Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
423 osoby interesują się tą książką
Dum spiro, spero.
Póki oddycham, nie tracę nadziei.
Upadające miasto, rosnąca przestępczość, czyhające na każdym rogu niebezpieczeństwo i… potwór, którego nikt nie jest w stanie zatrzymać.
Valerie od pięciu lat próbuje odnaleźć się w szarej rzeczywistości, w jakiej przyszło jej żyć po tragicznej śmierci brata. Stara się wyrwać z Detroit, znaleźć dla siebie miejsce, które zaoferuje więcej niż źle płatna praca w spelunie. Zrealizowanie planu utrudnia jednak choroba – koszt ratującej życie insuliny znacznie przerasta możliwości finansowe dziewczyny. Na domiar złego ktoś przypomina sobie o jej istnieniu. Ktoś, kogo wolałaby nigdy więcej nie spotkać.
Constantine Reyes.
Potwór w ciele człowieka.
Pozbawiony kręgosłupa moralnego diabeł.
Pięć lat temu zaproponował jej małżeństwo z rozsądku, a teraz wraca z nową determinacją i nie spocznie, dopóki nie dopnie swego.
Valerie jednak nie zamierza się poddać. Będzie walczyć. Aż do ostatniej kropli krwi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 387
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wydarzenia w Full of Lies toczą się w latach, w których miasto Detroit ogłosiło upadłość. Nie znajdziecie jednak w treści konkretnych ram czasowych. Stworzyłam własną, alternatywną rzeczywistość, która może (ale nie musi) pokrywać się z prawdziwymi wydarzeniami. Powieść ta jest w sporej mierze fikcją literacką i nie należy jej traktować jako reportażu na temat finansów, demografii czy przestępczości w wyżej wymienionym mieście. Zbieżność osób, imion, nazwisk i miejsc jest przypadkowa.
Full of Lies przeznaczone jest wyłącznie dla czytelników pełnoletnich. Jeśli miałabym je zakwalifikować do jakiejś kategorii, byłoby to coś pomiędzy thrillerem a dark romansem.
Ostrzeżenie o treści: narkotyki, nadużycia, samookaleczanie, przemoc psychiczna, przemoc fizyczna, sceny erotyczne (w tym również imitujące brak zgody), broń, brutalność, krew, przekleństwa, manipulacje, niemoralne zachowania.
Przerwij czytanie, jeśli tylko poczujesz, że treść jest dla Ciebie zbyt przytłaczająca. Twój komfort jest ważniejszy – postaw go na pierwszym miejscu.
Gdyby ktoś mnie zapytał, jak to jest żyć w najbardziej zrujnowanym mieście w Stanach, odpowiedziałabym: jakoś. Ale gdyby ktoś zapytał mnie o to w głębszym sensie…
Odpowiedziałabym, że od pięciu lat moje ciało nieustannie znajduje się w trybie walki i już nawet nie pamiętam, kiedy przespałam ciągiem dłużej niż trzy godziny. Że walczę o każdy oddech, chociaż równocześnie krztuszę się powietrzem zanieczyszczonym przez fabryki. Że nóż motylkowy i gaz pieprzowy to moi najwierniejsi przyjaciele, a męskie ubrania zajmują trzy czwarte mojej niewielkiej, rozlatującej się szafy. Że jedzenie z puszki smakuje jak najdroższa potrawa w najlepszej restauracji na świecie, mimo że wyglądem przypomina przemieloną psią karmę.
Tyle że nikt nie zapyta, bo nikogo to nie interesuje.
Nie tutaj.
Nie w Detroit, a już na pewno nie w Delray, gdzie życie zatrzymało się w momencie ogłoszenia przez miasto upadłości. To sąsiedztwo, przez które przejeżdża się jak najszybciej i nigdy nie robi się w nim postojów. Nigdy. A już na pewno nie na kanadyjskich rejestracjach – to jak proszenie się o kłopoty.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie chcę stąd wyjeżdżać. Wierutnie. Prawda jest taka, że oddałabym wiele za to, aby móc się stąd wydostać i nigdy się za siebie nie oglądać, ale od lat w portfelu mam nie więcej niż dziesięć dolarów. Nie kupię za to nawet biletu na autobus. Tu znalazłam przynajmniej dach nad głową. Może trochę przeciekający, może na ścianach w łazience rośnie grzyb, lecz mam swoje łóżko i nie śpię pod mostem.
I dilera, dzięki któremu jeszcze się nie przekręciłam.
Gdybym miała płacić za insulinę w aptece, już dawno leżałabym siedem stóp pod ziemią.
Pięć lat temu, kiedy względna stabilność runęła jak domek z kart, zaprzepaściłam swoją szansę – chociaż z perspektywy czasu trudno to szansą nazwać. Sprzedanie wolności i swojego ciała za kawałek chleba brzmi raczej jak więzienie. Szczególnie gdy propozycja pada z ust osoby, wobec której słowo „potwór” to niedopowiedzenie stulecia.
Ale czasem, kiedy próbuję zasnąć po wyczerpującej nocy w barze, zamykam oczy i wyobrażam sobie inne życie. To, które odtrąciłam.
Mnie stojącą na tarasie piętrowego domu na wzniesieniu w Bloomfield Hills. W kobiecych ubraniach, z lampką czerwonego wina w dłoni i z rozmarzonym uśmiechem na ustach. Z krągłościami w odpowiednich miejscach, z pełnym brzuchem i gładką cerą.
Jedno muszę przyznać Constantine’owi – naprawdę potrafi zasiać ziarno tak, aby kiełkowało przez następne lata i nie dawało o sobie zapomnieć.
Ale chyba nikt nie zapomniałby o propozycji ślubu złożonej przez trzydziestoletniego kryminalistę z wyrachowanym błyskiem w ciemnych niczym noc oczach.
Chociaż chciałabym wyrzucić tamto wspomnienie z głowy, to nie potrafię. Nie jestem w stanie. Ten sam człowiek przyczynił się bowiem do śmierci mojego brata i choćbym miała umrzeć z głodu, choćbym miała mieszkać pod mostem, to nigdy, ale to nigdy nie będę mu za nic wdzięczna.
To on doprowadził do ruiny naszą rodzinę.
Dum spiro, spero.
„Póki oddycham, nie tracę nadziei”.
Powtarzam sobie w głowie tych kilka słów niczym mantrę, lawirując między pijanymi mężczyznami. Roznoszę wątpliwej jakości piwo, drinki z najniższej półki i jedzenie, którego zapach wywołuje u mnie mdłości. Mimo że nad wejściem do ciemnego, zadymionego lokalu wisi tabliczka z napisem „Bar”, to bliżej temu do speluny. Może nawet meliny. Nikogo nie dziwi widok ludzi wstrzykujących sobie w boksach narkotyki ani roznegliżowanych kobiet, które pokładają się na stołach i bezpruderyjnie rozsuwają nogi.
Służby nawet tu nie zaglądają. Omijają szerokim łukiem to miejsce i jego sąsiedztwo. Nic tu po nich. Delray to zdemoralizowane społeczeństwo, które samo radzi sobie z problemami. Kiedyś, dawno temu, perspektywa zobaczenia pistoletu wetkniętego za pasek spodni wywoływała we mnie dreszcze przerażenia. Teraz? To kolejny element scenerii. Tak samo jak wytatuowane twarze, poranione knykcie, wybite zęby czy zakrwawione ubrania.
Codzienność, która w ostatnim czasie stała się jeszcze bardziej brutalna i nieprzewidywalna. Od miesiąca w Detroit dochodzi do coraz częstszych strzelanin i podpaleń pustostanów. Krążą słuchy, że Constantine narobił sobie wrogów, co ani trochę mnie nie zaskakuje. Ten człowiek trzyma pod swoim butem znaczną część tutejszych mieszkańców. Może ktoś wreszcie odważył się zbuntować?
– Val!
Przekręcam głowę w stronę jednego z boksów i krzywię się w duchu na widok stałego bywalca. Tęgi sześćdziesięciolatek z żółtymi niczym ser zębami szczerzy się szeroko i macha na mnie ręką.
Przypominam sobie pospiesznie o zachowaniu neutralnego wyrazu twarzy, uśmiecham się wymuszenie i podchodzę do stolika. Jego ubrania przesiąknięte są stęchlizną i smrodem fabryki.
– Co podać? – pytam luźno, ściskając między palcami mały notesik.
– To, co zawsze, cukiereczku – odpiera i prześlizguje powolnym spojrzeniem po moim ciele.
Robi to za każdym razem, kiedy go obsługuję. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale w żadnym stopniu nie zmienia to moich odczuć. Żołądek zwija mi się w nieprzyjemny supeł, wywołując mdłości.
I ten „cukiereczek”.
Gdybym nie potrzebowała pieniędzy, prawdopodobnie już dawno odwarknęłabym, że nie jestem niczyim cukiereczkiem. A już na pewno nie sześćdziesięcioletniego oblecha, który właśnie w tej chwili lubieżnie oblizuje wargi.
– Zaraz przyniosę.
Odwracam się na pięcie, by czym prędzej odejść do baru. Nim jednak robię krok w przód, uchodzi ze mnie całe powietrze, a nerwy napinają się jak postronki.
– Możesz też dorzucić siebie. Zapłacę ekstra.
Zaciskam z frustracji szczękę i zwijam dłoń w pięść, licząc w myślach do dziesięciu. Ponownie zmuszam się do przybrania neutralnej miny. Przekręcam głowę i spoglądam w opuchnięte od zmęczenia oczy klienta.
– Nie jestem na sprzedaż.
Oblech śmieje się, nie odrywając ode mnie rozbawionego, a być może i nieco oburzonego spojrzenia.
– Każda jest na sprzedaż. – Macha dłonią w powietrzu, zataczając niechlujnie okrąg. – Rozejrzyj się.
Nic mi do tego, jak bywalczynie speluny zarabiają na życie. Jeśli im to odpowiada, jeśli są w stanie po tym spać i nie czują do siebie obrzydzenia – ich sprawa. Ja jednak prędzej powiesiłabym się na przeciekającym w trakcie burzy strychu, niż pozwoliła komuś przelecieć za kilka dolców.
– Całe szczęście, że nie jestem „każda” – odpieram krótko i uśmiecham się nieznacznie, chociaż najchętniej rozchyliłabym wargi i wcelowała dwoma palcami w gardło, żeby pokazać, jak bardzo brzydzą mnie jego insynuacje.
Wszyscy mają jakieś granice, a ja swoich nie zamierzam przekraczać.
Na szczęście facet daje mi spokój. Wbrew pozorom jest raczej nieszkodliwy. Nigdy mnie nie dotknął – w sumie nawet nie próbował. Być może dlatego jeszcze go toleruję.
W poprzedniej pracy, zwykłym sklepie alkoholowym, nie miałam takiego szczęścia do klienteli. Najpierw musiałam nauczyć się obsługi strzelby właściciela, a potem przełknąć fakt, że jednego z młodych gniewnych postrzeliłam w kolano, kiedy próbował przeskoczyć za ladę. Zwolniłam się stamtąd krótko po tym incydencie, a później głodowałam przez dwa miesiące. Tyle dobrego, że udało mi się załatwić od dilera insulinę za kilka działek przeterminowanej morfiny. Została mi jeszcze po Ericku.
Kiedy wracam po jakimś czasie do baru, Martin od razu mnie zauważa.
– Wynieś śmieci! – wydaje polecenie. – Tylko nie zapomnij zamknąć kontenera.
– Jasne – przytakuję i czym prędzej czmycham do korytarza.
Pozbywanie się resztek jedzenia to chyba najgorsza część tej roboty. Nie dość, że worki są ciężkie i trzeba je wynosić pojedynczo, to jeszcze przeciekają i muszę pilnować, by nic na mnie nie skapnęło. Chociaż moje trampki wołają o pomstę do nieba, a barowe ciuchy zmieniam po zakończonej zmianie na coś bardziej męskiego, to i tak wolałabym nie musieć prać ich częściej, niż to konieczne. Chemia to luksus, na który mnie nie stać.
Wychodzę z zaplecza na obskurną uliczkę za barem i pozwalam sobie rzucić pierwszy worek na brudną, betonową płytę. Nie zamierzam tego nieść, jeśli przez tych kilka kroków mogę go ciągnąć. W najgorszym wypadku się rozsypie. Szczury i tak to wpieprzą, aż im się ogony będą trzęsły.
Jestem w trakcie wyrzucania trzeciego worka, kiedy zza pleców dociera do mnie pstryknięcie zapalniczki. Włoski jeżą mi się na karku, a mięśnie napinają. Ciało automatycznie przechodzi w tryb obronny i natychmiast zaczynam żałować, że do kieszeni dżinsów nie włożyłam chociażby gazu. Zostawiłam wszystko w rozwalonej szafce w małej kanciapie socjalnej, gdzie powiesiłam bluzę.
Nie okazuję jednak strachu – to najgorsze, co mogłabym w takim momencie zrobić. Przeklinam w myślach i odwracam się powoli, dziwnie niewzruszona faktem, że kątem oka wyłapuję ciemną postać. W miejscu, w którym powinna być głowa, wyraźnie żarzy się pomarańczowa kropka.
– Zmieniłaś pracę.
Wciągam głośniej powietrze do płuc, w mig rozpoznając chłodny, wyrachowany i kompletnie pozbawiony emocji głos.
Constantine Reyes.
– Bieda siadła ci na uszy? – dopytuje z wyższością, kiedy sięgam po kolejny worek. – Cóż za pech. Chociaż… zależy, jak na to spojrzeć.
Docierają do mnie powolne kroki. Ciche szuranie po betonowej posadzce i rozsypujące się po drodze kamyczki. Stoję sztywno, zaciskając dłoń na wilgotnym fragmencie worka, a za plecami już wyczuwam obecność mężczyzny.
– Wiesz, że nie lubię, kiedy się mnie ignoruje.
Wymijam go bez słowa i ciągnę za sobą cholerne śmieci, prosząc los, aby pojawił się tu ktoś, na kim Constantine mógłby skupić swoją uwagę. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Od lat się nie widzieliśmy. Właściwie – odkąd wyśmiałam jego propozycję. Po co tu teraz przyjechał?
Mężczyzna cmoka z niezadowoleniem akurat wtedy, gdy wyrzucam worek. Nie wiem, czy coś oprócz tego mówi, bo z głośnym hukiem zatrzaskuję klapę kontenera. Podnoszę na niego wzrok po raz pierwszy, odkąd uświadomiłam sobie, że tu jest.
Nikłe światło latarni oświetla go od tyłu i nie widzę dobrze jego twarzy. Dostrzegam jedynie, że wyrzuca niedopałek i zgniata go ciężkim butem. Czuję na sobie spojrzenie Constantine’a, gdy wciska nonszalancko dłonie do kieszeni ciemnych spodni. Przygląda mi się tak natarczywie, że wzdłuż kręgosłupa przebiega mi nieprzyjemny dreszcz.
Stoi pomiędzy mną i drzwiami prowadzącymi na zaplecze, a muszę wyrzucić jeszcze jeden worek. Rozdymam nozdrza, zirytowana, że się tutaj pojawił. Czyżbym nie wyraziła się jasno?
Ruszam w jego stronę, ignorując pełzające pod moją skórą dreszcze strachu. Nie zamierzam udawać, że ten mężczyzna mnie nie przeraża. Jest bezduszny. Pozbawiony jakichkolwiek skrupułów. To typ, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a pozbywanie się ludzi, którzy mu przeszkadzają, nazywa – o ironio – wyrzucaniem śmieci.
Wstrzymuję oddech i zatrzymuję się, gdy robi stanowczy krok w bok, zastępując mi drogę. Nie odwracam wzroku od jego twarzy i teraz, już z bliska, wyraźnie dostrzegam te pozbawione emocji ciemne oczy. Wpatrują się we mnie uważnie, podczas gdy szczęka zaciska się nieznacznie, najpewniej z irytacji.
– Nie ignoruj mnie, Valerie.
Głos ma twardy niczym stal, a moje imię w jego ustach brzmi jak obelga. Nie potrafię zapanować nad ciałem. Przełykam z trudem ślinę i choć nie odrywam spojrzenia od mężczyzny, to w moim wnętrzu rodzi się coraz większa panika.
Nie mam przy sobie niczego, czym dałabym radę się obronić. Jestem zdana wyłącznie na siebie. I choć Constantine nigdy mnie nie skrzywdził, to doskonale pamiętam, co zrobił mojemu bratu. Jak mogłabym wymazać z pamięci ten pusty wzrok, poderżnięte gardło i krew na dłoniach, którymi próbował zatamować krwawienie? I ciemne oczy Reyesa patrzące na mnie z dziką satysfakcją i wyrzutem.
Jakbym to ja popchnęła go do zamordowania Ericka.
– Czego chcesz? – pytam wreszcie, zmuszając głos do posłuszeństwa.
Marnie mi to wychodzi. Zamiast znużenia da się w nim wyczuć niepokój.
– Naprawdę będziesz teraz udawać, że nie wiesz, dlaczego się do ciebie pofatygowałem?
Z trudem udaje mi się przełknąć pełne kpiny parsknięcie, które próbuje się ze mnie wydostać. Powstrzymuję je ostatkiem sił. Jesteśmy tu zupełnie sami – nie powinnam ryzykować wyprowadzenia go z równowagi.
– Nie zmieniłam zdania – odpowiadam i unoszę wyżej podbródek. – I nie zmienię. Niepotrzebnie się „fatygowałeś”.
Przytakuje mi skinieniem.
– Jak wolisz – kwituje i przesuwa się nieznacznie, zwalniając fragment chodnika.
Natychmiast korzystam z okazji i ruszam w stronę drzwi. Chrzanić ostatni worek. Potem go wyrzucę. Albo zostawię. Nie zamierzam…
– Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Odwracam się gwałtownie w stronę Constantine’a i wpatruję się w niego z uniesionymi brwiami, niezdolna do zachowania neutralnego wyrazu twarzy.
– Gdybyś jednak znalazła się pod ścianą – dodaje z przekąsem, obrzucając mnie powolnym spojrzeniem. Teraz doskonale widzę jego ostrą szczękę, cienkie usta i źle zrośnięty nos. – Spokojnej nocy.
W jego ustach brzmi to jak ostrzeżenie, od którego dostaję nieprzyjemnych dreszczy, a żołądek związuje mi się w supeł.
Wpatruję się w Malika, jakby przed sekundą oświadczył, że wygrał na loterii milion dolarów i postanowił zmienić nawyki.
– Nie mam czasu na żarty – mówię oschle i zaciskam mocniej palce na pliku banknotów schowanych w kieszeni bluzy. – Po prostu przejdź do sedna.
– Nie żartuję – odpowiada zirytowany. – Nie mam nic na stanie – powtarza.
– Jakim, kurwa, cudem?
Unosi brew i krzyżuje ramiona na piersi. To znak, że powiedział ostatnie słowo. I że nic, co dodam, nie zmieni jego zdania.
– Malik…
– Zmykaj stąd, Val. – Wskazuje podbródkiem na wyjście z bramy. – Nic tu po tobie.
Otwieram usta, zaskoczona jego stanowczością czy wręcz niechęcią. Od pięciu lat do niego przychodzę. W tym czasie ani razu nie oświadczył mi, że nie ma insuliny. Nawet wtedy, gdy na granicy z Kanadą pojawiły się problemy – jego ludziom zawsze udawało się przemycić fiolki. Dlatego kompletnie nie rozumiem, co się wydarzyło…
Kurwa mać.
Chrząkam i odpowiadam Malikowi sztywnym skinieniem, po czym odwracam się na pięcie i prędko wychodzę na chodnik, zarzucając na głowę kaptur. Już nie zaciskam mocno palców na banknotach, tylko chwytam nóż motylkowy spoczywający w kieszeni obok.
Wiem, co się wydarzyło.
Constantine Reyes sobie o mnie przypomniał.
Przez pięć lat nie miałam żadnego problemu z dostaniem insuliny za mniej niż dwadzieścia pięć dolców. A teraz nagle, gdy on zjawia się w mojej pracy, nie mam do niej dostępu? Możliwe, że wychodzi ze mnie paranoiczka, ale to nie może być przypadek.
Nienawidzę szerokich ubrań, ale równocześnie to moja jedyna szansa na spokojny powrót z pracy do mieszkania. Mieszkania, prycham w myślach. Może i mam dwa pokoje, ale co z tego, skoro w obu sufity są zalane, okna nieszczelne, a do tego na ścianach rośnie grzyb. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby tu dalej mieszkać. Gdybym miała wybór, już dawno bym się wyprowadziła.
Prostuję się i chowam ręce do kieszeni bluzy. W lewej trzymam gaz pieprzowy, a w prawej nóż. Muszę przejść jeszcze tylko dwie przecznice i będę wreszcie na miejscu, lecz odkąd wyszłam z baru, nie opuszcza mnie nieprzyjemne uczucie bycia obserwowaną.
Przełykam ślinę, gdy za moimi plecami rozlega się odgłos kroków, ale to jedyna reakcja, na jaką sobie pozwalam. Gdybym była mężczyzną, którego udaję, zapewne w ogóle bym się tym nie przejęła. Dlatego gram nieświadomą, chociaż równocześnie wyostrzam zmysły i odpinam zawleczkę gazu. Tak na wszelki wypadek.
Oddycham cicho z ulgą, gdy przed ostatnią przecznicą odpowiedzialny za doprowadzenie mojego serca do palpitacji człowiek przechodzi na drugą stronę ulicy. Fałszywy alarm. Jeszcze tylko skręcić, przejść obok dwóch ruder, w których pomieszkują bezdomni, i…
Nagłe uderzenie w plecy sprawia, że padam na nierówny chodnik i w ostatnim momencie udaje mi się osłonić twarz przedramieniem. Stękam z bólu rozlewającego się po moich kolanach, ale nie pozwalam sobie na choćby sekundę użalania się nad swoim losem. W tej samej chwili, w której zostaję szarpnięta za kaptur, wyciągam z kieszeni gaz.
Nie mam pojęcia, kto mnie zaatakował, i nawet nie próbuję tego sprawdzać. Od razu po przekręceniu się na plecy pryskam mu w twarz strumieniem piekącego specyfiku.
– Kurwa! – Mężczyzna cofa się o dwa kroki, pocierając oczy.
Nie wiem, kim jest. Wygląda jak każdy w tej okolicy. A przynajmniej tak stwierdzam po ubiorze: znoszonych dżinsach i podartej bluzie. Na dalsze analizy nie mam czasu. Zrywam się na równe nogi i chociaż diabelsko pieką mnie kolana, biegiem ruszam w stronę kamienicy, w której wynajmuję lokal. Wpadam do holu przez zniszczone drzwi i wskakuję po dwa stopnie, żeby jak najszybciej dostać się do mieszkania.
Trzy minuty po tym, jak przekręcam czwarty zamek w drzwiach, opieram się plecami o wilgotną ścianę i przykładam dłoń do piersi. Próbuję uspokoić rozszalałe serce i jakoś zapanować nad oddechem, lecz na niewiele się to zdaje. Przed moimi oczami pojawia się rozmazane wspomnienie mężczyzny, który mnie zaatakował, ale szybko odganiam je mruganiem.
Ruszam się spod wejścia dopiero, gdy jestem pewna, że na korytarzu nie słychać żadnych kroków. Kimkolwiek był tamten człowiek, raczej byłam tylko przypadkową ofiarą. Może pomylił mnie z dilerem?
Oby.
Otwieram lodówkę, by wyciągnąć wodę, po czym odkręcam zakrętkę drążącą ręką i upijam kilka solidnych łyków. To jednak nie gasi mojego pragnienia. Przeciwnie – odnoszę wrażenie, jakby jeszcze bardziej się nasiliło. Nawet nie wiem, kiedy wypijam całą zawartość plastikowej butelki.
Odrzucam ją w stronę kosza i opieram się przedramionami o blat, zwieszając głowę.
Z głodu boli mnie brzuch, ale nie mam w mieszkaniu niczego, co nadawałoby się do jedzenia. Co z tego, że w barze udało mi się pochłonąć kiepskiej jakości burgera, skoro był to mój pierwszy posiłek od dwóch dni?
Przesuwam się w bok i ponownie otwieram lodówkę, żeby wyciągnąć fiolkę insuliny. Spomiędzy warg wydostaje mi się pełen żałości jęk. Normalnie powinnam brać dziennie pięćdziesiąt jednostek, ale przez kiepską dietę – a właściwie jej brak – i gorszą jakość leku ze względu na przerwane ciągi chłodnicze, muszę brać większe dawki. Teraz, patrząc na niewielką ilość przezroczystego płynu, jestem pewna, że nie naciągnę więcej niż czterdzieści.
Nie wiem, co zrobię jutro. Naprawdę nie mam pojęcia. Jeśli jednak Constantine myśli, że utrudniając mi życie, cokolwiek ugra, to zupełnie mnie nie zna. Prędzej umrę, niż zgodzę się na jego propozycję.
Od zawsze wiedziałam, że Constantine nie ma kręgosłupa moralnego. Żadnego. Dawno temu, kiedy mój brat dla niego pracował, żyłam nadzieją, że nigdy nie będę miała z tym człowiekiem do czynienia. Widziałam go może trzy razy, zanim na moich oczach poderżnął Erickowi gardło.
Okazuje się jednak, że Constantine nie tylko nie wie, co znaczy moralność, on jest do szpiku kości przesiąknięty złem. To potwór, który z jakiegoś powodu obrał mnie sobie za cel.
Jak inaczej wyjaśnić fakt, że kiedy następnego dnia wchodzę do baru, Martin oznajmia mi, że już tu nie pracuję? Tak po prostu. Bez żadnego ostrzeżenia, chociaż jeszcze nie tak dawno wspominał, że jestem jedną z nielicznych pracownic, które w żadnym stopniu nie są dla niego utrapieniem.
Większość klientów jest pijana, ale ci, którzy jeszcze nie zdążyli się schlać albo naćpać, patrzą na mnie tak, jakbym była trędowata. Znam ich wszystkich, znaczna część przesiaduje tutaj całymi nocami aż do zamknięcia. Wyłącznie dlatego spośród gęstego dymu udaje mi się wyłowić nieznajomą twarz.
Szeroki w barach, łysy mężczyzna, który siedzi na wysokim hokerze przy kontuarze, nawet na mnie nie zerka. Oparł przedramiona o lepiący się blat i… czeka. Jego ubrania odcinają się na tle ubioru stałych bywalców; przede wszystkim są czyste. Ciemna kurtka i równie ciemne dżinsy wyglądają jak nowe. Podobnie zresztą jak ciężkie buty taktyczne.
Rozdymam nozdrza – to jedyna reakcja, na jaką sobie pozwalam. Najwyraźniej Constantine pociągnął za kolejny sznurek.
– Rozumiem – przytakuję, unosząc podbródek, po czym odwracam się na pięcie i wychodzę na zewnątrz.
Zwijam dłonie w pięści dopiero kilka budynków dalej i mielę między zębami przekleństwo. Nie rozumiem, dlaczego Constantine nie dość, że nagle sobie o mnie przypomniał, to jeszcze próbuje zniszczyć mi życie. Życie, które i bez jego pomocy nie należy do nazbyt przyjemnych. Co innego, gdybym opływała w luksusy – może wtedy jego zachowanie miałoby dla mnie jakikolwiek sens. W tym momencie jednak nie ma żadnego.
Powrót do mieszkania nie należy do przyjemnych. Nic dzisiaj nie jadłam – nie licząc małej konserwy w południe – a na domiar złego dalej nie skołowałam sobie insuliny. Pierwsze skutki jej braku odczuwam już od kilku godzin. Czuję się tak, jakbym miała pustynię w ustach, a ból głowy coraz bardziej się nasila. Do tej pory udawało mi się ignorować pulsowanie skroni, ale jest coraz gorzej.
Kiedy zamykam ostatnią zasuwkę w drzwiach, przed oczami stają mi mroczki. Muszę się oprzeć o ścianę i pochylić, próbując zapanować nad widzeniem i tym cholernie nieprzyjemnym uczuciem, które pojawia się tuż przed omdleniem.
Mam szczęście – tym razem mi się to udaje. Na wiotkich nogach ruszam do kuchni, chwytam butelkę z wodą i przysysam się do niej łapczywie. Syzyfowa praca. Nic nie ugasi pragnienia.
Potrzebuję pieprzonej insuliny.
Rano budzi mnie ból brzucha. Jest tak silny, że zginam się wpół i ledwie udaje mi się wychylić za łóżko, by nie zwymiotować na materac. Żółć pali mój przełyk, w oczach pieką łzy, a spierzchnięte usta pękają w kącikach, wywołując szloch potęgujący ucisk w klatce piersiowej.
Kręci mi się w głowie, gdy opadam plecami na materac i przymykam powieki. Czuję się, jakbym umierała. Jakbym znalazła się nad przepaścią, a śmierć wyciągała po mnie skostniałe szpony.
Tylko raz doprowadziłam się do takiego stanu jak teraz – i wiem, że jeśli czegoś nie wymyślę, stracę w końcu przytomność, a moje zwłoki, jeśli mi się poszczęści, znajdą za kilka tygodni szabrownicy.
Broda mi drży, gdy uzmysławiam sobie, że muszę znaleźć siłę na to, aby zwlec się z łóżka. Muszę… muszę pojechać do szpitala. Nie wiem, jak zapłacę później fakturę za leczenie. Nie mam pojęcia, ale…
A może powinnam odpuścić?
Pogodzić się z losem i pozwolić sobie na sen?
To byłoby takie… proste. Zamknąć oczy i już się nie obudzić. Nie musiałabym się martwić pieniędzmi, jedzeniem ani podstawowymi artykułami higienicznymi.
Myśl o tym, że mogłabym wreszcie przestać się męczyć i tak usilnie walczyć o wydostanie się z Detroit, sprawia, że uśmiecham się bezwiednie. Wykrzywiam popękane usta i chwilę później zaczynam się śmiać.
Constantine potrzebował zaledwie kilku dni, żeby zachęcić mnie do skazania się na śmierć. Dosięgnąć swoimi mackami, i nawet – kurwa – nie musiał się szczególnie wysilać.
Skurwiel.
Zaciskam zęby tak mocno, że niemal kruszę tych kilka, które prawdopodobnie nadają się już tylko do wyrwania.
Nie dam mu tej satysfakcji.
Nie wiem, czego ten potwór ode mnie chce, ale wiem, czego na pewno nie dostanie.
Mojej śmierci.
Choćbym miała zacząć sprzedawać swoje ciało. Wszystko jest lepsze od przegranej na rzecz pieprzonego Constantine’a Reyesa.
Ignoruję podejrzliwe spojrzenia pielęgniarek, które co rusz zerkają w moją stronę, chociaż izba przyjęć wypełniona jest po brzegi ludźmi. Ignoruję, ale równocześnie błagam w myślach, żeby nie miały nic wspólnego z Reyesem. Żeby ich też nie trzymał w garści, chociaż to kurewsko pobożne życzenia.
– Valerie Palmer!
Z trudnością podnoszę się z krzesła. Podejście do pielęgniarki, która mnie wywołała, wymaga jeszcze większego wysiłku. Udaje mi się jakoś do niej doczłapać, ale nim zdołam przekroczyć próg izby, żeby wejść na oddział, moje ciało opada z sił.
– Zaraz… – Nie kończę. Zupełnie odcina mi świadomość.
Kiedy do siebie dochodzę, leżę już na szpitalnej kozetce z kroplówką wpiętą w wierzch ręki. Nie mam pojęcia, co mi podają, ale gdybym miała zgadywać, to powiedziałabym, że chyba elektrolity. Przymykam powieki i oddycham głęboko, chociaż nie tak jak zwykle. Ciężar w klatce piersiowej ciągle się utrzymuje. Podobnie zresztą jak suchość w ustach.
Nie wiem, jak długo leżę tak sama, ale wreszcie drzwi się otwierają, a do środka wchodzi mężczyzna w granatowym scrubsie.
– Nieźle nas pani nastraszyła – zagaja, sprawdzając kroplówkę. – Dwieście pięćdziesiąt miligramów cukru – dodaje i wiesza nowy worek na stojaku, po czym chwyta mnie za dłoń, żeby przepiąć kroplówki. – Mało brakowało, a doszłoby do kwasicy ketonowej.
– Byłoby kiepsko – mamroczę, ledwie poruszając ustami. Przymykam powieki i wypuszczam nosem długi oddech, gdy przez moją rękę przetacza się to niecodzienne uczucie rozlewającego się po żyłach chłodu wywołanego kroplówką. – Kiedy będę mogła wyjść?
– Kiedy postawimy panią na nogi – oznajmia poważnie. – Niedługo przyjdzie do pani lekarz, żeby dobrać odpowiednią dawkę insuliny.
Krzywię się. Jakąkolwiek dawkę mi dobierze, bez pieniędzy i tak nie będę w stanie brać jej zgodnie z zaleceniami. Przygryzam wnętrze policzka i kiedy pielęgniarz wychodzi, wbijam spojrzenie w białą ścianę naprzeciwko łóżka.
Mogłabym spróbować ukraść insulinę ze szpitala.
Ale niby jak miałabym to zrobić? Na pewno trzymają leki w miejscu, do którego nie wszyscy mają dostęp. To Detroit. Miasto, w którym narkomani szukają każdej okazji do ćpania.
Szlag by to trafił.
Rozdymam nozdrza i mocniej wciskam głowę w poduszkę, czekając cierpliwie na lekarza.
Wypuszczają mnie następnego dnia. Niemal parskam śmiechem, gdy lekarz oznajmia, że recepta na insulinę będzie czekać do odbioru w rejestracji. Co niby mam z nią zrobić? Stać mnie zaledwie na jedną fiolkę, ale co potem, skoro nie mam pracy?
Zatrzymuję się przy pustym okienku i przesuwam dokument tożsamości w stronę starszej pielęgniarki. Kobieta zerka na niego przelotnie, po czym wystukuje coś na klawiaturze i chwilę później podaje mi dwie kartki. Jedną mniejszą – receptę – i drugą większą. Fakturę.
– Została opłacona – informuje, zanim zdołam poprosić o rozłożenie płatności na raty.
– Słucham? – Mrugam zaskoczona i marszczę brwi, wpatrując się w kobietę z taką miną, jakby właśnie mi oznajmiła, że wygrałam na loterii. – Przez kogo?
– Nie mam dostępu do tego typu informacji – odpowiada rzeczowym tonem i zerka na kogoś za moimi plecami. – Następny!
– Ale…
Wbijam spojrzeniem w fakturę i próbuję odszukać na niej jakiekolwiek dane, które nie należą do mnie ani do szpitala, lecz nic takiego tu nie ma. Jest tylko informacja: „opłacone”, tuż obok kwoty prawie ośmiu tysięcy dolarów.
– Czy mogłaby…? – Urywam, gdy pielęgniarka spogląda na mnie twardo.
– Nie mam dostępu do takich informacji – powtarza. – Jeśli to wszystko, proszę się odsunąć, muszę porozmawiać z następnym pacjentem.
Żołądek zwija mi się w supeł, powodując mdłości – tym razem jednak nie są wywołane cukrzycą, lecz cholernym niepokojem. Strach owija macki wokół mojej szyi, sprawiając, że niemal krztuszę się własną śliną. Na drżących nogach ruszam do wyjścia z budynku, ale nawet świeże powietrze mi nie pomaga.
Jest jeszcze gorzej, gdy moje spojrzenie pada na czarnego Tahoe zaparkowanego w miejscu dla karetek. Lakier błyszczy w świetle słońca, ale nie to zwraca moją uwagę. Oczywiście, że nie. Moje oczy utkwione są w pozbawionej emocji twarzy mężczyzny, który właśnie zaciąga się spokojnie papierosem, nie spuszczając ze mnie uważnego wzroku.
Zwijam dłonie w pięści, niemal rozrywając przy tym kartki.
Constantine.
Ruszam w jego stronę, zanim zdołam sobie przetłumaczyć, że to głupota. Że powinnam czym prędzej wrócić do mieszkania i poszukać nowej pracy. Zatrzymuję się o krok przed nim i unoszę podbródek, wbijając chłodne spojrzenie w jego beznamiętne oczy.
– Czego ty ode mnie chcesz? – warczę rozzłoszczona.
Nie odpowiada. Po prostu patrzy. Spokojnie. Jak gdyby mój wybuch nie był dla niego zaskoczeniem.
Oddech mi przyspiesza. Serce zaczyna nierówno obijać się o żebra. Przeskakuję wzrokiem z twarzy mężczyzny na zmiętą fakturę. Opłaconą fakturę. W gardle rośnie mi gula wielkości pomarańczy, a wzdłuż kręgosłupa spływa chłodny dreszcz wywołany przerażeniem.
– Nic ci nie jestem winna – oznajmiam ostro, wpatrując się znów w ciemne jak bezgwiezdna noc tęczówki. – Nic – powtarzam dosadnie. – Rozumiesz?
Nawet jeden mięsień na twarzy mu nie drga. Jedyne, co świadczy o tym, że ten człowiek nie jest posągiem, to jego dłoń z papierosem co jakiś czas wędrująca w stronę ust, którymi wydmuchuje duszący dym. Jestem tak przyzwyczajona do tego smrodu, że nawet się nie krztuszę.
– Ogłuchłeś? – pytam wkurwiona, gdy nie widzę żadnej reakcji. – Odwal się ode mnie – dodaję stanowczo i odwracam się na pięcie, a potem z sercem w gardle czym prędzej ruszam w stronę wyjścia ze szpitalnego terenu.
Nie poddam się. A on mnie nie kupi.
Nigdy.
Dum spiro, spero.
Nie wiem, który raz powtarzam w głowie te trzy słowa, ale od spotkania Constantine’a pod szpitalem minęło zaledwie sześć godzin, choć dla mnie trwały wieczność. Odbiłam się od trzech dilerów – każdy z nich tłumaczył się tą samą śpiewką odnośnie do braku insuliny. „Dostawa nie dojechała” albo „Problemy na granicy”. Gówno prawda.
Tak samo gówno prawda z tym, że nigdzie nie ma dla mnie pracy. Nawet w pieprzonym klubie go-go nie chcieli ze mną rozmawiać.
Dochodzi siódma wieczorem, powinnam wziąć kolejną dawkę insuliny. Kurwa. Zatrzymuję się przed apteką i oddycham głęboko, zaciskając mocniej palce na pliku gotówki. Jeśli kupię fiolkę, zostanie mi tylko kilka dolców. Jeśli jej nie kupię, znowu wyląduję w szpitalu. A mam przeczucie, że Constantine’owi właśnie o to chodzi. Żebym systematycznie zwiększała wobec niego dług, bo bez wątpienia to on jest odpowiedzialny za opłacenie wystawionej faktury. Śledzi mnie – bo skąd miałby wziąć informacje na temat mojego pobytu na oddziale, jeśli nie od swoich „detektywów”?
Popycham drzwi i wchodzę do środka, spokojnym krokiem kierując się w stronę kobiety w kitlu stojącej za kuloodporną szybą. Nie wysilam się nawet na uśmiech.
– Chcę zrealizować receptę – mówię, przesuwając świstek papieru przez wąskie okienko.
– Oczywiście. – Uśmiecha się uprzejmie i sczytuje moje dane, a ja przygotowuję odpowiednią kwotę. – Niestety nie mamy na stanie.
Podrywam gwałtownie głowę, słysząc w jej głosie nerwowe nuty.
– Słucham? – wykrztuszam przez zaciskające się gardło.
– Niestety nie mamy na stanie insuliny – informuje i patrzy na mnie ze współczuciem. – Przykro mi.
– Może pani sprawdzić, w jakiej aptece…?
Kobieta przełyka głośno ślinę i na ułamek sekundy zerka w prawo. Kiedy podążam za jej spojrzeniem, zauważam kamerę zawieszoną nad szybą. Skierowana jest na mnie, a obok obiektywu miga czerwona dioda. Znowu mam to dziwne uczucie bycia obserwowaną.
Jestem bliska wpadnięcia w szał albo dostania załamania nerwowego, ale nie dam mu tej satysfakcji. Uśmiecham się ironicznie i unoszę podbródek, zgarniam z blatu moją receptę, po czym ruszam do wyjścia.
Dum spiro, spero.
Dum spiro, spero.
Dum spiro, spero.
Co mi, kurwa, po tej nadziei, skoro Constantine chce mnie zniszczyć?
Wracam do mieszkania i zatrzaskuję z hukiem drzwi, nawet nie próbując zamykać zasuwki. Znalazłam się na skraju. Na pieprzonym skraju i jeśli teraz czegoś z tym nie zrobię, on wreszcie doprowadzi mnie do takiego stanu, że będę musiała wybierać między życiem a śmiercią. Nie chcę dawać mu tej satysfakcji. Erick nie błagał go o litość, i ja też nie będę błagała. Może wsadzić sobie w dupę tę swoją władzę i kontrolowanie każdej firmy na terenie Detroit. Jego macki nie sięgają wszystkich miast w Stanach. Po prostu muszę się stąd… wydostać.
Pakuję do plecaka tych kilka ubrań i rzeczy, które mi zostały, po czym opuszczam mieszkanie i wychodzę z kamienicy na zalany mrokiem chodnik. Skręcam w prawo i kieruję się na zajezdnię autobusową. Jeszcze nie wiem, jak zapłacę za bilet, ale nie spędzę w tym mieście kolejnego pełnego dnia – choćbym miała ukryć się w schowku na bagaże.
Zmęczenie łapie mnie już w połowie drogi, lecz prę przed siebie. Pulsowanie w skroniach nasila się z każdym krokiem, jednak ani myślę się zatrzymywać. Wyjadę stąd. Żywa albo martwa. Ale wyjadę. Zaciskam mocniej palce na nożu motylkowym, przechodząc obok pustostanów, z których docierają do mnie spanikowane krzyki. Za każdym razem, kiedy słyszę, że komuś dzieje się krzywda, muszę walczyć z chęcią pomocy. W oczach wzbierają mi łzy, bo wiem, że ta osoba liczy na to, iż ktoś inny się nad nią zlituje, ale nie mogę… po prostu nie mogę ryzykować, że i mnie stanie się krzywda. W tym mieście obowiązuje prawo dżungli. Każdy dba o siebie i nie ogląda się na innych. Nigdy.
Przyspieszam kroku i oddycham głęboko dopiero, gdy jedyne, co słyszę, to odgłosy maszyn w fabryce znajdującej się kilka przecznic dalej. Żadnych krzyków, żadnych błagań. Niemalże idealna cisza, choć w żaden sposób nie jest kojąca.
Kiedy docieram do zajezdni, od razu podchodzę do budki z biletami. Opieram się przedramieniem o blat i pochylam w stronę okienka.
– Dobry wieczór. Ile kosztuje najtańszy bilet?
– Pięć dolarów do Ann Arbor.
Oblizuję wargi i przesuwam opuszką kciuka po banknocie dziesięciodolarowym.
– A Lansing?
– Dziewięć dolarów.
Insulina kosztuje dziewięćdziesiąt dolarów, mniej więcej. Mam w butach schowane sto i dziesiątkę w bluzie. Przy odrobinie szczęścia może udałoby mi się od ludzi na zajezdni w Ann Arbor wydębić kilka dolców, ale Lansing jest położone dalej od Detroit.
– Poproszę do Lansing – mówię wreszcie i układam banknot na tacy.
Chwilę później zgarniam papierowy bilecik i ruszam w stronę odpowiedniego przystanku. Ciągle przyciskam do siebie plecak, szczególnie gdy przechodzę obok grupki mężczyzn.
Nie czuję się tu bezpiecznie, ale nie mam innego wyjścia. Muszę się stąd wydostać. Jak najszybciej. Naciągam głębiej kaptur i siadam w rogu przystanku, udając, że mnie tu nie ma. Każda minuta spędzona w środku nocy na zajezdni zdaje się trwać wieczność. Noga coraz mocniej mi podskakuje, czuję pieczenie w przełyku. Jest mi niedobrze ze stresu, głowa pulsuje z bólu, a do tego burczy mi w brzuchu.
Wstrzymuję oddech, gdy dostrzegam dwa czarne samochody poruszające się powoli główną drogą. W tym samym momencie pod przystanek podjeżdża autobus. Jestem pierwszą osobą, która staje przy przednich drzwiach. Wpadam do środka, jakby się za mną paliło, i trzęsącą się z nerwów dłonią podaję kierowcy bilet. Mężczyzna zerka na niego przelotnie, odrywa fragment i oddaje resztę, a ja od razu kieruję się na koniec pojazdu. Zajmuję miejsce w ostatnim rzędzie i opuszczam wątpliwej świeżości zasłonę, żeby odciąć się od świata.
Ruszamy kilka minut później, zgodnie z rozkładem, a ja nie mogę się powstrzymać przed wyjrzeniem przez okno. Dosłownie tylko odrobinę odchylam zasłonę, ale to wystarcza, abym zauważyła czarnego Tahoe, który właśnie zajeżdża nam drogę. Kierowca ciśnie po hamulcach, pasażerowie wydają z siebie okrzyki pełne zaskoczenia, a mnie serce podchodzi aż do gardła.
Zamieram w bezruchu i wpatruję się w przyciemniane szyby Tahoe. Nikt nie wysiada z pojazdu. Auto po prostu stoi w miejscu. Czeka.
Zaciskam zęby, w oczach stają mi łzy, bo wiem, że on tam jest. Constantine. Musiał mnie śledzić i zamiast od razu zastąpić mi drogę, pokazać, że nie ma szans, bym uciekła z Detroit, wolał, żebym przez tych kilka minut żyła nadzieją, że mi się uda.
Nie mam pojęcia, ile dokładnie czasu mija, odkąd się zatrzymaliśmy, ale ciągle udaję, że to nie dotyczy mnie. Że to nie moja wina. Że nie wiem, o co może chodzić. Tyle że chyba komuś kończy się cierpliwość. Drzwi Tahoe się otwierają, a ze środka wychodzi wysoki mężczyzna, którego nie znam. W dłoni trzyma pistolet i to wystarcza, aby moim żołądkiem szarpnął kolejny spazm. Przytykam dłoń do ust i wydaję z siebie odgłos przypominający zdławione wymioty, chociaż udaje mi się przełknąć żółć.
Uzbrojony koleś przechadza się wzdłuż autokaru, a każdy jego krok, który zbliża go do mojego okna, sprawia, że ciśnienie podnosi mi się jeszcze bardziej. Ciało na chwilę zapomina, że jest zmęczone. Włącza mi się tryb ucieczki. Niewiele myśląc, chwytam plecak i wyskakuję na korytarz. Biegnę do drzwi w połowie pojazdu i szarpię za nie, po czym wyskakuję na trawnik, niemal potykając się o własne nogi. Nie odwracam się za siebie. Po prostu biegnę. Biegnę tak długo, aż palą mnie wszystkie mięśnie, aż moje płuca wołają o litość. Zapuszczam się w te rejony Detroit, w których nie powinnam przebywać nawet w ciągu dnia, a co dopiero po zmroku.
Ale wszystko jest lepsze od stania się marionetką w dłoniach Constantine’a.
Wpadam do pierwszego lepszego pustostanu i przywieram plecami do chłodnej ściany, starając się unormować oddech. Przymykam powieki i próbuję zapanować nad nierównym, spanikowanym biciem serca. Adrenalina krążąca w moich żyłach sprawia, że objawy braku insuliny zdają się mniej uciążliwe niż wcześniej. Przez krótki moment nawet cieszy mnie to, że może nie będzie wcale tak źle. Ta chwila trwa jednak zaledwie kilka sekund. Nadzieja rozmywa się, gdy do moich uszu dociera metaliczny odgłos wydobywający się z głębi korytarza. Zbyt mocno przypomina dźwięk odbezpieczanej broni.
Jeszcze zanim zdołam się upewnić, że w środku budynku znajduje się ktoś, kto może chcieć mnie skrzywdzić, wypadam na betonowy chodnik. Ledwie udaje mi się zrobić dwa kroki w bok, gdy jak spod ziemi wyrasta przede mną wysoka postać. Spocona i przerażona, niemal się uśmiecham na widok mężczyzny w mundurze. Niemal.
– Mamy ją.
Słowa funkcjonariusza wypowiadane do krótkofalówki wywołują kolejną falę strachu i mdłości. Robię krok w tył. Następnego nie jest dane mi wykonać. Wpadam plecami na coś twardego, a ułamek sekundy później czuję szarpnięcie za ramiona.
– No i na co ci było to szwendanie się po nocy? – kpi jeden z policjantów, zapinając mi metalowe kajdanki na nadgarstkach, po czym wsuwa przedramię między moje ramiona i plecy, zmuszając mnie, bym się pochyliła.
Nie odzywam się.
Nie szarpię.
To niczego nie zmieni.
Zostaję przetransportowana na komisariat, a we wstecznym lusterku dostrzegam podążającego za nami czarnego Tahoe.
Przegrałam. Znowu.
Nawet nie jestem zaskoczona, że po wejściu do pokoju przesłuchań ujrzałam Constantine’a. Mężczyzna siedzi przy stole i obraca w palcach metalową zapalniczkę, stukając jej bokami o blat. Nie patrzy na mnie. Nie podnosi wzroku nawet wtedy, gdy zostajemy sami.
Poruszam dłońmi, staram się uwolnić z kajdanek, ale to na nic. Są tak ciasno zapięte, że każdy ruch wywołuje kolejne ukłucie bólu. Na domiar złego niewidzialna siła próbuje rozpieprzyć mi od środka głowę. Pulsowanie w skroniach staje się jeszcze bardziej natarczywe.
– Chyba nie wyszła ci ucieczka. – W jego głosie pobrzmiewa kpina, która sprawia, że wzbiera we mnie irytacja. – Powiedziałbym, że mi przykro, ale…
– Pierdol się – przerywam mu warknięciem.
Bardzo powoli, niczym w zwolnionym tempie, podnosi wzrok i wbija w moją twarz chłodne spojrzenie. W jego ciemnych oczach pojawia się błysk, którego nie potrafię właściwie zinterpretować. Jestem za to pewna jednego – kiedy podnosi się z krzesła, cała jego postawa krzyczy, że znalazłam się w niebezpieczeństwie. Oddech mi przyspiesza, ale się nie cofam. Unoszę podbródek i ani drgnę, gdy chłodne palce mężczyzny zaciskają się na mojej szyi. Nie wydobywam z siebie nawet marnego sapnięcia, kiedy zostaję przyparta do ściany. Nie odrywam wzroku od oczu potwora.
Może próbować mnie złamać, ale nigdy mu się to nie uda.
Może mnie zabić – tu i teraz – ale nigdy nie sprawi, że sama zrezygnuję z walki o swoje życie.
– Dalej uważasz, że powinienem się pierdolić? – pyta chłodno, wpatrując się we mnie z taką miną, jakbym była dla niego robakiem, którego należy zdeptać.
– Tak – odpowiadam przez zaciśnięte zęby, zwijając dłonie w pięści.
Constantine cmoka z niezadowoleniem i pochyla się nade mną, aż jego oddech owiewa mi policzek. Staram się nie poruszyć, gdy wargami przywiera do ucha. Ignoruję również falę obrzydzenia, która przetacza się przez moje ciało z powodu jego bliskości.
– Nie uciekniesz przede mną, Valerie – szepcze złowrogo niskim głosem. – Jestem wszędzie tam, gdzie ty. Zawsze byłem i będę – mruczy takim tonem, jakby mówił o czymś, co powinno mi imponować. – Zawsze dwa kroki przed tobą.
Milczę. Jedyną oznaką tego, że jeszcze żyję, jest mój przyspieszony oddech.
– Nic nie powiesz? – pyta głosem podszytym cynizmem i odsuwa głowę, ponownie spoglądając mi w oczy. – Sądziłem, że masz w sobie więcej woli walki.
Próbuję przekazać mu spojrzeniem, że gdyby nie kajdanki, właśnie próbowałabym go oślepić paznokciami. Jego to jednak nie rusza. Myślę, że tego potwora mało co rusza.
– Nie znudziło ci się jeszcze udawanie, że potrafisz beze mnie przeżyć? – pyta, przechylając głowę z zaciekawieniem.
Mięsień przy moim oku skacze, gdy z całej siły powstrzymuję się przed wypowiedzeniem słów, które cisną mi się na język. Gryzę się w niego tak mocno, że aż czuję metaliczny posmak. Nie dam mu tej satysfakcji.
Constantine’owi drga kącik ust, ale ani myślę uznawać tego za próbę zatuszowania uśmiechu. To raczej irytacja wywołana tym, że nie reaguję. Musi mu się to okrutnie nie podobać, skoro w następnej chwili jego ciepłe wargi przywierają do mojego policzka. Nie wiem, skąd biorę w sobie siłę, żeby udawać niewzruszoną. Stoję przyparta do ściany i nie poruszam się, mimo że on wykorzystuje swoją pozycję. Jestem niczym bezwładna kukiełka. Dokładnie taka, jaką chciałby uczynić z każdego.
Ale wszystko do czasu.
Do czasu, kiedy jego usta przywierają do moich, a on wbija mi palce w żuchwę. Nie wiem, czego oczekuje, ale bez wątpienia nie tego, co robię.
Z całej siły zaciskam zęby na wardze mężczyzny, aż czuję na nich żelazny smak krwi. Gdy odskakuje z syknięciem i przytyka palce do ust, uśmiecham się z dziką satysfakcją. Teraz to ja patrzę na niego niczym drapieżnik na swoją ofiarę.
Nie pierwszy raz ktoś celuje do mnie z broni. Nie pierwszy raz widzę lufę skierowaną między moje oczy. Pierwszy raz jednak po drugiej stronie stoi Constantine, a po jego brodzie spływa cienka strużka krwi z przegryzionej przeze mnie wargi. Chłód metalu przesuwający się po moim nosie w dół, aż do ust, na które mężczyzna napiera, wywołuje kolejny zastrzyk adrenaliny.
Jeśli Constantine jest zaskoczony tym, że rozchylam usta i obejmuję nimi lufę, to nie daje tego po sobie poznać. Nawet mu brew nie drga, chociaż ciągle patrzę mu wyczekująco w oczy. Jeśli chce mojej śmierci, proszę bardzo, niech mnie zabije. Bo tylko w ten sposób zobaczy jakikolwiek przejaw posłuszeństwa. Nie będę jego kukiełką. Nigdy.
Nie mam pojęcia, jak długo tak stoimy. Nie liczę upływających sekund ani nawet oddechów, chociaż na początku właśnie to robiłam. Starając się zapanować nad paniką, liczyłam, ile razy poruszyły się moje mięśnie, wtłaczając tlen do płuc. Teraz jednak nie jestem w stanie się na tym skupić. Całą siłę, której z każdą minutą mam coraz mniej, koncentruję na grze aktorskiej.
Nie udało mi się przed nim uciec i wyłącznie dlatego czuję się pokonana. Pokonana i słaba. Ale on nigdy nie zazna smaku mojej porażki. Choćby miał nacisnąć spust i rozbryzgać mi mózg na ścianie – Constantine nie poczuje satysfakcji z tego, że jego działania mnie zniszczyły.
Uśmiecham się ledwie zauważalnie, po czym pochylam głowę, pozwalając, by lufa jeszcze głębiej wślizgnęła się do moich ust. Z przyjemnością obserwuję drgający mięsień na szczęce Reyesa. Chyba właśnie zaczyna do niego docierać, że nie jestem typem człowieka, któremu można zagrozić śmiercią i liczyć na wygraną.
Walczymy na spojrzenia tak długo, że niemal cierpną mi wargi, ale… nieprzyjemne uczucie mrowienia przestaje mieć znaczenie, gdy słyszę odgłos zabezpieczanej broni. Chwilę później lśniąca od śliny lufa znika mi z pola widzenia, a do mojego mózgu dociera, co się stało. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Uginają się pode mną, jakbym ważyła tonę, ale zanim upadam na betonową posadzkę, silne ramię owija mi się wokół pasa i przytrzymuje mnie przy ścianie. Ciemne spojrzenie Constantine’a wwierca się w moją twarz z taką natarczywością, jakby chciało przeczytać wszystkie myśli.
Z chęcią dalej zagrałabym z nim w grę, kto pierwszy odpuści, ale powieki zaczynają mi coraz bardziej ciążyć. Walczę z sennością, z przytłaczającym uczuciem zmęczenia, z myślą, że jeśli zemdleję przy tym człowieku, to równie dobrze mogę pożegnać się z życiem. A przynajmniej z życiem na moich zasadach.
– Po prostu mnie zabij – mówię słabo, zmuszając się do spojrzenia potworowi w oczy.
– To byłoby zbyt proste – oznajmia chłodno i prowadzi mnie do krzesła. Sadza na nim zdecydowanym ruchem, po czym rusza do drzwi i wychodzi na korytarz.
Moja głowa opada i nie unoszę jej nawet wtedy, kiedy znowu słyszę skrzypienie, a potem kroki. Nie mam siły otworzyć oczu. Zaraz pękną mi skronie. Przełyk wypełnia się kwasem i gdybym teraz chociaż rozchyliła usta, na pewno bym zwymiotowała, dlatego zaciskam je mocno, niemal zgrzytając zębami.
Czuję szarpnięcie. Ktoś podrywa mnie do góry, chwytając pod ramionami, ale adrenalina chyba już kompletnie przestała na mnie działać. Nie jestem w stanie się poruszyć. Znowu czuję, że odpływam. Ostatnie, co rejestruję, to metalowy stół wrzynający się w mój brzuch, kiedy zostaję na niego popchnięta.
Wszystko mi jedno.
Chyba jednak przegrałam, myślę, gdy ktoś rozpina mi spodnie.
Zamiast bólu między nogami jedynie pieką mnie nadgarstki i właśnie to sprawia, że podrywam się gwałtownie do siadu. W pierwszej chwili nie rozumiem, gdzie się znajduję, ale im dłużej wdycham stęchłe, wilgotne powietrze, tym wyraźniej do mnie dociera, że doskonale znam to miejsce. Dopiero gdy moje oczy przyzwyczają się do ciemności, w pełni rozumiem, gdzie jestem.
W moim mieszkaniu.
I to nie sama. Słyszę czyjeś kroki za materiałem zawieszonym nad otworem, w którym kiedyś były drzwi.
Oblizuję nerwowo wargi i przekręcam się na bok, po czym opuszczam nogi na podłogę. Decyduję się jednak wstać dopiero, gdy mam pewność, że nie zakręci mi się w głowie. Podnoszę się z materaca i ruszam powoli w stronę wyjścia. Zaciskam dłoń na grubym materiale i odchylam go zaledwie na kilka cali, aby spojrzeć na kuchnię.
Wzdłuż kręgosłupa przebiega mi nieprzyjemny dreszcz na widok obcego mężczyzny spacerującego po skrzypiącej, a w niektórych miejscach nawet zgniłej podłodze.
– Kim jesteś? – pytam chłodno, wbijając w niego uważne spojrzenie.
Facet zerka na mnie zaledwie przez ułamek sekundy, po czym bez słowa… kieruje się do wyjścia. Znika z mojego mieszkania w mniej niż minutę. Jeszcze zanim jego kroki na korytarzu zdołają ucichnąć, ja już zamykam wszystkie zasuwki i przekręcam klucz.
Adrenalina rośnie, gdy przeczesuję niewielkie mieszkanie w poszukiwaniu intruzów, i nawet kiedy się okazuje, że nikogo więcej nie ma, ciągle towarzyszy mi niepokój. Coś jest nie tak. I to bardzo nie tak. Dlaczego Constantine odwiózł mnie do mojego mieszkania? Dlaczego ktoś tu ze mną czekał? Dlaczego nie wykorzystał sytuacji i po prostu nie zabrał mnie do siebie, nie zmusił do posłuszeństwa?
Sapię głośno z niedowierzania, gdy po otwarciu lodówki dostrzegam białe opakowanie, którego tu wcześniej na pewno nie było. Tak samo jak produktów spożywczych – wypełniają połowę przestrzeni. Ręka mi drży, kiedy łapię pierwszy z brzegu kartonik i od razu ślina napływa mi do ust. Makaron z kurczakiem i warzywami. Gotowy, tylko do odgrzania.
Jestem tak kurewsko bliska tego, żeby rzucić się na jedzenie. Tak – kurwa – bliska, ale powstrzymuje mnie przed tym ostrzegawczy alarm wyjący w mojej głowie. Constantine nie daje niczego za darmo, a bez wątpienia to on się do tego przyczynił. Wypełnił mi lodówkę i liczy na to, że przyjmę jego pomoc, a potem… potem pewnie będę musiała tę pomoc spłacić.
Płaczę, gdy odkładam opakowanie z powrotem na półkę, po czym zatrzaskuję drzwi lodówki i przykładam dłoń do ust. Tłumię szloch, niemal dławiąc się łzami. Co ja mam zrobić?
Wydostanie się z Detroit miało być względnie proste. To był cholernie łatwy plan. Dostać się do zajezdni, kupić bilet i wsiąść do właściwego autokaru. W teorii? Banał. W praktyce nie ma na to szans, skoro Reyes nieustannie mnie śledzi.
Może powinnam pozwolić mu myśleć, że ma nade mną władzę?
Oddycham głęboko i wbijam puste spojrzenie w brudne okno. To nie zdaje się aż tak bardzo irracjonalne, ale jest bez wątpienia niebezpieczne. Constantine nie ma żadnych skrupułów. Żadnych. Zabił mojego brata, mimo że Erick współpracował z nim od lat, a znali się jeszcze z czasów, kiedy Reyes klepał biedę. Sfrustrowana zaciskam mocno zęby. Nie ma szans, żebym zaufała temu człowiekowi nawet w tak marnej kwestii jak przyjęcie od niego posiłku.
Mijają dwa dni, odkąd spostrzegłam, że w mojej lodówce jest jedzenie. Dwa dni. Tyle wytrzymałam. Pieprzone czterdzieści osiem godzin, podczas których odbijałam się od drzwi każdego sklepu i baru w okolicy. Nikt nie miał dla mnie pracy mimo wywieszonych kartek „zatrudnię pracownika”. Nikt.
Wczoraj znowu próbowałam uciec z Detroit. Ale nawet nie udało mi się kupić biletu. Ledwo podeszłam do okienka, a zostało mi dosłownie zamknięte przed nosem. Nie kupiłam również insuliny i chyba jedynie dzięki temu, że w szpitalu nafaszerowali mnie elektrolitami i unormowali glukozę, dopiero teraz zaczynam odczuwać poważniejsze skutki pominięcia dawek. Zmęczenie i niesłabnące pragnienie były do przeżycia, ale pulsujący ból głowy i mdłości sprawiają, że moim żołądkiem szarpią spazmy.
Ciągle trzymam przy sobie kurczowo niecałe sto dolarów, licząc na to, że pewnego dnia będę w stanie wykupić receptę…
Załzawionymi oczami wpatruję się w tę cholerną lodówkę. Wystarczyłoby ją tylko otworzyć, wyciągnąć kartonik z posiłkiem i mogłabym zabić głód.
„Kiedy życie się sypie, nie odtrącasz pomocnej ręki, nawet jeśli w głębi duszy pragniesz ją ugryźć” – w najmniej odpowiednim momencie przypominam sobie o słowach brata. Mam ochotę się roześmiać, myśląc o tym, że miałabym chwycić dłoń Constantine’a i zaakceptować jego ofertę.
Prędzej umrę, tutaj, w moim mieszkaniu, na własnych warunkach, niż kiedykolwiek pozwolę temu człowiekowi sobie „pomóc”.
I umieram, a przynajmniej tak mi się wydaje, kiedy kolejne dni zlewają się w jedną plamę i nie wiem nawet, która jest godzina ani czy już wstało słońce, czy może właśnie zachodzi. Leżę na łóżku i z ledwością potrafię rozchylić powieki. Woń acetonu wydostająca się spomiędzy moich warg jest tak wyraźna, jakby ktoś wlał mi go do gardła. Nie mam siły się nawet przekręcić, a co dopiero wstać i pójść do toalety. Po policzkach ściekają łzy, gdy puszczają mi zwieracze, ale nie jestem w stanie choćby zaszlochać w reakcji na to, że właśnie opróżniłam pęcherz na materac. Ciepło rozlewające się pod miednicą jest równie obrzydliwe, co dziwnie kojące. Jakby z oddali słyszę czyjeś kroki, zdają mi się tak bardzo znajome… Z trudem rozchylam powieki i to chyba muszą być omamy wzrokowe, bo dostrzegam pochylającego się nad moim łóżkiem Ericka. Tak, to na pewno omamy. Gdy próbuje się odezwać, z jego ust wylewa się krew. Czerwona breja tryska też z długiej rany na gardle, ale żadna kropla nie dosięga mojej twarzy. Nagle obraz się rozmazuje, robi się ciemno, jakby ktoś wyłączył światło, a przecież jeszcze chwilę temu świeciło słońce. A może dopiero zaszło? Jestem taka śpiąca… a poduszka jest tak wygodna… Mdłości powoli znikają, suchość w ustach również. Robi mi się tak przyjemnie, tak dobrze, tak… tak idealnie.
Nawet się uśmiecham.
Szczerze.
Moje ciało już nie waży tonę, jestem lekka niczym piórko. Unoszę się nad ziemią jak śmieci nad chodnikami w wietrzny dzień. Uśmiech nie schodzi mi z ust. Dawno nie było mi tak…
Huk, który dociera jakby z zaświatów, sprawia, że przeszywa mnie nieprzyjemny dreszcz. Nie, tylko nie to. To nie może być tylko piękny majak o odejściu we śnie. W nieświadomości.
Chcę umrzeć.
Chcę…
– Ty pierdolona idiotko.
Czując na sobie chłodne dłonie, rozchylam ostatkiem sił powieki. Niczego to jednak nie zmienia. Widzę wyłącznie ciemność. Głos zdaje się znajomy, naprawdę znajomy, ale jestem zbyt otumaniona, żeby dopasować go do kogokolwiek. To tylko sen, przychodzi mi na myśl, gdy znowu lewituję nad podłogą.
– Mmm, śmierć po mnie przyszła – mamroczę niewyraźnie z nikłym uśmiechem na ustach.
Ale czy śmierć pachnie dymem papierosowym i pikantno-drzewnymi nutami? Może to moja osobista śmierć? Może każdy ma swoją kostuchę? Tylko dlaczego ten zapach jest taki zna…
Uderzenie w policzek jest tak mocne, tak piekące, że natychmiast nabieram głęboki haust powietrza do płuc i rozwieram gwałtownie oczy. I tym razem widzę. Widzę tak wyraźnie, że wolałabym oślepnąć. Nade mną wisi wykrzywiona z wściekłości twarz Constantine’a, jego ciemne tęczówki wpatrują się w moją twarz z chęcią mordu, jakbym pokrzyżowała mu plany.
Już się nie uśmiecham.
Już się nie cieszę.
Nie wiem, skąd mam tę pewność, ale mam. Wiem, że tym razem już nie wrócę do swojego mieszkania.
– Uderzyłeś mnie – mamroczę ledwie słyszalnie.
Nienawidzę tego, że on jest świadkiem mojej słabości. Nie potrafię nawet unieść ramion. I znowu obraz mi się rozmazuje. Nim jednak zdołam przymknąć powieki, czuję, jak chłodne palce wbijają się w policzki. Głęboki tembr głosu Constantine’a dociera do najciemniejszych zakamarków mojego umysłu.
– Uderzę cię po raz kolejny, jeśli zamkniesz oczy – ostrzega chłodno.
Nie mam pojęcia, czy cokolwiek zrozumie z bełkotu wydobywającego mi się z ust, ale i tak próbuję.
– Od zawsze wiedziałam, że chełpisz się przemocą.
– Otwórz oczy, Valerie.
– Nie mam siły.
– Pospiesz się, Marcus – wydaje komuś ostre polecenie.
– Zaraz będziemy na miejscu, szefie.
Marcus, Marcus, Marcus. Coś mi mówi to imię. Powinnam je znać. Skądś. Nie wiem skąd. Mam pustkę w głowie.
Tym razem kolejne uderzenie w policzek nie sprawia, że moje ciało wyrywa się z sennego marazmu. Nie. Tym razem nawet nie odczuwam bólu, tylko lekkie pieczenie.
A potem chyba wreszcie umieram, bo już nie słyszę żadnych rozmów. Nie czuję zapachu Constantine’a. Nie docierają do mnie żadne dźwięki. Jest tylko piękna, cholernie błoga nicość.
I to zajebiście przyjemne uczucie satysfakcji, że na własnych zasadach opuściłam ten kurwidołek, jakim było moje życie.
Okładka
Strona tytułowa
Słowem wstępu
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.
Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę
https://wydawnictwokdw.com,
gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.
