Flota w czasie przypływu. Ameryka w wojnie totalnej na Pacyfiku 1944-1945 - James D. Hornfischer - ebook

Flota w czasie przypływu. Ameryka w wojnie totalnej na Pacyfiku 1944-1945 ebook

James D. Hornfischer

0,0
69,99 zł

lub
Opis

Laureat nagrody komandora Johna Barry’ego, Ligi Marynarki Stanów Zjednoczonych za rok 2017. Historyk, o którym mówi się, że „robi dla marynarki wojennej to, co Stephen Ambrose dla armii”, przedstawia bezprecedensowy opis nadzwyczajnej kampanii powietrznej, lądowej i morskiej, która doprowadziła Marynarkę Wojenną Stanów Zjednoczonych na szczyt potęgi i wyznaczyła powstanie USA jako globalnego supermocarstwa. „Hornfischer jest liderem w dziedzinie morskiej historii drugiej wojny światowej (…) pisana jego piórem rozgrywa się niczym intensywny thriller (…) narracja non-fiction w jej najlepszym wydaniu – po prostu książka, której nie wolno przegapić” – James M. Scott, gazeta „Charleston Post and Courier”, Potężnym uderzeniem na wyspy archipelagu Marianów w czerwcu 1944 roku Stany Zjednoczone przekroczyły barierę wojny totalnej. W swoim mistrzowskim popisie na polu dramatycznej opowieści, stanowiącej owoc szeroko prowadzonych badań nad niedawno udostępnionymi materiałami źródłowymi, James D. Hornfischer ożywia historię kampanii, która stanowiła punkt wyjścia do wymuszenia kapitulacji Japonii i na zawsze zmieniła współczesną sztukę wojny. Skupiając się na dowódcach, uczestnikach zmagań na linii frontu oraz zwykłych ludziach, Hornfischer opowiada historię kulminacji ostatniego etapu wojny na Pacyfiku w sposób odmienny niż dotychczas. Mamy tu potężne operacje desantowe na Saipanie, Tinianie i Guam; oszałamiające bitwy powietrzne słynnego „Wielkiego polowania na indyki na Marianach”; pierwsze użycie na szeroką skalę minerskich zespołów płetwonurków; największy samobójczy atak w czasie wojny; śmiałe operacje w małej i dużej skali, które umożliwiły przeprowadzenie strategicznej ofensywy bombowej, z kulminacją w postaci atomowych uderzeń na Hiroshimę i Nagasaki.

Od mórz środkowego Pacyfiku po wybrzeża Japonii, „Flota w czasie przypływu” to poruszający, autorytatywny i kinematograficzny obraz finału drugiej wojny światowej. „Imponująco przejrzysta opowieść (…) zachwycająca, fascynująca” – The Wall Street Journal

„Hornfischer jest liderem w dziedzinie morskiej historii drugiej wojny światowej (…) [i] stworzył imponującą i płynną narrację (…) pisana jego piórem historia rozgrywa się niczym intensywny thriller (…) mocna proza stworzona przez poetę (…) ‘Flota w czasie przypływu’ to po prostu książka, której nie wolno przegapić” – James M. Scott, gazeta Charleston Post and Courier

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1018

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł oryginału

The Fleet at Flood Tide: America at Total War in the Pacific, 1944-1945

© Copyright

Copyright © James D. Hornfischer, 2016

© All rights reserved

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo Napoleon V

Oświęcim 2019

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Cezary Domalski

Redakcja:

Paweł Grysztar

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:[email protected]

Numer ISBN: 978-83-8178-594-5

Słowniczek skrótów używanych

W KSIĄŻCE:

Samoloty

Alianci:

B-17: Boeing Flying Fortress, ciężki bombowiec używany przez USAAF.

B-24: Consolidated Liberator, ciężki bombowiec używany przez USAAF oraz marynarkę wojenną (jako PB4Y).

B-25: Consolidated Mitchell, średni bombowiec używany przez USAAF.

B-29: Boeing Superfortress, ciężki bombowiec używany przez USAAF.

C-54: Douglas Skymaster, samolot transportowy używany przez USAAF oraz marynarkę wojenną (jako R5D).

F4U: Chance-Vought Corsair, myśliwiec bazujący na lotniskowcach oraz na lądzie, używany przez marynarkę wojenną i Korpus Piechoty Morskiej.

PBM: Consolidated Mariner, łódź latająca używana do rekonesansu dalekiego zasięgu.

SB2C: Curtiss Helldiver, bombowiec nurkujący bazujący na lotniskowcach.

SBD: Douglas Dauntless, bombowiec nurkujący bazujący na lotniskowcach.

F6F: Grumman Hellcat, myśliwiec bazujący na lotniskowcach.

FM-2: Grumman Wildcat, myśliwiec bazujący na lotniskowcach.

OY-1: Stinson Sentinel, „Grasshopper”, samolot łącznikowy/obserwacyjny.

P-47: Republic Thunderbolt, bazujący na lądzie samolot myśliwsko-bombowy używany przez USAAF.

P-51: North American Mustang, bazujący na lądzie myśliwiec używany przez USAAF.

TBM/TBF: Grumman Avenger, bombowiec torpedowy bazujący na lotniskowcach.

Japończycy:

Betty: Mitsubishi G4M Type 1, bombowiec bazujący na lądzie.

Emily: Kawanishi H8K Type 2, łódź latająca.

Frances: Yokosuka P1Y1 Ginga, bombowiec bazujący na lądzie.

Frank: Nakajima Ki-84 HayateType 4, myśliwiec.

Hamp: patrzZeke.

Irving: Nakajima J1N GekkoType 2, dwusilnikowy myśliwiec nocny i samolot rozpoznawczy.

Jill: Nakajima B6N Tenzan, bombowiec torpedowy bazujący na lotniskowcach.

Judy: Yokosuka D4Y Suisei,bombowiec nurkujący bazujący na lotniskowcach.

Kate: Nakajima B5N Type 97, bombowiec torpedowy bazujący na lotniskowcach.

Mavis: Kawanishi H6K Type 97, łódź latająca.

Nate: Nakajima Ki-27 Type 97, myśliwiec.

Oscar: Nakajima Ki-43 HayabusaType 1, myśliwiec.

Tony: Kawasaki Ki-61 HienType 3, myśliwiec.

Val: Aichi D3A Navy Type 99, bombowiec nurkujący bazujący na lotniskowcach.

Zeke: Mitsubishi A6M Zero-SenType 0, myśliwiec bazujący na lotniskowcach i na lądzie.

Zero: patrzZeke.

Pojazdy i barki desantowe:

DUKW: sześciokołowa amfibia o ładowności 2,5 tony, używana do transportu ludzi i ładunków; skrót jest kodem w nomenklaturze producenta pojazdu, GMC: „D” oznaczało, że pojazd został zaprojektowany w 1942, „U” oznacza „wielozadaniowy, amfibijny”, „K” – „napęd na wszystkie koła”, a „W” – dwie osie z tyłu pojazdu

LCM: Landing Craft Medium; barka mogąca przewozić 30-tonowy czołg średni lub 27 ton ładunku.

LCI: Landing Craft Infantry; barka mogąca przewozić do 200 żołnierzy bezpośrednio na brzeg

LCPR: Landing Craft Personnel, Ramp. Po roku 1942 zastąpiona przez nieco większą i liczniejszą LCVP.

LCT: Landing Craft Tank; większa barka mogąca przewozić czołgi, ciężarówki oraz większe ilości sprzętu i ładunków.

LCVP: Landing Craft Vehicle Personnel; niewielka barka desantowa używana do transportu wojsk, mogąca pomieścić 36 żołnierzy lub 4,5 tony ładunku.

LSD: Landing Ship Dock; duża jednostka pływająca używana do transportu oceanicznego wojsk, pojazdów i ładunków, mogąca pomieścić 240 żołnierzy lub 18 LCM.

LST: Landing Ship Tank; używany do transportu wojsk, pojazdów i sprzętu.

LVT: Landing Vehicle Tracked (nazwany skrótowo „amphibian tractor” lub „amtrak”); lekko opancerzony pojazd mogący przewozić żołnierzy i sprzęt na plaże, zdolny do pokonywania przeszkód w postaci raf.

LVT(A): Landing Vehicle Tracked (Armored) („amtank”); amtrak wyposażony w działo kalibru 75 mm lub 37 mm.

Różne:

CINCPAC: Commander in Chief, Pacific Fleet, Głównodowodzący Floty Pacyfiku.

CNO: Chief of Naval Operations, Szef Operacji Morskich.

COMFIFTHFLT: Commander, Fifth Fleet, Dowódca 5. Floty.

COMFIFTHPHIB: Commander, Fifth Amphibious Force, Dowódca 5. Grupy Desantowej.

COMGEN: Commanding General, Generał Dowodzący.

COMINCH: Commander in Chief, U.S. Fleet, Głównodowodzący Floty Stanów Zjednoczonych.

COMPHIBPAC: Commander, Amphibious Forces, Pacific, Dowódca Sił Desantowych na Pacyfiku.

COMSUBPAC: Commander, Submarines, Pacific, Dowódca Okrętów Podwodnych na Pacyfiku.

CTF: Commander, Task Force, Dowódca Grupy Zadaniowej.

CTG: Commander, Task Group, Dowódca Sił Zadaniowych.

G-1: oddział administracyjny (sztab).

G-2: wywiad wojskowy (sztab).

G-3: oddział operacyjny (sztab).

G-4: oddział zaopatrzenia (sztab).

G-5: oddział szkoleniowy (sztab).

LSO: Landing Signal Officer, oficer sygnalizacji lądowania.

OBB: old battleship, pancernik budowany w okresie przedwojennym, wyporność 27 000-33 000 ton.

SFC: shore fire-control party, nabrzeżna grupa kontroli ognia, inaczej „Charlie”.

UDT: Underwater Demolition Team, podwodny zespół minerski.

USAAF: United States Army Air Forces, Siły Powietrzne Armii Stanów Zjednoczonych, skrót używany zamiennie z AAF (Army Air Forces).

VB: naval dive-bomber squadron, morski dywizjon bombowców nurkujących.

VF: naval fighter squadron, morski dywizjon myśliwców.

VMF: Marine Corps fighter squadron, dywizjon myśliwców Korpusu Piechoty Morskiej.

VT: naval torpedo bomber squadron, morski dywizjon bombowców torpedowych.

PRZEDMOWAWOJNA TOTALNA

Rankiem 15 czerwca 1944 roku, kiedy pojazdy pływające przewożące cztery pułki marines wdrapywały się na krawędź rafy, a następnie przez lagunę dotarły do zachodniego brzegu Saipanu, rozpoczął się ostatni okres wojny na Pacyfiku. Prologiem owej największej jak dotychczas operacji desantowej było trzydzieści miesięcy zażartych walk. Midway stanowiło kres defensywy, z kolei Guadalcanal i Bougainville – pierwsze kroki zaczepne. Na początku 1944 roku niewielkie garnizony japońskie na wyspach Gilberta i Marshalla walczyły zaciekle na pasmach i wyżłobieniach koralowców. Lądujące na Saipanie dywizje amerykańskie były początkowo słabsze liczebnie od obrońców. Groza i odrzucenie wszelkich norm w trakcie kolejnych czterech tygodni doprowadziły do rozrachunku na znacznie większą skalę.

Bitwa o Mariany stanowiła pierwszy poważny test amerykańskiej Floty Pacyfiku, jako zintegrowanej grupy uderzeniowej. Jej pojawienie się wywołało reakcję japońskiej floty lotniskowców, czego efektem stała się największa bitwa powietrzno-morska całej wojny, zwana bitwą na Morzu Filipińskim, jak również poważne kampanie podwodne i powietrzne. Na Saipanie, po raz pierwszy na środkowym Pacyfiku, wojska amerykańskie napotkały dużą liczbę ludności cywilnej, zarówno japońskiej, jak i lokalnej. To, co wynikło z tego bezprecedensowego zderzenia kultur, zmieniło charakter wysiłku wojennego i stało się uzasadnieniem bezlitosnej kampanii powietrznej, którą rozpoczęły z Marianów Stany Zjednoczone.

Żołnierze japońscy już od 1942 roku pokazywali, że wolą umierać, zamiast iść do niewoli. Jednakże na Saipanie doszło do ujawnienia głębszego szaleństwa, gdzie Amerykanie poznali horror skaczącej do morza z wysokich klifów ludności cywilnej: kobiet, dzieci, całych rodzin. Armia japońska sterroryzowała ich tak skutecznie, że oni również wybrali samobójstwo zamiast niewoli. Rozrywali się granatami ręcznymi i zabijali własne dzieci. Kiedy tragedia powtórzyła się na Tinian i Guam, stało się jasne, że nie był to odosobniony przypadek.

Amerykańscy dowódcy szybko zorientowali się w skutkach tej okrutnej perfidii. Postrzegali ją jako zapowiedź tego, co czekało na nich dalej na zachód. W odpowiedzi, za dyskretnym przyzwoleniem ich naczelnego dowódcy, przekroczyli próg wojny totalnej. Aby wymusić poddanie się ludzi, którzy stawiali opór do samego końca, konieczne stało się także przekroczenie bariery moralnej. Deliryczna pogoń Japończyków za śmiercią na Marianach wywarła tak wielkie wrażenie na Franklinie D. Roosevelcie, że zgodził się na wydanie oświadczenia po wielkiej konferencji Aliantów we wrześniu 1944 roku, która sankcjonowała, a być może także nawoływała do absolutnie bezlitosnego podejścia do prowadzenia wojny. Na Marianach siły powietrzne USA użyły po raz pierwszy na wielką skalę zrzucanego z powietrza napalmu. Czołgi oraz drużyny piechoty wyposażone w miotacze ognia spowodowały, że Operacja Forager, który to kryptonim oznaczał lądowanie na Marianach, stała się piekłem dla pokonanych. Kiedy 20. Armia Powietrzna zakończyła przekształcanie Marianów w bazy dla swoich „Superfortec” B-29, wyspy japońskie zostały zmienione w kupę popiołów.

Mimo iż marynarka wojenna od dziesięcioleci prowadziła ofensywne gry wojenne na środkowym Pacyfiku, to właśnie globalna aspiracja sił powietrznych USA sprawiła, że flota pojawiła się na Marianach. Mając przeciwko sobie Henry „Hap” Arnolda, Curtisa LeMaya oraz Paula Tibbetsa i innych, którzy chcieli uderzyć w serce Japonii, Douglas MacArthur wreszcie przestał protestować przeciwko obraniu drogi trans-pacyficznej przez marynarkę wojenną. Uderzenie przez środkowy Pacyfik nabrało nieodwracalnego tempa, kiedy lotniskowce Raymonda A. Spruance’a, skupione w 5. Flocie Marca A. Mitschera, oraz siły desantowe Richmonda Kelly Turnera dokonały inwazji. Potężna triada sił morskich, desantowych oraz lotnictwa strategicznego otworzyła korytarz do Japonii, a kulminacją jej działań było pierwsze w historii użycie broni atomowej. Wojna nie zakończyłaby się w 1945 roku, gdyby nie zajęto Saipanu, Tinianu i Guam.

Narracja tej książki skupia się głównie na działaniach batalionów piechoty, grup zadaniowych okrętów, dywizjonów lotniczych i innych uczestników zmagań w górę i w dół łańcucha dowodzenia, aby pokazać, jak ich wspólne działania na Marianach dały zwycięstwo w wojnie totalnej na tej półkuli. Jednakże równolegle mamy tu do czynienia z fabułą pozostającą w cieniu – to historia łamanych na każdym kroku granic. Kwestia moralności w działaniach wojennych jest drażliwa. Czy istnieje moralność w zabijaniu kogoś? Czy kula jest lepsza od śmierci z głodu, głód lepszy od spopielenia? Jakie prawo czy normy legitymizują cel w wojnie, w której jedna ze stron nie chce się poddać? Niewinni zasługują, by stanąć na pierwszym planie tego obrazu. Kiedy ludność cywilna znajduje się na polu bitwy, jaka linia oddziela tych, którzy mogą zginąć, od pozostałych? Jakie ograniczenia w zachowaniu powinny być nakładane na dowódców uwikłanych w walkę do śmierci? Czy zachowanie jednego narodu winno stanowić o strategii i taktyce drugiej strony? Po wszystkim, czego może domagać się zwycięzca? Odpowiedź na kwestie moralne należy pozostawić czytelnikowi, trzeba jednak wyraźnie je postawić, gdyż wynikają one z intensywności podjętych na Marianach działań, środków jakich użyto do ich atakowania i obrony, a na koniec do jakiego celu użyto zajętych wysp.

Pomimo iż książka ta opisuje wnikliwie losy japońskiej ludności cywilnej, która musiała cierpieć wskutek działań militarnych, moja opowieść koncentruje się wokół trzech oficerów amerykańskich, których działania nadały kształt końcówce wojny na Pacyfiku: Raymonda Spruance’a, dowódcy 5. Floty; Kelly’ego Turnera, dowódcy sił desantowych 5. Floty oraz Paula Tibbetsa, dowódcy pierwszej na świecie atomowej grupy uderzeniowej. Niektórzy czytelnicy mogą oburzać się, że to generał major Curtis LeMay powinien zająć miejsce Tibbetsa, jednak mając na uwadze fakt, że część opowiadanej przeze mnie historii dotyczy zadziwiającej rewolucji w technologii uzbrojenia, która narodziła się w Los Alamos i miała swój początek na Marianach, dowódca, który decydował o jej rozwoju a następnie użyciu, wypełniając w ten sposób strategiczne przeznaczenie Marianów, w naturalny sposób stanowi trzeci element układanki.

W otoczeniu tych ludzi znajdowała się cała masa innych, którzy odegrali istotne role drugoplanowe: Holland Smith, dowódca korpusu w siłach Turnera na Saipanie i kilku kolejnych kampaniach; Marc Mitscher, dowódca TF 58, sił szybkich lotniskowców; Draper Kauffman, twórca UDT; David McCampbell, czołowy as sił lotniczych marynarki wojennej i kluczowy dowódca grupy lotniczej; LeMay, drugi dowódca 20. Armii Powietrznej bazującej na Marianach wraz ze zgrupowaniem XXI Dowództwa Lotnictwa Bombowego. Ich działania doprowadziły do zdobycia supremacji przez amerykańskie lotnictwo morskie, dojrzałości korpusu marines (piechoty morskiej), debiutu podwodnych zespołów minerskich (pierwowzoru dzisiejszych Navy SEAL) i narodzin ery atomowej, broni ostatecznie użytej przez kapitana marynarki, który poleciał wraz z Tibbetsem nad Hiroshimę. Douglas MacArthur, którego mesjanizm cały czas drażnił marynarkę wojenną, dowodził na ostatnim etapie. Jego zręczne poradzenie sobie z kapitulacją i okupacją Japonii, przy współpracy z pokonanym cesarzem, wskazuje MacArthura jako tego, który ukształtował spuściznę wojny po jej zakończeniu.

Raymond Spruance miał jedynie niewielki wpływ na planowanie na poziomie strategicznym. Głównodowodzący połączonymi siłami na obszarze Pacyfiku, Chester Nimitz, był głównym architektem kreowanej w Waszyngtonie strategii wojennej. Jednakże Spruance objawił się jako niezastąpiony człowiek w historii zmagań na zachodnim Pacyfiku. Zarówno jako planista, jak i dowódca floty Spruance postrzegał wojnę jako sprawdzian intelektu, lecz z drugiej strony zawsze był blisko wydarzeń, które pozwalały mu uchwycić czynnik ludzki w jego intymnej odsłonie. Bez względu na punkt widzenia, jego postawę cechowała metodycznie stosowana chłodna racjonalność, stojąc w kontraście do gorączkowego i desperackiego kultu śmierci, powszechnego w imperium japońskim. Emocjonalna surowość i analityczny umysł Spruance’a odzwierciedlały tę samą mentalność umysłów, które ożywiały Projekt Manhattan i działania planistów sił powietrznych armii USA, zawdzięczających mu zwycięstwo. Spruance pomógł dostarczyć nad Japonię broń atomowej zagłady, ale jego ludzie byli pierwszymi, którzy łagodzili skutki jej użycia, organizując ewakuację amerykańskich jeńców wojennych, podczas gdy zespoły medyczne zajmowały się ofiarami choroby popromiennej w Nagasaki. Ich działania stanowiły zapowiedź zmiany podejścia Ameryki do pokonanego wroga.

Entuzjaści historii wojskowości, a nawet wielu historyków, są święcie przekonani o prawości i rzetelności decyzji prezydenta Harry’ego S. Trumana o zrzuceniu dwóch bomb atomowych. Chciałbym uniknąć przybierania pozy osoby mądrzejszej niż wszyscy, ponieważ rozważanie całkowitej stawki wojny i podejmowanych w jej trakcie decyzji powinno od wszystkich wymagać pokory. Ani triumfalizm, ani potępienie, ani przeprosiny nie oddają sprawiedliwości, czy to umysłowej, czy emocjonalnej w kontekście brutalnego realizmu tej okrutnej wojny, której wyniku nie można było znać w danej chwili. Dla historyka celem jest odtworzenie tych chwil. Chciałbym, aby czytelnicy docenili jak zwykli, omylni ludzie zachowali się w ich trakcie. Od czasu kampanii na Marianach Stany Zjednoczone Ameryki opanowały szerokie połacie geopolityczne Pacyfiku, lecz cała historia pozostaje historią człowieka.

Od zajęcia Marianów minęło dziesięć tygodni, a na Filipinach nadal toczyły się walki, kiedy szef departamentu stanu USA ds. Dalekiego Wschodu, Joseph L. Grew, wygłosił przemówienie radiowe do narodu w Dniu Marynarki Wojennej w roku 1944, składając hołd flocie. „Żaden zamek marzeń nie przewyższa budowy w czasie tych trzech lat największej, najsilniejszej i z całą pewnością najskuteczniejszej floty, jaką kiedykolwiek oglądał świat”, powiedział. Decyzją Grewa, choć nie wszyscy ją aprobowali, była walka z Japonią do samego końca, aby upewnić się, że jej agresywny militaryzm nie odrodzi się na nowo. Kiedy 5. Flota, wymarzona Wielka Flota, dotarła na Mariany, oznaczało to początek końca.

PROLOGZDEGRADOWANY W ALGIERZE

Syn cukiernika uwielbiał latanie i chciał wiedzieć o nim wszystko: „Czy kiedykolwiek zrobiłeś pętlę? Czy masz zawroty głowy przy korkociągu?”

Odpowiedzi nie miały znaczenia. Dwunastolatek niemal zemdlał na widok weterana pierwszej wojny światowej, kiedy ten przekroczył próg gabinetu ojca. Lotnicza kurtka, bryczesy, skórzana pilotka i gogle: Paul Tibbets pomyślał: „Oto boski bohater we własnej osobie”. Pomyśleć, że wkrótce będzie jego partnerem!

Ojciec dzieciaka był sprzedawcą w Curtiss Candy Company. Zatrudnił Douga Davisa do pracy przy promocjach. Pilot miał polecieć w Waco Model 9 i wylądować na torze wyścigowym w Hialeah, a następnie w Miami Beach, gdzie zbierały się tłumy, aby wziąć udział w promocji nowego batonika czekoladowego Curtissa. Świat miał zostać zalany batonikami Baby Ruth.

W latach trzydziestych, w czasie boomu na Florydzie, lotnictwo cywilne weszło w swój złoty wiek, podobnie jak ojciec Paula Tibbetsa. Przed trzema laty, po otrzymaniu pracy u Curtissa, przeniósł się wraz z rodziną z Quincy w stanie Illinois. Trafił na idealny moment. W latach dwudziestych deweloperzy niemal wyczarowali Miami Beach z wydm piaskowych. Po huraganach z roku 1926 odbudowano posiadłości, a nowi mieszkańcy i wielbiciele wakacji powrócili na parowce Clyde Line, lub przyjeżdżali tu w swoich Packardach, czy Pierce-Arrowach. Interes szedł dobrze. Hurtownia słodyczy Tibbets&Smith była największym dystrybutorem cukierków w całym stanie1.

Davis i ojciec Tibbetsa zdecydowali, że do lotu nad Hialeah konieczny będzie asystent. Paul miał pomagać przy wyładunku. Pokazali mu, jak umocować niewielki papierowy spadochron do każdego batonika. Następnie Davis miał zabrać kogoś ze sobą w powietrze, żeby wyrzucał batoniki w czasie lotu. „Mogę to zrobić”, powiedział momentalnie Paul i po chwili wystartowali z lotniska przy Trzydziestej Szóstej.

Waco Model 9 był najpiękniejszą rzeczą, jaką Paul Tibbets kiedykolwiek oglądał. Dwupłatowiec z czerwonymi skrzydłami, kadłubem w kolorze białym, wykończeniami w królewskim błękicie – kolorach batonika Baby Ruth. Paul spędził noc montując setki spadochronów, będąc tak podekscytowany, że nie mógł zasnąć. Następnego dnia, kiedy Davis otworzył przepustnicę, potoczył się po pasie startowym i rozpoczął wznoszenie, Paul Tibbets spojrzał w dół na Miami, swoje rodzinne miasto, i stwierdził, że jest najszczęśliwszym dzieciakiem w całej okolicy.

Tego dnia rozpoczęła się jego kariera lotnika. Szesnaście lat później, w Algierze w Afryce Północnej, major Paul Tibbets stanął na rozdrożu, rozważając koniec kariery2.

Był luty 1943 roku. Kilka miesięcy temu Tibbets zaliczał się do klubu lotniczych nadludzi, którzy myśleli, że ich umiejętności latania pozwolą im na powrót do domu bez względu na wszystko. Poprowadził pierwszy nalot ciężkich bombowców z Anglii nad Europę Hitlera. W sierpniu 1942 roku Tibbets leciał na czele klucza B-17, których celem był Rotterdam, kiedy zaatakowały ich myśliwce i artyleria przeciwlotnicza. Obserwował jak jeden z jego bombowców zostaje trafiony, staje w płomieniach i zostawia za sobą dymiący ślad aż do ziemi. Na niebie nie wykwitł żaden spadochron, a John Lipsky wraz z dziesięcioosobową załogą zginął na ziemi.

W czasie następnej misji, nalocie na niemieckie instalacje na granicy między Francją a Belgią, Tibbets omal nie podzielił losu Lipsky’ego. Wracającą do Anglii formację Tibbetsa obskoczyły Messerschmitty. Żółtonose myśliwce nadleciały z trzech kierunków, lecz tym, co przykuło jego uwagę, była niewielka pozioma kreska zbliżająca się z naprzeciwka. Tibbets szarpnął sterami, by uniknąć serii pocisków smugowych, które przemknęły obok. Następnie przednia szyba pokryła się pajęczynami, kokpitem zatrzęsło, a Tibbets poczuł uderzenie w prawy bok, kiedy odłamki podziurawiły mu nogi i stopy.

Siedzący po prawej drugi pilot oberwał bardziej. Lewa ręka porucznika Gene Lockharta została urwana, a tryskająca z kikuta krew zalała to, co pozostało z tablicy rozdzielczej. Kiedy Tibbets walczył, by utrzymać „Latającą Fortecę” na kursie, kadłubem maszyny wstrząsały trafienia. Kiedy Lockhart zemdlał, Tibbets poczuł jak czyjeś ręce walczą z nim o stery. Był to pułkownik z innej grupy bombowej, znajomy na pokładzie samolotu. Spanikowany pułkownik pociągnął za drążek, chwytając też za gałki i przełączniki.

Ryzykując utratę kontroli nad uszkodzonym samolotem – delikatnego balansu mocy czterech silników i hydrauliki, Tibbets starał się odeprzeć intruza. Jedną ręką utrzymywał poziom lotu, drugą uciskał ranę Lockharta. Kiedy w kokpicie zawył zimny wiatr, krzyknął do pułkownika, by zwolnił uścisk. Tamten nie zareagował. Ów lubiany i szanowany oficer nie był obecnie zdolny do racjonalnego myślenia. Zwalniając uścisk na nadgarstku Lockharta, Tibbets postawił lewą stopę na podłodze i prawym łokciem uderzył szybkim ciosem w podbródek mężczyznę, który oszołomiony zatoczył się na podłogę.

Wtedy to strzelec górnej wieżyczki, znajdującej się powyżej, nieco za kabiną pilotów, dostał w głowę. Ześlizgnął się nieprzytomny ze swojej wieżyczki, lądując na pułkowniku. Niemiecki pilot, który ich dopadł, musiał mieć paliwa tylko na jeden przelot. Więcej pocisków nie nadleciało. Tibbets utrzymał miejsce w formacji, oddychając z ulgą, kiedy zobaczył kanał La Manche.

Stan Lockharta ustabilizował się, a pułkownik powrócił do zmysłów, spędzając następne pół godziny na pomocy rannym członkom załogi. W czasie finalnego podejścia do Polebrook pułkownik zajął miejsce na prawym fotelu i wystrzelił flary, wzywając ambulanse, podczas gdy strzelec i drugi pilot balansowali na krawędzi życia. Później, po wypuszczeniu ze szpitala w bazie, pułkownik wyznał Tibbetsowi: „Nawaliłem wtedy jak cholera. Paul, dobrze zrobiłeś. Jeśli kiedykolwiek zrobię to ponownie, mam nadzieję, że spotka mnie to samo”. Pozostali przyjaciółmi, jednak Tibbets nie zapomniał, że nawet fachowcy mogą zawahać się pod ogniem.

Owa dobrze zaplanowana i przeprowadzona seria nalotów pokazała, że Paul Tibbets jest jednym z najlepszych pilotów bombowców i dowódców eskadr w Siłach Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. Krótko potem dostał awans na podpułkownika, a kiedy jego 97. Grupa Bombowa pod koniec 1942 roku przeniosła się do Afryki Północnej, wybrano go do pracy w sztabie w kwaterze głównej 12. Grupy Lotniczej, gdzie służył pod dowództwem generała majora Jimmy’ego Doolittle’a, szanowanego dowódcy rajdu na Tokio, który miał po wieczne czasy nosić jego nazwę. To właśnie tam, w Algierze, wybuchowa ambicja Tibbetsa doprowadziła jego karierę na rozdroże.

Moment prawdy nastąpił, kiedy Tibbets siedział w jasno urządzonej sali konferencyjnej. Oficer operacyjny 12. Grupy Lotniczej, pułkownik Lauris Norstad, przewodniczył dyskusji dotyczącej kolejnych misji. Prowadzenie działań bojowych z lotnisk rozproszonych na obrzeżach Sahary, zaopatrywanych pojedynczą nitką górskiej linii kolejowej, stale sprawdzało ich umiejętności planistyczne. Była to domena Norstada. Tego dnia jednak, kiedy ogłosił plany zbombardowania tunezyjskiego portu w Bizercie, stanowiącego bazę zaopatrzeniową wojsk Osi, nadepnął lotnikom na odcisk. Norstad zadeklarował, że nalot ma być przeprowadzony na niskim pułapie dwóch tysięcy metrów. „Miał w zwyczaju ogłaszać plany oczekując, że inni oficerowie zatwierdzą je i ograniczą swoje sugestie do nieistotnych szczegółów”, pisał Tibbets. Norstad spodziewał się zwyczajowego potwierdzenia. Zamiast tego trafił na sprzeciw wynikający z brutalnego doświadczenia, którego nie dało się taktownie przezwyciężyć.

Ile bombowców było w stanie tańczyć na muszce niemieckich „osiemdziesiątek ósemek”? Człowiek, znany jako najostrzejszy pilot B-17, obawiał się, że wie. Mając świadomość, że port był osłaniany przez działa przeciwlotnicze, które były szczególnie zabójcze na proponowanej wysokości nalotu, Tibbets zareagował natychmiast. „Po prostu nie możemy tak tego zrobić”, powiedział. Kiedy Norstad zapytał go, dlaczego nie, Tibbets warknął: „Byłem tam. Jestem pewien, że jeśli wyślemy ich tam na tej wysokości, wszyscy zostaną strąceni!”

Norstad spojrzał na impertynenckiego lotnika chłodno, a następnie powiedział: „Wygląda na to, że pułkownik Tibbets za dużo latał. Może cierpieć na wyczerpanie walką”. Jeśli „wyczerpanie” oznaczało pracę przy misjach ze stratami na poziomie dwudziestu procent lub brak serca do kolejnych lotów po utracie bliskich przyjaciół każdego tygodnia, Tibbets mógłby się do czegoś takiego przyznać. Sugerowanie czegoś więcej przelało czarę goryczy. „Ten przystojny gryzipiórek z orłami na pagonach nazwał mnie tchórzem”, pisał Tibbets.

Odpowiedział odruchowo tak szybko, jak robił to, gdy ratował swoją załogę nad północno-zachodnią Francją. Wstał z krzesła i powiedział, zaciskając pięści: „Powiem panu, co mam zamiar zrobić, panie pułkowniku. Poprowadzę ten nalot osobiście, jeśli poleci pan ze mną jako drugi pilot”. Oceniał Norstada jako sprytnego i zdolnego planistę, ale kiepskiego lotnika. W jego ocenie Norstad miał więcej talentu do przywiązywania się do znanych postaci, zamiast bycia jedną z nich – „inteligentny oportunista” – takiej etykiety użył Tibbets w stosunku do „jednego z najbardziej próżnych i egoistycznych oficerów, jakiego kiedykolwiek spotkałem”. Tibbets miał również te cechy, lecz mógł jednocześnie precyzyjnie wyjaśnić, jak doszedł do swojej pozycji. Nie mógł tolerować, by jakiś gryzipiórek mówił jego ludziom, jak mieli latać.

Tibbets był w pełni przekonany, że Norstad odmówi i kiedy pułkownik go nie zawiódł, zadowolony Tibbets przypieczętował los propozycji Norstada, spokojnie przedstawiając szczegóły rozległej obrony przeciwlotniczej przeciwnika i śmiertelne skutki ostrzału maszyn lecących na dwóch tysiącach metrów. Argumenty wynikające z doświadczenia i wiedzy przeważyły szalę i odprawa została przełożona.

Plotki o starciu krążyły w kwaterze głównej i pojawiły się pogłoski, że Tibbetsa może spotkać kara. Krótko potem Tibbets został wezwany przed oblicze generała Doolittle’a. Legendarny pilot miał do zrzucenia bombę.

„Larry Norstad chce postawić cię przed sądem wojennym. Nie powstrzymam go”.

Doolittle był mistrzem wszystkich płatowców, ich czarodziejem, lecz polityka nie stanowiła jego gry. Norstad z kolei czuł się w niej jak ryba w wodzie. Jedną z kultywowanych przez niego gwiazd był Hoyt Vandenberg, generał brygady, który sprawował dwie kluczowe funkcje: siostrzeńca senatora oraz szefa sztabu u Doolittle’a. Norstad i Vandenberg trzymali się blisko. W obliczu Vandenberga utrzymującego wpływy polityczne w Waszyngtonie oraz Norstada starającego się wykorzystać je jak najlepiej, Doolittle był bezsilny i nie mógł powstrzymać ambitnego duetu przed zemstą na Tibbetsie.

Jednakże to architekt rajdu na Tokio trzymał asa w rękawie, używając go jeszcze zanim Tibbets pojawił się w jego gabinecie. Podczas gdy ten ostatni przyjmował wieść o czekającym go sądzie wojennym, Doolittle powiedział: „Otrzymałem właśnie wiadomość od ‘Hapa’ Arnolda. Chce, by doświadczony oficer bombowy wrócił do Stanów i pomógł mu w opracowywaniu projektu nowego, potężnego bombowca. Poleciłem ciebie”. Transfer szybko zatwierdzono i Doolittle kazał mu szybko się pakować; jego samochód czekał na zewnątrz. I tak po prostu Paul Tibbets wracał do domu.

Siedem dni później, po przemierzeniu kontynentów i oceanów na pokładzie ociężałych samolotów transportowych, Tibbets wylądował na lotnisku wojskowym Homestead w Miami. Przystanek zaaranżował sam Tibbets, chcąc odpocząć przed zameldowaniem się w Waszyngtonie. Chciał zobaczyć się z matką. Enola Gay Tibbets martwiła się o niego bezustannie, odkąd zajął się niebezpiecznym lataniem. Jego ojciec myślał, że Tibbets oszalał, porzucając wcześniejszą ambicję zostania lekarzem. Będąc z dala od wojny, zrozumiał jej troski. Jego nerwy były napięte, zrywał się na każdy odgłos syren. Pocieszał się słowami otuchy matki, które z pewnością brzmiały niczym modlitwa: „Wiem, że wszystko będzie dobrze synu”. Kiedy matka starała się przywrócić mu siedemnaście kilo wagi utraconej z dala od domu, Tibbets wrócił myślami do czasów dzieciństwa, kiedy leciał jako batonikowy bombardier nad Hialeah, dzięki czemu mógł wznieść się ponad chmury. Jak każdy pilot bombowca rozumiał przypadkową naturę umożliwiającą przetrwanie danego człowieka i kaprysy wojskowego trybu życia pod innymi względami. Patrząc wstecz na swój kontakt z polityką dostrzegł, że porażka stanowi w pewnym sensie okazję. Nie mógł się doczekać spotkania z generałem Henry „Hap” Arnoldem, głównodowodzącym Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. Mając na uwadze tę perspektywę, loty wokół Miami wkrótce odeszły w niepamięć.

Bombowcem, o którym wspominał Doolittle, był B-29 Superfortress. W porównaniu do testowanej maszyny, samolot, którym do tej pory latał Tibbets, był karłem, zarówno jeśli chodzi rozmiar, jak i możliwości techniczne. Była to maszyna w owym czasie tak rewolucyjna, że Arnold czuł, iż powinna stanowić klucz do strategii Aliantów. Ten bombowiec dalekiego zasięgu miał potencjał do zwyciężenia w tej wojnie. Potrzeba posiadania B-29 była tak wielka, że armia niemal biegła przez proces oceny maszyny. Paul Tibbets, z biletem do Waszyngtonu w kieszeni, miał stać się szefem owego programu szkoleniowego i jego sięgającą za ocean misją na Pacyfiku.

Kiedy w lutym 1943 roku zameldował się w Waszyngtonie, Tibbets odkrył, że program budowy największego na świecie bombowca był w powijakach3. 18 lutego szef pilotów-oblatywaczy Boeinga i dyrektor badań lotów, Edmund T. Allen, wystartował z Seattle na pokładzie eksperymentalnego modelu XB-29 i w czasie lotu doszło do zapłonu silnika. Mimo użycia całej swojej wiedzy, inżynierowi nie udało się ugasić pożaru. Płomienie szybko dotarły do zbiorników paliwa w skrzydle. To był koniec. Allen utracił kontrolę nad płonącym samolotem, który uderzył o ziemię w rejonie zakładów mięsnych w produkcyjnej części Seattle. Allen, jego drugi pilot, dziewięciu członków załogi oraz dwadzieścia osób na ziemi poniosło śmierć w wyniku zbyt ambitnego harmonogramu armii. „Nie wiem nawet, czy w ogóle będziemy mieć B-29”, rozpaczał w towarzystwie Tibbetsa generał major Eugene Eubank.

Samolot nie był nawet w pełni przetestowany, kiedy w maju 1941 roku armia złożyła na niego zamówienie. Boeing, Bell Aircraft i Glen L. Martin Company współpracowały ze sobą i poruszały niebo i ziemię, lecz nieuniknione wady pozostały. Kobiety i mężczyźni na linii montażowej byli niedoświadczeni. Drzwi komory bombowej i przednie koła nie chciały się chować. Generatory miały wadliwe okablowanie. Przełączniki świateł wewnętrznych uruchamiały syreny ostrzegawcze. Przekaźniki paliwa ulegały awarii, włączniki zapłonu uruchamiały niewłaściwe silniki, a spięcia w elektryce paliły przewody i izolację. Silnik Chryslera Wrighta 3350 miał tendencję do przegrzewania się i zapłonu. Każdego dnia pojawiały się problemy, które wymagały metodycznego, żmudnego rozwiązania. Dwunastogodzinne zmiany nie wystarczały do uporania się z problemami, których rozwiązanie zajmowało cały dzień i noc.

Podczas gdy prace rozwojowe Boeinga stanęły praktycznie w miejscu, Tibbets otrzymał rozkaz udania się do Orlando z przydziałem do obsługi naziemnej dla zabicia czasu, lecz potem wrócił do latania, rozpoczynając zaawansowane szkolenie w zakresie latania według przyrządów w 19. Grupie Transportowej w Milwaukee. Latając z dala od wojny ociężałymi samolotami transportowymi, co przypominało przewożenie skrzynek z batonami Baby Ruth zamiast bomb, życie Tibbetsa stało się zdecydowanie prozaiczne. Tibbets, od zawsze pilot wojskowy, zastanawiał się, czy kiedykolwiek znów zobaczy wojnę. Jednakże bycie specjalistą w lotach na maszynach wielosilnikowych okazało się większą okazją, niż początkowo sądził. Loty w towarzystwie pilotów grupy transportowej stanowiły etap edukacji, który osiągało niewielu pilotów bombowców. Tibbets uważał się za eksperta w lataniu precyzyjnym, lecz rygorystyczny trening, który odebrał w lataniu według przyrządów i niekończące się próby w sytuacjach awaryjnych, poszerzyły jego wiedzę w zakresie możliwości większych maszyn. Na koniec Tibbets otrzymał certyfikat stwierdzający, że spełnia wszystkie wymagania i jest upoważniony do latania samolotem „w każdych warunkach na własną odpowiedzialność”.

„Wyszedłem z tego biura czując się jak Bóg”, pisał. „Żaden inny pilot poza Dziewiętnastką nie dysponował takim certyfikatem. Mogłem latać, kiedy zechcę, w dowolnych warunkach i żaden oficer operacyjny w bazie nie mógł mnie zatrzymać”.

Mimo zmiennych losów fortuny w końcu stawał się pilotem pokroju Douga Davisa. Tibbets wyobrażał sobie, że w pewnym momencie piloci tacy jak on będą potrzebni na wojnie.

CZĘŚĆ IMORZE

Motto:

Istnieją dwa przymioty moralne prawej wojny, słuszna sprawa

i szansa na zwycięstwo.

Sprawa była teraz, mimo wszelkich wątpliwości, słuszna.

Wróg był potężny.

Evelyn Waugh, Men at Arms (1952)

ROZDZIAŁ IMACHINA OBLĘŻNICZA

Prawie dwa lata działań prowadzonych przez marynarkę na Pacyfiku, nie były wypełnione wojną totalną. W praktyce niektórzy nazywali ją „dziwną wojną”. Określenie to zaczerpnięto z ośmiomiesięcznego okresu zmagań w Europie pomiędzy wypowiedzeniem jej przez Aliantów, a ich pierwszymi działaniami wojennymi w zachodnich Niemczech w roku 1940. Na Pacyfiku rok 1943 był dla marynarki wojennej okresem przebudowy i oczekiwania.

Inwazja na Guadalcanal, pierwsze posunięcie ofensywne Aliantów w tej wojnie, przeprowadzona w sierpniu 1942 roku, stanowiła coś w rodzaju planu awaryjnego. Sześciomiesięczna bitwa na wyczerpanie zakończyła się w lutym zwycięstwem USA, lecz zanim marines zaatakowali kolejną okupowaną przez Japończyków wyspę, upłynęło dziewięć miesięcy. Podczas gdy wojska generała Douglasa MacArthura zmagały się z Japończykami na Nowej Gwinei, a TF Kiska odzyskał Aleuty, marynarka wojenna znajdowała się w trakcie przegrupowania i adaptacji, rekrutacji i szkolenia, konstruowania i oddawania do użytku nowych jednostek. Głównie chodziło o to ostatnie i stocznie miały tu do przekazania wspaniałą opowieść4.

Pierwszy z lotniskowców klasy Essex dołączył do floty w Sylwestra 1942 roku. Okręt o wyporności 34 tysięcy ton miał stać się standardowym elementem grup zadaniowych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Przed końcem roku 1943 miały zostać zwodowane cztery kolejne okręty tego typu. W tym samym roku na Pacyfik dotarły także dwa pancerniki klasy Iowa, a cztery kolejne monstra o wyporności 45 tysięcy ton nabierały kształtu w stoczniach. Tylko w połowie tego roku zwodowano całą hordę nowych niszczycieli oraz niszczycieli eskortowych – ponad pół tysiąca. Jednak największy postęp objawił się w budowie statków handlowych. Prezydent Roosevelt nakazał Komisji Morskiej wyprodukowanie w roku 1943 statków o łącznej ładowności dwudziestu czterech milionów ton. Produkcja była tak olbrzymia, że mogła nadwyrężyć możliwości przemysłu winiarskiego produkującego butelki służące do rozbijania w czasie wodowania nowego statku. Zaskakujące niedobory dotykały łańcuch dostaw. Kiedy rozpoczęto racjonowanie smarów do wyłącznego użycia w jednostkach bojowych, stocznia w Beaumont w Teksasie znalazła materiał zastępczy do smarowania płóz na rampach: skórki od bananów. Wobec braku personelu zatrudniano w stoczniach kobiety i mniejszości narodowe oraz szukano w głębi lądu zamiast w tradycyjnych regionach na wybrzeżu, w przekonaniu że farmerzy, którzy byli na tyle inteligentni, by przetrwać Wielką Suszę, przydadzą się w budowaniu statków. Po okresie Wielkiego Kryzysu nikt nie chciał przegapić szansy na lepszy zarobek.

Zaplanowane od dawna uderzenie przez środkowy Pacyfik nie byłoby możliwe bez napływu owej siły roboczej i zwiększenia możliwości przemysłu. Od roku 1909 „problem Pacyfiku” stał się ważnym obiektem studiów, zakładających konieczność odzyskania Filipin po japońskim ataku. Od roku 1933 Ernest King faworyzował szlak przez Mariany, który postrzegał jako „klucz do zachodniego Pacyfiku”. Jako głównodowodzący Marynarką Wojenną Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie, admirał King wywierał nacisk na Połączonych Szefów Sztabów, aby zaaprobowali inwazję na owe wyspy od czasu, kiedy kampania na Guadalcanal weszła w swój ostatni etap. Rozmiar i stosunkowa łatwość, z jaką zajęto wyspy do tej pory kontrolowane przez Japończyków – ledwie koralowych przecinków z niewielką rzeźbą terenu – bladł przy Marianach, leżących w obszarze, który Japończycy uważali za swoją wewnętrzną linię obrony.

W listopadzie 1943 roku, kiedy admirał Halsey i jego Siły Południowego Pacyfiku atakowały Bougainville, wiceadmirał Spruance dowodzący Siłami Środkowego Pacyfiku rozpoczął swój oceaniczny marsz, uderzając na najmniejszy i najskromniejszy cel – Tarawę, koralowy atol wysp Gilberta. Po krótkiej i krwawej walce zwycięzcami okazali się żołnierze 2. Dywizji Piechoty Morskiej. Następne w kolejce były Wyspy Marshalla. Spruance zabrał tam swoją flotę w styczniu, przerzucając 4. Dywizję Piechoty Morskiej i elementy 7. Dywizji, które zdobyły Kwajalein, wyspę słynącą z więzienia będącego świadkiem egzekucji wielu wziętych do niewoli marynarzy i pilotów alianckich.

Kiedy zachwycony Nimitz zapytał Spruance’a co robić dalej, ten ostatni zaproponował bezpośredni skok na Eniwetok – kotwicowisko znajdujące się na zachodnim skraju Wysp Marshalla5. Byłby to najdalszy zasięg operacji sił amerykańskich od czasu rozpoczęcia wojny. Spruance stwierdził, że jest to możliwe, lecz tylko w sytuacji, kiedy lotniskowce wykonają najpierw działania wstępne. Szturmujące Eniwetok okręty znalazłyby się w zasięgu uderzenia sił lotniczych największej bazy Japończyków na środkowym Pacyfiku. Dlatego też Spruance zaproponował najpierw uderzenie szybkiej grupy lotniskowców na ową bazę. Nazywała się ona Truk.

Owa twierdza nie była wcześniej brana pod uwagę, nie mówiąc o jej atakowaniu. Zlokalizowaną na Karolinach bazę w Truk stanowiła potężna, składająca się z wielu wysp laguna. Jej gigantyczna bariera zewnętrzna, tworzona przez koralowce, układała się w trójkąt czterdziestu ośmiu koralowych i bazaltowych wysp, wystarczająco dużych, by pomieścić artylerię przeciwlotniczą. Cztery z wewnętrznych wysp dysponowały lotniskami. Porty i kotwicowiska laguny były na tyle głębokie, że mogły pomieścić duże okręty wojenne, a możliwość wspierania tego typu jednostek i jej lokalizacja na granicy między środkowym a południowym Pacyfikiem czyniły z niej jednocześnie idealną wysuniętą bazę morską, kwaterę główną floty, bazę lotniczą, węzeł łączności radiowej oraz bazę zaopatrzeniową. Z Truk Flota Cesarska mogła organizować obronę niemal każdego punktu na perymetrze tak zwanej Azji Środkowo-Zachodniej, sięgając daleko w głąb południowego Pacyfiku.

Kwestię jak uporać się z Truk rozstrzygnięto zaraz po zakończeniu rajdu Spruance’a. Do rozważenia były dwie opcje. Szefowie Połączonych Sztabów USA zaaprobowali trasy ofensywy biegnące przez środkowy Pacyfik: albo marynarka wojenna uderzy bezpośrednio na Truk i zajmie ją do 15 czerwca, a następnie 1 września nastąpi lądowanie na Marianach, albo Truk zostanie ominięta i marynarka wojenna uderzy wprost na Mariany, wyznaczając dzień D na Saipanie na 15 czerwca.

Nimitz sądził, że Truk może zostać zdobyta, lecz jego planiści uważali, iż nie ma środków by zrealizować ten pomysł. Rafy okalające Truk były niebezpiecznym miejscem do szturmowania, a ich olbrzymia średnica powodowała, że wewnętrzny pierścień znajdował się poza zasięgiem artylerii okrętów wojennych znajdujących się na zewnątrz. Główne wyspy atolu: Eten, Moen, Param, Fefan i Dublon, mogły się wzajemnie wspierać, tworząc w ten sposób trudne do zdobycia cele. Im więcej Nimitz i jego ludzie przyglądali się Truk, tym mniej podobała im się ta opcja.

12 lutego Spruance i Mitscher wyprowadzili w morze z kotwicowiska w Majuro na Wyspach Marshalla dziewięć lotniskowców. Ich zadaniem było wetknięcie kija w mrowisko, jakim było Truk i ocena jego potencjału. Jeśli Operacja Hailstone by się powiodła, żaden z samolotów japońskich na Truk nie powinien przeszkodzić w zajęciu Eniwetok. Jej rezultat zaważyłby także w efekcie na wyborze następnego celu strategicznego.

Mimo iż Spruance znany był jako dowódca pancerników, największą sławę zyskał prowadząc lotniskowce. W czerwcu 1942 roku, w czasie bitwy o Midway, sprawował kontrolę taktyczną nad Enterprise, Hornetem i Yorktownem w czasie gdy ich samoloty zniszczyły cztery japońskie lotniskowce. Za cenę utraty Yorktowna Stany Zjednoczone osiągnęły jedno z największych zwycięstw w historii. Następnie Spruance został mianowany szefem sztabu Nimitza, sprawując dowództwo w Pearl Harbor. W sierpniu 1943 roku powrócił do czynnej służby na morzu, przejmując dowodzenie siłami środkowego Pacyfiku. Powiększenie ich liczby lotniskowców zbiegło się niemal idealnie z pojawieniem się Spruance’a. Pod każdym względem dominowały one w porównaniu z siłami prowadzonymi przez niego pod Midway. Lotniskowce klasy Essex czerpały swoją siłę z grupy dziewięćdziesięciu samolotów różnego typu: dywizjonu myśliwców, bombowców nurkujących oraz dywizjonu samolotów torpedowych. Do roku 1944 owe dywizjony wyposażono w najlepsze samoloty w danej klasie, odpowiednio F6F-3 Hellcat, SB2C-1 Helldiver (lub starszy typ SBD-5 Dauntless) oraz TBF-1c Avenger.

Dyskusja jak wykorzystać zwiększającą się liczbę lotniskowców – pojedynczo jak w przeszłości, czy w grupach, nie miała swego źródła w przekonaniu czy doświadczeniach bojowych, ale w rosnącej wydajności stoczni. Standardową taktyką do tego czasu było uderzenie a następnie odwrót, gdyż lotniskowiec nie był w stanie obronić się przed zdeterminowanym atakiem lotniczym, jednak nowe realia spowodowały zmianę punktu widzenia. Ilość nie stała się luksusem, a rewolucją. Koncentrując lotniskowce i obronę przeciwlotniczą, grupa zadaniowa lotniskowców mogła powstrzymać atak lotniczy. Ich samoloty wyposażono w nadajniki radiowe, które umożliwiały specjalnym zespołom namierzającym rozpoznanie zagrożenia i skierowanie przeciwko nim myśliwców, wykorzystując radary dalekiego zasięgu. Nowe centra informacji współpracowały i komunikowały się w tym zakresie. Oprócz dotychczasowej doktryny, regulującej użycie bojowych patroli powietrznych, formacji okrętów oraz taktyki obrony przed atakami z powietrza, grupa zadaniowa lotniskowców zyskała elastyczność, która zwiększała jej zasięg i wytrzymałość. Kilka operujących razem grup trzech, czterech lotniskowców mogło bez problemów wspierać się nawzajem. Zbliżając się do Truk, Spruance i Mitscher mieli to udowodnić6.

Amerykańscy dowódcy rozmieścili dziewięć lotniskowców w trzech grupach zadaniowych, znajdujących się na linii horyzontu jedna obok drugiej. Spruance podniósł swoją trzygwiazdkową banderę na pancerniku New Jersey, płynąc w szyku tworzącym wielki okręg z lotniskowcem Bunker Hill oraz dwoma lekkimi lotniskowcami Monterey i Cowpens. Za horyzontem na północy znajdowała się grupa utworzona wokół lotniskowców Enterprise i Yorktown7 oraz lekkiego lotniskowca Belleau Wood. Na południowym skraju płynęła grupa tworzona przez lotniskowce Essex, Intrepid oraz lekki lotniskowiec Cabot. Tego typu grupy umożliwiały, w zależności od warunków misji, koncentrację lub rozproszenie. W zasadzie całość sił w jednej grupie można było zaobserwować jedynie na kotwicowisku. Objęcie wzrokiem tych jednostek na morzu wymagało lotu na wysokości przekraczającej tysiąc metrów.

16 lutego, na 90 minut przed wschodem słońca, flota znalazła się w odległości 90 mil morskich od Truk i zgodnie z rozkazem Mitschera, dowódcy lotniskowców Spruance’a, ustawiła się pod wiatr i rozpoczęła wysyłanie w powietrze samolotów. Jeden po drugim, dudniąc gwiazdowymi silnikami Wrighta, uwolnione z klocków hamulcowych mrowie Hellcatów uniosło się w powietrze nad bryzgającymi falami.

Wraz z nastaniem poranka dowódca każdego z pięciu dywizjonów myśliwców poprowadził swoje maszyny szerokim łukiem na zachód, a następnie zawrócił, umożliwiając reszcie samolotów dołączenie. Po zebraniu siedemdziesięciu Hellcatów skierowali się na zachód, rozpoczynając dwudniową operację, której celem było zneutralizowanie Truk jako zagrożenia dla ambitnych planów Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku.

Po mniej więcej godzinie cel pojawił się przed nosami lecących maszyn. Oświetlany słońcem, które pojawiło się tuż nad horyzontem, przypominał skupisko gór umieszczonych w ogromnym koralowym kołnierzu. Lagunę opasywała rafa w kształcie trójkąta o zaokrąglonych końcach. Kiedy samoloty znalazły się bliżej, dwunastka z Bunker Hill wzniosła się na wysokość sześciu tysięcy metrów jako osłona, podczas gdy dwie czwórki poleciały szerzej jako zwiad. Dwa tuziny Hellcatów z Enterprise i Yorktowna, flagowego okrętu Mitschera, sformowały nisko lecącą grupę uderzeniową. Podobne grupy z Intrepid i Essexa znalazły się na średniej wysokości. Dowódca grupy lotniczej z Bunker Hilla, komandor Roland H. „Brutal” Dale, leciał osobno jako koordynator uderzenia. Jego zadaniem było zapewnienie pozostałym czterdziestu ośmiu samolotom odpowiednich celów do ataku, w czym wspierało go trzech innych dowódców grup lotniczych, służących jako obserwatorzy celów.

Dwanaście samolotów z VF-6 Intrepida okrążało atol z daleka, oczekując na dotarcie ich osłony na pozycję. Jeden z pilotów owej grupy, porucznik Alex Vraciu, był zaintrygowany faktem, że w powietrzu nie pojawił się żaden samolot japoński8. Amerykańscy piloci nie wiedzieli, że dowódca bazy w Truk odesłał osłonę na odpoczynek, co niemal zbiegło się z pojawieniem lotniskowców amerykańskich u wrót bazy. W czasie poprzednich dwóch tygodni Truk znajdowała się w stanie podwyższonej gotowości bojowej, nękana samolotami rozpoznawczymi Amerykanów, zjawiającymi się tam od 4 lutego. Wiedząc, że jego piloci są wyczerpani, wiceadmirał Masami Kobayashi, dowódca 4. Floty, rozkazał większości z nich udać się na przepustki do koszar, znajdujących się w rejonie głównego lotniska na Dublon. Ów błąd umożliwił Spruance’owi zbliżenie się do Truk niewykrytym i pozostawiło większą część dostępnych myśliwców na ziemi, kiedy przed wschodem słońca mrowie amerykańskich maszyn pojawiło się nad ich głowami.

Doktryna marynarki wojennej USA w operacjach wymiatania z użyciem myśliwców sprowadzała się do kilku wskazówek: trzymaj swoje Hellcaty wysoko. Skoncentruj je. Najpierw zajmij się myśliwcami wroga. Następnie uderz na lotniska. Nie kołuj i nie nawracaj; to daje szansę przeciwnikowi na start. Po około pięciu minutach, koniecznych do zajęcia przez osłaniające je Hellcaty odpowiedniej pozycji, Dale i jego piloci zrobili dokładnie to, choć niekoniecznie w tej kolejności. Po zanurkowaniu do uderzenia piloci VF-6 odkryli, że niektóre myśliwce nieprzyjaciela znalazły się w powietrzu. Wywiad floty Pacyfiku szacował, że do obrony Truk pozostanie nie więcej niż 75 myśliwców, 28 bombowców rozpoznawczych, 20 średnich bombowców, pięć dużych samolotów patrolowych oraz 58 wodnosamolotów, łącznie 190 maszyn. „Nie więcej niż” okazało się pustymi słowami. Japońscy piloci dotarli do swoich samolotów. Lotnicy amerykańscy doliczyli się tego dnia trzech setek maszyn nieprzyjaciela, na ziemi i w powietrzu.

Kiedy eksplozje pocisków z dział przeciwlotniczych otoczyły jego maszynę, Alex Vraciu i jego skrzydłowy, Lou Little, lecieli w ogonie spirali Hellcatów zniżających się nad wyspą Moen mającą jedno z ważniejszych lotnisk na Truk. Dziesiątka Hellcatów przed nim znalazła się już w locie nurkowym, kiedy dla pewności Vraciu obejrzał się przez ramię za siebie. Będąc doświadczonym pilotem wiedział, że chmury oferowały osłonę dla wrogich pilotów, czekających w zasadzce. Jego ostrożność uratowała mu życie. Zobaczył tam bowiem charakterystyczny kształt Mitsubishi A6M model Zero, zwany „Zeke”, nurkujący i prujący ogniem ze wszystkich luf.

Vraciu szarpnął drążek sterowy do siebie, Little wzniósł się również. Skręcając ostro w kierunku maszyny wroga Vraciu manewrował, aby móc odpowiedzieć ogniem, a następnie puścił serię, która zmusiła przeciwnika do zerwania kontaktu i zanurkowania. Wtedy to zobaczył nieprzyjacielskie samoloty nad sobą – dziesiątki maszyn japońskich wszelkich modeli. Rozpoczęła się walka9.

Alex Vraciu był jednym z wielu młodych pilotów, ambitnych, przywiązanych do grupy, logo stanowiącego talizman dywizjonu, wsłuchanych w opowieści doświadczonych wyjadaczy, którzy wykuwali historię jednostki. Alex rozpoczął szkolenie pilota jeszcze na ostatnim roku Uniwersytetu Depauw w Muncie, w stanie Indiana. Po dołączeniu do swojego pierwszego dywizjonu, na North Island w stanie San Diego, jego dowódca, Butch O’Hare, dostrzegł talent żółtodzioba i wyznaczył Vraciu na swojego skrzydłowego. Szef uczył go walki powietrznej w sposób, który był dla niego charakterystyczny – przez „grupę poniżającą”.

Ten skuteczny sposób nauczania rzucał nowych pilotów wprost z ośrodków treningowych do walki powietrznej przeciwko kadrze doświadczonych weteranów. Tak jak O’Hare uczył się od legend takich jak John S. „Jimmie” Thach czy Jimmy Flatley, tak Vraciu stanął naprzeciw własnych wyzwań. Zmagając się z O’Hare, nagrodzonym Medalem Honoru, Vraciu radził sobie na tyle dobrze, by wywołać pełne niedowierzania reakcje. Następnie O’Hare przeprowadził go przez nowy program, rozwijający taktykę walk w nocy. Tworząc „zespół nietoperzy” para Hellcatów latała wraz z wyposażonym w radar Avengerem, polując na latające w nocy samoloty wroga. W jednej z takich misji, w listopadzie 1943 roku nad wyspami Marshalla, O’Hare zginął osłaniając grupę zadaniową Enterprise’a przed nocnym atakiem lotniczym. Jego śmierć była dla Vraciu niczym Pearl Harbor. Pragnienie zemsty stało się siłą napędzającą jego życie. Kiedy lotniskowce dotarły do Truk, młody pilot sam był już asem.

Po dokonaniu oceny rozmiarów formacji nieprzyjaciela, Vraciu wiedział, że jego aktualna prędkość ponad 450 kilometrów na godzinę jest wystarczająca do zgubienia wrogiego myśliwca przyklejonego do jego ogona. Szybki i silny Grumman był w stanie wymanewrować „Zeke” przy większej szybkości. Po zanurkowaniu, aby nabrać szybkości, Vraciu mógł wykonać zawrót, podciągając w stromym skręcie, zmuszając przeciwnika do chybionego strzału. Po wykonaniu beczki mógł rzucić się na przelatującego „Zeke”. Amerykanin miał teraz tego pilota tam, gdzie chciał go mieć.

Gdy przeciwnik Vraciu próbował powtórzyć zawrót, jego maszyna straciła sterowność a jej pilot kontrolę nad nią w szczytowym momencie zawrotu. Vraciu ustawiał się właśnie do oddania śmiercionośnej serii, kiedy zauważył nad sobą kolejne myśliwce nieprzyjaciela skręcające w jego kierunku. Jego entuzjazm ustąpił miejsca przezorności. Vraciu nie oddał strzału, pozwalając nieprzyjacielskiemu pilotowi zanurkować i uciec, podczas gdy Amerykanin pracował nad lepszym sposobem na wygraną.

Pilot z przyjemnością zauważył, że Lou Little wiernie trzyma się jego skrzydła. Krzyżując tor lotu w kształcie litery S on i jego skrzydłowy zmuszali przeciwników do pomyślunku, jak dobrać się do ich ogonów. Taktyka ta, zwana „Splotem Thacha” od jej twórcy, Jimmiego Thacha, dowódcy VF-3, umożliwiała dwóm myśliwcom jednoczesne osłanianie wrażliwej na atak pozycji „na godzinie szóstej”, przeciwko samolotom takim jak „Zeke”, posiadającym lepszą manewrowość. W ten sposób Vraciu stopniowo zmusił przeciwnika do obniżenia pułapu lotu. Gdy tylko Japończycy stracili przewagę wysokości, Vraciu zauważył, że wydawali się tracić determinację. Następnie Amerykanin znalazł się po kolei na ogonach trzech „Zeke”, które podpalił celnymi seriami i obserwował, jak ich cętkowane brązowo-zielone kadłuby uderzały o powierzchnię laguny. Ranek należał do Amerykanów. Po krótkim, dziesięciominutowym starciu Vraciu dostrzegł więcej niż kilku japońskich pilotów opadających na spadochronach. Niektórzy z nich nadal byli ubrani w piżamy.

Działania myśliwców objęły cały atol, niszcząc japońskie samoloty w powietrzu i na ziemi. Prowadzony przez dowódcę VF-6, porucznika G.C. Bullarda, dywizjon Vraciu przeprowadził dwanaście nalotów koszących nad pasem startowym, podpalając kolejne rzędy stojących tam samolotów. Teddy Schofield z VF-5 podążał za trafionym przez siebie przeciwnikiem, którego samolot stanął w ogniu i powoli opadał w kierunku lotniska na wyspie Eten10. Japoński pilot był prawdopodobnie ranny, gdyż podczas lądowania nie wyrównał poziomu kół podwozia. Jego maszyna potoczyła się na tyle, by końcówka skrzydła znalazła się nad pasem startowym, a następnie zaczęła koziołkować. „Zeke” przeleciał w ten sposób przez hangar, wzniecając pożar znajdujących się tam samolotów torpedowych i po wykonaniu jeszcze kilku obrotów Schofield dostrzegł, jak wypalony wrak „Zeke” zatrzymał się w końcu przed znajdującym się na końcu wielkim, czterosilnikowym bombowcem.

Porucznik Bullard z Intrepida nie znalazł się wśród pilotów, którzy spotkali się w punkcie zbornym11. W drodze do niego dostrzegł bowiem japoński lekki krążownik, który zmierzał do północnego farwateru. Po zebraniu swojego dywizjonu porucznik poprowadził maszyny w locie koszącym, ostrzeliwując japoński okręt. Seria z dział przeciwlotniczych nieprzyjacielskiej jednostki trafiła Hellcata porucznika, którego silnik stracił moc. Zawracając w kierunku pełnego morza pilot zniżył lot i zwolnił, sadzając samolot na grzbietach fal, podskakując po uderzeniu w wodę, wznosząc w efekcie białą mgiełkę. Porucznik wydostał się z kokpitu tonącego samolotu. Kolejny pilot zrzucił mu tratwę ratunkową, a następnie zawrócił, aby zająć uwagę krążownika i jego działonowych. Ostrzał spowodował pożar na znajdującym się na okręcie wodnosamolocie. Stanowiło to wystarczającą dywersję dla Bullarda, który powiosłował w kierunku niewielkiej wysepki, znajdującej się około pięć i pół mili na zachód od północnego toru wodnego. Po dotarciu tam, porucznik spędził czas wolny na ułożeniu swojego nazwiska ze znajdujących się pod ręką kamieni, aby przyciągnąć uwagę ekipy ratunkowej. Zaledwie parę mil dalej można było dostrzec kilka japońskich niszczycieli, najwyraźniej czekających na ów lekki krążownik wychodzący w morze. Widok tych okrętów zmusił porucznika do przerwania swojej pracy.

Lotnicza część planu Mitschera była tak zgrana w czasie i przestrzeni, aby przynieść w efekcie ciągły napływ samolotów nad cel, wyrażając w ten sposób prostą myśl: „Nigdy nie dawaj przeciwnikowi równych szans”. Ataki prowadzono w krótkich interwałach, a każdy lotniskowiec miał w ciągu dnia przeprowadzić sześć takich uderzeń. Myśliwce lecące na prowadzone jeszcze przed świtem wymiatanie, były w powietrzu zaledwie trzydzieści minut, kiedy wystartowała kolejna grupa, tym razem składająca się w przeważającej większości z bombowców. Ta grupa miała uderzyć na okręty. Każda fala składała się w przybliżeniu z dziewiętnastu bombowców nurkujących Helldiver lub Dauntless, dziewięciu bombowców torpedowych Avenger oraz dwunastu Hellcatów. Piloci mieli atakować cele w następującej kolejności: lotniskowce, pancerniki, ciężkie krążowniki, lekkie krążowniki, okręty podwodne, tankowce, jednostki pomocnicze oraz niszczyciele. Instalacje lądowe stanowiły cel drugorzędny.

W porcie znajdowało się około czterdzieści jednostek pływających, lecz informacje o nich były rozczarowujące – żadna nie stanowiła wartościowego celu. Głównodowodzący Połączonej Floty, Mineichi Koga, przewidział nadciągający atak po tym, jak dwa tygodnie wcześniej zaobserwował amerykańskie samoloty zwiadowcze latające nad bazą. Raporty donosiły, że superpancernik Musashi, który znajdował się w Truk przed lądowaniem na Wyspach Marshalla, został wycofany do Palau, tak samo jak lotniskowce i ciężkie krążowniki. Nie mniej jednak w naturze burzy leży nieubłagany brak zainteresowania rzeczami na drodze jej uderzenia.

Przed południem amerykańscy piloci uderzyli na zakotwiczone w rejonie centralnych wysp atolu jednostki pomocnicze oraz zrzucili bomby odłamkowe na rejony bazowania samolotów. Zbiorniki paliwa pozostawiono samolotom ostatniej fali, aby dym nie przesłonił reszty celów. Komandor Dale zaalarmował przelatujący klucz Helldiverów oraz Avengerów z lotniskowca Bunker Hill o obecności japońskiego krążownika w odległości dwudziestu mil na południowy zachód od atolu. Piloci znaleźli krążownik Naka, tam gdzie donosił o tym Dale i po krótkim nalocie zostawili tonący okręt z rufową i dziobową wieżyczką obmywaną przez fale12.

Reszta popołudnia upłynęła pod znakiem niszczenia grupy japońskich okrętów wojennych, próbującej ucieczki północnym farwaterem. Poprowadził ją stary krążownik Katori. Wraz z niszczycielami Maikaze i Nowaki oraz trałowcem Shonan Maru, grupa próbowała uciec do Japonii, eskortując uzbrojony statek handlowy Akagi Maru, wiozący na pokładzie około sześciuset osób personelu. O 10.38 admirał Mitscher powiadomił swoich dowódców grup o nowym celu.

Cel interesował również Spruance’a. Rozkazał pancernikowi Iowa, ciężkim krążownikom Minneapolis i New Orleans oraz czterem niszczycielom odłączyć się od lotniskowców i dołączyć do pościgu na pełnej szybkości13. Spruance zdecydował się poprowadzić go osobiście. Pościg zmienił się w wyścig pomiędzy pilotami Mitschera a szefem ich dowódcy. Spora część sztabu Spruance’a pomyślała, że przejęcie przez dowódcę floty dowodzenia na poziomie taktycznym było bardzo złym pomysłem. Zwykle Spruance starał się być dyskretny. Pięćdziesięciosiedmiolatek nigdy nie zajmował się zagadnieniami szczebla taktycznego. Był strategiem, myślicielem, interesował go szerszy wymiar sytuacji. Owe przymioty uczyniły zeń gwiazdę w czasie jego pobytu w Naval War College jako instruktora, a następnie prawej ręki Nimitza rok po Midway. Wielu postrzegało go jako najbystrzejszego oficera floty. Jeden z tych, co znali go dobrze, stwierdził: „Ktoś powiedział mi kiedyś14, że wielki matematyk, sir Isaac Newton, napisał książki tylko po to, żeby udowodnić innym ludziom to, co sam dostrzegł w mgnieniu oka. Taki był admirał Spruance. Był geniuszem, który zmierzał zawsze do sedna problemu”. Jego awans na dowódcę sił środkowego Pacyfiku, przemianowanych następnie na 5. Flotę, był nagrodą Nimitza za jego lojalność, zaufanie i troskę o interes narodowy.

Jako dziecko Spruance dorastał w Baltimore w samotności. Jego matka, dominujący rodzic, znajdowała się daleko. Annie Ames Hiss była intelektualistką z krwi i kości, a jej głodny wiedzy umysł oraz ambicja pchały ją do kolejnych podróży i zagranicznych studiów, mimo niezbyt usilnych narzekań ojca Spruance’a. Annie miała stwierdzić, iż czuje, że „wszyscy powinni mieć rodzinę, lecz ta to zbyt wiele”15 i kiedy brat Raymonda, Phillip, urodził się z opóźnieniem umysłowym, napięcie spowodowało, że wysłała Raymonda, aby żył wśród trzech ciotek, starych panien mieszkających w East Orange, w stanie New Jersey16. W chwili przyjęcia do Akademii Marynarki Stanów Zjednoczonych Spruance był społecznie wycofany, nieco dziwaczny, nieco niezręczny oraz nawykły do komfortowej samowystarczalności. Mimo iż ubolewał nad wojskową rutyną, a program nauki w Annapolis postrzegał jako tradycyjny i techniczny, jego głód wiedzy nie powstrzymał go przed ukończeniem akademii na dwudziestym piątym miejscu na 209 słuchaczy klasy roku 1906. Po dołączeniu do floty wkrótce zyskał sobie uznanie jako specjalista w dziedzinie inżynierii.

Spruance był ascetą, dbał o sprawność fizyczną oraz jakość odżywiania. Chodził regularnie na długie spacery. Według niego sprawność fizyczna korelowała z bystrością umysłu. Robił świetne drinki, lecz rzadko je pił, poza odpowiednimi momentami, kiedy towarzystwo namawiało go do spróbowania jego soku pomarańczowego z rumem. Przyjaciele Spruance’a, mimo różnego pochodzenia, co do zasady byli dżentelmenami, ciekawymi i niebanalnymi umysłami. Stojący obok niego na mostku flagowego okrętu New Jersey jego szef sztabu, komandor Charles J. „Carl” Moore, był takim właśnie kompanem. Obecnie pięćdziesięcioczterolatek, Carl Moore służył jako oficer mechanik na pierwszym stanowisku dowódczym Spruance’a – niszczycielu Bainbridge w roku 1913. Moore, doświadczony w namierzaniu, był skrupulatnym planistą i świetnym twórcą rozkazów operacyjnych. Do roku 1944 te elaboraty zwiększyły swoją objętość do tomów książek, kiedy flota się rozrosła, a jej zadania skomplikowały. Zorientowany na zadania sposób działania Moore’a często kolidował z potrzebą oderwania się Spruance’a, aby jego umysł nie ugrzązł w szczegółach. Kiedy siadał, by przeczytać jakąś powieść, pozwalał sobie jedynie na kilka przerw. Mimo iż Moore bywał często zniecierpliwiony jego zachowaniem, Spruance niezachwianie nalegał na tego rodzaju przywilej. W gorzkich chwilach ciężko harujący szef sztabu myślał, że jego szef jest zwyczajnie leniwy17.

Komandor Moore znał stan umysłu admirała, mimo iż nie do końca rozumiał o co chodziło z obecnym zachowaniem Spruance’a pod Truk. Mając świadomość potęgi powietrznej Stanów Zjednoczonych nie widział potrzeby rzucania pancerników i krążowników na polowanie. Czuł, że ten rajd był efektem czegoś więcej niż próżniactwa, a mianowicie złego planowania. Wydzielenie sił nie było zaskakujące samo w sobie, bowiem rozkazy operacyjne przewidywały taką możliwość. Nikt nie zakładał jednak, a na pewno nie osłupiały sztab, że sam Spruance obejmie dowództwo.

Kiedy obserwował górzysty, przypominający wannę profil Truk, Moore podejrzewał, że miało to związek bardziej z samą legendą bazy, niż chęcią zatopienia czegoś wartościowego. Być może, zastanawiał się Moore, Spruance nie mógł się oprzeć ryzyku poprowadzenia okrętów o łącznej wyporności 120 tysięcy ton w pobliże Truk ponieważ, jak mówiono w Pearl Harbor, sam Nimitz często wyrażał chęć zatknięcia swojej flagi na tym japońskim bastionie. Wyglądałoby to tak, że Spruance dał najpotężniej uzbrojonym okrętom floty zadanie do wykonania. Będąc tradycjonalistą, Spruance zawsze postrzegał pancerniki jako serce floty. Dwa lata spędzone na dowodzeniu USS Mississippi, zakończone w roku 1940, były najprawdopodobniej najlepszym okresem jego kariery. W momencie, gdy potęga morska nie miała już zbyt wiele wspólnego z największymi działami, a opierała się na brzuchach samolotów, prowadzonych przez rzesze pilotów, Spruance najwyraźniej nie mógł oprzeć się szansie ostatniego zachłyśnięcia się poprzednią, pełną chwały epoką.

Prowadząc pościg w kierunku zachodnim, New Jersey przekroczył już szybkość 25 węzłów, kiedy samoloty z Essexa rzuciły się na poturbowany japoński konwój. Przeorany seriami Hellcatów i poszatkowany zrzuconą nieopodal bombą Dauntlessa, Maikaze zaczął nabierać wody, a z kadłuba wyciekała ropa18. Nieco dalej Avengery odnalazły Akagi Maru wraz z Katori zataczającym wokół niego kręgi. Samoloty zanurkowały i zrzuciły bomby, z których dwie trafiły w rufowy pokład krążownika, wywołując wewnętrzną eksplozję i kłęby żółtego dymu. Kiedy samoloty odleciały, obłok dymu wzniósł się na wysokość 150 metrów. Dla znajdującego się w odległości trzydziestu mil Spruance’a dym był niczym latarnia morska.

Dale wylądował na Bunker Hill i po chwili znów był w powietrzu, kiedy japoński pilot znalazł siły Spruance’a i przez dziury w chmurach zaatakował jego ciężkie okręty. Biorąc na cel Iowę zrzucił niecelnie bombę, która wybuchła około trzydziestu metrów od prawej burty pancernika. Atak spowodował, że komandor Moore zasugerował Spruance’owi wydanie rozkazu utworzenia przez grupę okrężnej formacji przeciwlotniczej, lecz admirał szybko go odprawił: „Nie jesteśmy tu po to, by walczyć z samolotami19. Walczymy z jednostkami nawodnymi przeciwnika. Chcę pozostać w szyku torowym”. W ten sposób uczył się walki każdy pancernik. I tak oto ruszyły naprzód, New Jersey na przodzie, za nim Iowa, Minneapolis i New Orleans, z Izardem i Burnsem osłaniającym dziób a Charrette i Bradfordem z tyłu.

Ponieważ większość jednostek pływających w lagunie stała w ogniu lub zatonęła, piloci uderzający na Truk szukali mniejszych jednostek do zaatakowania. Z braku wartościowszych celów, ostrzeliwali łodzie patrolowe i jachty. Pilot z Enterprise, dostrzegając płonące na północ od atolu okręty rzucił w eter: „Do dowolnego dowódcy grupy uderzeniowej20. Zaraz na północ od laguny znajduje się uszkodzony japoński krążownik. Zatopcie go”. Po chwili usłyszano głos admirała Mitschera: „Dowódca Rysiów, tu Łysy Orzeł. Odwołaj ostatnią część. Nie zatapiaj, powtarzam, nie zatapiaj tego okrętu. Potwierdź”.

Tłumaczenie: „Trzymaj się z dala od admirała Spruance’a. Szef chce mieć swoją zdobycz”.

Izard i Burns szybko dopadły Akagi Maru. Kapitan próbował zygzakować, jednak w ten sposób tylko ułatwił niszczycielom robotę i te ostatnie szybko zatrzymały statek ogniem dział. Następnie Burns dołączył do Bradforda ostrzeliwującego Katori, który zanurzał się rufą przechylony na prawą burtę. Spruance rozkazał Minneapolis i NewOrleans zbliżyć się i wykończyć Japończyka.

NewJersey minął Shonan Maru blisko prawej burty i podziurawił trałowiec ogniem prowadzonym z ponad siedmiuset metrów. Potężna eksplozja amunicji i prochu rozsadziła statek, pozostawiając wśród szczątków jednostki niewielką pustą łódkę. Dostrzeżono wspinającego się do niej marynarza oraz dwóch innych trzymających się drabiny unoszącej się na powierzchni wody.

Uszkodzony Maikaze wystrzelił salwę torped w kierunku New Jersey. Widok czterech śladów torped biegnących w stronę okrętu wywołał jednoczesny wstrząs i zawstydzenie. Moore stwierdził, że wyprawa ta była czystą głupotą. Bez oficera łączności, zespołu kreślarskiego czy łącznika z obsługą dział oraz sekcją kierowania ogniem, czuł, że sztab Spruance’a nie miał możliwości prowadzenia bitwy nawodnej. Gdy torpedy minęły rufę, a dwie kolejne przepłynęły przez kilwater Iowy, Spruance obrócił się do swojego adiutanta flagowego, Charlesa F. Barbera, z oczami błyszczącymi z rozbawienia i powiedział: „To byłoby problematyczne”21. Jednakże Carl Moore nie mógł zostawić tego ot tak. Zasugerował Spruance’owi przekazanie kontroli nad siłami w tym rejonie dowódcy krążowników, kontradmirałowi Robertowi C. Giffenowi, którego sztab miał doświadczenie w nawodnych działaniach taktycznych. Sugestia nie miała sensu; Spruance przewidział to. Krążowniki Giffena kończyły właśnie tę krótką walkę i Spruance zadecydował wcześniej, że po jej zakończeniu przekaże Giffenowi dowodzenie. Minneapolis ostrzeliwał osaczonego Katori, któremu towarzyszyły pomarańczowe rozbłyski dział New Orleans. Również Iowa znalazła się w zasięgu skutecznego ognia. Trafienia z pancernika przewróciły krążownik do góry dnem i zatonął w ciągu niecałych dwóch godzin, zabierając na dno całą załogę. Postrzelany Maikaze był następny w kolejce. Odpowiadał ogniem tylnej wieży, kiedy to flagowy okręt Spruance’a ostrzelał go z dział średniego kalibru. Potężna eksplozja śródokręcia spowodowała wybuch pożaru, który objął cały kadłub do chwili, kiedy niszczyciel stał się wypalonym wrakiem, a następnie przełamał na pół i zatonął22.

Spruance’a i Moore’a zasmucił brutalny koniec jednostek japońskich. Kilka miesięcy wcześniej, u brzegów atolu Tarawa, widzieli wojnę z bliska i poznali jej smak. „Nie ruszały mnie pociski i bomby uderzające w plażę, wylatujące w powietrze zbiorniki z paliwem i magazyny” stwierdził Moore23. „A jednak widok tych pięknych okrętów, eksplodujących, płonących i tonących, bez możliwości reakcji, jest dla mnie nowy i lekko depresyjny, a nawet obrzydliwy. Jak powiedział Raymond, to wojna w jej najgorszym wydaniu”.

Ostatni z niszczycieli japońskich, Nowaki, zniknął za horyzontem po tym, jak New Jersey wystrzelił do niego ostatnie salwy z dział 406 mm. Okrętowi japońskiemu udało się jednak na własne szczęście przeżyć, znikając w blasku słońca i mgle. O czwartej po południu Japończyk zniknął także z ekranów radarów.

Dawno temu, wielki Horatio Nelson, widząc jak jego flota zostaje odparta przez baterie nadbrzeżne stwierdził, że „głupotą jest stawać okrętem przeciw fortom”24. Ta epoka dobiegła końca. Grupy zadaniowe lotniskowców roku 1944 dysponowały wystarczającą siłą uderzeniową, by wykorzystać odwieczną słabość fortyfikacji lądowych: zawsze wiadomo, gdzie można je znaleźć. Lotniskowce mogły uderzać tu i tam, praktycznie znikąd25. Pod osłoną ciszy radiowej, zachmurzonego nieba i mgły mogły poruszać się niewykryte i uderzyć na tyle mocno, by uniemożliwić skuteczną reakcję. Trwała właśnie rewolucja w zakresie mobilności w działaniach na morzu i dyskusje na ten temat będą trwały w nadchodzących miesiącach. Mimo iż brakowało mu skrzydeł lotnika, Spruance był kluczowym graczem w tej rewolucji. W każdym razie był to kres wielkiej bazy Japończyków na środkowym Pacyfiku. To, że zwycięzca spod Midway obserwował działania pod Truk z pokładu pancernika, irytowało zwolenników lotnictwa marynarki wojennej, lecz zawsze gdy Spruance miał przy sobie Mitschera oraz jego lotniskowce, mógł twierdzić, że jest człowiekiem lotniskowców. I to denerwowało ich jeszcze bardziej.

Na stanowiskach bojowych rozdawano właśnie obsłudze kanapki, kiedy klucz Dauntlessów zbliżył się do kolumny okrętów Spruance’a lecąc kursem przeciwległym. Podążający za nim maruder skręcił w bok i skierował się w stronę Iowy. Oficerowie znajdujący się na prawym skrzydle pomostu, wśród nich komandor John L. McCrea, jak również jego dowódca, oficer artylerii oraz senior aviator, rozpoznali samolot jako swój i przekazali swoim rozmówcom informację: „Własny samolot. Namierzać, lecz nie otwierać ognia”. Oficer artylerii pancernika ogłosił przez interkom: „Własny samolot”26. Jednak słowa te zostały źle usłyszane. Obsługa kilku dział bakburty, zmylona widokiem maszyny, otworzyła ogień. Kiedy znalazł się bliżej, dostrzeżono, że jego pilot oparty był o bok kokpitu. Przelatując niebezpiecznie blisko górnego pokładu pancernika, szybko tracąc wysokość, Dauntless uderzył skrzydłem o powierzchnię wody w odległości około czterystu metrów od sterburty. Porucznik Paul E. Tepas szukał okazji do zrzucenia pancernikom informacji o wynikach ostatniego zwiadu lotniczego. Niestety ani on, ani jego tylny strzelec, Harold F. Leach, nie przeżyli27.

Nie upłynęła godzina od tego tragicznego wypadku, kiedy Iowa wykryła pojedynczy cel na zachodzie. Burns został posłany w tym kierunku celem rozpoznania. W końcu obserwatorzy na pokładzie niszczyciela dostrzegli w zachodzącym słońcu niewielki cel. Był to japoński ścigacz okrętów podwodnych o wyporności zaledwie czterystu ton. Japończyk otworzył ogień ze swojego dziobowego działa kalibru 76 mm. Niszczyciel odpowiedział ogniem i przeciwnik zaczął tonąć rufą. Zbliżając się do ocalałych marynarzy znajdujących się w wodzie, dowódca Burnsa, komandor porucznik D.T. Eller, zapytał przez radio swojego dowódcę dywizjonu, znajdującego się na niszczycielu Izard, „czy mam przywieźć jakieś pamiątki?”28 Po krótkiej chwili welbot Burnsa został spuszczony na wodę, a jego sternik skierował się ku rozbitkom. W wodzie znajdowało się około 60 marynarzy. Niemal wszyscy odmówili współpracy, broniąc się przed wzięciem ich na pokład. Energiczne perswazje zmusiły sześciu z nich do zmiany zdania. Po ich uratowaniu welbot został wciągnięty z powrotem na pokład niszczyciela, a Eller zadecydował o losie reszty zgodnie z zimną logiką militarną. „Mając na uwadze prawdopodobne uratowanie rozbitków przez Japończyków i ich powrót do akcji oraz odmowę uratowania, zrzucono w rejonie zajmowanym przez rozbitków trzy bomby głębinowe z zapalnikami ustawionymi na głębokość 15 metrów, celem zniszczenia rozbitków”.

Spruance nie cieszyły wydarzenia tego typu, lecz rozkazał on wciągnąć na maszt okrętów największe bandery, zwane „flagami zwycięstwa”, kiedy okręty zakończyły zataczanie kręgów wokół twierdzy29. Jeśli jego pościg, niczym z rycerskich eposów, miał być jedynie donkiszoterią, ustępując miejsca brutalnej rzeczywistości, stanowiącej mieszaninę miłosierdzia i bezlitosnego zabijania, niech tak będzie. Ideały filozofów dotyczące „rozwagi w zabijaniu” zaczęły wydawać się dziwaczne. Czasy „wojny dżentelmenów” dawno odeszły w niepamięć.

* * *

Po zmroku trzy grupy lotniskowców Mitschera znajdowały się na wschód od Truk, kiedy radar na Intrepidzie złapał kontakt z pojedynczym samolotem, lecącym nisko nad wodą w kierunku południowo-zachodnim. Japoński samolot zwiadowczy znajdował się na granicy zasięgu grupy zadaniowej kontradmirała Alfreda E. Montgomery’ego przez około 30 minut, a następnie zniknął na zachodzie. Chwilę później pojawił się drugi samolot. Krążąc krótko poza zasięgiem dział przeciwlotniczych na wschodzie, tak samo rozpłynął się w powietrzu. Pojedynczo lub w małych grupach samoloty rozpoznawcze prześladowały Mitschera przez całą noc. Kolejna para maszyn zbliżyła się dostatecznie blisko okrętów osłony, by te ostatnie wystrzeliły w ich kierunku kilka salw kierowanego radarem ognia przeciwlotniczego, który odpędził intruzów. Następnie, tuż przed północą, pojawiła się kolejna samotna maszyna, zbliżając się do okrętów amerykańskich.

Nadleciała nisko i z tak wyraźnie określonym celem, że wyćwiczone oko mogło ocenić, że pilot dysponuje radarem. Dwadzieścia mil dalej zespół kierowania myśliwcami na Enterprise posłał wyposażonego w radar Hellcata z pokładu Yorktowna celem przechwycenia nieprzyjaciela. Amerykański pilot zajął miejsce za ogonem Japończyka i przez siedem mil kontynuował pościg, lecz w praktyce nie wykrył przeciwnika. Co gorsza, kiedy pościg zbliżył się do własnych okrętów, Montgomery musiał nakazać swoim działonowym wstrzymanie ognia przeciwlotniczego. Właśnie minęła północ. Podczas gdy pilot Hellcata obserwował ekran radaru, polując na wroga wśród elektronicznego chaosu fal, przeszukując jednocześnie ciemność naprzeciwko i próbując zobaczyć płomienie z rur wydechowych maszyny przeciwnika, japoński bombowiec torpedowy, widziany ostatnio zaledwie cztery mile dalej, zniknął. Dowódca musiał więc założyć najgorsze.

Montgomery rozkazał swoim okrętom wykonanie nagłego uniku. Było już jednak za późno. Torpeda, która pojawiła się znikąd, trafiła Intrepida w prawą burtę i zablokowała stery, a eksplozja wywaliła dziurę w sterowni, która zaczęła nabierać wody. Uderzenie było tak silne, że zdmuchnęło za burtę parę Dauntlessów i zrzuciło śpiącego Alexa Vraciu z koi. Sześciu marynarzy znajdujących się w pobliżu miejsca uderzenia torpedy zginęło na miejscu, a sześciu zaginęło bez śladu, kiedy ich dwudziestomilimetrowe działko zostało oderwane od kadłuba i spadło do morza.

Jak tylko załoga dowodzona przez komandora Thomasa L. Sprague’a przywróciła sterowność okrętu za pomocą jego silników, Mitscher rozkazał Interpidowi, w towarzystwie krążowników San Francisco i Wichita, lekkiego krążownika Cabot oraz czterech niszczycieli, wziąć kurs na Eniwetok. O świcie, kiedy Spruance wraz z New Jersey i resztą towarzystwa dołączył do Bunker Hilla i jego grupy, Mitscher zaczął zwiększać dystans od Truk. Pozornie wszechmocna za dnia grupa lotniskowców została ugodzona rajdem japońskiego pilota, którego samolot torpedowy był widziany po raz ostatni na ekranach radarów na zachodzie, znikając po chwili zupełnie. 17 lutego w południe, po wysłaniu rankiem jeszcze dwóch ostatnich ataków lotniczych na lagunę, Spruance i Mitscher zadecydowali, że czas już wracać do bazy.

Uderzenie na Truk, ten test strategii wojennej floty środkowego Pacyfiku, stał się pożywką dla setek sesji prowadzonych w salach operacyjnych, źródłem z którego doświadczeni piloci czerpali swoje historie gnębiąc świeżo przybyłych żółtodziobów30. Za cenę dwudziestu pięciu maszyn straconych w walce i ośmiu dodatkowo w ramach strat operacyjnych, jak również dwunastu ludzi z Interpida, co dawało łącznie czterdziestu jeden zabitych i siedemnastu rannych, piloci Mitschera zniszczyli ponad dwieście samolotów japońskich, siedemnaście tysięcy ton paliwa oraz zatopili czterdzieści jednostek pływających: trzy lekkie krążowniki, cztery niszczyciele, dziewięć jednostek pomocniczych oraz dwa tuziny większych i mniejszych statków transportowych. Nawet jeśli Spruance’owi nie udało się zaskoczyć większych okrętów japońskich, sukces planowania i wykonania operacji wywarł wrażenie nawet na najtwardszym ze wszystkich przełożonych, głównodowodzącym Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, admirale Erneście J. Kingu. Oficer sztabu operacyjnego Spruance’a napisał później: „King był bardzo zadowolony, nie tylko ze świetnego planowania Spruance’a, lecz także z niemalże perfekcyjnego zgrania w czasie sił, realizujących ów plan31