38,90 zł
10 osób interesuje się tą książką
Damien i Hunter są zawodowymi hokeistami, którzy doskonale wiedzą, że w ich świecie liczy się siła, reputacja i kontrola. Kiedy między nimi zaczyna rodzić się coś więcej niż koleżeństwo z drużyny, obaj stają przed wyborem: udawać, że nic się nie dzieje, czy zaryzykować wszystko dla relacji, której nie powinni chcieć. W tle narasta napięcie – kontuzja Lucasa zagraża jego karierze, Arlee zmaga się z własnymi problemami, a media tylko czekają na potknięcie którejś z gwiazd ligi. Damien boi się, że uczucia zniszczą to, co dopiero zaczynają budować. Hunter z kolei po raz pierwszy w życiu chce zwolnić tempo i udowodnić, że potrafi być kimś więcej niż tylko impulsywnym enforcerem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 464
Wydawca: Paulina Kostrzyńska Redaktor prowadzący: Paulina Kostrzyńska Redakcja: Karolina Saganowska Korekta: Marzena Kłos Ilustracje: Sandra Biel
Copyright © by Lena M. Bielska, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00, www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo YaNa 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: yana@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32, www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-37-8
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Nigdy nie dostaniesz tego, o co nie prosisz.Nie znajdziesz tego, czego nie szukasz.Tracisz sto procent szansy, której nie podejmujesz.
Wayne Gretzky
1
Damien
Przebudzenie w ramionach Huntera w czerwcowy poranek nie jest niczym nowym. Właściwie, odkąd powiedziałem mu, że chcę spróbować i zobaczyć, dokąd nas to wszystko zaprowadzi, prawie każdą noc spędzamy razem. Co zabawne… to wcale nie oznacza, że do czegokolwiek pomiędzy nami doszło. Początkowo mocno mnie to dziwiło, sądziłem, że może czeka, aż sam coś zaproponuję, ale nie. Ledwie wczoraj sięgnąłem do jego bokserek, a on chwycił mnie za nadgarstek i cmoknął, po czym pocałował mnie w czoło i tak po prostu zasnął.
Może to i lepiej?
A może Hunter stresuje się, że zostaniemy przyłapani?
Co prawda Arlee nie wydaje się czegokolwiek domyślać, ale… Nigdy nie można mieć co do tego pewności.
– Ledwie wstałeś i już chodzą ci trybiki w głowie? – mamrocze zaspanym głosem Hunter.
Uśmiecham się pod nosem.
– A ty ledwie się rozbudziłeś i już zrzędzisz?
– Jeszcze nie jestem rozbudzony. – Wypuszcza długi oddech wprost na moją szyję, sprawiając, że moje ciało pokrywa gęsia skórka. Hunter się uśmiecha. Oczywiście, że to wyczuł i oczywiście, że jest z siebie cholernie dumny. – Wyspany?
– Jeszcze nie wiem. – Ściągam brwi. – W domu jest coś zbyt cicho.
– Hm?
Przewracam oczami.
– Jesteś pewien, że nie mówisz przez sen?
Cisza.
Odchylam głowę i spoglądam na twarz Huntera. Wzdycham cicho, gdy się orientuję, że zamknął oczy i chyba ponownie zasnął. Nie ma jednak szans, żebym ja też to zrobił – za bardzo nurtuje mnie fakt, że nie słyszę poruszającego się o kulach Lucasa. Krzywię się do siebie i powstrzymuję od głośnego westchnienia. Ciągle tkwią we mnie wyrzuty sumienia, że nie uchroniłem go od kontuzji.
Jakiś czas później wychodzę z sypialni i kieruję się na parter. Powoli stąpam po stopniach, ostrożnie omijając puste, zgniecione kubki. W powietrzu unosi się zapach rozlanego alkoholu, wyczuwam nawet smród zioła, co ani trochę mi się nie podoba. Lucas… Lucas ma problem i to ogromny. Do tej pory jednak żadnemu z nas nie udało się do niego dotrzeć i jeśli nic się nie zmieni, to będziemy musieli porozmawiać z jego agentką.
Jestem tak bardzo skupiony na tym, żeby w nic nie wdepnąć, że kiedy wchodzę do kuchni, dopiero po chwili dostrzegam siedzących przy stole ludzi.
– Za to ty zabiłeś chyba wszystkie swoje szare komórki.
Zirytowany głos Arlee sprawia, że mrugam zaskoczony. Nawet się nie zastanawiam. Wycofuję się z pomieszczenia, rzucając tylko szybkie spojrzenie w kierunku Lucasa. Jest blady, ma worki pod oczami, a włosy sterczą mu we wszystkie strony. Gdybym miał zgadywać, to najpewniej od niego tak niemiłosiernie śmierdzi wódką.
Przy schodach napotykam zaspanego Huntera. Posyła mi leniwy uśmiech i przyciąga do siebie za biodro, ale zanim zdoła cokolwiek powiedzieć, mamroczę cicho:
– Arlee chyba wzięła w obroty Lucasa.
Na jego twarzy pojawia się konsternacja, która po chwili zmienia się w coś, co przypomina ulgę.
– Gdzie idziesz? – pyta, kiedy chcę go ominąć. – Do siebie?
Kręci głową i sekundę później popycha mnie w stronę ściany. Zatyka mi usta dłonią i przysuwa się do rogu, tuż przy wejściu do kuchni. Unoszę wysoko brwi i gapię się na niego jak na kretyna. Zamierza podsłuchiwać? Poważnie?
– O co ci chodzi? – odzywa się obojętnie Lucas.
– O co mi chodzi? – powtarza za nim Arlee z jawnym niedowierzaniem w głosie. – O twoje zachowanie, Lucas!
Aż się wzdrygam.
– Długo tak zamierzasz się upijać?
– Piję tylko w weekendy, więc przestań mi matkować…
Hunter kręci na to głową i stuka się palcem w czoło, jakby sugerował, że Lucas wchodzi na zbyt grząski grunt. Trudno się z nim nie zgodzić. Odkąd go poznałem, stąpam właśnie po takim gruncie – Arlee to bez wątpienia jego damska wersja. Równie gburowata i nietrzymająca języka za zębami co on.
– O, mój drogi – kpi. – Ja dopiero mogę zacząć ci matkować. Wszystko rozumiem, naprawdę, ale…
– Gówno rozumiesz – przerywa jej, cedząc przez zaciśnięte zęby. – Czeka mnie operacja i chuj wie, czy będę mógł wrócić do gry, więc sorry, że nie jestem cały w skowronkach i zajebiście szczęśliwy.
Wyraźnie słyszę, że któreś z nich wciąga głośno powietrze. Hunter zerka na mnie z tą samą miną, z którą robi to za każdym razem, gdy Lucas tylko wspomni o nadchodzącej operacji. Jego oczy wypełnione są wyrzutami sumieniami – równie ogromnymi, które sam odczuwam.
– Rozumiem więcej, niż ci się zdaje. – Głos Arlee jest zadziwiający spokojny. – Znacznie więcej, Lucas – dodaje tak cicho, że ledwie potrafię zrozumieć słowa. – Wiem, jak to jest, gdy zderzasz się ze ścianą i myślisz, że twoja kariera się skończyła.
Lucas prycha pod nosem.
– Ciebie tylko zwolnili, Arlee, więc…
– Musiałam również chwilowo zrezygnować z kontynuowania kursu na trenera.
Spoglądamy po sobie z Hunterem. Robiła kurs trenerski? Niczym w cholernej synchronizacji obaj unosimy wysoko brwi.
– Dlaczego? – podłapuje Lucas. – I czemu nic wcześniej nie mówiłaś?
– Nie chciałam cię martwić.
Hunter rozdyma nozdrza, na jego twarzy pojawia się zmartwienie, które bez wątpienia odczuwa teraz również Lucas. Dawno temu byłem pewien, że w tym hokeiście nie ma zbyt wiele empatii, ale prawda jest taka, że Marshall jest jednym z najbardziej empatycznych ludzi, jakich poznałem, tylko strasznie mocno stara się to ukrywać pod fasadą fiuta do kwadratu.
– Czym nie chciałaś mnie martwić? – pyta twardo Lucas. – Czego mi nie mówisz?
– Po prostu mam pewne problemy zdrowotne i dopóki ich nie… wyciszę, to kurs odchodzi na dalszy plan – wyjaśnia i szybko dodaje: – Nie mam raka, Lucas.
Zatykam Hunterowi usta, zanim zdoła głośno odetchnąć z ulgą. Doskonale wyłapuję moment, w którym unosi mu się tors.
– Nie jest to również nic, co może mnie zabić w najmniej oczekiwanym momencie. Ale tak, przeszkadza mi to w moich planach na życie, nawet bardzo, niemniej nie zamierzam z nich rezygnować, po prostu odsunęłam je w czasie. – Arlee chrząka. – Ty też nie powinieneś rezygnować ze swoich, a właśnie to robisz.
Zerkam na Huntera i kiwam podbródkiem w stronę schodów, a on natychmiast potakuje. Pospiesznie, ale ostrożnie, ewakuujemy się razem na piętro. Już i tak usłyszeliśmy chyba zbyt wiele.
– Spodziewałeś się tego? – pytam, gdy wchodzimy do mojej sypialni.
– Tego, że robiła kurs trenerski? – Potrząsa głową. – Ani trochę, ale byłaby dobrą trenerką.
Parskam śmiechem.
– Wygląda jak ktoś, kto czerpałby przyjemność z dręczenia swoich podopiecznych – mruczę pod nosem i posyłam mu znaczące spojrzenie, gdy rozwala się z powrotem na moim łóżku.
– Ależ ty jesteś zabawny. – Przewraca oczami, najwyraźniej w mig rozumiejąc moją aluzję. – Ja nie miałbym takiej cierpliwości, żeby kogokolwiek trenować.
– Mnie trenowałeś – zauważam, wbijając kolano w materac między jego rozchylonymi nogami. Opieram dłonie po bokach jego głowy, po czym się zniżam, aż wspieram się na łokciach. Uśmiecham się z przekąsem. – Chyba że do mnie masz wyjątkową cierpliwość.
Unosi kącik ust i przeczesuje mi włosy. Ostatnio zrobił się bardzo… subtelny w swoim dotyku. Tak subtelny, jak nie on. Ale podoba mi się ta zmiana. Zdaje mi się, że po prostu się przede mną otwiera, chociaż równocześnie czerpie przyjemność z drażnienia mnie, kiedy burczy na mnie na pokaz, gdy ktoś nam się zbyt długo przygląda. Nie ma to jak udawać, że nas do siebie nie ciągnie. Wszystko byłoby o wiele prostsze, gdybyśmy mogli tak po prostu ogłosić naszą relację.
– Jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę – mruczy z zawadiackim uśmieszkiem i przesuwa dłoń na mój kark, po czym przyciąga mnie do siebie tak gwałtownie, że prawie zderzamy się czołami. – Dzień dobry, żółtodziobie.
– Dobry, dupku – mamroczę wprost w jego usta, zanim decyduję się go pocałować.
Minęło kilka tygodni od tamtej rozmowy i do tej pory ani razu nie pożałowałem, że postanowiłem zaryzykować. Nie zderzyliśmy się jednak w żadnym momencie z rzeczywistością, nikt o nas nie wie i generalnie nie podejmujemy zbędnego ryzyka, ale… Cieszę się. Tak po prostu, po ludzku, cieszę się, że cierpliwie czekał, aż się namyślę.
Mam też pewność, że jeśli nam nie wyjdzie, jeśli coś się schrzani, to nie zostawi mnie na lodzie. To nie ten typ człowieka. Prędzej odciąłby sobie rękę, niż pozwolił na to, aby komuś z jego bliskich stała się krzywda – nawet najmniejsza.
– Mmm… – mruczę z zadowoleniem, gdy odchyla głowę w bok i pogłębia pocałunek. Jego udo owija się wokół mojej nogi. Przyciąga mnie do siebie, aż wyczuwam na brzuchu wzwód. – Hun… – Odrywam się od jego warg i spoglądam w pociemniałe oczy. Wyglądają teraz bardziej jak burzowe niebo.
Na policzkach wykwitły mu rumieńce, tęczówki błyszczą, a opuchnięte i wilgotne od pieszczot usta wykrzywiają się w zadziornym uśmiechu.
– Teraz ty sobie poczekasz – szepcze kąśliwie i zaciska dłoń na moim pośladku, napierając udem na moje krocze, aż przeszywa mnie dreszcz. – Do tej pory byłem wstrzemięźliwy, ale oczekiwanie tylko podsyca przyjemność.
Sfrustrowany rozdymam nozdrza, ale nie protestuję.
Nie namawiam.
Nie próbuję zmienić jego zdania.
Coś w jego słowach mówi mi, że nie chodzi mu tylko o sam fakt rosnącej przyjemności, a o coś jeszcze. O obawę, że nie sprosta moim wymaganiom.
Hunter może i jest ego topem, ale w tym jednym przypadku… brakuje mu pewności siebie.
Ale przecież nigdzie nam się nie spieszy.
Zresztą nie zamierzam pieprzyć się z nim jak z jakimś pierwszym lepszym kolesiem.
Myślenie o nim, jak o kimś, kto ma być tylko na chwilę i bez żadnych komplikacji, już dawno odeszło w zapomnienie.
2
Hunter
Co to za krzyki? – pytam, przekraczając próg drzwi wejściowych. – Słychać was aż na ulicy.
Tuż za mną wchodzą Kane i Damien. Śmierdzimy potem, jeszcze nie przestaliśmy dyszeć po szybkim sprincie na zakończenie teoretycznie luźnego treningu, ale już od podjazdu słyszałem, że w domu zdecydowanie nie zastaniemy ciszy i spokoju.
– Arlee wyjebała do kosza moje spodnie! – Lucas wbija w nas rozwścieczone spojrzenie, żyłka na skroni mu pulsuje i aż poczerwieniał.
– Bo zostawiłeś je na podłodze – przypomina mu obojętnie Arlee. – To, co na podłodze, to śmieci, a śmieci lądują do kosza.
Powinniśmy się ewakuować. Nawet ja jestem świadomy, że zaraz rozpęta się tu wojna i będą latać atomówki, ale Kane ani drgnie – i pewnie ma to coś wspólnego z jego maślanym spojrzeniem skierowanym na Arlee. Damien natomiast… chyba go sparaliżowało. No przecież nie mogę zostawić ich tu samych.
– Jesteś… – Lucas milknie.
Arlee unosi brew i wbija w niego wyczekujące spojrzenie.
– No, jaka jestem, braciszku? – dopytuje, wstając z kanapy. Odkłada tablet na stolik, najpewniej wcześniej na nim pracowała, po czym podchodzi do Lucasa, opiera dłonie na biodrach i unosi podbródek. Niedobrze. – Nieznośna? Wredna? Głupia? Bezmyślna? Powinnam była sprawdzić kieszenie?
Nie mam pojęcia, co Lucas zamierza powiedzieć, ale decyduję się pospiesznie wtrącić, bo przecież nie mógł się aż tak wściec o głupie ubranie. Ma ich dziesiątki – o ile nie setki.
– Co było w spodniach?
– Pierdolone kluczyki do merca – cedzi przez zaciśnięte zęby, nawet nie zerkając na mnie przez ramię.
Wciągamy z sykiem powietrze do płuc. Damien się porusza, jakby chciał się ewakuować, a Kane ledwie słyszalnie chrząka. Ja natomiast zaczynam analizować, czy powinienem odciągnąć na bok Lucasa, czy może stanąć pomiędzy nimi, ryzykując, że wciągną mnie w swoją kłótnię. Z żadnej z tych opcji nie wyszedłbym bez szwanku i dotychczas miałem zbyt dobry humor, żeby dobrowolnie chcieć go sobie niszczyć.
– Prosiłam cię – odzywa się spokojnie Arlee. – Nie raz i nie dwa.
– Będziesz grzebać na wysypisku – kwituje oschle Lucas.
Arlee parska z niedowierzaniem.
– Ja? – Wskazuje na siebie dłonią, po czym celuje w niego palcem. Sądząc po tym, jak Lucas się wzdryga, chyba wbija mu paznokieć w tors. – Nie, mój drogi, ty będziesz tam grzebać.
– Zachowujesz się jak matka.
W salonie zapada cisza jak makiem zasiał. Kane przymyka powieki i rozdyma nozdrza, Damien otwiera szeroko oczy, ja zaś po raz kolejny zastanawiam się, czy może jednak nie zaryzykować i znowu się nie wtrącić. A Lucas? Lucas tak głośno przełyka ślinę, że doskonale to słyszę, chociaż stoi dobre trzy metry ode mnie.
– Arlee… – odzywa się załamującym głosem, jakby dopiero teraz do niego dotarło, co przed chwilą wypadło z jego ust.
Arlee nie daje mu powiedzieć nic więcej. Schyla się i wyciąga spod stolika złożone w kostkę dresy. Na wierzchu leżą kluczyki do Mercedesa. Widząc je, oddycham cicho z ulgą, ale również rośnie we mnie niepokój, bo nie mam pojęcia, co się teraz wydarzy.
– Gdybym zachowywała się jak nasza matka, szukałbyś tego przez najbliższe tygodnie, a ja udawałabym, że ich nie widziałam. – Wciska mu wszystko w brzuch i odwraca się gwałtownie, po czym zgarnia tablet i rusza w stronę schodów. – W kuchni macie gotowy lunch. Nie nastawiajcie się na nic wykwintnego.
Kiedy dziewczyna znika na piętrze, chrząkam cicho i wbijam spojrzenie w tył głowy Lucasa.
– Chyba trochę przesadziłeś – zauważam spokojnie.
– Myślisz? – prycha pod nosem i spogląda na mnie z miną zbitego psa.
– Nie patrz tak na mnie – parskam. – To nie na mnie naskoczyłeś. – Przesuwam dłonią po karku i wzdycham, po czym klepię Lucasa w łopatkę i ruszam w stronę kuchni.
Jestem w połowie butelki, gdy Damien ociera się o mnie ramieniem, sięgając po swój bidon z elektrolitami. Wpatruję się w jego podskakującą grdykę, gdy łapczywie opróżnia zawartość pojemnika. Nie mogę się przed tym powstrzymać.
Świerzbią mnie ręce, żeby go do siebie przyciągnąć i pocałować – tu i teraz – ale nawet nie odważam się poruszyć palcami. Obiecałem sobie, gdy zdecydował, że zaryzykujemy, że przestanę się na niego napalać – a przynajmniej nie będę robić tego tak ostentacyjnie jak wcześniej. Jeśli to coś, co jest pomiędzy nami, ma się udać… nie możemy tego zbudować wyłącznie na fizyczności.
Pomińmy fakt, że każdy kolejny dzień jest trudniejszy, a widywanie go nocami w samej bieliźnie to istne tortury rodem z piekła. Zawsze miałem wysokie libido, ale przy tym facecie weszło na zupełnie nowy poziom.
– Zachowanie Lucasa… – Kane milknie i wzdycha, zmuszając mnie, żebym oderwał spojrzenie od szyi Damiena.
– Coś mu się w głowie przestawiło – komentuję, spoglądając na bramkarza opierającego się o szafkę kuchenną. – Gdybym miał się zakładać, stawiałbym, że to wina nadchodzącej operacji.
Kane przytakuje skinieniem.
– Nie daje rady nerwowo.
– Dziwicie mu się? – mruczy pod nosem Damien, na co obaj wbijamy w niego zaskoczone spojrzenie. Zwykle raczej milczy w trakcie takich rozmów. – Jego kariera wisi na włosku – dodaje oczywistym tonem. – Na jego miejscu… – Urywa i kręci głową. – W sumie chciałem powiedzieć, że na jego miejscu obaj bylibyście równie nerwowi, ale Kane’owi to raczej nie grozi.
– Dzięki – prycham.
– Nie ma sprawy. – Damien uśmiecha się z przekąsem.
– Może trzeba z nim jakoś…
– To chyba nie jest najlepszy pomysł – oponuję, krzywiąc się do Kane’a. – Śmiem twierdzić, że jedyną osobą w tym domu, która ma szansę do niego dotrzeć i nie oberwać za to w ryj, jest jego siostra.
Kane potwierdza cichym mruknięciem, kiwając głową.
– Boicie się Lucasa? – pyta Damien.
Parskam śmiechem.
– Nie boję się go, boję się…
– …o niego – dokańcza za mnie Kane i chrząka. – Przynajmniej tyle dobrze, że ominie go bankiet.
Wydaję z siebie odgłos przypominając wymioty i wzdrygam się teatralnie.
– Na samą myśl o tej imprezie odechciewa mi się oddychać – mamroczę pod nosem z niesmakiem i zwijam dłonie w pięści.
– Nie możesz dać im się podpuścić, Hunter – zauważa poważnie Kane.
– Serio? – prycham. – Jakbym nie wiedział… – burczę do siebie i ściskam mocniej butelkę w dłoni, po czym wymijam Damiena i ruszam po schodach na piętro.
Muszę wziąć prysznic. Nie tylko zmyć z siebie potreningowy pot i rozluźnić ciało, ale przede wszystkim spróbować ukoić swoje nerwy. Nie dość, że z jednej strony muszę przypominać sobie o powolnym tempie w relacji z Damienem, to jeszcze będę musiał udawać na bankiecie, że wszystko jest super i nie przeszkadza mi widok panoszącego się Collinsa.
Gdy ledwie wtykam kciuki za gumkę bokserek, kątem oka dostrzegam ruch przy wejściu do łazienki. Nie spoglądam w ich stronę, ale unoszę kącik ust.
– Zgubiłeś się, Johnson?
– Prawdopodobnie tak – mamrocze z westchnieniem i zamyka za sobą drzwi. – Wszystko w porządku?
– Tak – odpowiadam pospiesznie i zsuwam bieliznę, po czym kopnięciem odrzucam w stronę kosza na pranie. – A u ciebie?
Odpowiada mi cisza.
Zerkam przez ramię i unoszę brew, dostrzegając, że ciemne oczy Damiena skupione są na złączeniu mojego uda i pośladka – konkretnie na ogromnym siniaku po jednym z ostatnich treningów na lodzie przed wakacjami. Już dawno się tak efektownie nie wypieprzyłem.
– Ziemia do Johnsona. – Pstrykam palcami, aż Damien mruga i przeskakuje wzrokiem na moją twarz. – Pytałem, czy u ciebie wszystko dobrze.
– Tak. – Potakuje skinieniem i wciska dłonie do kieszeni sportowych spodenek, mrużąc nieznacznie oczy.
– Prowadzisz wewnętrzną dyskusję? – zagajam, włączając natrysk.
– Zastanawiam się, co się podziało z facetem, który nie potrafił utrzymać przy sobie rąk.
Parskam śmiechem i wchodzę pod prysznic. Bezceremonialnie i z premedytacją odwracam się do Damiena przodem, po czym unoszę ramiona, napinając mięśnie bardziej niż to konieczne, żeby przeciągnąć palcami po włosach.
Spomiędzy warg Damiena wydostaje się sfrustrowane westchnienie, które pod koniec przechodzi w niezadowolony jęk. Oddech mi przyspiesza w reakcji na żar bijący z jego oczu i to, jak pospiesznie pozbywa się spodenek. Mam ochotę roześmiać się głośno, bo Damien wpada z takim impetem pod mój prysznic, jakby chciał mnie zabić.
A on tylko obejmuje mnie stanowczo dłońmi za policzki i wyciska na moich ustach gwałtowny pocałunek, przywierając do mnie całym ciałem.
Udaje mi się wytrzymać bez żadnego odgłosu zaledwie kilka sekund.
Mój plan, żeby trzymać się z daleka od jego ciała, pali na panewce.
Oczywiście.
Jęczę ochryple, zaciskam palce na jego włosach i oddaję żarliwie pocałunek.
Serce bije mi gwałtownie w piersi, oddech się rwie, a umysł podsyła milion różnych pozycji, w których moglibyśmy znaleźć się w przeciągu najbliższych sekund.
Ale wraca mi trzeźwość myślenia.
Jakimś cudem udaje mi się oderwać od niego usta i wydyszeć wprost do jego ucha:
– Trochę cierpliwości, Johnson.
Uśmiecham się do siebie, słysząc jego sfrustrowany jęk, a potem robi mi się ciepło na sercu, bo dłonią obejmuje mój policzek i przeciąga po nim kciukiem w nieprawdopodobnie czuły sposób. Odszukuje w zaparowanym powietrzu moje oczy i wzdycha cicho.
– Dlaczego się powstrzymujesz? – pyta spokojnie, chociaż w jego głosie rozbrzmiewa niesłabnące pożądanie.
Staram się nie dać po sobie poznać, jak bardzo zaskakuje mnie tym pytaniem. „Staram się” to dobre określenie, skoro niespecjalnie mi się to udaje. Ocieram o siebie wargi, kładę dłoń na jego karku i łagodnie przesuwam palcami po napiętej skórze.
– Nie chcę tego spierdolić – odpowiadam bez ogródek.
Damien marszczy brwi.
– Czego?
– Tego.
Mruga.
– Nas – dodaję sfrustrowany, że nie rozumie, co do niego mówię. – Przestań bujać w obłokach.
Damien unosi brew i kręci głową, ale kącik ust mu przy tym drga, dzięki czemu odrobinę się uspokajam, bo sekundę temu obawiałem się, że przesadziłem ze swoją oschłością. Czasem zapominam, że w czterech ścianach, w jego obecności, wcale nie muszę udawać Huntera „Enforcera” Marshalla.
– Boisz się, że coś spieprzysz?
Przewracam oczami i wypuszczam spomiędzy warg długi oddech.
– Oczywiście, że coś spieprzę, ale może jeśli wcześniej pokażę ci, że zależy mi na czymś więcej niż tylko seks, to…
– Innymi słowy chcesz mi najpierw udowodnić, że jednak nie szukasz niezobowiązującej relacji? – przerywa mi łagodnie i unosi brew, sięgając dłonią do moich włosów. Przeczesuje je palcami i nie odrywa przy tym oczu od moich. Zdaje się kurewsko spokojny, ale jestem prawie pewny, że w jego głowie wzbiera niepokój.
– Może? – podsuwam pytająco i chrząkam, wzruszając ramionami.
– A może chodzi o to, że się obawiasz, że nie będziesz dla mnie wystarczający?
Oddech zamiera mi w piersi. Wpatruję się w Damiena z miną, jakby mi właśnie oświadczył, że rzuca hokej i wyjeżdża do Teksasu hodować bydło. Skąd mu to przyszło do głowy?
– Oczywiście, kurwa, że będę wystarczający – warczę zirytowany. – Masz wątpliwości?
Przez jego twarz przemyka konsternacja, jakby nie rozumiał, skąd we mnie nagła złość. Złość, która z każdą sekundą nabiera na sile. Rozdymam nozdrza, wypuszczam długi oddech i już otwieram usta, żeby… właściwie nawet nie wiem, co chcę powiedzieć, cokolwiek, ale wtedy Damien parska cichym śmiechem.
– Nie mam żadnych wątpliwości – mruczy i muska wargami moje. – Po prostu się zastanawiałem, czy ty przypadkiem jakichś nie masz.
– Nie mam – oznajmiam poważnie.
– Świetnie.
– Cudnie.
– Mhm – mamrocze ledwie słyszalnie i składa na moim policzku kolejny pocałunek. I jeszcze jeden. Aż dociera do ucha i wzdycha przeciągle. – To co? – szepcze niskim głosem. – Trzymamy rączki przy sobie i udajemy, że wcale obaj nie pragniemy się na siebie rzucić?
Uderzam tyłem głowy o ścianę i sfrustrowany wypuszczam nosem powietrze, spoglądając na Damiena spod rzęs. A on się uśmiecha. Szeroko. Wyraźnie z siebie zadowolony.
– W sumie… podobało mi się, jak o mnie zabiegałeś. – Zjeżdża powoli spojrzeniem w dół mojego ciała i unosi kącik ust, gdy penis mi drga. – Hmm…
Rozdymam nozdrza. Po raz już nie wiem który.
– Chyba jednak zmie…
– Oj, nie – cmoka i uśmiecha się szatańsko. – Skoro Hunter Marshall boi się, że seksem coś między nami spierdoli, to będziemy grzeczni.
Boże, za jakie grzechy?
To ja miałem być tym, który dyktuje warunki, nie on.
I dlaczego, do diabła, tak bardzo mi się podoba myśl, że Damien będzie udawać trudno dostępnego, a ja będę za nim biegać jak piesek z wywieszonym jęzorem?
3
Damien
Fort Lauderdale, Floryda
Stoimy we trzech w sali bankietowej i czekamy na Arlee. Kane wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki komórkę i spogląda na ekran, po czym wbija spojrzenie w główne wejście. Drzwi są jeszcze otwarte, ale nie zostało zbyt wiele czasu do rozpoczęcia imprezy. Jego mina wyraża coraz większe wątpliwości. Prawie mu współczuję – ale tylko prawie; sam sobie wybrał damską wersję Huntera na obiekt westchnień, więc teraz będzie cierpieć. Dokładnie tak samo, jak ja, gdy Huntera ugryzie coś w dupę.
– Ona w ogóle przyjdzie? – pyta Hunter, za co mam ochotę zdzielić go w łeb. Mistrz taktu.
– Tak – odpowiada pewnie Kane.
Chcieliśmy pojechać wszyscy razem, ale Arlee uznała, że z hotelu dotrze do nas taksówką. Moim zdaniem szansa na to, że się pojawi, wynosi jakieś… dziesięć procent. Ona ma dokładnie taki sam stosunek do Collinsa, jaki ja mam do mojego ojca. Jeślibym miał pewność, że go tutaj spotkam, wymiksowałbym się z tej imprezy chorobą – najlepiej zakaźną, żeby nie mogli mnie zmusić do przyjścia „tylko na pięć minut”. Arlee mieszka z nami już dwa miesiące i może nie znam jej zbyt dobrze, ale tego akurat jestem pewien na milion procent. Chyba nie istnieje na świecie ktoś, kogo nienawidziłaby bardziej od swojego eks. Zresztą chłopaki też go nie cierpią, a i ja najchętniej rozkwasiłbym mu ryj.
– Pisała ci coś? – pytam.
Kane prycha cicho pod nosem.
– Nie. I nie mogę do niej zadzwonić, bo nie mam jej numeru.
Czy mnie to dziwi? Nie, ani trochę. Większość naszych interakcji z Arlee to krótkie przywitania, bezmyślne pogawędki przy jedzeniu i ewentualnie komentarze odnoszące się do Collinsa. Nie rozmawia z nami nawet na temat Lucasa. Szczerze powiedziawszy, Arlee jest chyba bardziej zamknięta od Huntera.
– Cholera – mamrocze Kane, gdy ochroniarz stojący przy wejściu odblokowuje skrzydło wysokich, drewnianych drzwi. – Cholera – powtarza po raz kolejny.
Przez kilka sekund na jego twarzy widoczne jest autentyczne zmartwienie, które bardzo szybko przeradza się w smutek, a potem… oczy mu rozbłyskują. Chryste. Czy ja też tak wyglądam, gdy Hunter wchodzi do pomieszczenia, w którym jestem? Jeśli tak, to jakim cudem jeszcze nikt się nie zorientował?
Podążam spojrzeniem za Kane’em i unoszę bezwiednie brwi. Dotychczas Arlee kojarzyła mi się wyłącznie z dresami i za dużymi koszulkami, więc przez ułamek sekundy nie jestem pewien, czy to aby na pewno ona. Włożyła bordową suknię, która opina się na jej pełnych biodrach i biuście. Przy każdym kroku materiał rozsuwa się na boki, odsłaniając nagie udo.
Odrywam od niej spojrzenie i zerkam na Huntera. Prawie parskam śmiechem na widok jego zaciśniętych ust i mordu w oczach, które we mnie wbija. Pieprzony zazdrośnik.
– Zaraz się pokaleczysz odłamkami szkła – mamroczę pod nosem, żeby tylko on mnie usłyszał.
Niemal natychmiast rozluźnia uścisk na pustej lampce po szampanie.
Ale oczywiście nie przestaje wypalać mi dziury w czole.
Kretyn.
Kane nerwowym ruchem wciska telefon do marynarki, akurat gdy Arlee do nas dociera.
– Dobry wieczór, chłopcy. – Przysuwa się bliżej Kane’a i wsuwa dłoń pod jego ramię.
Odwracam wzrok i kiwam podbródkiem w stronę stolika, na co Hunter wzdycha niemal cierpiętniczo.
– Tak, ja też wcale nie mam ochoty tu być, stary, ale skoro musimy, to równie dobrze możemy przynajmniej usiąść, a nie sterczeć jak kołki – komentuję.
– Stary? – prycha. – Wstałeś lewą nogą czy co?
Przewracam oczami i witam się z kumplami z drużyny. Chwilę później do stolika dociera również Kane z Arlee. Gdy tylko odsuwa jej krzesło, kilku chłopaków zaciska usta, jakby powstrzymywało się od śmiechu. Chyba każdy już się domyślił, że naszemu bramkarzowi odwaliło na punkcie siostry Lucasa.
Kane doskonale wie, o co nam chodzi. Zupełnie jak nie on drapie się po policzku środkowym palcem, na co Owen parska śmiechem. Lily, jego żona, pochyla się w jego stronę i szepcze mu coś do ucha. Arlee mówi coś Kane’owi, ale nawet nie próbuję się na tym skupiać. Przekręcam głowę w stronę Huntera i wzdycham cicho. Wrócił doskonale znany wszystkim fanom Hunter „Enforcer” Marshall. Patrzy na kroczącego przez salę bankietową Collinsa i rozdyma nozdrza. Niemal cały wibruje od wściekłości. Gdybym tylko mógł położyć dłoń na jego udzie i uścisnąć w ramach wsparcia… ale nie mogę.
Chryste.
Zapowiada się ciężka i długa noc.
Po rozbawieniu nie zostało już ani śladu. Zewsząd otaczają nas barwy Florida Piranhas – ich logo widoczne jest na każdym z ekranów zawieszonych na ścianach sali. Przy naszym stoliku panuje cisza jak makiem zasiał. Prawie nikt ze sobą nie rozmawia i im dłużej tu siedzę, tym bardziej mam ochotę się stąd zmyć. W oczy szczególnie kłuje mnie puchar stojący na środku sceny.
Po kolacji ludzie wstają od stolików. Przechadzają się pomiędzy innymi, tworzą grupki. Rozpoznaję większość twarzy, kiwam kilku osobom, gdy natrafiamy się wzrokiem, ale nie ruszam się z miejsca. Nie ma szans, żebym wstał, kiedy obok mnie siedzi znerwicowany Hunter. Skacze mu noga. Raz po raz ociera się udem o moje i w każdej innej sytuacji uznałbym, że próbuje coś ugrać, jednak nie tym razem. Nosi go. Nie muszę nawet mu się przyglądać, żeby wiedzieć, że pod obrusem zaciska z całej siły pięści.
Ani trochę mu się nie dziwię. Nienawidzi Collinsa nie tylko za to, jakim chujem jest na lodowisku, ale przede wszystkim przez to, co chciał zrobić Arlee.
Zmuszam się do uśmiechu, gdy obok nas pojawia się fotograf. Robi nam kilka zdjęć i – na całe szczęście – bardzo szybko odchodzi.
– Idę się przewietrzyć – rzuca niespodziewanie Hunter i wstaje od stołu.
Nawet nie muszę się zastanawiać, jak na to zareagować.
– Ja też – rzucam i zerkam na Kane’a. – Idziesz?
Odmawia – co nie jest żadnym zaskoczeniem. Reszta drużyny rozpierzchła się po sali chwilę temu i Arlee zostałaby wtedy sama. Ale zapytałem i to głównie dlatego, że nie wiem, czy nie będę potrzebować pomocy w przytrzymaniu Huntera, gdybyśmy przypadkiem wpadli na Collinsa.
– Lucas się odzywał? – pytam, gdy wychodzimy z Hunterem na taras.
– Pisał jedynie, że żyje i chce już wrócić do domu – odpowiada zdawkowo i opiera się przedramionami o szklaną balustradę. – Wczoraj wspomniał jeszcze, żebyśmy spróbowali przedstawić Arlee ludziom z branży.
Przytakuję skinieniem i staję obok niego, przypadkiem ocierając się o jego ramię. Nie reaguje na to w żaden sposób. Podobnie jak nie reaguje na to, że przesuwam po nim spojrzeniem. Czarna marynarka opina się na jego ciele w odpowiednich miejscach, uwydatniając mięśnie. Już niejednokrotnie widywałem go w odświętnych ciuchach – przed i po meczach – ale lubię go w tej wersji, chociaż wiem, jak bardzo nienawidzi w nich chodzić.
– W skali od jeden do dziesięciu…
– Milion – przerywa mi ze sfrustrowanym westchnieniem.
Uśmiecham się nieznacznie pod nosem i szturcham go lekko w ramię.
– W ogóle tego po tobie nie widać – żartuję.
Spogląda na mnie z ukosa tylko po to, żeby pokazać mi, jak teatralnie przewraca oczami. Unosi jednak przy tym kącik ust, więc przybijam sobie mentalną piątkę, bo przynajmniej odrobinę go rozbawiłem.
– Myślisz, że Lucas wróci do formy sprzed kontuzji?
Minęły zaledwie cztery dni, odkąd specjaliści z Toronto wzięli go na stół, i logicznie rzecz biorąc, wiem, że to zbyt krótki czas, aby cokolwiek stwierdzić, ale mimo to nie wycofuję się z pytania.
– Jeśli się nie załamie, to tak – przytakuje bez wahania. – Jest twardy i uparty. Wróci na lód, choćby tylko po to, żeby wpierdolić Collinsowi.
– Stawiam piwo, że ty wróciłbyś na lód, żeby to zrobić, nawet gdybyś był połamany.
Znowu drga mu kącik ust, ale tym razem nie kończy się tylko na tym. Hunter posyła mi długie spojrzenie i uśmiecha się arogancko.
– Aż tak dobrze mnie znasz, Johnson?
Wzruszam niedbale ramionami.
– Każdego dnia chyba coraz lepiej, co?
Hunter przeciąga językiem po zębach i mruży nieznacznie oczy, po czym zerka w stronę wejścia do budynku. Wzdycha, krzywi się i odpycha od balustrady.
– Lepiej wróćmy do środka, zanim zrobimy coś głupiego.
Parskam śmiechem.
– Jak całowanie się pod rozgwieżdżonym niebem?
Rozdyma nozdrza.
– Na przykład – mamrocze pod nosem i bez słowa rusza do środka.
Resztę wieczoru spędzamy w sporej mierze osobno, chociaż równocześnie co chwilę łapiemy ze sobą kontakt wzrokowy. Przeprowadzamy ze sobą nieme rozmowy wyłącznie za pośrednictwem spojrzeń.
– Zabierz mnie stąd.
– Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz się zwiniemy.
– Myślisz, że jak ukradnę im puchar, to zauważą?
Następnego ranka parskam śmiechem na widok zdjęcia, które obiegło w nocy chyba wszystkie możliwe portale plotkarskie. Nie, nie moje – również nie Huntera – a Arlee, Kane’a i Collinsa. Przestaje mnie to jednak śmieszyć, gdy Hunter wypuszcza długi oddech i pokazuje mi ekran dzwoniącej komórki.
Lucas.
– Co jest? – rzuca luźno po zaakceptowaniu połączenia i włącza głośnomówiący.
Ani myślę się odzywać, ale miło, że chce, abym słyszał jego rozmowę. Lekko się do niego uśmiecham, żeby wiedział, że to doceniam.
– Widziałeś się dziś z moją siostrą? – pyta zachrypniętym, zmęczonym głosem Lucas.
Jestem pewien, że całymi dniami leży na łóżku, zamartwia się powrotem do zdrowia, narzeka na fizjoterapeutów, burczy na pielęgniarki i pewnie jeszcze milion tym podobnych. Zmęczenie nie jest więc niczym zaskakującym, skoro całkiem niedawno przeszedł operację, dzięki której – miejmy nadzieję – wszystko wróci u niego do normy.
– Nie. W każdym razie jeszcze nie. A co?
Westchnienie Lucasa, przez które wybrzmiewa zmartwienie, sprawia, że Hunter pociera dłonią twarz.
– Dzwoniłem do niej przed chwilą i mnie zbyła – odpowiada po chwili ciszy Lucas. – Widziałem zdjęcia i…
– Wyluzuj – przerywa mu spokojnie Hunter. – Do Kane’a podbiły fanki, nie chciał im się podpisać na dekolcie i skłamał, że ma dziewczynę, a Arlee podtrzymała jego kłamstewko. A potem przypałętał się jebany Collins, ale twoja siostra go pogoniła, chociaż przez chwilę się obawiałem, że zaraz będę musiał pacyfikować Kane’a. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby został aż tak wytrącony z równowagi.
– Mhm. – Lucas nie brzmi na przekonanego.
Ani trochę mu się nie dziwię. Też bym nie był, gdybym miał siostrę, która zaledwie kilka godzin wcześniej miała starcie ze swoim porąbanym byłym.
– Mamy ją na oku – zapewnia Hunter i zerka na mnie z miną, jakby chciał, żebym mu przytaknął, ale nie mogę być tego pewien. – Ja, Damien i Kane – dodaje i chrząka. – Jesteś na głośniku.
– Na… – Lucas milknie. – Nieważne – dodaje pospiesznie i wzdycha zmęczony. – Dzięki.
– Nie ma sprawy.
– Nic jej nie będzie – odzywam się wreszcie i strzelam karkiem w reakcji na niewielką panikę, że Lucas skomentuje moją obecność przy Hunterze o tej porze.
– Mam nadzieję.
– Myślisz, że ktoś chciałby ryzykować znalezieniem się pomiędzy mną, Johnsonem i Tremblayem? – parska Hunter. – Chyba tylko wariat.
Lucas śmieje się cicho, chociaż w jego głosie nie ma ani krzty rozbawienia.
– No dobra, to do mnie przemawia, ale gdyby się coś…
– Damy ci znać.
Najwyraźniej „trzymanie gęby na kłódkę” na temat spraw innych osób w naszym domu nie dotyczy siostry Lucasa. Już wcześniej wiedziałem – rok temu, gdy pojechaliśmy na urlop – że Bennett się o nią martwi i ustawił ją wysoko w hierarchii ludzi, którzy są dla niego ważni, a teraz stawia przysłowiową kropkę nad i.
– Dziwnie brzmiał, nie? – Hunter wbija we mnie skonsternowane spojrzenie. – Myślisz, że to od leków?
– Chyba nie sądzisz, że ktoś przemyca mu do kliniki alkohol – parskam z niedowierzaniem.
– Nie wiem – odpowiada i odrzuca zablokowaną komórkę na łóżko, po czym przysuwa się do mnie i opada twarzą na moją szyję. Składa na niej lekki pocałunek i kładzie dłoń na moim prawym boku. – Cieszę się, że cię mam.
Uśmiecham się i przesuwam opuszkami palców wzdłuż jego kręgosłupa, wyczuwając, że mój dotyk wywołuje u niego gęsią skórkę.
– No proszę – mruczę kpiąco. – Bęben maszyny losującej wyrzucił mi dziś uroczego Huntera.
Prycha pod nosem i zaciska zęby na moim obojczyku na tyle mocno, że stękam z bólu i trzepię go w ramię.
– Jeszcze trochę i przestanę być miły – burczy zirytowany.
– No już. – Przeciągam dłonią po jego wilgotnych włosach i lekko za nie szarpię, żeby uniósł głowę. Spoglądam w te jego piekielnie oszałamiające oczy i wyginam kącik ust. – Cieszę się, że się cieszysz – szepczę. – Jest jakiś konkretny powód? Oprócz tego, oczywiście, że robisz sobie ze mnie prawie co noc prywatną poduszkę?
Przewraca oczami i porusza głową, jakby próbował mnie przedrzeźniać.
– Po prostu dobrze jest mieć obok kogoś, z kim będę mógł zaplanować interwencję, gdyby się okazało, że Lucas jednak potrzebuje pomocy.
Wciągam nosem powietrze i wypuszczam je ze świstem spomiędzy warg.
– Naprawdę się obawiasz, że w jego przypadku to już nałóg?
– Nie wiem. – Marszczy brwi. – Może to moja paranoja, może nie, ale nie brzmiał jak Lucas. Wiem, wiem – dodaje pospiesznie, gdy otwieram usta. – Był kontuzjowany, a teraz jest po operacji i w trakcie rehabilitacji, od której praktycznie zależy jego kariera, ale nie sądzę, aby to było tylko to w jego głosie. Ani też tylko Arlee.
– Hmm… – wydaję z siebie ciche mruknięcie, marszcząc brwi. – Teraz i tak niczego nie wydedukujemy, skoro nie ma go obok, ale może powinniśmy spędzać z nim więcej czasu, gdy wróci do Montrealu?
– Dobry pomysł. – Hunter przytakuje z namysłem głową.
– Nie uzna, że to dziwne?
– Nie sądzę. – Chrząka. – Będzie się cieszyć, że wozimy mu dupsko na fizjoterapię czy wizyty lekarskie. – Posyła mi znaczące spojrzenie.
Tak, to zdecydowanie brzmi dość prawdopodobnie w przypadku Lucasa.
4
Hunter
Przekręcam głowę i niemal sapię głośno na widok bladej, praktycznie zgiętej wpół Arlee. Zamiast do niej jednak doskoczyć, bez słowa w czymś pomóc, przywołuję swoją wersję chłodnego Huntera, bo nie ma szans, żebym dotarł do tej kobiety, będąc miłym. To zdaje się działać wyłącznie w przypadku Kane’a – a i nie zawsze.
– Wyglądasz jak trup – oznajmiam poważnie.
Nie otrzymuję odpowiedzi. Uważnie taksuję spojrzeniem Arlee, gdy podchodzi do szafki kuchennej i wyciąga z niej termofor. Włącza czajnik, po czym otwiera lodówkę i zgarnia jogurt naturalny.
Damien wchodzi do kuchni i zatrzymuje się w progu, marszcząc brwi.
– Arlee, dobrze się czujesz? – Brzmi na zmartwionego.
Jego ton odzwierciedla to, co sam czuję. Arlee naprawdę nie wygląda najlepiej
– To tylko okres – mamrocze, siadając ostrożnie na krześle, jakby każdy, nawet najmniejszy ruch ciała, wywoływał u niej kolejną falę bólu.
To chyba nie jest normalne.
– Nie wyglądasz, jakbyś miała tylko okres. Wyglądasz, jakbyś umierała – zauważam powoli, nie odrywając od niej spojrzenia. – Możemy ci jakoś pomóc?
– Milczenie byłoby super.
Gdybym się założył, że właśnie to odpowie, bez dwóch zdań bym wygrał.
– No, dobra. – Kiwam głową, chociaż nie może tego widzieć, skoro wbija wzrok w blat. – Ale gdyby coś, to wołaj, okej? – proszę, bo co innego mi pozostało. Przecież jej do niczego nie zmuszę.
– Jasne – cedzi przez zęby.
Kiedy na nią patrzę, gdy krzywi się mocno, wpychając do ust łyżeczkę jogurtu, aż mnie samego zaczyna boleć brzuch. Niewiele myśląc, wyciągam komórkę i wysyłam Kane’owi wiadomość.
Ja: Nie, żeby coś, ale twoja fałszywa dziewczyna nie czuje się najlepiej. Mówi, że to okres, ale nie wygląda mi to na okres – chociaż, co ja tam wiem, nie mam macicy. Za ile będziesz?
Kane: Zaraz.
Zerkam na Damiena, a potem kiwam podbródkiem w stronę wyjścia z kuchni. Czas się ewakuować i dać Kane’owi pole do manewru, bo – kurwa – to nienormalne, żeby Arlee aż tak zwijała się z bólu. Wygląda jak śmierć. Jakby miała się zaraz przekręcić.
Ściska mi się boleśnie serce na myśl o tym, co poczułby Lucas, gdyby jego siostra nagle wylądowała w szpitalu, podczas gdy jego nie ma obok. Ucisk jest tak niewiarygodnie uciążliwy, że przytykam pięść do torsu i rozmasowuję mostek. Damien posyła mi pytające spojrzenie, ale zbywam go machnięciem ręki. To tylko ja i moja tęsknota za Aubrey.
Kane miał jechać z nami do klubu, na co umawialiśmy się wczoraj, ale oczywiście został w domu, żeby mieć oko na Arlee. W sumie nie dziwię się, że tak to się skończyło. Przez chwilę nawet myśleliśmy z Damienem, żeby też zostać, ale Kane praktycznie wygonił nas z domu.
Zajmujemy miejsce przy barze i od razu zamawiamy sobie drinki. Barmanka miesza alkohol w shakerze i co chwilę zerka na Damiena. Skłamałbym, gdybym powiedział, że ani trochę nie wywołuje to we mnie ukłucia zazdrości. Bo wywołuje.
Dlaczego nie mogę go objąć, a potem pocałować tu i teraz, żeby pokazać wszystkim, że jest przeze mnie zajęty?
Ach, no tak.
Ukrywamy się.
I każdy dzień tego ukrywania się jest dla mnie niczym pieprzone piekło.
Czasem nawet łapię się na myśleniu, żeby pieprzyć to wszystko – udawanie, oczywiście, a nie Damiena, chociaż… no dobra, jego też chciałbym pieprzyć, ale nie. Obiecałem sobie, że nie wyjdę na napalonego gnojka, który myśli tylko o jednym, i zamierzam dotrzymać danego sobie słowa.
– Za chwilę biedna barmanka padnie tu trupem – mamrocze pod nosem Damien i parska cichym śmiechem, gdy posyłam mu mordercze spojrzenie. – Zazdrośnik.
– Przeszkadza ci to?
– Absolutnie nie.
Ledwie barmanka stawia przed nim drinka, a on już posyła jej czarujący uśmiech, za co kopię go w kostkę. Damien zdaje się tym ruchem kompletnie niewzruszony, a ciemne oczy rozbłyskują mu iskierkami rozbawienia, gdy przekręca w moją stronę głowę.
– Masz syndrom niespokojnych nóg, Marshall? – kpi.
Zgrzytam zębami.
– No już – mruczy ze śmiechem i szturcha mnie kolanem. – Tylko się z tobą drażnię.
Rozdymam nozdrza i wzdycham głośno, zaciskając palce wokół chłodnej szklanki. Upijam solidny łyk słodkiego alkoholu i cieszę się w duchu, gdy barmanka odchodzi w stronę następnych klientów.
– Jak się czujesz?
Marszczę brwi i spoglądam pytająco na Damiena.
– Normalnie? – mamroczę skołowany. Wyskoczył z tym pytaniem tak nagle, że nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Dopiero gdy rozpoznaję na jego twarzy zmartwienie, dociera do mnie, o co tak naprawdę pyta. Żołądek ściska mi się nieprzyjemnie, a w gardle rośnie gula trzy razy większa od hokejowego krążka. – Nie wiem – odpowiadam po chwili. – Staram się o tym nie myśleć.
– Przepra…
– Nie przepraszaj – przerywam mu i kręcę głową. – Wiem, że nie chciałeś schrzanić mi humoru. – Uśmiecham się uspokajająco. – Po prostu… Nie wiem.
Przytakuje skinieniem, jakby doskonale rozumiał, co mam na myśli, chociaż ja sam naprawdę nie wiem, jak się czuję z myślą, że za kilka dni minie pierwsza rocznica śmierci Aubrey.
– Chcesz, żebym…?
– Tak.
Nie mam pojęcia, o co pyta, ale tak. Chcę. Cokolwiek to jest. Chcę.
– Nawet nie wiesz, co chciałem powiedzieć.
– I tak chcę.
Uśmiecha się szczerze, naprawdę szczerze i niemal z rozczuleniem, ale szybko odrywa ode mnie wzrok, jakby dopiero teraz sobie przypomniał, że nie jesteśmy zamknięci w swoich czterech ścianach, tylko siedzimy w dość ruchliwym barze w centrum Montrealu.
– W takim razie po powrocie do domu ogarnę sobie bilet.
Ukrywam uśmiech za szklanką z drinkiem.
Chce pojechać ze mną do Thunder Bay. Podświadomie chyba się tego domyślałem i dlatego bez wahania się zgodziłem. Dobrze będzie mieć go tam obok siebie.
– Nie musisz ogarniać – mamroczę i chrząkam, gdy ściąga brwi. – Kupiłem dwa.
Damien wpatruje się we mnie zaskoczony, jakby w ogóle się tego po mnie nie spodziewał. Wzruszam ramionami, starając się pokazać mu, jak bardzo jest to banalną sprawą, chociaż wcale nie jest. Obaj zdajemy sobie sprawę, że…
– Czekałeś, aż sam to zaproponuję?
– Być może.
Na sekundę opiera głowę na dłoni, ale szybko się prostuje i wbija spojrzenie w szklane półki, na których stoją alkohole. Otwieram usta, chcę coś dodać, jeszcze nie wiem co, ale wtedy ktoś klepie mnie delikatnie w ramię. Przekręcam głowę i marszczę brwi na widok szeroko uśmiechniętych dziewczyn.
– O Boże, to naprawdę ty! – mówi głośno jedna z nich; ładna brunetka z tatuażami na ramionach. – Możemy zrobić sobie z tobą zdjęcie?!
Nie.
– Jasne. – Zmuszam się do uśmiechu, starając się wyglądać na zadowolonego, że mnie rozpoznały, mimo że mam ochotę wskoczyć za bar i udawać, że mnie tu nie ma. Zeskakuję z hokera i staję pomiędzy dwiema dziewczynami, ale trzymam ręce przy sobie.
Nie mam pojęcia, ile robią tych zdjęć, jednak sądząc po tym, jak długo trzyma przycisk na boku komórki, to lekko ponad dwadzieścia – o ile nie więcej. Kiedy tylko odchodzą, uśmiechnięte i pełne radości, wracam na swoje miejsce.
– Wracając do… – Milknę, zauważając, że Damien sposępniał i bezwiednie przesuwa kciukiem po wilgotnej szklance. – Co jest?
– Nic – odpowiada pospiesznie i posyła mi uspokajający uśmiech. – Mam wrażenie, że gdzie byśmy nie poszli, to zaraz ktoś cię rozpozna.
Krzywię się.
– Wierz mi, wolałbym zamienić się miejscami z tobą – mamroczę beznamiętnie. – Gdybyś siedział bokiem, to ciebie też by rozpoznały.
Przytakuje, kilkukrotnie kiwając głową.
– W takim razie dobrze, że nie siedziałem.
Nie mam pojęcia, czy chodzi mu o to, że boi się, iż któreś z kolei zdjęcie z fanem czy fanką uruchomi lawinę w postaci przeszłości jego ojca, czy może bardziej o ewentualne pytania, dlaczego siedzimy tak blisko siebie w barze bez żadnych panienek u boku. Z jednej strony chciałbym o to zapytać – z drugiej nie mam na to najmniejszej ochoty. Powód nie ma znaczenia, skoro efekt jest ten sam. On zdecydowanie bardziej ode mnie nie chce pojawić się na świeczniku mediów.
Wracamy nad ranem. W domu jest cicho – tak cicho, jakby nie było w nim żywej duszy. Zaglądam do salonu i kuchni, ale nie znajduję żadnych śladów zbrodni. Damien trzyma się kilka kroków za mną, cierpliwie czeka przy schodach, opierając się plecami o ścianę. Gdy odwracam się w jego stronę, uśmiecha się lekko.
– Moja sypialnia czy twoja?
– Twoja – odpowiadam bez wahania, ruszając w jego stronę. – W mojej jest burdel.
Parska cichym śmiechem.
– Tam zawsze jest burdel – zauważa.
– Masz wygodniejszy materac.
Zaciska usta, jakby powstrzymywał śmiech, po czym wchodzi na schody. Idę za nim, cicho stąpając po stopniach, a potem skręcamy do jego sypialni. Biorę spory wdech, zaciągając się zapachem męskich perfum unoszącym się w powietrzu. Nawet nie wiem, który z nas pierwszy chwyta tego drugiego za koszulkę. Jęczę cicho, gdy zderzamy się ustami, wzdychając cicho z ulgi. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja umierałem wewnętrznie w miejscach publicznych, nie mogąc go pocałować.
– Mmm… – mruczy zadowolony, gdy zaciskam palce na jego włosach i prowadzę w stronę łóżka. – Smakujesz owocami.
Parskam śmiechem i popycham go na materac, po czym zrzucam z siebie koszulkę i opadam na Damiena. Obejmuję go za policzki, przeciągam kciukami po niewielkim zaroście i wpatruję się w przymknięte oczy. Cholera, uwielbiam na niego patrzeć. Nie wiem, czy kiedykolwiek spotkałem kogoś, kto wywoływałby we mnie tyle emocji. Od zwątpienia w samego siebie i swoją orientację, aż po rozpierające mnie szczęście, że dał mi szansę. Nie jedną i nie dwie.
Pochylam się i muskam wargami jego usta. Gdy je rozchyla, natychmiast pogłębiam pocałunek i wzdycham przeciągle, wyczuwając, że obejmuje mnie nogami w pasie. Sekundę później to ja leżę pod nim, a on ściąga przez głowę koszulkę. Bez wahania przebiegam palcami po napiętych mięśniach na brzuchu i uśmiecham się głupkowato, wyczuwając gęsią skórkę.
– Zimno ci, Johnson? – mruczę rozbawiony.
– Gorąco jak w piekle – odpiera zachrypniętym głosem i chwyta mnie za gardło.
Przeszywa mnie dreszcz. Spływa mi po karku, wzdłuż kręgosłupa, aż dociera do lędźwi i rozlewa na podbrzusze. Napinam mięśnie i wzdycham, gdy Damien owiewa ciepłym powietrzem skórę tuż pod moim uchem.
– Jaka szkoda, że ktoś tu postanowił zwolnić tempo.
Zaciskam szczękę i sięgam dłońmi do jego ramion. Chcę go z siebie zepchnąć, przez chwilę nawet myślę, żeby chrzanić wolne tempo, ale Damien jest szybszy. Obejmuje mnie za nadgarstki jedną dłonią i przyszpila mi je nad głową do poduszki. W jego ciemnych oczach błyszczą figlarne, pełne zadziorności iskierki, a wargi wykrzywiają się w aroganckim uśmieszku.
– Już chcesz się złamać? – kpi. – Naprawdę?
Rozdymam sfrustrowany nozdrza.
– Gdybym na tobie leżał i trzymał cię za gardło, też traciłbyś rozum – odpowiadam oschle.
Uśmiecha się przebiegle.
– Prawdopodobnie masz rację – przyznaje i składa na moim policzku łagodny pocałunek, rozluźniając uchwyt na moich rękach. Przekręca się na bok i kładzie głowę na moim barku, nogę przerzucając przez moje biodra. Już nie trzyma mnie za szyję, teraz tylko przesuwa kciukiem po moim obojczyku. – Ale chyba podoba mi się po prostu leżenie z tobą.
Spoglądam na niego i uśmiecham się nieznacznie.
– Mówisz, że podoba ci się niemal platoniczny związek?
– A to jesteśmy w związku?
Wypuszczam spomiędzy warg długi oddech. Moja mina bez wątpienia wyraża więcej niż tysiąc słów, sądząc po tym, jak Damien zaciska wargi, żeby się głośno nie roześmiać.
– Nie wnerwiaj mnie przed snem, Johnson, bo uduszę cię poduszką.
Zaciska zęby na wardze, ale i tak widzę, że kąciki ust mu drżą.
– To trzymanie rąk przy sobie to był głupi pomysł – oznajmiam. – Najgłupszy z moich wszystkich pomysłów.
– A ja myślę, że jest całkiem zajebisty – mamrocze i przymyka powieki.
Nie sądzę, aby właśnie to miał na myśli, ale mimowolnie przypominam sobie o tym, dlaczego nie chciał się ze mną wcześniej pieprzyć. Bał się, że coś poczuje. Może dalej się tego boi? Może wcale nie chce…?
– Nigdy nie zaczynałem związku z kimś, kogo nie zaliczyłem – szepcze sennie. – Podoba mi się, że z tobą jest inaczej, Hun.
Cofam tamte myśli.
Cofam zwątpienie w swój durny i jednocześnie zajebiście mądry pomysł.
Jednak trzymanie rąk przy sobie ma swoje plusy, chociaż jest cholernie frustrujące.
– Nigdy nie byłem w związku. – Ściągam brwi. – Chyba – mamroczę skołowany.
– Chyba?
– Hmm… – wydaję z siebie ciche mruknięcie. – Nie przypominam sobie, żebym z kimś był.
– O Chryste. – Wzdycha głośno i kręci powoli głową.
– Co? Co ci nie pasuje?
– Nic, nic – zapewnia pospiesznie. – Po prostu nie sądziłem, że jesteś aż tak niedoświadczony.
Walę go pięścią w ramię, aż stęka z bólu i spogląda na mnie z udawanym wyrzutem. Ułamek sekundy później muszę zakryć sobie usta dłonią, bo zaczynam się śmiać. Wybucham takim śmiechem, że nawet nie wiem, kiedy sięgam po poduszkę i przyciskam ją sobie do twarzy.
Kurwa, rok temu, gdy pierwszy raz zobaczyłem go w naszej szatni, nie przypuszczałem, że będę dusić się ze śmiechu tylko dlatego, że nawiązał do naszych początków z aplikacji randkowej.
– Idź spać, Johnson – mamroczę na bezdechu, dalej próbując złapać powietrze. – Bo jeszcze chwila, a obudzimy gołąbeczki.
– Mhm. – Obejmuje mnie w pasie ramieniem i składa na moim obojczyku lekki pocałunek. – Cieszę się, że chcesz, żebym z tobą pojechał.
– A ja cieszę się, że ze mną pojedziesz.
Tym razem nie zamierzam nawet próbować ukrywać, że jesteśmy tylko kumplami z drużyny.
5
Damien
Thunder Bay, Ontario, Kanada
Hunter zgarnia z taśmy torbę podróżną, a ja ciągle rozglądam się za swoją walizką. Minuty jednak mijają, bagaże zaczynają się powtarzać, ale w żadnym momencie nie rzuca mi się w oczy jaskrawa zieleń. Skonsternowany marszczę brwi.
– Ha. – Hunter szturcha mnie łokciem i śmieje się pod nosem. – Zgubili ci bagaż, nie wierzę.
Zerkam na niego z ukosa z miną „nawet mnie nie wkurzaj”, ale to jeszcze bardziej go rozbawia. Hala nie jest za specjalnie wypełniona ludźmi i to pewnie dlatego już teraz ściągnął maskę wiecznego gbura.
Tym razem jednak wolałbym, żeby uruchomił swojego wewnętrznego dobermana, bo – cholera jasna – właśnie ktoś zabiera ostatnią walizkę i taśma się zatrzymuje.
Rozdymam nozdrza.
– Kurwa – mamroczę pod nosem i wzdycham głośno, zirytowany do granic możliwości. – To twoja wina.
– Co? Niby dlacze… O. – Milknie i chrząka, uśmiechając się głupkowato. – Przecież tylko żartowałem, że byłoby zabawnie, gdyby ci bagaż zaginął. Żaden ze mnie czarownik.
– Czarodziej.
– Obie formy są poprawne.
Otwieram usta, żeby mu wyjaśnić, że może są poprawne, ale znaczą coś zupełnie innego i bardziej do niego pasuje czarodziej, ale olewam ten temat. To nie jest przecież istotne – a już na pewno nie teraz.
Mijam go i ruszam w stronę dziewczyny, która wygląda, jakby tutaj pracowała. Ma na sobie plakietkę z imieniem. Cindy.
– Przepraszam. – Uśmiecham się uprzejmie.
– Tak?
– Na taśmie nie było mojego bagażu.
Mruga skołowana i sapie cicho.
– Och. Sekundę. – Sięga do boku i chwyta za krótkofalówkę. – Nie zostawiliście jakiegoś bagażu w samolocie? Jakiego koloru była walizka? – Spogląda na mnie pytająco.
– Jaskrawozielona – odpowiada za mnie Hunter tonem naburmuszonego gbura. – Lepiej, żeby się znalazła.
Dziewczyna uśmiecha się nerwowo, po czym przeprasza i pospiesznie odchodzi.
– Teraz uruchomiłeś dobermana? – pytam pod nosem.
Hunter wzrusza ramionami i wyciąga komórkę. Dostrzegam, że dzwoni do niego ojciec.
– Idź do niego. – Macham dłonią w stronę wyjścia z hali. – Zaczekam, może ją znajdą.
Waha się, ale ostatecznie przytakuje i rusza pospiesznie w kierunku drzwi.
Mijają minuty, w trakcie których udaje mi się wymyślić plan awaryjny pod tytułem – pojadę jutro na zakupy, a walizkę odeślą mi z powrotem do Montrealu. Na szczęście nie miałem tam zbyt wielu rzeczy i zdecydowanie nie było tam niczego, czego bym żałował, gdyby kompletnie przepadła.
Już nawet chcę znaleźć Cindy, żeby dać jej znać, że mogą na spokojnie poszukać, ale wtem dziewczyna wraca. Trzyma za rączkę moją walizkę, a przynajmniej tak mi się wydaje, że to moja, chociaż trudno określić na sto procent, skoro jest owinięta czarną folią i tylko gdzieniegdzie przebłyskuje zieleń.
– Najmocniej pana przepraszam – sapie. – Przy wyładunku spadła z taśmy i…
– Nie szkodzi. Zdarza się.
– Chłopaki z obsługi rozładunkowej zarzekali się, że nic nie zginęło, ale gdyby jednak, proszę kontaktować się z działem reklamacji. – Prowadzi mnie w stronę małego okienka nieopodal i wypełnia jakiś dokument, a na końcu przybija pieczątkę. – Proszę tego nie zgubić, może być potrzebne.
Zerkam na kartkę. Według nagłówka to potwierdzenie zniszczenia bagażu, ale nie skupiam się na dalszych słowach.
– Bardzo dziękuję.
– Nie ma za co i raz jeszcze przepraszam w imieniu załogi.
Posyłam jej uspokajający uśmiech i wreszcie ruszam do wyjścia.
Niemal od razu dostrzegam Arthura i stojącego obok niego Huntera. Tutaj, na głównej hali, gdzie przewija się masa osób, nie wygląda już na tak rozluźnionego i rozbawionego jak wcześniej.
– Dzień dobry – witam się z jego ojcem uściskiem dłoni.
– Cześć, Damien. – Uśmiecha się ciepło i spogląda na moją walizkę, po czym się krzywi. – Dopadła cię klątwa?
Zerkam na Huntera, akurat gdy drga mu kącik ust.
– Jednak uprawiasz czarną magię? – parskam śmiechem, na co przewraca ostentacyjnie oczami.
Arthur nie ma pojęcia, do czego nawiązuję, ale to nie przeszkadza mu w tym, żeby się zaśmiać. Odpowiadam tym samym, zanim ruszamy na parking.
Rodzinny dom Huntera w ogóle się nie zmienił, odkąd byliśmy tutaj zaledwie pół roku temu. Zdjęcie Aubrey z czarną wstążką dalej stoi w tym samym miejscu, a w powietrzu unosi się przyjemny zapach świeżo upieczonego ciasta.
– Hunter, skarbie. – Eden wychodzi z kuchni, wycierając dłonie ścierką.
– Cześć, mamo. – Uśmiecha się do niej ciepło i obejmuje mocno ramionami. – Pamiętasz Damiena, prawda?
– Jakżebym mogła zapomnieć. – Eden śmieje się cicho i ściska mnie za przedramię. – Jak twoje żebra?
– Wygoiły się, dziękuję – odpowiadam uprzejmie i skołowany zerkam na Huntera, bo staje tak blisko mnie, że nie bardzo wiem, co kombinuje.
A potem robi coś, na co zdecydowanie, kurwa, nie byłem gotowy.
Chwyta mnie za dłoń. Stanowczo, pewnie i bez krztyny zawahania.
W salonie zapada cisza.
Mam wrażenie, jakby wyssano z niego całe powietrze.
Arthur uśmiecha się lekko, Eden otwiera szerzej oczy, a moje serce zaraz chyba wyskoczy gardłem. Ułamek sekundy później w oczach kobiety błyska ekscytacja. Oplata nas ramionami i przyciąga do tak ciasnego objęcia, że aż sapię głośno z niedowierzania, ile ma pary w rękach.
– O mój Boże, tak coś czułam, ale nie chciałam o nic pytać, bo… – Odsuwa się nieznacznie i przeskakuje między nami wzrokiem; w oczach błyszczą jej łzy. – Bo jak pewnie wiesz, Hunter nie lubi za wiele mówić.
– Jakoś nie zauważyłem – mamroczę i chrząkam, potrząsając głową. – Ale tak… – Wbijam w niego zirytowane spojrzenie. – Zdecydowanie nie lubi za wiele mówić.
Nie jestem zły, że im powiedział, a raczej pokazał. Domyślałem się, że to zrobi – w końcu tym razem nie ma wymówki, dlaczego mnie ze sobą wziął. Ale mógł, kurwa, uprzedzić, żebym nie zachowywał się tak, jak teraz. Niczym spłoszony dzieciak, który nie wie, gdzie spojrzeć, żeby się nie wygłupić.
Eden pogania nas, żebyśmy odnieśli bagaże i przyszli na ciasto, tłumacząc, że szarlotka z lodami smakuje najlepiej, gdy nie jest ani za gorąca, ani za letnia.
– Mam przesrane? – pyta pod nosem Hunter, gdy wchodzimy do jego pokoju.
– Mógłbyś uprzedzić – burczę.
– Mhm – mruczy i pociera dłonią kark, wzdychając głośno. – Nie planowałem tego. Nie zapytałem cię o zdanie i… Kurwa, przepraszam.
Ściągam brwi i chyba dopiero teraz, gdy jesteśmy sami, dostrzegam na jego twarzy to, co prawdopodobnie tak skrzętnie ukrywał. Strach. Niemal panikę. Oczy ma szeroko otwarte, czoło zmarszczone, a nad górną wargą dostrzegam kropelki potu.
Irytacja odchodzi w zapomnienie.
Zbliżam się do niego i obejmuję go za policzki, zniżając twarz tak, że niemal stykamy się nosami.
– Dlaczego nie wspomniałeś, że się tego boisz? – szepczę miękko.
Zaciska usta w wąską kreskę, mięśnie mu na żuchwie drgają.
– Hun…
Przymyka powieki i przyciska czoło do mojego.
– Bo nie chcę, żebyś patrzył na mnie inaczej niż dotychczas – mamrocze ledwie słyszalnie. – Właśnie tak jak teraz.
Nie wiem, o co mu chodzi. Wydawało mi się, że zawsze patrzę na niego tak samo. Głównie z podziwem, bo wiele przeszedł, szczególnie w zeszłym roku, no i też potem, gdy odkrył, że jednak kręcą go faceci.
– Czyli jak?
– Ze współczuciem.
Wzdycham cicho i odchylam głowę, po czym łapię go za podbródek i spoglądam mu w oczy.
– To nie jest współczucie, Hunter. To zmartwienie i może wyrzuty sumienia, że niczego nie zauważyłem. Że nie pomyślałem, jak bardzo może to być dla ciebie stresujące – wyjaśniam spokojnie. – Ale ciągle widzę w tobie tego samego kolesia, co wcześniej, jeśli to cię martwi. Zdeterminowanego i często dupkowatego, lecz świetnego hokeistę, którego podziwiałem, zanim w ogóle się poznaliśmy. – Unoszę kącik ust w reakcji na błysk arogancji w jego szarych tęczówkach. – Jak się czujesz?
Marszczy brwi.
– Normalnie?
– To pytanie czy odpowiedź, Marshall?
Przewraca oczami i prycha, szturchając mnie dłonią w bark.
– Twoje pytanie jest od czapy.
– Właśnie oznajmiłeś swoim rodzicom, że masz chłopaka. Nie sądzę, żeby było od czapy.
Mruga, na co unoszę brwi, a on wzrusza ramieniem.
– Normalnie – odpowiada; tym razem zdecydowanym tonem. – Huh.
– Co?
– To nie było tak trudne, jak się spodziewałem.
Uśmiecham się lekko.
– Myślę, że znalazłeś się w tym odsetku ludzi, których rodzice zawsze ich zaakceptują.
– A ty?
Krzywię się.
– To chyba nie jest najlepszy moment na to, żeby o tym rozmawiać.
– Dlaczego? – Ściąga brwi. – Na apce pisałeś, że nie ukrywałeś się z tym specjalnie i kilka osób z Toronto wiedziało i nie byli zaskoczeni. Kłamałeś?
– Pamiętasz, co ci pisałem? – pytam zaskoczony.
– A to coś dziwnego? – prycha urażony. – Nie mam sklerozy, jeszcze nie rąbnąłem się aż tak na lodzie, żeby stracić również pamięć.
– Wypluj te słowa.
– Tfu, tfu – udaje, że pluje, ale szybko poważnieje. – Więc?
– Innym razem? – proszę.
Wydaje z siebie odgłos przypominający sfrustrowany jęk, ale przytakuje skinieniem.
– Okej, ale powiedz mi tylko jedno.
Oczywiście, że nie odpuści. Być może dlatego, że wcale nie przybrałem nieprzystępnej miny kogoś, kogo drażni dany temat. Bo nie drażni. Po prostu nie chcę sobie chrzanić humoru.
– No?
– Był ktoś, kto źle cię potraktował?
– Tak.
– Zajebię mu.
– Mu? – parskam śmiechem. – Skąd pewność, że to on?
– Bo to, kurwa, zawsze są faceci – odpowiada stanowczo i pewnie, jakby przedstawiał prawdę objawioną. Sekundę później jednak robi skwaszoną minę. – No dobra, nie zawsze, ale zazwyczaj. I wolałbym, żeby to jednak był koleś, bo nie będę się przecież bić z laską.
Uśmiecham się półgębkiem i przyciągam go do siebie za kark, aż moje usta lądują na jego wargach.
– Ach, ty mój obrońco.
Mamrocze coś do mnie, co brzmi jak „przecież ci mówiłem, że moja rola nie kończy się tylko na lodowisku”, ale uciszam go kolejnym pocałunkiem.
Nie sądziłem, że Hunter zrobi się tak ostentacyjny przed swoimi rodzicami. Przysięgam, gdy tu lecieliśmy, byłem niemal przekonany, że będzie unikać okazywania sobie czułości. Cholera, ostro się pomyliłem. Nie przeszkadza mi to jednak. To miłe – właściwie cholernie miłe – że siedząc na kanapie przed telewizorem, trzyma mnie za rękę i przesuwa kciukiem po jej wierzchu.
Ale nie to jest w tym najlepsze.
Cudownie jest móc siedzieć w towarzystwie ludzi, którzy nie robią z tego wielkiej rzeczy. Ani Arthur, ani Eden nie wpatrują się w nas jak urzeczeni, chociaż mama Huntera co jakiś czas posyła mi pełne zadowolenia spojrzenie i masę uśmiechów.
– Jakie macie plany na wakacje? – zagaja Arthur, stawiając przed nami bezalkoholowe drinki.
– Będziemy o tym rozmawiać, gdy Lucas wróci ze szpitala – odpowiadam.
Eden smutnieje.
– Jak on się czuje?
Zerkam na Huntera i tak, bez wątpienia ma taką samą minę jak ja. Krzywą i biją z niej wyrzuty sumienia.
– Rozmawiałem z nim wczoraj i przez telefon brzmiał normalnie, ale na ile to efekt leków, a na ile faktyczny jego stan… – Milknie i wzrusza ramionami. – Trudno stwierdzić.
– A jak prognozy? – dopytuje Arthur.
– Według chirurga operacja poszła lepiej, niż się spodziewano. Oczywiście niczego mu nie obiecywali, ale gadałem z trenerem, który ma dokładniejsze informacje i powiedział, że mamy się nie martwić. O ile oczywiście Lucas będzie zgodnie z planem uczęszczał na fizjo i całą resztę zabiegów.
– Na pewno będzie – oznajmiam poważnie. – Choćbym miał go osobiście zawozić i pilnować, żeby ćwiczył.
Eden uśmiecha się ze zrozumieniem i kiwa głową.
– Cieszę się, że tak się wspieracie.
Hunter parska śmiechem.
– Nie mówiłabyś tak, gdybyś widziała, jak się wyzywamy na lodowisku.
– Na całe szczęście nie byłam tego świadkiem i nigdy nie będę. – Mrozi go spojrzeniem. – I proszę, nie wspominaj o tym. Dla mnie jesteś ciągle tym samym kulturalnym, miłym chłopcem, którego wychowałam.
Zaciskam usta, żeby się nie roześmiać. Naprawdę staram się tego nie zrobić. Ale gdy Hunter niemal morduje mnie wzrokiem, już nie potrafię się powstrzymać.
– Kulturalny i miły jest tylko wtedy, kiedy czegoś chce.
– Ej, wypraszam sobie!
– A co, może nie? – Wbijam w niego znaczące spojrzenie. – Mam ci przypomnieć, jaki byłeś miły i kulturalny, gdy mi się przedstawiałeś?
– Spieprzaj.
– Hunter! – Głos Eden przybiera karcący ton. – Zachowuj się.
– Specjalnie mi to teraz wypomina.
Uśmiecham się głupkowato i zanim zdołam to przemyśleć, unoszę jego dłoń do ust i składam przelotny pocałunek na knykciach. Dopiero po sekundzie, gdy Hunter wzdycha i mamrocze „cios poniżej pasa”, dociera do mnie, co zrobiłem.
– No proszę – komentuje rozbawiony Arthur. – Chyba znalazł się wreszcie ktoś, kto rozmiękcza twoje serce, synu.
– A idźcie wszyscy w cholerę – burczy naburmuszony i zatapia się bardziej w kanapie.
Ale nie wyrywa ręki.
Co więcej, ściska moje palce i uśmiecha się pod nosem.
Nic dziwnego, że robię to samo.
6
Hunter
Biały, kamienny pomnik na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym pośród całej reszty, ale i tak jest jedynym, na którym skupiam spojrzenie. Mama z tatą idą przed nami pod rękę, a ja myślę sobie tylko o tym, żeby chwycić Damiena za dłoń i spleść z nim palce. Żeby trzymał mnie ciasno przy sobie i nie puszczał, bo odkąd przekroczyliśmy cmentarną bramę, walczę ze łzami napływającymi mi do oczu.
Rozdymam nozdrza i wypuszczam spomiędzy warg długi oddech, gdy zbliżamy się na tyle blisko, abym był w stanie przeczytać litery.
Aubrey Marshall
Kochana córka i siostra
Zatrzymuję się tuż obok taty i splatam przed sobą dłonie. Na ramionach osiada mi niewidzialny ciężar, którego nie potrafię z siebie zrzucić. Oddech mi się spłyca, łzy pieką, a broda zaczyna drżeć. Zerkam przez ramię i spoglądam na przepełnioną smutkiem twarz Damiena. Jego ciemne oczy nie są jednak skupione na pomniku, tylko na mnie. Uśmiecha się nieznacznie, jakby przychodziło mu to z trudem, po czym rozgląda się powoli po cmentarzu i bierze głęboki wdech.
Dwie sekundy.
Dokładnie tylko czasu zajmuje mu stanięcie obok mnie i przyciśnięcie ramienia do mojego.
Nie chwyta mnie za rękę.
Nie odzywa się.
Ale czuję go obok i nagle, jakbym właśnie tylko tego potrzebował, potrafię nabrać normalny wdech, a ciężar na ramionach już nie sprawia, że się garbię.
Przymykam powieki i wypuszczam długi oddech.
– Cześć, Aubrey – odzywam się w myślach. – Nie ma cię już rok, ale twój śmiech i pełne radości oczy w mojej pamięci są tak żywe, jakbyś ledwie wczoraj skończyła szesnaście lat. Nawet gdy leżałaś w domu, zawsze widziałem cię właśnie taką. Żywą. Roztrzepaną. Radosną. Cholera, tęsknię za tobą i kurewsko żałuję, że nie ma cię obok. Że… – Przełykam głośno ślinę i zerkam z ukosa na Damiena, który ciągle przy mnie stoi. – Że go nie poznałaś. Pamiętasz, jak rok temu wspomniałem, że założyłem sobie konto na apce randkowej? Nie uwierzysz. To właśnie tam się poznaliśmy i tylko ja mogę mieć takiego farta, żeby zabujać się w kumplu z drużyny. – Parskam do siebie śmiechem i pochylam głowę, bo nie powinienem był tego robić. – Jestem prawie pewny, że to twoja sprawka.
– Zostawimy was – szepcze płaczliwym głosem mama i pociąga nosem, odchodząc z ojcem na bok.
Bywają tu prawie codziennie i nie jestem zaskoczony, że nie chcą zbyt długo patrzeć na pomnik. Widok ten za bardzo im przypomina, że stracili córkę. Ja zaś żałuję, że za rzadko tu przyjeżdżam.
– Opowiesz mi o niej?
Oddycham głęboko nosem i uśmiecham się szczerze.
– Polubiłbyś ją. Pewnie bardziej niż mnie – odpowiadam z przekąsem. – Była miła, zawsze. Nigdy nikogo nie skrzywdziła, łatwo wybaczała i zawsze dbała o komfort drugiej osoby – szepczę. – Nie potrafię sobie przypomnieć, żeby podnosiła na innych głos. Na mnie już tak, ale lubiliśmy sobie dogryzać.
– W ogóle mnie to nie dziwi. – Palcami muska moje biodro; robi to tak dyskretnie, że gdybym nie był wyczulony na jego dotyk, prawdopodobnie nawet bym tego nie poczuł. – W końcu to twoja siostra. Macie to we krwi.
– Bardzo zabawne – burczę z udawaną złością, ale się uśmiecham. A przynajmniej robię to, dopóki nie wracam myślami do Aubrey. Na wspomnienie tego, że targnęła się na własne życie, zamiast z nami porozmawiać, robi mi się tak przeraźliwie zimno, że aż się wzdrygam. – Niestety we krwi mamy też milczenie o swoich problemach i trzymanie w sobie zbyt wielu emocji.
– Mam nadzieję, że się za to nie obwiniasz.
Zaciskam zęby na wardze tak mocno, że ją przecinam. W ustach pojawia mi się metaliczny posmak krwi.
– Jestem na siebie wściekły za to, że niczego nie zauważyłem – wyznaję zdławionym głosem przez zaciskające się gardło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
