Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Ten dialog mistrzów, który łączył życie i literaturę (…) stopniowo przesiąkał narracyjną magią Garcíi Marqueza i Vargasa Llosy, i nikt z obecnych nie zauważał, że przeznaczony nań czas dobiega końca”.
Abelardo Oquendo
Ponad pół wieku temu, w 1967 roku, w Krajowej Wyższej Szkole Inżynierii w Limie odbyło się spotkanie dwóch młodych pisarzy latynoamerykańskich: Maria Vargasa Llosy i
Gabriela Garcíi Marqueza. W kilkugodzinnej rozmowie przyszli mistrzowie poruszyli temat ludzkiej samotności, roli powieściopisarza oraz genezy, prawdy i fantazji w Stu latach samotności. Snując rozważania o kondycji powieści w Ameryce Łacińskiej, zastanawiali się nad istotą tak zwanego boomu latynoamerykańskiego w literaturze, zjawiska, które wybuchło w owym czasie, stając się symbolem przebojowej tożsamości kontynentu.
Książka zawiera nie tylko zapis tej nigdy niepublikowanej w Polsce rozmowy, lecz wspomnienia znanych pisarzy, krytyków i dziennikarzy, którzy jako naoczni świadkowie opisują okoliczności tego wyjątkowego wydarzenia i starają się oddać atmosferę, w jakiej toczył się ten intelektualny dialog. Całości dopełniają wywiady z Gabrielem Garcíą Marquezem oraz refleksje Maria Vargasa Llosy na temat życia i twórczości Kolumbijczyka.
Miłośnicy twórczości obu pisarzy będą usatysfakcjonowani.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 107
Data ważności licencji: 9/29/2026
Tytuł oryginału: Dos soledades La novela en América Latina Diálogo entre Mario Vargas Llosa y Gabriel García Márquez
Projekt okładki: Tomasz Majewski
Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka
Redakcja: Irma Iwaszko
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Lingventa
Fotografie wykorzystane na okładce
© Vittoriano Rastelli/Corbis via Getty Images
© Antony Matheus Linsen/Fairfax Media via Getty Images
© GABRIEL GARCÍA MÁRQUEZ, and Heirs of GABRIELGARCÍA MÁRQUEZ (and MARIO VARGAS LLOSA), 2021
© MARIO VARGAS LLOSA (AND GABRIEL GARCÍA MÁRQUEZ, AND HEIRS OF GABRIEL GARCÍA MÁRQUEZ), 2021
© for this edition by MUZA SA and SIW Znak Sp. z o.o., Warszawa/Kraków 2021
© for the Polish translation by Agnieszka Rurarz
ISBN 978-83-287-1637-7
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o.
Wydanie I
Warszawa/Kraków 2021
Minęły pięćdziesiąt dwa lata od dnia, gdy Gabriel García Márquez i Mario Vargas Llosa, dwaj latynoamerykańscy powieściopisarze, wówczas obaj jeszcze młodzi, prowadzili ze sobą w Limie tę niebywałą rozmowę, której zapis czytelnik niebawem przeczyta. Jest ona niebywała tym bardziej, że pośród istotnych słów, jakie w niej padły, nie ma ani jednego, które nie zmieniłoby się radykalnie przez te lata. Temat rozmowy – O powieści w Ameryce Łacińskiej – wydaje się neutralny, zwyczajny i konkretny, szybko jednak uświadamiamy sobie, że ani powieść, ani Ameryka Łacińska, ani tym bardziej powieść latynoamerykańska, nie są obecnie tym samym, o czym mówili Gabriel García Márquez i Mario Vargas Llosa we wrześniu 1967 roku. A nie są dlatego, że pojawili się – co trzeba podkreślić – właśnie García Márquez i Vargas Llosa. I dlatego, że to minione pół wieku to czas sukcesu i wpływu Stu lat samotności, czas wybujałych ambicji w Rozmowie w „Katedrze”, czas tych cudownych odniesień do naszej specyfiki w Kronice zapowiedzianej śmierci i Wojnie końca świata. Dlatego, że to minione pół wieku to również czas przemian w naszym świecie polityki (od sprawy Padilli[1] i Pinocheta do fenomenu fujimorizmu i długowieczności Fidela Castro), w którym to intensywnie zaistnieli obaj pisarze. Borges, którego często wymieniają w rozmowie, w opowiadaniu Pierre Menard, autor „Don Kichota”[2] utrwalił raz na zawsze pomysł, że upływ czasu – i tego szczególnego ucieleśnienia czasu, jakim jest pisanie książek – zmienia słowa.
To jeden z najskuteczniejszych sposobów na lekturę tego dialogu mistrzów. Dla nas – latynoamerykańskich czytelników i powieściopisarzy – słowa, którymi posługiwano się w 1967 roku dla wyjaśniania kluczowych kwestii, już nie istnieją, zużyły się i z czasem ponownie ukształtowały, lecz dzisiaj nie używamy ich w takim samym znaczeniu, jak obaj pisarze wówczas. Gdy García Márquez mówi o samotności jako o temacie swoich książek, obawia się, że to zbyt „metafizyczne”, a przez to „zachowawcze”; gdy Vargas Llosa mówi o „odpowiedzialności” pisarza albo gdy podejmuje dyskusję o poziomie „zaangażowania” w różnych powieściach swojego rozmówcy, czujemy lub intuicyjnie wyczuwamy intensywność ich zmagań z ciążącym im rozedrganym światem polityki. Inne były także realia literackie. Starając się określić i zdefiniować głębokie nowatorstwo Stu lat samotności – starając się, jak byśmy powiedzieli, przyszpilić żółtego motyla – Vargas Llosa odnosi się najpierw do realizmu, potem do zdarzeń niemożliwych lub poetyckich, później rozważa możliwość, że w gruncie rzeczy chodzi o powieść fantastyczną. García Márquez w odpowiedzi upiera się przy swej kondycji pisarza realisty, dowodząc, że owa fantastyczność stanowi nierozerwalną część latynoamerykańskiej rzeczywistości, i sugeruje, z godną podziwu przenikliwością, że ten realizm może wnieść coś nowego do literatury powszechnej. Jednakże w tej dyskusji czegoś wyraźnie brakuje i ten brak rzuca się nam w oczy: w żadnej chwili, w żaden sposób nie pada wyrażenie, którego czytelnik się spodziewa, które wisi w powietrzu, lecz pozostaje jeszcze nieodkryte: „realizm magiczny”. I w sumie może na tym zasadza się problem tego dialogu: wówczas, w 1967 roku, świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy.
A jednak dla pewnego zjawiska nazwa zaczynała już funkcjonować: na początku kontrowersyjna, z czasem zadomowiła się w naszym intelektualnym pejzażu. Z ust Vargasa Llosy pada raz, w pytaniu, co García Márquez sądzi o latynoamerykańskim boomie. Boom, co oczywiste, w tamtym czasie również nie oznaczał tego, co dziś; jedną z cudownych chwil tego dialogu mistrzów jest możliwość obserwowania uczestników owego literackiego zjawiska w momencie, gdy zaczyna ono przybierać określony kształt. Czytelnicy latynoamerykańscy długo dyskutowali, kiedy się to wszystko rozpoczęło. Kiedy do tego doszło? Czy po przyznaniu Nagrody Biblioteca Breve barcelońskiego wydawnictwa Seix Barral[3] powieści Miasto i psy w 1962 roku? Czy wraz z nieprzewidzianym sukcesem Stu lat samotności? Jakkolwiek by było, ten limski dialog pisarzy stanowi coś w rodzaju szyfru dla zjawiska. Cztery krzesła w boomie, w klasyfikacji pół żartem, pół serio, którą kilka lat później zaproponował José Donoso[4], miały być zajęte przez tych właśnie dwóch autorów, którzy w Limie snuli rozważania o Cortazarze i Fuentesie; tuż za tą czwórką umiejscowili się Borges, Onetti i Rulfo (Onetti w jednym z wywiadów powiedział podobno: „Zostałem wciągnięty przez boom”). Proza XX wieku nigdy już nie miała pozostać taka sama po zawojowaniu jej przez te nazwiska, dlatego jest coś rozczulającego w spektaklu, w którym García Márquez i Vargas Llosa rozprawiają o czymś, w czym sami uczestniczą, z prostotą i lekkim zdziwieniem, niczym dwa młode pterodaktyle zastanawiające się, czym u diabła jest ta ewolucja. Jak to dla nas dziwnie brzmi: rozmawiać sobie o Stu latach samotności jako o książce, która wciąż leży na półce z nowościami. I na ile frapujące, że Vargas Llosa, komentując książkę kolegi po piórze, pewną ręką maluje krytykę tak przenikliwą i dobitną, że jego Historia de un deicidio („Historia pewnego bogobójstwa”)[5], studium opublikowane cztery lata później[6], mogłaby się wydać li tylko pogłębieniem lub rozszerzeniem opinii wyrażonych w Limie.
Mielibyśmy zatem z jednej strony Vargasa Llosę: pisarza i krytyka, przedstawiciela niespokojnego sumienia swego zawodu, nieustannie ze skalpelem w ręce. Z drugiej – Garcíę Marqueza, usiłującego obronić własny obraz pisarza kierującego się instynktem niemalże pierwotnym, z alergią na teorię, kiepskiego interpretatora samego siebie czy swoich książek. Ale oczywiście to nie tak. García Márquez świetnie wiedział, do czego służy każdy śrubokręt w jego skrzynce z narzędziami. Opanował także doskonale, jak każdy wielki pisarz, sztukę czytania: słowa, które poświęca w rozmowie wpływom Williama Faulknera bądź jego obecności w nowej powieści latynoamerykańskiej, mają wartość pracy naukowej liczącej setki stron. A zatem ten dialog mistrzów oznacza również przedstawienie dwóch całkowicie przeciwstawnych interpretacji zawodu pisarza. Skoro zaś sposób wypowiedzi to jedna z form, w jakich ujawnia się temperament, czytelnik dostrzeże ewidentny kontrast: z jednej strony intelektualną hojność gestu Vargasa Llosy, gotowego podjąć się roli prowadzącego wywiad i oddać pole Garcíi Marquezowi, mimo że w jego walizce leży jeszcze ciepła Nagroda im. Rómulo Gallegosa, z drugiej – nieśmiałość Garcíi Marqueza, przejawiającą się w notorycznych boutades, śmiałych dowcipach i nie do końca uzasadnionej przesadzie. Gdy na przykład García Márquez zapewnia, że już w młodości miał gotowy pierwszy rozdział Stu lat samotności brzmiący dokładnie tak samo jak ten, który otwiera powieść, wiemy, że kłamie. Lecz to kłamstwo stanowi wyraz jego własnej literackiej zachłanności, pragnienia, by od zaraz – i starannie – budować własną legendę.
Zapis rozmowy O powieści w Ameryce Łacińskiej przez wiele lat pozostawał poza oficjalnym obiegiem, pojawiał się jedynie w edycjach pirackich, wątpliwego pochodzenia, lub czarnorynkowych. Ja sam byłem jednym z ich użytkowników i ponoszę winę za ten stan rzeczy. Miałem dwadzieścia jeden lat i moją jedyną obsesją było nauczyć się pisać powieści, kiedy pewien bogotański księgarz specjalizujący się w rzadkich drukach wspomniał mi o tej pozycji, dodając tonem nieomal modlitewnym, że więcej tam cennych lekcji na temat zawodu pisarza niż na jakimkolwiek wydziale literatury. Twierdził, że zapis nie ukazał się drukiem; wobec mojej rozterki zaoferował się, że sporządzi mi kopię własnego egzemplarza. Każdy, kto w wieku dwudziestu jeden lat odczuwał dojmujące powołanie, zrozumie, że przyjąłem dar, albowiem nigdy nie wiadomo, skąd spłynie objawienie, by zmienić nas w tego, kim być pragniemy, i jedyne wyjście to wkraczać na każdą ścieżkę, wyczerpać wszelkie możliwości. Teraz, ćwierć wieku później, mam wewnętrzną satysfakcję, że mogę zaprezentować te odzyskane słowa, słowa, które jawią się obecnie niczym wyratowane z jakiejś morskiej katastrofy. Czynię to z przekonaniem, że okażą się tak oświecające i stymulujące dla każdego czytelnika – może przyszłego pisarza – jak wówczas dla mnie.
Maj 2019 r.
Sto czterdzieści godzin wcześniej sala w klinice przy ulicy Gervasia Santillany, w której Patricia miała wydać na świat Gonzala Gabriela, czekała w gotowości, chociaż w planach było, że dziecko urodzi się w Londynie. Owego południa jego ojciec miał starannie ułożone ciemne włosy, a na sobie nieskazitelny czarny garnitur i takiż krawat oraz śnieżnobiałą koszulę; pokonywał właśnie ostatni odcinek trzynastokilometrowego dystansu dzielącego ulicę Casimira Ulloa od Krajowej Wyższej Szkoły Inżynierii (Universidad Nacional de Ingeniería, UNI), usadowiony na tylnym siedzeniu auta, i przeglądał własne notatki, gdy kątem oka i bez sentymentu dostrzegł wejście do redakcji „La Crónica”[7] przy alei Tacna i pomyślał: „Zaraz”.
Owego wtorku zwłoki partyzantki Tani[8] ulegały dalszemu rozkładowi w wodach rzeki Masicurí, różnobarwne kamyczki z niebieskiej torebki leżały rozsypane, a na boliwijskich bezdrożach Ernesto Che Guevara notował w swoim dzienniku, z przyspieszonym oddechem i wówczas jeszcze pełen wiary: „Dzień minął bez żadnych nowin”. Nowiną było to, że miał przed sobą jeszcze trzydzieści dwa dni życia. W Sztokholmie Akademia Szwedzka po raz pierwszy rozważała przyznanie Nagrody Nobla w dziedzinie literatury pisarzowi z Ameryki Łacińskiej – pewnemu Gwatemalczykowi, który swego czasu, młody i nieznany, przerwał pracę nad powieścią Malevolge, by się zapisać jako słuchacz na wykłady Paula Riveta na temat cywilizacji Majów na paryskim uniwersytecie, a wykładowca na jego widok zamilkł, obejrzał go dokładnie, obmacał i oznajmił: „Po raz pierwszy w życiu widzę najprawdziwszego przedstawiciela Majów”. Po czym Gwatemalczyk ruszył w drogę powrotną, by kontynuować pracę nad powieścią, którą ostatecznie zatytułował El Señor Presidente („Pan prezydent”). W Buenos Aires trwały przygotowania do ślubu Jorge Luisa Borgesa, który miał przed sobą jeszcze szesnaście dni w stanie kawalerskim i trzy lata nieszczęścia ukoronowane listą dwudziestu siedmiu powodów, dla których pragnął zerwać małżeństwo. W Limie, w starym domostwie przy ulicy Pastaza, Victoria Santa Cruz prowadziła próbę z dwudziestką Afroperuwiańczyków kołyszących się w takt gitar Vicentego Vasqueza i Adolfa Zelady oraz skrzynki perkusyjnej Ronalda Camposa, na tle ryciny przedstawiającej typową limską uliczkę z jednym rynsztokiem, przed premierą spektaklu w teatrze Segura. To właśnie wtedy Oviedo spostrzegł za kolumną w hotelowym lobby syna telegrafisty i ślicznotki z Aracataki.
– Jesteś wreszcie. Spóźnimy się.
– Liczyłem, że mnie nie znajdziesz.
Dla czterdziestoletniego Kolumbijczyka droga do Krajowej Wyższej Szkoły Inżynierii była krótsza: tylko trzy kilometry z hotelu Crillón, w samym środku alei La Colmena, sfrancuziałych płuc Limy, w którym on i Mercedes spędzali czas od poprzedniego wieczoru. Rano przyjął trzech dziennikarzy z „El Comercio”, „La Crónica” i „Expreso” i teraz żałował, że wyraził zgodę na ten publiczny wywiad i ugiął się wobec argumentów i perswazji Ovieda: „Po prostu rozmawiaj z Mariem, nie myśląc o publiczności”.
Publiczność szczelnie wypełniła audytorium Wydziału Architektury UNI, grzejąc trzysta drewnianych krzeseł, a pośród tłumu uniwersyteckich studentów dało się dostrzec ludzi z różnych grup wiekowych, pełnych oczekiwań, niecierpliwych, gotowych wręcz do zburzenia czwartej ściany i wdarcia się na podium, by ciasno otoczyć stół, przy którym miały zasiąść dwie gwiazdy: najnowszy laureat Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Rómulo Gallegosa i autor Stu lat samotności. Kimże jest ten Kolumbijczyk, którego powieść sprzedała się przez trzy miesiące w trzystu tysiącach egzemplarzy? Niewielu o tym wiedziało, bo trzeba było czasu, by książka dotarła do limskich księgarni, aczkolwiek dzięki pierwszemu numerowi pisma „Amaru” pod redakcją siedzącego teraz gdzieś na tyłach podium poety, którego poszetka kontrastowała z szarością marynarki, krótki fragment mógł być czytany w Peru wcześniej niż w reszcie świata.
Kiedy owego wtorku 5 września 1967 roku wskazówki zegara pokazały godzinę 13.30, rozpoczął się dialog mistrzów – Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcíi Marqueza.
Poznali się zaledwie przed pięcioma tygodniami. Zaledwie pięcioma? Wydawało się, że to już co najmniej pięć lat. Może dlatego, że zaczęli korespondować dwadzieścia miesięcy wcześniej. Rozpoczął Kolumbijczyk: „Dzięki Luisowi Harssowi zdobyłem wreszcie Twój adres, nie do znalezienia w Meksyku, zwłaszcza teraz, kiedy Carlos Fuentes krąży gdzieś zagubiony po bezdrożach europejskiej dżungli” – brzmi początek pierwszego listu datowanego na 11 stycznia 1966 roku. Listy wytworzyły koleżeństwo i partnerstwo wystarczające, aby przyjaźń zaiskrzyła natychmiast przy pierwszym spotkaniu na lotnisku w Caracas.
„Poznaliśmy się w wieczór przylotu do Caracas; ja leciałem z Londynu, on z Meksyku i nasze samoloty wylądowały niemal w tym samym czasie. Przedtem wymieniliśmy kilka listów i nawet planowaliśmy napisać kiedyś wspólną powieść na cztery ręce – na temat tragikomicznej wojny między Kolumbią a Peru w 1931 roku – ale wówczas po raz pierwszy ujrzeliśmy się na żywo. Pamiętam bardzo dobrze jego twarz z owego wieczoru: ściągniętą od niedawnego przerażenia na pokładzie samolotu – cierpi na paniczny lęk przed lataniem – niechętną wobec fotografów i dziennikarzy, którzy nas oblegali. Zaprzyjaźniliśmy się i spędziliśmy razem dwa tygodnie na Kongresie, w tym Caracas, które z godnością grzebało swoich zmarłych i usuwało gruzy po trzęsieniu ziemi”.
Trwające trzydzieści jeden sekund trzęsienie ziemi, o którym wspomina Mario Vargas Llosa, dotknęło Caracas 29 lipca 1967 roku o 20.05, na sześć dni przed pierwszym spotkaniem pisarzy. Mimo jego rozmiarów, mimo dwustu trzydziestu sześciu ofiar i dwóch tysięcy rannych, ceremonia, na której Rómulo Gallegos wręczył Vargasowi Llosie, laureatowi pierwszej edycji nagrody jego imienia za powieść Zielony dom, dyplom potwierdzający przyznanie tego wyróżnienia, odbyła się. Drugim laureatem został Juan Carlos Onetti za Kolekcjonera zwłok. Akcja tej powieści również toczy się w burdelu, w którym jednak nie gra muzyka.
Odbierając nagrodę wynoszącą trzydziestojednoletniego Maria Vargasa Llosę na piedestał zarezerwowany dla bohaterów zjawiska, które zaczynano określać mianem boomu, pisarz odczytał przemówienie równie inspirujące i płomienne, jak jego tytuł: „Literatura to ogień”. Podczas lektury García Márquez siedzący wśród publiczności oceniał to wystąpienie jako doskonałe, José Miguel Oviedo zaś wstrzymywał oddech i wyczekiwał chwili, by móc oklaskiwać na stojąco swego dawnego kolegę z ławy szkolnej z Colegio de La Salle.
