Zła godzina - Gabriel García Márquez - ebook

Zła godzina ebook

Gabriel Garcia Marquez

5,0

Opis

[PK]

 

"Zła godzina" to kronika terroru, zapis obezwładniającego strachu, który doprowadza mieszkańców miasteczka do życia jedynie chwilą bieżącą, niemalże poza czasem, poza historią. Choć napisana wcześniej niż "Sto lat samotności", jest opisem Macondo nieświadomego własnej historii, w której rozczytują się miliony czytelników nie z tej historii, nie z tego świata i nie z tego strachu. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 218

Rok wydania: 1975

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
czerepkogb

Nie oderwiesz się od lektury

Malkontenci kręcą nosami na tę książkę. Dla mnie miłośnika twórczości Mistrza jest tu wszystko czym Marquez czarował i uwodził
00



ABRIEL GARCIA M^RGIUEZ

ZLA GODZINA

WYDAWNICTWO LITERACKIE

Wywierający coraz większy wpływ na kształtowanie się w ostatnich latach literatury hispanoamerykańskiej Kolumbijczyk Gabriel Garda Mar-quez (ur. w 1928 r.) znany jest dobrze polskim czytelnikom. Przed wydaniem Stu lat samotności (PIW, 1974) ukazały się już trzy przekłady utworów Marąueza: powieść —Zła godzina, zbiór opowiadań — W tym mieście nie ma złodziei oraz mikropowieść — Nie ma kto pisać do pułkownika. Sto lat samotności — opublikowane przez autora w 1967 r. — jest jakby syntezą i uwieńczeniem poprzednich dzieł Marąueza zawierających już tematy, sytuacje i postaci, rozwinięte i naszkicowane ostatecznie w owej „sadze rodu Buendia", gdzie uległy one metamorfozie lub zostały wcielone w ramy tej fantastycznej „epopei tropików".

Projekt okładki Janusz Wysocki

GABRIEL GARCIA MARQUEZ

GABRIEL GARCIA MARQUEZ

ZLA GODZINA

WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW

PRZELOŻYh JA1NJ ZYCH

/

Tytuł oryginału: La mala hora

© Ediciones Era, S.A. Mexico, 1966.

Posłowiem opatrzył Rajmund Kalicki

6-4483

Teksty wg edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego 1970. Wydanie przejrzane i poprawione przez tłumacza wg Ediciones Era, S.A. Mexico 1966.

0 jciec Angel dźwignął się z wielkim wysiłkiem.

Przetarł powieki wierzchem dłoni, odpiął moski-

tierę i siadł na wyleniałej macie, zamyślony przez chwilę, potrzebną, żeby zdać sobie sprawę, że żyje,

1 przypomnieć sobie datę i odpowiadające jej imię świętego. „Wtorek, czwarty października" — pomyślał i mruknął: — Świętego Franciszka z Asyżu.

Ubrał się nie myjąc się i nie odmawiając modlitwy. Był tęgi, sangwiniczny, o łagodnych rysach potulnego wołu, i poruszał się jak wół, ciężkimi i smutnymi ruchami. Kiedy dokończył zapinania sutanny z drobiazgową dokładnością palców, z jaką sprawdza się struny harfy, odsunął rygiel i otworzył drzwi do patio. Tube-rozy w deszczu przypominały mu słowa piosenki.

— „Od łez moich będzie wzbierać morze" — westchnął.

Sypialnia połączona była z kościołem wewnętrznym korytarzem, na którym po bokach stały doniczki z kwiatami. Między luźno poukładanymi cegłami zaczynała wyrastać październikowa trawa. Zanim udał się do kościoła, ojciec Angel wszedł do ubikacji. Sikał obficie, wstrzymując oddech, żeby nie czuć mocnego zapachu amoniaku, który wyciskał mu łzy. Potem wyszedł na korytarz, przypominając sobie: „Ta łódź mnie w twój sen zaniesie". W wąskich drzwiach kościoła poczuł po raz ostatni zapach tuberoz.

Wewnątrz śmierdziało. Była to długa nawa, również wyłożona cegłami, i z jednymi tylko drzwiami wychodzącymi na rynek. Ojciec Angel poszedł prosto na wieżę. Zobaczył ciężarki zegara przeszło metr nad głową i pomyślał, że nakręcenie jeszcze wystarczy na tydzień. Obsiadły go zancudos *. Rozgniótł jednego na karku mocnym uderzeniem i otarł dłoń o powróz dzwonu. Potem usłyszał w górze zgrzyt skomplikowanych trybów i kółek, a następnie ze środka głuche, głębokie pięć uderzeń.

Czekał, aż umilknie ostatni pogłos. Wtedy ujął powróz w obie dłonie, owinął go wokół przegubu i rozkołysał spękane dzwony ze zdecydowaniem i stanowczością. Ukończył sześćdziesiąt jeden lat. Dzwonienie było

— Ostróg.

— Wiszą za szafą — powiedziała. — Sam zawiesiłeś je tam w sobotę.

Odsunęła moskitierę i zapaliła światło. Wstał zawstydzony. Był ciężki, o plecach szerokich i mocnych, ale ruchy miał elastyczne nawet w butach do konnej jazdy, których podeszwy przypominały dwie grube deski. Miał posturę nieco dziką. Wyglądał na człowieka o nieokreślonym wieku, ale po skórze szyi można było zauważyć, że przekroczył pięćdziesiątkę. Usiadł na łóżku, żeby założyć ostrogi.

— Deszcz jeszcze pada — powiedziała żona czując, że jej młode kości przesiąkły wilgocią nocy. — Czuję się jak gąbka.

Drobna, koścista, z długim i ostrym nosem, sprawiała wrażenie, jakby się jeszcze nie przebudziła. Starała się spojrzeć na deszcz spoza firanki. Cesar umocował ostrogi, wstał i stuknął parę razy obcasem v/ podłogę. Dom zadrgał od mosiężnych ostróg.

— Tygrysy tyją w październiku — powiedział.

Ale nie dosłyszała go, zachwycona melodią Pasterza. Kiedy znowu spojrzała na niego, czesał się przed szafą, z ugiętymi kolanami i schyloną głową, bo lustra były za niskie.

Nuciła półgłosem, idąc za melodią Pasterza.

— Piłowali tę piosenkę przez całą noc — powiedział.

— Jest bardzo ładna — zauważyła.

Odwiązała wstążkę od wezgłowia łóżka, zebrała włosy nad karkiem i westchnęła, zupełnie przebudzona: — „Pozostanę w twoim śnie aż do śmierci". Nie zwracał na nią uwagi. Z szuflady w szafie, w której było trochę kosztowności, mały damski zegarek i wieczne pióro, wyciągnął portfel z pieniędzmi. Wyjął cztery banknoty i położył z powrotem portfel na tym samym miejscu. Potem włożył do kieszeni koszuli sześć nabojów do strzelby.

— Jeżeli dalej będzie lało, w sobotę nie przyjadę — powiedział.

Otworzywszy drzwi do patio zatrzymał się chwilę w progu, wciągając ponury zapach października, a jego oczy przyzwyczajały się do ciemności. Miał zamknąć drzwi, kiedy w sypialni zadźwięczał dzwonek budzika.

Żona wyskoczyła z łóżka. Przystanął w pół ruchu, z ręką na zasuwie, póki ona nie wyłączyła budzika. Wtedy spojrzał na nią pierwszy raz, zamyślony.

— Śniły mi się w nocy słonie — powiedział.

Potem zamknął drzwi i poszedł osiodłać muła.

Deszcz wzmógł się jeszcze przed trzecim dzwonieniem. Wiatr zerwał z drzew migdałowych na rynku ostatnie przegniłe liście. Pogaszono uliczne światła, ale domy nadal były zamknięte. Cesar Montero wjechał na mule do kuchni i nie zsiadając zawołał na żonę, by mu przyniosła nieprzemakalny płaszcz. Zdjął dwururkę, którą miał zarzuconą na ramię, i przywiązał ją rzemieniami poziomo do siodła. Zona zjawiła się w kuchni z płaszczem.

— Poczekaj, aż przestanie — powiedziała bez przekonania.

Założył płaszcz w milczeniu. Potem spojrzał w stronę patio.

— Do grudnia nie przestanie.

Odprowadziła go spojrzeniem do końca korytarza. Ulewny deszcz bił w zardzewiałą blachę dachu, ale on poszedł. Kłując muła ostrogami, musiał nachylić się w siodle, żeby nie uderzyć o framugę drzwi, kiedy wjeżdżał do patio. Krople z okapu bębniły niczym śrut na jego plecach. Od bramy, nie odwracając głowy, zawołał:

— Do zobaczenia w sobotę.

— Do soboty ■— powiedziała.

Jedyne drzwi otwarte na rynek to były drzwi kościelne. Cesar Montero spojrzał w górę i zobaczył niebo gęste i niskie, o dwa łokcie nad głową. Przeżegnał się, spiął ostrogami muła, który zaczął tańczyć na tylnych nogach, aż wreszcie uspokoił się na rozmytej ziemi. Wtedy zobaczył papier przybity na drzwiach swego domu.

Przeczytał nie zsiadając. Woda zmyła farby, ale tekst, napisany pędzelkiem, dużymi drukowanymi literami, był jeszcze czytelny. Cesar Montero podprowadził muła pod ścianę, zerwał papier i podarł na strzępy.

Uderzeniem cugli wprowadził zwierzę w drobny równomierny truchcik na wiele godzin. Wyjechał z rynku wąską i krętą uliczką, na której drzwi lepią-nek otwierając się buchały sennym ciepłem. Poczuł zapach kawy. Ale kiedy minął już ostatnie domy miasteczka, zawrócił muła i tym samym drobnym i równomiernym truchcikiem wjechał na rynek i zatrzymał się przed domem Pasterza. Zsiadł, dobył strzelbę, a muła przywiązał do słupa, wszystko to robiąc po kolei i ze spokojem.

Drzwi były nie zaryglowane, od dołu ,podparte tylko ogromną muszlą morską. Cesar Montero wszedł do mrocznego korytarzyka. Usłyszał ostrą, wysoką nutę, a później ciszę wyczekiwania. Przeszedł koło cziterech krzeseł ustawionych przy stoliku z wełnianą serwetką i sztucznymi kwiatami we flakonie. W końcu zatrzymał się przed drzwiami do patio, odrzucił do tyłu kaptur nieprzemakalnego płaszcza, pomacał bezpiecznik strzelby i głosem spokojnym, niemal uprzejmym zawołał:

— Pasterzu.

Pasterz stanął w otwartych drzwiach zdejmując ustnik z klarnetu. Był to szczupły, zgrabny chłopak, z ledwie sypiącym się zarostem wyrównanym nożyczkami. Kiedy zobaczył Cesara Montero z obcasami wbitymi w udeptaną glinę i strzelbą na wysokości pasa, wymierzoną w niego, Pasterz otworzył usta. Ale nic nie powiedział. Zbladł i uśmiechnął się. Cesar Montero najpierw wparł obcasy w ziemię, a potem kolbę łokciem w biodro; potem zacisnął zęby i równocześnie nacisnął kurek. Dom zatrząsł się od huku, ale Cesar Montero nie wiedział, czy to przed, czy po wybuchu zobaczył Pasterza po drugiej stronie drzwi, wijącego się jakimś falowaniem gąsienicy nad strumykiem drobnych zakrwawionych piór.

Alkad zaczynał zasypiać, kiedy rozległ się strzał. Trzy noce spędził bezsennie, dręczony bólem trzonowego zęba. Tego ranka, w czasie pierwszego dzwonienia na mszę, zażył ósmy proszek przeciw bólowi. Ból ustał. Eębnienie deszczu po cynkowym dachu pomogło usnąć, ale ząb pulsował bezboleśnie w dalszym ciągu, przez sen. Kiedy posłyszał wystrzał, zbudził się natychmiast i chwycił pas z ładownicami i rewolwerem, który zawsze zostawiał na krześle koło hamaka w zasięgu lewej ręki. Ale ponieważ słyszał tylko szmer deszczu, pomyślał, że było to senne przywidzenie, i znowu poczuł ból.

Miał niewielką gorączkę. Przed lustrem zauważył, że puchnie mu policzek. Otworzył pudełko wazeliny o miętowym zapachu i posmarował bolące miejsce, obrzękłe i nie ogolone. Nagle posłyszał poprzez deszcz zgiełk dalekich głosów. Wyszedł na balkon. Ludzie, niektórzy w bieliźnie, biegli ulicą w stronę rynku. Jakiś chłopak zwrócił głowę ku niemu, uniósł ręce i krzyknął nie zatrzymując się:

— Cesar Montero zabił Pasterza.

Cesar Montero krążył po placu ze strzelbą wymierzoną w tłum. Alkad z trudem go rozpoznał. Lewą ręką wyciągnął z kabury rewolwer i zaczął się posuwać ku środkowi rynku. Ludzie rozstąpili się, robiąc mu przejście. Z sali bilardowej wyszedł policjant z karabinem gotowym do strzału, celując w Cesara Montero. Alkad zwrócił się do niego cichym głosem:

— Nie strzelaj, bydlaku.

Włożył rewolwer do kabury, odebrał policjantowi karabin i ruszył na środek rynku z bronią gotową do strzału. Tłum przywarł do murów.

— Cesarze Montero — zawołał alkad — oddaj mi tę strzelbę.

Cesar Montero nie zauważył go dotąd. Jednym skokiem obrócił się w jego stronę. Alkad nacisnął spust, ale nie strzelił.

— Chodź, weź sobie — zawołał Cesar Montero.

Alkad trzymał karabin lewą ręką, a prawą przecierał powieki. Odmierzał każdy krok. Palec na spuście nadal był napięty, oczy utkwione w Cesara Montero. Nagle zatrzymał się i powiedział przyjaźnie:

— Rzuć strzelbę na ziemię, Cesarze. Nie rób więcej głupstw.

Cesar Montero cofnął się. Alkad stał w tym samym miejscu, z palcem na spuście. Nie drgnął ani jeden muskuł jego ciała, aż wreszcie Cesar Montero zniżył strzelbę i wypuścił ją z rąk. Wtedy alkad zdał sobie sprawę, że ubrany jest zaledwie w spodnie od piżamy, że jest spocony mimo deszczu i że ząb przestał go boleć.

Pootwierały się domy. Dwaj policjanci uzbrojeni w karabiny biegli na środek rynku. Tłum ruszył za nimi. Policjanci odwrócili się i krzyknęli z karabinami w pogotowiu.

— Cofnąć się!

Alkad zawołał spokojnym głosem, nie patrząc na nikogo :

— Opuścić rynek!

Tłum rozszedł się. Alkad zrewidował Cesara Montero nie każąc mu zdejmować nieprzemakalnego płaszcza. Znalazł cztery naboje w kieszeni koszuli, a w tylnej kieszeni spodni brzytwę w rogowej oprawie. W innej kieszeni znalazł notes z zapiskami, kółko z trzema kluczami i cztery banknoty po sto pesos. Cesar Montero pozwalał się zrewidować, obojętny, z uniesionymi rękami, poruszając się tylko trochę dla ułatwienia czynności. Kiedy alkad skończył, wezwał dwóch policjantów, wręczył im rzeczy i kazał zabrać Cesara Montero.

— Zaprowadzić go na pierwsze piętro do magistratu — rozkazał. — Odpowiadacie za niego.

Cesar Montero zdjął płaszcz. Oddał go jednemu z policjantów i szedł między nimi, obojętny na deszcz i poruszenie wśród ludzi zebranych na placu. Alkad w zamyśleniu patrzył za odchodzącym. Potem zwrócił się w stronę tłumu, zrobił ruch, jakby odpędzał kury, i zawołał:

— Rozejść się.

Ocierając twarz gołym ramieniem przeciął plac na ukos i wszedł do domu Pasterza.

Na wpół omdlała na krześle siedziała matka Pasterza, pośrodku gromady kobiet, które wachlowały ją z okrutną starannością. Alkad odsunął na bok jedną z kobiet.

— Odejdźcie od niej — powiedział.

Kobieta odwróciła się ku niemu.

— Ledwie wyszła na mszę — powiedziała.

— Dobrze — powiedział alkad — ale teraz pozwólcie jej odetchnąć.

Pasterz leżał w patio pod gołębnikiem, twarzą ku ziemi usłanej skrwawionymi piórami. Czuć było intensywny smród gołębich nieczystości. Grupa mężczyzn usiłowała podnieść ciało, kiedy w drzwiach zjawił się alkad.

— Odejdźcie ■— powiedział.

Mężczyźni z powrotem położyli trupa na piórach, w tej samej pozycji, w jakiej go zastali, i wycofali się w milczeniu. Po obejrzeniu ciała ałkad je odwrócił. Było usiane drobniutkimi piórami. Na wysokości pasa piór było najwięcej, przywarły do krwi, ciepłej jeszcze i świeżej. Usunął je rękami. Koszula była podarta, a sprzączka pasa rozerwana. Pod koszulą ujrzał odsłonięte trzewia. Rana przestała już krwawić.

— To ze strzelby do polowania na tygrysy — powiedział jeden z mężczyzn.

Alkad wyprostował się. Starł okrwawione pióra z dłoni o belkę gołębnika, ciągle spoglądając na trupa. W końcu wytarł ręce o spodnie piżamy i powiedział do grupy zebranych:

— Nie ruszajcie go stąd.

— Tak go pan zostawi, żeby leżał? — powiedział jeden z mężczyzn.

— Trzeba sporządzić akt levantamiento1 — powiedział alkad.

W głębi domu zaczęło się lamentowanie kobiet. Alkad wycofał się z tego zawodzenia i dusznych zapachów, które zaczęły unosić się w mieszkaniu. W drzwiach na ulicę spotkał ojca Angela.

— Już martwy — zawołał ksiądz z zakłopotaniem.

— Jak wieprzak — odpowiedział alkad.

Drzwi domów na rynku były pootwierane. Deszcz ustał, ale niskie chmury płynęły nad dachami, bez żadnego widoku na słońce. Ojciec Angel ujął alkada za ramię.

— Cesar Montero jest dobrym człowiekiem —- powiedział — to musiała być chwila zamroczenia.

— Wiem o tym — powiedział alkad z niecierpliwością. — Niech się ojciec nie przejmuje, nic się mu nie stanie. Niech ojciec idzie tam, gdzie go potrzebują.

Odszedł dość nagle i rozkazał policjantom, by zeszli z posterunków. Tłum, stojący dotąd w odpowiedniej odległości, runął w stronę domu Pasterza. Alkad. wszedł do sali bilardowej, gdzie jeden z policjantów czekał na niego z ubraniem — jego mundurem porucznika.

Zwykle zakład nie bywał otwarty o tej porze. Tego dnia przed siódmą było tu pełno. Przy czteroosobowych stolikach i przy bufecie kilku mężczyzn piło kawę. Większość była w piżamach i w rannych pantoflach.

Alkad rozebrał się w obecności wszystkich, wytarł się nieco spodniami od piżamy i zaczął się ubierać w milczeniu przerywanym komentarzami. Kiedy opuszczał salę, był dokładnie wtajemniczony w najdrobniejsze szczegóły zajścia.

— Uważajcie — zawołał od drzwi — jeżeli w miasteczku nie będzie spokoju, to już ja postaram się, żeby był.

Zszedł w dół kamienistą uliczką nie pozdrawiając nikogo, ale zdając sobie sprawę z poruszenia w miasteczku. Był młody, prosty w obejściu i na każdym, kroku było widoczne, że chce się takim czuć.

O siódmej barki, które itrzy razy w tygodniu przewoziły towary i pasażerów, zagwizdały opuszczając molo, ale nikt nie zwracał na nie uwagi, jak to bywało w inne dni. Alkad przeszedł podcieniem, gdzie syryjscy kupcy zaczynali wystawiać swoje pstrokate towary. Doktor Octavio Giraldo, lekarz bez wieku, z głową pełną błyszczących kędziorów, patrzył na odchodzące barki od drzwi swego gabinetu. On również ubrany był w bluzę od piżamy i kapcie.

— Doktorze — powiedział alkad — niech pan się ubiera i pójdzie zrobić sekcję.

Lekarz spojrzał na niego z zainteresowaniem. Odsłonił długi rząd białych i mocnych zębów. — To znaczy, że obecnie robi się sekcje — powiedział i dodał jeszcze: — No, to już wielki postęp.

Alkad próbował się uśmiechnąć, ale przeszkodził mu spuchnięty policzek. Zakrył usta dłonią.

— Co się panu stało? — zapytał lekarz.

— Kurewski ząb.

Doktor Giraldo chciał sobie pogadać, ale alkad się spieszył. Na końcu mola zapukał do domu o ścianach z nie otynkowanej trzciny bambusowej. Dach dochodził niemal do poziomu wody. Otworzyła kobieta o zielonkawej skórze, w ciąży, chyba w siódmym miesiącu. Była boso. Alkad odsunął ją na bok i wszedł do mrocznego przedpokoju.

— Panie sędzio! — zawołał.

Sędzia Arcadio zjawił się w wewnętrznych drzwiach, powłócząc chodakami. Był w drelichowych spodniach bez paska, trzymających się poniżej pępka, i bez koszuli.

— Niech się pan przygotuje na leuantamiento zwłok — powiedział alkad.

Sędzia Arcadio zaświstał przez zęby z wyrazem zakłopotania.

— Skąd się u pana wzięły takie nowości?

Alkad poszedł aż do sypialni.

— To zupełnie co innego — powiedział otwierając okno, by oczyścić powietrze ciężkie jeszcze od snu. — Lepiej zrobić wszystko, jak się należy.

Otarł pył z rąk o wyprasowane spodnie i zapytał bez cienia ironii:

— Wie pan, jaka jest procedura przy levantamiento?

— Oczywiście — odpowiedział sędzia.

Alkad oglądał ręce przy oknie.

— Niech pan wezwie sekretarza, bo trzeba będzie spisać — powiedział znowu bez żadnej ukrytej myśli. Potem z wyciągniętymi dłońmi zwrócił się do dziewczyny. Były poplamione krwią.

— Gdzie mogę się umyć?

— Przy studni — powiedziała.

Alkad wyszedł na patio. Dziewczyna poszukała w kufrze czystego ręcznika i zawinęła weń mydło toaletowe.

Wyszła do patio w momencie, kiedy alkad wracał do sypialni otrzepując ręce.

— Niosłam panu mydło — powiedziała.

— Już nie trzeba — powiedział alkad.

Znów zaczął przyglądać się dłoniom. Wziął ręcznik i wytarł ręce, patrząc w zamyśleniu na sędziego.

— Miałem pełno gołębich piór — powiedział.

Siedząc na skraju łóżka i pijąc powolnymi łykami

czarną kawę, czekał, aż sędzia Arcadio skończy się ubierać. Dziewczyna odprowadziła ich przez pokój.

— Dopóki pan nie wyrwie tego zęba, spuchnięcie panu nie przejdzie — powiedziała do alkada.

Przepuścił sędziego Arcadia na ulicę, spojrzał na nią raz jeszcze i wskazującym palcem dotknął jej dużego brzucha.

— A to spuchnięcie kiedy ci przejdzie?

— Już niedługo — powiedziała.

Ojciec Angel nie odbył swojej codziennej przechadzki wieczornej. Po pogrzebie zatrzymał się na rozmowę w jednym z domów, w dzielnicy nad rzeką, i został tam aż do wieczora. Czuł się dobrze, mimo że przewlekłe deszcze przyprawiały go zwykle o łamanie w krzyżach. Kiedy wrócił do domu, na ulicach zapalono już światło.

Trinidad podlewała w korytarzu kwiaty. Ksiądz zapytał ją o nie poświęcone hostie i odpowiedziała, że położyła je na wielkim ołtarzu. Chmara zancudos otoczyła go, kiedy zapalił światło w pokoju. Zanim zamknął drzwi, natychmiast rozpylił w mieszkaniu środek owadobójczy kichając z powodu zapachu. Kiedy skończył, był spocony. Zmienił czarną sutannę na białą i połataną, w której chodził po domu, i poszedł zadzwonić na Anioł Pański.

Kiedy wrócił do pokoju, postawił na ogniu patelnię z kawałkiem mięsa, żeby się smażyło, i zabrał się tymczasem do krojenia cebuli w plasterki. Następnie ułożył to wszystko na talerzu, gdzie był kawałek przypieczonej juki i trochę zimnego ryżu, które zostały z obiadu. Positawił talerz na stole i zasiadł do jedzenia.

Jadł wszystkiego po trochu, krojąc po kawałeczku każdej rzeczy i układając nożem na widelcu. Żuł dokładnie, rozcierając trzonowymi zębami poplombowa-nymi srebrem, ale z ustami ściśniętymi. Opierał przy tym widelec i nóż o brzegi talerza i rozglądał się po mieszkaniu spojrzeniem nieprzerwanym i doskonale przytomnym. Naprzeciwko stała szafa z licznymi księgami archiwum parafialnego. W kącie wiklinowy bujak, z wysokim oparciem, z poduszką przyszytą na wysokości głowy. Za bujakiem był parawan z krzyżem zawieszonym koło kalendarza reklamującego syrop przeciw kaszlowi. Za parawanem mieściła się sypialnia.

Kończąc jedzenie ojciec Angel poczuł duszność. Rozwinął na deser galaretkę z guajawy, nalał pełną szklankę wody i jadł wpatrując się w kalendarz. Po każdym kąsku wypijał łyk wody nie odrywając spojrzenia od kalendarza. W końcu odbiło mu się i otarł usta rękawem. Tak jadał przez dziewiętnaście lat, samotnie w swoim pokoju, powtarzając każdy gest ze skrupulatną dokładnością. Nigdy nie wstydził się swojej samotności.

Pc różańcu Trinidad poprosiła go o pieniądze na kuipno ariszenilku. Ojciec odmówił po raz trzeci, twierdząc, że wystarczą łapki. Trinidad upierała się:

— Mniejsze myszy wyjadają ser i nie łapią się w łapki. Dlatego lepiej zatruć ser.

Ksiądz przyznał, że Trinidad ma rację. Ale zanim mógł to wypowiedzieć, wdarł się w spokój kościoła hałaśliwy głośnik z sali kinowej z naprzeciwka. Najpierw było głuche zgrzytanie. Potem zgrzyt igły po płycie, a następnie mambo, które zaczęło się od wrzaskliwej trąbki.

— Jest film? — zapytał ojciec.

Trinidad powiedziała, że tak.

— Wiesz, co grają?

— Tarzan i zielona bogini — powiedziała Trinidad. — Ten sam, którego nie mogli dokończyć w niedzielę z powodu deszczu. Dobry dla wszystkich.

Ojiciec Angel poszedł do podmurowania wieży i odmierzył dwanaście powolnych uderzeń. Trinidad była zaskoczona.

— Ojciec się pomylił — powiedziała gestykulując. — To fikn dla wszystkich. Niech ojciec sobie przypomni, że w niedzielę nie dawał żadnego sygnału.

— Ale to brak szacunku dla miasteczka — powiedział ksiądz, ocierając pot z karku. I powtórzył sapiąc : — Brak szacunku.

Trinidad zrozumiała.

— Trzeba było widzieć ten pogrzeb — powiedział ksiądz. — Wszyscy mężczyźni się dobijali, żeby nieść trumnę.

Petem pożegnał dziewczynę, zamiknął drzwi na pusty plac i pogasił światła w kościele. W korytarzu, wracając do sypialni, uderzył się dłonią w czoło, przypominając sobie, że zapomniał dać Trinidad pieniądze na arszenik. Ale i o tym zapomniał, zanim doszedł do pokoju.

W chwilę później, siedząc przy biurku, zabrał się do skończenia listu zaczętego wczoraj wicczorem. Rozpiął sutannę do pasa, rozłożył na stole blok listowy, kałamarz i bibułę i zaczął po kieszeniach szukać okularów. Potem przypomniał sobie, że zostawił je w sutannie, w której był na pogrzebie, i wstał, żeby ich poszukać. Przeczytał to, co napisał poprzedniego wir-czora, i zaczął nowe zdanie, kiedy rozległo się trzykrotne stuknięcie do drzwi.

— Proszę.

Wszedł właściciel sali kinowej. Drobny, blady, starannie ogolony, z wyrazem przygnębienia na twarzy. Był w białym lnianym ubraniu, nieskazitelnie czystym, i w dwukolorowych półbutach. Ojciec Angel wskazał mu pleciony bujak, by usiadł, ale gość dobył z kieszeni spodni chusteczkę, rozwinął ją dokładnie, wytarł kurz z ławki i usiadł z rozkraczonymi nogami. Ojciec Angel zobaczył wówczas, że u pasa nie miał rewolweru, a latarkę na baterie.

— Czym mogę służyć? — zapytał ksiądz.

— Ojcze — powiedział właściciel, niemal bez tchu — proszę mi wybaczyć, że wtrącam się do jego spraw, ale tego wieczora to była chyba pomyłka.

Ksiądz potwierdził skinieniem głowy i czekał.

— Tarzan i zielona bogini jest filmem dla wszystkich — ciągnął dalej właściciel kina. — Ojciec sam to stwierdził w niedzielę.

Ksiądz próbował przerwać, ale właściciel podniósł rękę na znak, że jeszcze nie skończył.

— Zgodziłem się na dzwonienie — powiedział — bo wiadomo, że są filmy niemoralne. Ale w tym filmie nie ma nic specjalnego. Chcieliśmy go dać w sobotę na seansie dla dzieci.

Ojciec Angel wyjaśnił mu wówczas, że istotnie film nie miał żadnej oceny moralnej na liście, którą co miesiąc przynosiła poczta.

— Ale dawać film dzisiaj — ciągnął •— to brak szacunku, kiedy mamy zmarłego w miasteczku. To także sprawa moralności.

Właściciel spojrzał na niego.

— W ubiegłym roku sama policja zabiła pewnego człowieka w kinie i ledwie wynieśli zmarłego, film szedł dalej — zawołał.

— Teraz jest inaczej — powiedział ojciec — alkad się zmienił.

_ Kiedy się będą zbliżać wybory, zaczną się znów

morderstwa — odparł właściciel kina rozgniewany. — Zawsze, od kiedy miasteczko miasteczkiem, dzieje się to samo.

— Zobaczymy — powiedział ksiądz.

Właściciel zmierzył go ponurym spojrzeniem. Kiedy znów zaczął mówić, poruszając koszulą dla ochłodzenia, głos jego przybrał ton błagalny.

— To trzeci dobry film dla wszystkich, jaki dostaliśmy tego roku — powiedział. — W niedzielę zostały trzy rolki, których nie daliśmy z powodu deszczu, i dużo ludzi chce wiedzieć, jak się kończy.

— Już zadzwoniłem — powiedział ksiądz.

Właściciel westchnął przygnębiony. Czekał, patrząc

w twarz księdza, i już nie myśląc rzeczywiście o niczym, jak tylko o duszności pomieszczenia.

— Więc już nic nie można zrobić?

Ojciec poruszył głową.

Właściciel kina uderzył dłońmi o kolana i wstał.

— Dobrze — powiedział. — Cóż mamy ojcu zrobić.

Zaczął składać chusteczkę, otarł pot z karku i rozejrzał się po pokoju z surową dokładnością.

— To jest piekło — powiedział.

Ojciec Angel odprowadził go do drzwi. Zasunął rygiel i usiadł, by skończyć list. Po przeczytaniu go ieszcze raz od początku, dokończył przerwane zdanie i zaczął się zastanawiać. W tym momencie urwała się muzyka w głośniku.

— Ogłasza się szanownej publiczności — powiedział jakiś bezosobowy głos — że dzisiejszy seans został zawieszony, ponieważ nasze przedsiębiorstwo również pragnie przyłączyć się do żałoby.

Ojciec Angel uśmiechając się rozpoznał głos właściciela.

Gorąco wzmogło się jeszcze. Ksiądz pisał nadal, z krótkimi przerwami, w których ocierał pot i odczytywał to, co napisał, aż zapełnił dwie kartki. Ledwie złożył podpis, kiedy niespodziewanie lunął deszcz. Zapach wilgotnej ziemi przeniknął do pokoju. Ojciec Angel zaadresował kopertę, zatkał kałamarz i miał złożyć list. Ale jeszcze raz przeczytał ostatnie zdania. Wtedy otworzył kałamarz z powrotem i dopisał: „Znów leje. Z powodu tych deszczów i spraw, o których wspomniałem, myślę, że czekają nas przykre dni".

■MT piątek o świcie było ciepło i sucho. Sędzia Ar-** cadio, który lubił się przechwalać, że trzy razy bierze kobietę w ciągu nocy od czasu, kiedy zrobił to po raz pierwszy, zerwał tego ranka sznury moskitiery i w momencie najwyższego napięcia obydwoje z żoną spadli na podłogę zaplątani w siatkę.

— Zostaw to — mruknęła. — Ja później poskładam.

Wynurzyli się zupełnie nadzy spomiędzy splątanych mgławic moskitiery. Sędzia Arcadio poszedł szukać w kufrze czystych kalesonów. Kiedy wrócił, żona stała ubrana, poprawiając moskitierę. Przeszedł nie patrząc na nią i usiadł, aby włożyć buty, z drugiej strony łóżka, pełen jeszcze niespokojnego oddechu miłości. Żona nie odstępowała go. Oparła krągły i napięty brzuch o jego ramię i szukała zębami jego ucha. Odsunął ją delikatnie.

— Zostaw mnie w spokoju — powiedział.

Wybuchnęła śmiechem pełnym dobrego samopoczucia. Przeszła za mężem w drugi koniec pokoju szturchając go wskazującymi palcami w okolice nerek. — „Arre, burrito"2 — powtarzała. Podskoczył i odsunął jej ręce. Zositawiła go w .spokoju, znów zaczęła się śmiać, ale nagle spoważniała i zawołała:

— O Chryste Panie!

— Co się stało? — zapytał.

-— Przecież drzwi były na oścież otwarte — krzyknęła. — To już zupełny bezwstyd.

Wszedł do łazienki wybuchając śmiechem.

Sędzia Arcadio nie czekał na kawę. Otrzeźwiony miętą z pasty do zębów, wyszedł na ulicę. Słońce było miedziane. Syryjczycy siedząc w drzwiach swoich sklepików przyglądali się spokojnej rzece. Przechodząc koło gabinetu doktora Giraldo zastukał paznokciem w metalową siatkę u drzwi i zawołał nie przystając:

— Doktorze, jaki jest najlepszy środek na ból głowy?

Lekarz odpowiedział ze środka.

— Nie pić wieczorem.

W porcie gromada kobiet głośno komentowała treść nowego paszkwilu nalepionego minionej nocy. Ponieważ noc była pogodna i bez deszczu, kobiety idące na mszę o piątej godzinie przeczytały go i teraz już wiedziało o nim całe miasteczko. Sędzia Arcadio nie zatrzymywał się. Czuł się jak wół z koluchem w nosie, ciągnięty ku sali bilardowej. Poprosił tam o zimne piwo i proszki przeciw bólowi głowy. Biła dziewiąta, ale sala już była pełna.

— Wszystkich w miasteczku boli głowa — powiedział sędzia.

Zabrał butelkę do stolika, przy którym trzej mężczyźni siedzieli zakłopotani nad swoimi szklankami piwa. Usiadł na wolnym krześle.

— Dalej trwa ta historia? ■— zapytał.

— Dzisiaj pojawiły się cztery.

— Ten, który wszyscy czytali — powiedział jeden z mężczyzn — był o Raąuel Contreras.

Sędzia Arcadio przeżuł tabletkę i pociągnął piwa z butelki. Otrząsnął się przy pierwszym, łyku, ale potem żołądek się oswoił, i poczuł się jak nowo narodzony.

— Co tam było?

— Bzdety — powiedział mężczyzna. — Że celem podróży, które odbywała w tym roku, nie było wstawianie zębów, jak ona powiada, ale poronienie.

— I po cóż było się męczyć, żeby pisać paszkwil — powiedział sędzia Arcadio — o tym mówią wszyscy.

Chociaż rozpalone słońce przyprawiało go o ból oczu, kiedy wyszedł z sali, nie miał jednak tego okropnego samopoczucia, jakie miał rano. Poszedł prosto do sądu. Jego sekretarz, chudy staruszek, który skubał kurę, .spojrzał na niego z niedowierzaniem ponad oprawą okularów.

— Cóż to za cud?

— Trzeba ruszyć z tym bałaganem — powiedział sędzia.

Sekretarz wyszedł do patio powłócząc pantoflami i ponad ogrodzeniem podał na wpół oskubaną kurę hotelowej kucharce Po jedenastu miesiącach od objęcia stanowiska sędzia Arcadio po raz pierwszy zjawił się w swojej kancelarii.

Bałagan biurowy dzieliła na dwie części drewniana balustrada. W części zewnętrznej stała ławka z oparciem, również drewniana, pod obrazem ślepej Sprawiedliwości z wagą w dłoni. Wewnątrz dwa zestawione biurka, półka z zakurzonymi książkami i maszyna do pisania. Na ścianie nad biurkiem sędziego miedziany krucyfiks. Na przeciwległej ścianie litografia w ramkach: uśmiechnięty mężczyzna, gruby i łysy, z piersią przepasaną szarfą prezydenta, ze złoconym podpisem u dołu: „Pokój i Sprawiedliwość". Litografia była jedyną nową rzeczą w całym pomieszczeniu.

Sekretarz zasłonił twarz chusteczką i zaczął miotełką z piór zmiatać kurz z biurek.

— Jeżeli pan sobie nie zasłoni nosa, będzie pan miał k^.tar — powiedział.

Sędzia Arcadio nie zwracał uwagi na tę radę. Usiadł na obrotowym krześle podnosząc nogi, by wypróbować sprężyny.

— Nie przewróci się? — zapytał.

Sekretarz zaprzeczył ruchem głowy.

— Kiedy zabili sędziego Vitelę — powiedział — wyleciały sprężyny: ale już jest naprawione. — Nie zdejmując chusteczki z twarzy dodał: — Sam alkad kazał je naprawić, kiedy zmienił się rząd i wszędzie zaczęli się pojawiać specjalni kontrolerzy.

— Alkad chce, by urząd działał — powiedział sędzia.

Otworzył środkową gablotę, wydobył pęk kluczy i jeden po drugim wsadzał do szuflad. Były pełne papierów, przejrzał je z grubsza, biorąc w palce, aby być pewnym, że nie było niczego, co by mogło zwrócić jego uwagę, a potem zamknął szuflady i ułożył na biurku potrzebne przybory: kryształowy kałamarz z jednym zbiornikiem czerwonym, a drugim niebieskim i z obsadkami do piór w odpowiednim kolorze. Atrament wysechł.

— Zrobił pan dobre wrażenie na alkadzie — powiedział sekretarz.

Kołysząc się na krześle sędzia obserwował go posępnym wzrokiem, kiedy czyścił poręcz. Sekretarz przyjrzał mu się, jak gdyby chciał zapamiętać go na zawsze w tym świetle, w tej chwili i w tej pozycji, i powiedział wskazując palcem:

— Tak jak pan w tej chwili, dokładnie tak samo siedział sędzia Vitela, kiedy go zastrzelili.

Sędzia dotknął nabrzmiałych żył na skroniach. Wracał znowu ból głowy.

— Ja byłem tam — ciągnął sekretarz, pokazując w stronę maszyny do pisania i przechodząc na zewnątrz balustrady.

Nie przerywając opowiadania oparł się na poręczy z miotłą z piór wymierzoną jak karabin w sędziego Arcadia. Wyglądał jak bandyta czatujący na przejezdnych w kowbojskim filmie.

— Trzej policjanci ustawili się w ten sposób — powiedział. — Sędzia Vitela ledwie ich zdążył zobaczyć i podniósł ręce mówiąc bardzo spokojnie: „Nie zabijajcie mnie". Ale zaraz krzesło poleciało w jedną stronę, a on w drugą, przeszyty ołowiem.

Sędzia Arcadio złapał się rękami za głowę. Czuł pulsowanie w skroniach. Sekretarz zdjął nakrycie z twarzy i powiesił miotełkę za drzwiami.

— A wszystko dlatego, że powiedział przy jakiejś pijatyce, że jest tutaj po to, żeby zapewnić uczciwość głosowania — rzekł.

Przerwał opowiadanie patrząc na sędziego, który zwinął się na biurku z rękami na brzuchu.

— Źle się pan czuje?

Sędzia przytaknął. Powiedział mu o wczorajszym wieczorze i poprosił, żeby mu przyniósł z sali bilardowej proszek przeciw bólowi i dwa zimne piwa. Kiedy skończył pierwsze piwo, nie było w jego sercu najmniejszego śladu rozgoryczenia. Był promienny.

Sekretarz usiadł przy maszynie.

— Co teraz robimy? — zapytał.

— Nic — powiedział sędzia.

— Więc jeżeli pan pozwoli, poszukam Marii, żeby pomóc jej skubać kury.

Sędzia sprzeciwił się.

— To jest biuro do zarządzania sprawiedliwością, a nie do skubania kur — powiedział. Przyjrzał się swojemu podwładnemu od stóp do głów ze współczuciem i dodał: — Poza tym ma pan wyrzucić te pantofle i przychodzić do biura w butach.

Ze zbliżaniem się południa stawało się coraz goręcej. Kiedy wybiła dwunasta, sędzia Arcadio miał już za sobą dwanaście piw. Pływał we wspomnieniach. Z jakimś sennym żalem mówił o przeszłości bez niedostatków, wspominał długie niedziele nad morzem i nienasycone Mulatki, które uprawiały miłość na stojąco, po bramach.