Pakt Piłsudski-Lenin. Czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium - Piotr Zychowicz - ebook
Opis

Fascynująca opowieść o tym, jak Józef Piłsudski odrzucił możliwość zdobycia Moskwy.

Podczas wojny 1920 roku Polacy dwukrotnie mogli zdobyć Moskwę i obalić reżim bolszewików. Musieliby jednak zawrzeć przymierze z białymi rosyjskimi generałami. Najpierw z Antonem Denikinem, potem z Piotrem Wranglem.

Niestety Józef Piłsudski odrzucił tę możliwość i podjął tajne rozmowy z Włodzimierzem Leninem. Uważał bowiem, że Rosja czerwona będzie dla Polski mniej groźna niż biała.

Był to katastrofalny błąd. Polacy nie tylko ocalili bolszewizm, ale i zaprzepaścili szansę na odbudowę potężnej Rzeczypospolitej w przedrozbiorowych granicach.

Choć wygraliśmy bitwę warszawską, cała wojna z bolszewikami skończyła się dla nas klęską. Podpisując w 1921 roku fatalny traktat ryski, rzuciliśmy na pastwę Sowietów połowę terytorium Rzeczypospolitej i półtora miliona Polaków. Ludzie ci padli ofiarą czerwonego holokaustu.

Polska zapłaciła za to gorzką cenę 17 września 1939 roku…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 516

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Był to triumf, ale tego rodzaju, że jeszcze kilka takich triumfów – a koniec Polski.

Władysław Studnicki

WPROWADZENIE

Rozdział 1

Polacy na Kremlu ’20

Potężna armia inwazyjna marszałka Michaiła Tuchaczewskiego została rozniesiona w puch. Bolszewicy w popłochu uciekali na wschód. Drogę ich odwrotu znaczyły końskie i ludzkie trupy, porzucony sprzęt wojskowy i rozbite furmanki. Wiatr rozwiewał po polach banknoty z rozbitych kas pułkowych i propagandowe ulotki zapowiadające rychły podbój świata.

Pierwsze lanie czerwoni dostali 15 sierpnia 1920 roku na przedpolach Warszawy. Cios ostateczny armia Rzeczypospolitej zadała im w wielkiej bitwie nad Niemnem. Wojska Józefa Piłsudskiego doścignęły uciekającego nieprzyjaciela i z marszu, z pełnym impetem uderzyły na sowieckie dywizje. Był 28 sierpnia 1920 roku. Cały front Armii Czerwonej poszedł ostatecznie w rozsypkę. Na Kremlu wybuchła panika.

Reżim bolszewicki został bowiem wzięty w nieubłaganie zaciskające się kleszcze. Z zachodu nacierali Polacy, a na froncie południowym pod biało-niebiesko-czerwonymi sztandarami do przodu szła biała armia rosyjskiego generała Piotra Wrangla zwanego Czarnym Baronem. W tej rozpaczliwej dla rewolucji sytuacji Włodzimierz Lenin wystąpił wobec Warszawy z ofertą zawarcia natychmiastowego zawieszenia broni.

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski stanął przed dylematem. Mógł podpisać rozejm i pozwolić, aby wojna polsko-bolszewicka zakończyła się bez rozstrzygnięcia. Albo wykorzystać do końca zwycięstwo pod Warszawą. Czyli pójść na Moskwę, aby w kolebce urwać łeb czerwonej bestii. Po krótkim wahaniu wybrał drugie rozwiązanie. Rozkaz był krótki: „Do ataku!”. Polskie wojska ruszyły z kopyta, rozbijając grupki sowieckich maruderów, które ocalały z pogromu armii Tuchaczewskiego.

Tempo polskiej ofensywy było zawrotne. 5 września wyzwolona została Lida, 8 września Mińsk, a 12 września Orsza i Mohylew. Wkraczające oddziały wszędzie były entuzjastycznie witane przez miejscowych Polaków. 15 września polskie wojska stanęły w Bramie Smoleńskiej, osiągając przedrozbiorową granicę Rzeczpospolitej z 1772 roku. Naród ogarnęła euforia, spełniały się najśmielsze marzenia pokoleń Polaków. W kościołach Poznania, Warszawy, Wilna, Lwowa, Mińska i Kijowa bito w dzwony.

Po krótkim odpoczynku i podciągnięciu odwodów Józef Piłsudski wydał rozkaz, który przeszedł do historii jako „dyrektywa moskiewska”. Nakazywał on podjęcie marszu na bolszewicką stolicę. Naczelnik Państwa wszedł na szlak, którym w 1610 roku podążał hetman Stanisław Żółkiewski i jego husaria. Cofnął wskazówki zegara do czasów największej świetności oręża i politycznej potęgi Rzeczypospolitej.

Smoleńsk padł po krótkim oblężeniu. Załoga miasta wyrżnęła swoich komisarzy politycznych i przeszła na stronę Polaków. Na ulice, aby powitać wyzwolicieli, wyległy wiwatujące tłumy, pod kopyta ułańskich koni sypały się naręcza kwiatów. Na budynkach pojawiły się obok siebie flagi biało-czerwone i rosyjskie trójkolorowe. Zerwane z masztów czerwone szmaty walały się w rynsztokach.

Marszałek Piłsudski, który triumfalnie wjechał do miasta, wydał uroczystą odezwę do narodu rosyjskiego:

Bracia Moskale!

Wojska Rzeczypospolitej Polskiej na rozkaz mój ruszyły naprzód, wstępując głęboko na ziemie Rosji. Ludności ziem tych czynię wiadomem, że wojska polskie usuną bolszewików z terenów przez naród rosyjski zamieszkanych. Usuną naszego wspólnego wroga, który niósł wam gwałt, rozbój i grabieże. Wojska polskie pozostaną w Rosji przez czas potrzebny po to, by władzę na ziemiach tych mógł objąć prawy rząd rosyjski.

Z chwilą, gdy rząd narodowy Rosji powoła do życia władze państwowe zdolne uchronić kraj ten przed nawrotem azjatyckiego bolszewizmu, a wolny naród sam o losach swoich stanowić będzie mocen – żołnierz polski powróci w granice Rzeczypospolitej Polskiej, spełniwszy szczytne zadanie walki o wolność ludów.

Razem z wojskami polskiemi wracają na ziemie rosyjskie szeregi walecznych jej synów pod wodzą premiera Borisa Sawinkowa i generała Borisa Piermikina. Szeregi, które w Rzeczypospolitej Polskiej znalazły schronienie i pomoc w najcięższych dniach próby dla ludu rosyjskiego.

Wierzę, że naród rosyjski wytęży wszystkie siły, by z pomocą Rzeczypospolitej Polskiej wywalczyć wolność własną i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, któremi cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju.

Józef Piłsudski

Wódz Naczelny Wojsk Polskich

20 września 1920 r., kwatera główna w Smoleńsku

Do Smoleńska u boku Polaków wkroczyła wspomniana przez Naczelnika Państwa rosyjska 3. Armia. Była to stworzona w Polsce antybolszewicka formacja zbrojna. W Smoleńsku proklamowano zaś powstanie nowego, demokratycznego rządu Rosji, na czele którego stanął przybyły z Warszawy przywódca eserowców Boris Sawinkow.

Choć na początku kampanii armia Piermikina liczyła zaledwie 20 tysięcy bagnetów i szabel, z każdym dniem ofensywy powiększała swoje stany. Na jej stronę przechodziły całe oddziały Armii Czerwonej, masowo garnęli się do niej nowi rekruci. Polacy i ich rosyjscy sojusznicy nie marnowali bowiem czasu. 4 października wyzwolili Wiaźmę, a 10 października Możajsk. Dzień później stanęli na przedpolach Moskwy.

Aż do tego miejsca Polacy i Rosjanie niemal nie natrafili na opór. Armia Czerwona po klęskach pod Warszawą i nad Niemnem była w stanie rozkładu. Morale padło, dowódcy stracili głowę, żołnierze nie mieli broni, amunicji, a nawet butów i mundurów. Duża część jednostek Armii Czerwonej zaangażowana była na Syberii i w innych częściach kraju ogarniętych pożogą gwałtownych chłopskich i kozackich powstań. Na Kaukazie do walki zerwali się Gruzini, Azerowie i Ormianie.

Krytyczna dla bolszewików sytuacja wytworzyła się również na Rusi. Wojska polskiego Frontu Południowego i walcząca u ich boku armia atamana Symona Petlury wyzwoliły Kijów i przekroczyły Dniepr. Następnie w rejonie Czerkasów połączyły się z kontrrewolucyjną armią Wrangla. Po krótkim przegrupowaniu potężne polsko-rosyjsko-ukraińskie siły zaczęły nacierać w kierunku Moskwy. Wątły reżim bolszewicki zaczął trzeszczeć w szwach.

Towarzysze! – krzyczał histerycznie Lenin na wielkim wiecu zwołanym w Moskwie. – Nasza święta sprawa, sprawa światowej rewolucji proletariatu, znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Ważą się losy komunizmu! Ważą się losy klasy robotniczej! Polscy imperialiści zbliżają się do naszej stolicy. Wszystkie siły do obrony Moskwy! Wszystkie siły dla frontu zachodniego! Zwycięstwo albo śmierć!

Bolszewicy przeprowadzili totalną mobilizację. Wyciągnęli z biur działaczy partyjnych, urzędników, a nawet czekistów. A z fabryk zaufanych robotników. Rozdali im karabiny i utworzyli naprędce szturmowe formacje, które miały opanować panikę szerzącą się w szeregach Armii Czerwonej.

Większość posiłków, które Lew Trocki próbował ściągnąć z odległych części Rosji, utknęła po drodze. Drogi i linie kolejowe zostały zablokowane przez chłopskich rebeliantów – „zielonych” – którzy na wieść o postępach polskiej ofensywy zdwoili siły w walce ze znienawidzonym reżimem. Bolszewikom we znaki dawała się również operująca na wschodniej Rusi armia anarchistycznego watażki Nestora Machny.

Ludność Rosji nie ukrywała wrogiego stosunku do czerwonych. Kraj ogarnęła fala strajków, głodni ludzie wychodzili na ulice. Rozpoczęły się ataki na pojedynczych żołnierzy i akty sabotażu. Zapłonęły komitety partyjne i siedziby Czeki. Tłumy rozbijały więzienia i łagry. Rosjanie mieli dość krwawego terroru i nędzy, które zafundował im Lenin.

Wszystko to utrudniało Sowietom przygotowania do rozstrzygającej bitwy o Moskwę. Dowodzący wojskami inwazyjnymi Józef Piłsudski ściągał tymczasem posiłki i dokonywał przegrupowania. U boku Polaków znalazły się liczne formacje sojusznicze: rosyjska armia generała Piermikina, brygada Kozaków dońskich Aleksandra Salnikowa, dywizja Kozaków kubańskich esauła Wadima Jakowlewa i złożona z antykomunistycznych idealistów wielonarodowa armia legendarnego zagończyka generała Stanisława Bułak-Bałachowicza.

Polacy dysponowali nowoczesnym uzbrojeniem pochodzącym ze świeżych amerykańskich i francuskich dostaw. Morale stało wysoko. Wojsko Polskie było uskrzydlone zawrotnymi sukcesami ostatnich tygodni. Żołnierze zdawali sobie sprawę, że biorą udział w wydarzeniach, które dla ich państwa i narodu mają charakter epokowy. Chodziło bowiem nie tylko o wygranie kampanii. Gra toczyła się o wykucie imperium.

Żołnierze! – napisał Józef Piłsudski w odezwie do wojska. – Wybiła dziejowa godzina. Jesteście spadkobiercami dzielnych rycerzy Rzeczypospolitej Obojga Narodów, którzy trzy wieki temu, rozbiwszy hufce Moskali, zatknęli polską chorągiew na kremlowskich wieżach. Tak jak oni wtedy, tak i wy teraz piszecie historię. Cała Rzeczpospolita patrzy na was z podziwem i nadzieją. Śmierć bolszewickiej zarazie! Niech żyje wielka Polska!

Do wielkiej bitwy – którą Edgar Vincent D’Abernon nazwał później trzecią najważniejszą batalią w dziejach świata – doszło 6 listopada 1920 roku. Gdy Polacy ruszyli do natarcia, przywitał ich grad pocisków artyleryjskich i gęsty ogień kulomiotów. W pierwszej sowieckiej linii stanęły elitarne jednostki fanatycznych komunistów. Wiedzieli bowiem, że gra toczy się nie tylko o przetrwanie rewolucji, ale również o ich życie. Jasne było, że po okrucieństwach, jakich dokonywali w Polsce, pardonu nikt im dawać nie będzie.

Polaków ten zdecydowany opór zaskoczył. Ich natarcie straciło impet, aż w końcu ugrzęzło. Był to przełomowy moment bitwy, kiedy wydawało się, że czerwoni zdołają się obronić. Wówczas jednak doszło do wydarzenia, które złośliwa opozycyjna prasa warszawska nazwała później „Cudem pod Moskwą”. Otóż kawaleria generała Bułak-Bałachowicza pod osłoną nocy przekradła się między sowieckimi dywizjami i teraz jak grom z jasnego nieba spadła na bolszewickie tyły.

Malowniczy wschodni jeźdźcy jakby żywcem wyjęci z kart Trylogii Sienkiewicza z groźnym okrzykiem bojowym zaczęli rąbać szablami przerażonych bolszewików. Ten nagły atak wywołał panikę, która szybko ogarnęła całe sowieckie linie. Dywizja za dywizją czerwonoarmiści zaczęli rzucać broń i rozbiegać się na wszystkie strony.

Widząc, co się dzieje, polskie dowództwo rzuciło piechotę do frontalnego natarcia. Polacy wdarli się między nieprzyjacielskie pozycje. Komunistyczne oddziały złożone z Łotyszy, Węgrów, czekistów i członków partii bolszewickiej zostały wycięte w pień. A następnie polscy wyzwoliciele na karkach niedobitków wpadli na ulice czerwonej stolicy.

W mieście rozegrały się sceny mrożące krew w żyłach. Zdobywcy, wsparci przez tłumy moskwian, polowali na komunistów. Doszło do linczów na bolszewickich katach, których wywlekano z komitetów partyjnych i mieszkań. Załoga Łubianki została rozerwana na strzępy przez rozwścieczonych bliskich ofiar czerwonego terroru. Po ulicach walały się porzucone dokumenty, legitymacje partyjne i mundury. Komuniści starali się wmieszać w tłum i ocalić życie.

Zgromadzeni na Kremlu członkowie Rady Komisarzy Ludowych do końca nie zdawali sobie sprawy z katastrofy. Dowiedzieli się o niej, dopiero gdy przez okno sali plenarnej wpadł pocisk artyleryjski. Komisarze z wrzaskiem pospadali z krzeseł, posypały się na nich ostre jak brzytwa odłamki szkła i kawałki cegieł.

Tak oto swoje przybycie zaanonsował oddział zagończyków z Wielkiego Księstwa Litewskiego dowodzony przez rotmistrza Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszkę”. To jego żołnierze podtoczyli na plac Czerwony zdobyczne działo i oddali strzał w stronę Kremla. Oni też wysiekli ochronę budynku i wdarli się do środka.

Włodzimierz Lenin próbował – w przebraniu kobiety – wymknąć się tylnym wyjściem. Drogę zagrodził mu młody ułan, który dojrzawszy wąsy i brodę pod babską chustą, wzniósł ramię do ciosu. Słońce błysnęło na klindze szabli. Polak celował w szyję, chcąc zrąbać czerep, ale nie trafił. Cios poszedł w powietrze. Lenin, zanim dosięgła go szabla, padł bowiem trupem. Jak ustalili później w trakcie sekcji zwłok wybitni rosyjscy lekarze, ze strachu dostał silnego ataku serca.

Tym młodym kawalerzystą był litewski ziemianin Józef Mackiewicz. Wówczas osiemnastoletni ochotnik, a w przyszłości najwybitniejszy polski prozaik. Kilka miesięcy po zdobyciu Moskwy w rodzinnym Wilnie Józef Piłsudski za ten bohaterski czyn udekorował go krzyżem Virtuti Militari.

Lwa Trockiego Polacy znaleźli ukrytego w kremlowskiej latrynie. Wywleczony za uszy na plac Czerwony został – ku uciesze gawiedzi – powieszony na najbliższym drzewie. Obok niego zawisnęli inni komuniści: Nikołaj Bucharin, Gieorgij Cziczerin i Karol Radek. Ten sam los spotkał zdrajców Feliksa Dzierżyńskiego, Juliana Marchlewskiego, Józefa Unszlichta i Feliksa Kona, członków Polskiego Komitetu Rewolucyjnego, który w imieniu Kremla miał rządzić ujarzmioną Polską. Z całego tego towarzystwa jedynie „Krwawy Feliks” przyjął śmierć z godnością i nie błagał o litość.

Na wieść o upadku Moskwy kapitulowały dywizje Armii Czerwonej walczące na południu przeciwko Polakom, Ukraińcom i armii Wrangla. Komisarz polityczny tego frontu, Józef Stalin, włożył sobie w usta niemiecki pistolet Walther i nacisnął spust. Kula przeszła przez kark, druzgocząc kręgi szyjne. Gdy do sowieckiej kwatery wdarli się polscy żołnierze, zobaczyli sowieckiego dygnitarza leżącego na ziemi z dziurą w tyle czaszki. Pistolet jeszcze dymił.

To był koniec komunizmu. Ludobójczego systemu, który przez trzy lata zgładził setki tysięcy ludzi. Była to więc choroba gwałtowna, ale – na szczęście dla Rosji, Polski i całego świata – krótka.

Nad Kremlem tymczasem pierwszy raz od 1612 roku załopotał polski sztandar. A wkrótce na placu Czerwonym Józef Piłsudski, premier Boris Sawinkow i generał Piotr Wrangel przyjmowali wielką polsko-rosyjską defiladę zwycięstwa nad bolszewikami. Tłumy mieszkańców miasta wiwatowały na widok ułanów w rogatywkach jadących strzemię w strzemię z kirasjerami z moskiewskiego pułku lejbgwardii.

Obietnica Józefa Piłsudskiego o szybkim opuszczeniu przez Wojsko Polskie terenu Rosji niestety nie została dotrzymana. Ale nikt o to do Polaków nie miał pretensji. Mimo pokonania bolszewików sytuacja Rosji – która została ogłoszona republiką parlamentarną – była bowiem krytyczna. Nowe władze nie były zdolne zapanować nad licznymi buntami i powstaniami.

Opór nowej władzy stawiała bolszewicka partyzantka, „zieloni” oraz plemiona Dalekiego Wschodu. Gospodarka spustoszonego przez wojnę domową kraju była w stanie katastrofalnym. Co gorsza lewicowy premier Sawinkow ustawicznie darł koty z prawicowym prezydentem Wranglem. Sami Rosjanie poprosili więc Polaków, aby zostali i pomogli im w posprzątaniu bałaganu, który pozostał po bolszewikach.

Słaba, uzależniona od Polski Rosja podpisała z Rzecząpospolitą traktat o ostatecznym przebiegu granic. Wrangel, choć nie był zachwycony takim obrotem spraw, nie miał wyboru i musiał uznać utworzone przez Józefa Piłsudskiego imperium. W jego skład weszły Polska, Ukraina, Wielkie Księstwo Litewskie, Łotwa i Estonia. Kraje te zostały połączone więzami federacji. Finlandia, Rumunia, Gruzja, Armenia i Azerbejdżan stały się zaś częścią polskiej strefy wpływów. Ów potężny blok rozciągał się na olbrzymiej przestrzeni między Zatoką Fińską a Morzem Kaspijskim.

Federacja Piłsudskiego stanowiła barierę przeciwko rewizjonistycznym apetytom Rosji i Niemiec. Uznawszy fakty dokonane, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Francja porzuciły swoją rosyjską sojuszniczkę i zawarły z Polską umowę o sojuszu wojskowym i wymianie handlowej. Tak oto Rzeczpospolita wróciła na swoje miejsce, które na sto pięćdziesiąt lat odebrała jej Rosja. Było to miejsce hegemona Europy Wschodniej. Choć od opisywanych wydarzeń minęło dziewięćdziesiąt pięć lat, nie zmieniło się to do dziś.

Warszawa szybko zdetronizowała Paryż i stała się kulturalną stolicą Europy. Powstały w niej wspaniałe sale koncertowe, muzea i galerie. Z całego kontynentu do polskiej stolicy zjeżdżali poszukujący szczęścia i szczodrych mecenasów artyści. Do tej ostatniej roli idealnie nadawali się bajecznie bogaci magnaci Litwy i Rusi, których włości rozciągały się na szerokich przestrzeniach wschodu. Jednym z nich był książę Janusz Radziwiłł.

Pewnego razu, 1 września 1939 roku, książę siedział w salonie swojego warszawskiego pałacu, popijał kawę i stawiał porannego pasjansa. Przyjemną chwilę przerwał mu kamerdyner, który zaanonsował przybycie ubogiego zagranicznego malarza. Książę raczył przyjąć gościa, przybył on bowiem z polecenia jednego z radziwiłłowskich przyjaciół.

Interesant przedstawiał sobą żałosny widok. Stanął przed księciem w wymiętym pocerowanym garniturze i dziurawych butach. Mówił łamaną polszczyzną, był wyraźnie zdenerwowany i speszony. Jego głos przechodził momentami w skrzek, zdecydowanie zbyt mocno gestykulował. Malarz spoglądał na arystokratę pokornym, psim wzrokiem.

Pod pachą miał teczkę ze swoimi pracami. Obrazy były słabe i nie spodobały się wyraźnie znudzonemu księciu. Kierowany litością kupił jednak dwa za pięćdziesiąt złotych. Kazał malarza nakarmić w kuchni i wypuścić czarnymi schodami. Wzruszony artysta na pożegnanie długo czapkował arystokracie.

Jeszcze tego samego dnia książę Radziwiłł spotkał się na raucie w Polskim Towarzystwie Kolonialnym (Polska kupiła akurat od Wielkiej Brytanii Ugandę) ze swoim przyjacielem.

– No i jakże ci się spodobał ten nasz niemiecki malarz? – spytał przyjaciel. – Prawda, że pocieszny?

– Mówiąc szczerze, mój drogi, jakoś nie przypadł mi do gustu – odparł książę Janusz Radziwiłł, zastanawiając się nad dobraniem właściwej sałatki do śledzia. – Ale to, zdaje się, nie jest Niemiec, tylko Austriak.

– Czy to nie wszystko jedno?

– Rzeczywiście, wszystko jedno. Straszny jednak z niego gaduła. I antysemita.

Rozdział 2

Dobić komunę, odzyskać imperium

Alternatywny scenariusz przedstawiony w poprzednim rozdziale mógł się spełnić, gdyby jeden człowiek zmienił jedną decyzję. Chodzi o Naczelnika Państwa i naczelnego wodza wojsk polskich Józefa Piłsudskiego. Człowieka, który słusznie uznawany jest za jedną z najważniejszych postaci w dziejach Polski. Mało kto jednak wie, że niewiele zabrakło, aby Piłsudski odegrał również decydującą rolę w dziejach świata.

W jego rękach znajdował się bowiem nie tylko los Rzeczypospolitej, ale również Rosji i co najmniej kilkudziesięciu innych krajów. Od jego decyzji zależało bowiem, czy ideologia komunistyczna przetrwa, czy też zostanie zmiażdżona i będzie tylko krwawym epizodem w dziejach Europy.

Podczas wojny polsko-bolszewickiej Wojsko Polskie dwukrotnie – w roku 1919 i 1920 – stanęło przed pewną szansą na zadanie reżimowi Włodzimierza Lenina śmiertelnego ciosu. Aby to zrobić, należało się jednak sprzymierzyć z armiami białych i wziąć czerwonych w dwa ognie. Piłsudski niestety nie potrafił jednak się wznieść ponad niechęć do Rosji, zapomnieć o historycznych krzywdach i osobistych urazach. Nie zrozumiał natury komunizmu, który uważał za mniejsze zło od „carskiego imperializmu”.

Zamiast zdobyć Moskwę i powiesić Włodzimierza Lenina na suchej gałęzi, Naczelnik Państwa podjął z sowieckim dyktatorem tajne negocjacje i zawarł nieformalny, tajny pakt Piłsudski–Lenin. Tym samym ocalił bolszewizm. Był to błąd o wymiarze dziejowym. Błąd, który zgubił Rosję, a w dłuższej perspektywie Polskę.

Według bardzo zaniżonych szacunków z Czarnej księgi komunizmu ideologia ta pochłonęła na całym świecie 100 milionów ofiar śmiertelnych. Setki milionów ludzi zamknęła w więzieniach i obozach koncentracyjnych, wpędziła w otchłań nędzy, złamała im życie. I nie jest to wcale bilans zamknięty. Komunizm bowiem wciąż istnieje w pięciu krajach świata – Chinach, Korei Północnej, Wietnamie, Laosie i na Kubie. I wciąż zabija.

Komunizm jest jednak nie tylko najbardziej ludobójczym systemem, jaki wymyślił człowiek. Jest również systemem najbardziej totalitarnym. Tylko pod rządami komunistów dzieci donoszą na rodziców. Tylko pod rządami komunistów podsądni miotają pod własnym adresem najgorsze oskarżenia i domagają się dla siebie kary śmierci. Tylko pod rządami komunistów państwo kontroluje myśli swoich obywateli.

„Postępowi” intelektualiści z Zachodu wpadają w amok, gdy ktoś próbuje porównać komunizm do narodowego socjalizmu. W rzeczywistości komunizm do narodowego socjalizmu porównywać nie tylko można, ale nawet należy. Porównanie takie dowodzi bowiem niezbicie, że komunizm był systemem wielokroć gorszym niż narodowy socjalizm. Hitler był tylko nieśmiałym naśladowcą Lenina i Stalina. Ich niewprawnym uczniem.

Wśród kilkudziesięciu krajów świata, które zostały dotknięte bakcylem czerwonej epidemii, znalazła się też Polska. Dwadzieścia lat po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej Sowieci zaatakowali nas ponownie. W wyniku II wojny światowej Rzeczpospolita podzieliła los Rosji, której nie podała dłoni, gdy znalazła się ona w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Bolszewicy wymordowali naszych oficerów, zgładzili nasze elity i zdeprawowali nasze społeczeństwo. Przetrącili kręgosłup narodowi polskiemu, tak jak wcześniej przetrącili go rosyjskiemu.

Wbrew temu, co twierdzili i twierdzą marksiści, ta dziejowa tragedia wcale nie musiała się wydarzyć.

Wcale nie musiało dojść do Wielkiego Głodu, Wielkiego Terroru i całej upiornej epoki Józefa Stalina.

Nie musiała wybuchnąć tak zwana Wielka Wojna Ojczyźniana, a wszystkie popełnione podczas niej mrożące krew w żyłach zbrodnie nie musiały zostać popełnione.

Europa Środkowo-Wschodnia wcale nie musiała się znaleźć pod butem Armii Czerwonej. Czechosłowacja, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Estonia, Łotwa i wiele innych krajów mogło się cieszyć wolnością.

Nie musiały się narodzić komunistyczne Chiny, komunistyczna Kuba i Wietnam. Pol-Pot nie musiał wyrżnąć na „polach śmierci” połowy mieszkańców Kambodży, a Mengystu Hajle Marjam zdziesiątkować Etiopczyków.

Nie musiało być wojny w Afganistanie, Wietnamie, Korei i wszystkich innych konfliktów zimnej wojny.

Nie musiała powstać III Rzesza. Narodowy socjalizm był bowiem tylko niemiecką odpowiedzią na komunizm i gdyby bolszewizm przestał istnieć w 1920 roku, Adolf Hitler pozostałby nikomu nie znanym biedującym malarzem.

NKWD nie przeprowadziłby „operacji polskiej”, która w latach 1937–1938 pochłonęła życie co najmniej 200 tysięcy naszych rodaków.

Nie doszłoby także do agresji 17 września i deportacji setek tysięcy Polaków na Syberię w latach 1939–1941. Nikt by nie strzelał naszym oficerom w tył czaszki w katyńskim lesie.

Nie byłoby koszmaru akcji „Burza”, Powstania Warszawskiego i wszystkich innych sowieckich zbrodni i prowokacji wymierzonych w naród polski.

Nie byłoby PRL-u, Bieruta, Bermana, Gomułki, Różańskiego i UB.

Wojciech Jaruzelski pozostałby miłym chłopakiem z dobrego domu.

Gdyby Józef Piłsudski w latach 1919–1920 sprzymierzył się z rosyjskimi patriotami i wydał rozkaz marszu na Moskwę, losy Europy, Rosji i Polski potoczyłyby się całkowicie innymi torami. Świat bez komunizmu byłby lepszym miejscem.

Wybitny niemiecki generał i strateg Max Hoffmann nazwał I wojnę światową „wojną straconych okazji”. Określenie to jak ulał pasuje do wojny polsko-bolszewickiej. Jednoczesny upadek wszystkich trzech mocarstw zaborczych otworzyłby przed Polakami olbrzymie możliwości. Mogliśmy nie tylko odzyskać niepodległość, ale również restaurować mocarstwo stworzone przez naszych przodków. Nie kadłubową „Polskę dla Polaków”, ale imperialną Rzeczpospolitą od morza do morza, w której herbie obok Orła Białego znalazłoby się miejsce dla litewskiej Pogoni i patrona Rusi, Archanioła Michała.

Militarnie było to do osiągnięcia. Zarówno w 1919, jak i w 1920 roku odzyskanie granicy z 1772 roku leżało w zasięgu naszych żołnierzy. Mimo wspaniałego zwycięstwa w bitwie warszawskiej stało się inaczej. Zatrzymaliśmy się w pół drogi. O krok od wielkości. O krok od imperium.

18 marca 1921 roku podpisany został polsko-sowiecki układ pokojowy, który do historii przeszedł jako traktat ryski. Był to jeden z najczarniejszych, najbardziej haniebnych dni w dziejach naszego państwa i narodu. Polska do spółki z Sowietami dokonała rozbioru Rzeczypospolitej. Oddaliśmy wrogowi połowę własnego terytorium i wydaliśmy na pastwę czerezwyczajki 1,5 miliona rodaków. Przyszłe pokolenia Polaków będą się wstydzić za ten akt zdrady.

Traktat ryski był nie tylko nikczemny. Był również aktem głupoty politycznej. Odroczonym w czasie samobójstwem. Ocalił on bowiem ostatecznie bolszewizm przed niechybną klęską, a stworzona w jego wyniku Polska była państwem zbyt słabym. Wypierając się braci znad Berezyny i Dniepru, nasi przywódcy podpisali wyrok śmierci na całą Polskę.

Apologetycy ryscy – pisał Michał K. Pawlikowski, wybitny pisarz polski pochodzący z Mińszczyzny – chełpili się racją stanu i „wstrzemięźliwością”. Oddanie bez walki wielkiego terytorium z kilku milionami mieszkańców poczytane zostało za wielką mądrość polityczną. A wszak każde cofnięcie się jest porażką!

To tylko w prozie artystycznej istnieje figura poetycka o lwie, który się cofa dla nabrania przestrzeni do skoku. W życiu żaden lew się nie cofa: po prostu skacze i dzierży zdobycz, chyba że mu ktoś mocniejszy odbierze tę zdobycz siłą.

Po drugie nikt z nas nie zamierzał „skoczyć”. A jednak obłudny i płaczliwy mit o naszej „wstrzemięźliwości” nie tylko pokutował w okresie dwudziestolecia, lecz ostał się – a nawet rozwinął – do naszych czasów. Ostał się bowiem z tragiczną poprawką, że z linii traktatu ryskiego cofamy się już na „linię Curzona”.

Tak, prawda o wojnie polsko-bolszewickiej jest szokująca. Choć powtarza się nam, że zakończyła się ona wielkim triumfem, w rzeczywistości była naszą wielką klęską. Wiktoria, którą odnieśliśmy w bitwie warszawskiej, została zmarnowana.

Część I

ANTON DENIKIN

Rozdział 1

Na kursie kolizyjnym

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Moskwa nasza

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Mozyrz, słaby punkt bolszewików

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Kto uratował bolszewizm?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Cezar opuszcza kciuk

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Towarzysz „Wiktor”

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Wśród komarów, żubrów i bolszewików

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Spisek w Mikaszewiczach

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Ani piędzi ziemi rosyjskiej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Chcieć nie znaczy móc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Czy to było możliwe?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Pierwsza krew

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Anty-Rosja

Dostępne w wersji pełnej

Część II

PIOTR WRANGEL

Rozdział 1

Chwała Najjaśniejszej Rzeczypospolitej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Unia, czyli imperium

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Nowy pomysł na Polskę

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Idea federacyjna

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Pod rękę z terrorystą

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Na Kijów!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Czyja wina?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Wróg u bram

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

„Czarny Baron”

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Choćby z diabłem…

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Pakt Piłsudski–Lenin II

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Co by było, gdyby…

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Nacjonalizm sojusznikiem komunizmu

Dostępne w wersji pełnej

Część III

HAŃBA RYSKA

Rozdział 1

Kapitulacja zwycięzców

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Minimum czasu, maksimum ustępstw

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Białoruś – wycinamy wrzód

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Nowa Targowica

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Jałta ’21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Kozacy – won!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Nie za dużo mniejszości

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Linia Dmowskiego

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Piłsudski porzuca marzenie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Wielkie Księstwo Litewskie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Co zrobić z korkiem?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Na Kowno!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Inflanty też tracimy

Dostępne w wersji pełnej

Część IV

HOLOKAUST POLAKÓW

Rozdział 1

Zdrada braci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Nadberezyńcy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Kainie Grabski!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Koniec świata ziemian

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Lewicowy początek II RP

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Ostatni bojar

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

W piekle Wielkiego Głodu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Operacja (anty)polska

Dostępne w wersji pełnej

Zakończenie

Dostępne w wersji pełnej

Aneks

Zdjęcia

Dostępne w wersji pełnej

Ilustracje

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Piotr Zychowicz 2015

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Grzegorz Dziamski

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografie na okładce

Narodowe Archiwum Cyfrowe

© Heritage Images / BE&W

Wydanie I e-book  (opracowane na podstawie wydania książkowego:

Pakt Piłsudski-Lenin, wyd. I, Poznań 2015) 

ISBN 978-83-7818-919-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com