Grecja. Gorzkie Pomarańcze - Dionisios Sturis - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

OSOBISTA OPOWIEŚĆ O GRECJI.

Rozszerzone wydanie książki nominowanej do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Polski reporter z greckimi korzeniami, wychowane w Polsce trzecie dziecko Polki i Greka, szuka odpowiedzi na pytania o kryzys w kraju swoich przodków. Szuka też czegoś jeszcze – własnej tożsamości i zrozumienia powikłanej historii swojej rodziny. Dzięki tej mieszance reportażu, wspomnień i narracji podróżniczej Sturis jak żaden inny polski autor przybliża rodzimemu czytelnikowi współczesną Grecję. Ale to coś więcej niż przewodnik po kraju i jego historii.

 

„Autor "Gorzkich Pomarańczy", choć częściowo obcy, w portretowaniu Grecji po mistrzowsku unika folkloru. Prezentuje ostre spojrzenie i zachowuje dystans konieczny do prawidłowego opisania zbiorowej świadomości, naszych greckich obsesji, stylu życia i trwającej dziejowej transformacji. Sturis konfrontuje się z własną przeszłością, a przed greckimi czytelnikami stawia lustro jednak nie to zaczarowane, które powie nam, że jesteśmy najpiękniejsi na świecie, a zwierciadło, które odbija naszą prawdziwą twarz” napisał o greckim wydaniu tej książki Tasos Tsakiroglou, recenzent „Efimerida ton syntakton”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Dionisios Sturis, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Stachowski

Redakcja: Ariadna Machowska

Korekta: Barbara Kaszubowska

Skład i łamanie: Marta Benec

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografia na okładce: Hector Christiaen | Shutterstock.com

Grafika na wyklejce: Peter Hermes Furian | Shutterstock.com

Mapa na wyklejce: Magda Bloch, według pomysłu z pierwszego wydania

Fotografie we wnętrzu książki:

Dionisios Sturis (fot. nr 5, 6, 8, 9, 10, 12, 16, 18, 19, 20, 22, 24, 25, 28, 29, 30)

Giannis Angelakis (fot. nr 1, 2, 3, 4, 7, 11, 13, 14, 15, 17, 21, 31, 32, 34, 35, 36)

Irena Tsermegas (fot. nr 23)

Fotograf nieznany (fot. nr 26)

George Papandreou Foundation (fot. nr 27)

GettyImages (fot. nr 33)

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie II rozszerzone

eISBN 978-83-66278-40-0

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Zofii Sturis, mojej Mamie

Umiłowane, czyste

głosy tych, co umarli albo jakby umarli,

bo straceni już dla nas.

Słyszymy je czasem we śnie,

słyszy je czasem umysłw swoich najgłębszych pokładach.

I wracaw nich na chwilę

brzmienie pierwszej poezji naszego życia, podobne

zacichającej muzyce – nocą, gdzieś bardzo daleko.

Konstandinos Kawafis, Głosy

Wstęp

Gorycz i słodycz Grecji

Grecja. Gorzkie pomarańcze Dionisiosa Sturisa są jednąz tych książek, które dają więcej, niż obiecują.I chyba też jednąz tych, które pisze się razw życiu. Bo choć jej kośćcem jest reportaż, to nie byłaby tak poruszająca, gdyby nie dwa inne składniki: wątki autobiograficznei osobisty ton. Mówiąc inaczeji już całkiem wprost: Grecja jest tym, czym jest, ponieważ Sturis napisał ją sobą.

Autor – urodzonyw Salonikachi wychowanyw Polsce imiennik boga Dionizosa – jest, jak sam opowiada, „dzieckiem dzieci wojny domoweji politycznej emigracji”, która po drugiej wojnie światowej szeroką falą napłynęłaz Grecji do gościnnej wówczas Polski. Państwa bloku wschodniego były naturalnym kierunkiem ucieczki dla tysięcy prostych Grekówo komunistycznych przekonaniach, którzy ofiarnie walczyliz Niemcami, by potem usłyszeć od nowej, prawicowej władzy, która nie angażowała sięw ruch oporu,a czasem nawet kolaborowałaz wrogiem, żew powojennym kraju nie ma dla nich miejsca. W ten sposób trafiła do Polski grecka babcia autorai jego ojciec, który później zabrał swoją polską żonę do Grecji,a ona po kilku latach uciekła stamtądz dziećmi –z powrotem do Polski.

So, what doIlove about Greece?I czy jaw ogóle? – zastanawia się Sturisw odpowiedzi na czyjeś pytanie. Greckie korzenie nie są dla niego sprawą prostą. Nie podaje się za Greka, by zyskać na atrakcyjności; nie dręczy czytelników nostalgią za drugą ojczyzną;z całego serca nienawidzi kiczu greckich wakacji. Swoją wyjątkową pozycję „podwójnego agenta” wykorzystuje do tego, by niszczyć łatwe piękno, zdrapywaćz Grecji błyszczący lakier – czasem aż do krwi. Bo ta opowieść ma boleć: jegoi nas. Chyba tylko mama autora, Zofia Sturis, wychodziz niej cało – jej zresztą dedykowana jest książka. Mama, ale też inne kobietyz rodziny: tej polskieji tej greckiej. Gorzkie pomarańcze to piękny hołd dla nich – siłaczek, dzięki którym trwa życie.

Dionisios Sturis buduje mozaikowy portret Grecjiz początku kryzysu finansowego, którego długoterminowe skutki powinny być groźnym memento także dla Polski. Kiedy trzeba, razemz demonstrantami na placu Syntagmaw Atenach wdycha gaz łzawiący, ale najczęściej wędrujei rozmawia. Efektem tej strategii jest insajderska wiedzao źródłach kryzysu (nieprzyjemnai dla Greków,i dla reszty Europy),a takżeo prawdziwej cenie „naprawy” narzuconej Grecji przez międzynarodowe instytucje finansowe. Rozmowaz psycholożkąz fundacji niosącej pomoc osobom zagrożonym samobójstwem należy do najmocniejszych fragmentów książki, ale Sturis dbao to, byi ten obraz nie zastygłw stereotypi nie zasłonił bardziej złożonej prawdy. Tak samow przypadku żyjącychw Grecji imigrantów:z Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu i... Polski. Jest na ich losy po ludzku wrażliwy, ale potrafi też spojrzeć na nichw historycznym kontekście wielkiej wymiany ludności między Grecjąa Turcjąz lat 1923–1930.I wciąż przekonuje, że Grecja to znacznie więcej niż antyk.Z nowszej historii zaczerpnął zresztą mnóstwo kapitalnych opowieści – choćby biografię Zygmunta Mineyki (dziadka Andreasa Papandreou), znanej aktorki Meliny Mercouri czy krzepkich stulatkówz Ikarii,w których istnienie nie chciała uwierzyć amerykańska firma ubezpieczeniowa. Nowe wydanie jest bogatszeo kilka rozdziałów: tym razem można dowiedzieć się więcejo lewicowej Syriziei faszystowskim Złotym Świcie,o sytuacji mediówi niezależnym Radiu Bubble,a także –w epilogu –o tym, jaki dlaczego ta książka powstała.

Jest niezwykle zmysłowai pełna greckich smakówi zapachów; pioseneki tańców; knajpek, do których nie zaglądają turyści; świąt, zwyczajówi niuansów greckiej mentalności,o których nie przeczyta sięw żadnym przewodniku. Znajdzie sięw niej nawet przepis na konfituręz gorzkich pomarańczyi magiczna receptura, która gorzkie przemieniaw słodkie. Czy nie taki właśnie – wiążący słodyczz goryczą (glykypikron) – jest smak prawdziwej Grecji?

Renata Lis

1

Na klatkach panował przyjemny chłód emanującyz marmurowych ściani posadzek. Przyjemnie było się weń zanurzyć, dać mu się opatulić, gdy jeszcze przed chwilą było się we władaniu lipcowego żaru.

Do obowiązków mojej mamy należało wytrzepać wycieraczki, zamieść klatkę od góry do dołu, włączniez windą, umyć podłogi, przetrzeć poręcze,a razw miesiącu dodatkowo umyć małe okienka na półpiętrach. Dozorcy lub dozorczynie zawsze na czas przygotowywali wiadroz gorącą wodą, płyny, ścierki, miotłyi szmaty. Zostawiali cały ten sprzęt przy drzwiach. Robota szła sprawniei szybko. Dobrze jej za to sprzątanie płacili. Na tyle dobrze, że bez najmniejszych podejrzeń ze strony ojca mogła część pieniędzy odkładać na „nowy początek”. Odkładałai sukcesywnie zamieniała na dolary. Zamieniałai ukrywała.

Przy trójce małych dzieci nie miała szans na inną pracę. Cztery dniw tygodniu. Jeden blok ranoi jeden wieczorem. Na drugim końcu Salonik. Był rok 1984.

To wtedy moja mama nauczyła się jednego jedynego zdania po grecku. Poza nim znała jeszcze tylko: dzień dobry, dziękuję, przepraszam, dobranoc oraz pojedyncze wyrazy: mleko, mąka, jabłka, ręcznik, wymioty, gorączka. Wymawiała je niechętnie, niedbale, niewłaściwie akcentując, jedynie wtedy, gdy musiała, czyli na zakupach lubu lekarza. Wszyscy naokoło mówili po polsku: ojciec, ciotki, moja babcia, kilka znajomych Polek, które, tak jak moja mama, wydały się za „polskich Greków”. Nikt nie miał ochoty ani czasu, żeby ją uczyć. Nibyz czasem sama miała podłapać. Nicz tego – nie podłapałaby, nie miała talentu do języków.

SEPARAKALOANIKSITINPORTA – wyrzucała do domofonu po naciśnięciu guzika. Na pojedynczym tchu, jak jeden długi wyraz, szybko, bez żadnej słyszalnej intonacji. Choć powinno być: sas parakaloi anikste – inaczej jest dość niegrzeczniei niegramatycznie. „Proszę, otwórz drzwi” – jak do koleżanki, zamiast „Proszę, otwórzcie mi drzwi” – jak do nieznanych państwa. Państwo jednak wiedzieli – najczęściej ubrana na czarno dozorczynii siwy dozorca – że mają do czynieniaz cudzoziemką, biedaczką, która cudem jedynie wyrwała sięz tego całego komunizmu. Państwo się litowalii otwierali drzwi swoich bogatych bloków,a moja mama wchodziła do środkai sprzątała.

Gdy uciekniemy do Polski, będą mieli kłopot. Po dwóch tygodniach piasek na niepozamiatanej podłodze zacznie skrzypieć pod butami. Nie będą wiedzieli, co się stało, dlaczego ta cichai sympatyczna blondynkaz Polski nagle przestała przychodzić. Moja mama nie będzie miała jak ich uprzedzić ani znaleźć zastępstwa, bo wyjazd wypadnie nagle, gdy nadarzy się okazja…

Kiedy ojciec zrozumiał, że nie wyjechaliśmy na wakacjei że do Grecji nie wrócimy, zaczął dzwonići przyrzekać poprawę. Przestanie pić, bići chodzić do tej kobiety. „Jak Boga kocham! Zosiu, uwierz! Zosiu, przysięgam!” Raz nawet przyjechał. Całą drogęz Salonik do Osetnicy, do domu dziadków,w którym wtedy mieszkaliśmy, żeby osobiście przekonać mamę do powrotu. Na próżno. Wrócił do Grecji, wniósł sprawęo rozwód,a gdy tylko go uzyskał, ożenił się.Z tą kobietą. Kontaktówz nami zaniechał. Alimentów ani listów nie przysyłał.

Miałem wtedy dwa lata, bliźniaki pięć – grecki wyparowałz naszych głów niepostrzeżenie. Na dobrych kilka lat, by pojawić się znów za sprawą kolorowych reklamówekz dziwnymi napisami, których nie umieliśmy nawet przeczytać. Przychodziły po kilkadziesiąt – nowiuteńkie,z supermarketów, razemz wafelkami, rurkamiz kremem kakaowymi masłem czekoladowym (merendą)w urodzinowych paczkach od ciotki Sultany, siostry ojca. Nikt nie miał takich nacałym osiedlu,a możei w całej Polsce.

– Greckie? – pytali sąsiedzi.

– Greckie – odpowiadałem,a oni kiwali głowąz uznaniem.

Otwierałem encyklopedię na końcowych tabelach, znajdowałem grecki alfabet, rozkładałem na kuchennym stole kilka kolorowych siateki próbowałem tłumaczyć greckie hieroglify. Alfy, epsilony, kappyi omikrony wyglądały dość znajomoi przyjaźnie. Dużo większy kłopot stanowiły za toomegi, zity, wityi thity. Sigma była gdzieś pomiędzy, boniby podobna do s, ale na końcu jakby trochę rozjechana.Nijak nie układała mi sięz tego nazwa sklepu (μαρινόπουλος)i życzenia udanych zakupów (σας ευχόμαστε καλά ψώνια).

– No, weź coś powiedz! – nalegali na przerwach koledzyz podstawówki. – Znasz jakieś przekleństwo? Jak jest dupa?

Dla nich było jasne, że skoro urodziłem sięw Grecji,a nie jak reszta klasyw Złotoryi, skoro mój ojciec jest Grekiem, skoro noszę imię greckiego boga,a moje nazwisko nie kończy się na „-ski”, to na pewno mówię po grecku. Nie tłumaczyłem, że jest inaczej, że ojciec się na nas wypiął, że sięz mamą rozwiedli, żeo Grecji wiem mniej więcej tyle, ile onio Brazylii. Wolałem udawać. Poprosiłem mamę, by nauczyła mnie czegoś, ale pamiętała jedynie to zdaniez błędamio otwieraniu drzwi.

– No dooobra – odpowiadałem niby toz wielką łaskąi rzucałem szybkie separakaloaniksitinporta, za każdym razem wymyślając inne znaczenie.

2

Byłem tak strasznie wkurwiony, że natychmiast musiałem zjeść coś słodkiego. Szedłem już kawał drogi – spocony, zmęczonyi wściekły. W końcu znalazłem sięw dzielnicyz czynnymi sklepamii kawiarniami,z kursującymi autobusamii trąbiącymi taksówkami. W pierwszej lepszej cukierni poprosiłemo bugatsę.Z cukrem pudremi cynamonem. Na ciepło.

Pałaszowałem ciasto łapczywymi kęsami. Było idealne: tłuste, sycącei słodkie. Klejące się palce wytarłemw spodnie. Usiadłem na murkui próbowałem pozbierać myśli. Była niedziela, wieczór – 12 lutego 2012 roku.

Do Aten przyjechałem kilka dni wcześniej, po tym jak rząd premiera Papadimosa – nie wiadomo który już raz – ogłosił, że pomylił sięw przewidywaniach co do kryzysu. Było gorzej, niż myśleli premieri minister finansów, gorzej, niż prorokowali unijni inspektorzy nadzorujący greckie finanse. Było dużo gorzej. Kolejne recepty okazywały się nieskuteczne. Konieczne znów okazało się zaciśnięcie pasa, ale tym razem porządnie. Po takim komunikacie nie mieliśmyw radiu wątpliwości, że – choć zima –w Atenach znów będzie gorąco.

– Dionis, bukuj bilety. Lecisz.

Około szesnastej na plac Syntagma (Konstytucji) zaczęli schodzić się ludzie. Grupki znajomych dyskutowały, paląc cienkie skrętyi popijając kawęz plastikowych kubków. Dużo dzieciaków,w wózkachi trzymanych za ręce przez rodziców. Handlarze popychali swoje kramyi zajmowali pozycje. Sprzedawali maski chirurgiczne, wodęw butelkachi gwizdki.Z szerokiej jezdni oddzielającej plac od siedziby parlamentu zniknęły samochodyi trolejbusy,a na jej obrzeżach pojawili się policjanci. Ktoś na latarni zawiesił szubienicę, ktoś inny miarowo waliłw bęben. Obok rozwijano wielkie transparentyz czarnymii czerwonymi napisami – same drukowane litery. Po porannym deszczu zza chmur zaczęło wyglądać słońce.

Bezdomne psy biegaływ zadziwieniu wokół trzech młodych chłopcówi dwóch dziewczynz amatorskiej trupy teatralnej, którzy najpierw oblali się czerwoną farbą,a później ułożyliw afektowanych pozach na ulicy – krwawią, jak cała Grecja pod ciężarem zagranicznych długów. Zamknięte oczy, wstrzymywane oddechy. Spóźnieni fotoreporterzy prosili ich, by nie wstawali jeszcze przez chwilę – cykali zdjęcia pod różnymi kątami, tak żeby zmieścić na nich również pęczniejący tłum oraz budynek parlamentuz zamkniętymi okiennicamii wielką biało-niebieską flagą powiewającą na dachu.

A w parlamencie debata – nad programem oszczędnościowym,w którym zatwierdza się obniżenie pensji minimalneji masowe zwolnieniaw administracji, ponoć konieczne, bo kryzys ciągle postępuje. Publiczne media krzyczą, że bez tego Bruksela zakręci kurekz pieniędzmi,a kraj zbankrutuje. Partie PASOKi Nowa Demokracja zarządzają dyscyplinę przed wieczornym głosowaniem, ale kilkoro posłów się wyłamuje, za co grozi wyrzuceniez partii. Do końca nie będzie wiadomo, co zrobią. To już kolejne takie przesileniew ostatnim czasie.

*

Przypomina mi się wielki protestz lata 2011 roku. Wszystko przebiegało według tego samego scenariusza. Minister finansów wychodzi na mównicę ze strapioną minąi ostrzega:

– Kiries kai kiroi vouleutes, paniei panowie posłowie. Grecja upadnie, jeśli odrzucicie dzisiaj wieloletni plan budżetowy. Bolesne cięciai oszczędności są nieuniknione. Zachowajcie się rozsądnie, bo stoimy nad przepaścią.A jakw nią spadniemy, to będziemy się podnosić długie dekady – poles dekaeties!

Związki zawodowe protestują – na weekend zapowiadają strajk generalny,i to od razu dwudniowy. Tłum zagranicznych dziennikarzy ciągnie do Aten – węszymy zawieruchę. Mój samolot ląduje jako ostatni – kolejne będą zawracane, bo kontrolerzy lotów rozpoczęli protest wcześniej, niż zapowiadano. Portw Pireusie nieczynny, nie jeżdżą autobusy, tramwaje ani metro. Taksówkarze mają niespodziewane żniwa. Całe centrum jest zamknięte dla samochodów. Kierowca wysadza mnie na tyłach ateńskiego uniwersytetu.Z radia dzwonią, że część ustaw już przeszłai że wybuchły zamieszki, że ludzie biją sięz policją, że ogieńi huk, tłuczone szyby, przed samym parlamentemi kilka ulic dalej, że koktajle Mołotowa lecąw stronę banków, że mam uważać, że chmura gazu łzawiącego. Chmura? Faktycznie, właśniew nią wchodzę. Mówią, żebym się nie rozłączał, że za chwilę będziemy na antenie, na żywow popołudniowym programie. Prowadzący pyta, co widzę,a mnie głos więźniew gardle. Zaczynam kaszleć, pocić się, krztusić.Z oczu ciekną mi łzy. Na antenie słychać odgłosy wybuchówi syreny karetek. Próbuję opisać energię, która wypełnia teren wokół mnie. Wchodzę na mureki widzę setki osóbw maskach gazowych, maseczkach chirurgicznych lub maskach do nurkowania. Tłum zaczyna biecw stronę Biblioteki Narodowej. Policjanci wystrzelili kolejne pociskiz gazem. Chowamy sięw bocznych uliczkach.

Ludzie widzą moją walizkę na kółkachi podchodzą, chcą pomóc. Biorą mnie za zbłąkanego turystę.

– Gdzie twój hotel? Uciekaj, tu jest niebezpiecznie – przekonują mnie dwie piękne studentki. Policzkii nos mają wysmarowane białą mazią – maaloxem, pomaga na ból brzucha, ale łagodzi też skutki działania gazu. Dziennikarzom nie ufają, do mikrofonu nic mi nie powiedzą, ale proszą, żebym na siebie uważał. W końcu wydostaję się poza centrum, wsiadam do taksówkii jadę na Vironas zostawić walizkęw mieszkaniu mojej kuzynki Marysi.

Kiedy wrócę po dwóch godzinach, zastanę krajobraz po bitwie. Wybite szyby sklepówi banków, tlące się śmietniki, obłupany marmur na schodach ekskluzywnych hotelii ten cholerny gaz, który będzie się unosił nad centrum miasta jeszcze przez dwa dni. „Policjanci przesadzili” – stwierdzi prokurator generalnyi zarządziw tej sprawie śledztwo; rozpylili chemikalia nawet na stacji metra, gdzie lekarze urządzili szpital polowy dla rannychw zamieszkach. Greccy Oburzeni – Aganaktismenoi – biorący przykładz hiszpańskich protestującychz ruchu Indignados – naprawiają swoje namioty, które ucierpiały podczas zadymy. Polewają marmurowe płyty na placu Syntagma wodąz fontannyi na nowo rozwieszają swoje antyrządowei antykapitalistyczne transparenty. Przez kilka kolejnych sobót będą mobilizowali do demonstracji setki tysięcy osób. Aż władze Aten zarządzą likwidację ich obozowiska – policja przyjdzie nad ranem.

*

Ponad pół roku później po Oburzonych nie ma na placu ani śladu. Zbliża się osiemnasta. Tłum ciągle pęcznieje. Ktoś wydziera się do megafonu, że politycy to złodzieje, oszuścii zdrajcy: – Wynocha stąd, kłamcy! Wynocha, wynocha! – płynie przez plac. W kierunku parlamentu strzelają setki, jeśli nie tysiące wyprostowanych rąkz rozcapierzonymi palcami – to słynna grecka moutza, gest wściekłościi niezgody, klątwa rzucana na wroga.

W tym samym czasie właściciele sklepów, restauracjii kioskóww centrum oraz kilku przyległych dzielnicach wypraszają klientówi podliczają marny utarg. Zamykają drzwi na klucz, opuszczają metalowe roletyi idą do domówz nadzieją, że może kamienie ominą szyby ich interesów. Tego wieczora będąw nerwach oglądać informacje na wszystkich kanałach – żeby zobaczyć, gdzie tłuczono się najbardziej. Bo że bójki wybuchną, to niemal pewne.

Głównymi ulicami prowadzącymi na plac ciągną głośne kolumny – krok marszowy, zdecydowany,w dłoniach flagiz symbolami partyjnych młodzieżóweki związków zawodowych. „TAK – dla chlebai wolności! NIE – dla cięći oszczędności!”.

Dwie staruszkiw zimowych płaszczach mówią mi, że cały ten bajzel to robota Niemców. Chcieli Grecję wykończyć podczas wojny, ale im się nie udało. Teraz znów próbują, alei tym razem przegrają. Grecy to waleczny naród. – Łatwo skóry nie sprzedamy! – mówią.

Młode, sympatyczne małżeństwo. Ubrani na kolorowo. Ona nieco wyższa od niego. Trzymają się za ręce. Prowadzą sklep ze sportowymi ciuchami. Chodzą na wszystkie protesty. Biznes kręci sięz dnia na dzień gorzej, wykańczają ich coraz to nowe podatki. Przy sporych oszczędnościach jeszcze wystarcza do pierwszego, więc nie narzekają. Martwią sięo tych, którzy nie mają na jedzenie.I o przyszłość dwójki swoich małych dzieci.

– Wszyscy nasi politycy to złodzieje, przez całe lata kradlii oszukiwali – mówią. – Nie wierzymyw ani jedno ich słowo. Jeśli oni zostanąu władzy, kryzysy będą wracały co chwila.

Szukam kafejki internetowej, żeby wysłać dźwięki do radia, ale wokół wszystko pozamykane. Idęw stronę placu Omonia (drugi co do wielkości plac Aten). Na jednejz głównych ulic – Stadiou – mijają mnie tysiące osób. Co parę kroków zatrzymuję sięi robię zdjęcia, bo nie mogę uwierzyćw rozmiary tłumu. Gdzieniegdzie grupki policjantów przeganiają zakapturzonych chuliganówz kijami bejsbolowymi, którzy podłączyli się do pokojowej demonstracji. Gdzieniegdzie sami są przeganiani.

Nagle czuć paloną gumęi słychać, jak pękają szyby. Zaczęło się! Choć nie wiadomo, kto ani jak zaczął. Gaz powoduje panikę, ludzie rozbiegają się we wszystkie strony. Powietrze co rusz przecinają kamienie,w ruch poszły policyjne pałki.

*

Następnego dnia wrócę na ulicę Stadiou, żeby opisać szkody:

– Spalone kino Attikon. Piękny, neoklasyczny gmach. Sto czterdzieści lat historii – podczas okupacji naziściw jego podziemiach urządzili salę tortur. Spod zgliszcz ciągle bucha szary dym. W środku czarno. Strażacy wypompowują wodęi rozciągają wokół budynku żółtą taśmę. Ludzie nie mogą się nadziwić. Pokazują palcami na dwa sklepyz ciuchami, przyklejone do kina, które też poszłyz dymem.

– Zdemolowanyi obrabowany sklepz drogim sprzętem AGD. Właściciel podlicza straty, jego żona wciąga do odkurzacza kawałki szkłaz wybitej szyby. Omija skorupy po ceramicznych misachi potłuczone kubki do kawy.

– Setki ukradzionych telefonów ze wszystkich okolicznych sklepów.

– Księgarnia, której właściciel mówi, że nic nie wzięli, tylko szybę wybili. Kto by chciał kraść książki?

– Spalony zakład jubilerskii kantor, zdemolowane biuro turystycznei bank, do którego prowadzą obtłuczone białe schody – kawałki marmuru odpadały pod razami metalowych drągówi służyły za amunicję.

W Grecji mówi się na nich „zakapturzeni”. Było ichw niedzielę około trzystu (czyli zaledwie garstka spośród wszystkich demonstrujących, których mogło być nawet sto tysięcy),a policja zatrzymała jedynie siedemdziesięciu dziewięciu. Sami faceci – bezrobotni, studenci, jeden prawnik. Niektórzy sąz lewicowych organizacji, ale większość to pospolici szabrownicy. Usłyszeli zarzuty usiłowania morderstwa, spowodowania obrażeń ciała lub kradzieży.

Zdewastowali ponad sto pięćdziesiąt budynków. Oprócz wymienionych – sklepyz zegarkami, kawiarnie, agencje ubezpieczeniowe, punkty skupu złota.

Sprzątają po nich imigranciz Bangladeszui Pakistanu. Ich wózkiz supermarketów, do których ładują zazwyczaj wygrzebane ze śmietników żelastwo lub makulaturę, idealnie nadają się do wywożenia szkła, kawałków drewna, papierówi folii. Szklarze uwijają się na drabinach,a sprzedawcyw sklepiez drogimi butami sportowymi kończą pakowanie pojedynczych ocalałych trampek do czarnych plastikowych worków.

Ale to dopiero nazajutrz.

*

Z recepcji małego, obskurnego hotelu wysyłam do radia rozmowyz ludźmi, skandowane okrzykii wolnościowe pieśni śpiewane przez tłum. Pół godziny później znów jestemw drodze. Skręcamw ulicę Ermou, która biegnie aż do samego placu Syntagma. Tow zasadzie deptak, zamknięty dla samochodów. Centrum handlu drogimi ciuchami.

Jest ciemnoi koszmarnie duszno pomimo chłodu. Tłok. Większość ludzi idzie spod parlamentu, widocznie skończyli już demonstrować. Ja przeciskam sięw drugą stronę. Wolno, bo ulica pękaw szwach. Pytamo głosowanie, ktoś odpowiada, że już po, że zatwierdzili. Kilkoma głosami.

Z bocznej uliczki wyłania się szpaler policjantów. Maszerują, nie zważając na zaczepkii wyzwiska, jeden za drugim, około dwudziestu. W kaskach,z tarczamii pałkami,w kuloodpornych kamizelkach. Ludzie gwiżdżąi skandują: Świ-nie! Mor-der-cy! (Gourunia! Dolofonoi!) Któryśz policjantów nie wytrzymujei rzucaw naszym kierunku granatz gazem, potem jeszcze jedeni jeszcze. Zanim eksplodują chmurą siwego dymu, wybucha panika. Chcemy uciekać, ale nie ma jak. Trudnow tym ścisku zrobić krok. Zaczynam kaszleći dławić się. Nie pomaga chusta przyciśnięta do ust ani kilka ostatnich łyków wody. Pusta butelka ląduje między szalejącymi stopami. Chce mi się rzygać, mam ochotę wypluć płuca. Czuję, jak rosną we mnie wkurwieniei strach…

W końcu udaje mi się skręcićw prawo,w wąską uliczkę. Łapczywie oddycham, nie przestając biec.

3

Mój dziadek Stanisław, który innymi razy, po całym dniu pracy, spokojnie siedział za stołemi siorbał herbatę albo zbożową kawę, teraz chodził wolno po źle oświetlonej, ciemnej kuchniw tęi z powrotem. W tęi nazad,w tęi nazad. Kopcił jednego skręta za drugim, odpalając je od rozgrzanej płyty pieca, na którymw wielkim garze dochodził bigos. Wodaw czajniku gotowała się już od kilku minut. Para osiadała na pomarańczowych kaflach, którymi wyłożono ściany wokół pieca. Nie powiedział ani słowa, nie wrzeszczał, nie przeklinał, nie odgrażał się, nie zaciskał pięści. Wpatrywał się tępow podłogę pokrytą jasnobrązowym linoleum. W tęi nazad. To była cała jego reakcja na list od mojej mamy, którego właśnie wysłuchał.

Choć włosów miał jeszcze całą burzę, dziadek posiwiał niedawno kompletnie. Jego plecy zaczynały się wyginać, usta zwężały sięi z braku kilku zębów podkowiały. Paznokcieu rąki nóg stężały do tego stopnia, że trzeba je było, wymoczonew gorącej wodziez mydłem, ciąć ostrym nożem. Starość dopadła go, co dało się słyszećw nieskoordynowanym, powolnym szuraniu jego kapcii co można było dostrzecw wysiłku, który towarzyszył zaciąganiu się kolejnymi papierosami bez filtra – każdy mach był wymęczony, brany na dwa długie, mało silne, syczące wdechy. Rąbanie drzewa, młócenie koniczyny dla królików, wyrzucanie gnoju ze stajni – wszystkie te prace zajmowały mu coraz więcej czasui pożerały coraz więcej jego wyraźnie kończącej się energii.

Stanisław Zieleń ze Starego Sącza. Rocznik 1910. Dwie wojny pamiętał. Krótko po tej ostatniej przeniósł sięz babciąi dwójką małych dzieci – ciocią Reniąi wujkiem Staszkiem – na Ziemie Odzyskane, bo tam łatwiej dało się znaleźć pracę. Rodzinę swą planował wielką.

Najpierw był Czarny Bór pod Wałbrzychem. Zamieszkaliw małym domu naprzeciwko Niemców – wojennej wdowyz czworgiem dzieci. Żyliz sąsiadami dobrze, dzieciaki się zaprzyjaźniły,a mała ciocia Reniaz Niemką Lucy to nawet później listy do siebie słały. W Czarnym Borze urodzili się wujek Tosieki wujek Janek,a także mały Tadzik, który wkrótce umarł na zapalenie płuc. W 1949 roku pojawiły się moja mamai ciocia Marysia, bliźniaczki,a później jeszcze trzech braci. Dziadek pracował jako leśniczy,a babcia – wiadomo. Niemcyw końcu wyjechali do Niemiec,a dziadek dowiedział się, że pod Chojnowem są na sprzedaż kawał polai stary młyn do zamieszkania – ze stajniami dla konii bydła,z kurnikiem,z szopami,z piwnicamii strychami, na których można suszyć zboże. Zwolnił sięz lasów, wziął kredyt na czterdzieści lati kupił wymarzoną gospodarkę. Ziemia żyzna, wokół łąki, blisko do rzekii zimnej,z gór płynącej młynówki.A za lasem autostrada, którąw sześćdziesiątym ósmym czołgi będą jechały na Czechosłowację – aż się wszyscyz łóżek pozrywają, taki będzie hałas, aż bracia mojej mamy nocą przez te lasy pobiegną zobaczyć. Alew Osetnicy najfajniejszy był sad. Wielki,z drewnianym ogrodzeniemi zarastającymi zielskiem fundamentami starego poniemieckiego domu,a może stajni. Wzdłuż jednej krawędzi sadu do dziś płynie strumyk, który wije się dalej między łąkamii polami innych gospodarzyi wpada, koniec końców, do niemrawej Skorej.

Babcia Zosia siedziała przy stole razemz ciotkami. W domowym fartuchuw ciemne kwiatki, na guziki, bez rękawów. Jedenaście lat młodsza od dziadka,a mimo to chuda, krucha, pomarszczona, siwiejąca, coraz wolniej chodząca. Starość wzięła się za nich oboje jednocześnie. Po jej policzkach ciekły pojedyncze łzy. Babcia także milczała. Żadne słowa nie przychodziły jej do głowy, żadne nie pasowały do sytuacji. Przebiegała spojrzeniem po akapitach listu, który trzymaław trzęsących się nieposłusznie dłoniach. Chciała się upewnić, że to, co przed chwilą usłyszała, odczytane na głos przez ciocię Renię, to naprawdę słowa jej córki, jej pismo, jej litery. Wpatrywała sięw poszczególne wyrazy, oceniała ich autentyczność, konstruowała historie, które mogły się kryć za koniecznością ich użycia. Niebieskim długopisem na papierzew szeroką linię: „pomóżcie, zabierzcie, nie wiem, jak długo, nie wytrzymam, nie zasłużyłam, bije, siniaki, sił, na rękach,z nożem,z moją własną koleżanką, maj 1985, Saloniki, Grecja, całujęi ściskam, proszę, błagam, Zosia. Pozdrawiam”.

Ciocia Marysia ze spuszczoną głową powtarzała pod nosem:

– Matko Boska, Matko Boska.

– Doszedł dzisiaj rano,a wysłany był ponad dwa tygodnie temu – ciocia Renia mówiła spokojnie, bo zdążyła przeczytać list wielokrotnie. Miała czas, by ochłonąć, choći dla niej stanowił olbrzymi szok. Czy taki znowu wielki? Przecież jej ten związek nigdy się nie podobał, była mu przeciwna,a o swoich wątpliwościach rozmawiałaz moją mamą nieraz. Ale co to za rozmowaz zaślepioną, zakochaną, głuchą na wszystkie argumenty? Zresztą argumentów nie miała wiele – raczej złe przeczucia, zła energia wokół niego. Takiego zgrywał Greka Zorbę, szalonego,z fantazją,z gębą pełną frazesówi historiio tym, jak cudownie żyje sięw Grecji.

„Sami zobaczycie, bo przecież przyjedziecie nas odwiedzić, prawda? Saloniki, wyspy, Ateny, Akropol – wszystko wam pokażę, wszędzie zabiorę”.

Gadać to on potrafił, bez przerwy. Czaruś. Modnie ubrany, uczesany, zawsze gładko ogolony, przystojny. Ale co myśmy tak naprawdęo nim wiedzieli? Że kiedyśw Dolzamecie pracował, że ponoć nie najgorszy byłz niego tokarz. Jego rodzina kilka lat wcześniej wyjechałaz Chojnowa, wrócili do Grecji, gdy upadł rząd czarnych pułkowników. Stara matka, siostryz mężamii dziećmii – no właśnie – jego pierwsza żonaz synem. Greczynkaz Legnicy,z którą się już ponoć od dawna nie kochali, razem nie żyli, której on nie chciał więcej widzieći znać za jej wszystkie oszustwa, kłamstwa, podłości, za to, że zniszczyła mu życie.

„Ona już dla mnie nie istnieje, Zosiu. Koniec! To był błąd, Zosiu. Ona zniszczyła mi życie, ona mnie prawie zabiła”.

– Trzeba nam byłoz nią porozmawiać, napisać do niej, zapytać. Dlaczego wtedy na to nie wpadłam? Że też rodzice się nie sprzeciwili! – Ciocia Renia cały dzień myślała tylkoo tym, co zrobići jak. Wstała od stołui zdjęła czajnikz pieca. Zalała cztery herbaty. – Powiedzcie coś. Co myślicie? Rozmawiałam jużz Edziemi wymyśliliśmy, że można by napisać list. Ot, że tęsknimy, żez ojcem nie najlepiej, że już dawnow domu nie byli, niech przyjadą, niech się dadzą sobą nacieszyć.A akurat jest okazja, bo Edek będzie blisko –w Bułgarii albo Jugosławii, że niby na handel jedzie – skóry, kryształy, owocew puszkach. Że to rzut beretem, może wpaść na kilka dni,a jak zechcą, mogą sięz nim zabrać na urlopw drodze powrotnej. Zapłacimy za ich powrót samolotem. Taki prezent. Niech to przemyśląi szybko odpiszą. W ten sposób on niczego się nie domyśli,a że sam urlopu nie dostanie, jak pisała Zosia, to nie będzie chciał przyjechaćz nimi.

– A jak ich nie puści? – Ciocia Marysia kręciła głową. –A nawet jeśli, to coz rzeczami, ubraniami, ze wszystkim? Przecież ona niczego tutaj nie ma, wszystko wywiozła do Grecji. Dwa wagonyw pociągu wynajęła, żeby to wszystko pomieścić. Ma to zostawić? Ubrania, garnki, książki, kryształyi co tam jeszcze?

Babcia milczała. Studiowała teraz uważnie brązową kopertęi znaczek, niezrozumiałe greckie litery na pocztowym stemplu.

– Trudno, będzie musiała zacząć życie od nowa – ciągnęła ciocia Renia. – Przecież jej pomożemy. Najważniejsze, żeby ją stamtąd zabrać. Jąi dzieci. Zamieszkają tutaj, miejsca jest dość, prawda, mamuś? Przedszkole niedaleko,a o pracę nietrudno. No, jakoś to będzie.

Dziadek odpalił kolejnego papierosai bez słowa opuścił kuchnię. Babciai ciotki patrzyły na niego przez uchylone okno, jak mija stajnię, wchodzi do kurnikai zamyka za sobą jego osrane drzwi.

4

– Herbaty nie pijemy. Tylko wodę.Z solą albo cukrem. Już trzydzieści cztery dni. – Ektif jestz Maroka. Ma czterdzieści pięć lati przyjemną, okrągłą twarzz kilkudniowym zarostem. Gruby wełniany sweterw kolorowe paskii turbanz czarnej chusty na głowie. Ciągle czuje się wzdęty, dlatego pije coraz mniej wody. Chodzi bardzo wolno. Schudł już dwanaście kilogramów. W Grecji jest od ośmiu lat. Nielegalnie. Mieszka na Kreciei pracuje jako ogrodnik.A może już nie pracuje – jego szefowi nie bardzo spodobał się pomysł strajku głodowego. Gdy Ektif wróci na Kretę – jeśli wróci – może się okazać, że jego miejsce zajął inny imigrant.

Przygotowania trwały cztery miesiące. Trzeba było zebrać pieniądze na promy, na wodę, papierosy, koce, śpiwory, namioty. Wiele razy się spotykalii dyskutowali, obmyślali, ustalali: dwustu pięćdziesięciuz nich pojedzie do Aten, pięćdziesięciu do Salonik. Postanowili, że greccy studenci, anarchiścii komuniści, członkowie związków zawodowychi partyjnych młodzieżówek, którzy zadeklarowali wsparcie, będą im jedynie pomagać logistyczniei w kontaktachz mediami. Nie będą wpływać na przebieg protestu. Reguły: żadnych afiliacji politycznych, nie staną się celem rozgrywek, sami decydująo strajku. Cel: legalizacja pobytu. Alternatywa: śmierć.

25 stycznia 2011 roku zainstalowali się na kampusie Uniwersytetu Ateńskiego. W remontowanym budynku, gdziei tak nie odbywałyby się żadne wykłady. Szybko ich stamtąd przegoniono – groźbami, że wykopie ich policja. Teraz są na terenie prywatnej posiadłości, Ypatii, przy jednejz głównych ulic. Ktoś zna właściciela, który wyjechał na stałe za granicęi zgodził się udostępnić część willi na strajk.

Budynek jest piękny, neoklasyczny, kremowy,z wielkimi, półokrągłymi oknami, drewnianymi okiennicami, zdobionymi balustradami. Za masywną bramą znajduje się ogródz rozłożystymi palmamii z latarniami, po których pnie się metalowa, zgrabnie rzeźbiona winorośl. Między nimi namioty – obciągnięte grubą folią, na wypadek gdyby padało. Na sznurkach schnie bielizna. Jakieś palety, brudne krzesła, rząd plastikowych toalet, przenośna umywalkaz pięcioma stanowiskami.

Część mężczyzn śpiw namiotach,a resztaw piwnicyi korytarzu, do którego prowadzą kręte marmurowe schody. Drzwi do wszystkich pokoi są zamknięte.

W sobotę późnym wieczorem nikt nie chce ze mną rozmawiać. Po ogrodzie kręci się mnóstwo ludzi. Siedząw niewielkich grupach. Panuje spokój, ale to cisza przed burzą. Może już wiedzą, co stanie się jutro… Jest ciemno, więc nie umiem rozróżnić, którzy to głodujący,a którzyz komitetu solidarności. Mrok rozświetlają dziesiątki palonych papierosów. Niektórzy mi się przypatrują, wypytują, skąd jestem. Jakie radio? Skąd? Nie przepadają za dziennikarzami. Mam przyjść rano.

Greckie marasmos oznacza więdnięcie. Czasownik marazono – usychać. W medycynie marazm to rodzaj niedożywieniai jednocześnie stan wyniszczenia organizmu na skutek powolnego, długotrwałego głodzenia. Marazm może trwać do siedemdziesięciu dni, później utrata masy ciałai ilości białka jest zbyt wielkai powoduje śmierć. Wcześniej kurczą się serce, płucai wątroba, stopniowo zanikają nerkii szpik kostny. Pojawia się niedokrwistość, rany nie chcą się goić.

W niedzielę rano ludzi jest jeszcze więcej. Brama do ogrodu stoi otwarta. Co chwilę zatrzymują się przed nią karetki. Jedna za drugą. Przyjeżdżają po tych skrajnie wyczerpanych, którzy tracą przytomność, którzy już sami nie chodzą, którzy od dwóch dni nie oddali ani kropli moczu. Ich stan drastycznie pogorszył sięw ostatnim czasie. Sąz grupy sześćdziesięciu głodujących, którzy zdecydowali się zaostrzyć protesti nie przyjmują już ani wody, ani soli, ani cukru.

– Stwierdziłemu nich ostrą niewydolność nerek. Trzeba ich natychmiast przewieźć do szpitala. Tam dożylnie podadzą im płyny, dzięki którym nerki znów powinny zacząć pracować. Oni wszyscy mogą za chwilę umrzeć, bo człowiek bez wody nie przeżyje więcej niż kilka dni. – Doktor Athanasios Karambelis jest jednymz trójki lekarzy, którzy opiekują się strajkującymi. Przychodzi ranoi zostaje do wieczora. Trzy razy dziennie urządza obchód. Wszystko zapisujew niewielkim notatniku. Chyba jako jedynyz obecnych nie pali papierosów. Ma pod sześćdziesiątkę. Nosi cienkie metalowe okulary. Kilka marnych, siwych kosmyków zaczesuje znad jednego uchaw okolice drugiego.

Sanitariusze kładą ich na noszachi zanoszą do karetek. Przy każdym mniej ostrożnym ruchu wychudzeni mężczyźni marszczą czołai krzywią ustaz bólu. Mają nogi jak patykii kości policzkowe obciągnięte cienką warstwą skóry.

Ulica jest zablokowana, tworzy się korek, ale nikt nie trąbi, nie przeklina. Przechodnie zatrzymują się, pytają, jak mogą pomóc. Może chociażw kiosku za rogiem kupią butelkę wody mineralnej?

W ciągu dwóch godzin karetki wywożą piętnastu mężczyzn. Wieczorem zabiorą jeszcze kilku.

Youseff, który jest członkiem Forum Imigrantów Kretyi który pomagałw przygotowaniu protestu, choć sam nie strajkuje, mówi, że wcześniej było spokojnie. Mężczyźni czuli osłabienie, ale stopniowo oswajali głód. Wieczorami siadaliw ogrodzie przy gazowych piecykach, rozmawiali, naradzali się, graliw szachy lub oglądali filmy wyświetlane na prowizorycznym ekranie. Co piątek mieli wideokonferencję ze strajkującymiz Salonik. Ktoś najwyżej zemdlał,u kogoś stwierdzono problemz sercem – jechali do szpitalai wracali. Pojedyncze przypadki.

– Teraz? Sam widzisz,w jakim są stanie. Oni od samego początku mówili, że będą walczyć do upadłego, że może chociaż ich śmierć coś zmieni, pomoże innym. Mieli już dość wysyłania listówi petycji do władz, urządzania demonstracji,z których nic nie wynikało. Ten strajk to wynik gniewu, który sięw nich zbierał przez lata, gniewui poczucia bezradności.A chodzio jeden znaczek, który wklejają do paszportu. Adia paramonis – prawo pobytu.

Gdy mówięo kryzysie ekonomicznymw Grecji, Youseff uśmiecha się – nie muszę nawet kończyć pytania.

– Ciągle to słyszymy. Że imigranci ponoszą odpowiedzialność za kryzys, że go pogarszają. Nie rozumiem, jak można coś takiego wymyślić. Odpowiedzialny jest rząd, bo nie umie sobiez kryzysem poradzić, nie imigranci, którzy od lat pracują, zarabiają pieniądze, wynajmują mieszkania, kupują żywność,a na dodatek nie mają żadnej opieki socjalnej. Nie mogą iść do lekarza, nie zapracują na emeryturę.

Mohamed ma na sobie grubą, pikowaną kurtkę zimową, czapkęi rękawiczki. Obserwuję go, gdy rozrywa małą saszetkęz cukremi wsypuje jej zawartość do butelkiz wodą. Przez chwilę mieszai wypija kilka łyków. To cały jego posiłek. Nie chce powiedzieć,z jakiego kraju pochodzi – ważniejsze jest to, że jest imigrantem, bo jego protest ma pomóc wszystkim nielegalnym, niezależnie od tego, skąd są. Nie przyszedł do nich jeszcze niktz rządu. Już tyle dni głodują,a nie pojawił się nawet jeden minister.

– Może wiedzą, że nie będziemy negocjować. Że nie ustąpimy.

Chodzą bardzo wolno, jakby bolesny był każdy krok. Niektórych trzeba eskortować do toalety, bo są zbyt słabi, by iść samodzielnie. Wszyscyw kapturach, szalikach,z nogawkami spodni wciśniętymiw grube skarpety, żeby nie tracić ciepła. Jest koniec zimy, kilka marnych stopni powyżej zera.

Jedenz mężczyzn staje przy plastikowej umywalcei wolno myje zęby,z widocznym trudem wypluwa mieszaninę pastyi śliny. Później człapiew kierunku schodów – marmurowych, krętych. Zanim wejdzie na samą górę, stanie na jednejz dwóch wag. Pięćdziesiąt jeden kilogramów –i tow grubej, zimowej kurtce,z butelką wodyw kieszeni.A przecież jest wysoki, mógłby ważyć dwa razy tyle.

Zanim poproszęo rozmowę Ahmeda, widzę, jak krzyczy na jakiegoś Grekaz komitetu solidarności, który wszedł do ogroduz kubkiem kawy. – Nawet kawy nie wolno? – dziwi się Grek. – Nawet kawy! Wypij ją na ulicyi dopiero wróć.

Ahmed jestw Grecji od prawie siedmiu lat. Mieszkałw różnych miejscach, najdłużej na Krecie. Jego ostatnie stanowisko to pomocnik stolarza. Ma na sobie gruby dres.Z czoła zwisają mu frędzle chusty owijającej głowę.

– Najbardziej chciałbym móc odwiedzić moją rodzinęw Maroku. Mam pięcioro rodzeństwai starych rodziców. W domu nikt nie pracuje. Wysyłam im pieniądze.

– Tylu twoich kolegów już wylądowałow szpitalu. Masz jeszcze siły?

– Jutro zabiorą kolejnych, to już pewne. My nie gramy, nie udajemy. Od początku zapowiadaliśmy, że albo dostaniemy to, po co tu przyjechaliśmy, albo nas stąd wywiozą na cmentarz. Tak czy siak to będzie nasze zwycięstwo.

*

Znajomy dziennikarzz Krety opowiada mio innym jeszcze strajku, niedaleko, po drodze do Ypatii. Afgańczycy, którzy domagają się azylu politycznego. Idę.

Na pięknym dziedzińcu przed budynkiem uniwersytetu protestujący rozbili kilka namiotówi koczują tak już ponad trzy miesiące. Może dwudziestu, może trzydziestu ludzi, choć były momenty – jak twierdzi Ezmeraja – że strajkowało dwieście osób. Także kobietyz dziećmi.

Ezmeraja jestw moim wieku, ma dwadzieścia siedem lat. W Afganistanie pracował jako nauczyciel angielskiegoi grałw lokalnej drużynie piłkarskiej. Ojcieci brat zginęli podczas wojny. Jego samego chcieli zatłuc talibowie. Bo niby molestował siostrę jednegoz nich, swoją uczennicę. On jej tylko pomagał. Dziewczyna nie miała głowy do języków, więc zostawała po lekcjach,a on jeszcze raz tłumaczył jej różnice między present simplea present continuous. Nawet jej nie dotknął. Naweto tym nie pomyślał. Ale ludzie zaczęli gadać, talibowie się dowiedzielii urządzili polowanie. Musiał uciekaći zostawić samotną matkę.

ONZi Unia Europejska już wiele razy upominały Grecję za nieskuteczną politykę azylowąi niewydolność instytucji, które ją realizują (w 2009 roku Grecja pozytywnie rozpatrzyła zaledwie jedenaście wnioskówo azyl polityczny.Z ponad trzydziestu tysięcy – 0,04 procent).

Afgańczycy rozwiesili między pomarańczowymi drzewkami transparentyi wielkie zdjęcia, na których widać ludziz zaszytymi ustami. Trzy kobietyi trzech mężczyzn. Ezmeraja prowadzi mnie do namiotu, gdzie przebywa jedenz nich. Jeszcze dzień wcześniej jego wargi były złączone dwoma pionowymi szwami – ale wdało się zakażeniei jeden szew został usunięty. Miejsca wkłuć znaczą cztery wielkie kropy.

*

Wracam do Ypatii. Sprzed budynku odjeżdżają karetki. W ogrodzie tłum. Za stołem siedzą cztery osobyz komitetu solidarności. Przed nimi mikrofony, kameryi kilkoro dziennikarzy.