7,99 zł
Narratorka powieści, Marysia, wraz z matką przyjeżdża do Mandżurii. Ojciec dziewczynki, który jest inżynierem, jako pierwszy z pracowników sprowadza na teren wioski swoją rodzinę. Jest tu jeszcze bardzo niewielu Europejczyków. Marysia zaprzyjaźnia się z Fombo, dwunastoletnim miejscowym chłopcem, który pozostaje pod opieką jej ojca. Dziewczynka i Fombo wspólnie doglądają małpki, którą Marysia dostała w prezencie. Będą także musieli zaopiekować się niedźwiadkiem. Książkę zamykają dwie bajki chińskie: „Gałązka nieśmiertelnego drzewa brzoskwini" i „O smoku i dwóch braciach".
Książka przybliża młodym czytelnikom egzotyczny, odległy świat z bogactwem jego obyczajów i odmiennością kulturową. Równocześnie jednak obecne są tu nawiązania do trudnej historii Polski – Marysia wie, że jej dziadkowie walczyli w powstaniu w 1863 roku, a następnie zostali zesłani na Syberię. W książce pojawia się także informacja, że ojciec bohaterki nie doczekał czasów, gdy Polska odzyskała niepodległość.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi. W niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 68
Maria Juszkiewiczowa
(WSPOMNIENIA Z MANDŻURJI)
Wydanie II
Saga
Fombo, małpka i jaJęzyk, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi. W niniejszej publikacji zachowano również oryginalną pisownię. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1935, 2020 Maria Juszkiewiczowa i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726432565
1. Wydanie w formie e-booka, 2020
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Pamięci mego Ojca poświęcam.
(Wspomnienia z Mandżurji).
Przyjazd nasz do Szuan-miao-dzy (co znaczy: mała świątynia pokryta szronem) został powitany bardzo serdecznie przez zamieszkałych tam nielicznie europejczyków, a to tembardziej, że dotąd żaden ze współpracowników ojca, który był inżynierem komunikacji na kolei Wschodnio-Chińskiej, nie sprowadził jeszcze do siebie rodziny. Byłyśmy więc, moja matka i ja, pierwszemi jaskółkami w zapadłej wiosce mandżurskiej .
Wkrótce po przyjeździe zaprzyjaźniłam się z Fombo (właściwe imię było Fom-Pao, lecz dla skrócenia przezwaliśmy go Fombo), dwunastoletnim Mandżurem, wychowankiem mego ojca. Co nas najbardziej do siebie zbliżyło, to wspólne zamiłowanie do zwierząt. W domu było kilka psów i piękna syberyjska kotka Ma-dżong.
Ale największą nam sprawiło uciechę, kiedy otrzymałam w prezencie małpkę. Przysłał mi ją z Mukdenu (stolica Mandżurji) pewien „dao-taj” (generał), znajomy ojca. Była to przemiła małpeczka, jeszcze bardzo młoda i niezwykle wesoła. Pochodziła ona z rodziny „tcheli”, tak zwanych małp chińskich (makaki — grupa małp) bezogonowych, zbliżonych do małp człekokształtnych. Spoglądała na mnie i Fombo tak przyjaźnie, że polubiliśmy ją odrazu.
— Jak myślisz, Fombo, czy zgodzą się rodzice na trzymanie w domu małpki? — pytałam mego przyjaciela.
Ale, zanim Fombo zdążył mi odpowiedzieć, zawołano nas do pokoju matki, gdzie znajdował się i ojciec.
— Słuchajcie, dzieci — zaczęła mama — zostawiamy małpkę, ale pod warunkiem, że sami będziecie się nią opiekowali.
— Macie dbać o jej pożywienie i kąpać ją przynajmniej raz na tydzień — powiedział tatuś.
— Inaczej nie zniosłabym widoku zwierzątka zaniedbanego i źle traktowanego — rzekła mateczka, całując nas pokolei, kiedy uroczyście obiecywaliśmy dbać o nową wychowankę.
Pobiegliśmy do kuchni.
— Wan-li! — wołałam na kucharza — wydostań, proszę, zaraz ze śpiżarni kosz od owoców.
— A to panience na co? — pytał żółty jak cytryna Chińczyk.
Palił ulubioną fajkę i wcale mu się nie śpieszyło.
— To będzie łóżko dla małpki — tłumaczył Fombo, ciągnąc Chińczyka za rękaw.
— Psy... koty... teraz małpa... coraz to więcej roboty... — mamrotał „syn nieba” , nie porzucając fajki ani wygodnego miejsca przy oknie.
Wieczorem małpka miała już jednak swoje posłanie, zakryte moją starą flanelową kołderką, którą wyprosiłam od matki, gdyż bałam się, by małpka w nocy nie marzła, choć działo się to na początku lata.
Otulona po sam czubek nosa, małpka spała zwykle tak mocno, że ledwie można ją było dobudzić na śniadanie. Jadała zawsze z nami przy stole. Miała swoje krzesełko, wysokie specjalnie dla niej zrobione. Z podwiązaną pod brodą serwetką siedziała grzecznie i cierpliwie czekała na swe dania. Najchętniej piła kawę z sucharkami. Z początku maczała palec i ssała go, później nauczyła się pić z filiżanki. Za owocami przepadała. W czasie jedzenia nigdy się nie naprzykrzała, jak to bywało z Ma-dżong.
Ponieważ małpka często w swoim języku wołała:
— „Hua!” — przezwaliśmy ją „Hua”.
To nawet brzmiało po chińsku.
Hua bardzo prędko przyzwyczaiła się do nas, Nie przywiązywano jej, ani też nie trzymano w klatce, była ciągle na swobodzie. Najczęściej spędzała czas w towarzystwie nas, dzieci. Lubiła się bawić w chowanego. Właziła pod krzesła, pod stół, w ogrodzie skakała po drzewach.
Razu jednego, uciekając przede mną, przesadziła mur i wpadła do kurnika.
— Fombo!.. Prędzej!.. Na ratunek! — wołałam rozpaczliwie.
— Co takiego?! — pytał zatrwożony mój przyjaciel, ukazując się jak cień z za krzaka róż.
— Ratuj Hua!..
— Gdzie ona?
— Wpadła do kurnika. Słyszysz, jaki tam harmider!
Chłopiec ze zręcznością lamparta wdrapał się na mur. Ja pobiegłam dookoła.
— Moja kochana małpeczko! — tuliłam po chwili wystraszoną Hua, którą podał mi Fombo.
— Bardzo cię gęsi poszczypały?
— Całe szczęście, że w zagrodzie nie było gąsiora! Ten stary złośnik z pewnością nie darowałby Hua — mówił Fombo, kiedy wracaliśmy do domu.
A Hua, obejmując mnie łapkami za szyję, coś po swojemu mruczała. Była bardzo podniecona.
— Zapewne opowiada o swoich wrażeniach w kurniku — śmiał się chłopiec.
Wtem małpka z moich objęć wskoczyła na ramię mego przyjaciela. Mrucząc znów coś po swojemu, lecz już innym głosem, gładziła chłopca po policzku i zaglądała mu w oczy.
— Dziękuje ci, żeś ją uratował — żartowałam.
— I ja tak myślę — odpowiedział mały Mandżur. — Małpa, a jaki ma rozum! — dodał po chwili.
* * *
Małpka niezmiernie lubiła Pongo, wielkiego brytana. Utrzymywała z nim bardzo przyjazne stosunki, pewnie dlatego, że on jeden z pośród psów nigdy na nią nie warczał ani nie szczekał. A Hua okropnie nie lubiła psich wrzasków. Zatykała sobie uszy i chowała się, gdzie mogła, żeby ich nie słyszeć. Kiedy Pongo był w dobrem usposobieniu, nosił ją na grzbiecie. Małpka przepadała za taką jazdą.
Pongo miał zwyczaj drzemać i wygrzewać się na słońcu. Hua o tem wiedziała. Siadała wtedy koło niego i wybierała pchełki z jego kudłatej szerści, albo drapała go za uchem. Robiła to z iście macierzyńską czułością.
Zato z Ma-dżong małpka była w wielkiej niezgodzie. Gdy się tylko spotkały, zaraz wybuchała między niemi gwałtowna kłótnia i bójka.
— Jak ci nie wstyd — karciłam kotkę, gdyż zgóry wiedziałam, że wina była po jej stronie.
Małpka, żywa jak rtęć, miała bardzo łagodne usposobienie. Pierwsza nigdy nikogo nie zaczepiła.
— Co ci szkodzi — mówiłam — że małpka pobawi się z twojemi kociętami?
Miała ich zaś prześliczną czwórkę.
— Wiem, że bardzo dbasz o dzieci, jesteś dobrą mamusią, ale nie można być tak zazdrosną! — starałam się przekonać kotkę.
Ma-dżong mruczała, tarła się o mnie, spoglądała na mnie, zmrużywszy ślepki, jakby chciała powiedzieć:
— Ty zawsze bronisz Hua. A ja tak nie cierpię tej szkaradnej małpy. Mało, że rusza moje dzieci, ale kiedyś i mnie obraziła. Czy pamiętasz, jak razu jednego — mruczała kotka — złapała mnie, gdy smacznie spałam na oknie. Chciała ze mnie zrobić niemowlę i próbowała mnie zawijać w brudne szmaty. A gdy zlekka dotknęłam pazurkiem jej obrzydliwego nosa, tyle narobiła wrzasku i jeszcze mi dała klapsa. Ja, pochodząca ze szlachetnego rodu kociego, miałabym to małpie wybaczyć!.. Cóżby na to powiedzieli moi przodkowie z lasu!
— Ależ to twoja wina — próbowałam tłumaczyć Ma-dżong.
— Daruj... ale nie zapomnę jej tego do końca życia.
I Ma-dżong odchodziła obrażona już i na mnie za to, że tak uparcie bronię Hua.
Z dorosłych małpka największą sympatją darzyła mego ojca. Bardzo lubiła, kiedy zabierał ją do siebie i pozwalał przyglądać się swej pracy.
Razu jednego ojciec miał pilną robotę. Musiał skończyć na oznaczony termin plan mostu. Ojciec całe dni i noce spędzał nad kreśleniem, a małpka często dotrzymywała mu towarzystwa. Pozostawało już niewiele do skończenia planu, kiedy pewnego ranka nagle zawezwano ojca na kolej. Przechodząc przez dziedziniec, ojciec spotkał służącego Lu i powiedział:
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
