Geografie - Giovanni Catelli - ebook + książka

Geografie ebook

Giovanni Catelli

0,0
12,81 zł

lub
Opis

Zbiór krótkich opowiadań, w których scenerią są często dworce, perony, przedziały kolejowe, miejsca znamionujące potrzebę bycia w ciągłym ruchu, w nieustannej drodze, w podróży. To podróż służąca medytacji, próbie uchwycenia chwili, zatrzymania czasu, złowienia intensywnych, lecz ulotnych emocji. Stąd melancholia i niespieszność tej prozy.

Geografie to pierwsza książka Giovanniego Catellego przetłumaczona na język polski. Autorką przekładu i posłowia jest Anna Wasilewska.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 64




Giovanni Catelli

Geografie

Przełożyła

Anna Wasilewska

Biuro Literackie • Stronie Śląskie 2017

Proza 31

Giovanni Catelli: Geografie

Przekład: Anna Wasilewska

Redkacja: Anna Krzywania

Korekta: Joanna Mueller

Projekt okładki: Wojtek Świerdzewski

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Copyright © by Giovanni Catelli

Copyright © for Polish translations by Anna Wasilewska, 2014

Copyright © by Biuro Literackie, 2017

Biuro Literackie

[email protected]

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-65-3

Spis treści

Spopielały teatr cienia (Franco Loi)

Le château tremblant

Don Giovanni

Wiatr

Nostos

Przyjazdy

Natarcie

Odległość

Ciągłość

Nic

Pasażer

Sarajewo

Aubervilliers

Dama ‘71

Vodičkova

Hlavní Nadraži

Telcz

Pankrác

Le Mans

Schody

Pustka

Ciało

Przebudzenie

Światło

Tu i teraz

Dom

Wskazówki

Objaśnienia

Nie tylko Praga (Anna Wasilewska)

Nota o Autorze

Nadzieja jest nam dana tylko

w imię pozbawionych nadziei

Walter Benjamin

Spopielały teatr cienia

Franco Loi

Znam Catellego od kilku lat. Już pierwsze opowiadanie spod znaku fantastyki naukowej pozwoliło mi odgadnąć najcenniejsze przymioty tego autora: ferwor właściwy powściągliwemu i lękliwemu usposobieniu, nieustającą konfrontację z nieznanym. Również w niniejszych opowiadaniach poetyckość dominuje nad kronikarskim zapisem. Autor rozpina pajęczynę drobnych obserwacji i ponawianych prób wniknięcia w szczeliny istnienia. Nie należy oczekiwać ani sekwencji zdarzeń, ani zakończenia. Jego postaci są raczej marginalnymi zjawami na osi wędrówki i podróży podejmowanych w mozolnej próbie wygenerowania zdarzeń: „nie potrafimy wysnuć innego życia z tej nieprzejrzystej materii”, wyznaje w jednej z medytacji, i już sam tytuł, Geografie, sugeruje raczej miejsca niż ludzi, a przygodna obecność człowieka pojawia się w okolicznościach mało istotnych.

Ale niechaj nas nie zwiedzie umyślne pomniejszenie, ubóstwo zdarzeń i niedostatek postaci, tak podobnych do nas i do naszych bezbarwnych dni: w tym przemarszu przez dworce, ulice i place odsłania się właśnie głębia, perspektywa, do których nieustannie odsyła zapis autora. Życie wydaje się znikome i nieważne, a jednak podsuwa wielowymiarowość, grę luster; ludzkie postaci w każdej chwili uważnie chłoną wszelkie dostępne wrażenia i przekształcają codzienność w niejasną, niejednoznaczną epikę.

Weźmy opowiadanie „Nostos”. Jest dworzec, jest pociąg; czytelnik oczekuje spotkań, akcji, zdarzeń. Tymczasem to bardziej podróż w wyobraźni niż wśród ludzi i rzeczy. Jedyną obecnością jest „zjawa”: „człowiek na rowerze” przy „nieobecności innych”,w „dezercji spojrzeń”. I kończy się pytaniem, które, jakkolwiek nie zostaje postawione wprost, jest obecne w zapisie wszystkich opowiadań, jest pytaniem postawionym „w spopielałym teatrze cieni”.

Przedmiotem tej książki jest nieobecność. Nieobecność naznaczona tęsknotą i nieustannym poczuciem trwonienia.

Protagonista, czyli sam autor, jest jakby zagubiony w bezmiarze powtarzalności i przygnębienia. Przychodzi na myśl Ziemia jałowa Eliota. Plany typograficzne, nałożone na mapy, mogą zaledwie dać wyobrażenie o ludzkiej obecności. Ciążenie ku obecności nadaje ton i rytm odesłaniom do pustki.

Słowami, które powracają najczęściej, są istotnie „noc”, „ciemność”, „milczenie”, a także „hałasy” i „samotność”. Wydaje się, że jest to podróż przez czyściec, dręczona poczuciem braku, poczuciem, które odziera rzeczy z wartości i utrzymuje dystans międzyludźmi. To nie ludzie tworzą myśli, to myśl stwarza ludzi i zaciemnia ciąg drobnych zdarzeń.

Podróż niewątpliwie przywołuje sławnych poprzedników oraz ich dzieła: od Homera do Dantego, od Brewiarza śródziemnomorskiego Matvejevicia po Dunaj Magrisa. Ale w niniejszej narracji brakuje zasadniczych powodów do wyruszenia w podróż, w jednostajnej i rozpaczliwej ciemności ciał (mam na myśli także ciało rzeczy i obszarów) trudno dostrzec przebłysk itinerarium salvationis. Trwa jedynie ból nostos, niewyraźny pogłos innego losu oraz innych zdarzeń. I właśnie w otchłani nieobecności tkwi prawdziwa siła sprawcza utworu: opisać pustkę w tęsknocie za utraconą pełnią, nawet za cenę cierpienia, ponieważ „tak cienki jest ten łańcuch”, że trudno dostrzec, „w którym miejscu można go rozerwać”. Przychodzi raczej na myśl Stalker i nadzieje małej dziewczynki, która myślą wprawia w ruch przedmioty. Ponieważ także tutaj stancje pisania i wydarzeń zachodzą na siebie bez reszty, na mocy czystego pragnienia umysłu, który ledwie je muska, nigdy nie sprawiając, żeby się ukonkretniły i ożyły, ale mimo to pobudza je do poszukiwania nieznanego i niezamieszkałego życia.

Le château tremblant

Nie wróciliśmy już do Château Tremblant i tego mi żal.

Musiał istnieć jakiś powód, kto wie, może odkryjemy go któregoś ranka, po przebudzeniu, i wszystko stanie się jasne, jakby było wiadome od zawsze.

Dzień był upalny, pamiętam, i sunęliśmy powoli, z opuszczonymi szybami, długim stalowym mostem, nie wiedząc, dokąd jechać, syciło nas tamto lato, obfitujące w afrykańskie dni, krótkie noce i nocne czuwanie aż po świt, było szczęśliwym wyrokiem, nigdy nie zapragnęliśmy snu, nigdy nie ulegliśmy pokusom zmęczenia.

Dostrzegłaś go, patrząc z roztargnieniem, i powtarzałaś jego nazwę powoli, jak wyliczankę: Le-Châ-teau-Trem-blant, Le-Châ-teau-Trem-blant…

Zachęta była aż nazbyt przekonująca, przy zjeździe z mostu skręciłem w prawo, na drogę biegnącą ku rzece, w cieniu platanów.

Zaparkowałem i usiedliśmy pod pergolą, nie było nikogo, byliśmy sami nad rzeką, i to nam wystarczało.

Tego dnia wszystko łuszczyło się w słońcu, kolor wody, most, mury fabryk na drugim brzegu, próżny odgłos maszyny w ruchu, urywany smutek owej banlieue, jak zawieszony spektakl, który zapowiada nieuchronność nowego widowiska.

Siedzieliśmy, przyglądając się latu, jak w wielkiej pustej sali kinowej, bez uciążliwości słów, bez banału muzyki, oboje mieliśmy coś do odszukania w tej scenie, coś, w czym byśmy się odnaleźli, każde osobno, z jakimś niejasnym, przygnębiającym powodem, żeby być gdzie indziej, z wątłym, cichym impulsem, żeby zostać, z czasem zawieszonym w przeszłości jeszcze niedokonanej.

Dziewczyna pracująca w bistro wyszła, w sukience w kwiaty, sunęła lekkim krokiem, wydawała się rozbawiona, fala ciemnych włosów niepokornie zalewała jej zakamarki uśmiechu.

Pamiętam swój dobrze schłodzony pastis, ale umyka mi zarys twojej ręki, która przysuwa się do marmurowego stolika i chwyta, wystudiowanym gestem, bezbronną smukłość kieliszka.

Kto mógłby cię zobaczyć? – mostem nikt nie przechodził, jego pusty zarys trwał w zawieszeniu, w pełnym świetle, jak wątła kładka, którą dzieci przerzucają dla zabawy nad strumykiem, tkwił tam, nieruchomo, zbędny jak wszystko o tej porze, bez celu, opustoszały, jak bolesny oddech maszynerii, niesiony wodą, i przypominał nam o życiu, o jego nieubłaganej pompie, w ciemności, o jego lamencie bez wytchnienia, o jego uległości.

Mieliśmy coś powiedzieć, pamiętam, oboje odczuwaliśmy potrzebę usłyszenia swojego głosu w tym zapomnieniu, potrzebę wyjaśnienia, nareszcie, tych gestów, których nie pojmowaliśmy, tych słów, które umykały nam bez powodu, baliśmy się pomylić, nie umieliśmy niczego rozstrzygnąć, aż pojawił się pociąg, w nikłym ustroniu tych zarośli, za twoimi plecami, wydał głębinowy gwizd, głuchy, z bezkresnej oddali swojego zmęczenia, a ty uwięziłaś słowo w oddechu, wydawałaś się przestraszona oczywistością wszystkiego, nie potrafiłaś się już oprzeć, nigdy nie wyjawiłabyś zawstydzenia tym jednym słowem.

Pozwoliliśmy przeminąć niespodziewanej nagłości tej zjawy, i wraz z ledwie dostrzegalnym skrępowaniem własną szczerością owinęliśmy się ponownie w mgliste zwoje milczenia, pewni, że musimy wkrótce odejść, ale możemy też jeszcze trochę zostać, jak gdyby zwłoka pozwoliła nam trwać w tym spokoju, a miniona natarczywość rzeczy ucichła, przyznając nam tę nieuchwytną godzinę, odroczenie wszelkiego oczekiwania i rozpędu, nagromadzenie cieni, tak przejrzystych i gorliwych w znieruchomiałym powietrzu, ciepłym, przetykanym oparami.

Nie, już nigdy nie opuściliśmy Château Tremblant, i tego mi żal.

Spostrzegłem to już jakiś czas temu, z wielkim opóźnieniem, raz jeszcze ujrzałem wszystko wypalone słońcem, po drugiej stronie kanału, i był to początek naszej samotnej podróży, pustych poszukiwań bez odjazdów, nieufności wobec słów i wyjaśnień.

Trwamy, jeszcze nadal zagubieni, w jej jasnym pokoju pod platanami, nad tą głębią zbyt prawdziwą i pustą, żeby mogła zwieść życie, ścigamy, spóźnieni, rozczarowanie, bo nie zrozumieliśmy, czekaliśmy w samotności na wyjście, którego nie było, chociaż być mogło, kiedy cały ogromny świat rozpadał się wokół nas, i już nic nie było w pionie, nic nie było takie samo, podobnie jak ten posępny łoskot mostu pod kołami, wówczas milczącego, który już by się nie odezwał.

Château Tremblant to szczególny gospodarz, niczego nie każe nam żałować z niebyłego czasu, z wytrwałej i odtrąconej wspólnoty, z tego ocalenia, którego nie umiemy dostrzec, zwodzi nas swoimi czarami, pozwalając sądzić, że jesteśmy gdzie indziej, podsuwa nam zbyt nieokreślone dale, chorągiewki wymiennych kierunków, zbyt mocno pobłaża naszej ekscytacji, nie wymkniemy się wolności, tak cienki jest ten łańcuch, że nie potrafimy dojrzeć, w którym miejscu można go rozerwać.

Don Giovanni

Don Giovanni zatrzymuje się dziś wieczór w cichej kawiarni na Boulevard S.M., jest zmęczony wędrówką po bezkresnym mieście, jak gdyby miał wiedzieć, na jaki sezon czekać, kiedy tak siedzi o zmroku, zanurzony w ucieczce godziny, która niemal z każdym wieczorem staje się coraz bardziej niespokojna, niepomna precyzji ani przebytej drogi i przelatuje nad każdą osłoną w niebieskich ulicach zachodu.

Wie, że powinien