Generał w labiryncie - Gabriel García Márquez - ebook
Opis

Gabriel García Márquez w roku 1989 napisał wspaniałą, przejmującą książkę o klęsce zwycięzcy, o umieraniu człowieka i rozpadaniu się jego dzieła.

Generał w labiryncie to Simon Bolívar jako moribundus, wiedzący, że nie ma już dla niego ucieczki przed śmiercią ani wyjścia z labiryntu, w który wciągnęła go walka, sława i polityka.

Gabriela Marqueza zafascynował Bolívar umierający, przegrany, opuszczony. Przedstawił w swej powieści to opuszczenie i samotność w sposób tak przejmujący, jak tylko on potrafi. Márquez ukazuje Bolivara jako człowieka dużego formatu, który miał plany i marzenia przekraczające możliwości swojej epoki. A może każdej epoki? Historia nie pozwala przecież na zrealizowanie żadnej Utopii, żadnej Doskonałości. To, co powstaje, jest zawsze inne od początkowych wizji. Márquez wie wszystko i w swojej powieści współczuciem i miłością zbawia Bolivara.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: El general en su laberinto

Projekt okładki: Magdalena Błażków – KreacjaPro;

dyrektor artystyczny – Andrzej Pągowski

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Renata Kuk

© Gabriel García Márquez and Heirs of Gabriel García Márquez, 1989. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1998, 2017

© for the Polish translation by Łukasz Lech Malinowski

ISBN 978-83-287-0580-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Alvarowi Mutís,

który podarował mi pomysł

napisania tej książki.

Wydaje się, że diabeł kieruje

kolejami mego życia.

(List do Santandera, 4 sierpnia 1832)

José Palacios, jego najstarszy sługa, zastał go leżącego bezwładnie w wannie, nagiego, z otwartymi oczyma, i pomyślał, że się utopił. Wiedział, że jest to jedna z wielu przyjętych przezeń form medytacji, ale stan ekstazy, w jakim się znajdował ów unoszony przez wodę człowiek, zdawał się świadczyć, że nie należy on już do świata żywych. Nie śmiał podejść bliżej i tylko odezwał się do niego stłumionym głosem, generał bowiem kazał się obudzić przed piątą, aby o świcie mogli wyruszyć w drogę. Kiedy otrząsnął się z zauroczenia, zobaczył w półmroku niebieskie przejrzyste oczy, kędzierzawą, wiewiórczo rudą czuprynę i nieulękłą majestatyczną postawę swego nieodłącznego majordomusa, trzymającego filiżankę wywaru z maku przyprawionego gumą arabską. Wyczerpany, złapał za uchwyty przy wannie i wychynął spośród odmętów oczyszczającej leczniczej kąpieli z godnym delfina wigorem, nieoczekiwanym u kogoś tak wychudzonego.

– Wyjeżdżamy – rzekł. – I to jak najprędzej. Tutaj nikt nas nie chce.

José Palacios słyszał te słowa tyle razy i w tak różnych okolicznościach, że nie sądził, aby pokrywały się z prawdą, chociaż juczne zwierzęta, gotowe do drogi, czekały w stajniach, a przydzielona oficjalnie świta zaczynała się gromadzić pod domem. Pomógł mu się jako tako wytrzeć i otulił nagie ciało chorego burką używaną w stepie, bo ten trząsł się z zimna, aż filiżanka brzęczała mu w dłoniach. Już kilka miesięcy temu, gdy pomagał mu wciągnąć skórzane spodnie nieużywane od czasu wspaniałych nocy w Limie, sługa zauważył, że generał, w miarę jak traci na wadze, staje się też coraz niższy. Nawet jego nagość była inna, bo ciało miał białe, a twarz i ręce spieczone wskutek nadmiernego wystawiania się na wiatr i niepogodę. Skończył czterdzieści sześć lat w lipcu zeszłego roku, ale jego szorstkie, falujące karaibskie włosy stawały się już popielate, a kości powykręcał mu przedwczesny uwiąd; był tak wyniszczony, że obawiano się, iż nie dożyje do następnego lipca. Ale zdecydowane ruchy nadawały mu wygląd innego człowieka, nie tak pokrzywdzonego przez życie, i krążył bez przerwy po pokoju, jakby w pogoni za czymś nieistniejącym. Kilkoma gorącymi łykami, niemal parząc sobie język, wypił ziołową herbatę, jednocześnie omijając mokre ślady, które zostawił na zmierzwionych matach pokrywających podłogę, i wydawało się, że ten napój przywraca mu życie. Ale nie powiedział ani słowa, póki w pobliżu, na wieży katedry, nie wybiła piąta.

– Sobota, ósmego maja roku trzydziestego, dzień, w którym Anglicy zabili Joannę d’Arc – oznajmił majordomus. – Deszcz pada od trzeciej nad ranem.

– Od trzeciej nad ranem siedemnastego wieku – powiedział generał głosem wciąż jeszcze zmąconym przez kwaśne tchnienie bezsenności. I dodał, już na serio: – Nie słyszałem piania kogutów.

– Tutaj nie ma kogutów – powiedział José Palacios.

– Tu nie ma nic – powiedział generał. – To kraj wiarołomców.

Bo znajdowali się w Santa Fe de Bogotá, dwa tysiące sześćset metrów nad poziomem odległego morza, i ogromna sypialnia o gołych ścianach, wystawiona na lodowate wiatry, które przenikały przez źle opatrzone okna, nie mogła być dla nikogo pomieszczeniem zdrowym. José Palacios umieścił miskę z pianą mydlaną na marmurowym blacie toaletki, a obok czerwony aksamitny neseser z przyborami do golenia: wszystkie były metalowe i pozłacane. Na półeczce obok lustra postawił lichtarz ze świecą, tak aby generał miał odpowiednie oświetlenie, i przysunął bliżej piecyk, żeby mu trochę ogrzać nogi. Potem podał okulary o kwadratowych szkłach w cienkiej srebrnej oprawce, które miał zawsze dla niego w kieszonce kamizelki. Generał włożył je i ogolił się brzytwą, przy czym poruszał równie zręcznie lewą dłonią, jak i prawą, ponieważ był od urodzenia oburęczny. Robił to wszystko ze spokojem i opanowaniem zadziwiającym u człowieka, który jeszcze kilka minut temu nie mógł utrzymać w ręku filiżanki. Skończył golenie po omacku, wciąż krążąc po pokoju, gdyż starał się jak najrzadziej patrzeć w lustro, by nie widzieć własnych oczu. Po czym wyrwał sobie kilka włosów z nosa i uszu, wyczyścił swe wspaniałe zęby sproszkowanym węglem i szczoteczką o włoskach z jedwabiu i ze srebrną rączką, obciął i wypolerował paznokcie u rąk i nóg, i na koniec, zrzuciwszy burkę, wylał na siebie duży flakon wody kolońskiej, którą nacierał oburącz całe ciało, póki się dokładnie nie zdezynfekował. Tego ranka odprawiał ten codzienny obrządek mycia z większą zaciekłością i okrucieństwem niż kiedykolwiek, starając się oczyścić ciało i duszę z dwudziestu lat daremnych wojen i rozczarowań, jakie przynosi władza.

Ostatnim gościem, którego przyjął poprzedniego wieczoru, była Manuela Sáenz, zahartowana w wojennych trudach, rodowita mieszkanka Quito, kobieta, która kochała go, ale nie dane jej było towarzyszyć mu aż do śmierci. Dopełniała, jak zwykle, obowiązku informowania generała o wszystkim, co się zdarzyło pod jego nieobecność, gdyż od dawna nikomu tak nie ufał jak jej. Oddał jej na przechowanie jakieś pamiątki, których jedyną wartość stanowiło to, że należały do niego, a także kilka cenniejszych książek i dwa kufry osobistych dokumentów. Wczoraj, podczas krótkiego oficjalnego pożegnania, powiedział jej: „Bardzo cię kocham, ale będę kochał jeszcze bardziej, jeśli teraz okażesz więcej rozsądku niż kiedykolwiek”. Zrozumiała to jako kolejny dowód szacunku i uwielbienia – tak wiele ich jej złożył w ciągu ośmiu lat wzajemnej gorącej miłości. Ona jedna z jego otoczenia uwierzyła mu: tym razem naprawdę odchodził. Ale też ona jedna miała przynajmniej niepodważalny powód, by oczekiwać jego powrotu.

Nie zamierzali już się zobaczyć przed podróżą. Jednakże doña Amalia, pani domu, chciała im dać w prezencie możność ostatniego ukradkowego uścisku i kpiąc sobie z przesądów pruderyjnej miejscowej społeczności, wpuściła Manuelę, już w stroju do konnej jazdy, wejściem od strony stajni. Nie dlatego, że byli sekretnymi kochankami – bo wszak byli nimi całkiem jawnie i ku powszechnemu zgorszeniu – lecz aby za wszelką cenę chronić dobre imię domu. Generał okazał się nawet bardziej bojaźliwy, bo polecił Josemu Palaciosowi nie zamykać drzwi od przyległego salonu, gdzie wciąż kręcili się domownicy, a pełniący straż adiutanci grali w karty jeszcze długo potem, jak wizyta dobiegła końca.

Manuela czytała mu przez dwie godziny. Do niedawna, póki zaokrąglone kształty nie zaczęły zdradzać jej wieku, wydawała się całkiem młoda. Paliła marynarską fajkę, skrapiała się werbeną, wodą używaną przez wojskowych, ubierała po męsku i obracała wśród żołnierzy, ale jej nieco ochrypły głos wciąż zdawał się stworzony do miłosnego półmroku. Czytała w skąpym blasku tkwiącej w lichtarzu świecy, siedząc w fotelu, na którym był jeszcze herb ostatniego wicekróla, a generał słuchał wyciągnięty na łóżku w domowym ubraniu i przykryty derką z wigoniowej wełny. Tylko rytm jego oddechu wskazywał na to, że nie śpi. Książka peruwiańskiego pisarza Noé Calzadillasa nosiła tytuł Wiadomości i plotki, jakie obiegły Limę w roku Pańskim 1826 i Manuela czytała ją z aktorską emfazą, doskonale pasującą do stylu autora.

W ciągu następnej godziny nie było słychać w uśpionym domu żadnego dźwięku prócz jej głosu. Ale po ostatnim przejściu straży rozległ się nagle zgodny wybuch śmiechu czuwających mężczyzn, aż w okolicy zaczęły szczekać psy. Generał otworzył oczy, raczej zaciekawiony niż niespokojny, ona zaś zamknęła książkę, zaznaczając kciukiem stronicę.

– To pańscy przyjaciele – powiedziała.

– Nie mam przyjaciół – odparł. – A jeśli nawet kilku ich jeszcze zostało, to już i tak nie na długo.

– Ależ są tam, na dworze, czuwają i pilnują, żeby pana nie zabili.

W ten oto sposób dowiedział się o tym, co wiedziało całe miasto: szykowano już niejeden zamach na niego, toteż resztka oddanych mu ludzi strzegła domu, by udaremnić takie napady. Sień i galerie wokół wewnętrznego ogrodu zajmowali huzarzy i grenadierzy: wszyscy oni byli Wenezuelczykami i mieli mu towarzyszyć aż do portu Cartagena de Indias, gdzie powinien był wsiąść na żaglowiec płynący do Europy. Dwaj z nich rozłożyli swoje maty do spania pod głównymi drzwiami sypialni, a adiutanci mieli zamiar grać dalej w przyległym pokoju, aż Manuela skończy lekturę, ale w tych okolicznościach nie można było ufać nikomu spośród tej wielkiej gromady ludzi o niepewnym pochodzeniu i różnego autoramentu. Nie przejmując się złymi nowinami, generał dał znak Manueli, żeby czytała dalej.

Śmierć była dla niego zawsze nieuniknionym ryzykiem zawodowym. Wszystkie swe wojny prowadził na granicy bezpieczeństwa i nie odniósł najlżejszego draśnięcia, a pod nieprzyjacielskim ogniem zachowywał taką pogodę i spokój ducha, że nawet jego oficerowie zgodnie obstawali przy łatwym wyjaśnieniu, iż uważa się za istotę, której nie można zranić. Wyszedł nietknięty ze wszystkich zamachów, jakich nań dokonywano, a w wielu przypadkach ocalał, ponieważ nie spał akurat we własnym łóżku. Chodził bez eskorty, a jadł i pił, nie przejmując się w ogóle tym, co i gdzie mu podają. Tylko Manuela wiedziała, że ta beztroska nie brała się z nieświadomości ani fatalizmu, lecz ze smutnego przeświadczenia, że umrze na swoim posłaniu, w nędzy, nagi i pozbawiony tej pociechy, jaką jest wdzięczność ogółu.

Jedyną dostrzegalną zmianą w rytuale bezsennego czuwania było owej nocy to, że przed pójściem spać nie wziął gorącej kąpieli. José Palacios przygotował mu ją dość wcześnie, dodając do wody ziół o działaniu wykrztuśnym i ogólnie wzmacniającym, i utrzymywał ją w odpowiedniej temperaturze, aby generał mógł się wykąpać, gdy tylko zechce. Ale on nie chciał. Połknął dwie tabletki przeczyszczające (cierpiał stale na obstrukcję) i ukołysany zabawnymi plotkami z życia Limy szykował się do drzemki. Nagle, bez wyraźnej przyczyny, złapał go atak kaszlu, tak że aż dom zdawał się trząść w posadach. Oficerowie grający w karty w przyległym pokoju zamarli w bezruchu. Jeden z nich, Irlandczyk Belford Hinton Wilson, zajrzał do sypialni, by zapytać, czy nie potrzeba pomocy, i zobaczył, że generał leży w poprzek łóżka twarzą do dołu i usiłuje wymiotować. Manuela podtrzymywała mu głowę nad miską. José Palacios, jedyny, któremu wolno było wchodzić do sypialni bez pukania, ogromnie zaniepokojony pozostał przy nim, dopóki atak nie minął. Wówczas generał, z załzawionymi oczyma, odetchnął głęboko i wskazał ręką na toaletkę.

– To przez te cmentarne kwiaty – powiedział.

Jak zwykle. Bo zawsze znajdował w takich przypadkach winowajcę. Manuela, która znała go lepiej niż ktokolwiek, dała znak Palaciosowi, aby zabrał z pokoju bukiet przywiędłych tuberoz przyniesionych rano. Generał znów położył się na wznak z zamkniętymi oczyma, a Manuela podjęła lekturę tym samym tonem co przedtem. Dopiero kiedy wydało się jej, że usnął, odłożyła książkę na szafkę nocną, pocałowała chorego w rozpalone gorączką czoło i szepnęła Josemu Palaciosowi, że od szóstej rano będzie czekała na rozstajach przy drodze do Hondy, aby go po raz ostatni pożegnać. Po czym otuliła się żołnierską peleryną i na palcach wyszła z sypialni. Wtedy generał otworzył oczy i powiedział cicho do Josego Palaciosa:

– Powiedz Wilsonowi, żeby ją odprowadził do domu.

Rozkaz ten został wypełniony wbrew chęciom Manueli, która uważała, że bezpieczniejsza będzie sama niż pod opieką lansjerów. José Palacios szedł przed nią ze świecą ku stajniom, dokoła wewnętrznego ogrodu z fontanną, przy której zaczynały rozkwitać pierwsze przed świtem tuberozy. Deszcz ustał na chwilę i wiatr nie świszczał już wśród drzew, ale na lodowatym niebie nie było ani jednej gwiazdy. Pułkownik Belford Wilson co rusz powtarzał hasło i odzew, aby uspokoić strażników leżących na matach w krużganku. Przechodząc pod oknem głównej sali, José Palacios zobaczył pana domu, który podał kawę grupie przyjaciół – wojskowych i cywilów; przybyli tutaj, by czuwać aż do chwili odjazdu.

Kiedy wrócił do sypialni, generał majaczył w gorączce. Wypowiadał bezładne zdania, które sprowadzały się do tego jednego: „Nikt nic nie zrozumiał”. Jego ciało płonęło od gorączki, puszczał smrodliwe wiatry świadczące o kamicy. Sam nie potrafił nazajutrz powiedzieć, czy mówił przez sen, czy też plótł głupstwa na jawie; nawet tego nie pamiętał. Było to coś, co on określał jako „atak mojego szaleństwa”. Nikt się już tym nie niepokoił, bo cierpiał na takie ataki od przeszło czterech lat i żaden lekarz nie pokusił się o ich fachową interpretację; a następnego dnia wstawał jak odrodzony z popiołów i całkowicie przytomny. José Palacios okrył go kocem, postawił zapalony kaganek na marmurowej toaletce i wyszedł z pokoju, nie zamykając drzwi, aby czuwać nadal w przyległym pomieszczeniu. Wiedział, że generał poczuje się lepiej nad ranem i wtedy wejdzie do wanny z letnią już wodą, starając się odzyskać siły nadszarpnięte nocnymi koszmarami.

Był to finał burzliwego dnia. Garnizon złożony z siedmiuset osiemdziesięciu dziewięciu huzarów i grenadierów zbuntował się, żądając wypłaty żołdu. Był to pretekst. Prawdziwa przyczyna przedstawiała się inaczej: ludzie ci pochodzili przeważnie z Wenezueli i wielu z nich walczyło o wyzwolenie czterech narodów, ale w ciągu ostatnich tygodni tak często byli obiektem zniewag i ulicznych prowokacji, że nie bez powodu bali się o to, jaki los ich spotka, gdy generał opuści kraj. Konflikt zażegnano, wypłacając im diety plus tysiąc pesos w złocie, zamiast żądanych siedemdziesięciu tysięcy, i żołnierze odmaszerowali po południu do swej rodzinnej ziemi wraz z ciągnącą za nimi gromadą kobiet, dzieciaków i zwierząt domowych. Łoskot bębnów i granie wojskowych trąbek nie zdołały uciszyć wrzasków motłochu, który szczuł na nich psy i ciskał petardy pod nogi idących, aby zmylić im krok. W ten sposób nie szykanowano nigdy wojsk nieprzyjacielskich. Jedenaście lat temu, pod koniec długiego, trwającego trzy wieki panowania Hiszpanów, okrutny wicekról don Juan Sámano uciekał tymi samymi ulicami w przebraniu pielgrzyma, ale wiózł ze sobą kufry pełne złotych figurek bożków, nieszlifowanych szmaragdów, świętych tukanów, szklanych szkatułek z mieniącymi się motylami z Muzo – i nie było osoby, która by nie płakała, patrząc nań z balkonu, nie rzuciła mu kwiatka i nie życzyła z całego serca szczęśliwej podróży i spokojnego morza.

Generał potajemnie uczestniczył w negocjacjach zmierzających do załagodzenia konfliktu; nie ruszał się przy tym z domu, którego mu użyczono na mieszkanie, a który należał do ministra wojny i marynarki – a na koniec wysłał razem ze zbuntowanymi oddziałami generała Josego Laurencia Silvę, swego dalekiego krewniaka i zaufanego adiutanta, którego obecność miała być gwarancją, że aż do granicy wenezuelskiej nie powtórzą się zamieszki. Nie widział przechodzącego pod balkonem wojska, ale słyszał trąbki, walenie w bębny i zgiełk zgromadzonego na ulicy tłumu, którego krzyków nie zdołał zrozumieć. Tak małą wagę do nich przywiązywał, że przejrzał w tym czasie, razem ze swymi kopistami, zaległą korespondencję i podyktował list do Wielkiego Marszałka don Andresa de Santa Cruz, prezydenta Boliwii, zawiadamiając go, że rezygnuje ze sprawowania władzy, ale nie wspominając w sposób stanowczy o wyjeździe za granicę. „Nie napiszę już więcej żadnego listu, póki żyję” – oświadczył na zakończenie. Potem, gdy pocił się w gorączce podczas sjesty, przerwały mu sen dalekie wrzaski i hałas i zbudził się nagle na odgłos petard: mogły to być równie dobrze strzały oddane przez buntowników, jak sztuczne ognie. Ale kiedy zapytał, odpowiedziano mu, że to zabawa. Tylko tyle: „Ot, zabawa, panie generale”. I nikt, nawet Palacios, nie śmiał mu wyjaśnić, co to była za zabawa.

Dopiero z relacji Manueli podczas nocnej wizyty dowiedział się, że stronnicy jego politycznych przeciwników, tych z partii demagogicznej, jak mawiał, wylegli na ulicę i przy aprobacie sił porządkowych podburzali przeciw niemu korporacje rzemieślnicze. Był piątek, dzień targowy, co sprzyjało wszelkim rozruchom na rynku. Bardziej gwałtowny niż zwykle deszcz, błyskawice i grzmoty rozproszyły wichrzycieli o zmierzchu. Ale szkoda już została wyrządzona. Studenci z kolegium San Bartolomé zajęli biura Sądu Najwyższego, aby wymusić publiczny proces przeciwko generałowi, i rozerwali bagnetem – a potem wyrzucili szczątki przez balkon – jego olejny portret naturalnej wielkości, namalowany przez byłego chorążego z armii wyzwoleńczej. Pijane, odurzone cziczą tłumy splądrowały sklepy przy ulicy Real i podmiejskie gospody, których nie zamknięto w porę, a na głównym placu rozstrzelano wypchaną trocinami kukłę wyobrażającą generała, którego i tak każdy by rozpoznał, nawet bez błękitnej kurtki ze złotymi guzikami. Oskarżono go, że był cichym inspiratorem buntu w wojsku, podjąwszy spóźnioną decyzję odzyskania władzy, której, po dwunastu latach nieprzerwanego panowania, pozbawił go jednogłośnie Kongres. Oskarżano go o zamiar wprowadzenia prezydentury dożywotniej, aby potem mógł zająć jego miejsce jakiś europejski książę. Oskarżano go o to, że pozorował wyjazd z kraju, a w rzeczywistości udawał się nad granicę wenezuelską, skąd zamierzał wrócić na czele zrewoltowanych oddziałów, aby objąć władzę. Ściany lokali publicznych były oblepione „papierzyskami” – tak nazywano obelżywe ulotki skierowane przeciwko niemu – a jego najbardziej znani stronnicy kryli się po cudzych domach, czekając na uspokojenie nastrojów. Prasa oddana generałowi Francisco de Paula Santanderowi, jego największemu nieprzyjacielowi, rozpowszechniła pogłoskę, że tajemnicza choroba, wokół której robiono tyle hałasu, a także natrętne przypominanie o zamiarze odejścia to po prostu polityczne chwyty, stosowane po to, aby zaczęto go błagać o pozostanie. Tej nocy, gdy Manuela Sáenz opowiadała mu ze szczegółami przebieg minionych burzliwych godzin, żołnierze tymczasowego prezydenta próbowali zamazać napis nabazgrany węglem na ścianie pałacu arcybiskupiego: „Ani nie wyjeżdża, ani nie umiera”. Generał westchnął.

– Bardzo źle chyba wyglądają nasze sprawy – powiedział – i bardzo źle musi być ze mną, skoro to wszystko zdarzyło się o parę domów stąd i skoro wmawiano mi, że to zabawa.

Prawdę rzekłszy, nawet jego najbliżsi przyjaciele nie wierzyli ani w to, że wyjedzie, ani że wyrzeknie się władzy. Miasto było zbyt małe, a ludzie zbyt wścibscy i rozplotkowani, aby nie wiedzieć, co stanowiło przeszkodę w tej niepewnej jeszcze podróży: po pierwsze, nie miał pieniędzy, aby udać się dokądkolwiek z odpowiednio dużą świtą, a po drugie, jako były prezydent republiki, nie mógł bez pozwolenia rządu opuścić kraju, nim minie rok, i nawet nie był na tyle przebiegły, by się o takie pozwolenie starać. Rozkaz pakowania bagaży, wydany przezeń w sposób jak najbardziej jawny, tak aby dotarł do uszu tych, których chciał o tym powiadomić, nie został zrozumiany jako wyraźny dowód, że podjął nieodwołalną decyzję, nawet przez samego Palaciosa, zdarzało się już bowiem, że posuwał się do ogołacania domu, chcąc zrobić wrażenie, że wyjeżdża, i zawsze był to zręczny polityczny manewr. Adiutanci dostrzegali u niego w ostatnim roku aż nadto oczywiste przejawy rozczarowania. A przecież, innymi razy, kiedy się tego najmniej spodziewano, budził się rano pełny energii i na nowo snuł nić żywota z jeszcze większym rozmachem niż dotychczas. José Palacios, który zawsze z bliska śledził te nieprzewidziane zmiany nastroju, określał je na swój sposób: „Co mój pan myśli, to tylko mój pan wie”.

Wszystkim już spowszedniały jego powtarzające się zapowiedzi rezygnacji, z których najdawniejsza została wyrażona dwuznacznym stwierdzeniem zawartym w mowie wygłoszonej podczas przyjmowania prezydentury: „Mój pierwszy dzień pokoju będzie zarazem ostatnim dniem sprawowania władzy”. W ciągu następnych lat podawał się do dymisji tyle razy i w tak różnych okolicznościach, że nigdy już nie wiedziano, kiedy jest to zgodne z prawdą. Najgłośniejsza była rezygnacja zadeklarowana przed dwoma laty, wieczorem 25 września, kiedy cały i zdrowy umknął spiskowcom zamierzającym go zamordować w jego własnej sypialni w pałacu rządowym. Delegacja Kongresu, która odwiedziła go rankiem – po tym, jak spędził sześć godzin pod mostem, bez ciepłego okrycia – zastała go otulonego wełnianym kocem i z nogami w miednicy z gorącą wodą; ale to nie gorączka przysparzała mu cierpień, lecz doznany zawód. Oświadczył przybyłym, że nie będzie śledztwa w sprawie spisku, nikt nie będzie miał procesu, a zgromadzenie Kongresu – przewidziane na Nowy Rok – ma się odbyć natychmiast, aby dokonać wyboru następnego prezydenta republiki.

– Gdy to się stanie – dodał na koniec – opuszczę Kolumbię na zawsze.

Jednakże śledztwo zostało przeprowadzone, winnych osądzono z całą bezwzględnością i czternastu z nich rozstrzelano na głównym placu. Kongres ustawodawczy powołany 2 stycznia zebrał się dopiero po szesnastu miesiącach i nikt już nie mówił o dymisji. Ale każdy zagraniczny gość, każdy przypadkowy współbiesiadnik lub przyjaciel słyszał w owym czasie od niego: „Wyjadę tam, gdzie mnie będą kochać”.

Znana powszechnie wiadomość o jego nieuleczalnej chorobie również nie była niezbitą wskazówką, iż szykuje się do odejścia. Nikt nie wątpił, że jest chory. Przeciwnie, od ostatniego powrotu z wojen na południu każdy, kto widział generała przechodzącego wirydarzem, ze zdumieniem stwierdzał, że przybył on tu tylko po to, aby umrzeć. Zamiast dosiadać Białego Gołębia, swego słynnego konia, jeździł teraz na nędznym mule okrytym czaprakiem z plecionki, włosy mu posiwiały, czoło miał poorane i chmurne, a kurtkę nosił brudną i do tego z nadprutym rękawem. Blask sławy już go opuścił. Podczas milczącego czuwania, jakie mu zgotowano tej nocy w domu rządowym, trwał zamknięty w sobie i nigdy się nie dowiedziano, czy to przewrotność polityczna, czy też zwykłe roztargnienie sprawiło, że witając się z jednym z ministrów, nazwał go imieniem innego.

Chociaż zachowywał się tak, jakby już był u kresu, nie wierzono w jego odejście, ponieważ od sześciu lat mówił, że umiera, a przecież jego gotowość sprawowania rządów pozostawała wciąż taka sama. Pierwszą wiadomość przyniósł pewien oficer marynarki brytyjskiej, który ujrzał go przypadkiem na pustyni Pativilca, na północ od Limy, podczas wojny o wyzwolenie południa. Zobaczył on generała leżącego na ziemi w nędznym szałasie stanowiącym zaimprowizowaną kwaterę główną. Był owinięty wełnianą peleryną, a głowę miał owiązaną jakąś szmatą, gdyż pośród tego piekła upalnych południowych godzin dręczyło go nieznośne zimno w kościach; nie miał przy tym nawet tyle siły, aby odegnać kury dziobiące ziemię wokół niego. Po rozmowie, którą prowadził z trudem i którą przerywały ataki szału, z rozdzierającym dramatyzmem pożegnał swego gościa:

– Proszę odejść i opowiedzieć światu, że widział pan, jak umierałem, cały w kurzym łajnie, na tym niegościnnym piasku – powiedział.

Podobno cierpiał wówczas na udar wywołany ostrym słońcem pustyni. Mówiono potem, że był już bliski śmierci w Guayaquil, a nieco później w Quito, gdyż zapadł na gorączkę gastryczną, której najbardziej niepokojącym symptomem był brak jakiegokolwiek zainteresowania otaczającym światem i absolutny spokój ducha. Nikt nie wiedział, czy pogłoski te miały jakieś podstawy, ponieważ on sam zawsze był przeciwnikiem medycznej wiedzy, sam sobie stawiał diagnozę i przepisywał leki, czerpiąc wskazówki z książki Donostierre’a La médecine à votre manière. Był to francuski podręcznik medycyny domowej, który José Palacios woził wszędzie za generałem: istna wyrocznia służąca do zrozumienia i leczenia wszelkich przypadłości ciała i duszy.

Cokolwiek by się o tym mówiło, ta „agonia” generała okazała się jednak bardzo pożyteczna. Gdy bowiem sądzono, że już umiera w Pativilca, on raz jeszcze sforsował grzbiet Andów, zwyciężył w Junín, ukoronował wyzwolenie Ameryki hiszpańskiej ostatecznym zwycięstwem pod Ayacucho, stworzył republikę Boliwii i wrócił do Limy upojony triumfem: tak szczęśliwy nie był nigdy przedtem i nie miał już być w przyszłości. Toteż ogłaszane wciąż oświadczenia, że z powodu choroby ustąpi ze stanowiska i opuści kraj, a także formalne posunięcia zdające się to potwierdzać, były zaledwie nieudolną powtórką dramatu, który oglądano zbyt często, aby weń uwierzyć.

W kilka dni po powrocie, po jakiejś przykrej naradzie rządowej, ujął pod ramię marszałka Antonia José Sucre. „Proszę zostać jeszcze chwilę”, rzekł mu. Zaprowadził go do swego prywatnego gabinetu, gdzie przyjmował tylko nielicznych wybrańców, i niemal siłą posadził w swym ulubionym fotelu.

– To miejsce należy się teraz bardziej panu niż mnie – powiedział.

Wielki Marszałek Ayacucho, jego serdeczny przyjaciel, dobrze znał sytuację, w jakiej znajdował się kraj, ale generał jeszcze raz szczegółowo mu ją przedstawił, po czym przeszedł do sedna sprawy. Wkrótce miał się zebrać Kongres Ustawodawczy, aby wybrać prezydenta republiki i zaakceptować nową konstytucję, w spóźnionym dążeniu do uratowania złotego snu o zjednoczeniu całego kontynentu. Peru pod rządami konserwatywnej arystokracji było już chyba nie do odzyskania. Generał Andrés de Santa Cruz prowadził Boliwię na własną rękę w obranym przez siebie kierunku. Wenezuela pod panowaniem generała José Antonio Paeza właśnie proklamowała autonomię. Generał Juan José Flores, prefekt generalny południa[1], połączył Guayaquil i Quito, aby stworzyć niepodległą republikę Ekwadoru. Republika Kolumbii, pierwszy zalążek ogromnej, zjednoczonej ojczyzny, została pomniejszona do granic dawnego wicekrólestwa Nowej Granady. Szesnaście milionów Amerykanów, od niedawna dopiero zaznajomionych z wolnością, pozostawało na łasce miejscowych przywódców.

– Tak więc – zakończył generał – wszystko to, czegośmy dokonali własnymi rękoma, tamci teraz tratują nogami.

– To szyderstwo losu – powiedział marszałek Sucre. – Wygląda na to, że ideały niezależności zasialiśmy tak głęboko, iż narody usiłują teraz uniezależnić się nawzajem od siebie.

Generał odparł porywczo:

– Niech pan nie powtarza takich łajdackich wymysłów wroga – rzekł – nawet jeżeli zawierają tyle prawdy co ten.

Marszałek Sucre przeprosił go. Był to człowiek inteligentny, nieśmiały i przesądny, a w twarzy miał łagodność, której nie zdołały przysłonić stare blizny po ospie. Generał, który bardzo go lubił, powiedział kiedyś, że Sucre tylko udaje skromnisia. Wykazał się męstwem pod Pichincha, Tumusla, Tarqui i miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, gdy dowodził słynną bitwą pod Ayacucho, w której zniszczono ostatnią hiszpańską redutę w Ameryce Południowej. Ale bardziej niż te wyczyny wsławiła go dobroć serca, jaką wykazywał w zwycięstwie, oraz talenty polityczne godne męża stanu. Teraz był moment, w którym zrezygnowawszy ze wszystkich stanowisk, nosił się całkiem zwyczajnie, bez żadnych wojskowych odznak; chodził w długim do kostek szarym sukiennym płaszczu, zawsze z podniesionym kołnierzem dla osłony przed lodowatymi wiatrami ciągnącymi od pobliskich gór. Jedynym podjętym przez niego obowiązkiem wobec narodu – i, zgodnie z jego pragnieniem, ostatnim – było uczestnictwo, w charakterze deputowanego z Quito, w Kongresie Ustawodawczym. Skończył trzydzieści pięć lat, zdrowie miał żelazne i był szaleńczo zakochany w doñi Marianie Carcelén, markizie de Solanda, pięknej młodziutkiej figlarce z Quito, z którą ożenił się per procura przed dwoma laty i z którą miał sześciomiesięczną córeczkę.

Generał nie mógł sobie wyobrazić, że mógłby się znaleźć ktoś, kto lepiej niż Sucre zastąpiłby go na stanowisku prezydenta republiki. Wiedział, że brakuje mu jeszcze pięciu lat do przewidzianego regulaminem wieku: to konstytucyjne ograniczenie wymusił Rafael Urdaneta, chcąc zamknąć przed nim drogę do dalszej kariery. Jednakże generał czynił dyskretne starania, aby wnieść poprawkę do poprawki.

– Niech się pan zgodzi – rzekł mu – a ja pozostanę jako generalissimus i będę krążył wokół rządu jak byk dokoła stada krów.

Wyglądał na osłabionego, ale jego stanowczość była przekonywająca. Marszałek świadom był wszakże od dawna, że fotel, na którym siedzi, nigdy nie będzie należał do niego. Na krótko przed tą rozmową, kiedy po raz pierwszy stanęła przed nim możliwość objęcia prezydentury, powiedział, że nigdy nie będzie rządził państwem, którego ustrój i kierunek, w jakim zmierza, staje się coraz bardziej ryzykowny. Jego zdaniem pierwszym krokiem do oczyszczenia atmosfery byłoby odsunięcie od władzy wojskowych i chciał zaproponować Kongresowi, aby postanowił, że w ciągu najbliższych czterech lat żaden generał nie będzie mógł zostać prezydentem; być może zamierzał w ten sposób pokrzyżować plany Urdanecie. Ale najmocniejszymi przeciwnikami poprawki mieli się okazać właśnie ci najmocniejsi: sami generałowie.

– Jestem już zbyt zmęczony, mam dość poruszania się bez busoli – powiedział Sucre. – A poza tym, Ekscelencjo, wie pan równie dobrze jak ja, że tutaj nie będzie potrzebny prezydent, lecz pogromca powstań.

Będzie uczestniczył w obradach Kongresu ustawodawczego, to oczywiste, a nawet może się zgodzić na przewodniczenie im, jeśli otrzyma tę zaszczytną funkcję. Ale nic poza tym. Toczące się przez czternaście lat wojny nauczyły go, że największym zwycięstwem jest żyć. Prezydentura w Boliwii, kraju rozległym i nieznanym, który stworzył i którym rządził umiejętnie, odsłoniła przed nim niestałość i chwiejność władzy. Rozum i serce podszeptywały mu, że sława jest czymś bezużytecznym. „Tak więc mówię nie, Ekscelencjo” – rzekł, kończąc rozmowę. Trzynastego czerwca, w dzień świętego Antoniego, musiał być w Quito razem z żoną i córką, aby obchodzić z nimi nie tylko te jedne imieniny, ale też i wszystkie w przyszłości. Bo postanowienie, że będzie żył dla tych dwóch istot i tylko dla nich, w szczęściu i miłości, podjął podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia.

– To wszystko, czego żądam od życia – powiedział.

Generał zbladł.

– A myślałem, że już nic nie może mnie zaskoczyć – rzekł i spojrzał mu w twarz: – To ostatnie pańskie słowo?

– Przedostatnie – odparł Sucre. – Bo jeszcze chcę podziękować Ekscelencji za jego dobroć.

Generał klepnął się w udo, chcąc się obudzić z tego niespełnionego snu.

– Niech i tak będzie – powiedział. – W tej chwili podjął pan za mnie ostatnią decyzję w moim życiu.

Tego wieczoru zredagował pismo w sprawie swej rezygnacji; był osłabiony na skutek środka wymiotnego, jaki przepisał mu na uspokojenie żółci sprowadzony przypadkowo lekarz. Dwudziestego stycznia otworzył Kongres ustawodawczy mową pożegnalną, w której wychwalał przewodniczącego obradom marszałka Sucre jako najgodniejszego spośród generałów. Pochwały te wzbudziły oklaski, ale jeden z deputowanych stojący koło Urdanety szepnął mu na ucho: „Chce przez to powiedzieć, że jest tu ktoś, kto ma więcej zalet niż pan”. To stwierdzenie generała i złośliwa uwaga owego posła utkwiły w sercu Rafaela Urdanety jak dwa rozżarzone gwoździe.

Było to zrozumiałe. Jeżeli Urdaneta nie miał tak wielkich osiągnięć wojskowych jak Sucre ani jego ogromnego uroku, to przecież nie było powodu, żeby go uważać za mniej godnego. Jego opanowanie i wytrwałość wynosił pod niebiosa sam generał. Jego wierność i przywiązanie były wypróbowane ponad wszelką wątpliwość, a przy tym był jednym z nielicznych ludzi na świecie, którzy ośmielali się mówić mu prosto w oczy niechcianą, przejmującą lękiem prawdę. Świadom niedopatrzenia, generał starał się je naprawić, gdy oddawano tekst do druku, i zamiast „najgodniejszy spośród generałów”, napisał własnoręcznie: „jeden z najgodniejszych”. Poprawka nie złagodziła urazy.

W kilka dni później, podczas spotkania generała z zaprzyjaźnionymi posłami, Urdaneta zarzucił mu, że pozorując odejście, czynił potajemne starania, by go wybrano ponownie. Przed trzema laty generał José Antonio Páez objął siłą władzę nad departamentem Wenezueli w pierwszej próbie oddzielenia go od Kolumbii. Generał udał się wówczas do Caracas, pogodził się z Paezem, uściskał go na oczach wszystkich wśród radosnych śpiewów i bicia dzwonów i wymyślił specjalnie dla niego, na zasadzie wyjątku, ustrój, który pozwalał mu rządzić tak, jak chciał. „I to był początek klęski”, powiedział Urdaneta. Bo ta usłużność nie tylko zatruła w końcu stosunki z Granadyjczykami, ale zasiała wśród nich dążenie do separacji. Teraz, rzekł na koniec Urdaneta, największą przysługą, jaką generał mógłby oddać ojczyźnie, byłaby natychmiastowa rezygnacja z nałogu rządzenia i wyjazd z kraju. Generał odpowiedział z nie mniejszą zapalczywością. Ale Urdaneta był człowiekiem uczciwym, mówił potoczyście i z zapałem, toteż wszyscy odnieśli wrażenie, że byli świadkami upadku wielkiej, starej przyjaźni.

Generał ponownie zgłosił rezygnację i wyznaczył don Dominga Caicedo na pełniącego obowiązki głowy państwa, dopóki Kongres nie wybierze prezydenta. Pierwszego marca opuścił pałac rządowy drzwiami dla służby, aby nie spotkać się z gośćmi, którzy pili właśnie szampana na cześć jego następcy, i odjechał cudzym powozem do wiejskiego dworku w Fucha, idyllicznym podmiejskim zakątku, w którym użyczył mu gościny tymczasowy prezydent. Już sama świadomość, że jest jedynie zwykłym obywatelem, pogłębiła wyniszczenie wywołane środkiem wymiotnym. Poprosił Josego Palaciosa, śniącego na jawie, aby postarał się o przybory do pisania, bo chce przystąpić do spisywania wspomnień. José Palacios przyniósł mu atrament i papier w takiej ilości, że starczyłoby tego na czterdzieści lat wspominków albo i więcej, on zaś uprzedził Fernanda, swego bratanka i kopistę, że zamierza korzystać z jego usług od najbliższego poniedziałku o godzinie czwartej nad ranem: była to zawsze najlepsza dla niego pora, aby przemyśleć wszystko, co go do żywego bolało. Jak to wielokrotnie powtarzał bratankowi, chciał zacząć od wspomnienia najdawniejszego, a był nim sen, który miał kiedyś, jako trzyletnie dziecko, na hacjendzie San Mateo w Wenezueli. Śniło mu się, że do domu wtargnął czarny muł o złotych zębach i biegał po wszystkich pomieszczeniach od salonu aż po spiżarnie, i w porze sjesty, gdy spała cała rodzina i niewolnicy, zjadał bez pośpiechu wszystko, na co się natknął, aż w końcu skonsumował zasłony, dywany, lampy, wazony na kwiaty, serwis i nakrycia w jadalni, ciżemki świętych z ołtarzy, bieliźniarki i skrzynie z całą zawartością, garnki w kuchni, drzwi i okna wraz z zawiasami i kołatkami i wszystkie meble, od ganków aż po sypialnie, jedyną zaś rzeczą, którą zostawił nietkniętą, kołyszącą się na swoim miejscu, było owalne lustro na toaletce jego matki.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Południe – wchodzące w skład Wielkiej Kolumbii tereny Quito, czyli późniejszego Ekwadoru.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz