Fundacja. Preludium Fundacji - Isaac Asimov - ebook + audiobook

Fundacja. Preludium Fundacji ebook

Isaac Asimov

4,5
44,90 zł

lub
Opis

Isaac Asimov (1920-1992) – to bodaj najwybitniejszy i najpoczytniejszy autor science fiction wszech czasów. Zasłynął przede wszystkim epokowym cyklem „Fundacja”, sagą o historii pierwszego Imperium Galaktycznego, które - mimo że wydaje się wieczne - chyli się ku upadkowi. Ludzką cywilizację i wiedzę może uratować jedynie psychohistoria, nauka sformułowana przez genialnego matematyka Hariego Seldona.

Dom Wydawniczy REBIS wydał siedmiotomowy cykl „Fundacja” Isaaca Asimova oraz trzy uzupełniające go tomy autorstwa bestsellerowych twórców SF: Gregory’ego Benforda, Grega Beara i Davida Brina.

Podczas Zjazdu Dziesięcioletniego na Trantorze, stołecznym świecie Imperium, młody matematyk Hari Seldon przedstawia referat, z którego wynika, że wzory psychohistoryczne pozwolą być może kiedyś przewidywać zachowania dużych zbiorowisk ludzkich, a co za tym idzie – przyszłość. Kiedy wieści o tym docierają do Imperatora, Hari Seldon musi uciekać. Ścigany przez wszechwładnego ministra imperialnego Eto Demerzela, próbuje przy pomocy przyjaciół sformułować podstawowe założenia nowej nauki. Przemierza cały Trantor, by w końcu stanąć twarzą w twarz z przeznaczeniem...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 559

Oceny
4,5 (6 ocen)
5
0
0
1
0



Jen­ni­fer „Zie­lo­nemu ołów­kowi” Brehl,

naj­lep­szej i naj­pra­co­wit­szej redak­torce

na świe­cie

ASI­MOV – SAGA O FUN­DA­CJI

Jedna z naj­ja­śniej­szych gwiazd na fir­ma­men­cie świa­to­wej lite­ra­tury SF, autor ponad 360 publi­ka­cji popu­lar­no­nau­ko­wych, lau­reat nagród Hugo i Nebula uro­dził się w Rosji w 1920 roku. Gdy miał trzy lata, jego rodzice wyemi­gro­wali do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Isaac Asi­mov wycho­wy­wał się na Bro­okly­nie w skle­pie cukier­ni­czym swo­jego ojca. Zaczął pisać już jako stu­dent Uni­wer­sy­tetu Colum­bia. W owych cza­sach jego prze­wod­ni­kiem ducho­wym był John W. Camp­bell, gro­ma­dzący wokół sie­bie mło­dych pisa­rzy, któ­rzy potra­fili ule­cieć w nie­zba­dane obszary wyobraźni. Wtedy wła­śnie, latem 1939 roku, poja­wiły się po raz pierw­szy jasne punk­ciki, które po latach prze­kształ­ciły się w słońca lite­ra­tury science fic­tion. Asi­mov dołą­czył do nich i w ten spo­sób zaczęła się naj­więk­sza przy­goda jego życia – przy­goda lite­racka.

Zdol­no­ści oraz talent mło­dego Asi­mova szybko doj­rze­wały i zaczęły nabie­rać peł­nych kształ­tów. Pierw­sza publi­ka­cja, opo­wia­da­nie Powód, uka­zała się w kwiet­nio­wym nume­rze „Asto­un­ding” z 1941 roku.

W roku 1949 wydaw­nic­two Double­day wydało Kamyk na nie­bie. W tym okre­sie Isaac Asi­mov zro­bił dok­to­rat z bio­che­mii i roz­po­czął pracę jako wykła­dowca w Boston Uni­ver­sity School of Medi­cine.

Rok póź­niej przy­niósł do Double­day powieść o robo­tach, ale wydaw­nic­two odrzu­ciło maszy­no­pis. Książka tra­fiła więc do Mar­tina Gre­en­berga, wła­ści­ciela wydaw­nic­twa Gnome Press. Gre­en­berg zgo­dził się ją wydać, lecz zażą­dał zmiany tytułu na Ja, Robot.

Kolejną powieść, Gwiazdy jak pył, wydało Double­day. Zachę­cony tym Asi­mov przy­niósł im następną książkę – zbiór, nad któ­rym pra­co­wał od 1942 roku. Zawie­rał on trzy nowele, a każda była kon­ty­nu­acją poprzed­niej czę­ści. Ale wydaw­nic­two nie zgo­dziło się na ich wyda­nie.

– Napisz powieść, Isa­acu – powie­dzieli i odrzu­cili maszy­no­pis.

I znów Asi­mov poszedł do Gre­en­berga, ten zaś ponow­nie zgo­dził się na publi­ka­cję. Zbiór uka­zał się w trzech czę­ściach: Fun­da­cja (Foun­da­tion), Fun­da­cja i Impe­rium (Foun­da­tion and Empire) oraz Druga Fun­da­cja (Second Foun­da­tion).

Autor nie wspo­mi­nał miło począt­ków publi­ka­cji swej try­lo­gii. Ni­gdy do końca nie wyba­czył Double­day, że nie wydało Fun­da­cji, zmu­sza­jąc go tym samym do odda­nia jej w ręce Mar­tina Gre­en­berga. Pro­blem pole­gał mię­dzy innymi na tym, że Asi­mov ni­gdy nie otrzy­mał hono­ra­rium za tę try­lo­gię. Gre­en­berg wciąż wynaj­dy­wał powody, dla któ­rych nie przy­sy­łał wyna­gro­dze­nia. Współ­praca zakoń­czyła się osta­tecz­nie, gdy wydawca poka­zał auto­rowi swój prze­stronny, dosko­nale wypo­sa­żony dom, który wła­śnie wybu­do­wał. Gdy opro­wa­dzał po nim swego gościa, Asi­mov zapy­tał:

– Panie Gre­en­berg, skoro stać pana na tak piękny dom, dla­czego nie stać pana na zapła­ce­nie mi od czasu do czasu hono­ra­rium?

Od tam­tej pory nie spo­tkali się już, a wszyst­kie następne książki tra­fiły do wydaw­nic­twa Double­day. Po kilku latach Double­day wydo­stało od Gre­en­berga prawa do „Fun­da­cji”. Dzięki dobrej i mądrej poli­tyce wydaw­ni­czej książki zaczęły się rewe­la­cyj­nie sprze­da­wać, a Asi­mov stał się zamoż­nym czło­wie­kiem. Wydaw­nic­two nale­gało na stwo­rze­nie kolej­nych powie­ści z cyklu „Fun­da­cja”, ale Asi­mov odmó­wił, tłu­ma­cząc, że ma na jakiś czas dosyć try­lo­gii i zamie­sza­nia wokół niej.

Ten „jakiś czas” trwał dokład­nie trzy­dzie­ści jeden lat. Tym­cza­sem, w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych, Asi­mov zarzu­cił bele­try­stykę i poświę­cił się pracy badaw­czej, a także pisa­niu ksią­żek nauko­wych i popularnonauko­wych. Nie­mniej jed­nak od czasu do czasu ule­gał namo­wom wydaw­nic­twa; dzięki temu powstało kilka powie­ści, przede wszyst­kim Równi bogom. Książka ta uka­zała się czę­ściowo dla­tego, że Law­rence Ash­mead, ówcze­sny wydawca Asi­mova, twier­dził, iż ten nie umie pisać o sek­sie. Asi­mov stwo­rzył więc powieść, któ­rej jedna część doty­czyła wyłącz­nie seksu, tyle że poza­ziem­skiego. Książka ta przy­nio­sła auto­rowi nagrody Hugo i Nebula. Obu tych nagród docze­kało się także opo­wia­da­nie Dwu­stu­letni czło­wiek.

Jed­nak Double­day wciąż nale­gało na kon­ty­nu­ację „Fun­da­cji”. Zadzwo­nili i zapro­sili pisa­rza na roz­mowę. Asi­mov tak wspo­mina owe dni:

„Posze­dłem do wydaw­nic­twa i powie­dzia­łem:

– Słu­chaj­cie, a może napi­sał­bym coś innego. Może napi­sał­bym auto­bio­gra­fię. Mam wielką ochotę napi­sać wła­śnie coś takiego.

Zgo­dzili się, acz­kol­wiek nie­chęt­nie. Stwo­rzy­łem więc dwa opa­słe tomy zaty­tu­ło­wane In Memory Yet Green oraz In Joy Still Felt.

Byłem z sie­bie bar­dzo zado­wo­lony, a książki sprze­da­wały się nie­źle. Lecz «Fun­da­cja» sprze­da­wa­łaby się lepiej.

W końcu z wyraź­nym znie­cier­pli­wie­niem wezwali mnie na dywa­nik i oświad­czyli bez ogró­dek:

– Isa­acu, cie­szymy się z two­jej twór­czo­ści. Wszy­scy dobrze na niej zara­biamy. Ale chcemy zara­biać jesz­cze lepiej. Napisz kolejną «Fun­da­cję». Dajemy ci pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów zaliczki. To jest kon­trakt, a to jest pióro. Tu się pod­pisz, a jeśli tego nie zro­bisz, wyrzu­cimy cię przez okno.

To była naj­więk­sza zaliczka, jaką kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­łem. Sie­dzia­łem przez chwilę, wpa­tru­jąc się w papier, a potem pod­pi­sa­łem”.

Asi­mov sam przy­zna­wał, że po trzy­dzie­stu jeden latach nie pamię­tał zbyt dobrze, „co się tam w trzech Fun­da­cjach działo”. Pier­wot­nie były to prze­cież luźno powią­zane powie­ści, a autor nie zamie­rzał ich kon­ty­nu­ować. Nie­mniej jed­nak fabuła łączyła w pewien spo­sób nie tylko same czę­ści try­lo­gii, ale rów­nież wcze­śniej­sze powie­ści. Temu, co działo się w „Fun­da­cji”, dały począ­tek wyda­rze­nia opi­sane w zbio­rze opo­wia­dań Ja, Robot. W XXI wieku Susan Calvin, legen­darna robop­sy­cho­log, pra­co­wała ze swoim zespo­łem nad stwo­rze­niem, a następ­nie udo­sko­na­le­niem sztucz­nej inte­li­gen­cji. Trzy tysiące lat póź­niej na pla­ne­cie Aurora zostaje skon­stru­owany huma­no­idalny robot R. Daneel Oli­vaw. Zda­rze­nia te opi­sane są w powie­ści Nagie słońce. Kil­ka­set lat póź­niej z kolei R. Daneel Oli­vaw współ­pra­cuje ze swym przy­ja­cie­lem, czło­wie­kiem Eli­ja­hem Baleyem. Zie­mia kolo­ni­zuje następne światy, a pla­nety Prze­strzeń­ców powoli ule­gają zagła­dzie. Opo­wia­dają o tym Pozy­tro­nowy detek­tyw oraz Roboty i Impe­rium. Ponad dwa­dzie­ścia tysięcy lat póź­niej roz­po­czyna się akcja try­lo­gii „Fun­da­cja”; nie­które postaci pamię­tane są jako mityczni boha­te­ro­wie, choć o samej Ziemi zapo­mniano. W cza­sach Hariego Sel­dona mało kto pamię­tał o kolebce ludz­ko­ści.

Wszech­świat stwo­rzony przez Asi­mova to wiel­kie Impe­rium Galak­tyczne panu­jące nad 25 milio­nami świa­tów. Akcja pierw­szej czę­ści pier­wot­nej try­lo­gii „Fun­da­cji” roz­po­czyna się, gdy genialny mate­ma­tyk, naj­więk­szy umysł tych cza­sów, Hari Sel­don jest u kresu swych dni, a wiel­kie Impe­rium, które prze­trwało ponad dwa­dzie­ścia tysięcy lat, chyli się ku upad­kowi. Na sto­łecz­nym świe­cie, Tran­to­rze, żyje z górą czter­dzie­ści miliar­dów ludzi. Cała pla­neta pokryta jest tyta­no­wym płasz­czem, a na Powierzchni prze­by­wają tylko – od czasu do czasu – naukowcy i ekipy napraw­cze. Jedy­nym odkry­tym tere­nem jest pałac oraz ogrody impe­ra­tora.

Na jed­nym z uni­wer­sy­te­tów grupa naukow­ców pod kie­run­kiem Hariego Sel­dona stara się za wszelką cenę ura­to­wać chy­lącą się ku upad­kowi cywi­li­za­cję. Znaczna część tego zespołu pra­cuje nad naj­więk­szym zbio­rem infor­ma­cji wszech cza­sów – Ency­klo­pe­dią Galak­tyczną. Inna część stara się zmi­ni­ma­li­zo­wać skutki upadku pań­stwa. Wie­dzą, że samego Impe­rium ura­to­wać się nie da, ale za pomocą psy­cho­hi­sto­rii, która miała pomóc w sta­ty­stycz­nym pro­gno­zo­wa­niu przy­szłych ten­den­cji roz­woju spo­łeczno-poli­tycz­nego, pró­bują stwo­rzyć plan naj­bliż­szego tysiąc­le­cia i poprzez mroki cha­osu i bez­kró­le­wia popro­wa­dzić ludz­kość ku Dru­giemu Impe­rium.

Hari Sel­don two­rzy dwie Fun­da­cje na – jak lubił mawiać – dwóch krań­cach Galak­tyki. Na sie­dzibę Pierw­szej Fun­da­cji wybiera odle­głą od sto­łecz­nego świata pla­netę Ter­mi­nus. Tam też udaje się grupa tzw. Ency­klo­pe­dy­stów.

Fun­da­cja to opo­wieść o naro­dzi­nach Pierw­szej Fun­da­cji na Ter­mi­nu­sie, o kształ­to­wa­niu i roz­woju spo­łe­czeń­stwa rzu­co­nego na krańce wszech­świata. Młody eko­no­miczno-poli­tyczny orga­nizm, który z zało­że­nia miał być tylko fun­da­cją naukową, musi sta­wić czoło wybu­ja­łym ambi­cjom sąsia­dów pra­gną­cych przede wszyst­kim ode­rwać się od Impe­rium. Jest jed­nak coś, co choć w pew­nym stop­niu czuwa nad roz­wo­jem wyda­rzeń.

Fun­da­cja i Impe­rium to druga część try­lo­gii. Pierw­sza Fun­da­cja jest mło­dym, lecz coraz potęż­niej­szym pań­stwem. W upa­da­ją­cym, ogar­nię­tym cha­osem Impe­rium two­rzy jedyną wysepkę nauki i ener­gii ato­mo­wej, która z cza­sem staje się osnową kultu reli­gij­nego dla bar­ba­rzyń­skich ple­mion zamiesz­ku­ją­cych Pery­fe­ria. W pew­nym momen­cie resztki Impe­rium raz jesz­cze zry­wają się do walki o sca­le­nie swych domi­niów i pró­bują poko­nać Pierw­szą Fun­da­cję.

Druga Fun­da­cja przed­sta­wia walkę Pierw­szej Fun­da­cji o prze­trwa­nie, gdy po dzie­siąt­kach lat burz­li­wego roz­woju staje ona oko w oko z pro­ble­mem, z któ­rym nie potrafi sobie pora­dzić. Oto poja­wia się coś, wobec czego cała potęga pań­stwa, jak rów­nież Plan Sel­dona są bez­radne. Na scenę wkra­cza mityczna Druga Fun­da­cja, o któ­rej wia­domo było tylko, że znaj­duje się „na dru­gim końcu Galak­tyki”, ale nikt nie wie­dział gdzie. Wsku­tek inter­wen­cji Dru­giej Fun­da­cji spo­łe­czeń­stwo Pierw­szej za wszelką cenę pró­buje odna­leźć tajem­ni­czego sprzy­mie­rzeńca. Zacho­dzi bowiem obawa, że wła­śnie oby­wa­tele Dru­giej Fun­da­cji są straż­ni­kami Planu Sel­dona i że to oni są panami losu Pierw­szej Fun­da­cji.

Druga Fun­da­cja, ostat­nia część ory­gi­nal­nej try­lo­gii, roz­wią­zuje tajem­nicę Dru­giej Fun­da­cji.

Gdy Asi­mov prze­czy­tał dokład­nie swoją try­lo­gię, roz­po­czął two­rze­nie następ­nej czę­ści. Nie była to jed­nak pro­sta sprawa. Druga Fun­da­cja koń­czyła się tak, że nie bar­dzo było wia­domo, jak ją kon­ty­nu­ować. Pisa­nie posu­wało się opor­nie. Asi­mov doszedł nawet do wnio­sku, że pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów zaliczki to sta­now­czo za mało. Jed­nak z bie­giem czasu pra­co­wało mu się coraz lepiej, w wyniku czego powstały dwie kolejne czę­ści. Ponie­waż Double­day nale­gało, żeby w tytule zna­la­zło się słowo „Fun­da­cja”, Asi­mov wymy­ślił Agenta Fun­da­cji. Uśmiał się ser­decz­nie, gdy na skrzy­dełku okładki prze­czy­tał, że jest to czwarta część try­lo­gii. Cho­dziło oczy­wi­ście o przy­cią­gnię­cie jak naj­więk­szej liczby czy­tel­ni­ków i wiel­bi­cieli „sta­rej” try­lo­gii. Po pro­te­stach Asi­mova Double­day zmie­niło tekst na „czwartą księgę sagi o Fun­da­cji”. Autor, choć ten pomysł rów­nież mu się nie spodo­bał, posta­no­wił trzy­mać język za zębami, gdyż, jak powie­dział: „Jeśli znów coś powiem, to zmie­nią to na coś jesz­cze gor­szego”.

Agent Fun­da­cji uka­zał się aku­rat pod­czas nowo­jor­skich ulicz­nych tar­gów książki – New York is Book Coun­try. Asi­mov oso­bi­ście uczest­ni­czył w sprze­daży i nie mógł się nadzi­wić, że tytuł sprze­da­wał się jak świeże bułeczki. Wyglą­dało na to, że czy­tel­nicy trzy­dzie­ści jeden lat cze­kali z nie­cier­pli­wo­ścią na ten tom.

Na liście best­sel­le­rów „New York Times” Agent Fun­da­cji zna­lazł się na trzy­na­stym miej­scu i utrzy­mał się na niej 25 tygo­dni. Co wię­cej, była to jedyna książka Double­day na tej liście, więc pra­cow­nicy wydaw­nic­twa nosili Asi­mova na rękach.

Czwarta część sagi nawią­zuje do poprzed­nich opo­wie­ści nie tylko tytu­łem. Cho­ciaż można ją czy­tać jak osobną książkę, kon­ty­nu­uje główne wątki wcze­śniej­szych czę­ści. Wiel­kie Impe­rium Galak­tyczne dawno legło w gru­zach. Nie było już dwu­dzie­stu pię­ciu milio­nów świa­tów zjed­no­czo­nych pod impe­ra­tor­skim ber­łem. Na Tran­to­rze, nie­gdyś tęt­nią­cej życiem sto­licy ogrom­nego pań­stwa, potęż­nym cen­trum nauki i kul­tury, pozo­stały jedy­nie szkie­lety impo­nu­ją­cych budowli. Zdarto tyta­nową powłokę pla­nety, zasy­pano wiel­kie pod­ziemne prze­strze­nie, na Powierzchni zaś, jak przed tysią­cami lat, rosła trawa, a wśród drzew i ruin hulał wiatr.

Tym­cza­sem Pierw­sza Fun­da­cja rośnie w siłę, pod­po­rząd­ko­wu­jąc sobie kolejne światy. Wydaje się, że wszystko toczy się tak, jak pra­wie pięć­set lat wcze­śniej zapla­no­wał legen­darny Hari Sel­don. Ale pewien młody czło­wiek, czło­nek Rady Ter­mi­nusa, docho­dzi do wnio­sku, że ani teraź­niej­szość, ani przy­szłość nie rysuje się w tak różo­wych bar­wach. Popada w kon­flikt z naj­wyż­szymi wła­dzami pla­nety. Kon­se­kwen­cją jest splot wyda­rzeń sta­no­wią­cych treść tej i następ­nej czę­ści „Fun­da­cji”.

Asi­mov słusz­nie podej­rze­wał, że po takim suk­ce­sie Double­day nie zre­zy­gnuje i zmusi go do napi­sa­nia kolej­nej powie­ści. Już wtedy gdy skła­dał maszy­no­pis Agenta Fun­da­cji, a wydaw­nic­two nie miało poważ­nych prze­sła­nek, by liczyć na wielki suk­ces, przed­sta­wiono mu kon­trakt. Tym razem ofe­ro­wano sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy dola­rów zaliczki.

Asi­mov zapro­po­no­wał jed­nak wyda­nie powie­ści o robo­tach, do któ­rej napi­sa­nia od pew­nego już czasu się przy­mie­rzał. Z nie­chę­cią, ale wyra­zili zgodę. Powstały więc wtedy Roboty z pla­nety Świtu, a następ­nie Roboty i Impe­rium. Nie były to wszakże zupeł­nie odrębne tema­tycz­nie książki.

Mimo swej nie­pod­wa­żal­nej war­to­ści tytuły te nie sprze­da­wały się tak, jak sprze­da­łaby się „Fun­da­cja”. Double­day przy­parło więc Asi­mova do muru i zażą­dało następ­nej czę­ści sagi. Mistrz zabrał się do pracy i powstała Fun­da­cja i Zie­mia. Ta bez­po­śred­nia kon­ty­nu­acja opo­wiada o dal­szych losach boha­te­rów Agenta… Tym razem Golan Tre­vize i Janov Pelo­rat wybie­rają się na poszu­ki­wa­nie mitycz­nej kolebki ludz­ko­ści – Ziemi. Odna­le­zie­nie jej wydaje się klu­czo­wym ele­men­tem w roz­wią­za­niu tra­pią­cych ich i całą Fun­da­cję pro­ble­mów i wąt­pli­wo­ści. Prze­mie­rza­jąc Galak­tykę, odnaj­dują wiele zagi­nio­nych i zapo­mnia­nych świa­tów mitycz­nych Prze­strzeń­ców, któ­rzy przed tysią­cami lat zamiesz­ki­wali Aurorę – pla­netę Świtu, Sola­rię i pozo­stałe czter­dzie­ści osiem świa­tów.

Sam Asi­mov okre­śla Fun­da­cję i Zie­mię jako „nie­złą”. Przy­znaje jed­nak, że powieść zamyka się takim pomy­słem, że w razie kolej­nej „pro­po­zy­cji nie do odrzu­ce­nia” ze strony wydawcy nie uda­łoby mu się jej kon­ty­nu­ować. Wyglą­dało na to, że Asi­mov znów na „jakiś czas” zarzuci „Fun­da­cję”. Jed­nak któ­re­goś dnia pisarz spo­tkał w win­dzie jed­nego ze swo­ich stu­den­tów, który koniecz­nie chciał wie­dzieć, co robił Hari Sel­don, gdy był młody.

– Dla­czego nie napi­sze pan cze­goś o tym?

– Ależ ja nie wiem, co robił Sel­don, gdy był młody.

– No to niech pan coś wymy­śli, dok­to­rze Asi­mov.

W rezul­ta­cie powstała powieść Pre­lu­dium Fun­da­cji. Fun­da­cja roz­po­czy­nała się, gdy Sel­don był już sta­rym, scho­ro­wa­nym naukow­cem poru­sza­ją­cym się na wózku inwa­lidz­kim. W kolej­nych czę­ściach był już legen­dar­nym, na poły mitycz­nym geniu­szem mate­ma­tycz­nym i naj­więk­szym psy­cho­hi­sto­ry­kiem, który wyty­czał ludz­ko­ści drogę ku dobrej przy­szło­ści. Teraz Asi­mov opi­sał życie Heli­koń­czyka, gdy jako trzy­dzie­sto­dwu­letni uzdol­niony mate­ma­tyk przy­bywa na Tran­tor, sto­łeczny świat Impe­rium. Na Zjeź­dzie Dzie­się­cio­let­nim przed­sta­wia nowa­tor­ską pracę z zakresu psy­cho­hi­sto­rii. Nie­stety, główne prze­sła­nie refe­ratu zostaje błęd­nie odczy­tane. Wiele osób, w tym ci, któ­rzy decy­dują o losach Impe­rium, stara się wyko­rzy­stać teo­re­tyczne zało­że­nia psy­cho­hi­sto­rii do wła­snych par­ty­ku­lar­nych celów. W efek­cie Hari Sel­don musi ucie­kać przed moż­no­wład­cami, a zwłasz­cza przed wszech­wład­nym Pierw­szym Mini­strem Eto Deme­rze­lem. Prze­mie­rza­jąc różne sek­tory Tran­tora, mate­ma­tyk spo­tyka wiele osób, które w mniej lub bar­dziej bez­po­średni spo­sób przy­czy­niają się do ukształ­to­wa­nia pierw­szych, pod­sta­wo­wych praw i zało­żeń prak­tycz­nej psy­cho­hi­sto­rii. Pod­czas Ucieczki Hari Sel­don spo­tyka swoją przy­szłą żonę i współ­pra­cow­niczkę, a także Yugo Ama­ryla, przy­szłego współ­twórcę psy­cho­hi­sto­rii. Akcja Pre­lu­dium Fun­da­cji koń­czy się mniej wię­cej w tym samym momen­cie, w któ­rym zaczyna się pierw­sza część try­lo­gii.

Po Pre­lu­dium… nie miało już być dal­szych czę­ści. Asi­mov opi­sał mło­dość Sel­dona i początki psy­cho­hi­sto­rii. Ponadto ulu­biona redak­torka Asi­mova, Jen­ni­fer Brehl, miała nowy pomysł:

– Isa­acu – spy­tała – dla­czego nie napi­szesz teraz powie­ści, która nie mia­łaby nic wspól­nego ani z Fun­da­cją, ani z robo­tami?

– Wiel­kie nieba, Jen­ni­fer, nawet nie wiem, jak to się robi – odparł.

Ale oczy­wi­ście nie byłby sobą, gdyby nie wymy­ślił cze­goś rewe­la­cyj­nego. Powstała wtedy Neme­sis, zna­ko­mita powieść, która rze­czy­wi­ście nie miała nic wspól­nego ani z Fun­da­cją, ani z robo­tami.

A potem Jen­ni­fer miała kolejny pomysł:

– Isa­acu – powie­działa – napisz taką księgę „Fun­da­cji”, w któ­rej boha­te­ro­wie zmie­nia­liby się w każ­dym roz­dziale.

Asi­mov prze­my­ślał całą sprawę i roz­po­czął następną część sagi, Naro­dziny Fun­da­cji1, w któ­rej Hari Sel­don stop­niowo się sta­rzał. Jest to opo­wieść w pię­ciu aktach, a w każ­dym z nich mate­ma­tyk jest o dzie­sięć lat star­szy.

Asi­mov zaczął pracę nad Naro­dzi­nami…, lecz pod koniec 1989 roku zda­rzyło się nie­szczę­ście. Powa­lił go atak serca wywo­łany nie­wy­dol­no­ścią zastawki dwu­dziel­nej. Pisarz całymi mie­sią­cami leżał w łóżku i nie mógł nie tylko cho­dzić, ale także pisać. Nawet dyk­to­wa­nie spra­wiało mu ogromny kło­pot. Żar­to­wał, że z każ­dym roz­dzia­łem, tak jak Hari Sel­don, czuje się o dzie­sięć lat star­szy. Powie­dział nawet swo­jemu leka­rzowi i sta­remu przy­ja­cie­lowi, Pau­lowi Esser­ma­nowi:

– Paul, myślę, że chyba już umrę, i chciał­bym, żebyś mi dał umrzeć w spo­koju.

– Myślę, że chyba nie umrzesz, i nie dam ci umrzeć w spo­koju – odparł Esser­man.

I nie dał. Asi­mov cią­gle pisał swoją „Fun­da­cję”. W Naro­dzi­nach… przed­sta­wione są wyda­rze­nia, które roze­grały się w ciągu pięć­dzie­się­ciu lat dzie­lą­cych czas akcji Pre­lu­dium… i Fun­da­cji. Hari Sel­don two­rzy zespół, który z cza­sem roz­ra­sta się do kil­ku­set osób. Jeste­śmy świad­kami doj­rze­wa­nia oso­bo­wo­ści mate­ma­tyka oraz powsta­wa­nia psy­cho­hi­sto­rii. Jako wykła­dowca Uni­wer­sy­tetu Stre­elinga, pro­fe­sor Sel­don może liczyć na impe­rialne granty. Ale nie wszy­scy są zain­te­re­so­wani suk­ce­sami wiel­kiego Heli­koń­czyka, nie wszy­scy pra­gną roz­woju prak­tycz­nej psy­cho­hi­sto­rii. Upa­dek Pierw­szego Impe­rium postę­puje coraz gwał­tow­niej, coraz wyraź­niej­sze są oznaki eko­no­micz­nego, nauko­wego i kul­tu­ro­wego cha­osu. Hari Sel­don, wraz z naj­bliż­szymi współ­pra­cow­ni­kami, zmu­szony jest do opusz­cze­nia uni­wer­sy­tetu i prze­nosi swoje biura do Biblio­teki Impe­rial­nej – naj­więk­szej skarb­nicy wie­dzy o ludz­kiej cywi­li­za­cji. Wie już, że upa­da­ją­cego Impe­rium nie da się ura­to­wać. Można tylko opra­co­wać wyty­czony wzo­rami psy­cho­hi­sto­rycz­nymi plan, tak by okres cha­osu i mro­ków bar­ba­rzyń­stwa zmniej­szyć z prze­wi­dy­wa­nych trzy­dzie­stu tysięcy do tysiąca lat.

Wzru­sza­jący koniec powie­ści chwyta za serce tym bar­dziej, że Isaac Asi­mov zmarł kilka tygo­dni po tym, jak opi­sał śmierć Sel­dona; postaci, która była – czego ni­gdy nie ukry­wał – jego alter ego.

Dziś saga ta jest jed­nym z naj­więk­szych dzieł lite­ra­tury SF i ma swo­ich wiel­bi­cieli na całym świe­cie. Pod jej wra­że­niem pozo­stają nie tylko wierni miło­śnicy i czy­tel­nicy Asi­mova, lecz także inne sławne pióra science fic­tion, mię­dzy innymi tacy best­sel­le­rowi auto­rzy tego nurtu, jak: Gre­gory Ben­ford, Greg Bear i David Brin. Ich fascy­na­cja „Fun­da­cją” zaowo­co­wała powsta­niem dru­giej try­lo­gii, na którą skła­dają się: Zagro­że­nie Fun­da­cji Gre­gory’ego Ben­forda, Fun­da­cja i Chaos Grega Beara oraz Try­umf Fun­da­cji Davida Brina. Cała akcja dru­giej try­lo­gii roz­grywa się w okre­sie, gdy Hari Sel­don prze­bywa na Tran­to­rze i ze swym zespo­łem pra­cuje nad psy­cho­hi­sto­rią.

Auto­rzy tych trzech powie­ści pod­kre­ślają, że ich dzieła nie naśla­dują sagi Asi­mova, lecz rzą­dzą się wła­snymi pra­wami, a ich boha­te­rzy sami muszą sobie dawać radę. Można więc drugą try­lo­gię czy­tać jak nie­za­leżne powie­ści. Z dru­giej jed­nak strony auto­rzy przy­znają, że świat ich „Fun­da­cji” byłby znacz­nie uboż­szy, gdyby nie wspa­niałe tło wszech­świata stwo­rzo­nego przez Asi­mova.

Druga try­lo­gia jest wkła­dem Ben­forda, Beara i Brina w dys­ku­sję nad świa­tem „Fun­da­cji”, czło­wie­kiem, spo­łe­czeń­stwem i kształ­tem przy­szło­ści. Jak sami mówią, zawsze fascy­no­wało ich Impe­rium, Tran­tor, Hari Sel­don i jego psy­cho­hi­sto­ria. Zasta­na­wiali się, jakim był czło­wie­kiem, co myślał i czuł, jaka była teo­ria psy­cho­hi­sto­rii, jak wyglą­dało i funk­cjo­no­wało spo­łe­czeń­stwo Tran­tora i całego Impe­rium Galak­tycz­nego. Ich try­lo­gia to próba odpo­wie­dzi na posta­wione sobie pyta­nia. To pro­po­zy­cja wize­runku tego odle­głego o tysiące lat świata, w któ­rym boha­te­rami są nie tylko znane nam już postaci, lecz także te rze­czy, które zaczy­nają towa­rzy­szyć czło­wie­kowi dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, i te, które two­rzą jego przy­szłość, a przy­naj­mniej jej wizję: wspa­niałe, super­szyb­kie kom­pu­tery, symu­la­cje kom­pu­te­rowe, Inter­net, świat dopro­wa­dzo­nej do per­fek­cji prze­strzeni wir­tu­al­nej, gro­ma­dze­nie, prze­twa­rza­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie olbrzy­mich ilo­ści infor­ma­cji, świa­towe sieci infor­ma­cyjne i mon­stru­alne info­strady, a także mani­pu­la­cja cza­sem i prze­strzenią.

Druga try­lo­gia, tak jak i cała saga Asi­mova, to monu­men­talna i wspa­niała opo­wieść o przy­szło­ści dla teraź­niej­szo­ści, napi­sana z wiel­kim roz­ma­chem histo­ria zwy­kłych ludzi two­rzą­cych rze­czy nie­zwy­kłe. To zapis ich podróży i przy­gód, uczuć, lęków i nadziei, ich tro­ski o czło­wieka i jego przy­szłość.

Czy­tel­nik miał oka­zję zetknąć się z „Fun­da­cją” w 1951 roku, gdy uka­zał się pierw­szy tom try­lo­gii. Dziś saga ta składa się z dzie­się­ciu tomów, a wszyst­kie, po raz pierw­szy w histo­rii naszego rynku wydaw­ni­czego, ukażą się w regu­lar­nych odstę­pach nakła­dem jed­nego wydaw­nic­twa. Zgod­nie z chro­no­lo­gią świata przed­sta­wio­nego, pro­po­nu­jemy Pań­stwu sma­ko­wa­nie tej zna­ko­mi­tej sagi w nastę­pu­ją­cej kolej­no­ści:

Pre­lu­dium Fun­da­cji

(Asi­mov)

Naro­dziny Fun­da­cji

(Asi­mov)

Zagro­że­nie Fun­da­cji

(Ben­ford)

Fun­da­cja i Chaos

(Bear)

Try­umf Fun­da­cji

(Brin)

Fun­da­cja

(Asi­mov)

Fun­da­cja i Impe­rium

(Asi­mov)

Druga Fun­da­cja

(Asi­mov)

Agent Fun­da­cji

(Asi­mov)

Fun­da­cja i Zie­mia

(Asi­mov)

Drogi Czy­tel­niku! Dom Wydaw­ni­czy REBIS z praw­dziwą przy­jem­no­ścią zapra­sza na wspa­niałą podróż w odle­głą o tysiące lat przy­szłość; w podróż po Galak­tyce, w któ­rej „gwiazdy z rzadka są roz­siane, a chłód prze­strzeni wielki”; w któ­rej pośród lśnią­cego tytanu kopuł miast, oce­anów wir­tu­al­nych wzo­rów mate­ma­tycz­nych, cichych ruin wiel­kich metro­po­lii lub bajecz­nie kolo­ro­wych ogro­dów żyje czło­wiek. Taki sam jak czło­wiek końca dwu­dzie­stego wieku. Żyje i wal­czy o prze­trwa­nie. Kocha, boi się i ma nadzieję.

Isaac Asi­mov zawsze pokła­dał wiel­kie nadzieje w ludz­ko­ści, zawsze wie­rzył, że na prze­kór wszyst­kiemu czło­wiek prze­trwa. O tym wła­śnie opo­wiada jego „Fun­da­cja”, a auto­rzy nowej try­lo­gii mają, jak piszą, nadzieję, że ich powie­ści kon­ty­nu­ują naj­lep­sze wzory i tra­dy­cje jed­nego z naj­wspa­nial­szych dzieł lite­ra­tury science fic­tion.

Piotr Her­ma­now­ski

Poprzed­nie pol­skie wyda­nie tej książki nosiło tytuł Korze­nie Fun­da­cji (przyp. red.). [wróć]

Roz­dział I

Mate­ma­tyk

CLEON I – (…) Ostatni Impe­ra­tor Galak­tyczny dyna­stii Enturn. Uro­dził się w 11988 roku ery galak­tycz­nej, tego samego roku co Hari Sel­don. Panuje prze­ko­na­nie, że data naro­dzin Sel­dona, którą nie­któ­rzy podają w wąt­pli­wość, mogła zostać dopa­so­wana do roku naro­dzin Cle­ona, któ­rego Sel­don, jak się przy­pusz­cza, spo­tkał wkrótce po przy­by­ciu na Tran­tor.

Cleon zasiadł na impe­rial­nym tro­nie w roku 12010 w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat. Jego pano­wa­nie sta­no­wiło oso­bliwy okres spo­koju w tam­tych burz­li­wych cza­sach. Była to nie­wąt­pli­wie zasługa umie­jęt­no­ści impe­rial­nego szefa sztabu, Eto Deme­rzela, który tak sta­ran­nie usu­wał się w cień, że nie­wiele o nim wia­domo.

Jeżeli cho­dzi o Cle­ona (…)

Ency­klo­pe­dia Galak­tyczna1

1

Cleon dys­kret­nie stłu­mił ziew­nię­cie i zapy­tał:

– Deme­rzel, sły­sza­łeś może kie­dyś o czło­wieku, który nazywa się Hari Sel­don?

Cleon był impe­ra­to­rem zale­d­wie od dzie­się­ciu lat, ale bywały chwile pod­czas cere­mo­nii pań­stwo­wych, kiedy – przy­odziany w uro­czy­ste szaty i dzier­żący insy­gnia kró­lew­skie – pre­zen­to­wał się tak god­nie, jak na przed­sta­wia­ją­cym go holo­gra­mie sto­ją­cym w niszy za jego ple­cami. Holo­gram umiesz­czono w ten spo­sób, że wyraź­nie domi­no­wał nad innymi niszami, w któ­rych znaj­do­wały się wize­runki kilku jego poprzed­ni­ków.

Holo­gram nie był cał­ko­wi­cie wierną kopią; choć zarówno na nim, jak i w rze­czy­wi­sto­ści włosy Cle­ona były jasno­brą­zowe, na wize­runku wyda­wały się nieco gęst­sze. Poza tym twarz impe­ra­tora odzna­czała się pewną asy­me­trią, gdyż jego górna warga z lewej strony uno­siła się wyżej niż z pra­wej, a jakimś cudem nie było tego widać na holo­gra­mie. Gdyby Cleon sta­nął w niszy, można by także zauwa­żyć, że jest o dwa cen­ty­me­try niż­szy od por­tretu holo­gra­ficz­nego, na któ­rym miał metr osiem­dzie­siąt trzy wzro­stu – i być może tro­chę tęż­szy.

Oczy­wi­ście, holo­gram przed­sta­wiał ofi­cjalny por­tret z koro­na­cji i Cleon był wtedy młod­szy. Wciąż jed­nak wyglą­dał młodo i dość atrak­cyj­nie, a kiedy nie dener­wo­wał się pod­czas ofi­cjalnych cere­mo­nii, na jego twa­rzy malo­wała się pewna dobro­dusz­ność.

– Hari Sel­don? – spy­tał Deme­rzel tonem peł­nym sza­cunku, o który bar­dzo się sta­rał. – Nie znam nikogo o tym nazwi­sku, Wasza Wyso­kość. A powi­nie­nem go znać?

– Mini­ster Nauki wspo­mniał mi o nim wczo­raj wie­czo­rem. Pomy­śla­łem, że może go znasz.

Deme­rzel zmarsz­czył brwi, ale tylko nie­znacz­nie, gdyż nie wypa­dało tego robić w obec­no­ści impe­ra­tora.

– Mini­ster Nauki, Wasza Wyso­kość, powi­nien poroz­ma­wiać o tym czło­wieku ze mną, sze­fem sztabu. Gdyby cię nie­po­ko­jono z każ­dej strony…

Cleon uniósł rękę i Deme­rzel natych­miast prze­rwał.

– Pro­szę, Deme­rzel, nie można stale obsta­wać przy prze­strze­ga­niu form. Kiedy wczo­raj wie­czo­rem prze­cho­dzi­łem obok mini­stra na przy­ję­ciu i zamie­ni­łem z nim kilka słów, aż kipiał z pod­nie­ce­nia. Nie mogłem go nie wysłu­chać i cie­szę się, że to zro­bi­łem, bo opo­wia­dał inte­re­su­jące rze­czy.

– W jakim sen­sie inte­re­su­jące, Wasza Wyso­kość?

– Cóż, minęły już stare czasy, kiedy nauka i mate­ma­tyka były ostat­nim krzy­kiem mody, być może dla­tego, że doko­nano już wszyst­kich odkryć, nie sądzisz? Naj­wy­raź­niej jed­nak na­dal mogą mieć miej­sce inte­re­su­jące zda­rze­nia. Przy­naj­mniej powie­dziano mi, że są inte­re­su­jące.

– Tak twier­dził Mini­ster Nauki, Wasza Wyso­kość?

– Tak. Powie­dział, że ten Hari Sel­don uczest­ni­czył w zjeź­dzie mate­ma­ty­ków zor­ga­ni­zo­wa­nym tutaj, na Tran­to­rze – z jakie­goś powodu orga­ni­zują taki zjazd co dzie­sięć lat – i podobno udo­wod­nił, że można mate­ma­tycz­nie prze­po­wie­dzieć przy­szłość.

Deme­rzel pozwo­lił sobie na nie­znaczny uśmiech.

– Albo Mini­ster Nauki, czło­wiek nie­wiel­kiej bystro­ści umy­słu, jest w błę­dzie, albo ten mate­ma­tyk się myli. Sprawa prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści to prze­cież dzie­cinne marze­nie o cza­ro­dziej­skiej kra­inie.

– Naprawdę, Deme­rzel? Ludzie w to wie­rzą.

– Ludzie wie­rzą w różne rze­czy, panie.

– Ale wie­rzą rów­nież w takie rze­czy. Dla­tego nie ma zna­cze­nia, czy prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści jest moż­liwe, czy nie. Jeśli jakiś mate­ma­tyk prze­po­wie­działby mi dłu­gie i szczę­śliwe pano­wa­nie, okres pokoju i pomyśl­no­ści dla Impe­rium… Ech, czyż nie przy­nio­słoby to korzy­ści?

– Z pew­no­ścią miło byłoby to usły­szeć, ale co z tego, Wasza Wyso­kość?

– Gdyby ludzie w to uwie­rzyli, na pewno dzia­ła­liby w duchu tej wiary. Wiele pro­roctw staje się fak­tem, samą mocą tego, że ludzie w nie wie­rzą. To „pro­roctwa, które speł­niają się same przez się”. Przy­po­mi­nam sobie, że to wła­śnie ty mi to kie­dyś wyja­śnia­łeś.

– Być może tak wła­śnie było, Wasza Wyso­kość – powie­dział Deme­rzel. Przy­glą­dał się uważ­nie impe­ra­to­rowi, jak gdyby chciał spraw­dzić, jak daleko może się posu­nąć w wyra­ża­niu wła­snych opi­nii. – Gdyby jed­nak tak było, każ­demu można by kazać wygło­sić pro­roc­two.

– Nie wszyst­kim uwie­rzono by w rów­nym stop­niu. Mate­ma­tyka, który byłby w sta­nie poprzeć swoje pro­roc­two wzo­rami i ter­mi­no­lo­gią naukową, mógłby nikt nie zro­zu­mieć, a mimo to wszy­scy byliby skłonni mu uwie­rzyć.

– Jak zwy­kle, Wasza Wyso­kość, mówisz roz­sąd­nie – rzekł Deme­rzel. – Żyjemy w nie­spo­koj­nych cza­sach i warto byłoby je uspo­koić w spo­sób, który nie wyma­gałby ani pie­nię­dzy, ani wysiłku zbroj­nego… bo w nie­da­le­kiej prze­szło­ści przy­spo­rzyło to wię­cej szkód niż dobra.

– Wła­śnie, Deme­rzel – potwier­dził pod­nie­cony impe­ra­tor.

– Ścią­gnij tu tego Hariego Sel­dona. Mówisz mi, że twoje sznurki się­gają do każ­dego zakątka tego burz­li­wego świata, nawet tam, gdzie nie ośmielą się wkro­czyć moje oddziały. Zatem pocią­gnij za jeden z nich i spro­wadź tu tego mate­ma­tyka. Chcę go zoba­czyć.

– Tak zro­bię, Wasza Wyso­kość – powie­dział Deme­rzel, który już dawno zlo­ka­li­zo­wał Sel­dona. Odno­to­wał też w pamięci, że trzeba pochwa­lić Mini­stra Nauki za dobrze wyko­naną robotę.

2

W tym cza­sie Hari Sel­don nie wyglą­dał zbyt impo­nu­jąco jak na wiel­kiego uczo­nego. Miał trzy­dzie­ści dwa lata, podob­nie jak impe­ra­tor Cleon I, lecz był od niego niż­szy, miał tylko metr sie­dem­dzie­siąt trzy. Jego twarz była łagodna i wesoła, włosy ciem­no­brą­zowe, pra­wie czarne, a ubra­nie miało wyraźny pro­win­cjo­nalny rys.

Każ­demu, kto w póź­niej­szych cza­sach sły­szał o Harim Sel­do­nie tylko jako o legen­dar­nym pół­bogu, wyda­wa­łoby się pra­wie bluź­nier­stwem, żeby mate­ma­tyk nie miał siwych wło­sów, twa­rzy pobruż­dżo­nej zmarszcz­kami, spo­koj­nego, pro­mie­niu­ją­cego mądro­ścią uśmie­chu i żeby nie sie­dział na wózku inwa­lidz­kim. Jed­nak nawet wtedy, w pode­szłym wieku, oczy Sel­dona były wesołe. Teraz zaś były szcze­gól­nie wesołe, gdyż wygło­sił refe­rat na Zjeź­dzie Dzie­się­cio­let­nim. Do pew­nego stop­nia wzbu­dził nawet zain­te­re­so­wa­nie. Stary Oster­fith ski­nął głową i powie­dział: „Zmyśl­nie, młody czło­wieku. Bar­dzo zmyśl­nie”. A taka ocena, wypo­wie­dziana przez Oster­fitha, spra­wiała satys­fak­cję. Wielką satys­fak­cję.

Ale teraz nastą­pił zupeł­nie nie­spo­dzie­wany zwrot wyda­rzeń i Sel­don nie był pewien, czy powinno mu to popra­wić nastrój, czy też nie.

Wpa­try­wał się w wyso­kiego, mło­dego czło­wieka w mun­du­rze. Z lewej strony jego tuniki widział zgrab­nie umiej­sco­wiony emble­mat przed­sta­wia­jący słońce i sta­tek kosmiczny.

– Porucz­nik Alban Wel­lis – przed­sta­wił się ofi­cer gwar­dii impe­ra­tora, nim scho­wał swój dowód toż­sa­mo­ści. – Pozwoli pan ze mną?

Wel­lis był oczy­wi­ście uzbro­jony, a za drzwiami cze­kali jesz­cze dwaj gwar­dzi­ści. Sel­don wie­dział, że nie ma wyboru, cho­ciaż żoł­nierz zacho­wy­wał się nie­zwy­kle uprzej­mie. Chciał jed­nak popro­sić o wyja­śnie­nia.

– Na spo­tka­nie z impe­ra­to­rem? – zapy­tał.

– Do pałacu. Takie otrzy­ma­łem instruk­cje.

– Ale dla­czego?

– Tego mi nie powie­dziano. Mam wyraźne pole­ce­nie, by przy­pro­wa­dzić pana, w taki czy w inny spo­sób.

– Ale to wygląda na aresz­to­wa­nie. Nie zro­bi­łem nic, co by to uspra­wie­dli­wiało.

– Powiedzmy raczej, że wygląda to na przy­zna­nie panu eskorty hono­ro­wej. Ale pro­szę dłu­żej nie zwle­kać.

Sel­don nie zwle­kał. Zaci­snął usta, jakby chciał powstrzy­mać dal­sze pyta­nia, ski­nął głową i ruszył naprzód. Nawet jeśli miał się spo­tkać z impe­ra­to­rem i otrzy­mać impe­rialną pochwałę, nie znaj­do­wał w tym żad­nej przy­jem­no­ści. Opo­wia­dał się za Impe­rium – to zna­czy za świa­tami ludz­ko­ści żyją­cej w jed­no­ści i pokoju – ale nie był za impe­ra­to­rem.

Porucz­nik kro­czył przo­dem, pozo­stała dwójka z tyłu. Sel­don uśmie­chał się do mija­nych osób i zdo­łał przy­brać obo­jętną minę. Przed hote­lem wsie­dli do służ­bo­wego samo­chodu naziem­nego. Mate­ma­tyk prze­su­nął ręką po tapi­cerce – ni­gdy nie był w tak ele­ganc­kim pojeź­dzie.

Znaj­do­wali się w jed­nej z naj­za­moż­niej­szych czę­ści Tran­tora. Kopuła była tu na tyle wysoka, że dawała uczu­cie prze­by­wa­nia na otwar­tej prze­strzeni i czło­wiek mógłby przy­siąc – nawet ktoś taki jak Hari Sel­don, który uro­dził się i wycho­wał w otwar­tym świe­cie – że podró­żo­wali w świe­tle sło­necz­nym. Wpraw­dzie nie można było dostrzec ani słońca, ani cieni, ale powie­trze było rześ­kie i aro­ma­tyczne.

Wkrótce jed­nak to się skoń­czyło. Kopuła zakrzy­wiła się w dół, a ściany zwę­żyły i teraz poru­szali się w zamknię­tym tunelu ozna­czo­nym co jakiś czas emble­ma­tem ze słoń­cem i stat­kiem kosmicz­nym, który wyraź­nie był zare­zer­wo­wany, jak domy­ślał się Sel­don, dla pojaz­dów urzę­do­wych.

Otwo­rzyły się jakieś wrota, samo­chód prze­mknął przez nie, a kiedy zamknęły się za nimi, zna­leźli się na otwar­tej prze­strzeni – auten­tycz­nej, praw­dzi­wej otwar­tej prze­strzeni. Na Tran­to­rze była tylko jedna jej połać o powierzchni 250 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych i tam wła­śnie znaj­do­wał się Pałac Impe­rialny. Sel­don marzył o szan­sie prze­spa­ce­ro­wa­nia się po tym otwar­tym tere­nie – nie z powodu Pałacu, ale dla­tego, że mie­ścił się tam rów­nież Uni­wer­sy­tet Galak­tyczny i – rzecz naj­bar­dziej intry­gu­jąca – Biblio­teka Galak­tyczna.

A jed­nak, wycho­dząc z zamknię­tego świata Tran­tora na otwartą zale­sioną prze­strzeń, zna­lazł się w świe­cie, w któ­rym chmury zaciem­niały niebo, a chłodny wiatr tar­gał mu koszulę. Wci­snął prze­łącz­nik, aby zamknąć okno samo­chodu naziem­nego.

Na zewnątrz był ponury dzień.

3

Sel­don wcale nie był pewien, czy zoba­czy się z impe­ra­to­rem. Przy­pusz­czał raczej, że w naj­lep­szym wypadku spo­tka się z jakimś urzęd­ni­kiem niż­szego szcze­bla, który będzie twier­dził, że mówi w imie­niu Cle­ona.

Ilu ludzi w ogóle widziało impe­ra­tora oso­bi­ście, a nie na holo­wi­zji? Ilu ludzi widziało praw­dzi­wego, nama­cal­nego impe­ra­tora, skoro ni­gdy nie opusz­czał swo­ich tere­nów, przez które Sel­don teraz prze­jeż­dżał. To musiała być zni­koma liczba. Dwa­dzie­ścia pięć milio­nów zamiesz­ka­nych świa­tów, na każ­dym z nich zaś przy­naj­mniej miliard istot ludz­kich – ilu spo­śród tych wszyst­kich kwa­dry­lio­nów ludzi widziało lub kie­dy­kol­wiek zoba­czy żywego impe­ra­tora? Tysiąc?

Ale czy komuś naprawdę na tym zale­żało? Impe­ra­tor był takim samym sym­bo­lem Impe­rium jak emble­mat ze zna­kiem słońca i statku kosmicz­nego, tyle tylko że znacz­nie mniej wszech­obec­nym, znacz­nie mniej praw­dzi­wym. To nie on, tylko jego wszę­do­byl­scy żoł­nie­rze i urzęd­nicy repre­zen­to­wali teraz Impe­rium, które stało się nie­zno­śnym cię­ża­rem dla swo­ich miesz­kań­ców.

Kiedy wresz­cie Sel­don został wpro­wa­dzony do bogato ume­blo­wa­nego, nie­du­żego pokoju i zastał tam młodo wyglą­da­ją­cego męż­czy­znę, który sie­dział na kra­wę­dzi stołu we wnęce okna i nie­dbale koły­sał nogą, zdzi­wiło go, że jakiś urzęd­nik może patrzeć na niego tak dobro­tli­wie. Wie­lo­krot­nie doświad­czył już tego, że urzęd­nicy rzą­dowi – a szcze­gól­nie ci w służ­bie impe­rial­nej – patrzyli z taką powagą, jakby dźwi­gali na swo­ich bar­kach brze­mię całej Galak­tyki. I wyda­wało się, że im niżej znaj­do­wali się w hie­rar­chii, tym poważ­niej­szy i groź­niej­szy był wyraz ich twa­rzy.

Zatem ten urzęd­nik, oświe­tlony wpa­da­ją­cym przez okno bla­skiem słońca, mógł być tak wysoko w hie­rar­chii, że nie czuł potrzeby prze­ciw­sta­wia­nia się mu sro­gim spoj­rze­niem.

Sel­don nie był pewien, pod jak wiel­kim powi­nien być wra­że­niem, ale czuł, że naj­le­piej będzie zacho­wać mil­cze­nie i pozwo­lić naj­pierw prze­mó­wić tam­temu.

– Domy­ślam się, że nazy­wasz się Hari Sel­don – powie­dział urzęd­nik. – I jesteś mate­ma­ty­kiem.

– Tak – odparł krótko Sel­don i znów cze­kał.

Młody czło­wiek mach­nął ręką.

– Powi­nie­neś odpo­wie­dzieć „Tak, Wasza Wyso­kość”, ale nie­na­wi­dzę cere­mo­niału. To jedyne, co mnie nuży. Jeste­śmy sami, więc pozwolę sobie na swo­bodę i dam spo­kój tym rytu­ałom. Niech pan usią­dzie, pro­fe­so­rze.

W poło­wie tej prze­mowy Sel­don uświa­do­mił sobie, że roz­ma­wia z impe­ra­to­rem Cle­onem, pierw­szym o tym imie­niu, i poczuł, jak traci oddech. Teraz, kiedy mu się przyj­rzał, dostrzegł słabe podo­bień­stwo do ofi­cjal­nego holo­gramu, który stale poja­wiał się w wia­do­mo­ściach. Na tam­tym wize­runku Cleon był jed­nak zawsze impo­nu­jąco wystro­jony, wyda­wał się wyż­szy, szla­chet­niej­szy i miał lodo­waty wyraz twa­rzy.

Tym­cza­sem ory­gi­nał sto­jący przed mate­ma­ty­kiem wyda­wał się zupeł­nie zwy­czajny.

Sel­don ani drgnął.

Impe­ra­tor zmarsz­czył nie­znacz­nie brwi i, z nawy­kiem roz­ka­zy­wa­nia obec­nym nawet mimo próby jego zarzu­ce­nia, rzekł apo­dyk­tycz­nie:

– Powie­dzia­łem „Niech pan usią­dzie”, czło­wieku. Na tym krze­śle. Szybko.

Sel­don usiadł, cał­kiem onie­miały. Nie potra­fił nawet zdo­być się na odpo­wiedź „Tak, Wasza Wyso­kość”.

Cleon uśmiech­nął się.

– Tak już lepiej. Teraz możemy poroz­ma­wiać jak równi sobie, któ­rymi w końcu jeste­śmy po odrzu­ce­niu ety­kiety. Prawda, mój czło­wieku?

– Jeżeli Waszej Impe­rial­nej Mości podoba się tak mówić, to tak jest – odparł ostroż­nie Sel­don.

– Och, daj spo­kój, dla­czego jesteś taki ostrożny? Chcę z tobą poroz­ma­wiać na rów­nych warun­kach, bo sprawi mi to przy­jem­ność. I roz­bawi.

– Tak, Wasza Wyso­kość.

– Po pro­stu „Tak”, czło­wieku. Czy w żaden spo­sób nie mogę do cie­bie dotrzeć?

Cleon patrzył na Sel­dona, a mate­ma­tyk pomy­ślał, że było to żywe i pełne zain­te­re­so­wa­nia spoj­rze­nie.

– Nie wyglą­dasz na mate­ma­tyka – ode­zwał się w końcu impe­ra­tor.

Wresz­cie Sel­don poczuł, że potrafi się uśmiech­nąć.

– Nie wiem, jak powi­nien wyglą­dać mate­ma­tyk, Wasza Im…

Cleon uniósł ostrze­gaw­czo rękę i Sel­don urwał w pół słowa.

– Chyba powi­nien być siwy – powie­dział Cleon. – Może z brodą. Na pewno stary.

– Jed­nak nawet mate­ma­tycy muszą być naj­pierw mło­dzi.

– Ale wtedy nie są ogól­nie sza­no­wani i sławni. Gdy już zwrócą na sie­bie uwagę Galak­tyki, wyglą­dają tak, jak to opi­sa­łem.

– Oba­wiam się, że nie jestem sławny.

– Mimo to prze­ma­wia­łeś na zjeź­dzie, który tu zor­ga­ni­zo­wano.

– Bar­dzo wielu z nas prze­ma­wiało, a nie­któ­rzy byli młodsi ode mnie. Nie­wielu jed­nak poświę­cono choćby cień uwagi.

– Twoja mowa naj­wy­raź­niej przy­cią­gnęła uwagę nie­któ­rych moich urzęd­ni­ków. Powia­do­miono mnie, że wie­rzysz w moż­li­wość prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści.

Sel­don nagle poczuł znu­że­nie. Wyglą­dało na to, że ta błędna inter­pre­ta­cja jego teo­rii będzie się nie­ustan­nie poja­wiać. Pomy­ślał, że być może nie powi­nien wygła­szać swo­jego refe­ratu.

– Prawdę mówiąc, nie­zu­peł­nie – odparł. – Moje osią­gnię­cie jest znacz­nie bar­dziej ogra­ni­czone. W wielu ukła­dach sytu­acja wygląda tak, że w okre­ślo­nych warun­kach zacho­dzą w nich wyda­rze­nia cha­otyczne. Ozna­cza to, że mając kon­kretny punkt począt­kowy, nie spo­sób prze­wi­dzieć ich rezul­ta­tów. Jest to praw­dziwe nawet w nie­któ­rych cał­kiem pro­stych ukła­dach, ale im bar­dziej są one zło­żone, tym bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że nastąpi chaos. Zawsze zakła­dano, że coś tak skom­pli­ko­wa­nego jak spo­łe­czeń­stwo ludz­kie szybko popad­nie w chaos i dla­tego jest nie­prze­wi­dy­walne. Ja jed­nak wyka­za­łem, że bada­jąc dokład­nie ludzką zbio­ro­wość, można obrać punkt począt­kowy i poczy­nić odpo­wied­nie zało­że­nia, które stłu­mią chaos. To umoż­liwi prze­wi­dze­nie przy­szło­ści, oczy­wi­ście nie we wszyst­kich szcze­gó­łach, ale w kate­go­riach przy­bli­żo­nych; nie z cał­ko­witą pew­no­ścią, ale z obli­czal­nym praw­do­po­do­bień­stwem.

Impe­ra­tor, który słu­chał uważ­nie, zapy­tał:

– Ale czy to nie ozna­cza, że wyka­za­łeś, jak prze­wi­dzieć przy­szłość?

– Znowu nie­zu­peł­nie. Wyka­za­łem, że jest to teo­re­tycz­nie moż­liwe, ale nic ponadto. Aby doko­nać cze­goś wię­cej, musie­li­by­śmy wybrać poprawny punkt począt­kowy, przy­jąć poprawne zało­że­nia, a potem zna­leźć spo­soby na prze­pro­wa­dze­nie obli­czeń w skoń­czo­nym cza­sie. Nic w mojej mate­ma­tycz­nej argu­men­ta­cji nie pod­po­wiada, jak zre­ali­zo­wać któ­ry­kol­wiek z tych punk­tów. Lecz nawet gdy­by­śmy potra­fili zro­bić to wszystko, w naj­lep­szym razie jedy­nie osza­co­wa­li­by­śmy praw­do­po­do­bień­stwa. To nie to samo co prze­wi­dy­wa­nie przy­szło­ści; to tylko zga­dy­wa­nie, co praw­do­po­dob­nie może się zda­rzyć. Każdy poli­tyk, przed­się­biorca czy czło­wiek jakie­go­kol­wiek powo­ła­nia, który odnosi suk­cesy, musi doko­ny­wać tych ocen przy­szło­ści i robić to dość dobrze, bo w prze­ciw­nym razie nie odniósłby suk­ce­sów.

– Oni to robią bez mate­ma­tyki.

– To prawda. Robią to intu­icyj­nie.

– Z pomocą mate­ma­tyki każdy mógłby sza­co­wać praw­do­po­do­bień­stwa. Nie trzeba byłoby szu­kać nale­żą­cej do rzad­ko­ści istoty ludz­kiej, która odnosi suk­cesy dzięki nad­zwy­czaj­nej intu­icji.

– To także prawda, ale ja tylko wyka­za­łem, że ana­liza mate­ma­tyczna jest moż­liwa; nie dowio­dłem wcale, że jest prak­tyczna.

– W jaki spo­sób coś może być moż­liwe, a jed­no­cze­śnie nie­prak­tyczne?

– Teo­re­tycz­nie jest moż­liwe, że odwie­dzę wszyst­kie światy Galak­tyki i przy­wi­tam się z każdą osobą na każ­dym z nich. W prak­tyce wyko­na­nie tego trwa­łoby jed­nak znacz­nie dłu­żej, niż pozo­stało mi życia. Nawet gdy­bym był nie­śmier­telny, tempo przy­ro­stu natu­ral­nego jest na tyle duże, że nie zdo­łał­bym dotrzeć do każ­dego i z nim poroz­ma­wiać.

– Czy takie rozu­mo­wa­nie ma sens w sto­sunku do two­jej mate­ma­tyki przy­szło­ści?

Sel­don zawa­hał się, po czym cią­gnął:

– Moż­liwe, że opra­co­wa­nie takiej mate­ma­tyki trwa­łoby zbyt długo, nawet gdyby ktoś dys­po­no­wał kom­pu­te­rem wiel­ko­ści wszech­świata, który pra­co­wałby z pręd­ko­ściami nad­prze­strzen­nymi. Do chwili otrzy­ma­nia jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzi upły­nę­łoby dość lat, by sytu­acja zmie­niła się tak dia­me­tral­nie, że odpo­wie­dzi byłyby już bez zna­cze­nia.

– Dla­czego nie można upro­ścić tego pro­cesu? – spy­tał ostro Cleon.

– Wasza Impe­rialna Mość – Sel­don wyczuł, że impe­ra­tor zacho­wuje się coraz bar­dziej for­mal­nie, w miarę jak odpo­wie­dzi coraz mniej go satys­fak­cjo­nują, więc odpo­wie­dział z więk­szą for­mal­no­ścią – roz­waż spo­sób, w jaki naukowcy upo­rali się z pro­ble­mem czą­stek sub­a­to­mo­wych. Są ich ogromne ilo­ści, a każda poru­sza się lub drga w spo­sób przy­pad­kowy i nie­obli­czalny, ale chaos ten, oka­zuje się, ma ukryty porzą­dek, tak że potra­fimy opra­co­wać mecha­nikę kwan­tową, która odpo­wiada na wszyst­kie pyta­nia, jakie umiemy zadać. Ana­li­zu­jąc spo­łe­czeń­stwo, umiesz­czamy ludzi w miej­scu czą­stek sub­a­to­mo­wych, ale ist­nieje tu dodat­kowy czyn­nik – ludzki umysł. Cząstki poru­szają się bez­myśl­nie, ludzie nie. Uwzględ­nie­nie roz­ma­itych postaw i odru­chów daje tak wielką zło­żo­ność, że bra­kuje czasu, aby zająć się tym wszyst­kim.

– Czy umysł, podob­nie jak bez­myślny ruch, nie mógłby mieć ukry­tego porządku?

– Być może, panie. Moja ana­liza mate­ma­tyczna zakłada, że porzą­dek musi sta­no­wić ukrytą pod­stawę wszyst­kiego, obo­jęt­nie jak bar­dzo nie­upo­rząd­ko­wane może się wszystko wydać, ale nie podaje żad­nej wska­zówki co do spo­sobu, w jaki można ten ukryty porzą­dek zna­leźć. Roz­ważmy: dwa­dzie­ścia pięć milio­nów świa­tów, z któ­rych każdy ma spe­cy­ficzne cechy i swo­istą kul­turę, każdy jest w spo­sób zna­czący odmienny od całej reszty, na każ­dym jest miliard lub wię­cej ludzi, z któ­rych każdy ma wła­sny umysł, a wszyst­kie te światy oddzia­łują na sie­bie na nie­zli­czone spo­soby i kom­bi­na­cje! Bez względu na to, do jakiego stop­nia ana­liza psy­cho­hi­sto­ryczna może być teo­re­tycz­nie moż­liwa, nie jest praw­do­po­dobne, aby można ją było zasto­so­wać w jakim­kol­wiek sen­sie prak­tycz­nym.

– Co rozu­miesz pod poję­ciem „psy­cho­hi­sto­ryczna”?

– Mia­nem „psy­cho­hi­sto­rii” okre­ślam teo­re­tyczny sza­cu­nek praw­do­po­do­bieństw doty­czący przy­szło­ści.

Impe­ra­tor nagle wstał, prze­szedł na drugi koniec pokoju, zawró­cił i sta­nął przed sie­dzą­cym wciąż Sel­do­nem.

– Wstań! – roz­ka­zał.

Mate­ma­tyk pod­niósł się i usi­ło­wał patrzeć nie­wzru­sze­nie na nieco wyż­szego impe­ra­tora.

– Ta twoja psy­cho­hi­sto­ria… – ode­zwał się w końcu Cleon. – Gdyby można było uczy­nić ją dzie­dziną prak­tyczną, mia­łaby wiel­kie zasto­so­wa­nie, prawda?

– Oczy­wi­ście, olbrzy­mie zasto­so­wa­nie. Wie­dza o tym, co będzie w przy­szło­ści, nawet w naj­ogól­niej­szym i pro­ba­bi­li­stycz­nym zary­sie, słu­ży­łaby jako nowy i cudowny prze­wod­nik dla naszych dzia­łań, prze­wod­nik, jakiego ludz­kość ni­gdy dotąd nie miała. Ale oczy­wi­ście… – prze­rwał.

– Tak? – spy­tał nie­cier­pli­wie impe­ra­tor.

– Cóż, wydaje się, że z wyjąt­kiem kilku ludzi podej­mu­ją­cych decy­zje wyniki ana­lizy psy­cho­hi­sto­rycz­nej musia­łyby pozo­stać nie znane ogó­łowi.

– Nie znane?! – wykrzyk­nął Cleon ze zdzi­wie­niem.

– To jasne. Pro­szę mi pozwo­lić to wyja­śnić. Po prze­pro­wa­dze­niu ana­lizy psy­cho­hi­sto­rycz­nej, a następ­nie poda­niu jej wyni­ków do wia­do­mo­ści publicz­nej roz­ma­ite uczu­cia i reak­cje ludz­ko­ści zosta­łyby natych­miast znie­kształ­cone. Ana­liza psy­cho­hi­sto­ryczna, oparta na uczu­ciach i reak­cjach, które mają miej­sce bez wie­dzy o przy­szło­ści, staje się nic nie warta. Czy jest to zro­zu­miałe?

Oczy impe­ra­tora roz­ja­śniły się i Cleon wybuch­nął gło­śnym śmie­chem.

– Cudowne! – Pokle­pał Sel­dona po ramie­niu i mate­ma­tyk zachwiał się nie­znacz­nie pod siłą tego ude­rze­nia. – Nie rozu­miesz tego, czło­wieku? – zapy­tał Cleon. – Nie rozu­miesz? Oto twoje zasto­so­wa­nie. Nie musisz prze­wi­dy­wać przy­szło­ści. Po pro­stu ją wybierz – dobrą, poży­teczną przy­szłość – i wymyśl coś w rodzaju prze­po­wiedni, która zmieni ludz­kie uczu­cia i postę­po­wa­nie w taki spo­sób, że prze­po­wie­dziana przez cie­bie przy­szłość sta­nie się fak­tem. Lepiej stwo­rzyć dobrą przy­szłość, niż prze­wi­dzieć złą.

Sel­don zmarsz­czył brwi.

– Rozu­miem, co masz na myśli, Wasza Wyso­kość, ale to jest rów­nie nie­moż­liwe.

– Nie­moż­liwe?

– Cóż, w każ­dym razie nie­prak­tyczne. Nie rozu­miesz, panie? Jeśli nie można zacząć od ludz­kich uczuć i reak­cji i prze­wi­dzieć przy­szło­ści, którą one spo­wo­dują, to odwrot­nie rów­nież nie można tego doko­nać. Nie można zacząć od przy­szło­ści i prze­wi­dzieć ludz­kich uczuć i reak­cji, które ją spo­wo­dują.

Cleon wyglą­dał na roz­cza­ro­wa­nego. Zaci­snął usta.

– Więc co z twoim refe­ra­tem?… Czyż nie tak go nazy­wasz? Jaki z niego poży­tek?

– Była to tylko teo­re­tyczna demon­stra­cja mate­ma­tyczna. Przed­sta­wiła inte­re­su­jący punkt widze­nia dla mate­ma­ty­ków, ale wcale nie myśla­łem o jakim­kol­wiek zasto­so­wa­niu jej w prak­tyce.

– To dla mnie obu­rza­jące – powie­dział Cleon ze zło­ścią.

Sel­don lekko wzru­szył ramio­nami. Lepiej niż kie­dy­kol­wiek rozu­miał, że nie powi­nien ni­gdy wygła­szać tego refe­ratu. Co się z nim sta­nie, jeżeli impe­ra­tor ubz­dura sobie, że zro­biono z niego głupca?

I rze­czy­wi­ście, Cleon wyglą­dał, jakby już miał w to uwie­rzyć.

– No dobrze – powie­dział – lecz co by się stało, gdy­byś miał poczy­nić prze­po­wied­nie przy­szło­ści, uza­sad­nione mate­ma­tycz­nie lub nie, które urzęd­nicy rzą­dowi, czyli ludzie, któ­rych zada­niem jest znać reak­cje spo­łe­czeń­stwa, uzna­liby za wywo­łu­jące poży­teczne zacho­wa­nia?

– Dla­czego aku­rat ja miał­bym być ci do tego potrzebny? Urzęd­nicy rzą­dowi sami mogliby poczy­nić takie prze­po­wied­nie i obyć się bez pośred­nika.

– Urzęd­nicy rzą­dowi nie mogliby tego zro­bić tak efek­tow­nie. Od czasu do czasu ogła­szają różne oświad­cze­nia. Ludzie nie­ko­niecz­nie im jed­nak wie­rzą.

– Dla­czego mi mie­liby uwie­rzyć?

– Ponie­waż jesteś mate­ma­ty­kiem. Obli­czył­byś przy­szłość, a nie… prze­wi­dział ją intu­icyj­nie, jeśli tak to się okre­śla.

– Ale to nie byłaby prawda.

– Któż by o tym wie­dział?

Cleon obser­wo­wał go przy­mru­żo­nymi oczami.

Zapa­dła cisza. Sel­don poczuł się zła­pany w pułapkę. Czy gdyby otrzy­mał bez­po­średni roz­kaz od impe­ra­tora, bez­piecz­nie byłoby odmó­wić? Mógłby zostać uwię­ziony lub stra­cony za odmowę. Nie bez pro­cesu oczy­wi­ście, ale nie­zmier­nie trudno spra­wić, aby pro­ces poto­czył się wbrew zało­że­niom bez­względ­nych urzęd­ni­ków, zwłasz­cza pro­ces wsz­częty na roz­kaz impe­ra­tora olbrzy­miego Impe­rium Galak­tycz­nego.

– To by nie zadzia­łało – odparł w końcu.

– Czemu nie?

– Gdyby mnie popro­szono o prze­wi­dze­nie nie­ja­snych uogól­nień, które żadną miarą nie mogłyby się spraw­dzić jesz­cze długo po śmierci obec­nego poko­le­nia, a być może i następ­nego, mogłoby to nam ujść na sucho, ale z dru­giej strony ogół nie zwró­ciłby na to więk­szej uwagi. Nie obcho­dzi­łaby go świe­tlana ewen­tu­al­ność za kilka stu­leci. Aby osią­gnąć jakieś wyniki – kon­ty­nu­ował Sel­don – musiał­bym prze­wi­dzieć sprawy o donio­ślej­szym zna­cze­niu, bar­dziej bez­po­śred­nie moż­li­wo­ści. Tylko takie prze­po­wied­nie wywo­ła­łyby reak­cję ogółu. Prę­dzej czy póź­niej jed­nak, a praw­do­po­dob­nie prę­dzej, jedna z tych moż­li­wo­ści nie spraw­dzi­łaby się i stra­cił­bym natych­miast wia­ry­god­ność. Jed­no­cze­śnie ty mógł­byś też stra­cić popu­lar­ność i, co naj­gor­sze, nie byłoby już wspar­cia dla roz­woju psy­cho­hi­sto­rii, tak że znik­nę­łaby szansa na uzy­ska­nie z niej jakich­kol­wiek korzy­ści, gdyby przy­szłe ulep­sze­nia metod mate­ma­tycz­nych pomo­gły przy­bli­żyć ją do sfery prak­tycz­no­ści.

Cleon rzu­cił się na krze­sło i spoj­rzał chmur­nie na Sel­dona.

– Czy to wszystko, co wy, mate­ma­tycy, potra­fi­cie? Upie­ra­cie się tylko przy nie­moż­li­wo­ściach?

– Pro­szę o wyba­cze­nie, ale to ty, Wasza Wyso­kość, upie­rasz się przy nie­moż­li­wo­ściach – powie­dział Sel­don z roz­pacz­liwą łagod­no­ścią.

– Pozwól, że cię wypró­buję, czło­wieku. Przy­pu­śćmy, że popro­sił­bym cię, byś wyko­rzy­stał swoją mate­ma­tykę, żeby powie­dzieć mi, czy pew­nego dnia zostanę skry­to­bój­czo zamor­do­wany. Co byś powie­dział?

– Mój sys­tem mate­ma­tyczny nie dałby odpo­wie­dzi na tak kon­kretne pyta­nie, nawet gdyby psy­cho­hi­sto­ria dzia­łała z naj­wyż­szą spraw­no­ścią. Cała mecha­nika kwan­towa nie potrafi prze­wi­dzieć zacho­wa­nia jed­nego samot­nego elek­tronu, a jedy­nie prze­ciętne zacho­wa­nie wielu.

– Znasz się na swo­jej mate­ma­tyce lepiej ode mnie. Podaj mi oparte na niej mądre domnie­ma­nie. Czy pew­nego dnia zostanę zamor­do­wany?

– Zasta­wiasz na mnie pułapkę, Wasza Wyso­kość. – Sel­don sta­rał się być łagodny. – Albo powiedz mi, jaką odpo­wiedź chcesz usły­szeć, a ja ci ją podam, albo pozwól mi swo­bod­nie odpo­wie­dzieć według mojego uzna­nia, bez groźby kary.

– Mów, co ci się podoba.

– Słowo honoru?

– Chcesz go na piśmie? – zapy­tał sar­ka­stycz­nie Cleon.

– Wystar­czy mi twoje ustne przy­rze­cze­nie, panie – rzekł Sel­don z zamie­ra­ją­cym ser­cem, gdyż wcale nie był tego pewien.

– Masz moje słowo honoru.

– Zatem mogę ci powie­dzieć, że w ciągu minio­nych czte­rech stu­leci pra­wie połowa impe­ra­to­rów została skry­to­bój­czo zamor­do­wana, z czego wnio­skuję, że praw­do­po­do­bień­stwo zama­chu na twoje życie wynosi w przy­bli­że­niu jeden do dwóch.

– Każdy głupi potrafi dać taką odpo­wiedź – rzu­cił Cleon z pogardą. – Nie potrzeba do tego mate­ma­tyka.

– Kil­ka­krot­nie powta­rza­łem ci, panie, że moja mate­ma­tyka jest nie­przy­datna do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów prak­tycz­nych.

– Czy nie przy­szło ci na myśl, że uczę się z lek­cji, któ­rych udzie­lili mi moi nie­for­tunni poprzed­nicy?

Sel­don wziął głę­boki wdech i zary­zy­ko­wał:

– Nie, Wasza Wyso­kość. Cała histo­ria poka­zuje, że nie uczymy się z lek­cji prze­szło­ści. Na przy­kład, wpu­ści­łeś mnie tu na pry­watne posłu­cha­nie. Nie oba­wiasz się, że mógł­bym doko­nać na cie­bie zama­chu?… Czego zresztą nie zamie­rzam robić, Wasza Impe­rialna Mość – dodał pospiesz­nie.

Cleon uśmiech­nął się blado.

– Nie doce­niasz naszej dokład­no­ści… lub postę­pów w tech­nice, czło­wieku. Prze­stu­dio­wa­li­śmy sta­ran­nie twoją histo­rię, całą twoją prze­szłość. Kiedy przy­je­cha­łeś, zosta­łeś dro­bia­zgowo zba­dany. Prze­ana­li­zo­wano wyraz two­jej twa­rzy i cechy two­jego głosu. Pozna­li­śmy szcze­gó­łowo twój stan emo­cjo­nalny; zna­li­śmy nie­mal twoje myśli. Gdyby był choć cień wąt­pli­wo­ści co do two­jej nie­szko­dli­wo­ści, nie pozwo­lono by ci zbli­żyć się do mnie. Wła­ści­wie już byś nie żył.

Sel­don poczuł falę mdło­ści, ale opa­no­wał się i rzekł:

– Ludzie z zewnątrz zawsze mieli trud­no­ści z dotar­ciem do impe­ra­to­rów, nawet przy mniej zaawan­so­wa­nej tech­nice. Jed­nak pra­wie każdy skry­to­bój­czy mord był zama­chem pała­co­wym. To ludzie sto­jący naj­bli­żej impe­ra­tora są dla niego naj­więk­szym zagro­że­niem. Sta­ranne prze­świe­tle­nie ludzi z zewnątrz jest wobec tego nie­istotne. A jeśli cho­dzi o two­ich urzęd­ni­ków, two­ich gwar­dzi­stów, two­ich bli­skich przy­ja­ciół, nie możesz ich trak­to­wać tak jak mnie.

– Dobrze o tym wiem – powie­dział Cleon. – Odpo­wiem ci na to, że ota­cza­ją­cych mnie ludzi trak­tuję spra­wie­dli­wie i nie daję im powodu do nie­chęci.

– Głu­pie… – zaczął Sel­don, ale prze­rwał zmie­szany.

– Mów dalej – rzekł Cleon ze zło­ścią. – Pozwo­li­łem ci mówić bez skrę­po­wa­nia. W jakim sen­sie jestem głupi?

– To słowo wymknęło mi się nie­opatrz­nie, Wasza Wyso­kość. Chcia­łem powie­dzieć „nie­istotne”. To, jak trak­tu­jesz przy­ja­ciół i osoby z naj­bliż­szego oto­cze­nia, jest nie­istotne. Musisz być podejrz­liwy; byłoby wbrew natu­rze ludz­kiej zacho­wy­wać się ina­czej. Nie­ostrożne słowo, takie jak moje przed chwilą, nie­ostrożny gest, wąt­piący wyraz twa­rzy i dasz po sobie poznać nie­uf­ność. A każdy taki odruch zdra­dza­jący podej­rze­nia uru­cha­mia błędne koło. Bli­ski przy­ja­ciel wyczuje to, obu­rzy się i zmieni swoje zacho­wa­nie pomimo wszel­kich sta­rań, żeby tego unik­nąć. Wyczu­jesz to i sta­niesz się bar­dziej nie­ufny, a w końcu albo on zosta­nie stra­cony, albo ty skry­to­bój­czo zamor­do­wany. Jest to pro­ces nie­unik­niony, czego dowo­dzą losy impe­ra­to­rów ostat­nich czte­rech stu­leci, a to tylko jedna z oznak nara­sta­ją­cych trud­no­ści w rzą­dze­niu Impe­rium.

– A zatem nie mogę zro­bić nic, żeby unik­nąć skry­to­bój­stwa?

– Nie, Wasza Wyso­kość – powie­dział Sel­don. – Ale z dru­giej strony może się oka­zać, że będziesz miał szczę­ście.

Cleon bęb­nił pal­cami po porę­czy krze­sła.

– Jesteś bez­u­ży­teczny, czło­wieku, tak samo jak twoja psy­cho­hi­sto­ria – rzekł ostro. – Zostaw mnie.

Po tych sło­wach impe­ra­tor odwró­cił wzrok i nagle wydało się, że ma znacz­nie wię­cej niż trzy­dzie­ści dwa lata.

– Mówi­łem, że moja mate­ma­tyka będzie dla cie­bie bez­u­ży­teczna, Wasza Wyso­kość. Naj­moc­niej prze­pra­szam.

Sel­don pró­bo­wał się ukło­nić, ale na jakiś sygnał, któ­rego nie zauwa­żył, weszło dwóch straż­ni­ków i wypro­wa­dziło go. Z kom­naty kró­lew­skiej dobiegł go głos Cle­ona:

– Odstaw­cie tego czło­wieka tam, skąd go przy­wie­ziono.

4

Eto Deme­rzel poja­wił się i spoj­rzał na impe­ra­tora z nale­ży­tym sza­cun­kiem.

– Wasza Impe­rialna Mość, pra­wie stra­ci­łeś pano­wa­nie nad sobą – powie­dział.

Cleon pod­niósł wzrok i z wyraź­nym wysił­kiem zdo­łał się uśmiech­nąć.

– Cóż, zga­dza się. Ten czło­wiek spra­wił mi bar­dzo duży zawód.

– Jed­nak nie obie­cy­wał wię­cej, niż zaofe­ro­wał.

– Nic nie zaofe­ro­wał.

– I niczego nie obie­cy­wał, Wasza Impe­rialna Mość.

– To było roz­cza­ro­wu­jące.

– Być może nawet bar­dziej niż roz­cza­ro­wu­jące – stwier­dził Deme­rzel. – Ten czło­wiek to luźna armata, Wasza Impe­rialna Mość.

– Luźne co, Deme­rzel? Zawsze uży­wasz wielu dziw­nych okre­śleń. Co to jest luźna armata?

– To po pro­stu wyra­że­nie, które usły­sza­łem w mło­do­ści, Wasza Impe­rialna Mość – odparł poważ­nie Deme­rzel. – Po Impe­rium krąży wiele dziw­nych wyra­żeń i nie­które z nich są nie­znane na Tran­to­rze, tak jak zwroty tran­tor­skie są nie­znane gdzie indziej.

– Przy­sze­dłeś pouczać mnie, że Impe­rium jest wiel­kie? Co rozu­miesz, mówiąc o tym czło­wieku, że jest luźną armatą?

– Tylko tyle, że może wyrzą­dzić wiele szkody, nie­ko­niecz­nie celowo. Nie ma poję­cia o swo­jej sile. Czy też waż­no­ści.

– Wyde­du­ko­wa­łeś to, prawda, Deme­rzel?

– Tak, Wasza Impe­rialna Mość. To miesz­ka­niec pro­win­cji. Nie zna ani Tran­tora, ani jego zwy­cza­jów. Ni­gdy dotąd nie był na naszej pla­ne­cie i nie umie zacho­wy­wać się jak czło­wiek dobrze wycho­wany, jak dwo­rza­nin. A jed­nak ci się prze­ciw­sta­wił.

– A dla­cze­góż by nie? Pozwo­li­łem mu mówić. Pomi­ną­łem ety­kietę. Trak­to­wa­łem go jak rów­nego sobie.

– Nie­zu­peł­nie, Wasza Impe­rialna Mość. Trak­to­wa­nie innych jak rów­nych sobie nie leży w two­jej natu­rze. Masz nawyk roz­ka­zy­wa­nia. A nawet gdy­byś pró­bo­wał spra­wić, żeby jakaś osoba czuła się swo­bod­nie, nie­wielu potra­fi­łoby się na to zdo­być. Więk­szość wpa­dłaby w osłu­pie­nie lub, co gor­sza, zacho­wy­wa­łaby się słu­żal­czo. Ten czło­wiek był hardy.

– Cóż, możesz to podzi­wiać, Deme­rzel, ale mi się on nie spodo­bał. – Cleon wyglą­dał na zamy­ślo­nego i nie­za­do­wo­lo­nego. – Czy zauwa­ży­łeś, że w ogóle nie wysi­lił się, żeby mi wyja­śnić swoją mate­ma­tykę? Jak gdyby wie­dział, że nie zro­zu­miem ani słowa.

– I nie zro­zu­miał­byś, Wasza Impe­rialna Mość. Nie jesteś ani mate­ma­ty­kiem, ani naukow­cem, ani też arty­stą. Ist­nieje wiele dzie­dzin, w któ­rych inni orien­tują się lepiej od cie­bie. Ich zada­niem jest korzy­sta­nie z tej wie­dzy, żeby ci słu­żyć. Jesteś impe­ra­to­rem, a to jest warte wszyst­kie ich spe­cja­li­za­cje razem wzięte.

– Naprawdę? Nie miał­bym nic prze­ciwko, gdyby moją igno­ran­cję uświa­do­mił mi sta­rzec, który gro­ma­dził wie­dzę przez wiele lat, ale ten Sel­don jest dokład­nie w moim wieku. Jak to się dzieje, że wie tak dużo?

– Nie musiał się uczyć nawyku roz­ka­zy­wa­nia ani sztuki podej­mo­wa­nia decy­zji, która wpły­nie na życie innych ludzi.

– Cza­sami, Deme­rzel, zasta­na­wiam się, czy się ze mnie nie naśmie­wasz.

– Wasza Impe­rialna Mość… – odparł z wyrzu­tem impe­rialny szef sztabu.

– Ale mniej­sza o to. Wróćmy do tej two­jej luź­nej armaty. Dla­czego on miałby być nie­bez­pieczny? Mnie się wydaje naiw­nym pro­win­cju­szem.

– I jest nim. Ale cho­dzi o jego mate­ma­tyczne roz­wi­nię­cie.

– Mówi, że jest bez­u­ży­teczne.

– Tobie wyda­wało się, że mogłoby być przy­datne. Ja też tak pomy­śla­łem, gdy mi to wyja­śni­łeś. Inni rów­nież mogliby tak pomy­śleć. Ten mate­ma­tyk może sam zacząć tak myśleć, teraz kiedy jego umysł został na to nakie­ro­wany. I kto wie, może jesz­cze opra­co­wać jakiś spo­sób na wyko­rzy­sta­nie swo­jej ana­lizy. Jeżeli to zrobi, prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści, nawet w bar­dzo mgli­sty spo­sób, będzie rów­no­znaczne z posia­da­niem wiel­kiej wła­dzy. Nawet jeśli nie będzie chciał tej wła­dzy dla sie­bie, co byłoby samo­za­par­ciem, które zawsze wydaje mi się nie­praw­do­po­dobne, mógłby zostać wyko­rzy­stany przez innych.

– Ja pró­bo­wa­łem go wyko­rzy­stać, ale nie ugiął się.

– Nie zasta­no­wił się nad tym. Być może teraz to zrobi. A gdyby na­dal nie chciał pra­co­wać dla cie­bie, czy nie mógłby zostać namó­wiony przez… powiedzmy… bur­mi­strza Wye?

– Dla­czego miałby się zgo­dzić pomóc bur­mi­strzowi Wye, a nie nam?

– Zgod­nie z jego obja­śnie­niami, trudno prze­wi­dzieć uczu­cia i zacho­wa­nie jed­no­stek.

Cleon nachmu­rzył się i usiadł w zamy­śle­niu.

– Czy naprawdę myślisz, że mógłby roz­wi­nąć tę swoją psy­cho­hi­sto­rię do takiego stop­nia, że byłaby uży­teczna? Jest taki pewny, że nie potrafi tego doko­nać.

– Z cza­sem może odkryć, że mylił się, zaprze­cza­jąc tej moż­li­wo­ści.

– A więc chyba powi­nie­nem był go zatrzy­mać – powie­dział Cleon.

– Nie, Wasza Impe­rialna Mość – zaprze­czył Deme­rzel. – Instynkt nie zawiódł cię, kiedy puści­łeś Sel­dona. Uwię­zie­nie go, obo­jęt­nie jak bar­dzo zama­sko­wane, spo­wo­do­wa­łoby nie­chęć i roz­pacz, a to nie pomo­głoby mu roz­wi­jać jego kon­cep­cji ani nie zachę­ci­łoby go do tego, żeby nam pomóc. Lepiej puścić go wolno, jak to zro­bi­łeś, ale trzy­mać nie­ustan­nie na nie­wi­dzial­nej smy­czy. W ten spo­sób możemy pil­no­wać, żeby nie został wyko­rzy­stany przez two­jego wroga, Wasza Impe­rialna Mość, a jed­no­cze­śnie możemy pocią­gnąć za smycz i spro­wa­dzić go, gdy do końca opra­cuje swoją naukę. Wtedy mogli­by­śmy być… bar­dziej prze­ko­nu­jący.

– Ale co będzie, jeśli zosta­nie prze­chwy­cony przez mojego wroga lub, jesz­cze lepiej, wroga Impe­rium, gdyż osta­tecz­nie ja jestem Impe­rium, lub jeśli z wła­snej ini­cja­tywy zechce słu­żyć wro­gowi? Widzisz, to też wcho­dzi w rachubę.

– I tak powi­nie­neś myśleć. Dopil­nuję, żeby temu zapo­biec, ale jeśli mimo wszel­kich wysił­ków to się zda­rzy, lepiej będzie, żeby go nie miał nikt niż nie­po­wo­łana osoba.

Cleon wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego.

– Pozo­sta­wiam to wszystko w two­ich rękach, Deme­rzel, ale mam nadzieję, że nie będziemy postę­po­wać zbyt pochop­nie. Osta­tecz­nie może się oka­zać jedy­nie krze­wi­cie­lem teo­re­tycz­nej nauki, któ­rej nie da się zasto­so­wać w prak­tyce.

– To cał­kiem moż­liwe, Wasza Impe­rialna Mość, ale bez­piecz­niej byłoby zało­żyć, że ten czło­wiek jest – lub mógłby się oka­zać – ważny. Stra­cimy tylko tro­chę czasu, jeśli okaże się, że zaprzą­ta­li­śmy sobie głowę czło­wiekiem bez zna­cze­nia. Możemy jed­nak stra­cić Galak­tykę, jeżeli zigno­ru­jemy kogoś o wiel­kim zna­cze­niu.

– No dobrze – powie­dział Cleon. – Ale ufam, że nie będę musiał znać szcze­gó­łów… jeżeli okażą się nie­przy­jemne.

– Miejmy nadzieję, że do tego nie doj­dzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wszyst­kie zamiesz­czone tutaj cytaty z Ency­klo­pe­dii Galak­tycz­nej zaczerp­nięte zostały za zgodą wydawcy z jej 116. wyda­nia opu­bli­ko­wa­nego w 1020 roku e.F. przez Encyc­lo­pe­dia Galac­tica Publi­shing Co. na Ter­mi­nu­sie. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Pre­lude to Foun­da­tion

Copy­ri­ght © 1988 by Night­fall, Inc.

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2013, 2017, 2021

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor serii: Piotr Her­ma­now­ski

Redak­tor II wyda­nia: Bła­żej Kem­nitz

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Jacek Pie­trzyń­ski

Ilu­stra­cja na okładce

© John Har­ris

Wyda­nie II e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Pre­lu­dium Fun­da­cji, wyd. II popra­wione, dodruk, Poznań 2013)

ISBN 978-83-7818-216-0

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer