Fundacja - Isaac Asimov - ebook + książka

Fundacja ebook

Isaac Asimov

0,0
33,90 zł

lub
Opis

Dom Wydawniczy REBIS wydał cykl „Fundacja” oraz cykl „Roboty”. Na podstawie Fundacji powstał wysokobudżetowy serial Apple TV+.

Po procesie Seldona i wydaleniu Encyklopedystów z Trantora ostoją ludzkiej wiedzy jest Fundacja. Na Peryferiach, podobnie jak w rozpadającym się Imperium, wrze. Dla osamotnionego, pozbawionego bogactw naturalnych Terminusa, siedziby Fundacji, ratunkiem okazują się ludzka mądrość, inteligencja i przedsiębiorczość, nie zaś skarbnica wiedzy - monumentalna Encyklopedia Galaktyczna. W obliczu zagrożenia ze strony Czterech Królestw do władzy dochodzą, po walce z opozycją, wybitne osobowości i godni następcy Hariego Seldona: Salvor Hardin i Hober Mallow. Terminus, świadomy swych niedostatków, ale i mocnych stron, rozpoczyna bój o przetrwanie, a następnie ekspansję...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 290

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Pamięci mojej matki 1895–1973

Roz­dział I

Psy­cho­hi­sto­rycy

HARI SEL­DON – (…) Uro­dzony w 11988 roku ery galak­tycz­nej, zmarł w roku 12069. Licząc w latach obec­nej ery fun­da­cyj­nej, życie jego przy­pada na okres od 79 do 1 roku e.f. Pocho­dził ze śred­nio zamoż­nej rodziny osia­dłej na Heli­ko­nie w Sek­to­rze Ark­tura (gdzie – według legendy wąt­pli­wej auten­tycz­no­ści – jego ojciec upra­wiał tytoń na plan­ta­cjach hydro­po­nicz­nych). Wcze­śnie zaczął wyka­zy­wać zdu­mie­wa­jące zdol­no­ści mate­ma­tyczne. Zacho­wało się wiele aneg­dot na ten temat, nie­które z nich prze­czą sobie nawza­jem. Powiada się, że w wieku dwu lat (…)

Nie­wąt­pli­wie naj­więk­szy wkład wniósł do psy­cho­hi­sto­rii. Zastał nie­wiele wię­cej niż luźny zbiór aksjo­ma­tów; gdy odcho­dził, była to już roz­wi­nięta nauka sta­ty­styczna (…)

Spo­śród zacho­wa­nych do naszych cza­sów źró­deł dostar­cza­ją­cych szcze­gó­łów z jego życia naj­bar­dziej wia­ry­godna jest bio­gra­fia pióra Gaala Dornicka, który poznał Sel­dona w cza­sach swej mło­do­ści. Było to na dwa lata przed śmier­cią wiel­kiego mate­ma­tyka. Histo­ria tego spo­tka­nia (…)

Ency­klo­pe­dia Galak­tyczna1

1

Gaal Dornick był chłop­cem z pro­win­cji, który ni­gdy jesz­cze nie widział Tran­tora. To zna­czy, nie widział go na żywo. Widy­wał go bowiem wiele razy na hiper­wi­deo, a nie­kiedy także w ogrom­nych trój­wy­mia­ro­wych wyda­niach dzien­nika z oka­zji koro­na­cji lub otwar­cia posie­dze­nia Rady Galak­tycz­nej. Tak więc, mimo że dotych­czas nie wychy­lił nosa poza Syn­nax, pla­netę krą­żącą wokół jed­nej z gwiazd na krań­cach Nie­bie­skiego Dryfu, nie był by­naj­mniej odcięty od cywi­li­za­cji. W tam­tych cza­sach nie było takiego miej­sca w całej Galak­tyce.

Ist­niało wów­czas w Galak­tyce pra­wie dwa­dzie­ścia pięć milio­nów zamiesz­ka­nych pla­net, a wśród nich ani jed­nej nie­za­leż­nej od Impe­rium, któ­rego sto­licą był Tran­tor. Było to ostat­nie pół­wie­cze jego potęgi.

Podróż ta była momen­tem prze­ło­mo­wym w życiu mło­dego naukowca. Gaal bywał już w prze­strzeni i sam fakt, że ponow­nie się w niej zna­lazł, nie miał dla niego więk­szego zna­cze­nia. Po praw­dzie dotych­czas nie zapusz­czał się dalej niż na jedy­nego sate­litę Syn­naxa, gdzie zbie­rał dane doty­czące mecha­niki mete­orów potrzebne mu do roz­prawy nauko­wej, ale wszyst­kie podróże kosmiczne były do sie­bie podobne, bez względu na to, czy pro­wa­dziły do miejsc odda­lo­nych o pół miliona mil czy o pół miliona lat świetl­nych. Przy­go­to­wał się tylko nieco na skok przez nad­prze­strzeń – manewr nie sto­so­wany w zwy­kłych lotach mię­dzy­pla­ne­tar­nych. Skok był i praw­do­po­dob­nie na zawsze pozo­sta­nie jedyną prak­tyczną metodą komu­ni­ka­cji mię­dzy­gwiezd­nych. Podróż przez zwy­kłą prze­strzeń nie mogła się odby­wać z pręd­ko­ścią więk­szą od pręd­ko­ści świa­tła (była to jedna z nie­wielu prawd nauko­wych pozna­nych już u zara­nia ludz­kich dzie­jów), a to ozna­czało, że nawet wędrówka mię­dzy sąsied­nimi zamiesz­ka­nymi sys­te­mami musia­łaby trwać dłu­gie lata. W nadprze­strzeni, tym nie­wy­obra­żal­nym obsza­rze, który nie był prze­strzenią ani cza­sem, mate­rią ani ener­gią, bytem ani nie­by­tem, można było prze­mie­rzyć całą Galak­tykę mię­dzy dwoma ułam­kami czasu.

Gaal cze­kał na pierw­szy skok z lek­kim nie­po­ko­jem cza­ją­cym się gdzieś na dnie żołądka. Wszystko odbyło się jed­nak tak szybko, że led­wie zdą­żył to sobie uświa­do­mić. Był to nie­znaczny wstrząs, jakby ledwo wyczu­walne wewnętrzne szarp­nię­cie. I nic wię­cej.

A potem był już tylko sta­tek, potężny i lśniący – wytwór dwu­na­stu tysięcy lat roz­woju Impe­rium – i on sam, Gaal, ze świeżo uzy­ska­nym dok­to­ra­tem z mate­ma­tyki i zapro­sze­niem od wiel­kiego Hariego Sel­dona w kie­szeni. Leciał na Tran­tora, aby wziąć udział w wiel­kim i zasnu­tym mgłą tajem­nicy Pro­jek­cie Sel­dona.

Roz­cza­ro­wany sko­kiem, po któ­rym tyle sobie obie­cy­wał, Gaal cze­kał już tylko na widok Tran­tora. Zacho­dził czę­sto do pokoju wido­ko­wego. Sta­lowe osłony okien roz­su­wały się w zapo­wie­dzia­nych momen­tach i Dornick zawsze był wtedy na miej­scu, patrząc na zimne lśnie­nie pla­net i podzi­wia­jąc nie­wia­ry­godny, mgli­sty rój gwiazd uno­szący się w prze­strzeni niczym wielka, zasty­gła w ruchu chmura świe­tli­ków. W pew­nej chwili poja­wiła się za oknem, niby struga mleka, gazowa mgła­wica odle­gła o pięć lat świetl­nych od statku, napeł­nia­jąc pomiesz­cze­nie lodo­wa­tym bla­skiem i zni­ka­jąc dwie godziny póź­niej, pod­czas następ­nego skoku.

Kiedy słońce Tran­tora zna­la­zło się po raz pierw­szy w polu widze­nia, było zale­d­wie małym bia­łym punk­ci­kiem zagu­bio­nym pośród miliona innych. Gdyby nie wska­zał go ktoś z załogi statku, nikt nie zdo­łałby go roz­po­znać. W cen­trum Galak­tyki było aż gęsto od gwiazd. Ale z każ­dym sko­kiem ów punkt świe­cił coraz sil­niej, gasząc swym bla­skiem inne i usu­wa­jąc je w cień.

Prze­cho­dzący ofi­cer powie­dział:

– Pokój wido­kowy będzie zamknięty już do końca podróży. Pro­szę się przy­go­to­wać do lądo­wa­nia.

Gaal ruszył za nim i chwy­ciw­szy go za rękaw bia­łego mun­duru z emble­ma­tem Impe­rium, słoń­cem i stat­kiem kosmicz­nym, zapy­tał:

– Nie mógł­bym tu zostać? Chciał­bym zoba­czyć Tran­tora.

Ofi­cer uśmiech­nął się i Gaal poczuł, że się rumieni. Uświa­do­mił sobie, że mówi z pro­win­cjo­nal­nym akcen­tem.

– Rano będziemy już na Tran­to­rze – rzekł ofi­cer.

– Cho­dzi o to, że chciał­bym go zoba­czyć z prze­strzeni.

– Ach, tak. Nie­stety, mój chłop­cze. Gdyby to był jacht, mogli­by­śmy to zała­twić. Ale opusz­czamy się kor­ko­cią­giem w stronę słońca. Nie chcesz chyba zostać w jed­nej chwili ośle­piony, popa­rzony i napro­mie­nio­wany, co?

Gaal odwró­cił się, aby odejść. Ofi­cer krzyk­nął za nim:

– Poza tym, chłop­cze, Tran­tor wydałby ci się tylko szarą, bez­kształtną plamą. Możesz sobie zafun­do­wać wycieczkę w prze­strzeń, kiedy już znaj­dziemy się na miej­scu. Są tanie.

Gaal obej­rzał się.

– Bar­dzo dzię­kuję – odrzekł.

Czuł się zawie­dziony jak dziecko, ale w końcu uczu­cia takie są rów­nie natu­ralne u doro­słych, jak u dzieci, i miał wra­że­nie, że coś dławi go w gar­dle. Ni­gdy dotąd nie widział Tran­tora w całej oka­za­ło­ści i nie przy­pusz­czał, że przyj­dzie mu jesz­cze na to pocze­kać.

2

Sta­tek lądo­wał wśród kako­fo­nii dźwię­ków. Z zewnątrz dobie­gał gwizd atmos­fery trą­cej o metal wrzy­na­ją­cego się w nią kadłuba. Sły­chać było nie­ustanny war­kot apa­ra­tury kli­ma­ty­za­cyj­nej neu­tra­li­zu­ją­cej żar wywo­łany tar­ciem i mia­rowe dud­nie­nie sil­ni­ków hamu­ją­cych pęd jed­nostki. W gwar roz­mów ludzi zbie­ra­ją­cych się przy wyj­ściu wci­skał się zgrzyt wind zwo­żą­cych bagaże, pocztę i pozo­stały ładu­nek do pomiesz­czeń poło­żo­nych wzdłuż osi statku, skąd to wszystko miało zostać zabrane do luku towa­ro­wego.

Gaal poczuł lek­kie szarp­nię­cie, które świad­czyło o tym, że sta­tek prze­stał się poru­szać mocą swych maszyn. Już od wielu godzin pod­da­wał się sile przy­cią­ga­nia pla­nety. Tysiące pasa­że­rów sie­działo cier­pli­wie w pomiesz­cze­niach przy wyj­ściu, które obra­ca­jąc się łagod­nie na wytwo­rzo­nych pod nimi polach siło­wych, dosto­so­wy­wały swoje poło­że­nie do cią­gle zmie­nia­ją­cego się roz­kładu sił gra­wi­ta­cji. Teraz wszy­scy tło­czyli się na pochyl­niach pro­wa­dzą­cych do zie­ją­cego w oddali luku.

Gaal nie miał dużego bagażu. Stał przy biurku, pod­czas gdy jego rze­czy zostały szybko i fachowo przej­rzane i ponow­nie zło­żone. Obej­rzano i pod­stem­plo­wano jego wizę. Na niego samego nikt nie zwró­cił uwagi.

To był Tran­tor! Powie­trze wyda­wało się tu nieco gęst­sze, a przy­cią­ga­nie sil­niej­sze niż na jego ojczy­stej pla­ne­cie, ale wie­dział, że przy­zwy­czai się do tego. Zasta­na­wiał się jed­nak, czy zdoła przy­wyk­nąć do widocz­nej na każ­dym kroku potęgi Impe­rium.

Budy­nek odpraw był olbrzymi. Gaal led­wie dostrze­gał jego skle­pie­nie. Oczyma wyobraźni widział two­rzące się pod nim obłoki. Nie mógł doj­rzeć końca sali, w któ­rej się zna­lazł – jak okiem się­gnąć nic, tylko ludzie i biurka cią­gnące się sze­re­giem aż po zamglony hory­zont.

Czło­wiek przy biurku ode­zwał się ponow­nie. W jego gło­sie brzmiała iry­ta­cja:

– Pro­szę się prze­su­nąć, Dornick. – Musiał raz jesz­cze spoj­rzeć w wizę, aby przy­po­mnieć sobie nazwi­sko.

Gaal wyją­kał:

– Gdzie… gdzie…

Urzęd­nik wska­zał kciu­kiem.

– Do postoju tak­só­wek w prawo, a potem trze­cia w lewo.

Gaal ruszył, patrząc na jarzące się, zawie­szone na nie­bo­sięż­nej wyso­ko­ści litery ukła­da­jące się w napis „Tak­sówki we wszyst­kich kie­run­kach”.

Jakaś postać ode­rwała się od tłumu i zatrzy­mała się przy biurku, przed któ­rym chwilę wcze­śniej stał Gaal. Urzęd­nik pod­niósł wzrok i nie­znacz­nie ski­nął głową. Nie­zna­jomy odpo­wie­dział takim samym ruchem i poszedł za mło­dym przy­by­szem.

Zdą­żył aku­rat na czas, aby usły­szeć, jaki jest cel podróży Dornicka.

Gaal oprzy­tom­niał, gdy na jego dro­dze wyro­sła barierka.

Napis na tabliczce gło­sił „Dys­po­zy­tor”. Czło­wiek, do któ­rego się odno­sił, nie uniósł nawet głowy znad papie­rów.

– Dokąd? – spy­tał.

Dornick nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć, ale wystar­czyło kilka sekund waha­nia, aby za jego ple­cami utwo­rzyła się długa kolejka.

Dys­po­zy­tor pod­niósł wzrok.

– Dokąd? – spy­tał ponow­nie.

Zasoby finan­sowe Gaala były skromne, ale już naza­jutrz miał dostać pracę. Sta­ra­jąc się nadać gło­sowi non­sza­lancki ton, powie­dział:

– Do dobrego hotelu.

Na dys­po­zy­to­rze nie wywarło to żad­nego wra­że­nia.

– Wszyst­kie są dobre. No więc, do któ­rego?

– Do naj­bliż­szego – odparł zde­spe­ro­wany mło­dzie­niec.

Dys­po­zy­tor naci­snął przy­cisk. Na pod­ło­dze poja­wiła się cienka strużka świa­tła, wijąc się wśród mnó­stwa innych, które mie­niły się wszel­kimi moż­li­wymi kolo­rami w róż­nych odcie­niach. Gaal poczuł, że wci­śnięto mu do ręki bilet. Bilet jarzył się sła­bym świa­tłem.

– Jeden dwa­dzie­ścia – powie­dział dys­po­zy­tor.

Gaal zaczął szpe­rać po kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu monet.

– Gdzie mam iść? – spy­tał.

– Za świa­tłem. Bilet będzie się świe­cił tak długo, jak długo będzie pan szedł we wła­ści­wym kie­runku.

Gaal ruszył. Mijały go setki ludzi. Każdy podą­żał wła­snym szla­kiem, prze­ci­ska­jąc się przez tłum w miej­scach, gdzie prze­ci­nały się świe­tli­ste ścieżki, aby dotrzeć w pożą­dane miej­sce.

Ścieżka Dornicka urwała się. Czło­wiek w jaskra­wym nie­bie­sko-żół­tym uni­for­mie z pla­sto-tka­niny, jakby wprost spod igły, się­gnął po jego dwie walizki.

– Bez­po­śred­nie połą­cze­nie z Luxo­rem – powie­dział.

Usły­szał to męż­czy­zna, który podą­żał za Gaalem. Usły­szał rów­nież jego odpo­wiedź „Dosko­nale” i patrzył, jak mło­dzie­niec wsiada do pojazdu o tępo ścię­tym przo­dzie.

Tak­sówka unio­sła się pio­nowo. Gaal wyglą­dał przez wypu­kłe okno. Nie potra­fił opa­no­wać dziw­nego uczu­cia, jakim napeł­niała go ta nie­zwy­kła podróż wewnątrz budynku, i trzy­mał się kur­czowo opar­cia fotela kie­rowcy. Ogromna prze­strzeń pod nim ście­śniła się, a ludzie zamie­nili w bie­ga­jące bez celu mrówki. Po chwili obraz ten skur­czył się jesz­cze bar­dziej i zaczął ucie­kać do tyłu. Przed nimi wyro­sła ściana. Zaczy­nała się wysoko w powie­trzu i cią­gnęła w górę, ginąc z pola widze­nia. Podziu­ra­wiona była jak rze­szoto. Gdy się zbli­żyli, dziury oka­zały się wlo­tami tuneli. Tak­sówka pod­le­ciała ku jed­nemu z nich i wkrótce zna­leźli się wewnątrz. Gaal przez chwilę zasta­na­wiał się, w jaki spo­sób jego kie­rowca odna­lazł wła­ściwy otwór.

Wokół pano­wała ciem­ność. Raz tylko mignęło za oknem kolo­rowe świa­tło sygna­li­za­cyjne, które na moment roz­pro­szyło mrok. Świst mkną­cego pojazdu szczel­nie wypeł­niał tunel. Zwol­nili. Gaal pochy­lił się do przodu, wal­cząc z siłą, która wci­skała go w sie­dze­nie, i wtedy tak­sówka gwał­tow­nie wystrze­liła z tunelu i osia­dła na ziemi.

– Hotel Luxor – oznaj­mił kie­rowca. Pomógł Gaalowi wydo­stać bagaż, przy­jął z poważną miną napi­wek w wyso­ko­ści jed­nej dzie­sią­tej kre­dyta, zabrał nowego pasa­żera i wzniósł się w powie­trze.

Przez cały ten czas, który upły­nął od jego przy­lotu, Gaal ani przez uła­mek sekundy nie widział nieba.

3

TRAN­TOR – (…) Na początku trzy­na­stego tysiąc­le­cia ten­den­cja ta osią­gnęła apo­geum. Będąc nie­prze­rwa­nie, od setek poko­leń, sie­dzibą władz Impe­rium, poło­żony ponadto w cen­tral­nym rejo­nie Galak­tyki, pośród gęsto zalud­nio­nych i uprze­my­sło­wio­nych świa­tów sys­temu, musiał siłą rze­czy zostać naj­więk­szym i naj­bo­gat­szym w histo­rii sku­pi­skiem ludz­ko­ści.

Nie­ustan­nie postę­pu­jąca urba­ni­za­cja osią­gnęła w końcu gra­nice roz­woju. Cała powierzch­nia Tran­tora, 75 000 000 mil kwa­dra­to­wych, stała się jed­nym wiel­kim mia­stem. W szczy­to­wym okre­sie liczba lud­no­ści prze­kro­czyła znacz­nie czter­dzie­ści miliar­dów. To gigan­tyczne sku­pi­sko ludzi zaj­mo­wało się pra­wie wyłącz­nie spra­wami admi­ni­stra­cyj­nymi Impe­rium, a jed­nak oka­zało się, że jest to liczba nie­współ­mier­nie mała w sto­sunku do potrzeb (należy pamię­tać, że nie­moż­li­wość wła­ści­wego zarzą­dza­nia Impe­rium Galak­tycz­nym za cza­sów ostat­nich impe­ra­to­rów stała się jedną z przy­czyn Upadku). Dzień w dzień floty liczące dzie­siątki tysięcy stat­ków dostar­czały całą pro­duk­cję dwu­dzie­stu rol­ni­czych świa­tów na stoły miesz­kań­ców Tran­tora (…)

Uza­leż­nie­nie od dostaw żyw­no­ści, a wła­ści­wie od dostaw wszel­kich nie­zbęd­nych pro­duk­tów z innych świa­tów spra­wiło, że w razie blo­kady Tran­tor musiałby nie­uchron­nie upaść. W ostat­nim tysiąc­le­ciu ist­nie­nia Impe­rium nie­zli­czone rebe­lie coraz wyraź­niej uświa­da­miały kolej­nym wład­com tę smutną prawdę. Skut­kiem tego dzia­łal­ność poli­cji impe­rial­nej została pra­wie cał­ko­wi­cie ogra­ni­czona do ochrony owego czu­łego punktu Tran­tora (…)

Ency­klo­pe­dia Galak­tyczna

Gaal nie był pewien, czy świeci słońce, a nawet – prawdę mówiąc – czy jest dzień, czy noc. Wsty­dził się pytać. Cała pla­neta wyda­wała się pokryta meta­lową sko­rupą. Posi­łek, który wła­śnie zjadł, nosił co prawda nazwę obiadu, ale było prze­cież wiele pla­net, na któ­rych ukła­da­jąc rytm dnia według tra­dy­cyj­nych okre­śleń cza­so­wych, nie przy­wią­zy­wano żad­nej wagi do, nie­wy­god­nego być może, następ­stwa dni i nocy. Czasy obro­tów poszcze­gól­nych pla­net róż­niły się, a Gaal nie znał czasu obrotu Tran­tora.

Na początku pobytu odkrył napisy wska­zu­jące drogę do „pokoju sło­necz­nego”, ale pokój ów oka­zał się salą prze­zna­czoną do sztucz­nego opa­la­nia. Posie­dział tam chwilę, po czym wró­cił do głów­nego hallu hotelu.

– Gdzie mogę kupić bilet na wycieczkę w prze­strzeń? – spy­tał recep­cjo­ni­stę.

– Wła­śnie tu.

– Kiedy się zaczyna?

– Aku­rat się zaczęła. Następna jutro. Pro­szę od razu kupić bilet, zare­zer­wu­jemy miej­sce.

– Och! – wes­tchnął. To będzie za późno. Następ­nego dnia musiał już być na uni­wer­sy­te­cie. – Nie ma tu jakiejś wieży wido­ko­wej albo cze­goś w tym rodzaju? – spy­tał. – Cho­dzi mi o coś na otwar­tym powie­trzu.

– Ależ oczy­wi­ście! Jeśli pan chce, mogę zaraz sprze­dać panu bilet. Może lepiej spraw­dzę, czy nie pada. – Prze­krę­cił włącz­nik znaj­du­jący się obok łok­cia i popa­trzył na litery poja­wia­jące się na mato­wym ekra­nie. Gaal czy­tał razem z nim.

– Pogoda jest dobra – powie­dział recep­cjo­ni­sta. – Pro­szę się zasta­no­wić. Mamy chyba teraz porę suchą. Oso­bi­ście nie inte­re­suję się tym, co się dzieje na zewnątrz – dodał. – Ostatni raz byłem tam trzy lata temu. Zoba­czy się, wie się, jak jest, i nie ma po co znowu tam wyjeż­dżać. Oto pań­ski bilet. Za budyn­kiem jest spe­cjalna winda. Jest tam tabliczka „Na wieżę”. Wystar­czy wsiąść.

Była to winda nowego typu. Poru­szała się na zasa­dzie odpy­cha­nia gra­wi­ta­cyj­nego. Gaal wszedł, za nim wsu­nęli się inni. Dźwi­gowy prze­krę­cił włącz­nik. Przez chwilę, gdy siła przy­cią­ga­nia spa­dła do zera, Dornick tkwił zawie­szony w powie­trzu, a potem, w miarę jak winda przy­spie­szała, wzno­sząc się, odzy­ski­wał stop­niowo wagę. Winda ponow­nie zaczęła hamo­wać i pod­łoga umknęła Gaalowi spod stóp. Bez­wied­nie krzyk­nął.

– Stopy pod poręcz! – wrza­snął dźwi­gowy. – Nie umiesz czy­tać?

Inni tak wła­śnie zro­bili. Uśmie­chali się teraz z wyż­szo­ścią, gdy mio­tał się, usi­łu­jąc bez­sku­tecz­nie zsu­nąć w dół po ścia­nie. Ich stopy tkwiły pew­nie pod chro­mo­wa­nymi prę­tami bie­gną­cymi w rów­nych, dwu­sto­po­wych odstę­pach w poprzek pod­łogi. Zauwa­żył te pręty, gdy wcho­dził, ale nie zain­te­re­so­wał się nimi.

W końcu wysu­nęła się w jego stronę jakaś ręka i ścią­gnęła go na dół.

Gdy winda się zatrzy­mała, wykrztu­sił słowa podzię­ko­wa­nia.

Wyszedł na otwarty taras ską­pany w bia­łym, ostrym świe­tle, które pora­ziło go. Czło­wiek, który przed chwilą wycią­gnął do niego pomocną dłoń, natych­miast zna­lazł się za nim.

– Dużo wol­nych miejsc – powie­dział zachę­ca­ją­cym tonem.

Gaal zawsty­dził się. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że cały czas gapił się z otwar­tymi ustami. W końcu odrzekł:

– Na to wygląda.

Ruszył odru­chowo w kie­runku ławek, ale zatrzy­mał się w pół drogi.

– Pozwoli pan, że postoję chwilę przy balu­stra­dzie? Chcę… chcę tro­chę popa­trzeć.

W odpo­wie­dzi nie­zna­jomy ski­nął ze zro­zu­mie­niem ręką, a Gaal prze­chy­lił się przez się­ga­jącą mu do ramion balu­stradę i pogrą­żył się w kon­tem­pla­cji.

W gma­twa­ni­nie roz­po­ście­ra­ją­cych się wszę­dzie kon­struk­cji, będą­cych dzie­łem ludz­kich rąk, nie mógł doj­rzeć ziemi. Jak okiem się­gnąć, nic tylko metal i niebo zle­wa­jące się na hory­zon­cie w nie­mal jed­no­litą sza­rość. Wie­dział, że tak wygląda cała powierzch­nia pla­nety. Wszystko wokół było jak mar­twe, zasty­głe w bez­ru­chu, jedy­nie w górze, na tle nieba, widać było kilka wolno poru­sza­ją­cych się stat­ków spa­ce­ro­wych, ale pod tą meta­lową sko­rupą wrzało życie, uwi­jały się miliardy ludzi.

Oko próżno szu­kało choćby plamki zie­leni. Nie widać było nie tylko zie­leni, ale nawet choćby skrawka gołej ziemi. Ni­gdzie ani śladu życia, oprócz wido­mych oznak ludz­kiej dzia­łal­no­ści. Gdzieś na tym świe­cie – prze­mknęła mu nie­ja­sna myśl – oto­czony setką mil kwa­dra­to­wych praw­dzi­wej ziemi, pośród drzew i róż­no­barw­nych kwia­tów, wznosi się pałac impe­ra­tora, mała wysepka na oce­anie stali. Nie było go jed­nak widać z miej­sca, gdzie stał Gaal. Mógł się prze­cież znaj­do­wać dzie­sięć tysięcy mil dalej.

Trzeba się będzie wkrótce wybrać na wycieczkę w prze­strzeń! – posta­no­wił.

Wes­tchnął głę­boko i uświa­do­mił sobie osta­tecz­nie z całą wyra­zi­sto­ścią, że zna­lazł się w końcu na Tran­to­rze, pla­ne­cie, która była cen­trum Galak­tyki i naj­waż­niej­szym ośrod­kiem rodzaju ludz­kiego. Nie uświa­da­miał sobie jej sła­bo­ści. Nie widział lądu­ją­cych stat­ków z żyw­no­ścią. Nie prze­czu­wał ist­nie­nia tej deli­kat­nej żyły łączą­cej czter­dzie­ści miliar­dów Tran­tor­czy­ków z resztą Galak­tyki. Zda­wał sobie sprawę tylko z tego, że zoba­czył naj­więk­sze dzieło czło­wieka – cał­ko­wity i nie­mal pogar­dliwy w swej osta­tecz­no­ści pod­bój świata.

Gdy odcho­dził od barierki, jego oczy miały tro­chę nie­obecny wyraz. Zna­jomy z windy wska­zał mu miej­sce obok sie­bie. Gaal usiadł.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się.

– Jestem Jer­ril. Pierw­szy raz na Tran­to­rze?

– Tak, panie Jer­ril.

– Tak myśla­łem. Jer­ril to moje imię. Tran­tor dziw­nie wpływa na ludzi o poetycz­nym uspo­so­bie­niu. Jed­nak Tran­torczycy ni­gdy tu nie przy­cho­dzą. Nie lubią tego. Działa im to na nerwy.

– Działa na nerwy? Aha, mam na imię Gaal. Dla­czego mia­łoby to dzia­łać im na nerwy? To jest wspa­niałe!

– To rzecz względna, Gaalu. Jeśli rodzisz się w cia­snej klitce, dzie­ciń­stwo spę­dzasz na kory­ta­rzu, pra­cu­jesz w małej komórce, a na waka­cje jedziesz do zatło­czo­nego pokoju sło­necz­nego, to taki wypad na otwarte powie­trze, gdzie widzisz tylko niebo nad głową, może się skoń­czyć zała­ma­niem ner­wo­wym. Wysyła się tu dzieci, raz na rok, odkąd skoń­czą pięć lat. Nie wiem, czy to ma jakiś sens. Dzie­ciom to naprawdę nie wystar­cza, a w cza­sie kilku pierw­szych poby­tów tutaj zawsze wpa­dają w histe­rię. Trzeba by zaczy­nać, gdy tylko odstawi się dziecko od piersi, i taka wycieczka powinna się odby­wać co tydzień. Oczy­wi­ście, prawdę mówiąc, nie ma to zna­cze­nia – cią­gnął. – Czy coś by się stało, gdyby ludzie w ogóle tu nie przy­cho­dzili? Są szczę­śliwi tam, na dole, i kie­rują całym Impe­rium… Jak myślisz, na jakiej jeste­śmy wyso­ko­ści?

– Pół mili? – powie­dział Gaal, zasta­na­wia­jąc się, czy nie brzmi to naiw­nie. Chyba tak było, bo Jer­ril zachi­cho­tał.

– Nie. Tylko pię­ciu­set stóp.

– Co? Prze­cież winda wio­zła nas…

– Tak. Ale więk­szą część tej podróży zajęło nam wydo­by­cie się na poziom gruntu. Budowle Tran­tora się­gają na milę w głąb pla­nety. Są jak góry lodowe. Dzie­więć dzie­sią­tych jest nie­wi­doczne. Na wybrzeżu mia­sto roz­ciąga się nawet na kilka mil pod powierzch­nią oce­anu. Prawdę mówiąc, dotar­li­śmy tak głę­boko, że wyko­rzy­stu­jemy róż­nicę tem­pe­ra­tur mię­dzy powierzch­nią a war­stwami poło­żo­nymi kilka mil niżej do pro­duk­cji całej zuży­wa­nej przez nas ener­gii. Nie wie­dzia­łeś o tym?

– Nie, myśla­łem, że korzy­sta­cie z elek­trowni ato­mo­wych.

– Kie­dyś korzy­sta­li­śmy. Ale tak jest taniej.

– Wyobra­żam sobie.

– Co myślisz o tym wszyst­kim? – spy­tał Jer­ril. Zni­kła gdzieś jego jowial­ność. Spo­glą­dał podejrz­li­wie na Gaala, jakby czy­hał tylko na jego potknię­cie.

Dornick szu­kał odpo­wied­nich słów.

– To jest wspa­niałe – powie­dział w końcu.

– Spę­dzasz tu waka­cje? Podró­żu­jesz? Zwie­dzasz?

– Nie­zu­peł­nie. Prawdę mówiąc, zawsze chcia­łem zna­leźć się na Tran­to­rze, ale przy­je­cha­łem tu do pracy.

– Ach, tak.

Gaal uwa­żał, że powi­nien powie­dzieć coś wię­cej.

– Będę pra­co­wał na uni­wer­sy­te­cie, w zespole pro­fe­sora Sel­dona.

– Sel­dona Kruka?

– Ależ skąd! Ten, o któ­rym mówię, to Hari Sel­don. Psy­cho­hi­sto­ryk. Nie sły­sza­łem o żad­nym Sel­donie Kruku.

– To wła­śnie ten. Nazy­wają go Kru­kiem, bo cały czas prze­po­wiada kata­strofę. Żar­gon, rozu­miesz…

– Naprawdę? – Gaal był szcze­rze zdzi­wiony.

– Prze­cież musisz o tym wie­dzieć. – Jer­ril już się nie uśmie­chał. – Przy­je­cha­łeś, żeby pra­co­wać dla niego, tak?

– No, tak. Jestem mate­ma­ty­kiem. Dla­czego prze­po­wiada kata­strofę? Jaką kata­strofę?

– No, a jak myślisz?

– Nie mam naj­mniej­szego poję­cia. Czy­ta­łem arty­kuły Sel­dona i jego współ­pra­cow­ni­ków. Wszyst­kie doty­czą teo­rii mate­ma­tycz­nych.

– Tak, te, które ogła­szają dru­kiem.

Gaal wyraź­nie się stro­pił.

– Chyba wrócę już do pokoju – powie­dział. – Bar­dzo się cie­szę, że cię pozna­łem.

Jer­ril mach­nął obo­jęt­nie ręką na poże­gna­nie.

W pokoju zastał Gaal ocze­ku­ją­cego na niego męż­czy­znę. Był zbyt zasko­czony, aby wykrztu­sić „Co pan tutaj robi?”, choć słowa te same cisnęły się na usta. Stał tak dobrą chwilę. Wresz­cie męż­czy­zna pod­niósł się. Był stary, pra­wie zupeł­nie łysy i lekko uty­kał, ale jego błę­kitne oczy patrzyły bystro.

– Jestem Hari Sel­don – rzekł.

W tej samej chwili Gaal otrzą­snął się i sko­ja­rzył twarz męż­czy­zny ze zdję­ciami, które widział już tyle razy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wszyst­kie zamiesz­czone tutaj cytaty z Ency­klo­pe­dii Galak­tycz­nej zaczerp­nięte zostały za zgodą wydawcy z jej 116. wyda­nia opu­bli­ko­wa­nego w 1020 roku e.f. przez Encyc­lo­pe­dia Galac­tica Publi­shing Co., na Ter­mi­nu­sie. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Foun­da­tion

Copy­ri­ght © 1951 by Isaac Asi­mov

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2013, 2017

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Bła­żej Kem­nitz

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki

Sła­wo­mir Folk­man / www.kala­dan.pl

Ilu­stra­cja na okładce

An Apple Ori­gi­nal

The book that inspi­red an Apple Ori­gi­nal series from Apple TV+

Wyda­nie II e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Fun­da­cja, wyd. IV, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-877-6

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer