Germanofil. Władysław Studnicki – Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą - Piotr Zychowicz - ebook

Germanofil. Władysław Studnicki – Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą ebook

Piotr Zychowicz

0,0
39,90 zł

lub
Opis

Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą.

Władysław Studnicki był politycznym prorokiem. W najdrobniejszych szczegółach przewidział klęskę 1939 roku w wojnie z Niemcami, sowiecki cios w plecy i zdradę aliantów. Bezskutecznie apelował do ministra Becka o przyjęcie oferty III Rzeszy i wspólny marsz przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

Podczas II wojny światowej żądał od Hitlera, by porzucił zbrodniczą politykę okupacyjną w Polsce. Wielokrotnie interweniował na rzecz aresztowanych rodaków. Gotowy był nawet stanąć na czele kolaboracyjnego rządu, by ratować naród przed terrorem. Niemcy uwięzili go na Pawiaku.

„Czołowy polski germanofil”, jak sam się nazywał, był krytykiem AK. Sprzeciwiał się zamachom, sabotażom i akcji „Burza”, gdyż działania te kosztowały Polaków mnóstwo krwi, a korzystali na nich wyłącznie Sowieci. Powstanie warszawskie uważał za koszmarny błąd i narodowe nieszczęście.

Dla komunistów Studnicki był „wrogiem ludu” i „faszystą”. Skazali go na zapomnienie. Piotr Zychowicz przywraca należne mu miejsce w historii. Germanofil przedstawia dramat i niejednoznaczne losy tej postaci. To najbardziej niepoprawna politycznie polska biografia z okresu II wojny światowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 854

Popularność




Tego autora pole­camy rów­nież

PAKT PIŁ­SUD­SKI-LENIN

PAKT RIB­BEN­TROP-BECK

SKAZY NA PAN­CER­ZACH

OBŁĘD ‘44

OPCJA NIE­MIECKA

ŻYDZI

ŻYDZI 2

SOWIECI

NIEMCY

WOŁYŃ ZDRA­DZONY

Bar­dzo trudno zro­bić coś dla Pol­ski, gdyż jest ona stale owład­nięta manią samo­bój­czą.

Char­les Mau­rice de Tal­ley­rand

Wstęp

Wybiła pół­noc. W oto­czo­nym ponurą sławą aresz­cie śled­czym ber­liń­skiego Gestapo pano­wała cisza. Żela­zna sztaba odsko­czyła z meta­licz­nym trza­skiem, który odbił się echem w pustym kory­ta­rzu. Poja­wił się na nim straż­nik i dzwo­niąc klu­czami, skie­ro­wał się do drzwi jed­nej z cel.

Sie­dział w niej wię­zień spe­cjalny. Sam Rein­hard Hey­drich naka­zał oto­czyć go spe­cjalnym nad­zo­rem. Straż­nicy musieli co dwie godziny spraw­dzać, czy męż­czy­zna nie tar­gnął się na swoje życie. Nie powie­sił się w celi lub nie pod­ciął sobie żył. Trwało śledz­two i gesta­powcy chcieli wyci­snąć z niego wszystko, co wie.

Straż­nik nachy­lił się i spoj­rzał przez wizjer z har­to­wa­nego szkła – w celi dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę paliła się słaba żarówka. W mdłym świe­tle funk­cjo­na­riusz zoba­czył aresz­tanta. Nie spał. Sie­dział nie­ru­chomo na pry­czy, wpa­tru­jąc się w odra­paną ścianę.

Był to leciwy męż­czy­zna, nie­wy­soki i wątłej budowy. Zmierz­wiona siwa czu­pryna opa­dała na szczu­płą twarz, pobruż­dżoną przez czas i cięż­kie prze­ży­cia. Mimo że w celi było zimno jak w psiarni, miał na sobie tylko roz­cheł­staną koszulę. Z ust przy każ­dym odde­chu wydo­by­wały się kłębki pary.

Twardy Polak, pomy­ślał straż­nik. Odkąd go przy­wie­ziono, całe wię­zie­nie huczało od plo­tek. Mówiono, że przy­był do Ber­lina i zażą­dał natych­mia­sto­wego widze­nia z Adol­fem Hitle­rem. Z obu­rze­niem mówił o zbrod­niach, jakich Gestapo i SS dopusz­czają się w oku­po­wa­nej Pol­sce.

Przy­wiózł do sto­licy III Rze­szy dowody mro­żą­cych krew w żyłach okru­cieństw wobec Pola­ków i Żydów w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie. Maso­wych egze­ku­cji, wypę­dzeń, gra­bieży i gwał­tów. Doku­menty potwier­dza­jące to, o czym w Ber­li­nie mówiono tylko szep­tem.

Sędziwy męż­czy­zna chciał się spo­tkać z Führerem w Kan­ce­la­rii Rze­szy, aby wsta­wić się za swoim naro­dem. Doma­gać się natych­mia­sto­wego wstrzy­ma­nia ter­roru, drę­cze­nia i szar­ga­nia god­no­ści milio­nów Pola­ków. Zwró­ce­nia Pol­sce ziem zagra­bio­nych w 1939 roku.

Spo­tka­niu w ostat­niej chwili zapo­bie­gło Gestapo. Śmiały Polak został aresz­to­wany w jed­nym z ber­liń­skich hoteli. „Spe­cja­li­ści” z Gehe­ime Sta­at­spo­li­zei pod­dali go cięż­kiemu śledz­twu. Pozba­wiany snu, drę­czony, pod­da­wany upo­rczy­wym wie­lo­go­dzin­nym prze­słu­cha­niom – kate­go­rycz­nie odma­wiał zło­że­nia zeznań.

Mało tego, był nie­by­wale hardy. Wygra­żał gesta­pow­com, wygła­szał tyrady na temat prze­stępstw popeł­nia­nych przez oku­pan­tów w jego ojczyź­nie. Ostrze­gał, że jeżeli Niemcy nie zmie­nią swo­jego postę­po­wa­nia – prze­grają wojnę! Żaden Polak ni­gdy nie ośmie­lił się tak mówić do Niem­ców w sto­licy III Rze­szy.

Straż­nik pokrę­cił głową. Nie wie­dział, czy ten czło­wiek jest bez­gra­nicz­nie odważny, czy po pro­stu sza­lony. Tak czy owak, sta­ru­szek długo nie pocią­gnie, pomy­ślał. Śled­czy dopro­wa­dzili go na skraj wyczer­pa­nia ner­wo­wego i fizycz­nego. W cza­sie prze­słu­cha­nia miał atak serca. Gdy wczo­raj dopro­wa­dzono go do celi, ledwo trzy­mał się na nogach.

Jakże on się nazywa? – Straż­nik pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć obco brzmiące nazwi­sko. Ach, tak. Wła­dy­sław Stud­nicki.

Nagle wię­zień spoj­rzał pro­sto w wizjer. Straż­nik zoba­czył dwoje gore­ją­cych oczu. Wyzie­rała z nich udręka i roz­pacz. Ale zara­zem były to oczy czło­wieka o żela­znej woli, wojow­nika, który nie opusz­cza rąk. Goto­wego do zacie­kłej walki.

Straż­nik z wra­że­nia aż cof­nął głowę. Zamknął wizjer i czym prę­dzej się odda­lił. Wła­dy­sław Stud­nicki znów został sam. Tylko ze swo­imi myślami. Myślami, które pozba­wiały go snu.

Przed oczami prze­su­wały mu się upiorne wizje. Łuny poża­rów, morze ruin, cią­gnące się po hory­zont rzędy krzyży. Rzeka krwi, która pły­nęła przez spa­loną zie­mię. Stud­nicki widział zagładę swo­jego pań­stwa i narodu. Kata­strofę, jakiej Pol­ska nie zaznała jesz­cze w całych swych tra­gicz­nych dzie­jach.

* * *

Boha­ter tej książki jest jedną z naj­cie­kaw­szych postaci II wojny świa­to­wej. A przy tym naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych. Prze­mil­cza­nych i oplu­wa­nych. Przez lata na temat Wła­dy­sława Stud­nic­kiego pisano naj­gor­sze kłam­stwa, mio­tano obe­lgi. Odma­wiano mu patrio­ty­zmu, wyszy­dzano, pró­bo­wano przed­sta­wiać jako „sza­leńca” i „faszy­stę”. Pomniej­szano wielką rolę, jaką ode­grał w histo­rii.

Dla­czego? Dla­tego, że Wła­dy­sław Stud­nicki miał odwagę wyła­my­wać się z „dys­cy­pliny naro­do­wej”. Miał odwagę mieć wła­sne, odrębne zda­nie. Iść pod prąd. Wła­dy­sław Stud­nicki sprze­ci­wiał się nie tylko pre­zy­den­tom, pre­mie­rom i wpły­wo­wym mini­strom, ale rów­nież opi­nii publicz­nej wła­snego narodu. Wła­dy­sław Stud­nicki był wiel­kim indy­wi­du­ali­stą.

Ale był rów­nież wiel­kim pol­skim pro­ro­kiem. W przeded­niu II wojny świa­to­wej bez­błęd­nie prze­wi­dział kata­strofę, która spo­tkała Pol­skę. Bły­ska­wiczną klę­skę w star­ciu z Niem­cami, sowiecki cios w plecy, a nawet to, że na koniec wojny Wielka Bry­ta­nia bez mru­gnię­cia okiem porzuci swo­jego „sojusz­nika” na pastwę Józefa Sta­lina. Prze­wi­dział wszystko.

Dla­tego w 1939 roku sta­rał się nakło­nić wła­dze Rze­czy­po­spo­li­tej do zmiany poli­tyki pro­wa­dzą­cej ku prze­pa­ści. Uwa­żał, że Pol­ska powinna przy­jąć pro­po­zy­cję soju­szu zło­żoną jej przez Adolfa Hitlera. Zgo­dzić się na włą­cze­nie Wol­nego Mia­sta Gdań­ska do Rze­szy i eks­te­ry­to­rialną auto­stradę przez Pomo­rze. A następ­nie, u boku Wehr­machtu, ude­rzyć na Zwią­zek Sowiecki.

Prze­stroga Wła­dy­sława Stud­nic­kiego nie została wysłu­chana. Pol­ska, „silna, zwarta i gotowa”, wie­rząca w potęgę swej armii i sojusz­ni­cze gwa­ran­cje, zde­cy­do­wała się na wojnę z Niem­cami. I stało się dokład­nie tak, jak prze­wi­dział Stud­nicki: skrwa­wiona, roz­szar­pana przez sąsia­dów, porzu­cona przez Zachód – zna­la­zła się na dnie otchłani.

Po upadku pań­stwa Wła­dy­sław Stud­nicki uznał, że należy rato­wać naród. Pod­jął w tym celu sta­ra­nia zmie­rza­jące do poro­zu­mie­nia ze zwy­cię­skimi Niem­cami. Stwo­rze­nia rządu, który – jak póź­niej we Fran­cji rząd mar­szałka Pétaina – pozwo­liłby spo­łe­czeń­stwu unik­nąć ter­roru nie­miec­kiej oku­pa­cji i zwią­za­nych z nim cier­pień.

Stud­nicki gotów był wziąć na swoje barki to brze­mię i sta­nąć na czele takiego gabi­netu. Zostać, jak to nazwał w swo­ich wspo­mnie­niach, „pol­skim Quislin­giem”. W tym celu sta­rał się pod­jąć per­trak­ta­cje z przy­wód­cami III Rze­szy. Dzia­ła­nia te nie wyni­kały by­naj­mniej z sym­pa­tii do Adolfa Hitlera i naro­do­wego socja­li­zmu – któ­rymi pogar­dzał – ale z tro­ski o bio­lo­giczne prze­trwa­nie narodu.

Sędziwy, uro­dzony w roku 1867 Stud­nicki zacie­kle wal­czył o swo­ich roda­ków. Bom­bar­do­wał Niem­ców kolej­nymi memo­ria­łami, w któ­rych doma­gał się zmiany zbrod­ni­czej poli­tyki oku­pa­cyj­nej w Pol­sce. Zamknię­cia Auschwitz, Maj­danka i Pawiaka, zaprze­sta­nia roz­strze­li­wań i łapa­nek. Podej­mo­wał nie­zli­czone – czę­sto sku­teczne – inter­wen­cje na rzecz aresz­to­wa­nych Pola­ków.

Za swoją odwagę Wła­dy­sław Stud­nicki zapła­cił wysoką cenę. Kil­ka­krot­nie uwię­ziony i kil­ka­krot­nie ciężko pobity przez Gestapo, w roku 1940 został inter­no­wany w Niem­czech, a w 1941 wtrą­cony na czter­na­ście mie­sięcy do wię­zie­nia na Pawiaku. Tam spa­dły na niego kolejne ostre szy­kany. Bli­sko sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­letni poli­tyk omal nie przy­pła­cił tego życiem.

Poli­tyczna akcja Stud­nic­kiego zakoń­czyła się fia­skiem. Niemcy swo­jego postę­po­wa­nia nie zmie­nili. Na prze­szko­dzie sta­nęło zaśle­pie­nie ide­olo­giczne naro­do­wych socja­li­stów, któ­rzy uwa­żali, że pol­skimi Unter­men­schami należy rzą­dzić za pomocą knuta. A z dru­giej strony – nie­prze­jed­nane sta­no­wi­sko więk­szo­ści pol­skich elit poli­tycz­nych, które odrzu­cały myśl o ugo­dzie z Niem­cami.

Jego losy mogą słu­żyć za ilu­stra­cję sza­leń­stwa, które owład­nęło Niem­cami pod­czas II wojny świa­to­wej. Naj­lep­szy ich przy­ja­ciel w Pol­sce pod nie­miecką oku­pa­cją sie­dział w nie­miec­kim wię­zie­niu. Trudno o wymow­niej­szy sym­bol.

Niemcy nie zde­cy­do­wali się go jed­nak zamor­do­wać. Oca­liły go jego „stare zasługi”. Wła­dy­sław Stud­nicki był bowiem „czo­ło­wym pol­skim ger­ma­no­fi­lem”, nie­stru­dzo­nym szer­mie­rzem idei przy­mie­rza pol­sko-nie­miec­kiego, którą gło­sił przez cztery dekady. Od wybu­chu I wojny świa­to­wej do śmierci na emi­gra­cji w Lon­dy­nie w roku 1953.

Stud­nicki jako reali­sta uwa­żał, że w poli­tyce należy się kie­ro­wać zdro­wym roz­sąd­kiem i chłodną kal­ku­la­cją, a nie uczu­ciami i emo­cjami. Odrzu­cał więc tra­dy­cyjną pol­ską wiarę w pomoc odle­głych demo­kra­cji Zachodu. Prze­ko­ny­wał, że ani Fran­cja, ani Wielka Bry­ta­nia, ani Stany Zjed­no­czone nie ura­tują Pol­ski.

Według niego jedy­nym pań­stwem, które mogło oca­lić Pol­skę przed rosyj­ską – a póź­niej sowiecką – domi­na­cją, były Niemcy. Nale­żało więc odrzu­cić histo­ryczne resen­ty­menty i urazy, aby uło­żyć się z zachod­nim sąsia­dem. Poglądy te były przed wojną w Pol­sce skraj­nie nie­po­pu­larne, ska­zy­wały Stud­nic­kiego na osa­mot­nie­nie i mar­gi­na­li­za­cję. „Naj­bar­dziej zna­mienną cechą Stud­nic­kiego – pisał w 1936 roku publi­cy­sta Julian Babiń­ski – jest fakt dość dziwny: zawsze szedł wbrew powszech­nej opi­nii ogółu, a zawsze w zgo­dzie z inte­re­sami narodu”1.

Książka ta sku­pia się na naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nej czę­ści życia Wła­dy­sława Stud­nic­kiego – okre­sie II wojny świa­to­wej. Ten naj­więk­szy z pol­skich patrio­tów był nie tylko świad­kiem strasz­li­wej heka­tomby swo­jego narodu, ale rów­nież klę­ski swej kon­cep­cji poli­tycz­nej.

Każda kolejna zbrod­nia, jakiej Niemcy dopusz­czali się w Pol­sce, każda egze­ku­cja, każda gra­bież i każda krzywda była kolej­nym kamie­niem rzu­co­nym na trumnę, w któ­rej w 1939 roku zło­żona została idea przy­mie­rza War­szawy i Ber­lina.

Stud­nicki ze zgrozą śle­dził rów­nież poli­tykę rządu na wychodź­stwie i kie­row­nic­twa Pol­skiego Pań­stwa Pod­ziem­nego. Poli­tykę tę uwa­żał za skraj­nie szko­dliwą i nie­od­po­wie­dzialną. Wystę­po­wał prze­ciwko bez­sen­sow­nemu sza­fo­wa­niu krwią pol­skiej mło­dzieży. Prze­ciwko sabo­ta­żom i aktom dywer­sji, które pro­wo­ko­wały Niem­ców do krwa­wego odwetu.

Decy­zje o prze­pro­wa­dze­niu ope­ra­cji „Burza” i wywo­ła­niu powsta­nia war­szaw­skiego uwa­żał za zbrod­ni­cze. A wiarę w to, że Wielka Bry­ta­nia dotrzyma Pol­sce zobo­wią­zań sojusz­ni­czych – za naiwną mrzonkę.

Był jed­nak bez­radny. Nie słu­chali go ani Niemcy, ani rodacy. Darem­nie pró­bo­wał prze­ko­nać obie strony, że kon­flikt pol­sko-nie­miecki jest sza­leń­stwem. Że zyskują na nim tylko i wyłącz­nie bol­sze­wicy – wspólny wróg Pol­ski, Nie­miec, Europy i całej ludz­ko­ści.

Byłem jego zde­cy­do­wa­nym prze­ciw­ni­kiem. Póź­niej nabra­łem prze­ko­na­nia, że był to jeden z naj­więk­szych cha­rak­te­rów, jakie pozna­łem – pisał Sta­ni­sław Wacho­wiak, wice­pre­zes Rady Głów­nej Opie­kuń­czej. – Na prze­strzeni mego życia nie widzia­łem dużo takich tra­ge­dii wewnętrz­nych jak ta, którą prze­cho­dził Wła­dy­sław Stud­nicki2.

Pod­stawą tej książki jest moja praca magi­ster­ska. Napi­sa­łem ją w 2004 roku. Jej pro­mo­to­rem był pro­fe­sor Andrzej Choj­now­ski, a recen­zen­tem – nie­od­ża­ło­wa­nej pamięci pro­fe­sor Paweł Wie­czor­kie­wicz. Do dziś z uśmie­chem wspo­mi­nam obronę magi­ste­rium, na któ­rej pro­fe­sor Wie­czor­kie­wicz wystą­pił… w szla­froku. U jego nóg poszcze­ki­wało kilka jam­ni­ków, pro­fe­sor pił mocną kawę i przez kilka godzin dys­ku­to­wa­li­śmy o Stud­nic­kim, Hitle­rze, Sta­li­nie i wojen­nej tra­ge­dii, jaka spo­tkała nasz naród.

Ger­ma­no­fil to książka oparta na licz­nych – w dużej mie­rze wcze­śniej nie­zna­nych – doku­men­tach zacho­wa­nych w archi­wach w Pol­sce, Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Niem­czech i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jej pod­stawą są, do tej pory nie­mal nie­wy­ko­rzy­sty­wane przez histo­ry­ków, papiery Wła­dy­sława Stud­nic­kiego zacho­wane w Insty­tu­cie Józefa Pił­sud­skiego w Nowym Jorku.

Bar­dzo pomocne oka­zały się rów­nież dłu­gie roz­mowy z Kon­ra­dem Gizber­tem-Stud­nic­kim, jedy­nym synem Wła­dy­sława. Nie­stety pro­fe­sor Kon­rad Stud­nicki zmarł 28 marca 2020 roku. Nie docze­kał więc tej książki. Z jej wyda­niem zwle­ka­łem zbyt długo, o co mam dziś do sie­bie ogromny żal. Czasu jed­nak cof­nąć nie mogę.

Wła­dy­sław Stud­nicki miał i ma do dziś wielu wro­gów. Nie­na­wi­dzili go komu­ni­ści, dla któ­rych był naj­gor­szym „reak­cjo­ni­stą” i „wro­giem ludu”. Jego kon­cep­cja anty­so­wiec­kiego soju­szu mię­dzy Pol­ską a III Rze­szą uzna­wana była przez „histo­ry­ków” doby PRL za naj­więk­szą here­zję i myślo­zbrod­nię.

Stud­nic­kiego nie­na­wi­dzą rów­nież współ­cze­śni pro­pa­gan­dy­ści histo­ryczni. Ludzie, któ­rzy zawo­dowo zaj­mują się bez­kry­tycz­nym ide­ali­zo­wa­niem wszyst­kich decy­zji pod­ję­tych w prze­szło­ści przez pol­skich przy­wód­ców. Na czele z fatal­nymi błę­dami, które przy­nio­sły naro­dowi pol­skiemu strasz­liwe klę­ski i cier­pie­nia.

Dla brą­zow­ni­ków histo­rii Stud­nicki – nawet teraz, sześć­dzie­siąt sie­dem lat po śmierci – jest nie­bez­pieczny. Nawet dzi­siaj się go boją. Jego książki, arty­kuły i memo­riały sta­no­wią bowiem dowód na to, że tra­giczne kon­se­kwen­cje decy­zji podej­mo­wa­nych przez Pola­ków w cza­sie II wojny świa­to­wej można było prze­wi­dzieć. Pol­ska w 1939 roku wcale nie była ska­zana na kata­strofę. A skala heka­tomby narodu pol­skiego nie musiała być tak ogromna. Wystar­czyło pro­wa­dzić poli­tykę realną, a nie sza­loną.

Zawo­do­wych „obu­rza­czy” do szału dopro­wa­dzają kry­tyczne opi­nie Stud­nic­kiego o Józe­fie Becku, Wła­dy­sła­wie Sikor­skim, Sta­ni­sła­wie Miko­łaj­czyku, gene­ra­łach Armii Kra­jo­wej i innych spraw­cach naszych naro­do­wych nie­szczęść. Dla­tego wła­śnie wciąż jest on nie­zwy­kle ostro ata­ko­wany.

W 2019 roku doszło do wyjąt­ko­wego skan­dalu. Pro­fe­tyczna książka Stud­nic­kiego Wobec nad­cho­dzą­cej dru­giej wojny świa­to­wej została wyrzu­cona z orga­ni­zo­wa­nego przez pań­stwowe media kon­kursu Książka Histo­ryczna Roku. Było to o tyle sym­bo­liczne, że tę samą książkę w 1939 roku skon­fi­sko­wały wła­dze sana­cyjne. Stud­nicki prze­wi­dział w niej bowiem, że Pol­ska prze­gra wojnę z Niem­cami i zosta­nie zaata­ko­wana przez Zwią­zek Sowiecki.

Roz­pacz­liwe próby zatrzy­ma­nia Wła­dy­sława Stud­nic­kiego nic jed­nak nie dadzą. Ów pol­ski ger­ma­no­fil cie­szy się coraz więk­szym zain­te­re­so­wa­niem opi­nii publicz­nej, szcze­gól­nie mło­dzieży o żywych, otwar­tych umy­słach. Jego patrio­tyzm i nie­ustra­szona postawa impo­nują. Jego kon­cep­cje prze­ko­nują żela­zną logiką i rze­czo­wymi argu­men­tami, jaskrawo kon­tra­stu­ją­cymi z pustymi fra­ze­sami, które padały z ust jego adwer­sa­rzy.

Z upły­wem czasu syl­wetki jego prze­ciw­ni­ków blakną. A syl­wetka Stud­nic­kiego prze­ciw­nie – nabiera ostro­ści.

Dziś nazwi­sko Stud­nic­kiego wymie­nia się w sze­regu innych – pisał w 1936 roku Julian Babiń­ski. – Figu­ruje na liście zaty­tu­ło­wa­nej: „współ­cze­śni poli­tycy pol­scy”. Z bie­giem lat lista będzie się zmniej­szać, a nazwi­sko Stud­nic­kiego wybi­jać na czoło. Za lat zaś sto – który to okres czasu jest doraźną miarą per­spek­tywy histo­rycz­nej – lista pod tytu­łem „wielcy poli­tycy pol­scy przed – i po woj­nie” zmniej­szy się do nazwisk trzech, czte­rech, może pię­ciu. Stud­nicki będzie wśród nich figu­ro­wał gru­bymi czcion­kami.

Dziś tylko ludzie mający w oku miarę histo­ryczną widzą ten fakt, że w Pol­sce nie ma roju poli­ty­ków, jakby się to, sądząc z gazet, zda­wało. Jest tłum sza­ra­ków poli­tycz­nych i zale­d­wie kilku mężów stanu. Paczka ta roz­po­rzą­dza prasą, par­tiami, reklamą, wpły­wami, gro­szem. Przeto do paczki należy teraź­niej­szość. Prawda. Ale i cóż z tego? Teraź­niej­szość krótko trwa3.

Od napi­sa­nia tych słów nie upły­nęło jesz­cze sto lat. Mimo to prze­po­wied­nia Juliana Babiń­skiego mate­ria­li­zuje się na naszych oczach. Jeste­śmy wła­śnie świad­kami wiel­kiego powrotu Wła­dy­sława Stud­nic­kiego.

Nie ma już czło­wieka, ale jego monu­men­talna myśl żyje i prze­nika do świa­do­mo­ści Pola­ków. Choć Stud­nic­kiemu nie udało się ura­to­wać Pol­ski przed kata­strofą w roku 1939 – kto wie, czy nie ura­tuje jej w przy­szło­ści.

Część I

Geneza

Roz­dział 1

Moska­lo­fob

Masywna bryła twier­dzy przy­tła­czała białe repre­zen­ta­cyjne aleje i drew­niane, roz­my­wa­jące się w zie­leni sadów przed­mie­ścia. Nikły przy niej wieże kościo­łów, syna­goga, a nawet – wznie­siony przez zaborcę – sobór Świę­tego Alek­san­dra New­skiego.

Miesz­kańcy mia­sta pod murami ponu­rej for­tecy prze­cho­dzili nie­chęt­nie. Prze­my­kali w jej cie­niu, odwra­ca­jąc głowy. Piękna dama wzdry­gnęła się mimo­wol­nie. Szła wałem ota­cza­ją­cym dawno wyschniętą fosę. W ciem­nej sukni, z czar­nym, żałob­nym krzy­żem na piersi. Za rękę trzy­mała małego chłopca. Str­wo­żone dziecko sze­roko roz­war­tymi oczami spo­glą­dało na szańce.

Szli dalej, w stronę pobli­skiego wię­zie­nia. Nagle chłopcu wydało się, że za okienną kratą mignęła ludzka ręka. Chuda, blada, skuta pordze­wia­łymi kaj­da­nami. A za nią zama­ja­czyła umę­czona twarz starca. Chło­piec zamru­gał z wra­że­nia i czło­wiek znik­nął.

Jawa to była czy mara? Rze­czy­wi­stość czy wytwór wyobraźni wraż­li­wego dziecka? Ni­gdy się tego nie dowie­dział. Dama pocią­gnęła go za rękę i podrep­tał za nią.

Twier­dza znaj­do­wała się w Dyne­burgu, sto­licy Inf­lant Pol­skich. Jej poprzed­niczka strze­gła pół­nocno-wschod­nich rubieży Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów. W XIX wieku Rosja­nie wznie­śli na jej miej­scu now­sze for­ty­fi­ka­cje, mające bro­nić dostępu do Peters­burga. Teraz był tu dru­go­rzędny rosyj­ski gar­ni­zon i skład amu­ni­cji. Oraz wię­zie­nie.

Dziec­kiem, które wpa­try­wało się w zakra­to­wane okno, był zaś Wła­dy­sław Stud­nicki.

Gdy jako mały chło­piec – wspo­mi­nał – cho­dzi­łem z matką na spa­cer, poka­zy­wała mi górne pię­tra wię­zie­nia dyne­bur­skiego, gdzie przed paru jesz­cze laty sie­dzieli powstańcy stycz­niowi. Matka moja nie zawsze docho­dziła w spa­cerze do oko­lic wię­zie­nia. Widok jego bowiem wywo­ły­wał bole­sne wspo­mnie­nia. Wie­lo­krot­nie opo­wia­dano mi o Leonie Pla­te­rze, który został roz­strze­lany w Dyne­burgu, w pobliżu tamecz­nej for­tecy, za odbi­cie broni woj­ska rosyj­skiego dla powsta­nia.

Nie­raz, gdy sze­dłem na prze­chadzkę do for­tecy, obmy­śla­jąc plan jej zdo­by­cia, a zacho­dzące słońce odbi­jało się w tuma­nie wil­got­nym uno­szą­cym się znad łąk, wyda­wało mi się, że widzę duszę Pla­tera, i modli­łem się do niego jako do męczen­nika sprawy naro­do­wej. Pro­sząc, aby na mnie zesłał moc wyjarz­mie­nia Pol­ski4.

Szu­ka­jąc źró­deł poglą­dów Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, genezy jego poli­tycz­nych czy­nów i drogi życio­wej, należy się cof­nąć do Dyne­burga w latach sie­dem­dzie­sią­tych XIX wieku. Do tych dzie­cię­cych spa­ce­rów w cie­niu rosyj­skiej twier­dzy.

Ger­ma­no­fi­lia Stud­nic­kiego miała bowiem drugą stronę medalu. A była nią nie­na­wiść do Rosji. „Stud­nicki – jak traf­nie napi­sał jeden z recen­zen­tów jego książki – był czło­wie­kiem cho­rym na Moskala”5. Cho­roba owa była jed­nak w pełni zro­zu­miała. Była pro­duk­tem jego epoki. Atmos­fery domu rodzin­nego i tra­gicz­nej histo­rii narodu, do któ­rego nale­żał.

Stud­nicki uro­dził się 15 listo­pada 1867 roku, zale­d­wie trzy lata po „uśmie­rze­niu” ostat­niej wiel­kiej pol­skiej insu­rek­cji. Spra­wiło to, że – jak sam czę­sto pod­kre­ślał – nale­żał do poko­le­nia „dzieci roku 1863”. Wycho­wa­nych w żało­bie po naro­do­wej klę­sce. W podzi­wie i żalu po pole­głych boha­te­rach, ale i w pogar­dzie dla zaborcy.

Znany w całych Inf­lan­tach i Wiel­kim Księ­stwie Litew­skim ród Gizber­tów-Stud­nic­kich wywo­dził się z Nider­lan­dów. Przod­ko­wie Wła­dy­sława zostali ścią­gnięci na teren Rze­czy­po­spo­li­tej w XVIII wieku przez kal­wiń­ską linię fami­lii Radzi­wił­łów.

Stud­niccy posia­dali roz­le­głe dobra w oko­li­cach Oszmiany i spra­wo­wali wiele sta­no­wisk pań­stwo­wych. Rodzina szybko się spo­lsz­czyła i prze­szła na kato­li­cyzm. Po upadku i roz­bio­rach Rze­czy­po­spo­li­tej ród pod­upadł, choć nie stra­cił cał­ko­wi­cie pozy­cji i wpły­wów6.

Ojciec Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, Adolf, był sędzią i wice­bur­mi­strzem Dyne­burga. Pod­czas powsta­nia stycz­nio­wego ode­grał poważną rolę – był przed­sta­wi­cie­lem jego władz w Inf­lan­tach. Po klę­sce udało mu się unik­nąć repre­sji i zesła­nia.

Matka Stud­nic­kiego, Iza­bella z domu Fasty­kow­ska, była o dzie­więt­na­ście lat młod­sza od męża. Uro­dziła się w zie­miań­skiej rodzi­nie z oko­lic Sie­bieża we wschod­niej czę­ści guberni witeb­skiej. Z samego krańca Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów, gdzie koń­czyło się Wiel­kie Księ­stwo Litew­skie, a zaczy­nała Mosko­wia.

Wła­dy­sław Stud­nicki miał pię­cioro rodzeń­stwa. Trzy sio­stry – Sta­ni­sławę, Wandę oraz Iza­belę – oraz dwóch braci – Wacława i Adolfa. Iza­bela zmarła we wcze­snym dzie­ciń­stwie, Adolf zaś w 1878 roku, gdy nie mogąc spła­cić długu kar­cia­nego, popeł­nił samo­bój­stwo. Była to wielka rodzinna tra­ge­dia. Chło­pak miał zale­d­wie szes­na­ście lat7.

Stud­nicki prze­siąkł atmos­ferą rodzin­nego domu. Typo­wego domu patrio­tycz­nej kre­so­wej szlachty pol­skiej. Peł­nego sta­rych skrzy­pią­cych szaf i zega­rów, rodzin­nych i histo­rycz­nych pamią­tek. Na dnie kre­densu matka trzy­mała druki z cza­sów powsta­nia i lite­ra­turę roman­tyczną. W dłu­gie, jesienne i zimowe wie­czory czy­tała dzie­ciom przy świe­cach.

Od czasu do czasu – wspo­mi­nał Stud­nicki – poja­wiał się w naszym domu, jako prze­lotny gość, któ­ryś z powstań­ców powra­ca­ją­cych z Sybe­rii. Cza­sem krewny lub jakiś obcy przy­słany do nas z Rosji przez zna­jo­mych. Powsta­nie kształ­to­wało wtedy atmos­ferę naszego domu wspo­mnie­niami i opo­wia­da­niami, które czę­sto nie pozwa­lały mi zasnąć8.

Spo­tka­nia z wete­ra­nami insu­rek­cji, nocne roz­mowy przy stole, wspólne czy­ta­nie Dzia­dów Mic­kie­wi­cza – które były jego ulu­bioną książką – patrio­tyczne reli­kwie prze­cho­wy­wane w zaka­mar­kach domu… Wszystko to roz­pa­lało wyobraź­nię i kształ­to­wało poglądy chłopca.

Wspo­mnie­nia powstań­cze były dla Wła­dy­sława Stud­nic­kiego – pisał w 1917 roku jego pierw­szy bio­graf Win­centy Rzy­mow­ski – pierw­szą osnową myśli, pierw­szą strawą uczuć. Na ranach swego narodu, na męczeń­stwie osób naj­droż­szych uczył się nie­na­wi­ści do wroga. Ze wspo­mnień klę­ski wyniósł przy­ka­za­nie buntu prze­ciw cie­mięzcy. Rzec by można, że Powsta­nie Stycz­niowe jakąś iskrą nie­do­ga­szoną swej pogo­rzeli zapa­dło w umysł i serce Stud­nic­kiego i roz­nie­ciło duszę jego na całe życie w pożar nie­usta­ją­cej walki prze­ciw Rosji9.

Już wtedy, w szcze­nię­cych latach, Wła­dy­sław Stud­nicki poprzy­siągł, że zerwa­nie pęt nie­woli sta­nie się celem jego życia. Że poświęci temu wszystko. Gdzie w końcu XIX wieku mógł tra­fić chło­piec o takich poglą­dach i tem­pe­ra­men­cie? Tylko do obozu socja­li­stycz­nego. Jedy­nej siły poli­tycz­nej, która sta­wiała wów­czas na walkę czynną z Rosją. To socja­lizm – jak pisał Józef Mac­kie­wicz – miał stać się tym mło­tem, który roz­bije kaj­dany10.

Stud­nicki podą­żył więc tym samym tro­pem, tym samym szla­kiem, co jego rówie­śnik, inny młody szlach­cic z pół­nocno-wschod­nich rubieży Rze­czy­po­spo­li­tej – Józef Pił­sud­ski. Nasz boha­ter wie­rzył, że z cha­osu rewo­lu­cji, który obróci w gruzy impe­rium Roma­no­wów, wyłoni się wolna Pol­ska.

Karol Marks był zna­nym zwo­len­ni­kiem nie­pod­le­gło­ści Pol­ski – pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz. – Restau­ra­cja pań­stwa pol­skiego figu­ro­wała w owych cza­sach w pro­gra­mach mię­dzy­na­ro­do­wego socja­li­zmu, co oczy­wi­ście sym­pa­tycz­nie oddzia­ły­wało na Stud­nic­kiego. Marks był nastro­jony skraj­nie anty­ro­syj­sko11.

Wysłany na naukę do War­szawy, do Szkoły Han­dlo­wej Leopolda Kro­nen­berga, nie oddał się – jak wielu jego rówie­śni­ków – roz­ryw­kom wiel­kiego mia­sta. Do bawią­cej się, cho­dzą­cej na ope­retki i tań­czą­cej na balach War­szawy poczuł odrazę. Zamiast zaj­mo­wać się bzdu­rami, przy­stą­pił do dzia­łal­no­ści rewo­lu­cyj­nej.

Agi­to­wał war­szaw­skich robot­ni­ków, roz­no­sił nie­le­galną lite­ra­turę. W 1888 roku wraz z grupką rady­kal­nych stu­den­tów zało­żył socja­li­styczną orga­ni­za­cję pod­ziemną II Pro­le­ta­riat. Była to kon­ty­nu­acja akcji rewo­lu­cyj­nej Ludwika Waryń­skiego. Dzia­łal­ność Stud­nic­kiego i jego grupy – okre­śla­jąc ich mia­nem nihi­li­stów – przed­sta­wił w Lalce Bole­sław Prus12.

Orga­ni­za­cja ta miała szy­ko­wać grunt do przy­szłej rewo­lu­cji. Agi­to­wać robot­ni­ków, doko­ny­wać aktów ter­roru. Na pierw­szą ofiarę obrała sobie zna­nego rusy­fi­ka­tora, gene­rała-guber­na­tora war­szaw­skiego Józefa Hurkę. Plany te pokrzy­żo­wała Ochrana.

II Pro­le­ta­riat został roz­bity przez falę aresz­to­wań. Jeden z pierw­szych za kraty tra­fił Stud­nicki. Agenci car­skiej taj­nej poli­cji wypro­wa­dzili go z domu i zawle­kli na war­szaw­ską Cyta­delę. W wię­zie­niu Stud­nicki prze­sie­dział osiem mie­sięcy. Poważ­nie nad­szarp­nęło to jego zdro­wie, z celi musiano go wyno­sić. „Byłem pewny – pisał po latach – że Cyta­dela będzie mym gro­bem”.

Wkrótce zapadł wyrok. Jako nie­bez­pieczny wywro­to­wiec Stud­nicki miał zostać zesłany w głąb impe­rium. W grud­niu 1890 roku – przez moskiew­skie cen­tralne wię­zie­nie eta­powe na Butyr­kach – powie­ziono go na Sybe­rię, do zapo­mnia­nej przez Boga i ludzi wio­seczki o kil­ka­dzie­siąt wiorst od Minu­siń­ska nad Jeni­se­jem. Na wygna­niu spę­dził dłu­gie sześć lat.

Sybir to kolejny moment w bio­gra­fii Stud­nic­kiego, w któ­rym szu­kać należy źró­deł jego poli­tycz­nych kon­cep­cji. Kon­cep­cji, któ­rych osią zawsze była bez­kom­pro­mi­sowa walka z Rosją. Należy jed­nak pod­kre­ślić, że nie wyni­kało to z poczu­cia oso­bi­stej krzywdy, ura­żo­nej dumy.

To był jesz­cze piękny, libe­ralny wiek XIX, a nie paskudna epoka tota­li­ta­ry­zmów. Rosja była kon­ser­wa­tywną monar­chią abso­lutną, a nie bol­sze­wicką ośmior­nicą, która lep­kimi mac­kami wygnia­tała z ludzi dusze. Car­skie zesła­nie w niczym nie przy­po­mi­nało pie­kła sowiec­kich łagrów.

O swo­ich sybe­ryj­skich prze­ży­ciach Stud­nicki po latach opo­wie­dział w roz­mo­wie z Józe­fem Mac­kie­wi­czem:

Dowie­ziono go na zesła­nie sybe­ryj­skie. Socja­li­sta, zesła­niec Stud­nicki wszedł do prze­zna­czo­nej mu na miesz­ka­nie izby obwie­szo­nej iko­nami i tanimi lito­gra­fiami car­skich por­tre­tów, obrzu­cił wzro­kiem i zarzą­dził gospo­dyni: „Bogi mogą zostać, ale carów wszyst­kich won stąd!”.

– No i co na to ta baba?

– Poczciwa była. Zdej­mo­wała ze ścian por­trety carów, wyno­siła z izby i bia­do­liła: „Już jak oni jemu, bied­nemu, musieli nado­ku­czać, że on ich tak nie­na­wi­dzi…”.

– A był nad­zór?

– A jakże. Codzien­nie rano. Ale ja pisa­łem do późna w nocy i rano spa­łem. Cza­sem tylko przez sen sły­sza­łem, jak nad­zorca cicho puka do drzwi gospo­dyni i pyta: „Jewo bła­go­ro­die spiat̍ jesz­czo?”.

– I co pan pro­fe­sor robił całymi dniami?

– A więc było tak. Rząd pła­cił za moje utrzy­ma­nie 8 rubli mie­sięcz­nie. Izba z peł­nym utrzy­ma­niem kosz­tuje 7 rubli. Zosta­wał mnie rubel. Z domu przy­sy­łali mi 10 rubli mie­sięcz­nie. Można było cho­dzić, robić wycieczki, polo­wać. Powie­trze bar­dzo zdrowe. Ale ja nie polo­wa­łem. Nafta do lampy kosz­to­wała kilka kopie­jek na cały mie­siąc. W Minu­siń­sku była olbrzy­mia biblio­teka. Raz na mie­siąc naj­mo­wa­łem trojkę, jecha­łem, nabie­ra­łem masę ksią­żek, czy­ta­łem i pisa­łem. Napisa­łem tam swoją książkę o Sybe­rii. Pisa­łem arty­kuły do gazet.

– Ależ to miał pan uro­cze życie!13

Stud­nicki w swo­ich wspo­mnie­niach chwa­lił kli­mat panu­jący w okręgu minu­siń­skim i pod­kre­ślał, że pobyt na sybe­ryj­skiej wsi wzmoc­nił go fizycz­nie. Na zesła­niu pra­co­wał naukowo, pisał do gazet, udzie­lał się w orga­ni­za­cjach spo­łecz­nych, a nawet zro­bił karierę jako obrońca w pro­win­cjo­nal­nych sądach Tobol­ska. „Przez cały okres mojego pobytu na Sybe­rii – napi­sał – nie doświad­czy­łem od Moskali żad­nej krzywdy”14.

Dla­czego więc pobyt na Sybe­rii spo­tę­go­wał u Stud­nic­kiego dąże­nie do walki z Rosją i wyzwo­le­nia Pol­ski? Bo Stud­nicki zoba­czył Rosję z bli­ska. Na wła­sne oczy się prze­ko­nał, jak wielki ma roz­mach, jak ogrom­nym i żar­łocz­nym jest pań­stwem. Zdol­nym do poły­ka­nia i tra­wie­nia kolej­nych nacji i kra­jów.

Stud­nicki prze­ko­nał się o tym, spo­ty­ka­jąc zrusz­czo­nych, wyna­ro­do­wio­nych potom­ków powstań­ców roku 1863. Dla tych ludzi pol­skość była już tylko wspo­mnie­niem. Wyjąt­kowo fatalne wra­że­nie zro­bili na nim pol­scy urzęd­nicy w służ­bie Rosji, któ­rzy gęsto zapeł­niali pań­stwowe insty­tu­cje Sybe­rii. Stud­nicki pogar­dzał nimi, uwa­żał za pół-Pola­ków, „mate­riał etno­gra­ficzny dla Rosji”.

Praw­dzi­wym prze­ra­że­niem napa­wała go myśl, że cały naród pol­ski może się w ten spo­sób zasy­mi­lo­wać. Roz­pły­nąć się, znik­nąć w moskiew­skim morzu.

Sze­ro­kie twa­rze, nie­kształtne czaszki zna­mio­nu­jące olbrzy­mią przy­mieszkę krwi mon­gol­skiej wzbu­dzały we mnie wstręt – pisał z pasją o Rosja­nach. – Oto dzicz, oto bar­ba­rzyńcy, na karm któ­rych ma pójść naród pol­ski. Poczu­łem wów­czas taką boleść, taki wstręt, że pomy­śla­łem: lepiej zgi­nąć naro­dowi naszemu, lepiej się zger­ma­ni­zo­wać, niż iść na nawóz dla Mon­go­łów. To wra­że­nie pozo­sta­wiło głę­boki ślad w mej duszy i było pod­stawą przy­szłego mego sto­sunku do Rosji przez całe życie15.

Dłu­gie nocne roz­mowy nad syczą­cym samo­wa­rem pro­wa­dzone z zesła­nymi rosyj­skimi rewo­lu­cjo­ni­stami pozba­wiły go ostat­nich złu­dzeń. Ludzie ci, choć nie­na­wi­dzili caratu, nie dopusz­czali moż­li­wo­ści, by Pol­ska odro­dziła się jako nie­pod­le­głe pań­stwo w przed­ro­zbio­ro­wych gra­ni­cach. Nie, to nie byli bra­cia Moskale. To byli wro­go­wie.

W Sybe­rii pozna­łem Rosję wszel­kiego rodzaju: i tę, która więzi i chłosz­cze, i tę, która jest wię­ziona i chło­stana – wspo­mi­nał. – Wie­lo­krot­nie moje spo­strze­że­nia i wra­że­nia przy­wo­dziły mi na pamięć słowa Her­cena rzu­cane w twarz spo­łe­czeń­stwu rosyj­skiemu: W każ­dym z was jest kopa Muraw­jowa, jest atom Arak­cze­jewa. Rasa zimna i okrutna. Na Sybe­rii zro­zu­mia­łem, że ucisk poli­tyczny w Rosji jest funk­cją psy­cho­lo­gii rosyj­skiej16.

Tak ukształ­to­wany, w takim sta­nie ducha Wła­dy­sław Stud­nicki w 1896 roku opu­ścił Sybe­rię. Był w nastroju bojo­wym, miał nie­złomne posta­no­wie­nie kon­ty­nu­owa­nia zma­gań z rosyj­skim zaborcą.

Sprawa pol­ska według Stud­nic­kiego była sprawą anty­ro­syj­ską. Nie sprawą anty­au­striacką i na pewno nie anty­nie­miecką.

Prze­ko­na­nie to opie­rał na geo­gra­fii i histo­rii. Pod zabo­rem rosyj­skim znaj­do­wało się 81 pro­cent tery­to­rium Rze­czy­po­spo­li­tej. Pod zabo­rem austriac­kim 11 pro­cent, a pod zabo­rem nie­miec­kim – zale­d­wie 8 pro­cent.

Wnio­sek z tego mógł być tylko jeden. Tylko pobi­cie Rosji i wyzwo­le­nie zaboru rosyj­skiego umoż­liwi wskrze­sze­nie suwe­ren­nej pol­skiej pań­stwo­wo­ści. Cóż bowiem dałoby pobi­cie Nie­miec czy Austrii? Wyzwo­le­nie led­wie skraw­ków tery­to­rium, które nie mogłyby się ostać jako samo­dzielne orga­ni­zmy.

Prusy i Austria – dowo­dził Stud­nicki – zabrały jedy­nie pol­skie pro­win­cje. Rosja zaś zabrała Pol­skę. Dla­tego to Rosja była wro­giem numer jeden Pola­ków.

Nie było przy­pad­kiem, że to z Moskwą i Rosją Rzecz­po­spo­lita toczyła szes­na­ście zacie­kłych wojen. I że to w Rosję wymie­rzone były trzy wiel­kie powsta­nia naro­dowe.

Ostat­nią wojnę z całym pań­stwem nie­miec­kim Pol­ska toczyła zaś w… 1109 roku, za pano­wa­nia Bole­sława Krzy­wo­ustego. A więc osiem wie­ków wcze­śniej! Wojny z Zako­nem Krzy­żac­kim wyga­sły na początku XVI wieku. A Prusy, które wzięły udział w roz­bio­rach, były zale­d­wie jed­nym z sze­regu państw wcho­dzą­cych w skład Rze­szy.

Wła­dy­sław Stud­nicki nie postu­lo­wał jed­nak, aby roz­po­cząć walkę z Rosją natych­miast, bez oglą­da­nia się na dys­pro­por­cję sił i kon­se­kwen­cje. Sybe­ria wyle­czyła go z mło­dzień­czego mesja­ni­zmu i bez­kry­tycz­nej glo­ry­fi­ka­cji idei powstań­czej.

Obcu­jąc z potęgą, z nie­zmie­rzo­nymi prze­strze­niami impe­rium Roma­no­wów, zro­zu­miał, że następne pol­skie samotne powsta­nie musi się zakoń­czyć tak jak poprzed­nie. Klę­ską. Kolej­nym morzem krwi, kolej­nymi kon­fi­ska­tami, znisz­cze­niami i dłu­gimi kolum­nami ska­zań­ców pędzo­nych na Sybe­rię.

Nie, dowo­dził, tym razem należy to zro­bić porząd­nie.

1. Do kolej­nego boju z Rosją należy się odpo­wied­nio przy­go­to­wać. Trzeba mieć rozumny plan, broń i zastępy prze­szko­lo­nych ludzi.

2. Do kolej­nego boju z Rosją należy pozy­skać potęż­nego sprzy­mie­rzeńca, który będzie dążył do roz­bi­cia Rosji.

3. Do kolej­nego boju z Rosją Polacy muszą się zerwać w odpo­wied­nim momen­cie – gdy doj­dzie do wojny jed­nego ze świa­to­wych mocarstw z Rosją.

Stud­nicki uwa­żany był za roman­tyka – wspo­mi­nał Cat-Mac­kie­wicz. – Nie­wąt­pli­wie w swo­ich uczu­ciach i cha­rak­te­rze swego tem­pe­ra­mentu bliż­szy był poetom roman­tycz­nym, pie­śniom, które wywo­łały powsta­nie stycz­niowe, niż arty­ku­łom popo­wsta­nio­wych pozy­ty­wi­stów i orga­nicz­ni­ków. Ale od pol­skich roman­ty­ków róż­niło go zasad­ni­czo, kate­go­rycz­nie, bie­gu­nowo, zda­nie, które sobie dzięki swym stu­diom poli­tycz­nym wyro­bił:

Nie! Na samo­dzielne powsta­nie, to jest na powsta­nie wśród ogól­nego pokoju, nas nie stać. Jeste­śmy za słabi. Powsta­nie może się udać tylko pod­czas przy­szłej wojny.

Czy­ta­jąc to zda­nie Stud­nic­kiego, czło­wiek zamy­śla się głę­boko, dla­czego nasze powsta­nia w XIX wieku wybu­chały wła­śnie wtedy, kiedy Rosja była w sto­sun­kowo naj­lep­szych sto­sun­kach z innymi mocar­stwami17.

Stud­nicki na sybe­ryj­skie zesła­nie poje­chał jako roman­tyk rewo­lu­cjo­ni­sta, a wró­cił jako reali­sta.

Roz­dział 2

Kuj­cie broń!

Powró­ciw­szy z Sybiru przez Peters­burg do War­szawy, nasz boha­ter rzu­cił się w wir dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej. Stwier­dze­nia tego nie należy rozu­mieć jako meta­fory. Cze­góż Wła­dy­sław Stud­nicki w tym cza­sie nie robił! Owład­nięty – jak sam przy­zna­wał – „obse­sją” walki o nie­pod­le­głość poświę­cił jej całego sie­bie.

Był człon­kiem kilku par­tii. Napi­sał tysiące arty­ku­łów, memo­ria­łów i ulo­tek. Wystą­pił na tysiącu wie­ców, na któ­rych wygło­sił tysiąc pło­mien­nych prze­mó­wień. Patro­no­wał pierw­szej taj­nej anty­ro­syj­skiej orga­ni­za­cji zbroj­nej, podró­żo­wał po Euro­pie i Ame­ryce, aby zdo­by­wać popar­cie dla idei wyzwo­le­nia Pol­ski. Pisał bro­szury i książki.

Lata poprze­dza­jące wybuch Wiel­kiej Wojny były bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej inten­syw­nym okre­sem w jego życiu. Był wów­czas jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych, naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych pol­skich dzia­ła­czy poli­tycz­nych.

A jed­no­cze­śnie cier­piał, mio­tał się. Kochał Pol­skę, ale był roz­cza­ro­wany Pola­kami. Bo on chciałby, żeby cały naród był taki jak on. Żeby wszy­scy Polacy – jak jeden mąż – żyli tylko jedną myślą i jedną ideą: nie­pod­le­gło­ścią.

Prze­cież Pol­ska w nie­woli, prze­cież Moskale w War­sza­wie! Trzeba bić w wer­ble, mobi­li­zo­wać się do przy­szłej walki. Zbroić, szu­kać sojusz­ni­ków. Wszyst­kie te wezwa­nia prze­cho­dziły bez echa. Odbi­jały się – jak pisał Stud­nicki – „od sko­rupy apa­tii i bez­myśl­no­ści poli­tycz­nej naszego ogółu”18.

Rodacy zby­wali go wzru­sze­niem ramion.

W naro­dzie naszym – pisał – spo­ty­ka­li­śmy typ nie­zno­szący nie­woli. Typ, który byśmy nazwali czer­wo­no­skó­rym. I typ uro­dzo­nych nie­wol­ni­ków, który nazwiemy murzyń­skim. Przy­sto­so­wu­jemy się do nie­woli, stąd Murzy­nów ducho­wych mamy coraz to wię­cej, czer­wo­no­skó­rych coraz to mniej. Duch murzyń­ski zmu­sza nas szu­kać opar­cia się o Rosję, dla­tego, że ona nas katuje nie­mal już dwa wieki19.

Stud­nicki sie­bie oczy­wi­ście zali­czał do wojow­ni­czych Indian, a nie bier­nych Murzy­nów. Loja­lizm wobec cara, ugoda z domem panu­ją­cym, pogo­dze­nie z losem – wszystko to było mu wstrętne. Cała jego dzia­łal­ność miała na celu wyrwa­nie Pola­ków z apa­tii. „Zacho­wuje się jak czło­wiek – pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz – który by wśród słod­kiej nocy dzwo­nił na kory­ta­rzu, usi­łu­jąc obu­dzić śpią­cych”20.

Jed­nym z mitów histo­rii pol­skiej był mit o sil­nym i powszech­nym duchu nie­pod­le­gło­ścio­wym w okre­sie roz­bio­ro­wym – pisał syn Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, Kon­rad. – Rze­czy­wi­stość była inna. We wszyst­kich zabo­rach miały miej­sce dekla­ra­cje lojal­no­ści. Polacy słu­żyli jako ofi­ce­ro­wie w armiach państw zabor­czych i wielu z nich uzy­skało wpły­wowe sta­no­wi­ska na dwo­rach cesar­skich.

Zabory zra­stały się gospo­dar­czo z pań­stwami, do któ­rych nale­żały i w któ­rych wielu Pola­ków doro­biło się więk­szych czy mniej­szych for­tun. Nie pozo­stało to bez wpływu na sto­su­nek Pola­ków do państw zabor­czych oraz na nie­chęć albo obawę przed ruchem nie­pod­le­gło­ścio­wym. Zro­zu­mie­nie, że walka o nie­pod­le­głość była ideą mało popu­larną, jest konieczne dla zro­zu­mie­nia trud­no­ści w podej­mo­wa­niu akcji nie­pod­le­gło­ścio­wej przez Stud­nic­kiego21.

Trak­to­wano go jako groź­nego rewo­lu­cjo­ni­stę, a w naj­lep­szym razie ode­rwa­nego od rze­czy­wi­sto­ści marzy­ciela. Pol­ska została podzie­lona mię­dzy trzy naj­po­tęż­niej­sze mocar­stwa Europy. Trzy naj­po­tęż­niej­sze armie Europy trzy­mają straż przed jej wię­zie­niem. A ten Stud­nicki opo­wiada o jakiejś nie­pod­le­gło­ści. Prze­cież to są śmieszne mrzonki!

Zda­wało mi się, że jestem w walce ze swoim poko­le­niem – wspo­mi­nał Stud­nicki – że w tym poko­le­niu należę do owych nie­wielu, któ­rzy iskry pożaru z 1863 roku prze­niosą poko­le­niom następ­nym. Im więk­szy kąt odchy­le­nia odczu­wa­łem mię­dzy swymi poglą­dami a poglą­dami swego narodu, tym bar­dziej uzbra­ja­łem się do przy­szłej walki22.

Szu­ka­jąc narzę­dzi do tej walki – zmie­niał par­tie jak ręka­wiczki.

W latach 1897–1900 nale­żał do PPS, przez następne dwa lata do Stron­nic­twa Ludo­wego, a od roku 1902 do 1905 współ­pra­co­wał ze Stron­nic­twem Demo­kra­tyczno-Naro­do­wym. W każ­dym z tych ugru­po­wań nale­żał do par­tyj­nego kie­row­nic­twa – był mię­dzy innymi człon­kiem Cen­tra­li­za­cji Związku Zagra­nicz­nych Socja­li­stów Pol­skich – i z każ­dego odcho­dził w atmos­fe­rze skan­dalu i kon­fliktu. Za każ­dym razem z hukiem trza­skał za sobą drzwiami.

Socja­li­stów Stud­nicki pró­bo­wał nakło­nić do porzu­ce­nia socja­li­zmu i roz­po­czę­cia walki o nie­pod­le­głość Pol­ski.

Z ludo­wcami pokłó­cił się o sto­su­nek do ukra­iń­skich chło­pów. Oni widzieli w nich braci – on groź­nych kon­ku­ren­tów do pano­wa­nia nad Gali­cją Wschod­nią.

Z ende­kami z kolei poróż­nił się na tle sto­sunku do Rosji. Gdy Naro­dowa Demo­kra­cja tak­tycz­nie prze­szła na pozy­cje ruso­fil­skie, uznał ją za stron­nic­two zdrady naro­do­wej.

Stud­nicki miał zbyt silną oso­bo­wość, aby być człon­kiem par­tii. Nie potra­fił pod­po­rząd­ko­wać się cudzym pole­ce­niom. A tym bar­dziej – reali­zo­wać cudzego pro­gramu. Mógł reali­zo­wać tylko pro­gram wła­sny. „Nie wcią­gniemy was do Ligi Naro­do­wej – powie­dział kie­dyś Stud­nickiemu Roman Dmow­ski – bo wy jeste­ście zbyt samo­dzielną indy­wi­du­al­no­ścią i nie mogli­by­ście się pod­po­rząd­ko­wać dyrek­ty­wom obo­wią­zu­ją­cym dla członka Ligi”23.

Dmow­ski miał świętą rację.

Kie­dyś, gdy jesz­cze byłem w obo­zie socja­li­stycz­nym – wspo­mi­nał Stud­nicki – Daszyń­ski zapy­tał mnie:

– Z kim jeste­ście w zgo­dzie?

Odpo­wie­dzia­łem:

– Z samym sobą.

Tak, w życiu poli­tycz­nym Pol­ski, aby być w zgo­dzie z samym sobą, musia­łem cią­gle być w walce z innymi. Czu­jąc się w mniej­szo­ści, czu­jąc się nie­mal samotny, musia­łem ener­gią walki zastą­pić brak mas wcią­gnię­tych do walki, byłem więc bez­względny24.

Stud­nicki w pierw­szych latach po sybe­ryj­skim zesła­niu stu­dio­wał eko­no­mię i nauki poli­tyczne w Wied­niu i Heidel­bergu. Wiele mie­sięcy spę­dził w Lon­dy­nie. Stu­dia te miały olbrzymi wpływ na kształ­to­wa­nie się jego poglą­dów.

Doszedł do wnio­sku, że soli­dar­ność mię­dzy­na­ro­do­wego pro­le­ta­riatu i inne dogmaty ruchu robot­ni­czego są ste­kiem głupstw i non­sen­sów. Kapi­ta­lizm uznał za sys­tem znacz­nie bar­dziej efek­tywny niż socja­lizm. „Gdym zapra­gnął zerwać ze wszyst­kimi kłam­stwami socja­lizmu – wspo­mi­nał – musia­łem w końcu zerwać z socja­lizmem”25.

W roku 1901 Stud­nicki zamiesz­kał w Gali­cji. For­so­wał tam ideę tria­li­styczną. Zakła­dała ona, że zabór rosyj­ski po prze­pę­dze­niu z niego Rosjan zosta­nie połą­czony z austriacką Gali­cją. Zle­pione z nich pań­stwo pol­skie miało utwo­rzyć trzeci człon monar­chii Habs­bur­gów.

Nie trzeba doda­wać, że w takim mariażu wielka w porów­na­niu z Węgrami i Austrią Pol­ska w końcu zapewne zdo­mi­no­wa­łaby te kraje.

Drogą do urze­czy­wist­nie­nia tej kon­cep­cji była oczy­wi­ście wojna. Stud­nicki – który już wów­czas ujaw­nił swoje zdol­no­ści pro­fe­tyczne – wska­zy­wał, że na hory­zon­cie świa­to­wej poli­tyki poja­wiło się widmo dwóch kon­flik­tów zbroj­nych: Japo­nii z Rosją i Austro-Węgier z Rosją.

Gdy Stud­nicki mówił, że Japo­nia sta­nie w szranki z impe­rium Roma­no­wów (i wygra!), śmiano się z tak nie­do­rzecz­nego pomy­słu. Z jed­nej strony rosyj­ski kolos, z dru­giej – malutka egzo­tyczna Japo­nia. Bądźmy poważni, mówiono. Stud­nickiego uwa­żano za postrze­lo­nego fan­ta­stę, któ­remu nie­na­wiść do Rosji przy­sła­niała zdol­ność trzeź­wego myśle­nia.

A jed­nak to on miał rację. Wojna rosyj­sko-japoń­ska wybu­chła w roku 1904 i zakoń­czyła się trium­fem azja­tyc­kiego mocar­stwa. Stud­nicki w cza­sie tego kon­fliktu wysu­nął kon­cep­cję stwo­rze­nia pol­skich legio­nów u boku armii japoń­skiej. Sto­sowny memo­riał – za pośred­nic­twem brata, Wacława – zło­żył w amba­sa­dzie japoń­skiej w Paryżu. W odpo­wie­dzi dostał zapro­sze­nie do Tokio26.

Liczył on, że zbrojne zma­ga­nia Rosji z Japo­nią prze­ro­dzą się w wojnę świa­tową, która otwo­rzy przed Pol­ską szansę na wybi­cie się na nie­pod­le­głość. Nie­stety wojna rosyj­sko-japoń­ska pozo­stała kon­flik­tem lokal­nym. Austro-Węgry i Niemcy nie zde­cy­do­wały się do niej włą­czyć.

To, że prę­dzej czy póź­niej doj­dzie do wojny euro­pej­skiej, Stud­nicki uzna­wał jed­nak za pew­nik. Wyda­wał kolejne gazety, wystę­po­wał na wie­cach, ape­lo­wał do Pola­ków, by mobi­li­zo­wali siły na ten roz­strzy­ga­jący kon­flikt.

Wyko­rzy­stu­jąc odwilż, do któ­rej doszło po rewo­lu­cji 1905 roku, prze­niósł swoją dzia­łal­ność do War­szawy i Peters­burga. Cztery lata póź­niej, zagro­żony aresz­to­wa­niem, musiał jed­nak ucho­dzić z powro­tem do Gali­cji. Gra­nicę prze­kro­czył dosłow­nie w ostat­niej chwili, gdy taj­niacy Ochrany dep­tali mu już po pię­tach.

Austro-Węgro-Pol­ska

Uczu­łem, że sta­now­cza godzina się zbliża – wspo­mi­nał. – Przyjdą wypadki, które dadzą nam wyzwo­le­nie lub zagładę. Wojny pra­gną­łem, wojny nie­zwłocz­nej. Naj­sil­niej­szym pra­gnie­niem mojego życia było wyzwo­le­nie Pol­ski, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że Rosja będzie pobita, jeżeli wojna zaraz nastąpi. Nie czu­łem się zbie­giem, który nie­sie wylę­kłą głowę za gra­nicę, ale bojow­ni­kiem wiel­kiej sprawy.

Nie na hasłach huma­ni­tar­nych, nie na pra­wie narodu do bytu nie­pod­le­głego budo­wać będziemy naszą przy­szłość. Hasła – dym i kłam. Realna siła, na któ­rej budo­wać można nasze wyzwo­le­nie, to anta­go­ni­ści Rosji.

Gdym rzu­cał wzro­kiem na roz­ście­ła­jący się z okna wagonu kra­jo­braz – zary­so­wały się przed oczyma duszy pola bitew, linie ognia. Za nikim i niczym tak nie tęsk­ni­łem, jak do nad­cho­dzą­cej wojny27.

Stud­nicki dowo­dził, że nikt Pola­kom pań­stwa nie poda­ruje, że Polacy muszą sobie je wywal­czyć. Dla­tego nakła­niał gali­cyj­ską mło­dzież, aby wstę­po­wała do armii austriac­kiej i robiła w niej kariery ofi­cer­skie. Tak miały powsta­wać kadry przy­szłej armii nie­pod­le­głej Pol­ski.

Nawo­ły­wał też do pogo­to­wia bojo­wego, two­rze­nia na tere­nie Gali­cji orga­ni­za­cji para­mi­li­tar­nych. Maga­zy­no­wa­nia broni i pie­nię­dzy na sfi­nan­so­wa­nie przy­szłej walki. Był to czas ponow­nego zbli­że­nia z Pił­sud­skim, który reali­zo­wał ten sam pro­gram. Szy­ko­wał się do boju z Rosją u boku Austro-Węgier.

To walka o orien­ta­cję anty­ro­syj­ską, wów­czas austriacką – pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz. – Stud­nicki staje wtedy u boku Komen­danta Józefa Pił­sud­skiego, naraża się za Niego, w Nim widzi nadzieję Pol­ski. Prze­ła­muje śmie­chy i chi­choty, pod­łość i pod­łostki, kuleje przez kałuże pol­skiej koł­tu­ne­rii, pła­sko­ści, krót­ko­widz­twa. Pol­ska wzru­sza ramio­nami na Stud­nickiego, ale tak samo zresztą na strzel­ców, na hasła nie­pod­le­gło­ściowe28.

Swoje ówcze­sne poglądy Stud­nicki wyra­ził w słyn­nej, wyda­nej w 1910 roku, książce Sprawa pol­ska. Była to jedna z naj­waż­niej­szych, naj­bar­dziej prze­ło­mo­wych pol­skich ksią­żek tam­tej epoki. Autor opa­trzył ją cha­rak­te­ry­stycz­nym mot­tem, sło­wami Napo­le­ona Bona­par­tego: „Zoba­czymy, czy Polacy warci są być naro­dem”.

Nie pokój, a miecz nie­sie pierw­sza ćwierć wieku XX – wiesz­czył Stud­nicki – Aby nam tylko nie zbra­kło ducha ofiary, któ­rego wojna wymaga, dla przy­go­to­wa­nia się do wojny, stwo­rze­nia siły zbroj­nej. Nie wiel­kie walki spo­łeczne, nie rewo­lu­cja socjalna, ale wiel­kie walki naro­dów i państw cze­kają Europę. Kuj­cie broń! Kuj­cie broń! To jest twórz­cie siły mili­tarne, siłę czynną, nosi­cielkę ducha ofiary, pod­stawę podźwi­gnię­cia się z upadku29.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

J. Babiń­ski, Wła­dy­sław Stud­nicki, który idzie zawsze pod prąd, „Mer­ku­ry­usz Pol­ski Ordy­na­ry­iny”, 19 I 1936. [wróć]

S. Wacho­wiak, Wojna i oku­pa­cja 1939–1945, „Zeszyty Histo­ryczne” nr 77, Paryż 1986, s. 88. [wróć]

J. Babiń­ski, Wła­dy­sław Stud­nicki…[wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, War­szawa 1928, s. 7–8. [wróć]

K. Stud­nicki, Komen­tarz na temat życia i dzia­łal­no­ści Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, „Athe­na­eum” 10/2003, s. 54. [wróć]

Tamże, s. 53. [wróć]

K. Stud­nicki, Komen­tarz…, s. 53; W. Gizbert-Stud­nicka, Kraj lat dzie­cin­nych. Książka dla mło­dych serc, Wilno 1912. [wróć]

W. Stud­nicki, Tra­giczne manowce. Próby prze­ciw­dzia­ła­nia kata­stro­fom naro­do­wym 1939–1945, oprac. J. Gzella, Toruń 2001, s. 20. [wróć]

W. Rzy­mow­ski [pod ps. L. Wodziń­ski], Wła­dy­sław Stud­nicki. Frag­ment irre­denty pol­skiej, War­szawa 1917, s. 7. [wróć]

J. Mac­kie­wicz, Przed dwu­dzie­stu pię­ciu laty zmarł Wła­dy­sław Stud­nicki, [w:] tenże, B. Topor­ska, Droga Pani…, Lon­dyn 1998, s. 425. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Stu­le­cie uro­dzin Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, „Zeszyty Histo­ryczne” nr 9, Paryż 1966, s. 189. [wróć]

A. Pisko­zub, Nauki Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, „Arcana” 45/2002, s. 104; I. Kober­dowa, Socjalno-Rewo­lu­cyjna Par­tia Pro­le­ta­riat, War­szawa 1981. [wróć]

J. Mac­kie­wicz, Wła­dy­sław Stud­nicki, [w:] tenże, B. Topor­ska, Droga Pani…, s. 75–77. [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, s. 26. [wróć]

Tamże, s. 21. [wróć]

Tamże, s. 22–24. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Stu­le­cie uro­dzin…, s. 189. [wróć]

W. Stud­nicki, Sprawa pol­ska, Poznań 1910, s. 518. [wróć]

Tamże, s. 563. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Stu­le­cie uro­dzin…, s. 187. [wróć]

K. Stud­nicki, Komen­tarz…, s. 55. [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, s. 66 i 120. [wróć]

Tamże, s. 74. [wróć]

Tamże, s. 100. [wróć]

W. Stud­nicki, Sprawa pol­ska, s. 514. [wróć]

W. Jędrze­je­wicz, Sprawa „Wie­czoru”. Józef Pił­sud­ski a wojna rosyj­sko-japoń­ska, 1904–1905, Paryż 1974. [wróć]

W. Stud­nicki, Z prze­żyć i walk, s. 212 i 223. [wróć]

S. Cat-Mac­kie­wicz, Cztery walki Wła­dy­sława Stud­nic­kiego, „Słowo”, 26 I 1936. [wróć]

Tamże, s. 7, 568, 574 i 576. [wróć]

Copy­ri­ght © by Piotr Zycho­wicz 2020

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Grze­gorz Dziam­ski

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Zbi­gniew Miel­nik

Foto­gra­fia na okładce © Naro­dowe Archi­wum Cyfrowe

Wydawca pod­jął wszel­kie sta­ra­nia w celu usta­le­nia wła­ści­cieli praw autor­skich repro­duk­cji zamiesz­czo­nych w książce.

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Ger­ma­no­fil, wyd. I, Poznań 2020)

ISBN 978-83-8188-781-6

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer