Gorąca kampania - Catherine Mann - ebook
Opis

Podczas kampanii wyborczej Matthew spędza noc z dziewczyną, której prawie nie zna. Następnego dnia w lokalnej prasie ukazują się pikantne zdjęcia. Matthew nie chce stracić szansy na miejsce w senacie. By uciąć spekulacje, proponuje Ashley fikcyjne narzeczeństwo. Kilka wspólnych wystąpień, zero seksu, szybkie zerwanie. Niezły plan, ale wyszło inaczej…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Catherine Mann

Gorąca kampania

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jedyną rzeczą gorszą od nudnej bawełnianej bielizny, którą miała na sobie, kiedy wreszcie wylądowała w łóżku z facetem swoich marzeń, było to, że kochanek próbował się wymknąć przed nastaniem świtu.

Ashley Carson zastygła na moment pod puchową kołdrą, obserwując spod przymkniętych powiek, jak Matthew Landis po cichu wkłada szyte na miarę spodnie. Niesamowite, ale zeszłej nocy poszła z nim do łóżka. Zaspokojone i wciąż rozpalone ciało zdawało się pochwalać ryzyko, które podjęła, lecz rozum podpowiadał, że popełniła ogromny błąd. Spędziła noc z kandydatem na senatora Karoliny Południowej.

Krótko przystrzyżone, a mimo to wciąż rozwichrzone po nocy włosy Matthew lśniły w blasku księżyca. Biała koszula opinająca jego szerokie ramiona wyglądała nienagannie, choć Ashley prawie zerwała ją z niego kilka godzin wcześniej. Cóż, spotkanie organizacyjne w sprawie przyjęcia charytatywnego, które Matthew chciał wydać w jej restauracji, niespodziewanie skończyło się w sypialni.

Snuła co prawda fantazje na jego temat, ale traktowała je jak mrzonki. Lubiła swoje spokojne życie. Prowadziła firmę i cieszyła się drobiazgami, co nie było trudne po latach spędzonych w rodzinie zastępczej. Natomiast Matthew był osobą na świeczniku. Wpływowy członek Izby Reprezentantów, równie skuteczny na polu legislacyjnym, jak też dobroczynnym. To on był inicjatorem akcji budowy domów dla najuboższych.

Jego charyzma i determinacja zjednywały mu rzesze zwolenników.

Matthew sięgnął po marynarkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Pożegna się czy wyjdzie bez słowa? Ashley wolałaby, żeby z nią porozmawiał przed wyjściem, dlatego usiadła na łóżku, przyciskając prześcieradło do piersi.

– Deska w podłodze przy drzwiach strasznie skrzypi. Będziesz ją musiał ominąć, bo inaczej usłyszę, jak się wymykasz.

Matthew zastygł na chwilę. Wyraźnie widziała, jak napina mięśnie ramion, po czym odwrócił się powoli. Nie ogolił się, lekki zarost z poprzedniego dnia stał się bardziej gęsty i ciemniejszy. Jego błyszczące zielone oczy, które podobały się kobietom, przesłoniło poczucie winy. Za pięć miesięcy, w listopadzie, jeśli wygra walkę o miejsce w senacie, które zwolni jego matka, być może zostanie jednym z najprzystojniejszych senatorów.

Matthew zamrugał, ale zachował kamienną twarz.

– Słucham? Ostatni raz próbowałem się wymknąć, kiedy miałem dwanaście lat i ukradłem kuzynowi gazetki spod materaca. – Wetknął krawat do kieszeni. – Po prostu się ubieram.

– W takim razie przepraszam. – Wstała z łóżka, okrywając się prześcieradłem. W sypialni unosił się zapach piżma. – Mam wrażenie, że od wczoraj twoje kroki stały się niemal bezszelestne. Nie wiedziałam też, że lubisz chodzić boso. – Ashley wskazała głową mokasyny od Gucciego, które trzymał w ręce.

– Bardzo mocno spałaś – odparł.

Dobry seks potrafi być wyczerpujący. Najwyraźniej Matthew miał jeszcze sporo energii, ale nie zamierzała dzielić się z nim tą obserwacją.

– To miło z twojej strony, że nie chciałeś mnie obudzić.

Rzucił mokasyny na podłogę i wsunął na nogi. Widząc jego drogie buty na podniszczonych deskach i wytartym dywaniku, pomyślała, że przyszły senator musi się czuć nieswojo w jej zwykłym świecie. Mimo to miała wielką ochotę zaciągnąć go z powrotem do łóżka.

– Ashley, wczoraj było mi cudownie…

– Darujmy sobie te frazesy. Nie potrzebuję żadnych wyjaśnień. Oboje jesteśmy dorośli, nie spotykamy się i żadne z nas nie jest w stałym związku. – Zdjęła miękki szlafrok z mosiężnego wieszaka i zniknęła na chwilę w łazience, żeby się ubrać. – Nawet się nie przyjaźnimy. Właściwie to jesteśmy współpracownikami, którzy nagle ulegli chwilowej pokusie. – Choć w jej przypadku wcale nie stało się to tak nagle. Za każdym razem, kiedy Matthew zjawiał się w barze i restauracji Beachcombers, by zaplanować kolejne przyjęcie, nie mogła oderwać od niego oczu.

Ashley wyszła z łazienki, przewiązując szlafrok paskiem.

– Jasne, zatem myślimy podobnie. – Oparł się o framugę, w jego mankietach zamigotały złote spinki.

– Powinieneś już iść, jeśli chcesz się jeszcze przebrać.

Zawahał się na moment, po czym zakręcił się na pięcie i wyszedł. Ashley ruszyła za nim korytarzem neoklasycystycznego domu, który ona i jej przybrane siostry przekształciły w restaurację. Niedawno zamieszkała w pokoju na tyłach domu tuż obok biura, gdzie sprawowała pieczę nad księgowością i budynkiem. Od kiedy siostry wyszły za mąż i wyprowadziły się, stał pusty.

Jak się spodziewała, drewniane deski skrzypiały pod stopami Matthew, kiedy kroczył pewnie przed siebie, mijając sklep z pamiątkami. Gdy weszli do lobby, Ashley otworzyła ciężkie drzwi, unikając spojrzenia Matthew.

– Jutro prześlę kierownikowi twojej kampanii wyborczej podpisaną kopię umowy na organizację przyjęcia.

Poprzedniego wieczoru Matthew zatrzymał się na dłużej po biznesowej kolacji, żeby przekazać jej pozostałe dokumenty. Nie miała pojęcia, że przypadkowe muśnięcie, kiedy niespodziewanie otarli się o siebie, zaprowadzi ich do sypialni. W jej fantazjach Matthew występował w o wiele ciekawszych miejscach i okolicznościach.

Cóż, to były tylko marzenia. Choć starał się tego nie okazywać, widziała, jak mu się spieszyło do wyjścia. Wielokrotnie przeżywała odrzucenie – ze strony rodziców, a nawet szkolnych przyjaciół. Teraz duma trzymała ją w pionie lepiej niż ortopedyczny gorset, który w dzieciństwie nosiła ze względu na skoliozę.

Matthew dotknął ręką drzwi.

– Zadzwonię później.

Uhm. Jasne.

– Nie, nie dzwoń. – Nie chciała się narażać na czekanie ze słuchawką w ręce. Mogłoby być jeszcze gorzej. A gdyby nie wytrzymała, zadzwoniła do niego i zostawiła żenującą wiadomość na poczcie głosowej? Wstyd do końca życia…

– Zakończmy to spotkanie tak samo, jak je zaczęliśmy – oficjalnie.

Wyciągnęła do niego rękę. Ujął jej dłoń, ale zamiast ją uścisnąć, pochylił się, żeby pocałować Ashley…

W policzek.

Cholera.

Zniknął za drzwiami spowity mrokiem letniej nocy.

– Powinnaś się jeszcze przespać. Wciąż jest ciemno.

Ma się przespać? Chyba sobie żartował.

Na szczęście nie brakowało jej zajęć, na których będzie się mogła skupić, gdy Matthew odejdzie, bo z pewnością nie uda jej się już zasnąć. Obserwowała, jak szybkim krokiem zszedł po schodach i dotarł do parkingu, na którym stały już tylko jego lexus i malutka kia Ashley. Dlaczego wciąż się na niego gapi? Popchnęła drzwi, które zamknęły się z trzaskiem.

Jej pewność siebie w jednej chwili wyparowała. Ashley co prawda uniosła dumnie głowę, ale z trudem trzymała się na nogach. Zachwiała się, wsparła na kontuarze obok zabytkowej kasy w holu.

Właściwie nie mogła go nawet winić. Sama chętnie na wszystko przystała. Byli w kuchni, kiedy zaproponowała, by skosztował ciast, które siostra dodała do menu na przyjęcie. Stojąc przed otwartą lodówką, dotknęli się przypadkowo. Jeden raz. I drugi.

Matthew powoli uniósł rękę i otarł kciukiem krem z kącika jej ust…

O tym, że ma pod ubraniem niezbyt elegancką bawełnianą bieliznę, przypomniała sobie, dopiero kiedy zaczął ją rozbierać w drodze do sypialni. Później wszystkie myśli uleciały jej z głowy na długie godziny.

Musi sobie teraz poprawić humor. Zajrzała do sklepiku, zatrzymując spojrzenie na wieszakach z seksowną bielizną w stylu retro. Podeszła boso do satynowej jasnoróżowej halki wiszącej na końcu. Dotknęła delikatnej prześwitującej koronki, z której uszyty był stan. Tak musiały wyglądać seksowne stroje z lat dwudziestych.

Od dziecka marzyła, by nosić zwiewną i miękką bieliznę, zamiast praktycznej i bardziej odpornej na otarcia gorsetu bawełny. Co prawda nie potrzebowała już gorsetu, a jedyną pozostałością dolegliwości z dzieciństwa było lekko odstające lewe ramię, lecz w sercu pozostał ślad dawnej udręki.

Wzięła wieszak, minęła półki z tomikami poezji i luksusowym płynem do kąpieli, kierując się do damskiej przymierzalni. Szkoda, że nie włożyła halki na wczorajszy wieczór. Być może sprawy nie potoczyłyby się inaczej, ale przynajmniej pozostawiłaby w pamięci Matthew niezatarte wspomnienia.

Jednym ruchem zsunęła szlafrok na podłogę.

Zwykle unikała luster – przyzwyczajenie z przeszłości. Całą uwagę skupiła na pięknej halce. Podobną bieliznę podarowała obu siostrom w prezencie ślubnym.

Chłodna satyna otuliła ciało wciąż rozgrzane po upojnej nocy z Matthew. Ashley opadła na francuski szezlong, który kupiła za okazyjną cenę na aukcji. Zapaliła świecę, żeby podtrzymać relaksującą atmosferę. Płomień zaczął migotać, rzucając cienie na wyblakłą tapetę, a pomieszczenie wypełnił zapach lawendy.

Z każdym głębokim oddechem jej złość powoli opadała. Ashley nakryła się miękkim kocem. Może jednak uda jej się zdrzemnąć.

Nie była pewna, po jakim czasie zaczęła kasłać. Natychmiast usiadła na szezlongu, bo w powietrzu nie unosił się już zapach lawendy…

To był duszący dym.

Matthew Landis wpatrywał się w słońce wstające nad oceanem, próbując uporządkować rozbiegane myśli. Musiał wrócić do Beachcombers po aktówkę, którą nieopatrznie zostawił tam zeszłej nocy.

Zaparkował w tym samym miejscu co poprzednio i znowu znalazł się w punkcie wyjścia – przed domem Ashley Carson. Chełpił się tym, że nigdy nie popełnia błędów, rozważnie planuje każdy krok, ale tego, co się między nimi wydarzyło zeszłej nocy, zupełnie nie zaplanował.

Jako urzędnik państwowy przysięgał stać na straży interesu innych, chronić ich i pomagać zwłaszcza tym najsłabszym. Jednak wczoraj wykorzystał najdelikatniejszą istotę, jaką kiedykolwiek poznał.

Zawsze niezwykle ostrożnie dobierał partnerki, bo choć nigdy nie zamierzał się ożenić, nie mógł przecież żyć w celibacie. W college’u dostał szansę na prawdziwą miłość, ale stracił ją bezpowrotnie. Dana zmarła na rzadką wrodzoną chorobę serca i nawet nie zdążył przedstawić jej rodzinie. Do dziś nikomu nie powiedział o zaręczynach. Czuł, że gdyby się komuś zwierzył, utraciłby jakąś cząstkę niezwykle cennych wspomnień.

Po studiach poszedł w ślady rodziców i zajął się polityką. Dzięki rodzinnemu majątkowi mógł służyć innym, nie martwiąc się stanem konta. Czuł się spełniony.

W takim razie co on tu do cholery robi?

Ashley Carson była niewątpliwie seksowna i tym bardziej atrakcyjna. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak musi działać na mężczyzn. To żadne wytłumaczenie, przecież w pracy był otoczony pięknymi kobietami i potrafił się kontrolować. Z pewnością teraz też zdoła zachować zimną krew, musi tylko odzyskać aktówkę. I nie, do cholery, nie zostawił jej tam, ponieważ podświadomie chciał wrócić do Beachcombers. Otworzył drzwi sedana…

I usłyszał dźwięk alarmu przeciwpożarowego dobiegający z restauracji.

Rozejrzał się zaniepokojony, czując zapach dymu. Niebieski samochód Ashley wciąż stał na podjeździe w tym samym miejscu, w którym widział go wcześniej.

– Ashley?! – zawołał w nadziei, że wydostała się już na zewnątrz.

Bez odpowiedzi.

Biegnąc na werandę, wykręcił numer alarmowy. Złapał za klamkę i choć była już rozgrzana do czerwoności, nacisnął ją. Na szczęście Ashley nie zamknęła drzwi na klucz, kiedy wychodził. Matthew wpadł do lobby, czując buchające z wnętrza gorące powietrze.

Zauważył, że ogień ogarnął sklepik, ale nie rozprzestrzenił się w sąsiednich pomieszczeniach. Matthew ruszył w tamtą stronę. Wieszaki z ubraniami stały w płomieniach, z drewnianych ścian odpadała farba.

– Ashley? – zawołał znowu. – Ashley!

Butelki perfum zaczęły eksplodować, podsycając płomienie wewnątrz sklepu, odłamki szkła posypały się na podłogę.

Matthew ruszył w głąb pomieszczenia. Deski skrzypiały i przesuwały się pod jego stopami, tuż obok spadł kawałek tynku. Czy zdąży ją odnaleźć?

Będzie jej szukał do skutku.

Pod skórzanymi mokasynami zachrzęściły odłamki szkła.

– Ashley, do cholery, gdzie jesteś?!

Dym kłębił się w korytarzu. Matthew pochylił się nieco, zakrywając twarz przedramieniem, wciąż wołając jej imię.

– Na pomoc! – Usłyszał nagle dudnienie za ścianą. – Jestem tutaj!

– Trzymaj się! Już idę! – zawołał z ulgą.

Dudnienie ustało.

– Matthew?

Sposób, w jaki wypowiedziała jego imię, na chwilę go oszołomił, lecz podmuch gorącego powietrza na szyi szybko przywrócił go do rzeczywistości.

– Mów, żebym słyszał, gdzie jesteś.

– Tutaj. W przymierzalni.

Idąc za jej ochrypłym głosem, dotarł wreszcie do drzwi, które drżały od dudnienia, które po chwili ustało. Klamka leżała na podłodze.

– Odsuń się najdalej, jak to możliwe. Wchodzę.

– Dobrze – odparła zdławionym głosem. – Już.

Matthew się wyprostował, znikając w chmurze dymu. Nie zostało mu zbyt wiele czasu. Jeśli ogień przedostanie się na korytarz, może im odciąć drogę.

Napierał ramieniem na drzwi, lecz ani drgnęły. Najwyraźniej stare drewno było znacznie bardziej wytrzymałe niż metalowa klamka. Postąpił trzy kroki do tyłu, żeby wziąć rozpęd.

Staranował drzwi. Drewniany panel wreszcie ustąpił pod jego ciężarem, wpadając do środka.

Matthew rozejrzał się po mrocznym pomieszczeniu i – dzięki Bogu – odnalazł Ashley wzrokiem. Przykucnęła w kącie obok zlewu owinięta mokrym kocem. Mądre posunięcie.

Wszedł do środka, kierując się w jej stronę. Musiał ominąć roztrzaskane krzesło i inne zdemolowane sprzęty. Najwyraźniej skulona Ashley, mimo filigranowej postury, z determinacją walczyła, żeby się stąd wydostać.

– Dziękuję, że wróciłeś – wysapała, podając mu ociekający wodą ręczniczek. – Owiń go wokół twarzy.

Bardzo mądre posunięcie. Matthew zasłonił twarz ręcznikiem, owijając go wokół szyi jak szalik.

Ashley podniosła się, dysząc i kaszląc. Cholera. Musi wyjść na świeże powietrze, ale nie może iść boso po rozbitym szkle i żarzących się węglach.

– Czekaj. – Matthew pochylił się, podniósł ją i delikatnie zarzucił sobie na ramię.

– Wydostań nas stąd – zdołała tylko powiedzieć, zanim znowu zaniosła się kaszlem.

Ruszył szybko przez sklep, który przypominał już pogorzelisko. Płomienie wpełzły na kontuar, ogień trawił wszystko, co napotykał na drodze. Materiały biurowe błyskawicznie czerniały i rozpadały się na kawałki.

Szybciej. Nie zatrzymuj się. Nawet nie myśl.

Półka z książkami się zachwiała. Matthew przystanął, instynktownie osłaniając Ashley. Mebel runął, układając się w płonący stos drewna i odcinając im drogę. Rozżarzony odłamek przepalił skórę w bucie Matthew, parząc go w stopę.

– Przez kuchnię jest drugie wyjście – zawołała Ashley. – Po lewej.

– Okej, widzę! – Matthew postąpił kilka kroków do tyłu i wszedł w wąski korytarz. Dym nie był tam już tak gęsty, a przez szklane drzwi wpadało trochę światła.

Poczuł nieznaczny ciężar Ashley, kiedy poprawiła się na jego ramieniu. Ogarnęła go niesamowita ulga. Podejrzanie wielka, zważywszy na fakt, że ledwie znał tę kobietę.

Powietrze na zewnątrz nagle wydało mu się tak ciężkie i rozgrzane jak w płonącym budynku.

Ashley odetchnęła głęboko, kiedy znaleźli się obok kontenera na śmieci z tyłu domu. Wzbierała w niej panika.

Przynajmniej wilgotne powietrze na zewnątrz było świeższe od tego w zrujnowanej restauracji. Jeśli straż pożarna zaraz się nie zjawi, żeby ugasić ogień buchający już z kuchennych okien, wkrótce i jej dom będzie ruiną.

Dochodzący z oddali dźwięk syreny strażackiej nieco ją uspokoił, ale na krótko. Myśli kotłowały się w jej głowie. Jak to się stało, że wybuchł pożar? Może spowodowała go świeca, którą zapaliła w przymierzalni? Jak duża część domu uległa zniszczeniu?

Ramię Matthew naciskało na jej brzuch. Z każdym krokiem coraz bardziej brakowało jej powietrza i nie mogła złapać tchu.

– Postaw mnie – poprosiła.

– Nie musisz mi teraz dziękować – odezwał się nieco ochrypłym głosem. – Oszczędzaj siły.

Jak to możliwe, że w ciągu zaledwie kilku godzin Matthew okazał się zarówno bohaterem, jak i nieczułym bubkiem?

Szczękając zębami, Ashley pomyślała, że jej gonitwa myśli to z pewnością reakcja na przebyty szok. Widziała teraz z bliska szew w płaszczu na plecach Matthew, a pod jego stopami zobaczyła żwir, którym wysypany był parking. Skoro jej życiu nic już nie zagrażało, mogła się zająć innym problemem.

O ile wcześniej żałowała, że Matthew nie miał okazji oglądać jej w satynowej halce, w tej chwili włożyłaby na siebie cokolwiek, byle tylko nie pokazywać się w kusej przemoczonej bieliźnie, otulona mokrym kocem.

– Matthew – pisnęła – mogę chodzić. Postaw mnie na ziemi.

– Nie ma mowy! – Poprawił uchwyt, przez co koc zsunął się nieco, obnażając jej ramię. Matthew przyspieszył kroku, niemal biegnąc chodnikiem. – Muszę cię zawieźć do szpitala.

– Dobrze, natomiast nie musisz mnie nieść. Jestem cała i zdrowa. – Zaniosła się kaszlem, jednocześnie próbując złapać zsuwający się koc.

– I uparta.

– Nie, po prostu nie chciałabym, żebyś sobie zrobił krzywdę. – Mało prawdopodobne. Po wspólnie spędzonej nocy wiedziała, jaki jest silny i wytrzymały.

Wciąż zmagała się z kocem, przez co zsunął się jeszcze bardziej. Mało brakowało, a spadłaby z ramienia Matthew.

– Przestań się wiercić. – Złapał ją za pośladki.

O rany. Od jego dotyku poczuła mrowienie w całym ciele.

Zza rogu wybiegło dwóch strażaków, ciągnąc za sobą wąż, co skutecznie odciągnęło jej uwagę od rozterek dotyczących Matthew i niekompletnego stroju. Miała teraz znacznie większe zmartwienie. Paliła się jej restauracja, jedyny prawdziwy dom, jaki miała. Wszystko zapisała jej i przybranym siostrom w testamencie „ciocia” Libby, która przed laty przyjęła je pod swój dach i zajęła się nimi.

Łzy napłynęły jej do oczu, zatykając nos i wywołując kaszel. Matthew zaczął biec i Ashley musiała przytrzymać się jego płaszcza.

Pod dom podjechał drugi wóz i kolejni strażacy natychmiast wkroczyli do akcji. O, Boże. Może ogień się rozprzestrzeniał? Z każdą minutą wzrastało ryzyko, że zajmą się od niego pozostałe zabudowania, a Starr, jej przyrodnia siostra, mieszkała wraz ze świeżo upieczonym mężem tuż obok.

Dowódca strażaków wykrzykiwał rozkazy. Przed domem, na tle wschodzącego słońca, zebrała się grupka sąsiadów.

– Ashley? – Przez kakofonię dźwięków przebił się znajomy głos przyrodniej siostry.

Ashley odwróciła głowę. Przez zasłonę potarganych włosów widziała, jak Starr przeciska się w stronę domu. Chciała ją ostrzec, żeby się nie zbliżała, ale nagle zakręciło jej się w głowie. Za długo zwisała głową w dół, od kaszlu brakowało jej tchu, no i bliskość Matthew… Trudno powiedzieć, co spowodowało zawroty. Obok przemknęła karetka. Migające światła spotęgowały złe samopoczucie Ashley. Powinna natychmiast się położyć.

Musi się uwolnić z ramion Matthew, zanim jego gorący uścisk dokona większych zniszczeń niż ogień wewnątrz budynku.

Matthew zatrzymał się przy noszach, podtrzymując jej głowę i opuszczając ją powoli. Powinna odwrócić wzrok. Zaraz to zrobi. Niestety nagle powróciło wspomnienie zeszłej nocy, kiedy kładł ją na łóżku, wbijając w nią spojrzenie szmaragdowych oczu. Dołeczek w brodzie łagodził ostre kontury jego mocno zarysowanej szczęki.

Na co dzień obcowała z pięknem, ale nic nie mogło się równać z Matthew.

– Puść mnie już, proszę – wyszeptała, oszołomiona dymem i niechcianymi myślami.

Matthew ułożył ją na noszach.

– Teraz zajmą się tobą sanitariusze.

Kiedy powoli wysuwał spod niej ręce, odczuła jego dotyk jak pieszczotę, która przez koc paliła jej skórę. Matthew postąpił krok do tyłu, ujrzała za jego plecami poświatę wschodzącego słońca.

Była już wystarczająco rozdrażniona, odwróciła więc wzrok od Matthew, żeby nabrać nieco dystansu. Widok płonącej restauracji natychmiast sprowadził ją na ziemię. Chmura dymu wydobywająca się przez rozbite frontowe okno płynęła nad ocean. Sadza pokryła tablicę z nazwą hotelu.

Co zostanie z pięknego domu, który Ashley i siostry dostały w spadku? Zainwestowały wszystkie oszczędności, żeby stworzyć Beachcombers. Przepełniona smutkiem Ashley podniosła się na łokciu, żeby przyjrzeć się zniszczeniom.

– Ashley. – Starr udało się przedostać do noszy. Siostra objęła Ashley, ale z dziwnie nieobecnym wyrazem twarzy. Dopiero po chwili Ashley zdała sobie sprawę dlaczego.

Po chwili Starr zaczęła ją okrywać mokrym kocem, który zsunął się z noszy. Cholera. Satynowa halka. Może nikt nie zauważył?

Sama się oszukiwała. Miała nadzieję, że chociaż Matthew patrzył w inną stronę.

Zerknęła na niego… Jego gorące spojrzenie mówiło samo za siebie. Bubek, który zostawił ją poprzedniej nocy, nie zmienił się nagle w rycerza w lśniącej zbroi dla niej samej. Do bohaterskich czynów prawdopodobnie popchnął go widok seksownego negliżu.

Cholera. Gdzie się podziała jej bawełniana bielizna?

Tytuł oryginału: Rich Man’s Fake Fiancée

Pierwsze wydanie: Silhouette Desire, 2008

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

Korekta: Małgorzata Narewska

© 2008 by Catherine Mann

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2492-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.