sprawiedliwości.

Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że w okolicy nie ma zasięgu. Ci idioci musieli ściemniać, że prowadzą relację na żywo. Oczywiście, mogli mieć jakiś zaawansowany sprzęt, ale raczej nie wyglądali na profesjonalistów. Wsparcie z Greenpeace’u dopiero do nich jechało. Nagłą akcją udało się im ubiec ruchy ekologów, ale ta trójka stanowiła jedynie awangardę prawdziwych kłopotów. Może jednak nikt nie wiedział, że już tu są. Być może nikt by się nie zorientował, gdyby…

Mężczyzna zerknął w stronę wybranego przez koparkę dołu. Coś przyszło mu na myśl. Ostrożnie zbliżył się do jego krawędzi i ciężko sapnął. Odciągnął koszulę, która przykleiła mu się do pleców.

Nagle przez jego twarz przemknął grymas zdziwienia. Budowlaniec zmrużył oczy i napiął mięśnie żuchwy. Z całej siły zacisnął palce na kasku.

– Niech to szlag! – wrzasnął. – Ja pieprzę!

 

 

 

3.

 

 

– Czy teren był wcześniej zabezpieczony? Ktoś go pilnował?

Liza Langer w jednej dłoni trzymała niewielki, zamknięty notes, a w drugiej długopis. Niczego nie zapisywała, lecz lepiej się czuła, mając zajęte ręce. Była ubrana w proste czarne spodnie oraz plisowaną białą koszulę z subtelną koronką. W klapę błękitnego żakietu miała wpiętą ażurową srebrną broszkę. Jej strój zwracał uwagę nieprzesadną elegancją. Krojem i kompozycją od razu przywodził na myśl ubiory z lat trzydziestych. Dopełniająca go delikatna uroda komisarz niejednokrotnie sprawiała, że początkowo rozmówcy traktowali ją z góry. Jednak jej ostry, konkretny ton szybko uświadamiał im ich błąd.

– Nie widzi pani, że wokół rozpięliśmy taśmę? – Szef ekipy, który przedstawił się jako Marek Tarski, przeciął palcem gęste powietrze. – Wszystko zostało dokładnie oznaczone.

Langer spojrzała mu prosto w oczy.

– Pytałam, czy teren został zabezpieczony, a nie oznaczony – wycedziła. – Czy był tu stróż, cieć, ktokolwiek. Może okolicę miała sprawdzać ochrona? I tak, widzę tę gównianą, pozrywaną wszędzie taśmę.

– Po co ochrona miałaby pilnować paru drzew? Teren robót zabezpieczamy dopiero po rozpoczęciu prac. A to miało nastąpić dzisiaj.

Langer ciężko westchnęła.

– Dziękuję, że odpowiedział pan na moje pytanie. Do dzisiaj teren był niezabezpieczony.

– Tak, tylko że…

Komisarz weszła mu w słowo.

– Między nami, ta ochrona przydałaby się właśnie po to, by nikt nie przypinał się do drzew, gdy zaczniecie robotę. Albo żeby nie wykopano tu wilczych dołów, w które miał wpaść wasz sprzęt. Jak widać, to by nie zaszkodziło.

Budowlaniec jedynie wzruszył ramionami. Langer przygryzła wargę i zerknęła w stronę dwóch dziewczyn z dredami. Stały nieco na uboczu, wyraźnie wystraszone. Przypatrywały się swojemu towarzyszowi, który kilka kroków dalej rozmawiał z aspirantem Wojtiukiem. Smagły, wysportowany policjant górował nad szczupłym chłopakiem. Ten lekko się skulił i nerwowo gestykulował, co chwilę wskazując w stronę wykopów.

Langer odwróciła się do Tarskiego. Wciąż nie podeszła do wykopanych przez koparkę dołów. Zgodnie z wyuczoną metodą pracy starała się rozdzielić relacje uczestników zdarzeń oraz wszelkiej maści oględziny. Dzięki temu potrafiła zachować maksymalną obiektywność. Relację budowlańca traktowała jak nic niewartą historię, którą dopiero należy nanieść na tło rzeczywistości.

– Jest pan pewny, że ten wykop nie powstał wcześ­niej? – zapytała, obracając długopis między palcami. – Że nie było tam świeżo wysypanej ziemi?

Budowlaniec energicznie skinął głową. Potarł dłonią podbródek i podrapał się po bliźnie.

– Na sto procent – zapewnił.

– Gdy łyżka wbiła się w ziemię, stał pan dokładnie tutaj?

– Tak. Z dokładnością do dwudziestu centymetrów.

– I nic ani nikt nie przysłaniało panu widoku?

– Nie. Czy pani jest zawsze tak dociekliwa? Jeżeli mówię, że coś widziałem, to tak było. Poza tym jak w inny sposób miałbym zobaczyć to, co się tam znajduje…

– No właśnie. Też chciałabym wiedzieć.

Tarski zmarszczył czoło i się zamyślił. Widać było, że za wszelką cenę stara się sobie coś przypomnieć. Odezwał się dopiero po kilku sekundach i bez większego przekonania.

– Zdaje się, że chciałem obejść koparkę i zbadać grunt, żeby młody nie wpakował się do kolejnego dołu. Właśnie dlatego, że stąd nic nie widziałem.

– Czyli jednak podszedł pan bliżej.

– Jezus Maria, już mówiłem, że…

– Podszedł pan, mimo że z tej perspektywy nie mógł widzieć zawartości dołu. Nic nie mogło w nim pana zainteresować.

– Do środka zerknąłem całkowicie przypadkiem. Przede wszystkim chciałem sprawdzić, czy te ekologiczne zasrańce nie wykopały kolejnego wykopu. Musiałem się upewnić, że cofając się, koparka w nic się nie wpakuje. Przechodząc, odruchowo zerknąłem w głąb i kropka. To cała fascynująca historia. Teraz wyraziłem się jasno?

Langer nie odpowiedziała. Zrobiła krok i stanęła tuż obok budowlańca. Spojrzała w stronę wykopu. Z tej perspektywy nie widziała, jak jest głęboki ani co kryje w środku, lecz bez wątpienia dostrzegłaby zruszoną ziemię wokół. Całkiem wyraźnie rozróżniała ślady gąsienic koparki oraz odbicia butów w grząskim gruncie pod sosnami.

Promienie słoneczne przeciskały się przez korony drzew i rozświetlały podłoże. Na leśnej ściółce toczyła się gra jasnych, żółtych plam i głębokich półcieni. Okolica zdawała się idyllicznie spokojna. Poza ludźmi stojącymi za plecami Langer wokół nie było nikogo. Mimo to komisarz odniosła dziwne wrażenie, że coś lub ktoś kryje się za drzewami i ją obserwuje. Wzdrygnęła się, po czym zmrużyła oczy. Rozejrzała się, ale nie dostrzeg­ła nic podejrzanego. Odwróciła się do Tarskiego.

Starała się wyobrazić sobie sytuację sprzed kilkudziesięciu minut. Zasypującą doły koparkę, walące się, podkopane drzewa, stojących po przeciwnej stronie ekologów. Ich działania, choć w jakiś sposób uzasadnione, często były znacznie bardziej bezprawne niż roboty budowlańców. Wiedziała, że nie może w pełni oprzeć się na ich relacji, dlatego postanowiła porozmawiać z szefem ekipy, a ich rozpytanie zostawić Wojtiukowi. To również pozwalało zachować obiektywność. A jednak coś jej nie pasowało. Nie rozumiała dlaczego, mimo że doszło do próby siłowych rozwiązań, robotnicy nie rozpoczęli prac od miejsca, które pierwotnie przygotowywali. Usunięta została kępa sosen właściwie na skraju tego obszaru, co stanowiło bardziej demonstrację siły niż…

Langer schowała długopis do kieszeni i pstryknęła palcami. Nie zważając na Tarskiego, szybkim krokiem ruszyła w stronę Wojtiuka. Obrzuciła wzrokiem proekologiczne aktywistki, wreszcie zatrzymała się przed zlanym potem, przepytywanym przez aspiranta chłopakiem.

– Kto z was to wszystko nagrywał? – zapytała ostro. – No, śmiało. Kto z was nagrywał całe zajście?

Chudzielec wytrzeszczył oczy i delikatnie otworzył usta. Na jego ciemnych, rzadkich brwiach osiadły krople potu. Wbił w komisarz baranie spojrzenie.

– Odebrało ci mowę czy co? A może wiesz, że mog­łeś zarejestrować przestępstwo?

Langer uśmiechnęła się wymownie. Odruchowo sprawdziła, czy wsuwka nadal nienagannie spina jej włosy. Ktoś powiedział, że ten gest wykonują tylko największe zołzy. Jak na złość od tamtego momentu wszedł jej on w krew. Mimo to w duszy żal jej było przestraszonego chłopaka. Choć starała się nigdy nie stawiać przedwczesnych opinii, była pewna, że młody jest Bogu ducha winnym człowiekiem z głową napakowaną ideałami i marzeniem o uratowaniu całego świata. Przyciskając go teraz, zaoszczędzała mu dodatkowych pytań w trakcie ewentualnego przesłuchania. Tak przynajmniej usprawiedliwiła przed sobą swój ostry, nieprzyjemny ton.

– Kto z was, do cholery, coś nagrywał? – Odwróciła się w kierunku dziewczyn, starających się trzymać bojowy fason. – Może robiliście to wszyscy? Mam zabezpieczyć wszystkie telefony?

Po chwili milczenia kobieta z niemal białymi dredami wystąpiła w jej stronę. Wyciągnęła z kieszeni telefon i obróciła go w dłoni. Splunęła z pogardą.

– Reżim państwowy zawsze po stronie deweloperów, co? – zapytała, podając komórkę Langer.

Komisarz obrzuciła ją łagodnym spojrzeniem. Kiedyś też taka była. Zbuntowana i pełna nadziei, że może zmienić świat. Niegodząca się na jakiekolwiek zło. Również stała po tamtej stronie barykady. A potem swoją frustrację na zmierzający ku zagładzie świat wcisnęła w policyjny mundur. Przestała marzyć. Życie kazało jej twardo stąpać po ziemi i mierzyć siły na zamiary. Nie mogła wytępić całego zła. Choć przecież tamtej kobiecie chodziło o to samo. Nie chciała walczyć o świat, ale o tę konkretną kępę drzew.

Powoli wysunęła telefon z dłoni blondynki i podała go Wojtiukowi.

– Dziękuję. Zrobię wszystko, by odzyskała go pani jak najszybciej. A ty – zwróciła się do aspiranta – spisz protokół i każ zgrać nagrania wideo. Nie ma potrzeby, by utrudniać im życie.

Nie czekając na czyjąkolwiek reakcję, Langer ruszyła do wykopu. Czuła na sobie ciężkie spojrzenia blondynki oraz stojących na uboczu budowlańców. Kątem oka dostrzegła Tarskiego. Szef ekipy wciąż stał w tym samym miejscu. Rozmawiał z kimś, przyciskając do ucha telefon. Być może zdawał właśnie relację z tego, co razem z operatorem koparki zobaczyli, nim wezwali policję. Nie wyglądał na człowieka skorego do przesady, a dosadność jego relacji podkreślał fakt, że operator, blady jak ściana, ledwo bełkotał. Rozmowę z nim komisarz zostawiła więc na koniec. Poza tym na jego kombinezonie Langer dostrzegła ślady świeżo roztartych wymiocin. Oczywiście, bił od niego również ich kwaśny smród.

Liza zbliżyła się do wykopu. Piekielnie chciało się jej zapalić. W kieszeni żakietu miała niemal pełną paczkę mińskich. Kupowanie papierosów z przemytu stanowiło być może ostatnią pozostałość jej młodzieńczego buntu. Schowała notes, ale jedynie musnęła palcem paczkę.

Od wykopu dzieliło ją już tylko kilka kroków. Starała się przygotować na wszystko. Szła prosto, sztywnym krokiem, by zostawić jak najmniej śladów. Kryminalistycy byli w drodze. Mimo że nie powinna tego robić, chciała zobaczyć wszystko na własne oczy. Jako pierwsza. Nim wszystko zamieni się w plan filmowy ze znaczącymi okolicę numerami, namiotami i stojakami reflektorów.

Ostatnie kroki przeszła, patrząc prosto przed siebie. Lustrowała okolicę. Ziemia wokół miejsca, w które wbiła się łyżka koparki, była nienaruszona. Poza śladami gąsienic Langer nie dostrzegła żadnych śladów ingerencji człowieka. Powalone sosny znajdowały się dobrych kilkanaście metrów dalej. Tutaj nie odbiły się podeszwy butów Tarskiego ani operatora koparki. Zasypywany wykop zostawiła już za sobą.

Nabrała powietrza i kucnęła, nie patrząc w dół. Przełknęła ślinę. Żałowała, że nie wzięła tic-taków. Wciąż miała nieprzyjemne wrażenie, że coś przypatruje się jej zza linii drzew. Powiew duszącego, wilgotnego wiatru smagnął jej twarz. Komisarz oparła dłonie na ziemi i spojrzała w głąb wykopu.

Po plecach spłynął jej lodowaty pot.

 

 

 

4.

 

 

Doktor Zalewski powoli upił łyk gorącej kawy. Oblizał usta, po czym odsunął filiżankę na skraj biurka, za teczkę wypchaną dokumentami. Patolog był sześćdziesięcioletnim szczupłym mężczyzną o napiętej skórze mumii. W jego twarzy dominował długi, haczykowaty nos. Pod mętnymi oczami miał zwały pofałdowanej, ziemistej skóry. Doktor golił się co trzy dni, a i tak jego policzki przetykały jedynie pojedyncze punkciki siwego zarostu. W jego cienkich ustach skrywały się drobne, żółte zęby, korelujące z delikatną, niemal damską żuchwą. Patolog nosił długie włosy, które zawsze starannie upychał pod czepkiem chirurgicznym. Nie zdejmował go nawet w trakcie przerwy kawowej lub idąc do toalety. Było to tematem rozmaitych żartów i teorii spiskowych.

Przejrzał kilka stron leżącego przed nim dokumentu. Opinia, którą sporządzał jako biegły, wciąż była niedopracowana. Sam dostrzegał w niej niewielkie wewnętrzne sprzeczności, lecz nie mógł się zdobyć na jednoznaczne stwierdzenie przyczyn śmierci dwudziestosiedmioletniego mężczyzny osadzonego w warszawskim zakładzie karnym. Z jednej strony nie znalazł żadnych śladów świadczących o przyczynieniu się do zgonu osób trzecich. Z drugiej – sposób popełnienia samobójstwa był tak nietypowy, że rodziły się pytania, po co mężczyzna miałby tak utrudniać sobie odebranie życia. Były na to znacznie łatwiejsze metody niż zadzierżgnięcie się własnym podkoszulkiem, i to w pozycji embrionalnej, pod prześcieradłem. Teoretycznie wykonalne, ale…

Zalewski otarł oczy i przegładził włosy. Wyprostował się. Badania chemiczne nie wykazały w organizmie denata żadnych nietypowych substancji, lecz na jego karku znajdowały się dwa wyraźne wkłucia. Nie było możliwości ustalenia, co je spowodowało. Igła? Piątka albo szóstka, ale powierzchnia nakłuć wydawała się nazbyt poszarpana. Więźniowie praktykują rozmaite metody odurzania się i z pewnością mają na to sposoby, o których nie śniło się lekarzom.

Wkłady do długopisów?

Wąskie plastikowe słomki?

Ości?

Końcówka pióra?

To wszystko było możliwe. W warunkach zakładu karnego, gdzie wyobraźnia pogrążonych w nudzie osadzonych wspina się na najbardziej abstrakcyjne poziomy, naprawdę wszystko było możliwe. Zalewski doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Tak samo jak z tego, że niektóre substancje chemiczne przestawały być wykrywalne już po kilkunastu minutach od podania. Dosłownie ulatniały się z organizmu.

Autopsję wykonywał gdański profesor, co do którego zdolności Zalewski nie miał najmniejszych wątpliwości. Swoją drogą właśnie przez to znalazł się w kropce. Nawet gdy miał ku temu podstawy, nie lubił kwestionować ustaleń takich tuzów. Zresztą w tej sprawie nie znalazł choćby śladowego punktu zaczepienia. Wszystko wydawało się w porządku, a jednak… Jednak gnębiło go poczucie, że coś przegapiono. Albo że nauka nie znalazła się jeszcze na poziomie wystarczającym, by pomóc rozgryźć tę sprawę. By podważyć dotychczasowe ustalenia i zrozumieć prawdziwą przyczynę śmierci dwudziestosiedmiolatka.

Coś przegapiono.

Ta myśl doprowadzała patologa do szaleństwa. Nigdy wcześniej nie zetknął się ze sprawą, która wzbudzałaby w nim głębsze wątpliwości. Chciał poznać prawdę, a jednocześnie brakowało mu do tego instrumentów. Czuł się jak fizyk tworzący przełomową teorię, która pozostanie teorią tak długo, dopóki nie znajdą się narzędzia zdolne ją potwierdzić. Tyle że w teorii patologa nie było nic przełomowego. Powtarzał wcześ­niejsze ustalenia, zwracając jedynie uwagę na specyfikę obecności powietrza w tkance prawej komory serca. To mogło budzić dalsze wątpliwości, lecz…

Zalewski zamrugał. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dzwoni jego telefon. Stary aparat, stojący wśród pomiętych papierów, wydawał z siebie metaliczny dźwięk. Doktor powoli sięgnął po słuchawkę. Model był na tyle nowoczesny, by na niewielkim wyświetlaczu pojawił się numer dzwoniącego, lecz i tak ten ciąg cyfr nic mu nie mówił. Prawdę powiedziawszy, Zalewski nigdy nie marnował czasu na zwracanie uwagi na coś, co można było zapisać w notesie. Podniósł słuchawkę i cicho odchrząknął.

– Słucham?

Niemal natychmiast odpowiedział mu szorstki, niski głos. Zalewski od razu go rozpoznał.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, doktorze.

– Nie. Chociaż właściwie to trochę. Jestem zajęty i mam przed sobą…

Inspektor Siwecki wszedł mu w słowo. Najwyraźniej nie interesowało go, co ma przed sobą patolog. Albo zwyczajnie nie chciał o tym wiedzieć.

– Będzie pan miał sporo roboty, doktorze – odezwał się, akcentując stopień naukowy Zalewskiego.

– Bo?

– Jeszcze nie znam szczegółów. Moi ludzie są w terenie.

– Zajęciem pańskich ludzi jest być w terenie, inspektorze. Zazwyczaj nie wiąże się to z robotą dla mnie.

– Tym razem zdaje się, że trafiliśmy na coś dużego. Proszę uporządkować stoły.

– Ostrzega mnie pan, inspektorze? – Zalewski rozparł się w fotelu i spojrzał w sufit znudzony. Poprawił okulary. Miał zbyt dużo doświadczenia i dystansu do własnej pracy, by przejmować się naciskami policji. – A może już z góry pospiesza?

– To tylko informacja od serca. – Siwecki głośno mlasnął. – Przestroga, by nie zaczął pan teraz partyjki w pasjansa. Szkoda byłoby ją przerywać. Nic więcej.

Inspektor się rozłączył. Patolog powoli odłożył słuchawkę na bazę i zastygł wpół pochylony. Przez chwilę nie poruszył się nawet o milimetr. Wreszcie przeciągnął się, po czym sięgnął po pilot telewizora. Liczył na to, że głodni każdej sensacji reporterzy zdradzą mu więcej niż Siwecki.

Czekając, aż ekran się rozjaśni, doktor niecierpliwie zaciskał i otwierał lewą dłoń. Lubił swoją robotę. Był świetnym specjalistą, którego niewiele mogło zaskoczyć. Ale tego, co go czekało, nie mógł się spodziewać.

 

 

 

5.

 

 

– Zależało mi, żebyś zobaczył wszystko na miejscu. W nienaruszonym stanie.

– Ostatnim razem upierałaś się, że powinny wystarczyć mi zdjęcia.

– Podobno zdjęcia nie mają zapachu ani smaku. Jak to ująłeś? Niech sobie przypomnę… Zdjęcia to tylko pocztówki przesłane z wakacji, podczas gdy prawdziwe wspomnienia zachłannie trzymamy w sobie? – Langer starała się naśladować łagodny, nieco sepleniący głos Remberta. – Jesteś złotousty.

Uśmiechnął się niewyraźnie.

– Gdybyśmy znajdowali się w innej scenerii, bardziej doceniłbym twoje zdolności aktorskie.

– I słusznie.

– Podejdziemy tam wreszcie?

Orest Rembert wbił w Langer zaciekawione spojrzenie. Był szczupłym, wysokim blondynem o twarzy ledwie wyrośniętego chłopca. Obrazu cherubinka dopełniały niemal białe brwi oraz nieco wyłupiaste, błękitne oczy. Od kilku miesięcy całkowicie formalnie piastował etat policyjnego psychologa. Nieoficjalnie jego głównym zadaniem miało być profilowanie sprawców najcięższych przestępstw. Po tym, jak wspólnie z Langer zakończyli sprawę mordercy okrzykniętego przez media „Ślepcem”, zbliżyli się do siebie. Początkowa niechęć przerodziła się w szorstką przyjaźń.

Liza rozejrzała się, starając się uchwycić spojrzenie jednego z dwóch techników plączących się obok grafitowej furgonetki. Obaj byli zbyt zajęci, by zwrócić na nią uwagę. Poruszali się niespiesznie, bo – ku ich zadowoleniu – okolicę od świata oddzielały czerwono-białe taśmy policyjne. Cieszyły się większym szacunkiem niż te informujące o terenie robót budowlanych.

Robotnicy zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na miejscu, zgodnie z życzeniem komisarz, pozostały jedynie dwie koparki. Chciała, aby Rembert zastał praktycznie taką samą scenerię, jaką zastała ona. O dziwo, do lasu nie dostali się jeszcze przedstawiciele mediów. Dzięki temu w okolicy panowała niemal zupełna cisza, przerywana jedynie niepokojącym szumem wiatru.

– Idź. – Langer skinęła głową. – Ja już tam byłam i nie wyczaruję nic więcej.

Orest przyjrzał się jej uważnie.

– Czyżby wielka gwiazda policji miała dość?

– Nie drażnij mnie.

– Przecież najgorszy widok to dla ciebie kaszka z mleczkiem. Ubóstwiasz to. Jesteś sadystką, i dobrze o tym wiesz. Żywisz się swoją pracą.

– Znów mnie analizujesz? – Komisarz wytrzymała spojrzenie Remberta. – Nie zrobię ani kroku, żeby drugi raz nie deptać śladów. Technicy i tak mają ochotę mnie zabić.

– Rzucasz mnie lwom na pożarcie?

Langer nie odpowiedziała. Z ponurą miną skinęła głową, dając znać, że chwila rozprężenia dobiegła końca. Podobne utarczki potrafiły rozładować stres i przygotować na najgorsze, ale nie mogły trwać zbyt długo. Oboje doskonale o tym wiedzieli.

– Okej. Do roboty!

Rembert poprawił kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli i wbił dłonie w kieszenie granatowych spodni. Powolnym krokiem ruszył w stronę wykopu. Jeden z kryminalistyków coś do niego krzyknął, lecz psycholog całkowicie go zignorował. Miał nadzieję, że Langer stanie w jego obronie. Nie pomylił się, bo po chwili za plecami usłyszał szorstką wymianę zdań.

Im bliżej dołu się znajdował, tym więcej domysłów krążyło mu po głowie. Podobnie jak Liza, do prowadzenia wielu spraw miał niesztampowe podejście. Jadąc na miejsce zdarzenia, nie chciał żadnych informacji. Po prostu miano go dowieźć i pozwolić działać. Każde zdanie, intonacja i uzupełniające je mimika lub gest potrafiły zniszczyć świeżość odbioru. Jeżeli miał odtwarzać jakieś zajście lub sposób działania sprawcy, musiał być jak dziecko zapamiętujące twarz rodziców. Jego umysł musiał stanowić białą kartę, pozbawioną uprzedzeń oraz naleciałości cudzych emocji. Wystarczyło mu, że z zachowania Langer wywnioskował, jak bardzo jest zdenerwowana. Mimo że była wyjątkowo odporna psychicznie, wyczytał z jej ruchów niepewność i zdezorientowanie. Mógł się założyć, że czuje się całkowicie skołowana. Nie miała żadnych teorii ani przypuszczeń. To, co widziała, wywołało w niej szok. Nie tak potężny, jak ten spotykany na przykład u ofiar wypadków, ale na tyle wyraźny, że przybrała maskę. Nie zachowywała się tak swobodnie jak zwykle ani nie kipiała specyficzną energią.

Ostatnie dwa kroki Rembert zrobił z zamkniętymi oczami. Wsłuchiwał się w świst wiatru w koronach drzew, zza pleców dobiegały go odgłosy kłótni Lizy i kryminalistyków. Gdzieś w oddali żałośnie pogwizdywał jakiś ptak. Powietrze miało duszny zapach nagrzanej ziemi i wilgoci. Zapach grobów. Poza tym czuł…

TO.

Zbyt dobrze znał ten zapach, by go z czymś pomylić.

Otworzył oczy i wyjął dłonie z kieszeni. Czubki jego butów znajdowały się kilkanaście centymetrów od krawędzi wykopu. Przez chwilę patrzył właśnie na nie. Następnie powoli, jakby dawkując emocje, powiódł wzrokiem dalej. Prosto ku…

Gwałtownie odwrócił głowę.

Zamrugał i nabrał głęboko powietrza. Odciął się już od otaczającego go świata. Nie mógł utracić doskonałego skupienia, więc z powrotem spojrzał w głąb wykopu. Zmusił się, by szeroko otworzyć oczy. Teraz nie słyszał ani kłótni, ani szumu drzew. Całą jego uwagę pochłonęło to, co znajdowało się kilkadziesiąt centymetrów niżej.

Spoglądał na co najmniej kilka makabrycznie splątanych zwłok. Mężczyźni oraz kobiety ubrani byli w strzępy rozpadającej się odzieży. Łyżka koparki rozerwała nadgniłe ciała części z nich. Na samym skraju wykopu leżała wyrwana z barku, sczerniała ręka. Kilka centymetrów dalej tkwiła głowa kobiety z kręconymi, czarnymi włosami. Cienka niczym pergamin skóra odeszła z połowy jej twarzy. Zamiast nosa zionęła czarna pustka wnętrza mózgoczaszki. Fioletowe wargi były zapadnięte i niemalże zlewały się z brązowym strzępem skóry na podbródku, jakby kobieta poplamiła się jakimś gęstym sosem. Zza warg wystawały białe, drobne zęby. Kilku brakowało. Mimo że usta były rozwarte, w środku nie było widać żadnych pozostałości języka.

Rembert przeniósł wzrok na kolejne ciało. Zostało odsłonięte tylko częściowo i ponad powierzchnię ziemi wystawały jedynie ręka z kurczowo zaciśniętą dłonią oraz fragment rozpadającej się klatki piersiowej. Powłoki brzuszne zasuszyły się i zapadły. Skóra na biodrze pękła, odsłaniając biel kości. Tuż obok niej z ziemi wystawała pokrywa czaszki z resztką krótkich siwych włosów. Nieco dalej znajdowały się piszczel oraz niemalże całkowicie pozbawiona tkanki stopa. Paliczki rozpadły się niczym rzucona o tablicę kreda. Ze ściany wykopu zwisała zdarta z któregoś ze szkieletów zmarszczona brązowa skóra. Przypominała ogromny płat wędzonych smakołyków rzucanych psom do obgryzania. Jednak wyraźnie dało się na niej dostrzec pępek oraz fragment podbrzusza z włosami łonowymi.

Kolejna głowa tkwiła kilkanaście centymetrów poniżej czubka buta Remberta. Była obrócona bokiem tak, że można było wyraźnie dostrzec obkurczoną resztkę płatka ucha i brązowo-czarną skórę rolującą się na kości policzkowej. Obklejony ziemią policzek został mocno trącony rozkładem. Odsłaniał pojedyncze, nierówne zęby. Z uszkodzonego oczodołu wypełzł gruby biały robal.

Rembert przytknął dłoń do nosa i się wyprostował. Starał się zapamiętać każdy szczegół. Choć łyżka koparki zmieniła ułożenie ciał, to nadal mogło być ono istotne.

– No, do roboty, chłopie – szepnął do siebie. – Nie pękaj.

Jego uwagę natychmiast przykuło kilka szczegółów.

 

 

 

6.

 

 

– I co o tym powiesz, Oreście?

Langer z upodobaniem zwracała się do Remberta, odmieniając jego imię. Wymawiała je, przedłużając głoski niczym hrabina przyzywająca nosowym głosem kamerdynera Lee-ooona. Niemal zawsze przy tym mina psychologa wprawiała ją w lepszy nastrój. Niemal zawsze, bo tym razem Orest pozostał śmiertelnie poważny.

Stali kilkanaście metrów od wykopu, prawie dokładnie naprzeciw powalonych sosen. Za plecami Langer zaparkowana była furgonetka kryminalistyków, a niedaleko łomotała targana wiaterkiem policyjna taśma. Aktywiści proekologiczni oraz budowlańcy zniknęli. Szef ekipy zaklinał się jednak, że nie pozwoli na kolejne wstrzymanie prac przez państwo. Bez względu na to, co „ci cholerni greenpeace’owcy nawrzucali do tych dołów”.

– Podejrzewasz, że to ofiary zbiorowego mordu? – Rembert otarł chusteczką pot z czoła.

Langer spojrzała na niego z ukosa.

– W naszym związku to nie ty jesteś od zadawania pytań.

– Czasem odpowiedzi innych pozwalają mi udzielić swoich.

– Albo się zasugerować.

– Nie. – Rembert energicznie pokręcił głową. – Kiedy już wszystko zobaczyłem, nikt nie może mi nic zasugerować. Teraz będę pracował już tylko na swoich wspomnieniach.

– Moje słowa staną się ich częścią.

Psycholog westchnął.

– Przekonałabyś diabła, że jest aniołem. Błagam cię, daj mi się nad tym chwilę zastanowić.

Powolnym krokiem ruszył w stronę taśmy policyjnej, podniósł ją i przeszedł pod nią. Wiedział, że Liza pójdzie za nim. Gdy znaleźli się na skraju niewielkiej polany, spojrzał w błękitne, poprzetykane pojedynczymi chmurami niebo. Odchylił głowę do tyłu i starał się zebrać myśli. Kołnierzyk koszuli wżął mu się w spocony kark.

– Naliczyłem szczątki co najmniej trzech osób – odezwał się szeptem. – Jeżeli korpusy i kończyny nie należą do głów, robi się ich pięć. Nie wiem, czy zostały zakopane w tym samym czasie ani kiedy to zrobiono. Nie znam ran ani innych obrażeń. Mogę się tylko domyślać, że nie zginęły śmiercią naturalną. – Rembert opuścił głowę i rozłożył ręce. – Czego ode mnie oczekujesz? Zgadywanki?

– Opinii.

– Ale sama dobrze wiesz, że…

Orest przerwał, widząc chmurne spojrzenie Langer. Komisarz wyciągnęła z paczki papierosa i przetoczyła nim między palcami. Drugą dłonią sięgnęła po długą szklaną lufkę. Przez ostatnie miesiące, gdy udało się jej odegnać nawracającą depresję, zachowywała się zupełnie inaczej niż wcześniej. Powtarzała, że zdołała oswoić deszczowego psa. Deszczowy pies był jej imaginacją smutku oraz wewnętrznego cierpienia.

Gdy Rembert spotkał ją po raz pierwszy, przypominała wrak człowieka. Przy życiu trzymały ją tylko praca oraz narzucone twarde rytuały. Obowiązek wstania, zjedzenia czegoś i wykonania roboty najlepiej, jak potrafiła. Nie interesowały jej ubiór ani wygląd. Z pewnością zbyt często zaglądała też do kieliszka, choć potrafiła to starannie ukryć. Orest wiedział, że pod szorstką skorupą kryje się wrażliwa, pełna ciepła i empatii kobieta. Nie dopytywał o jej przeszłość. Nie byli ze sobą dość blisko. Mimo że kilkukrotnie niebezpiecznie zbliżyli się do granicy między kumplostwem a czymś więcej, zawsze wracali na z góry upatrzone pozycje. Liza musiała czuć się tam komfortowo, a Orest nie zamierzał niczego przyspieszać. Poza tym sam również nie szukał usilnie bliskości. Czasem wydawało mu się, że komisarz dopuściła go bliżej siebie, wiedziona jedynie dziwną litością. Współczuciem, które – jak sądził – przenosiła z samej siebie na niego.

Mimo to nie mógł zlekceważyć zmiany, która zaszła w niej w ostatnim czasie. Punkt zwrotny stanowiło zakończenie sprawy Ślepca. Kilka dni później Langer przyszła do pracy subtelnie umalowana i ubrana w spodnie z szerokimi nogawkami oraz wysokim stanem. Do tego miała na sobie koszulę stanowiącą kwintesencję art déco. Widać było, że w tym stroju czuje się lekko i wygodnie. Właśnie taki musiała mieć styl przed pojawieniem się deszczowego psa. Przestała również pakować w siebie każde najbardziej śmieciowe jedzenie, jakby konsumpcja stanowiła jedynie przykry obowiązek. No i papierosy… Nie odpalała już ich jednego od drugiego, w przerwach starając się nałykać jak najwięcej dymu. Choć nadal paliła przemycane zza wschodniej granicy mińskie, robiła to przez elegancką szklaną lufkę. Do obrazu wykwintnej damy sprzed stu lat brakowało jej jedynie długich białych rękawiczek. Tych zapewne nie wkładała tylko dlatego, by uniknąć zbędnych spojrzeń przełożonych. I tak dostrzegano jej przesadną awersję do munduru.

Langer powoli wypuściła dym wprost w twarz psychologa.

– Siwecki będzie chciał ode mnie raportu – odezwała się po chwili. – Ustnego, pisemnego, wszystko jedno. Będę musiała mu powiedzieć coś więcej, niż sam się dowie ze zdjęć. A że, mój drogi, jesteś formalnie moim podwładnym – Liza ponownie zaciągnęła się papierosem, po czym powoli wypuściła dym – wymagam, żebyś wykonał swoją robotę. Wtedy w swoją historię wplotę twoje spostrzeżenia i wszyscy będą szczęśliwi. Przynajmniej dopóki raportu nie prześle patolog.

– Wiesz, że nie lubię wróżyć z fusów.

– W tym dole było znacznie więcej niż fusy.

– Okej, niech ci będzie. – Rembert wsunął dłonie do kieszeni i odwrócił się do komisarz bokiem. Przymknął oczy, jakby starał się sobie przypomnieć szczegóły tego, co zobaczył w wykopie. – Po pierwsze – odezwał się tonem wykładowcy dyktującego studentom definicję – nawet biorąc pod uwagę, że koparka przemieliła ciała, nikt nie dbał o godność pochówku tych ludzi. To wyklucza tezę o dzikim pochówku, co się czasem zdarza na Zachodzie.

– Tam było iks trupów – wtrąciła się Langer. – Nie chodziło o pochowanie babci, która zamarzyła sobie spocząć w ukochanym lesie.

– To fakt. Dlatego od razu przechodzę do punktu drugiego.

– Do rzeczy, Oreście!

– Seryjny morderca. – Rembert pstryknął palcami, wiedząc, że tylko na to hasło czeka Liza. – Wszelkie badania i przeanalizowane przypadki każą twierdzić, że seryjni zabójcy wyjątkowo rzadko robią dla swoich ofiar cmentarze. Mogą profanować zwłoki, ale nie składują ich w jednym miejscu.

– Dlaczego?

– To proste. W znakomitej większości nie chowają ciał do grobów. Wolą je zniszczyć w kwasie, zalać betonem, utopić w jeziorze i tak dalej albo wręcz przeciwnie. Pragną się nimi pochwalić.

– W tym przypadku raczej o chwaleniu się nie ma mowy…

– Tego nie wiemy. – Psycholog otworzył oczy i spojrzał na Lizę. – O ile w ogóle doszło tu do morderstwa, sprawca mógł wiedzieć, że w okolicy będą prowadzone roboty budowlane. To byłoby odroczeniem sobie w czasie gratyfikacji.

– Dowiedzenie się, że jego ofiary zostały odkryte, to gratyfikacja?

– Tak. Albo to, że zaczną o nim pisać gazety. Wielu z nas marzy, aby obudzić się któregoś dnia i stać się sławnym. Przyjemność tym większa, jeżeli wydarzy się to z zaskoczenia. Sprawca nie miał pojęcia, kiedy zaczną się prace ani czy w ogóle będą prowadzone dokładnie w tym miejscu. Wystarczyło, żeby koparka zaczęła kopać kilka metrów dalej i…

Rembert przeniósł wzrok za Langer i wymownie cmoknął. Wypuściła dym, po czym powoli zerknęła przez ramię. Z niezadowoleniem odnotowała obecność pierwszej ekipy telewizyjnej. Dwóch dziennikarzy starało się przepytywać broniących dostępu do kryminalistyków policjantów. Ci próbowali trzymać ich na odległość, unikając jednocześnie obiektywu kamery.

Orest z powrotem zerknął na komisarz. Domyślał się, że Liza podświadomie pragnie kolejnej sprawy podobnej do Ślepca. Skoro tamta pozwoliła jej poczuć się lepiej, następna mogła pomóc jej wzbić się jeszcze wyżej. Całkowicie przegnać deszczowego psa lub dostarczyć potężnej dawki endorfin. To musiał być jedyny przypadek w historii, gdy trafienie na miejsce zbiorowego, makabrycznego pochówku działało lepiej niż prozak.

Rembert postanowił nieco stonować rosnące podekscytowanie komisarz. Cofnął się i założył ręce na piersi. Wiatr rozwiał jego jasne włosy.

– Od początku zakładasz działanie seryjnego zabójcy – powiedział. – Dlaczego?

Liza wzruszyła ramionami.

– Wcale nie. Choć prawdę mówiąc, nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy. Sam widziałeś ten syf. Jeśli nie seryjny zabójca, to kto? Opętany grabarz?

– „Gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą”.

– Tak, też czytałam Sherlocka Holmesa. Tyle że sam powiedziałeś, że seryjni zabójcy nie chowają ofiar.

Rembert pokręcił głową.

– Nie powiedziałem, że oni tego nie robią. Powiedziałem, że robią to rzadko.

– Zawsze może być gorzej.

– Co masz na myśli?

– Nie wiem. – Langer z zadumą popatrzyła w stronę wykopów. Z tej perspektywy drzewa całkowicie je przesłaniały. Przeniosła wzrok na ziemię i przygryzła wargę. Zawinęła w chusteczkę niedopałek papierosa, a lufkę ochuchała i wsunęła do wewnętrznej kieszeni. Kucnęła tak, że strzeliły jej kolana. Ostrożnie nabrała w dłoń kilka grudek ziemi. Delikatnie roztarła je między palcami.

– Czy może być ktoś gorszy od seryjnego zabójcy? – dopytywał Rembert.

– Nie wiem – powtórzyła Liza. – Po prostu głośno myślę.

Utkwiła zaciekawione spojrzenie w tłustym czarnym śladzie, który ziemia pozostawiła na jej palcach.

 

 

 

7.

 

 

Dziewczyna, na której komórce znajdował się filmik uwieczniający przepychanki z budowlańcami, nie zamierzała współpracować z policją. Najwyraźniej nie zależało jej na szybkim odzyskaniu telefonu. Odmówiła podania hasła do urządzenia i udostępnienia plików. Miała takie prawo. Tym samym uruchomiła maszynę biurokratyczną, nieświadomie obaliła kilka drzew potrzebnych do stworzenia papieru na dziesiątki dokumentów, a przede wszystkim – zmusiła do pracy policyjnych informatyków. Ci ze względu na model telefonu obiecali, że poradzą sobie z jego zabezpieczeniami do następnego przedpołudnia. Zapewniali, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, będą harować całą noc. Liza szczerze w to wątpiła. Tym bardziej, że ich praca w nocy sprowadziłaby się do godzin spędzonych przed komputerami we własnych domach. Bez kontroli, bata nad głowami i ponagleń. Zapewne z wyciszonymi komórkami. W końcu nie mogli się rozpraszać.

Nic na to nie mogła poradzić. A nauczyła się, żeby nigdy się nie zadręczać rzeczami, na które nie ma wpływu. Przynajmniej starać się tego nie robić. Tym bardziej, że informatykom pozostał jeszcze kawał dnia. Odrobina nadziei na pchnięcie choć jednego elementu sprawy do przodu.

Gdy Langer i Rembert wrócili na komendę, minęła już czternasta. Ona osobiście dopilnowała zabezpieczenia terenu oraz wydobycia pierwszych szczątków. Poza tym musiała odbyć przymusową pogawędkę z przybyłym na miejsce prokuratorem i podzielić się z nim swoimi teoriami. Właściwie to nawet nie były teorie. Zbyła go, podając kilka kompletnie abstrakcyjnych pomysłów. Te bardziej konkretne wolała zachować na później. Prokurator, jako nadzorujący czynności, mógł ją zmusić do przyjęcia określonej strategii, i dopiero wtedy zamierzała przedstawić mu argumenty zaprezentowane choćby przez Oresta. To gwarantowało pewien luz. Poza tym akurat ten prokurator nie sprawiał wrażenia nadgorliwca.

Liza zerknęła na tablicę ze skrzyżowanymi łyżką oraz widelcem i informacją, że zjazd do knajpy Baltic Food znajduje się pięćset metrów przed nimi. Niemal na samych przedmieściach Gdańska przy trasie E75. Znaleźli się tu, gdyż nadrobili parę kilometrów, by nie tłuc się drogą gminną o standardzie i szerokości ścieżki rowerowej z paleolitu.

– Chcesz coś zjeść? – zaproponowała, delikatnie zwalniając. – Ja stawiam.

Rembert oderwał wzrok od drogi i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. Przez kilka sekund bez słowa się jej przypatrywał.

– No co?

– Wspólną wyżerkę zaproponowałem ci po raz pierwszy w dniu, kiedy się poznaliśmy.

– Prowadzisz dziennik najważniejszych chwil swojego życia?

– Nie. Po prostu pamiętam, co mi wtedy odpowiedziałaś.

Liza spojrzała na psychologa z ukosa.

– Hę? Aż tak cię obraziłam?

– „Tylko szlugi i kawa”. Tyle odpowiedziałaś na moje awanse.

– Musisz mi to przypominać? Czy każdy pieprzony psycholog przypomina pacjentom chwile, gdy byli w dołku?

– Nie jesteś moją pacjentką. – Rembert z powrotem odwrócił się w stronę okna. Po obu stronach ekspresówki ciągnęły się szerokie pasy bezdroży. W oddali