Filia numer 4 - Katarzyna Ryrych, Marta Krzywicka - ebook

Filia numer 4 ebook

Katarzyna Ryrych, Marta Krzywicka

4,0

Opis

W nadmorskim miasteczku w dawnym pałacu von Wittów ma powstać biblioteka, Filia numer 4. Do skatalogowania jest dziesięć tysięcy pięknych starych woluminów. Dla matki Ewy, bibliotekarki z zamiłowania, to życiowa szansa. A czym okaże się dla Ewy, zagubionej nastolatki z traumą? Czy wyjazd nad morze pozwoli jej się uwolnić od demonów przeszłości? Pałac i miasteczko skrywają mroczną tajemnicę. A przyjazd matki i córki uruchamia całą serię dziwnych, niewytłumaczalnych zdarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 114

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
1
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Janicka_Marta

Całkiem niezła

Mam wrażenie, że autorka zaczynając pisać miała już ustaloną lub narzuconą ilość stron. Niektóre wątki były bardzo ciekawe, ale nie do końca rozwinięte. Gdyby książka miała więcej stron i wszystkie wątki fabularne byłyby dłuższe, to na pewno byłaby to dużo lepsza książka. W tym wypadku miałam odczucie jakby autorka na siłę musiała skończyć całą historię, bo wykorzystała już limit stron. Ciekawa historia, ale za obszerna na 70 stron.
00

Popularność




tekst © copyright by Katarzyna Ryrych 2023

© copyright by Wydawnictwo Ezop sp. z o. o. 2023

redakcjia i korekta / Elżbieta Cichy

ilustracje i projekt okładki / Marta Krzywicka

Wydawnictwo Ezop sp. z o. o.

01-829 Warszawa, al Zjednoczenia 1/226

tel.: 22 834 17 56

e-mail:[email protected]

www.ezop.com.pl

ISBN 978-83-67866-06-4

Wydanie pierwsze

Warszawa 2023

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego www.ezop.com.pl

W pokoju pachniało pleśnią. Za oknem padał deszcz. Po liściach bluszczu porastającego ścianę ściekały duże ciężkie krople, szeleściły w trawie, uderzały o parapet.

Nie musiała otwierać oczu, aby przekonać się, że niebo było szarobure, zasnute chmurami aż po cienką linię horyzontu, gdzie łączyło się z morzem. Kolejny deszczowy dzień. Kiedy trzeba będzie udawać, że wszystko jest w porządku. Trzeba będzie wstać, związać włosy, nie patrząc w lustro. Nie budzić wspomnień. Ewa usiadła na łóżku. Było przejmująco zimno. Wsunęła stopy w pantofle i zawinęła się w ciepły, frotowy szlafrok. Zza ściany dobiegała cicha muzyka. Matka pewnie obudziła się, szczęśliwa, że za chwilę znajdzie się w swoim żywiole. Pomyślała o ciężkich, biegnących wzdłuż ścian drewnianych szafach pełnych zakurzonych książek.

– Kochanie.

Kończył się rok szkolny i Ewa zastanawiała się, jak spędzi wakacje.

– Kochanie, dostałam wspaniałą propozycję.

Głos matki brzmiał tak radośnie, jakby przed chwilą wygrała w LOTTO nie milion, a co najmniej trzy.

– Jaką? – zapytała Ewa, nie otwierając oczu.

– Jedziemy… nad morze.

– Super – odpowiedziała.

– Nie cieszysz się?

– Bardzo.

Matka wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Jest jej przykro, pomyślała Ewa. Ale sama nie miała powodu do radości. Jedziemy nad morze. To znaczy, że będzie chodzić na samotne spacery i obserwować zakochane pary oglądające wschód słońca. Pod warunkiem, że matka pozwoli jej samej wyjść tak wcześnie z domu. Wieczorami ktoś zorganizuje w świetlicy dyskotekę, na której będzie podpierać ścianę. A może matka namówi syna jakiejś znajomej, aby z nią zatańczył.

Weszła do kuchni zła i rozczochrana.

– Może wrócimy do tematu?

Matka postawiła na stole kubek kawy.

– A mam wybór?

– Zawsze jest jakiś wybór – brzmiała odpowiedź.

– No to wybieram wczasy nad morzem. O to chodzi, tak?

– Nie.

Matka sięgnęła po papierosa. Kiedy ostatnio widziała ją palącą? Chyba dawno, dawno temu. W jakiejś innej rzeczywistości. Kiedy ojciec pakował walizkę i wkładał do niej swoje spodnie i koszule.

– Nie umiem żyć w poczuciu winy – krzyczał, a każde słowo wbijało się jak kawałek szkła w jej uszy.

Szwy na jej policzku boleśnie ściągały skórę.

– Gdyby TO stało się przy tobie?

Dość-dość-dość, mam was dość, stukało serce Ewy. Miała przed oczami szarego psa kulącego się pod murem. Psa, który zniknął z posesji następnego dnia. I nie miała odwagi zapytać, co się z nim stało.

– Czemu nie jesz?

Matka zgasiła papierosa i sięgnęła po kubek.

– Po prostu nie jestem głodna.

Chleb był wilgotny jak glina. Rósł w ustach. Podobnie jak ser.

– Myślałam, że się ucieszysz.

– Z czego?

Usiadła naprzeciw niej. Starannie wymalowana, z gładkimi policzkami. Piękna.

– Nie jedziemy na wczasy.

– Tak?

– Jest do uruchomienia biblioteka. Filia numer cztery. Nad morzem. Piękne stare zbiory do skatalogowania. Około dziesięciu tysięcy woluminów. Kto wie, jakie kryją się tam białe kruki.

Ewa wstała i z kanapką w ręce wyszła z kuchni. Otworzyła stojącą w przedpokoju szafę i wyjęła z niej plecak. Zmieści się do niego wszystko, czego będzie potrzebować. Pomyślała o matce, która zapewne dzwoniła już do babci. Sukces. Nareszcie uda się jej wyciągnąć córkę z domu.

– Pościel łóżko – przypomniała jej matka.

Prawda. Za chwilę zaczynała lekcję matematyki. Być może nawet dowie się, jaka będzie końcowa ocena. Ale bardziej niż ocena z matematyki interesowało ją zdanie nauczyciela plastyki. Czy jej prace okażą się na tyle dobre, aby znalazło się dla niej miejsce w liceum plastycznym? Nauczyciel ustawicznie zarzucał jej manierę. Rysuj całe twarze, powtarzał. En face. Z tego powodu nazywała go właśnie tak. Anfas. Oczywiście rozumiał, czemu rysuje w ten a nie inny sposób. I oczywiście twierdził, że tak nie upora się z traumą dzieciństwa. I jak wszyscy dorośli przekonywał ją, że ślad po tamtym wydarzeniu jest jedynie cienką kreską przecinającą policzek. Ale Ewa, patrząc w lustro, widziała grubą, poszarpaną krechę. I każde lustro pokazywało jej dokładnie taki obraz.

– Wiesz, na czym polega anoreksja? – zapytał pewnego dnia Anfas.

To było wtedy, kiedy zrozumiała, że z Anfasem może rozmawiać jak z przyjacielem.

– Nie mam z tym problemu – odparła.

– Widzę – uśmiechnął się Anfas. – Anoreksja polega na tym, że chociaż jesteś chuda… skóra i kości… to patrząc w lustro, widzisz grubą babę. W każde lustro – dodał. – Schodzisz do rozmiaru trzydzieści cztery, ale lustro nadal pokazuje to samo. Jeśli pomoc nie nadejdzie w porę – umierasz.

Palce Ewy mówiły co innego. Przesuwając nimi po policzku, czuła delikatne zgrubienie, coś jakby do jej policzka przykleił się kawałek cienkiej włóczki i biegł od kącika ust po ucho. Jest lepiej, kiedy nie patrzę w lustro, skonstatowała pewnego dnia. Susząc włosy, starała się robić to w półmroku, a padające z przedpokoju światło wydobywało z mroku tylko to, co chciała zobaczyć.

Zatem – biblioteka. Dobrze, pomyślała. Zaszyje się na jakimś odludziu, gdzie być może nie będzie urlopowiczów. A nawet jeśli… spojrzała na tygodniową prognozę pogody – to deszcz zatrzyma ich w domu. Bowiem w kierunku wybrzeża powoli i skutecznie wędrował niż. Położyła na łóżku stos ubrań i wybrała czarny sportowy dres (hit wiosny!), białą bluzkę, krótką dżinsową spódniczkę, dwie pary spodni – klasyczne jeansy i bojówki, kilka koszulek i czarny sweter, z gatunku oversize. Opalacz. Bielizna. Ray-bany i… jedna sukienka. Kurtka w stylu military. Do tego gumiaki, espadryle i sandały. Wystarczy. Nie jedzie na podryw. Ta ostatnia myśl zabolała ją. Minęło tyle czasu, a nie zdążyła się do tego przyzwyczaić.

Plecak okazał się mimo wszystko ciężki, ale na dworzec odwiozła je przyjaciółka matki, niezawodna brzydula, która – co za każdym razem wprawiało Ewę w zdumienie – ściągała na siebie spojrzenia wszystkich facetów.

– Ma to coś – powiedziała matka.

W przedziale siedziały jeszcze dwie osoby. Starszy mężczyzna, który natychmiast pogrążył się w lekturze, i kobieta w nieokreślonym wieku, która na wstępie zmierzyła matkę nieprzychylnym spojrzeniem. A kiedy przyjrzała się Ewie, na jej twarzy pojawił się wyraz dziwnej satysfakcji.

Wypoczynek, pomyślała Ewa, przyglądając się matce. Tak, praca przy czymś, co pochłaniało ją bez reszty, mogła być wypoczynkiem po siedzeniu w miejskiej bibliotece, do której przychodzili jedynie starzy ludzie, aby odświeżyć sobie książki z młodości, i smarkateria, aby wypożyczyć lektury. Których, myślała za każdym razem, i tak nie przeczytają, bo internet pełen jest streszczeń i gotowców.

A tu nagle... białe kruki. Dziesięć tysięcy woluminów, które od lat stały na półkach, pokrywając się kurzem. Na dodatek – o czym matka opowiadała z ogniem w oczach – biblioteka mieściła się w starym pałacyku położonym trzy kilometry od centrum miasteczka, w równie starym ogrodzie i jesienią miała zostać oficjalnie otwarta wraz z czytelnią zaopatrzoną w najnowsze zdobycze techniki. Najwyraźniej władze miasteczka potrafiły zatroszczyć się o rozwój kulturalny.

Całą drogę Ewa przespała, wtuliwszy się w kąt pomiędzy ścianą a oknem. W ten sposób współpasażerowie mogli widzieć tylko połowę jej twarzy. Tę lepszą. Być może nawet jakiś przechodzący korytarzem chłopak zatrzyma się na chwilę i zacznie zastanawiać się, kim jest dziewczyna o długich, popielatych włosach. Być może. A kiedy Ewa odwróci głowę, chłopak szybko pójdzie w swoją stronę.

Obudziło ją głośnie chrapanie starszego mężczyzny. Świtało. Za oknem pociągu przesuwały się łąki, nad którymi unosiła się gęsta, biała jak mleko mgła, i niewielkie domki. Kiedy pociąg przejeżdżał przez las, Ewa myślała o zwierzętach ukrywających się w zaroślach, sarnach, lisach, zającach. Być może – tak jak ona – czuły się bezpiecznie jedynie po zmierzchu. Ponad tym wszystkim powoli pojawiało się słońce, ale gromadzące się na niebie chmury nie zapowiadały dobrej pogody.

– Zaraz będziemy na miejscu – powiedziała matka, a Ewa otwierając oczy, ponownie spojrzała w okno.

Sosny, piaszczysty nasyp ciągnący się wzdłuż torów. Dziwne, kamienne domki o ścianach pociętych drewnianymi belkami, stojące na pastwiskach senne krowy. Przez uchylone okno do przedziału wpadał zapach sosnowych igieł i palonego drewna. Ewa wstała i zdjęła z półki plecak.

– Do stacji jeszcze kawałek – powiedziała matka. – Pociąg stoi, bo musi przepuścić skład towarowy.

Czarny lśniący elektrowóz przypominał przedpotopowe zwierzę. Ewa przypomniała sobie pobyt w sanatorium, gdzieś w górach. Z okna pokoju, który dzieliła z trzema innymi pacjentkami, widać było biegnące wzdłuż rzeki tory. Kiedy przejeżdżał pociąg, stawały przy oknie i liczyły wagony, powtarzając – paczka, list, telefon, odwiedziny, paczka, list... Ale nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek to zadziałało. Paczki i listy przychodziły, kiedy chciały, telefony dzwoniły w porze posiłków, a odwiedziny były tylko w niedziele. Matka przyjeżdżała w każdą.

Teraz, stojąc przy oknie, Ewa przypomniała sobie tamtą zabawę. Przyjaciółka, chłopak, przygoda, powtarzała w myśli. Chłopak, obiecał ostatni wagon. Parsknęła śmiechem. Stukot kół powoli ucichał. Wagon drgnął i wolno potoczył się po szynach.

– Czekają na nas. – Matka wskazała starszego mężczyznę wspierającego się na klasycznym parasolu.

Przezorny, pomyślała Ewa, spoglądając w niebo, na którym już nie było widać słońca. Mężczyzna przywitał się z matką, zupełnie lekceważąc obecność Ewy i w pewnym sensie była mu za to wdzięczna. Zarzuciła na ramię plecak i poszła w stronę parkingu, gdzie stał mocno ubłocony samochód z otwartym bagażnikiem.

U nas byłoby to nie do pomyślenia, zauważyła. Usiadła na tylnym siedzeniu i dopiero wtedy poczuła, że jest zimno. Miała na sobie sweter, ale i tak szczękała zębami. Kubek gorącej herbaty, pomyślała. Z imbirem i plasterkiem cytryny. Samochód jechał drogą obsadzoną wysokimi drzewami i miała wrażenie, że suną przez zielony korytarz ku otwierającej się w oddali bramie.

Kiedy dojechali na miejsce, deszcz padał w najlepsze. Wychodząc z samochodu, wdepnęła w kałużę i pożałowała, że nie założyła kaloszy. Szare kamienne płytki lśniły od wilgoci, a ze szpar pomiędzy nimi powychodziły różowe dżdżownice.

„FILIA numer 4” głosiła stara, biała tabliczka przykręcona do niewielkiej furtki.

Ewa szła, patrząc pod nogi, a krople wody spływały jej za kołnierz. Zatrzymała się przy schodach i osłupiała. Twarz zapiekła ją nagle, jakby ktoś złośliwie smagnął ją pokrzywą. Na dolnym stopniu, porośnięty kępkami zielonego mchu leżał kamienny pies. Ewa poczuła, że zaczyna brakować jej powietrza. To tylko kamienna figura, powtarzała, stojąc naprzeciw psa. Doskonale wykonana i doskonale martwa.

– Zawsze można wejść tylnymi drzwiami – powiedziała matka. – Zapomniałam ci o tym powiedzieć.

Ewa przeszła obok psa, starając się nie patrzeć na kamienne łapy i utrącony ogon. Zapanowała nad sobą dopiero, kiedy znalazła się w środku. Korytarz tonął w półmroku i kończył się wielkimi, ciężkimi drzwiami. Przez szparę przy podłodze sączyło się światło.

– Tam jest biblioteka – powiedziała matka takim tonem, jakby chciała oznajmić, że tam znajduje się raj. – Nasze pokoje są na górze.

Ruchem głowy wskazała schody. Były wąskie, drewniane, a poręcz niespotykanie gładka, zupełnie jakby w przeszłości dotykały ją dziesiątki rąk.

– To ja panią zostawiam – powiedział mrukliwy kierowca.

Panią, nie panie. Czyżby nie zwrócił na nią uwagi? A może po prostu, z jakiegoś powodu, nie lubił młodych ludzi. Zatrzymał się na schodach, otworzył parasol i pochylił się nad czymś na chwilę. Pies, to była pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy. Ale, z drugiej strony, jaki był sens w żegnaniu się z kamienną figurą?

Pokój Ewy był niewielki, stały w nim proste sprzęty z ciemnego drewna, a na deskach podłogi leżał szmaciany dywanik. Wnętrze, tak różne od jej miejskiego pokoju, było całkiem przyjemne, szczególnie kamienny balkonik, z którego mogła widzieć prześwitujące pomiędzy drzewami parku morze i wąski pasek plaży. Ewa wyszła z pokoju i zajrzała do matki. Jej pokój był niewiele większy, za to ktoś obdarzony fantazją pomalował sufit na ciemnogranatowo i umieścił na nim kilka gwiazdozbiorów, wzorując się na dawnych rycinach.

– Zobacz – powiedziała matka, przycisnęła ukryty guzik i część drewnianej boazerii rozsunęła się, ukazując kawałek nieba. – Ktoś zapewne interesował się astronomią.

– Planetarium to nie jest – skomentowała Ewa – ale tak czy inaczej ciekawe.

I wróciła do siebie. Rozpakowując plecak, zauważyła leżące na dywanie pióro. Wyrzuciła je przez okno i zabrała się za wieszanie swojej garderoby w stojącej naprzeciwko okna szafie. A potem wyciągnęła się na łóżku i przykryła stopy kocem.

Zza okna dobiegał daleki, monotonny szum zlewający się ze szmerem deszczu. W pokoju po drugiej stronie korytarza matka włączyła radio. Ewa przymknęła oczy. W jej uszach nadal brzmiał miarowy stukot kół pociągu.

– Ewa, obudź się… – Matka delikatnie potrzasnęła jej ramieniem. – Pójdziemy coś zjeść.

– Przecież tu jest kuchnia – mruknęła sennie.

– Owszem, ale dopiero musimy zrobić jakieś zakupy.

– I targać je kilka kilometrów, tak?

Obudziła się z uczuciem irytacji, zła, że przerwano jej bardzo miły sen, w którym stała na brzegu morza w towarzystwie chłopaka, którego pozazdrościłyby jej wszystkie dziewczyny. Sny, przeczytała kiedyś w jakiejś książce, kompensują braki, których doświadczamy w realnym świecie. To naturalne dążenie człowieka do szczęścia.

– Mamy rowery – odparła matka. – Ktoś o nas pomyślał.

– A przy tej pogodzie… – Ewa ziewnęła i jak zwykle poczuła mrowienie w policzku – nie byłby lepszy samochód?

– A to nie jest fajne zrezygnować na jakiś czas z auta?

Prawda. Matka zaczęła troszczyć się o środowisko zaraz po tym, jak Ewa przestała jeść mięso. Po prostu pewnego dnia zobaczyła w internecie zdjęcie świni wystawiającej ryjek z samochodu. Błogość, jaka malowała się na jej pysku – omal nie pomyślała – twarzy, przybiła ją. I nawet nie musiała czytać komentarza o drodze w jedną stronę. Następnego dnia odsunęła mięso na brzeg talerza.

– Dziwactwa – rzekł dziadek, sięgając po jej porcję. – To powinno się leczyć.

Ewa kątem oka dostrzegła, jak matka zaczerwieniła się. Dalej pozwalasz mu terroryzować się, pomyślała. Rozbił twoją rodzinę, a ty nadal siadasz z nim do stołu.

No i pies. Duży, szary pies o wiecznie skudlonej sierści, którą tamtego feralnego dnia chciała rozczesać, nie mając pojęcia, że zajęty jest jedzeniem.

– Powinno się leczyć okrucieństwo w stosunku do zwierząt – powiedziała, odkładając widelec.

Wiedziała, że pamięta, kiedy z twarzą zalaną krwią czepiała się jego ręki unoszącej laskę, która raz po raz opadała na grzbiet psa. Nienawidzę go, pomyślała. Wtedy jeszcze nie czuła lęku, tylko ból. Lęk pojawił się, kiedy zdjęto jej opatrunek i zobaczyła grubą, czerwoną bliznę przecinającą twarz. Towarzyszył jej przed każdą kolejną operacją. Aż do ostatniej, kiedy lekarz spojrzał z uśmiechem na swoje dzieło i powiedział, że to prawdziwe mistrzostwo świata. Ale lustro powiedziało coś innego.

– Tak się często zdarza – wyjaśnił lekarz. – To kwestia czasu. Czasami pierwszy obraz tak głęboko zapada nam w pamięć, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć niczego innego. Coś jak bóle fantomowe.

– Czy to mija? – zapytała matka, patrząc na lekarza z promiennym uśmiechem.

– Przeważnie – odparł. – Czasami w sposób naturalny. Czasami… – zawahał się – potrzebny jest jakiś wstrząs.

Wstała i podeszła do szafy. Sięgnęła po kurtkę i zamarła ze zdziwienia. Jej ubrania były wilgotne, a może tylko się jej wydawało?

– Możesz zostawić szafę otwartą – poradziła matka. – Budynek stał zamknięty przez długi czas. Wilgoć jest zupełnie normalna. Weź moją kurtkę i jedziemy.

Ewa wyszła tylnymi drzwiami. Pod ścianą stały przygotowane przez matkę rowery. Jak zwykle pomyślała o wszystkim, łącznie z GPS-em, który bezbłędnie zaprowadził je do centrum.

Pogrążone w deszczu miasteczko wydawało się całkowicie wymarłe. W restauracji pachniało smażoną rybą, przy stolikach siedziało kilka osób i nikt nawet nie spojrzał w stronę nowych gości. Kelnerka, na pierwszy rzut oka niewiele starsza od Ewy (może dorabia sobie, korzystając z wakacji?) przyniosła zafoliowaną kartę i przyjęła zamówienie, ostrzegając, że trzeba będzie chwilę zaczekać. Chwila trwała pół godziny i Ewa poczuła się porządnie głodna.

– Turyści chyba omijają to miejsce – powiedziała półgłosem, rozglądając się dokoła.

Lokal należał do reliktów minionej epoki, w której także nie mieścił się w pierwszej… ba, nawet w drugiej dziesiątce. Jednak – co okazało się po wyjątkowo długiej chwili – na popękanych i wyszczerbionych talerzach podawano naprawdę pyszne jedzenie.

Kiedy