Granica - Zofia Nałkowska - ebook + audiobook + książka

Granica ebook i audiobook

Zofia Nałkowska

3,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Wydana po raz pierwszy w 1935 roku powieść Zofii Nałkowskiej wpisała się do ścisłego kanonu literatury polskiej. Dzieło łączy w sobie cechy kilku gatunków literackich: powieści psychologicznej, kryminału i powieści realistycznej.

Akcja powieści skupiona jest wokół kariery politycznej i pełnych dramatów perypetii miłosnych Zenona Ziembiewicza. Losy głównego bohatera stają się dla Nałkowskiej pretekstem do postawienia pytania o odpowiedzialność człowieka za swoje czyny. Równocześnie pozwalają autorce podjąć literacką analizę problemów społecznych Polski okresu międzywojennego, niejednokrotnie aktualnych i dzisiaj. Granica doczekała się dwóch wybitnych inscenizacji filmowych.

Lektura dla szkół średnich

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 404

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 31 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
3,8 (23 oceny)
9
5
6
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Barbara1953

Nie oderwiesz się od lektury

warto przypomnieć lekturę polecam
00
pendoleeknow

Nie polecam

Lektura szkolna
00
sussybaka

Całkiem niezła

całkiem fajna
00
thalinka

Całkiem niezła

Pamietam, ze nie zrobila na mnie wrazenia, gdy czytalam ja w liceum. Ale teraz mam ochote, aby dac jej jeszcze jedna szanse.
00
Aneta_Zieba

Całkiem niezła

Nie da się zbudować szczęścia na czyjejś krzywdzie. Powieść klasyczna warta poznania. Dobry lektor.
00

Popularność




Pro­jekt okładki: An­toni Mi­cha­łow­ski
Skład: Bar­bara Wie­czo­rek
Opra­co­wa­nie re­dak­cyjne i ko­rekta: Agnieszka Bel­lon
© Co­py­ri­ght by Sied­mio­róg
Ża­den frag­ment książki nie może być po­wie­lany ani re­pro­du­ko­wany w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
ISBN 978-83-8279-486-1
Wro­cław 2025
Księ­gar­nia wy­sył­kowa Wy­daw­nic­twa Sied­mio­rógwww.sied­mio­rog.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

1

Krótka i piękna ka­riera Ze­nona Ziem­bie­wi­cza, za­koń­czona tak gro­te­skowo i tra­gicz­nie, dała się te­raz od strony tego nie­do­rzecz­nego fi­nału roz­wa­żać cał­kiem na nowo. Jego po­wszech­nie znana syl­wetka, tro­chę po­chy­lona, prze­my­ka­jąca pra­wie co dnia dłu­gim, od­kry­tym au­tem przez ulice mia­sta, jego twarz o gar­ba­tym pro­filu i asce­tycz­nie wy­dłu­żo­nej dol­nej szczęce, dla jed­nych przy­jemna i na­wet ra­sowa, dla in­nych je­zu­icka i nie­na­wistna, jego za­cho­wa­nie się w róż­nych po­szcze­gól­nych sy­tu­acjach, jego nie­które za­pa­mię­tane słowa – to wszystko otrzy­mało te­raz zu­peł­nie inne kwa­li­fi­ka­cje.

Ka­ta­strofa, która zwa­liła się na dom Ziem­bie­wi­czów, wy­da­wała się ni­czym nie­przy­go­to­wana, jak spa­da­jąca na głowę z otwar­tego okna do­niczka z pe­lar­go­nią. Nie wy­ja­śniała sy­tu­acji, ra­czej za­ciem­niała ją do reszty. Istotne przy­czyny wy­padku nie dały się ła­two wy­ro­zu­mieć – zwłasz­cza je­żeli wziąć pod uwagę, że Ziem­bie­wicz pro­wa­dził ży­cie spo­kojne i do­brze zor­ga­ni­zo­wane, nie zda­wał się po­szu­ki­wać żad­nych przy­gód, a w lep­szych ko­łach to­wa­rzy­skich ucho­dził na­wet za czło­wieka bar­dzo pod każ­dym wzglę­dem przy­zwo­itego – mimo po­glą­dów no­wo­cze­snych i przy­na­leż­no­ści po­li­tycz­nej ra­czej nie­przy­jem­nej.

Umiera się w byle ja­kim miej­scu ży­cia. I dzieje czło­wieka za­warte mię­dzy uro­dze­niem jego a śmier­cią wy­glą­dają nie­kiedy jak non­sens. Któż bo­wiem jest w moż­no­ści o każ­dej chwili prze­mi­ja­ją­cej pa­mię­tać, by mo­gła ona być na wszelki wy­pa­dek jego ge­stem ostat­nim? Śmierć nie­raz chwyta czło­wieka in fla­granti[1], za­nim zdą­żył przed­się­wziąć ja­kie­kol­wiek środki ostroż­no­ści. Naj­bar­dziej lo­giczny plan ży­cia, naj­ści­ślej wy­pro­wa­dzona for­muła jego war­to­ści roz­pada się na­gle, gdy ujaw­niona zo­sta­nie ostat­nia nie­wia­doma.

W wy­padku Ze­nona Ziem­bie­wi­cza było to może tylko zo­biek­ty­wi­zo­wa­nie. Bo póki żył – od strony sie­bie, umiesz­czony po­środku swego ży­cia, za­bez­pie­czony swą świa­do­mo­ścią i nią ja­koś uspra­wie­dli­wiony – wy­glą­dał na pewno ina­czej. Miał swoje za­sady, ra­cje i mo­tywy po­stę­po­wa­nia w taki wła­śnie spo­sób, nie inny. Na­wet sto­su­nek do może przy­stoj­nej, ale osta­tecz­nie cał­kiem po­spo­li­tej dziew­czyny mu­siał mieć ja­kiś sens w jego ro­zu­mie­niu.

Te­raz wszel­kie prze­słanki su­biek­tywne, mo­tywy, ko­niecz­no­ści, wszel­kie im­pon­de­ra­bi­lia[2] za­pa­dły się wraz z nim. Był wi­dziany już tylko od ze­wnątrz, od strony tej ulicy, która go są­dziła z jego czy­nów, z jego pu­blicz­nych słów, która znała tylko fakty. Nie było już czego temu prze­ciw­sta­wić. Sprawa była taka, jak wy­glą­dała: po­spo­lity skan­dal, ujaw­nie­nie się ro­mansu z wy­cho­wanką czy pro­te­go­waną wła­snej żony, rzecz nie­smaczna, któ­rej nie umiał przy­zwo­icie ani do­rzecz­nie, po mę­sku, za­ła­twić.

O prze­by­wa­ją­cej te­raz w wię­zie­niu owej dziew­czy­nie, nie­ja­kiej Ju­sty­nie Bo­gu­tów­nie, mó­wiono, że pod­czas swej ostat­niej byt­no­ści u Ziem­bie­wi­cza, w jego biu­rze, za­cho­wy­wała się jak hi­ste­ryczka, że jej krzyk sły­chać było w ca­łym gma­chu. Po aresz­to­wa­niu uspo­ko­iła się na­tych­miast i przy­znała do winy, nie chciała jed­nak wy­ja­wić jej mo­ty­wów. Mó­wiła tylko, jesz­cze wi­docz­nie pod dzia­ła­niem wstrząsu, że jest „przy­słana od umar­łych”, i bez żad­nych oznak pro­te­stu dała się od­wieźć do wię­zie­nia.

Z pism miej­sco­wych nie można się było wiele do­wie­dzieć, praw­do­po­dob­nie były in­spi­ro­wane. W „Ni­wie” przed­sta­wiono czyn Bo­gu­tówny jako nie­po­czy­talny. Jed­no­cze­śnie gdzie in­dziej była wia­do­mość, że Bo­gu­tówna obłęd sy­mu­luje i ma być prze­wie­ziona do szpi­tala na ob­ser­wa­cję. Były na­wet próby wy­ko­rzy­sta­nia nie­szczę­ścia dla ce­lów par­tyj­nych. Jedno bru­kowe pi­semko na­zy­wało Bo­gu­tównę, nie wia­domo dla­czego, Char­lottą Cor­day d’Ar­mont[3].

Bo­gu­tówna była dziec­kiem na­tu­ral­nym pew­nej wdowy, która słu­żyła po oko­licz­nych dwo­rach jako ku­charka i ni­kogo z ro­dziny w tych stro­nach, jak się zdaje, nie miała. Po śmierci tej ko­biety dziew­czyna zna­la­zła się w mie­ście na służ­bie u pew­nej bar­dzo ciężko cho­rej osoby. W owym cza­sie za­in­te­re­so­wała się nią pani Ziem­bie­wi­czowa. Dzięki jej pro­tek­cji Bo­gu­tówna do­stała miej­sce na­przód eks­pe­dientki, a póź­niej ka­sjerki w skle­pie bła­wat­nym To­ru­ciń­skiego przy ulicy Świę­to­jań­skiej, gdzie po­dobno byli z niej zu­peł­nie za­do­wo­leni. Po upły­wie paru mie­sięcy ode­szła stam­tąd na wła­sne żą­da­nie i przy­jęła inne miej­sce, w cu­kierni Chą­zo­wi­cza na rogu placu Na­ro­do­wego i ulicy Eme­ry­tal­nej. Ale tu nie po­do­bało jej się od po­czątku i po­sadę też wkrótce rzu­ciła.

Pani Taw­nicka, dłu­go­let­nia i si­wo­włosa ka­sjerka tej in­sty­tu­cji, pa­mię­tała Bo­gu­tównę. Była to we­dług niej dziew­czyna in­te­li­gentna, grzeczna dla go­ści, nie ko­kietka, ale do­syć le­niwa. U To­ru­ciń­skich na­to­miast zo­sta­wiła po so­bie opi­nię pra­co­wi­tej.

Wra­ca­jąc do Ziem­bie­wi­cza, to wbrew ten­den­cyj­nym za­pew­nie­niom Bo­gu­tówny w cza­sie jej tyle pa­mięt­nej roz­mowy z ów­cze­sną panną Biecką, nie był on wcale sy­nem kar­bo­wego z Bo­le­bo­rzy, a tym mniej z po­cho­dze­nia pro­stym chło­pem. Można po­wie­dzieć, że wręcz prze­ciw­nie. Oj­ciec jego bo­wiem, Wa­le­rian Ziem­bie­wicz, chlu­bił się do końca ży­cia swoim klej­no­tem szla­chec­kim, któ­rego ma­lo­wany wi­ze­ru­nek – łącz­nie z wi­ze­run­kiem herbu żony, Jo­anny z Nie­mie­rów – stał dziw­nie opra­wiony na oszklo­nej szafce w rogu bo­le­bo­rzań­skiego sa­lonu. Pan Wa­le­rian umiał do­kład­nie wy­tłu­ma­czyć za­równo pro­klamy[4] obu her­bów, jak zna­cze­nie gwiaz­dek, krzy­ży­ków, rąk ucię­tych, heł­mów i pół­księ­ży­ców, które skła­dały się na te go­dła. Mi­styka rodu za­warta w tych sym­bo­lach była jed­nym z pierw­szych do­znań me­ta­fi­zycz­nych ma­łego Ze­nona.

Bo­le­bo­rza na­le­żała do kom­pleksu ma­jąt­ków tu­tej­szej ro­dziny ob­szar­ni­czej, Tczew­skich. Był to nie­wielki, za­pusz­czony fol­wark, le­żący na pe­ry­fe­riach tych wło­ści, o zie­miach lek­kich na prze­mian i ba­gni­stych. Po stra­cie dwóch z ko­lei ma­jąt­ków, wła­snego i żony, Wa­le­rian Ziem­bie­wicz do­stał w Bo­le­bo­rzy miej­sce rządcy na kilka lat przed wojną. Go­spo­da­ro­wał tu uczci­wie, ale rów­nie nie­umie­jęt­nie i źle jak na ziemi wła­snej. Go­spo­darki nie lu­bił. Ca­łymi go­dzi­nami, za­mknięty w swym ga­bi­ne­cie, który na­zy­wano kan­ce­la­rią, ro­bił sam na­boje do du­bel­tówki albo na ma­łym warsz­ta­cie na­pra­wiał roz­ma­ite przed­mioty do­mowe, skle­jał, przy­krę­cał, ze­śru­bo­wy­wał, na­wet he­blo­wał. Był dumny, że nie ma rze­czy, któ­rej by nie umiał zre­pe­ro­wać – po­cząw­szy od żół­tego, dłu­giego for­te­pianu w sa­lo­nie, w któ­rym raz po raz mil­kły ja­kieś kla­wi­sze, skoń­czyw­szy na żo­ni­nym ze­garku. Po­nadto miał bar­dzo wraż­liwe su­mie­nie i z czę­stych grze­chów lu­bież­no­ści spo­wia­dał się nie tylko zna­jo­memu pro­bosz­czowi z Chą­zeb­nej, ale wła­snej wy­so­kiej i chu­dej żo­nie, przed którą klę­kał, bła­ga­jąc ją we łzach o da­ro­wa­nie winy. Jako do­wód prze­ba­cze­nia otrzy­my­wał do na­prawy za­ci­na­jący się za­mek przy szu­fla­dzie kre­densu albo łań­cu­szek od face-à-main[5]. Tak po­krze­piony, po­sy­łał za­raz po bu­telkę starki do piw­nicy. Nie­stety, na­wet nie­wielka ilość al­ko­holu wpra­wiała go w stan za­ostrzo­nego ero­ty­zmu – i wszystko za­le­żało od tego, jaki kie­ru­nek dana chwila i ko­niunk­tura wy­zna­czyły tej sile ele­men­tar­nej i ży­cio­daj­nej. Były to czę­ściowo znowu ma­nowce cu­dzo­łó­stwa, któ­rego dal­sze efekty spro­wa­dzały nowe krót­kie spię­cia i sceny li­ryczne, oży­wia­jące nie­zmier­nie mo­no­tonną, za­tę­chłą, jak tam­tej­szy staw z kar­piami, at­mos­ferę Bo­le­bo­rzy.

Tak źle zresztą rze­czy wy­glą­dały tylko z ze­wnątrz oczy­wi­ście. Od we­wnątrz, su­biek­tyw­nie, znaj­do­wały zu­peł­nie inną ocenę. We wła­snym mnie­ma­niu Wa­le­rian Ziem­bie­wicz był czło­wie­kiem przy­wią­za­nym do ziemi i na tej ziemi – na swoim czy na cu­dzym – pra­co­wać chciał do ostat­niego tchnie­nia. To­wa­rzyszkę tego swego losu praw­dzi­wie ko­chał i głę­boko sza­no­wał, dla swego je­dy­nego dziecka zaś nie po­ską­piłby wła­snej krwi. Póki mieli, było do­brze, dziś nie mają – dru­gie do­brze. Umieją po­prze­stać na ma­łym i swoje po ci­chu ro­bić.

Ziem­bie­wicz nie był do zbi­ja­nia pie­nię­dzy, to trudno, nie umiał jak inni krę­cić się koło swo­ich in­te­re­sów. Wspo­mi­nał też już te­raz, w Bo­le­bo­rzy, o „pań­skiej klamce”, któ­rej nie my­ślał się trzy­mać, o „pro­gach”, któ­rych nie my­ślał wy­cie­rać. Pani Żan­cia ce­niła wy­soko tę męża nie­za­leż­ność cha­rak­teru i znaj­do­wała w niej nie­wąt­pliwe opar­cie wo­bec swo­ich za­wo­dów ży­cio­wych. Pustka owych sym­bo­lów nie ra­ziła jej wcale – cho­ciaż te klamki i progi w pro­mie­niu Bo­le­bo­rzy w ogóle nie ist­niały, tak były nie­do­stępne. A je­dyną osobą, z którą na­le­żało się li­czyć, był pan ple­ni­po­tent Cze­chliń­ski, czło­wiek, któ­rego nic tu nie ob­cho­dziło, ob­ra­biał bo­wiem przy woj­nie i po­li­tyce wła­sne sprawy, da­le­kie nie tylko od lo­sów Bo­le­bo­rzy, ale i ca­łego klu­cza. Z dru­giej zaś strony zo­ba­cze­nie ko­goś z ro­dziny Tczew­skich w ko­ściele w Chą­zeb­nej albo rzadki udział w hra­biow­skim po­lo­wa­niu, gdy od­by­wało się przy­pad­kiem na ba­gnach bo­le­bo­rzań­skich, były dla Ziem­bie­wi­cza te­ma­tem opo­wia­dań i roz­wa­żań na całe ty­go­dnie.

Po­wolne ko­leje wojny okrę­ciły się wo­kół dworu w Bo­le­bo­rzy spo­so­bem de­ko­ra­cyj­nym, za­le­d­wie łu­dząco po­dob­nym do rze­czy­wi­sto­ści – jak okropna Ra­cła­wicka Pa­no­rama. Re­kwi­ro­wane ko­nie i krowy to nie był kło­pot Ziem­bie­wi­cza, wzięta do woj­ska część służby fol­warcz­nej dała się jesz­cze ła­twiej za­stą­pić, cho­ru­jący we wsi na czer­wonkę chłopi wy­mie­rali nie­szko­dli­wie, skoro za­raza nie do­tarła do dworu. Pa­ro­krotny prze­marsz nie­wiel­kich woj­sko­wych od­dzia­łów boczną drogą za ogro­dem, od­głosy strza­łów spoza ho­ry­zontu, parę gro­bów w polu, które po­je­chało się oglą­dać do Gwa­rec­kiego Fol­warku – to było wszystko. Pod wi­szącą naf­tową lampą, w któ­rej re­zer­wuar Ziem­bie­wicz na czas pe­wien wmon­to­wał pal­nik kar­bi­dowy, roz­sie­wa­jący wy­sub­tel­nioną woń czosnku i gro­żący ma­łymi eks­plo­zjami, za­sia­dali na­około bia­łego ob­rusa na­przód ofi­ce­ro­wie ro­syj­scy, póź­niej nie­mieccy, na końcu pol­scy. Ale sce­ne­ria tych uczt nie­wiele się zmie­niała, na­wet mun­dury były po­dobne. Szło za­wsze o to, by ująć so­bie go­ści ser­cem szcze­rym i nie­wy­mu­szoną pro­stotą. Więc za­rzy­nało się in­dyka, a z piw­nicy „wy­ta­czało” za­cne trunki. Przy go­ręt­szych oka­zjach, gdy roz­wią­zały się ję­zyki, Ziem­bie­wicz mó­wił z za­chwy­tem i za­ra­zem ze skrom­no­ścią:

– A znów ja, o mój miły Boże, na przy­kład, jako tyli chłop­czyna wy­rzy­na­łem so­bie scy­zo­ry­kiem w drze­wie ta­kie rze­czy prze­różne. Na przy­kład ta­kie tam ramki do fo­to­gra­fii, do ob­raz­ków. Albo na przy­kład ta­kie ro­bi­łem serce, a w tym sercu ro­bi­łem ta­kiego orła. Albo znów fi­gurkę ty­ciu­nią Ko­ściuszki na ko­niu. Nic tam te­raz pra­wie z tego nie zo­stało, temu się dało na pa­miątkę, tam­temu przy prze­no­si­nach z ma­jąt­ków też nie­jedna rzecz zgi­nęła. Ale się prze­cież o tej Pol­sce tak czy ina­czej my­ślało, coś się tam ma­rzyło, cze­goś się pra­gnęło – po ci­chu, skry­cie...

Jed­nakże urze­czy­wist­nie­nie tych ci­chych ma­rzeń nie dało Wa­le­ria­nowi Ziem­bie­wi­czowi ocze­ki­wa­nego za­do­wo­le­nia. Prze­ciw­nie. Pewne rze­czy bu­dziły w nim znie­chę­ce­nie wy­raźne.

– Jak so­bie te­raz pa­trzę na to wszystko, wi­dzę to i tamto – to mię to boli. Że so­bie czło­wiek od ty­lego chło­paka wy­obra­żał, jak toto bę­dzie – a te­raz jedne Żydy coś z tego na­prawdę mają. Chcia­łoby się tak tych lu­dzi za­trzy­mać, chcia­łoby się za­wo­łać: Na Boga, opa­mię­taj­cie się, stój­cie, co ro­bi­cie! Ale cóż... Ci, co mogą, to nie chcą albo i nie umieją. A ten, co by umiał... I co tu mó­wić...

Cały ten fe­no­men Bo­le­bo­rzy dał się oglą­dać jesz­cze od in­nej strony, mia­no­wi­cie oczami Ze­nona – jako przed­miot pierw­szej po­waż­nej dzie­cin­nej tra­ge­dii.

Ze­non wra­cał z mia­sta do domu na święta, na wa­ka­cje; uczeń pilny i wzo­rowy, wio­zący do­sko­nałe stop­nie i świa­dec­twa. Wra­cał za każ­dym ra­zem inny – co­raz bar­dziej obcy, od­jęty tu­tej­szemu ży­ciu, na­peł­niony wagą rze­czy wie­dzia­nych już i do­zna­nych, wstrzą­śnięty do głębi swym mło­dym uj­rze­niem świata. Być mło­dym – och, to nie jest rzecz za­bawna. Mło­dość Ze­nona jest ciężka i gorzka, jest nie­zgodą na świat i nie­zgodą na sie­bie, jest od po­czątku zma­ga­niem się z czu­ło­ścią i cier­pie­niem. Ze­non wra­cał i oczami co­raz bar­dziej do­ro­słymi pa­trzył na ro­dzi­ców. Od tego wi­dze­nia sty­gło mu serce i gorzki wstyd ści­skał gar­dło, jak łzy. Każdy na­uczy­ciel, o któ­rym mó­wiono tu z lek­ce­wa­że­niem jako o bel­frze („jak to też te­raz uczą!”) – był mę­dr­cem wo­bec tych lu­dzi naj­bliż­szych, któ­rzy mu kie­dyś im­po­no­wali i któ­rych prze­cież ja­koś ko­chał. Fran­cu­skie zda­nia matki, po­wta­rzane od dzie­ciń­stwa przed służbą, za­słu­gi­wały na dwójkę w trze­ciej kla­sie – a jej mu­zyka! Jej walce w ciem­nym sa­lo­nie, któ­rym przy­słu­chi­wał się daw­niej z ta­kim wzru­sze­niem, nie­pewne dźwięki ni­gdy nie­stro­jo­nego, dłu­giego, żół­tego for­te­pianu ze złotą firmą „Za­krzew­ski” – Do­lo­res, We­ne­cja – jej śpiew: Lor­sque tout est fini, qu­and se meurt vo-o-otre beau rêve... A to, co oj­ciec pa­mię­tał z hi­sto­rii, co opo­wia­dał o swoim her­bie z XI wieku! Jego je­dyna cy­tata ła­ciń­ska, o któ­rej nie miał po­ję­cia, że jest z Te­ren­cju­sza: Homo sum... – za­wsze za­koń­czona błę­dem! Jego sto­su­nek do chło­pów! Wie­dział o nich tylko to, że kradną, to było je­dyne, co mógł o nich po­wie­dzieć. Nie było mu wia­domo nic o hi­sto­rycz­nych i so­cjal­nych przy­czy­nach chłop­skiej ciem­noty. Ale wy­śmie­wał, że dają im te­raz bez­płatne szkoły – bo „jak za­czną się uczyć, to cie­kawe, kto wtedy bę­dzie pra­co­wał”.

Ostat­nich wa­ka­cji do­piero Ze­non zro­bił to nie­sły­chane od­kry­cie – oj­ciec prze­cież nic nie robi! Wstaje o świ­ta­niu, cho­dzi od rana po łą­kach, po polu, pil­nuje ro­bót – za­wsze z du­bel­tówką, o każ­dej po­rze roku strzela, co się zda­rzy – choćby wrony, choćby cu­dze koty i psy. Ko­pie wy­żła, gdy jest zły, krzy­czy dzi­kim, hi­ste­rycz­nym gło­sem na lu­dzi. Na­rzeka na nowe czasy i krę­puje się już co­raz bar­dziej – ale młode dzie­wu­chy, ale ma­łych chło­pa­ków jed­nak bije. Gdy trzeba ro­bić ra­chunki, woła do kan­ce­la­rii matkę. Sam czy­ści strzelbę i pa­trzy pod świa­tło świecy, jak we­wnątrz luf prze­lewa się i wi­ruje blask, a ona wpi­suje do ksią­żek po­zy­cje i li­czy. On jest tylko do pil­no­wa­nia lu­dzi, żeby nie kra­dli pań­skiego, jest tylko do pil­no­wa­nia ma­jątku tych nie­zna­nych, ta­jem­ni­czych, da­le­kich Tczew­skich.

Ze­non po­znał już wtedy w mie­ście dom pani Ko­li­chow­skiej, ciężką, brzydką, trzy­pię­trową ka­mie­nicę z że­la­znymi bal­ko­nami, przy ulicy Sta­szica (która daw­niej na­zy­wała się Zie­lona), i ogród za do­mem, miej­sce wio­sen­nej udręki. Drzewa owo­cowe były tam po­mie­szane z ra­ba­tami iry­sów, z bzami i ja­śmi­nami – nie jak w Bo­le­bo­rzy, gdzie sad był osobno. Kwit­nące ja­bło­nie roz­ga­łę­ziały się tak ni­sko nad ja­sną, zę­batą zie­le­nią agre­stów, że idąc błot­ni­stą uliczką, z biało ma­lo­waną ławką na końcu, trzeba było uwa­żać i raz po raz schy­lać głowę, a jesz­cze z po­trą­co­nych ga­łęzi sy­pały się na włosy i na ubra­nie białe, tro­chę ró­żo­wawe płatki. Obok szła mała, nie­chętna i zła miesz­kanka tego domu i tego ogrodu, Elż­bieta Biecka, na­zy­wana przez uczniów szkoły panną Elż­biecką. Nie umiała sama zro­bić naj­głup­szego za­da­nia, a za­cho­wy­wała się tak, jakby była mą­drzej­sza od niego. Była zło­śliwa i nie­grzeczna. Ale kiedy chciał odejść, mó­wiła, żeby jesz­cze zo­stał. A gdy od­cho­dził na­prawdę, mó­wiła, żeby przy­szedł ju­tro. Elż­bieta, El­żu­nia, Ela... Ze­non po­znał ku­szące, nie­do­bre szczę­ście, które jest w cier­pie­niu.

PRZY­PISY

[1]in fla­granti – na go­rą­cym uczynku.
[2] im­pon­de­ra­bi­lia – rze­czy nie­ma­te­rialne, nie­uchwytne.
[3] Char­lotte de Cor­day d’Ar­mont (1768-1793) – mor­der­czyni Jean-Paula Ma­rata, li­dera ja­ko­bi­nów.
[4] pro­klama – za­wo­ła­nie ry­cer­skie.
[5]face-à-main (franc.) – bi­no­kle z rączką.