Fiedler. Głód świata - Piotr Bojarski - ebook + audiobook

Fiedler. Głód świata ebook i audiobook

Piotr Bojarski

4,0

Opis

Pamiętamy Arkadego Fiedlera jako pisarza i podróżnika, który sprzedał na całym świecie ponad 10 milionów swoich książek i który jak żaden inny autor potrafił opisać Polakom uroki Amazonii, Kanady i Madagaskaru. Jednak był nie tylko przedwojennym celebrytą i bohaterem plotek, był też postacią skomplikowaną, niejednoznaczną i kontrowersyjną.

Jaki naprawdę był Arkady Fiedler, jeden z najsłynniejszych polskich globtroterów XX wieku? Co takiego miał w sobie, że tam, gdzie się pojawiał, ojcowie chcieli mu oddawać na noc swoje córki? Jak z pisarza niemal wyklętego i aresztowanego przez komunistów Fiedler stał się przyjacielem władzy?

Piotr Bojarski, historyk i pisarz, kreśli pierwszy tak szeroki portret Fiedlera i czasów, w których żył. Sięga po nieznane materiały archiwalne, bada  prywatne archiwa pisarza i szuka ludzi, którzy go jeszcze pamiętają. Idzie tropem autentycznych historii, ale także anegdot i skandali – zarówno prawdziwych, jak i tych zmyślonych. Jego książka pokazuje Arkadego Fiedlera w całej złożoności: nie tylko jako nieustraszonego podróżnika, ale również jako człowieka pełnego wahań i słabości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 7 min

Lektor: Janusz Zadura

Oceny
4,0 (47 ocen)
15
19
10
3
0
Sortuj według:
Owcanica

Całkiem niezła

Więcej tu kroniki niż zapoznania się z Fiedlerem. Trochę szkoda, że autor oddala nas od podmiotu, skupiając się na przytaczaniu suchych faktów z ogromu dokumentów, do jakich miał dostęp.
00

Popularność




ZAMIAST WSTĘPU

Miałem wtedy z ojcem ważną rozmowę pod Rogalinem nad Wartą. Wracaliśmy właśnie z połowu ryb ścieżką przez łąki, ścieżką głęboko wydeptaną wśród bujnej trawy. Dokoła z rzadka rosły olbrzymie dęby, owe sławne, rogalińskie dęby.

Naraz odezwał się ojciec:

— Pamiętaj, że każda ścieżka, nawet najniepozorniejsza, wyprowadza na szeroki świat.

— Jak to, na szeroki świat? — zapytałem zdumiony. — Każda ścieżka? Nawet ta tutaj, nad Wartą?

— Tak, nawet ta!

Było to dla mnie prawdziwą rewelacją… Nie przyszło mi do głowy, że i z tej rogalińskiej ścieżki, tak dobrze mi znanej, można się było wydostać na świat. Nagle szeroki świat wydał mi się inny; bliski i uchwytny…

ARKADY FIEDLER, Kanada pachnąca żywicą

ROZDZIAŁ 1

MIKROKOSMOS

Głód ojcowskich opowieści, czyli Artek odkrywa pasję

Wschody słońca na Mauergasse

Środa 28 listopada 1894 jest w pruskim Posen dniem zimnym. Prasa niemiecka donosi o śmierci „księżnej Bismarckowej w Warcinie” — Joanny Fryderyki z domu Puttkamer, żony byłego kanclerza Rzeszy. Następnego dnia „Kuryer Poznański” rozwodzi się na temat wielkiego sukcesu deputacji Królestwa Polskiego, która — po przybyciu do Petersburga na pogrzeb cara Aleksandra III — uzyskała szanse na drugą audiencję u młodego cara Rosji Mikołaja II. „Audyencya w poniedziałek ma mieć zupełnie inne znaczenie, albowiem ma być wyrazem uczuć lojalności wobec obecnego cesarza i okazyą do złożenia mu życzeń w imieniu Królestwa Polskiego w sam dzień ślubu” — informował „Kuryer” za krakowskim „Czasem”. Na pierwszej stronie gazety można było przeczytać o salwach działowych i biciu w dzwony w Windsorze z powodu zaślubin carskich Mikołaja Romanowa z Alicją Heską.

Świat cesarzy trwa w najlepsze. Władające Poznaniem Niemcy cesarza Wilhelma II Hohenzollerna wydają się silne i trwałe.

Tego samego dnia, w którym Niemcy okrywają się żałobą po żonie Bismarcka, na trzecim piętrze poznańskiej kamienicy przy ówczesnej Mauergasse 4 (dzisiejszej Murnej 4), wąskiej ulicy nieopodal Starego Rynku, w biednym jednopokojowym mieszkaniu, przychodzi na świat dziecko płci męskiej. Szczęśliwą matką chłopczyka jest Franciszka z domu Krajewicz, córka Franciszka Krajewicza, nauczyciela i działacza polskiego w zaborze pruskim, autora polskiego elementarza Z Aniołem Stróżem, na którym młodzi Polacy uczą się języka polskiego na tajnych kółkach. Ojcem został dwudziestopięcioletni, kiepsko zarabiający dziennikarz i poligraf Antoni Fiedler, syn Jana i Marii z Urbańskich. Pochodzi z powiatu pleszewskiego; przeprowadził się do Poznania po tragicznej śmierci ojca — leśniczego, przygniecionego drzewem podczas karczowania lasu.

Dziecko otrzymuje imiona Arkady Adam. Przeżyje nie tylko upadek europejskich cesarstw, ale też powstanie, odzyskanie przez Polskę niepodległości, dwie wojny światowe i niemal całe półwiecze komunizmu. Do trzeciej niepodległości zabraknie mu raptem czterech lat.

Przy końcu swego długiego życia Arkady Fiedler napisze o swoich rodzicach, że pomimo ubóstwa byli ludźmi „wielkiego serca, odznaczali się pogodą ducha i szlachetną naturą”.

Z mieszkania przy Mauergasse i swojego niemowlęctwa zapamięta — a może raczej odtworzy to sobie po latach — fakt, że okna w jego pierwszym pokoju w życiu wychodziły na wschód. „Wiosną wschodzące słońce zalewało ogromnym światłem cały pokój i ten radosny tłok blasku był prawdopodobnie pierwszym wielkim doznaniem niemowlęcia. Przenikliwe miłym doznaniem” — wspomni w Moim ojcu i dębach. „Te pierwsze olśnienia roztoczyły chyba urok na całe moje życie: jeszcze po wielu dziesiątkach lat poruszały mnie wszystkie wschody słońca i rano zawsze najlepiej mi się pracowało”.

Domu, w którym urodził się Arkady Fiedler, już nie ma. Wybudowano go po południowej stronie wąskiej ulicy. Dziś w tym miejscu znajduje się parking pobliskiego banku. Kamienica została zniszczona podczas II wojny światowej, albo w wyniku bombardowania Poznania już 1 września 1939 roku, albo w trakcie walk o Poznań w lutym 1945 roku. Według Raportu o stratach wojennych Poznania 1939–1945 dom na rogu Murnej i Koziej, a także sąsiedni, były zniszczone w 90 procentach. Po wojnie rozebrano resztki kamienicy i już jej nie odbudowano. O miejscu urodzin pisarza i podróżnika przypomina dziś skromna tabliczka na rogu Murnej i Paderewskiego.

Smród diabelski, białe myszki i ojciec cudotwórca

Późna jesień 1894 roku. Przyjście na świat syna Antoni Fiedler uznaje za stosowny moment na zmiany. Stawia na chemigrafię, dziedzinę w zaborze pruskim pionierską, upatrując w niej źródła lepszych zarobków. W swoim jedynym pokoju na trzecim piętrze domu przy Mauergasse wytrawia na metalicznych płytach pierwsze klisze drukarskie dla Marcina Biedermanna, wydawcy tygodnika „Praca”.

Nowa pasja ojca Arkadego zmusza rodzinę Fiedlerów do przeprowadzki. Antoni Fiedler znajduje nieduże mieszkanie z obszernym atelier z tyłu domu, które przystosowuje do swoich fotograficznych potrzeb. Nowy adres — Berlinerstrasse 16 (dziś ul. 27 Grudnia) — nie oznacza wszakże lepszych warunków. Fiedlerowie zamieszkują w jednopokojowym lokum na parterze kamienicy. Pokój jest ciemny. Dla małego Arkadego kończą się świetliste cuda wschodów słońca.

Jednak atmosfera w nowym mieszkaniu nie jest mroczna. Ojciec Arkadego zarabia coraz lepiej. Fiedlerowie prowadzą otwarty dom, zawsze pełen przyjaciół (wśród nich jest między innymi artysta malarz Kazimierz Szmyt z żoną) i rodziny. Małego chłopca, który ledwo stanął na nogach, ciągnie jak magnes do atelier na zapleczu, królestwa ojca.

„A zakład okazał się niepokojącym cudem świata. Wzbudzał i lęk, i okropną ciekawość: miał aparat reprodukcyjny, olbrzymi jak stół rodzinny, i wanienki, z których czasem szły wyziewy żrącego kwasu. Do tego mnóstwo wydzielało się tu innych zapachów, ostrych, zdumiewających, to przykrych jak smród diabelski, to wonnych jako dech aniołów. (…) Ojciec (…) urósł w moich oczach na potężnego czarodzieja, na przyjaznego cudotwórcę, zaklinacza” — opisywał Fiedler w autobiograficznej książce Mój ojciec i dęby.

W wieku dwóch lat Arkady otrzymuje od babci ze strony ojca własne zwierzęta: kilka białych myszy w szklanym terrarium. Zachwycony malec obserwuje harce i igraszki małych gryzoni. „To było szczęście, to była rozkosz, po których pozostały trwałe ślady na całe życie: zwierzęta, wszystkie zwierzęta, weszły na moją drogę jako element niezmiernie przyjazny” — wspominał po latach.

Brzdąc ma więcej okazji do poznawania bogatego świata przyrody. Za zakładem ojca rozciąga się dziki sad, również należący do Fiedlerów. Tu Arkady zalicza pierwsze upadki, zapoznaje się bliżej z miękką ziemią, tu poznaje szorstkość kory drzew i zapach świeżo rwanej trawy. Pierwsze wyprawy jego życia to odkrywanie zakamarków sadu i jego zwierzęcych mieszkańców. Tutaj przestrasza się włochatych gąsienic na pniach drzew, to tu poznaje śpiew ptaków i ulotne piękno białych motyli.

— Tego sadu już nie ma, wszystko zostało zabudowane — przypomina sobie Arkady Radosław Fiedler, najstarszy z synów Arkadego, również pisarz i podróżnik. — Kiedyś w ojcu obudził się jakiś sentyment i poszedł zobaczyć to mieszkanie. Nawet ktoś go wpuścił do środka, to musiało być w latach siedemdziesiątych, gdy pisał Mojego ojca i dęby… W tym sadzie obudziła się zapewne fascynacja ojca przyrodą, ale podtrzymanie jej było zasługą mojego dziadka Antoniego, pasjonata przyrody.

Wieczorami, w łóżku, przy świetle lamp mały Arkady wertuje książki z obrazkami; szczególnie chętnie ogląda rysunki w popularnym wydaniu Biblii. Fascynują go wizerunki biblijnych niewiast w powłóczystych szatach.

Fascynuje go też sześcioletnia Józka, mieszkanka tej samej kamienicy. Imponuje mu znajomością „świńskich słówek” — i tym, że słucha jej banda chłopców.

Pałac na Berlińskiej

Przychodzą lepsze czasy dla Fiedlerów. W końcu 1898 roku interes fotochemigraficzny Antoniego Fiedlera rozrasta się do imponujących rozmiarów: ojciec Arkadego musi dobrać sobie uczniów, nie może opędzić się od zamówień na klisze drukarskie. Wpisany w dowód osobisty zawód „Schriftsteller” (po niemiecku — pisarz) pozostaje ostatnim echem jego dawnych marzeń o karierze literackiej. W mieszkaniu przy Berlinerstrasse 16 robi się ciasno, a czteroletni Arkady, coraz bardziej ciekawy świata, potrzebuje więcej przestrzeni. Znowu nadchodzi czas przeprowadzki.

Na szczęście nie jest daleka. Fiedlerowie przenoszą się ledwie kilkanaście numerów dalej, do kamienicy przy Berlinerstrasse 5 (dziś ul. 27 Grudnia 9). Nowe mieszkanie na trzecim piętrze jest dla małego Arkadego jak prawdziwy pałac: ma aż dziesięć pokoi. Ojciec szybko przystosowuje do swoich potrzeb sześć z nich, których okna wychodzą na podwórze — to świetnie oddaje skalę jego zawodowego sukcesu.

Okna czterech pokojów mieszkalnych wychodzą na jedną z najbardziej ruchliwych wówczas ulic Poznania. W pierwszych dniach po przeprowadzce Arkady spędza w nich wiele czasu, spoglądając z góry na zabieganych ludzi. Zaaferowani swoimi sprawami, w ciągłym pośpiechu, przypominają mu mrówki.

W swoich wspomnieniach napisze, że w wieku siedmiu lat rzucał śrutem w otwarte okna biur po przeciwnej strony ulicy, płosząc niemieckich urzędników i kupców. Nawet jeśli tak było — trudno to dziś zweryfikować.

„Pierwiastek srodze egzotyczny”

Dwa spośród pokojów mieszkalnych Fiedlerowie wynajmują dwóm młodym Anglikom, którzy uczą języka w szkole Berlitza. Arkady zapamięta, że obcokrajowcy palili fajkę i „wnosili do domu pierwiastek srodze egzotyczny”. Dla małego chłopca to bodaj pierwsze zetknięcie z cudzoziemcami. Czy zamienił z nimi choć parę słów? Czy liznął angielskiego? Syn Arkadego mówi mi, że ojciec nie wspominał później tego epizodu — mimo że był to jego pierwszy kontakt z zewnętrznym światem:

— Ale obcy język i obce zwyczaje na pewno działały na wyobraźnię dziecka — konkluduje Arkady Radosław.

Chłopiec wpada często do mieszkania wujka Jana Dankowskiego, u którego mieszka też jego babcia. „Brałem udział w lekcjach polskiego, których kuzynki [Lucia (w przyszłości Kłaczyńska) i Zosia (potem Nawrocka)] udzielały dzieciom z miasta, i raczyłem się mleczną kawą, gotowaną nam przez babcię. To była czarowna kawa!” — relacjonował po latach Arkady Fiedler. „Nie należę do łasuchów, nie lubię wyolbrzymiać rozkoszy podniebienia, ale to babcine słodzone mleko, z lekka zaprawione kawą, było po prostu elizejskim nektarem”.

Kiedy seniorka rodu łaja wnuczkę Zosię za jakieś przewinienie, Arkady poczuwa się do solidarności z dziewczynką. Z nożyczkami w dłoni atakuje spódnicę babci. „Popłoch, krzyki, chryja, ale manto, jakie mi sprawiono, niezupełnie mnie przekonało o moim błędzie i winie” — opisywał po latach.

W nowym lokum ojciec Arkadego doprowadza swój zakład do perfekcji. Jego firma wyrasta na największą w branży w całej prowincji poznańskiej. Antoni Fiedler staje się tak znanym poligrafem, że otrzymuje nawet zlecenia z zagranicy. Drukuje Tyszkiewicianę — luksusowo wydaną, ilustrowaną historię rodu Tyszkiewiczów z Litwy.

W domu Fiedlerów goszczą często ich przyjaciele — ludzie z pewnością nietuzinkowi. To przede wszystkim Bronisław Śniegocki, znany na cały Poznań właściciel drogerii Universum, która posiadała antidotum na każdy problem. Największe bodaj zyski przyniosła Śniegockiemu sprzedaż specyfiku przeciw komarom o nazwie Tajfun. W okresie letnim spryskiwało się nim pół miasta. Fabryka Środków do Zwalczania Szkodników Universum działała przy ulicy Ratajczaka. Obok towarów typowo drogeryjnych firma Śniegockiego oferowała również materiały do oświetlenia, przybory dla fotografów, przybory dla pszczelarzy, wszelkie artykuły gospodarcze, a także różne specyfiki własnego wyrobu. Śniegocki — rewolucja! — drukował nawet własne katalogi towarów.

Innym częstym bywalcem u Fiedlerów był Bogdan Chrzanowski, szef świetnie prosperującej księgarni przy Świętym Marcinie. W 1911 roku przy jego współudziale zarejestrowano w Poznaniu Związek Księgarzy Polskich na Rzeszę Niemiecką. Organizacja skupiała tak znanych ludzi z branży księgarskiej jak Karol Kozłowski, Zdzisław Rzepecki, Jarosław Leitgeber, Marian Niemierkiewicz czy Stefan Knast. Trzy lata później związek liczył ponad 400 członków, utrzymywał kontakt z podobnymi organizacjami na ziemiach polskich pod innymi zaborami.

Fiedlerowie przyjaźnili się również ze Stanisławem Brzeskim, pierwszym w mieście importerem samochodów. Urodzony w 1875 roku absolwent gimnazjum im. Bergera, zapalony cyklista, sprowadził do Poznania w 1898 roku pierwszy trójkołowy wehikuł z silnikiem spalinowym francuskiej firmy rowerowej Rochet. Miłość do motoryzacji zawładnęła Brzeskim całkowicie już wcześniej. W 1894 roku, w wieku zaledwie 19 lat, w warsztacie przy ulicy Święty Marcin 64 założył firmę St. Brzeski, która wrosła na niemal pół wieku w krajobraz miasta. Zajmował się naprawą welocypedów i samochodów. To pierwsza taka firma w Wielkopolsce. Brzeski szybko zamienia ją w sklep — sprzedaje rowery, ale również pierwsze samochody niemieckiej firmy Falke. Z czasem zaczyna sprowadzać automobile kilku firm, rozkręca też magazyn opon. Po wizytach we Francji, w Berlinie i Czechach, w 1907 roku został przedstawicielem marek Darracq, NAG, Laurin & Klement i Piccolo. Interes rozwijał się tak błyskawicznie, że musiał go przenieść na posesję przy ulicy Ludwiki 20 (dziś ul. Taczaka), za budynkiem dyrekcji kolei. W 1909 roku firma St. Brzeski Automobile zaczęła przyjmować zamówienia na mercedesy, a w 1910 roku ogłosiła, że przyjmuje zamówienia na adlera, adlera kleinauto, fiata i francuskiego brasier. Głównymi klientami Brzeskiego byli w pierwszym rzędzie wielkopolscy ziemianie.

Do kamienicy przy Berlinerstrasse 5 zaglądają również redaktorzy Dyonizy Królikowski z „Dziennika Poznańskiego”, pisma założonego przez samego Hipolita Cegielskiego, by opierać się naciskowi pruskiej administracji, i Tadeusz Powidzki, wywodzący się z Gniezna dziennikarz między innymi „Kuriera Poznańskiego”, gazety środowisk narodowych, sam zresztą członek Ligi Narodowej i działacz Sokoła. W młodości za przynależność do tajnego Towarzystwa Tomasza Zana został wydalony z Królewskiego Gimnazjum w Gnieźnie i skazany na sześć tygodni więzienia.

Do Fiedlerów przychodzi też pisarz Maciej Wierzbiński. Właśnie on, wielki miłośnik Anglii, najbardziej zapada w pamięć Arkademu. Być może dlatego, że pisze nie tylko artykuły, ale także powieści i sztuki teatralne. To Wierzbiński najczęściej dyskutuje z Antonim Fiedlerem o literaturze, sztuce, teatrze i przyrodzie. Po studiach w Berlinie, Antwerpii i Londynie, w 1900 roku Wierzbiński wraca do Poznania, pisze do tygodnika „Praca” i „Tygodnika Kujawskiego”. „Ja, siedząc jak trusia, cały zamieniałem się w słuch, by nie uronić żadnego ich słowa” — wspominał rozmowy ojca z Wierzbińskim Arkady Fiedler.

W 1906 roku Wierzbiński zostaje skazany przez niemiecki sąd na półtora roku więzienia za krytyczny artykuł o stosunkach w niemieckim korpusie oficerskim. Gdy wraca do Poznania po odbyciu kary, zostaje serdecznie przywitany uroczystą kolacją u Fiedlerów.

Twój ojciec jest zakładem?

Sześcioletni Arkady idzie do szkoły. Wyrastając wśród przyjaciół ojca, musi już być cokolwiek świadomy trudnego położenia Polaków w państwie niemieckim. Szkoła jest trzyletnia, niemiecka, nazywa się Bürgerschule, Szkoła Obywatelska. Chłopiec jest w stresie, zna język niemiecki „diabelnie słabo”. Gdy niemiecki nauczyciel spisuje jego dane i pyta Arkadego o zawód ojca, uczeń Fiedler ratuje się cytatem z niemieckiego szyldu ojcowskiej firmy.

— Chemigraphische Kunstanstalt[1]… — duka.

— Co? Twój ojciec jest zakładem? — szydzi nauczyciel.

Arkady najada się wstydu. Kończy się tym, że chłopak musi przynieść napisany przez ojca oficjalny list informujący o zawodzie Antoniego Fiedlera.

Po latach Arkady Fiedler przyzna, że nauka w szkole upłynęła „bez większych zgrzytów”. Po niemiłej przygodzie uczy się niemieckiego „jak opętany”. U schyłku życia wspomni dlaczego. Uświadomił sobie bowiem, że w niemieckiej szkole otoczony jest wrogością, a w domu przyjaźnią: „W domu snuło się nęcące plany i gdy nadchodziła niedziela, dzień, o rany! bez niemieckiej szkoły, plany wprowadzano w życie. Plany te znaczyły: Puszczykowo”.

Pierwszy głód przygody, czyli „prorocze majaki”

Oddalone o 14 kilometrów od Poznania Puszczykowo, wówczas znane oficjalnie jako Unterberg, na początku XX wieku jest szybko rozwijającym się lokalnym kurortem z leśną gospodą Waldfrieden i licznymi pensjonatami oraz punktami gastronomicznymi. Dzięki linii kolejowej Poznań — Wrocław od 1897 roku w każdą letnią niedzielę na wypoczynek w lesie nad brzegiem Warty ciągną tysiące mieszczuchów spragnionych żywicznego powietrza i plusku wody. W 1911 roku na trasie kolejowej uruchomiona zostaje nowa stacja — Puschkau, Puszczykówko, co niewątpliwie wzbogaca ofertę leśnych atrakcji dla Niemców (to oni dominują w pociągach) i Polaków z Poznania.

Ze wspomnień Arkadego Fiedlera wynika wprost: to właśnie tam, gdzie „Warta czyniła ostry zakręt”, w miejscu, w którym do rzeki wpada płytki dopływ o nazwie Wirynka, rodzi się jego podróżnicza pasja, głód poznawania świata i przygody. I zachwyt: dla przyrody, wody, potoków, sosen powykręcanych przez wiatry na skraju boru.

„Było tu w lesie tyle ustroni, zakamarków, zapadłości, polanek i łąk, że tłumy szybko się rozpraszały, a my, krocząc knieją wzdłuż Warty w stronę Poznania, już po kilkunastu minutach zachodziliśmy w zupełne pustkowie. Tak bezludne i dzikie pustkowie mogło się wydać skrawkiem puszczy amerykańskiej” — opisywał po latach te wyprawy z rodzicami.

— Oni jeździli do lasu, ale rozmawiali wtedy o puszczy jeszcze większej — opowiada syn Arkady Radosław. — Planowali, że kiedy mój ojciec podrośnie, to razem urządzą wyprawę do Amazonii.

Antoni z synem rozmawiają też o dziadku Arkadego, który był leśniczym. O jego śmierci pod pniem drzewa. I o tym, jak Antoni Fiedler, ojciec Artka, zasadził się z kolegami w lesie na jelenia. Ubili go strzałem z pistoletu zrobionego z klucza naładowanego prochem i zatkanego gwoździem. Takie opowieści rzeźbią wyobraźnię chłopaka.

W puszczykowskim lesie, nad brzegiem Warty, mały Arkady podpatruje też, jak ojciec „myśliwym sposobem” poluje z wędką na szczupaka. Tutaj sam łowi na muchę pierwsze uklejki, wędką z leszczyny wykonaną przez ojca. I to tutaj wraz z ojcem staczają prawdziwą bitwę — wyciągają z wody potężnego, bodaj dwunastokilogramowego szczupaka. „Potem ojciec dziwnie spojrzał na mnie, jakiś pełen dumy, i spokojnym głosem, jakby wydawał wyrok, rzekł pamiętne słowa: — Bez ciebie nie wyciągnąłbym go!” — wspominał u schyłku życia.

Wyprawy Fiedlerów kończą się zwykle na leśnej drodze do dworca w Puszczykowie — lub w restauracji Mandlowej. W lesie, pośród wysokich traw, mały Arkady miewa zwidy, wywołane lekturą pierwszych niemieckich książek o Indianach. Widzi czerwonoskórych wojowników, skradających się ku niemu: „A były to prorocze majaki i później niejeden raz przeżywałem podobne sceny, ale już na jawie, z żywymi Indianami”.

W wieku jedenastu lat wpada mu w ręce i oczarowuje go Hania Sienkiewicza. Młody Fiedler sięga więc po Szkice węglem, ale te nie przypadają mu do serca. Trzeci wybór, Listy z Ameryki, są już dla Arkadego prawdziwą intelektualną ucztą. Po latach przyzna, że na tej książce uczył się „jasności i obrazowości stylu”.

Wraz z kolegą Mieczkiem — Mieczysławem Rudzkim — starszym od niego o rok uczniem gimnazjum Marii Magdaleny, zaczytują się także w książkach Karola Maya. Te mogą czytać tylko po niemiecku. Fiedler przyzna później, że May był pisarzem słabszym od Sienkiewicza, ale „porywał młodocianych czytelników niemal do szaleństwa, że nie można było się oderwać od jego książek (…). To był iluzjonista wielkiej klasy”.

Choć początkowo Arkady i Mieczek traktują książki Maya z drwiącym uśmieszkiem, dwa lata później, gdy w ich ręce wpadają trzy tomy opowieści o Winnetou, przepadają kompletnie.

Młody Fiedler zaczytuje się też w książkach innego Niemca, Friedricha Gerstäckera. W przeciwieństwie do Maya, Gerstäcker zna Amerykę Północną z podróży i doświadczenia. Choć lubuje się w przydługich opisach, książki obu pisarzy ekscytują Arkadego i jego kolegę: to o nich dyskutują zawzięcie podczas wycieczek na Drogę Dębińską albo na Maltę.

Zwłaszcza ten drugi kierunek bardzo im odpowiada. Przez Stary Rynek, ulicę Wielką i Chwaliszewo dostają się zwykle na Ostrów Tumski, a stamtąd — kolejnym mostem — na Śródkę. Dalej są już łąki nad Cybiną i trawiaste wzgórze, na którym w 1919 roku poznaniacy usypią Kopiec Wolności. Mocno zalesiony teren działa na wyobraźnię chłopców. Wszędzie widzą Indian i ich wodza, Siedzącego Byka.

Podczas tych eskapad Arkady i Mieczek przechodzą czasem nieopodal murów pruskiego fortu Prittwitz — elementu Festung Posen, zbudowanego w latach 1887–1890 na Miłostowie. „Wrogie mury budziły gniew i zawziętość: w tej rdzennie polskiej okolicy fort Prittwitza pilnował nas jak niemiecki żandarm” — napisze po latach Arkady Fiedler. Właśnie wtedy, spoglądając gniewnie w stronę niemieckich umocnień, wraz z Mieczkiem snują plany odbicia Poznania dzielnica po dzielnicy.

Męskie sprawy

— Ach, tato! Tato! — krzyczy z podziwu, ale też pewnie ze strachu (a może i żalu) mały Arkady.

Dym wystrzału z drylingu ojca rozwiewa się powoli. W oddali koziołkuje potężny rogacz. Kula trafia dokładnie w komorę, strzał ojca jest idealny. Mały Arkady jest zachwycony.

Jest wiosna, kolejna wyprawa myśliwska z ojcem do majątku ziemskiego Kunowo. Mężczyźni, dorosły i ten mały, jadą zawsze wiosną lub jesienią pociągiem do stacji Buk, na której czeka na nich przysłana z dworu furmanka. Po kilkukilometrowej przejażdżce na myśliwych oczekuje już parterowy dworek, a za nim park z kwiatami i drzewami sprowadzonymi z różnych rejonów świata. Dla małego Arkadego kręte dróżki parku i uciekające spod drzew dzikie króliki stanowią wielką atrakcję.

Z wypraw tych chłopiec zapamięta przede wszystkim dreszcz, przeszywający go na huk wystrzału ze strzelby ojca. I widok zrywającego się stada kuropatw lub czmychającego zająca: „Ojciec prawie nigdy nie chybiał”.

W pamięć Arkadego zapadają też zakrapiane kolacje przy wielkim stole, podczas których myśliwi rozprawiają czasem o „dziwnych przejściach z dziwnymi kobietami”, zerkając przy tym ukradkiem na chłopca. Arkady jest mądry — przezornie odchodzi wtedy na bok, szukając sobie innego zajęcia. Najczęściej jednak dyskusje dotyczą myśliwskiego rzemiosła, sprzętu i leśnych przygód: „Był to fantastyczny świat. Przejęty, poiłem ucho; cały się rozpływałem” — wspominał.

W październiku 1901 roku ma siedem lat i po raz pierwszy sam się zasadza. W kunowskim parku, na króliki. Na łowy idzie z podarowanym mu przez ojca teszyngiem w dłoni. Broń załadowana jest śrutem. Serce mu wali, ręka drży. Skrada się do króliczych nor cicho jak Indianin. Czeka… Nagle — widzi królika. Zwierzę stoi słupka. Arkady celuje, naciska spust…

Huk!

W chmurce dymu widzi ruch królika. Zwierzę daje susa w krzaki. Pudło?

Przygnębiony wraca do dworu na kolację. Ma nadzieję, że nikt go o to nie zaczepi.

— No i co? — dopytuje jednak ojciec.

— Chybiłem… — przyznaje się.

— Jak daleko był?

— Piętnaście kroków…

Ojciec kładzie mu rękę na ramieniu, pociesza:

— To wydaje mi się niemożliwe!

Następnego ranka idą raz jeszcze sprawdzić miejsce strzału. I widzą, jak kłębiące się wiejskie kundle pożerają resztki królika. Znaczy: Arkady trafił!

Ojciec chwali syna, ale poucza:

— Prawdziwy myśliwy nie upadłby tak od razu na duchu i szukałby… Czy będziesz o tym w przyszłości pamiętał?

— Będę! — przyrzeka Arkady.

Gdy podrasta, majątek w Kunowie zostaje rozparcelowany. Antoni Fiedler zabiera więc nastolatka na polowania w lasy powiatu wągrowieckiego. Arkady nie zapamięta nazwy majątku. Doskonale wryje mu się za to w pamięć bażant, ustrzelony z lekkiej, bezkurkowej dubeltówki kalibru .24, kupionej przez ojca u braci Spechtów przy Ritterstrasse 3 (dziś ul. Franciszka Ratajczaka w Poznaniu). I wspólne z ojcem polowania na zająca na skraju lasu w Palędziu. A bodaj najmocniej — polowanie pod Środą, gdzie nieprzyjazny mu naganiacz sugeruje, że chłopak omyłkowo postrzelił jego czapkę. Myśliwi patrzą na Artka nieprzychylnie, choć śrut w dłoniach naganiacza jest inny od tego używanego przez chłopaka. Sprawę rozładowuje Antoni Fiedler — wciska hałaśliwemu naganiaczowi pięć marek, bo nie chce szumu.

— Czasem lepiej dać, niż wojować — tłumaczy synowi.

Przewagi na Błoniach Wildeckich

Nauki z Kunowa nie idą w las. Rady ojca przydają się Arkademu w innym starciu.

„Sztuki wojennej” chłopiec uczy na Błoniach Wildeckich (w miejscu, w którym dziś stoją ruiny stadionu Szyca). Chadza tam na spacery z wyżłem Tyrasem. Za każdym razem chłopca z psem obrzucają kamieniami wyrostki z Wildy. Gdy Arkady rzuca się w pościg, szczując napastników Tyrasem — uciekają w popłochu. Nie wiedzą, że wyżeł wygląda groźnie, a w rzeczywistości jest łagodny jak baranek.

Sytuacja powtarza się kilkanaście razy. Kres gradom kamieni i zwycięskim kontrofensywom kładzie ojciec Arkadego, który przychodzi raz na Błonie. Tłumaczy synowi, że taka zabawa to „trucizna”, bo wpaja im wszystkim najniższe instynkty.

„Nie, tego wtedy nie rozumiałem” — wyzna po latach Arkady. „Ale usłuchałem ojca, chociaż okrutnie żal mi było, że musiałem pożegnać się z czarownym widokiem pleców uciekającego przed nami wroga”.

Do Bergera, czyli fascynujący atlas świata

Na pomysł wpada profesor Mendelsohn, niemiecki Żyd wykładający chemię w Wyższej Szkole Realnej im. Bergera w Poznaniu. Kolega Antoniego Fiedlera od kart — spotykają się zwykle przy partyjce preferansa — podrzuca mu myśl, że syn właściciela zakładu chemigraficznego powinien zrobić karierę chemika.

Antoniemu Fiedlerowi pomysł się podoba. Tym bardziej że Arkady nie wykazuje na razie szczególnych zdolności w żadnym konkretnym kierunku. Można go więc w tym młodym wieku — tak sądzi dumny szef zakładu chemigraficznego — uformować jak plastelinę. Po Wielkanocy 1904 roku, jako dziewięciolatek, Arkady Fiedler zostaje gimnazjalistą, uczniem pierwszej klasy w gimnazjum Bergera.

Wybór rodziców wydaje się oczywisty: szkoła zbudowana jest według najnowszych europejskich wzorców. Ma 24 klasy lekcyjne, 12 sal, 3 laboratoria i salę gimnastyczną, pierwszą w Poznaniu. Jej fundator Gotthilf Berger (ma do dziś ulicę na Wildzie), który w 1861 roku przeznaczył na budowę obiektów szkolnych 70 tysięcy talarów, zaznaczył: „Mają być do niej przyjmowani po wsze czasy uczniowie każdego wyznania i każdej narodowości, bez jakiejkolwiek różnicy”. A to oznacza, że w szkole powinni się uczyć na równych prawach Niemcy, Polacy i Żydzi.

Na przełomie XIX i XX wieku idea fundatora zostaje jednak zawieszona: wzmaga się presja, jaką niemiecka kadra wywiera na polskich uczniów.

W 1904 roku budynek szkoły Bergera stoi przy ulicy Schützenstrasse (Strzeleckiej). Zbudowany na planie przypominającym podkowę, z powodu wież na czterech narożnikach przypomina nieco średniowieczny zamek. Stojący obok budynek biblioteki stylizowany jest na paryski Luwr (dziś w tym miejscu, przy ul. Strzeleckiej 11, w odbudowanym fragmencie budynku szkoły znajduje się Wydział Informatyki i Zarządzania Politechniki Poznańskiej). Ale Arkady nie jest zachwycony. „Zostałem gimnazjalistą w szkole, chyba — jak się później okazało — najmniej przydatnej. Chemia i fizyka nie odpowiadały mi, a jeszcze mniej odpowiadali mi koledzy szkolni: byli to przeważnie synowie pruskich urzędników państwowych, element polakożerczy” — wspominał.

Chłopak jest świadom, że niemieccy nauczyciele walczą o jego duszę. Ale wie też, że musi się uczyć. I to dobrze.

— Bo bez tego nie wyjdziecie na bojowych ludzi i pozostaniecie ludzkim ugorem — tłumaczą mu rodzice.

Jedyne, co podoba się Arkademu, to poranna droga do nowej szkoły. Schodząc w dół po Bergstrasse (Podgórnej), mruży oczy pod naporem wschodzącego słońca. Tego samego, które towarzyszyło mu w pierwszych tygodniach życia. Odbiera to jako dobry znak.

Miasto, w którym dorasta Arkady, gwałtownie się rozrasta. W 1902 roku zapada decyzja o zniwelowaniu murów fortecznych i bram wjazdowych do Poznania, które dotychczas trzymały miasto ściśnięte jak w gorsecie. Na zachód od rozebranej Bramy Berlińskiej powstanie niebawem nowa, monumentalna dzielnica z wielkimi gmachami publicznymi i masywną bryłą zamku cesarskiego. Ma być manifestacją niemieckiej potęgi i władzy nad miastem i Provinz Posen — a także przeciwwagą dla polskiego Starego Miasta. Do Poznania przyłączone zostają w 1900 roku nowe dzielnice, dotychczas wsie: Jeżyce, Wilda, Górczyn i Łazarz.

Zetknięcie z nową szkołą otwiera chłopcu oczy na szersze horyzonty: rodzice kupują mu kilkanaście podręczników. „Co książka, to nowa rozkosz i uczta” — zapisze we wspomnieniach. Największe wrażenie robi jednak na nim szkolny atlas świata Dircke’a i Gäblera: „(…) a świat był tam tak barwny i tyle istniało kuszących kontynentów i krain, i rzek, i mórz, że, oszołomiony, nie wiedziałem, na który specjał najpierw się rzucić. Jakże życie było bogate, a świat wspaniały, że gdzieś tam daleko płynęła Missisipi, że tłoczyła się puszcza w Kongo, a Himalaje i Kordyliery sięgały nieba”.

Z geografią nie ma więc żadnych problemów. Podobnie z francuskim, który jest dla niego oddechem w niemieckojęzycznej szkole. Matematyka też mu idzie, zwłaszcza gdy nauczać jej zaczyna nauczyciel, który wcześniej mieszkał w Argentynie i w matematykę wplata anegdoty z życia tamtejszych zwierząt. Najgorzej jest z lekcjami języka niemieckiego. Przez niemal rok męczy się nad lekturą Pieśni o Nibelungach. Dopiero gdy nauczyciel wprowadza dzieła Schillera, Arkady oddycha z ulgą. Ale najchętniej uczy się języka angielskiego; mimo że edukuje go zaciekły hakatysta, profesor Schultz. W pamięć wryje mu się cytat z admirała Nelsona: England expects every man to do his duty, Anglia oczekuje, by każdy spełnił swój obowiązek.

Arkady na swój użytek lubi zmieniać tę frazę: zamiast słowa „England” wstawia raz po raz „Poland”. To zdanie brzmi proroczo — i takowe się okaże, choć kilkanaście lat później. W styczniu 1919 roku, w wolnym już Poznaniu, świeżo upieczony podporucznik Arkady Fiedler w rogatywce z białym orłem i szablą u boku spotka profesora Schultza na pochyłości ulicy Podgórnej. Niemiecki nauczyciel z Bergera będzie mieć stracha, ale Fiedler potraktuje go łagodnie:

— Guten Tag, Herr Professor! — zagadnie życzliwie. I pokiwa mu serdecznie ręką na pożegnanie. Oszołomiony hakatysta odpowie tym samym gestem.

Innemu niemieckiemu nauczycielowi — profesorowi matematyki i fizyki z Bergera — Fiedler pomoże w styczniu 1919 roku zdobyć pozwolenie na wyjazd do Niemiec. Wystarcza mu wspomnienie, że akurat ten profesor był „morowy”.

Pierwsze opowiadanie, czyli heca z węgorzem

Na razie jednak jest wiosna 1905 lub 1906 roku (Arkady Fiedler sam nie był pewien). Artek z kolegą Felkiem Szmytem „bobrują” wzdłuż Warty po powodzi, która zalała szerokie łąki wokół koryta rzeki. Woda opada, ale pozostawia po sobie rozległe błota. Przeskakując przez jedną z kałuż, dostrzegają w niej żywego potwora.

Węgorz żyje, waży jakieś dwa kilogramy i ma ogromną wolę walki o życie. W chłopcach budzą się instynkty łowieckie, jednak węgorz jest śliski i sprytny. Nie chce dać się wyrzucić na ląd.

Po dwóch godzinach mordęgi kałuża przypomina zmąconą zupę. Chłopcy mają zgrabiałe z zimna dłonie. Drąg i łapanie przez chustkę nie pomagają. Dźganie potwora scyzorykiem — też na nic! Kapituluje dopiero po akcji czterech rąk, uzbrojonych w skórzane rękawiczki: „Sami byliśmy już tak zmachani, że nawet nie stać nas było na rzetelną radość” — napisze po latach Fiedler, być może z pewną przesadą odmalowując długość walki z bestią.

Okupiony ciężką pracą sukces zapada wszakże głęboko w pamięć Arkadego. Kilka dni później w tajemnicy przed rodzicami chłopiec siada nad kartką papieru. I po raz pierwszy przelewa na papier swoje emocje i wrażenia. Za kilka dni odważy się pokazać swoje dzieło ojcu.

Antoni Fiedler się wzrusza, oczy mu wilgotnieją. Delikatnie proponuje synowi dwie małe poprawki: skrócenie wstępu i uwypuklenie swoistego kontrastu: mała kałuża — wielki trud z wydobyciem węgorza. Widać, że jest szczęśliwy.

Kilka tygodni później pracę Arkadego czyta sam Maciej Wierzbiński. Chwali prosty, zwięzły styl, ale ma zastrzeżenia innego typu (zanotowane we wspomnieniach Fiedlera).

— Zbyt rychło w życiu wszedłeś na drogę pisania, to niebezpieczne — przestrzega chłopca.

Langestrasse 11, wyprawy do wrót raju

Arkady wraz z rodzicami znowu się przenoszą — tym razem na Langestrasse 11 (ul. Długa 11). Jest jesień 1905 roku, a powód przeprowadzki ciągle ten sam: zakład ojca dynamicznie się rozrasta. Nowe lokum mieści się na pierwszym piętrze i liczy sobie pięć pokoi, które Fiedlerowie wykorzystują równocześnie jako mieszkanie i biuro. W podwórzu, na parterze oficyny, lokuje się firma ojca Arkadego, to kilka obszernych pomieszczeń z możliwością wynajmu.

W tym domu Arkady Fiedler wreszcie zamieszka na dłużej — na 35 lat swojego życia.

Ojciec Arkadego w każdej wolnej chwili ucieka za miasto, na łono przyrody, nad rzekę i do puszczykowskiego lasu. „Tam szukał oparcia, natchnienia i znajdował siebie” — zapamiętał syn.

Arkady idzie u jego boku, towarzyszy ojcu w zabawach w polowania na zwierza albo w łowieniu motyli na łąkach na zachód od stacji kolejowej. Do tego ostatniego służą im siatki i sprzęt zakupiony w sklepie Niemca Meyera przy Wałach (dzisiejsza ul. Kościuszki w Poznaniu). Arkady asystuje ojcu, gdy ten rozstawia sztalugi i maluje akwarelą lub farbą olejną krajobrazy nadrzeczne, leśne pejzaże lub chłopskie zagrody. Większość tych płócien przepadnie w trakcie wojennej zawieruchy, ocaleją ledwie nieliczne.

Na obrazie autorstwa malarza Kazimierza Szmyta z około 1905 roku widać Antoniego Fiedlera w lesie, jak idzie przez knieję w długim płaszczu, z postawionym na sztorc kołnierzem i rękoma w kieszeniach. Na głowie wysoki, lśniący cylinder, na nosie binokle, w ustach, pod wąsem — długi wąski papieros. Wygląda na przemysłowca, biznesmena. Zza szkieł binokli przebija uważne spojrzenie.

Na zdjęciu z tego okresu, też wykonanym w lesie, widać wesołe towarzystwo: siedem elegancko ubranych kobiet i trzech mężczyzn, jednego pełnoletniego. Arkady siedzi z boku, obok matki, z siatką na motyle w dłoni. Na jego szczupłej twarzy pod kaszkietem błąka się ironiczny uśmiech. Sam napisze potem o sobie, że był wtedy piekielnym urwisem.

W wyprawach za miasto jego rodzinie towarzyszą zwykle kuzynki Lucia i Zosia, kuzyn Witold Kosidowski, brat Zenona i małżeństwo Marii (Maryni) i Mieczysława Auów. Ten ostatni, urzędnik w Banku Spółek Zarobkowych, wiedzie z ojcem Arkadego zażarte spory o książki.

Wbrew zdjęciu, na którym widać go u boku matki, we wspominkowej książce Mój ojciec i dęby swojej mamie poświęci niewiele miejsca. Głównym bohaterem będzie bez dwóch zdań ojciec.

Arkady uwielbia odkrywać z ojcem zakola i łowiska na Warcie, a także wspólne posiłki w cieniu dębów, popijanie kakao z butelki. Antoni opowiada synowi historie z lat szkolnych, uczula na piękno i paradoksy przyrody. Ot, choćby i na taki: krwiożercze ataki wielkich boleni na uklejki, rozgrywające się podczas sielanki pozornie błogiego południa. Bolenie nieodparcie kojarzą się Arkademu z piraniami, a Warta — z daleką, egzotyczną rzeką.

Podczas jednej z takich wypraw chłopcu zrywa się z haczyka spory szczupak. Arkady zmagał się z nim w milczeniu, więc ojciec pociesza go i komentuje:

— Trzeba w takim momencie krzyczeć.

Potem tłumaczy, że taki zabieg buduje wędkarską solidarność i pomaga łowiącemu osiągnąć sukces:

— Krzyknij, a ja w duchu pomogę ci go wyciągnąć — radzi.

Odtąd przez następne lata połowów ojciec i syn wesołymi okrzykami donoszą sobie o braniu szczupaka. „Czy to pomagało, nie wiem; natomiast wiem z całą pewnością, że pogłębiało to jeszcze bardziej przyjazne porozumienie między ojcem a synem — i na tym prawdopodobnie ojcu najbardziej zależało” — napisze Arkady po latach.

Kilogramowego szczupaka złowi trzy tygodnie później.

Cichym, skromnym, wycofanym świadkiem ich sukcesów wędkarskich jest stary Szulc, chłop z Rogalinka. To on wozi ojca z synem łodzią pod prąd na coraz to nowe łowiska. Sam zadowala się połowem płotek. Małomówny wiejski filozof zapada na zawsze w pamięć Arkadego: „Nigdy nie uwolniłem się od wrażenia, że stary Szulc był wcieleniem jakiegoś kapłana rzeki, może jej mitycznym władcą albo sługą, a gdy siedział nieruchomo nad wodą, trzymając w niej swoją wędkę na płotki, czasem wydawał mi się szamanem, dopełniającym ważnego obrzędu”.

Z biegiem lat dzięki wyprawom z ojcem Arkady poznaje dokładnie cały odcinek Warty pomiędzy Śremem i Poznaniem. Najlepiej zna niemal dwadzieścia zakrętów rzeki między Radzewicami i Rogalinkiem. Na wyobraźnię chłopca najmocniej działa głębia pod Radzewicami, pełna zatopionych konarów dębów — i ogromnych szczupaków oraz karpi. Zapamięta dziesięciokilowego szczupaka, złowionego tu przez ojca. I jeszcze większego, złowionego znacznie później przez przyjaciela ojca, Michała Łukowskiego. Miejsce to nazwie potem „zatajonym przedsionkiem i przedsmakiem Amazonii”.

— Gdy dorośniesz, pojedziemy razem nad Amazonkę — roztacza przed nim wizje ojciec, kiedy wieczorem, już przy Długiej 11, analizują kolejny wspólnie przeżyty intensywny dzień.

Arkady Radosław Fiedler:

— Gdy dziadek Antoni zmarł, ojciec został z tymi marzeniami o Amazonii. Na szczęście zaczął je realizować. Jak napisał w swoich książkach, chciał i umiał je po poznańsku urzeczywistniać, nadawać im wymierny kształt.

Motyle, czyli próba charakteru

Doświadczenia puszczykowskie kształtują młodego Arkadego. Poznaje wielu ówczesnych miłośników przyrody, znajomych i przyjaciół ojca — między innymi Adama Wodziczkę czy Karola Plucińskiego, dyrektora jednego z banków. Poznaje też to, co w życiu jest najważniejsze.

Lato 1907 roku. Arkady spędza je wraz z rodzicami u gospodarza w Puszczykowie Starym. Na pokrzywach łowi ogromne ilości gąsienic rusałki pawika. Obserwuje, jak z poczwarek wykluwają się dojrzałe motyle. Pewnego dnia jego pokój roi się od ponad stu motyli. Są wszędzie: na ścianach, suficie, firankach. Raj dla oczu!

Arkady zamyka okno, by nie uciekły. Wraz z rodzicami i przebywającym u nich w gościnie Plucińskim podziwiają barwny żywy obraz. Chłopak wpada na pomysł: za pomocą szklanki z cyjankiem potasu zabije motyle i sprzeda Niemcowi Meyerowi po osiem fenigów za sztukę.

Ale matka widzi, co się święci.

— Zabijać tyle motyli to prawdziwa rzeź — próbuje wpłynąć na syna.

Arkady jednak już policzył: za sto motyli dostanie 10 marek. A to oznacza czterdzieści „napoleoników” z kawą dla przyjaciół, które może postawić im w znanej poznańskiej kawiarni u Pfitznera na Starym Rynku. Dlatego upiera się, że motyle trzeba zgładzić i sprzedać.

— Lepiej wyjdę — mówi matka i wychodzi na dwór.

Na syna próbuje wpłynąć teraz ojciec.

— Będą ładne w gablotach, ale nie-ży-we — tłumaczy.

— Raz kozie śmierć — upiera się nadal chłopiec.

— Teraz pawiki jeszcze żyją, tak samo jak my żyjemy. I gdyby je wypuścić na powietrze, będą się cieszyły powietrzem tak samo jak my. Pomyśl o tym… — proponuje mu łagodnie ojciec.

A potem mówi, że idzie sprawdzić, co z mamą — i wychodzi.

Wtedy odzywa się Pluciński.

— Zapłacę ci 5 marek, jeśli tylko wypuścisz żywe motyle z pokoju — sugeruje.

I wychodzi.

„Do diabła, gorąco mnie oblazło na myśl, że zobaczyłbym pana Plucińskiego, jak sięga do kieszeni” — wspominał Fiedler. „On, tak bliski przyjaciel ojca i mój także, wypłacający mi wykup za życie motyli, jak ongiś wypłacało się dzikim Tatarom za ludzi w jasyrze. Ta myśl była nieznośna. Nie, nie, nie!”

Artka pali wstyd. Zrywa się więc, otwiera okna pokoju i wypędza motyle. Choć żal mu łupu, wreszcie odczuwa ulgę. A nawet radość.

Gdy Pluciński chce mu potem zapłacić, kategorycznie odmawia przyjęcia pieniędzy.

Ten epizod na zawsze zapadnie mu w pamięć: „Od wczesnej młodości mieniłem się przyjacielem zwierząt, ale, o ironio, nie przestałem ich zabijać przez długie jeszcze lata. (…) Zabijałem, a ileż to trwało czasu, żeby się z tego wydostać!? Ale wydostałem się. Dziś wiem: w jakimś stopniu pomógł mi wydostać się z dzikości ów lipcowy dzień w Puszczykowie Starym i pomogło tych serdecznych troje ludzi: matka, ojciec i Karol Pluciński”.

Rok czy dwa lata później Arkady ma w głowie przede wszystkim motyle nocne. Konkretnie wstęgówki, zwłaszcza rzadkie wstęgówki żółte (Catocala paranympha). Ich gąsienice żerują na tarninach, porastających skraje puszczykowskich lasów.

Przynętę sporządzają z ojcem z syropu zmieszanego z rumem. Smarują nią pnie drzew w pobliżu krzewów tarniny. Gdy godzinę czy dwie po zapadnięciu zmroku odwiedzają z ojcem i latarkami w dłoniach swoje „pułapki”, zacierają ręce: pełen sukces!

Otumanione rumem motyle dają się łatwo ująć.

Antoni Fiedler abonuje fachowe pismo „Enthomologische Zeitschrift”. Artek zaczytuje się w drukowanych w nim ogłoszeniach. Na jajach paranympha można nieźle zarobić! Kosztują więcej niż kurze jaja! — odkrywa.

Arkady chwyta samiczkę i — dzięki poradom Niemca Fischera — doczekuje się kilku jajek. Samiczka zdycha, ale chłopak się nie poddaje. Rok później z ojcem łapie trzy samiczki motyla. Wreszcie sukces: na podłożonych gałązkach tarniny składają ponad tysiąc jajeczek!

Arkady daje wtedy ogłoszenie do „Enthomologische Zeitschrift”. Przychodzą do niego zamówienia: z zachodnich Niemiec, a nawet z Francji i Szwajcarii. Wysyła jajeczka w trzonie ptasiego pióra, po 80 fenigów za tuzin. W Moim ojcu i dębach Fiedler chwali się, że w ten sposób zarobił pierwsze pieniądze: ponad sto marek!

Wybitny niemiecki entomolog z Heidelbergu prosi go o opis okolicy, z której pochodziły jajka motyli. Chłopak wysyła mu więc dokładny opis Puszczykowa.

Pomimo nazwiska, czyli niedoszłe Towarzystwo

— Przecież kolega, pomimo nazwiska, jest Polakiem i synem Polaka! Czy kolega jest Polakiem?

Pytanie pada z usta dwa–trzy lata starszego od Arkadego chłopca, wysłannika Towarzystwa Tomasza Zana. Tajna organizacja polskich gimnazjalistów konspiracyjnie pobiera naukę języka polskiego, historii i literatury, wzorując się na filomatach. Pierwsze koła Towarzystwa działały w Poznaniu od połowy XIX wieku, w 1877 roku doszło do ich konsolidacji. Konspiracja uczniów, wyrastająca ze sprzeciwu wobec germanizacyjnej polityki rządu niemieckiego, rozwija się dynamicznie i wykracza daleko poza granice zaboru pruskiego. Władze pruskie walczą z TTZ ostro: za przynależność do organizacji wyrzucają młodych z grona uczniów, często z zakazem nauki w jakiejkolwiek szkole na terenie Królestwa Prus. Tak było w Ostrowie, gdzie w 1863 roku relegowano ze szkoły 60 uczniów za spontaniczne odśpiewanie Boże, coś Polskę w trakcie nabożeństwa.

Delegat TTZ przychodzi do mieszkania Fiedlerów na Długą i apeluje do Arkadego:

— Dość wałęsania się po ulicach! Trzeba wstąpić do Towarzystwa i złożyć przysięgę wierności! Trzeba wiedzieć, kim był Kochanowski, a kim Rej. Dość nieuctwa!

Na wzmiankę o Kochanowskim w młodym Fiedlerze burzy się krew. Właśnie tydzień wcześniej czytał dzieła poety z Czarnolasu, więc czuje się dotknięty.

— Jakie są ostatnie słowa Trenów Kochanowskiego? — strzela pytaniem do delegata Towarzystwa.

Ten nie wie. Ale unosi się honorem i trzaska drzwiami.

Ponieważ Towarzystwo dociera też do Rudzkiego, kolegi Arkadego, obydwaj zastanawiają się, czy wstąpić do TTZ. Decyzję za nich podejmuje Jan Plackowski, przewodniczący Towarzystwa, starszy o cztery lata od Arkadego gimnazjalista z „Marynki”. Zaprasza Arkadego i Mieczka do siebie.

W mieszkaniu Plackowskiego czeka na nich „sąd” — kilku członków Towarzystwa siedzi za długim stołem, a przybysze muszą usiąść przed nimi, zupełnie jak na przesłuchaniu.

— Ho, ho! Cóż to za teatr paradny! Czy sąd robicie? — naśmiewa się Rudzki.

— Ależ nic podobnego, koledzy! Chodzi nam tylko o pewne wyjaśnienia… — tłumaczy Plackowski.

— Pewnie o wyjaśnienie, jakie są ostatnie słowa Trenów — dorzuca bezczelnym tonem Arkady.

Draka wisi w powietrzu, bo „sędziowie” są oburzeni. Sytuację uspokaja Plackowski, ale o akcesie do Towarzystwa nie ma już mowy. Arkady i Mieczek dość mają pyszałkowatości niedoszłych kolegów z TTZ. „A właściwie szkoda, że ominęło nas Towarzystwo” — napisze po latach Arkady Fiedler. Zdawał sobie zapewne sprawę, jak ważną rolę formującą odgrywały tajne koła TTZ. Prowadziły one tajne biblioteki z literaturą narodową, animowały — w niewielkich, konspiracyjnych grupach — tajne harcerstwo, wycieczki za miasto czy zawody strzeleckie. Słowem — organizowały czas polskiej młodzieży, przygotowując ją jednocześnie do przyszłej służby w odrodzonej Polsce.

Po utarczce z konspiratorami Arkady i Mieczek przyswajają sobie polską (i nie tylko) literaturę i historię własnym sumptem, bez pośredników. Niebawem dołącza do nich starszy o dwa lata Olko Szulczewski. Wspólnie zaczytują się w Trzech muszkieterach, a Odę do młodości i Pieśń Filaretów mają już nie tylko w pamięci, ale też w sercach. Gra w ich duszach, gdy pędzą nad Maltę albo do topoli na Drodze Dębińskiej. Wyobraźnia podsuwa im Góry Skaliste albo prerie i Indian.

„Nie pisz, Arkady, bo nie dasz rady”

Dwieście półarkuszy, wydrukowanych w firmie Antoniego Fiedlera na bezdrzewnym papierze z resztek innego zamówienia, robi niesamowite wrażenie. Autor: Arkady Reldeif, tytuł: Prerie. Każda z odbitek ma 8 stron. Zaskoczony Artek bierze się do lektury i od razu rozpoznaje początek swojego dzieła. Z wrażenia na moment traci głos:

— Tato, przecież… przecież nie wiem, kiedy skończę pisanie książki!

— Nic nie szkodzi, Artku! Ważne, że jest początek. Żeś zaczął, to jest ważne — tłumaczy cierpliwie ojciec.

Jest rok 1909. Arkady ma 14 lat i zmaga się ze swoją pierwszą powieścią.

Antoni Fiedler poszerza zakład o litografię i wielką maszynę drukarską. Tak uzbrojony, wypuszcza w świat setki tysięcy pocztówek patriotycznych w języku polskim. Czasy są trudne dla Polaków, władze pruskie i szkoła prześladują mówiących w tym języku. Ojcu Arkadego — na przekór tym wrogim aktom — marzy się wydawanie polskiego czasopisma literacko-artystycznego o bogatej szacie graficznej. A jego syn sięga po pióro.

Wszystko zaczyna się od podarunku otrzymanego od stryja Adama Kompfa, księgarza i poety z Kujaw. Artek dostaje od niego Słownik frazeologiczny Michała Arcta z 1905 roku.

To właśnie pod wpływem lektury słownika Arkady zaczyna pisać swoją pierwszą powieść. Po lekcjach, w tajemnicy przed ojcem. Bohaterami książki czyni Mieczka, Olka i siebie. Po ukończeniu szkoły bohaterowie jadą do Omaha nad Missouri, a potem na prerie. Spotykają Siuksów, polskich wychodźców — i typy spod ciemnej gwiazdy…

Najlepiej pisze mu się wieczorami, gdy rodzice wychodzą po kolacji w odwiedziny do przyjaciół. Pisze tak zajadle, że zupełnie zapomina o świecie. Raz w ferworze tworzenia przetrzymuje wracających rodziców na mrozie. Ojciec jest zły, uderza go w twarz i rwie zapisane kartki. Szybko jednak wilgotnieją mu oczy. Obejmuje syna za głowę. Godzą się.

Praca nad powieścią idzie wolno, po kilku miesiącach ślęczenia nad kartkami powieść ma ledwie 30 stron. Antoni Fiedler poucza syna:

— Każda powieść musi mieć głębszy sens. Inaczej jest szmirą, wypocinami.

Któregoś wieczoru Artek słyszy, jak ktoś głośno wypowiada jego imię. Zagląda do salonu… Widzi ojca, dumnie czytającego zaprzyjaźnionym artystom próbkę książki syna. Gdy Antoni Fiedler kończy, zapada kłopotliwe milczenie.

Przerywa je poeta Roman Wilkanowicz, dwudziestotrzyletni wówczas przyjaciel Antoniego, syn powstańca z 1863 roku (później będzie dezerterem z niemieckiej armii, powstańcem — i bardem powstania wielkopolskiego; a w okresie międzywojennym złośliwym recenzentem kulturalnych niedostatków swoich ziomków).

— No, no! Wcale, wcale sobie! Hm… — rzuca.

— Nie brak odwagi chłopczynie — dopowiada grafik Jan Wroniecki.

— I rozmachu — dodaje Wilkanowicz.

Ale już kilka dni później po Poznaniu krąży złośliwy rym: „Nie pisz, Arkady, bo nie dasz rady”. Wieść niesie, że ukuł go sam Wilkanowicz, który za kilka lat założy własne pismo satyryczne pod jakże wymownym tytułem „Pręgierz” (upadnie szybko z powodów finansowych, ale doczeka się wznowienia w okresie międzywojennym).

Antoni Fiedler udaje, że tego nie słyszy. Zaprasza do siebie Śniegockiego, Rucińskiego i Wierzbińskiego i podsuwa im początki pisarstwa syna. Goście wyrażają się o nich krytycznie, acz bardziej życzliwie.

Jakiś czas później Antoni Fiedler pozostawia syna ze świeżo wydrukowanym arkuszem Prerii w dłoniach.

— Dasz sobie radę, więc pisz, Arkady! — Uśmiecha się przekornie.

Młody Fiedler nigdy Prerii nie ukończy, napisze ledwie kilka rozdziałów. Ale radę ojca weźmie sobie głęboko do serca.

Po raz drugi chwyta za pióro dwa lata później, już jako szesnastolatek, gdy jego ociec wydaje pismo literacko-artystyczne „Życie”. Za namową taty pisze nowelę opisującą zaobserwowaną na łąkach pod Sowińcem scenę polowania jastrzębia na czajkę. „Wypadła całkiem nieźle, dała się czytać. Byłem wtedy w niższej prymie i w normalnych, szkolnych opałach, więc po napisaniu odłożyłem znowu pióro na szereg lat — niewątpliwie z pożytkiem dla siebie” — wspominał w książce Mój ojciec i dęby.

W tym samym 1911 roku ojciec Arkadego drukuje jednak w swoim dwutygodniku „Życie” kolejne opowiadanie syna. Chłopak opisuje w nim jedną z obozowych nocy spędzonych z Felkiem Szmytem, synem artysty malarza, pod namiotem rozstawionym u brzegów Warty. A Felek ilustruje opowieść wesołymi rysunkami.

Arkady i Felek często zapuszczają się z namiotem nad Wartę. „Czar szedł od naszych ognisk i trzasków suchych gałęzi, tajną rozkoszą darzyło nas gotowanie pokarmu, rozbijanie namiotu, leżenie na samej ziemi. Spływała wtedy na nas jakby zuchowatość pionierów Dzikiego Zachodu i doznawaliśmy uczuć Indian na preriach” — opisywał po latach swoje emocje Arkady Fiedler.

Arkady zaczytuje się wtedy w powieściach Adolfa Dygasińskiego. Jego Puszcza nieodparcie kojarzy mu się z nadwarciańskimi łąkami, romantycznymi dębami, olchami i głębokimi starorzeczami, pełnymi szczupaków. Wraz z Mieczkiem Rudzkim upajają się też lekturą przygód Robinsona Crusoe — a także niemieckimi książkami o Czejenach i Dzikim Zachodzie.

A Antoni Fiedler wielokrotnie powtarza synowi, poprawiając okulary:

— Wyobraźnia to najcenniejszy dar niebios.

Pierwsza wielka miłość i pierwsze straty

Lipiec 1911 roku, Sopot. Wypoczywający w słynnym kurorcie nad Bałtykiem wraz rodzicami szesnastoletni Arkady poznaje na plaży grupkę rówieśników — warszawianek i warszawiaków. I niemal natychmiast zakochuje się „piorunem i na zabój” w jednej z dziewczyn. Nie ma jednak okazji jej pocałować.

O pierwszej miłości Fiedlera niewiele wiadomo. W swoich wspomnieniach nie wymienia nawet jej imienia, o jej wyglądzie nie wspominając. „Łupnęło mnie tak dokumentnie, że w następnych miesiącach, będąc już w Poznaniu, chodziłem jak oczadziały i na św. Michała przyniosłem złe świadectwo, a w następnym roku, na Wielkanoc, nie dostałem promocji do wyższej prymy. Przepadłem w historii i chemii. Śmieszne: nie dopisała pamięć” — tak opisał dramatyczne efekty swojego pierwszego poważnego zadurzenia.

Pociechy szuka w Trylogii Sienkiewicza. Idzie to słabo, skoro nawet jej bohaterowie przypominają mu poznanych w Sopocie warszawiaków, zwłaszcza jego pierwszą miłość. W jaki sposób — tego już we wspomnieniach nie wyjaśnia.

Niepowodzenie syna w szkole i strata czesnego spada na rodziców jak grom z jasnego nieba. Martwią się, ojciec przypłaca to chorobą płuc, ociera się o gruźlicę. Winna jest też wieloletnia praca w złych warunkach, w oparach kwasu i cyjanku.

„Całymi miesiącami w sypialni ojca unosił się zapach kreozotu, a ja z przerażeniem po raz pierwszy sobie uświadomiłem, że mógłbym stracić tego najlepszego przyjaciela i towarzysza. (…) Popłakiwałem po kątach, bezradny i bezsilny, nie mogąc ojcu w niczym pomóc” — opisał te chwile Arkady Fiedler.

Terapia ojca trwa kilka miesięcy, Antoni Fiedler staje wreszcie na nogi.

Poprawiają się też oceny Arkadego. Chłopak czuje się winny zgryzot rodziców. W powtórzonej prymie ma nowych nauczycieli. Dobrze radzi sobie z językiem francuskim, nieźle stoi z matematyką i fizyką. Nawet język angielski — mimo że znowu uczy go i prześladuje profesor Schultz, zdeklarowany hakatysta — nie stanowi dlań problemu. Maturę zdaje w lutym 1914 roku, jako jedyny Polak w swojej klasie.

[1] Chemigraficzny zakład artystyczny (niem.).

ROZDZIAŁ 2

PRAGNIENIE ŻYCIA

Czarny Orzeł wyciąga szpony, czyli Arkady stara się przetrwać

Pod Mickiewicza i na Jagiellonkę!

W domu Fiedlerów patriotyczne wzmożenie. Wieczorami na kolacjach zbiera się poznańska cyganeria. A w zakładzie ojca Arkadego wydawane są nie tylko artystyczno-literackie czasopisma „Tęcza” i „Życie”, ale również roczniki Stowarzyszenia Artystów w Poznaniu, Herby szlachty polskiej Leszczyca czy dramaty Kazimierza Strzyżewskiego. A także miesięcznik towarzystwa „Iskra”, „Głos Młodzieży”.

Ledwie pół kilometra od mieszkania Fiedlerów, na placu za kościołem św. Marcina, stoi od 1859 roku pomnik Adama Mickiewicza, świeżo przebudowany w 1904 roku. W niedzielę 20 lipca 1913 roku zbierają się przy nim Polacy upominający się o poszanowanie swoich narodowych praw. Gdy pruska policja konfiskuje wieniec z biało-czerwoną szarfą, który Józef Bronisz, członek towarzystwa samokształcącej się młodzieży „Iskra”, składa pod pomnikiem wieszcza, dochodzi do zamieszek. Na niemieckich policjantów lecą kamienie i butelki. Wśród około tysiąca demonstrantów jest też niespełna dziewiętnastoletni Arkady. Pruski policjant już chwyta go za kołnierz, gdy nagle… ktoś uderza go kijem w tył głowy! Uwolniony chłopak zbiega z miejsca demonstracji.

Zamieszki trwają do wieczora, policja odpowiada aresztowaniami 38 najbardziej aktywnych Polaków, członków manifestacji. W grudniu 1913 roku staną przed sądem, który wyda wyroki od kilkudziesięciu marek grzywny do trzech miesięcy więzienia.

Narodowa świadomość Arkadego jest już wtedy rozwinięta. Kilka lat wcześniej, w 1910 roku wraz z rodzicami jedzie do Krakowa na uroczyste odsłonięcie pomnika Władysława Jagiełły w 500. rocznicę zwycięstwa pod Grunwaldem. Noszące ślady dawnej świetności stolicy Królestwa Polskiego miasto olśniewa szesnastolatka. Być może właśnie wtedy, na fali patriotycznego uniesienia, w gronie rodzinnym rodzi się plan posłania Arkadego na Jagiellonkę.

W marcu 1914 roku Arkady jest już po maturze. Jedzie pociągiem do Krakowa, by podjąć tam studia z historii literatury. „Postanowiliśmy, że przystąpię do zakładu i wydawnictwa ojca jako redaktor po uzyskaniu doktoratu filozofii” — napisał we wspomnieniach. „Postanowiliśmy” oznacza, że po rozmowach z rodzicami. Po długich dyskusjach o tym, co dla Arkadego Fiedlera będzie w życiu najlepsze.

Arkady jedzie po raz pierwszy na dłużej sam poza dom. Z budżetem stu marek w kieszeni stać go na spory pokój przy Łobzowskiej, kilka kroków od Plant. Ma to znaczenie, bo Kraków szalenie mu się podoba. Jednak na uniwersytecie przeżywa rozczarowanie. Austriacki system nauczania jest kostyczny: aby zostać doktorem filozofii, Fiedler musi najpierw zdobyć szlify profesora gimnazjalnego. A lata w oświacie wcale mu się nie uśmiechają — nie po to tu przyjechał.

Rodzice podzielają punkt widzenia syna, ale wyrażają zgodę, by — skoro już mieszka pod Wawelem — liznął nieco uniwersyteckiego życia. Arkady pozostaje w Krakowie do lipca, w sumie niemal przez cztery miesiące. Słucha wykładów Michała Sobeskiego, Ignacego Chrzanowskiego i Stanisława Windakiewicza. Zawiązuje też przyjaźnie z młodymi artystami — malarzami Janem Hrynkowskim, Władysławem Krzyżanowskim i „którymś z Pronaszków”, czyli Zbigniewem lub Andrzejem. „Meisterklasiści’ z Akademii Sztuk Pięknych są częstymi gośćmi w pokoju przy Łobzowskiej. Hojnie wyposażony w marki Fiedler uchodzi wśród utalentowanej gołoty za „nababa”, mieszkają więc u niego, stołują się i bawią. Snują wizje jesiennego wyjazdu do Paryża, fantasmagorie o młodych Francuzkach, Moulin Rouge i o Paulu Gauguinie.

Gdy w lipcu bractwo żegna Fiedlera na dworcu w Krakowie, przyrzekają sobie raz jeszcze, że w październiku spotkają się na Champs Elysées.

I tylko gdzieś w tle widać niepokojące nagłówki gazet o zamachu w Sarajewie. Świat staje nagle na krawędzi katastrofy.

Łajno w dłoniach, czyli wojna

W sobotę 1 sierpnia 1914 roku do mieszkania Fiedlerów na Langestrasse wpada Mieczysław Rudzki.

— Wojna! — krzyczy od progu do Arkadego. A zaraz potem: — Tabory! Tylko one pozwolą nam przeżyć!

Tego dnia cesarskie Niemcy, poczuwając się do sojuszu z Austro-Węgrami, które od trzech dni są już w stanie wojny z Serbią, wypowiadają wojnę carskiej Rosji, uruchamiając cały łańcuch kolejnych konfliktów. Dwa dni później cesarz Wilhelm II wypowie wojnę Francji, a jego wojska wkroczą na teren Belgii. 4 sierpnia wojnę Niemcom wyda Wielka Brytania, rozciągając kordon blokady handlowej na morzach i oceanach.

Młodzi doskonale zdają sobie sprawę, co im grozi. Arkady porzucił niedawno myśl o studiach, zakładając, że rozpocznie je wiosną 1915 roku — w Monachium albo w Berlinie. Wybuch Wielkiej Wojny unieważnia wszelkie dotychczasowe rachuby.

Po powrocie z Krakowa Arkady zdąży jeszcze tylko wybrać się z przyjaciółmi na obóz na Białej Górze pod Sowińcem. Dopiero po latach pojmie, że była to jego ostatnia młodzieńcza przechadzka po tych łąkach.

Fiedler idzie za radą Rudzkiego. Nie chcą być mięsem armatnim Kajzera, więc wyprzedzają to, co wydaje się nieuchronne: zgłaszają się w niemieckich koszarach jako jednoroczni ochotnicy wojenni. Rodzina Fiedlera dziś już nie wie, w których koszarach. Wiadomo, że na terenie Poznania.

Niemcy traktują Arkadego i Mieczka podejrzliwie, bo ochotników do taborów jest nadspodziewanie wielu, zwłaszcza Polaków i Żydów. Zlecają więc im najgorsze prace przy koniach. Fiedler i Rudzki noszą łajno, przeganiani przez krewkiego wachmistrza, któremu nie podoba się, że stojący na baczność Arkady się uśmiecha. Ze wspomnień Fiedlera wiadomo, że wcale się nie uśmiechał, na twarzy miał jedynie grymas napięcia, który Niemiec wziął za ironiczny uśmiech.

— Wiem od ojca, że nosili końskie łajno gołymi rękoma, bez rękawic. Taki był przymus, żeby ich zgnębić, przyzwyczaić do brudnej roboty — relacjonuje Arkady Radosław Fiedler.

— Niemcy chcieli pokazać Polakom miejsce w szeregu? — dopytuję.

— Prawdopodobnie. Bo rekruci poznańscy to byli najczęściej Polacy.

Na razie Arkady i Mieczek mogą nocować w rodzinnych domach, bo koszary są pełne rekrutów. Arkady jest zwykle tak zmęczony, że zasypia przy kolacji. Na czwartą rano musi być znowu w koszarach. Nieliczne wolne dni w całości przesypia.

We wrześniu 1914 roku — zmiana. Zostaje przydzielony do kolumny amunicyjnej, która ma dowozić pociski niemieckiej artylerii na froncie we Francji, w rejonie Ardenów (gdzie dokładnie, nie wiadomo). W lasach siedzą francuscy partyzanci — ale to nie oni są problemem. Największe nieprzyjemności czekają na Fiedlera w jego szwadronie. Składa się on z niemieckich bauerów z Niederschlesien, czyli Dolnego Śląska. Jeden z podporuczników jest oburzony, że ma w oddziale Polaka, który studiował na „polskim uniwersytecie” w Krakowie. Niemieccy rekruci dogryzają więc jedynemu w ich oddziale „Polaczkowi”.

Arkady odkrywa jednak, że wcale nie jest jedyny. Któregoś dnia brodaty szewc szwadronu z Görlitz (Zgorzelca) potajemnie ściska mu dłoń i szepcze po polsku:

— Trzymaj się, bracie! Też jestem Polakiem!

To dodaje Arkademu otuchy. Często rozmawiają szeptem na uboczu.

Odette, ach, Odette

Na pierwszej kwaterze we Francji, we wsi niedaleko dworca, Fiedler mieszka ze swoją sekcją u bogatego chłopa. Gdy Francuz dowiaduje się, że Arkady jest Polakiem, zaprasza go, by skorzystał w wolne od służby dni z jego pokoju gościnnego.

To powiew świeżości w trudnych frontowych relacjach Fiedlera z Niemcami. Po wieczerzy bierze lampkę stajenną, siada z nią w pokoju gościnnym Francuza i przez godzinę lub dwie pisze ciąg dalszy swoich Prerii — powieści, której dobrze zapowiadający się początek wydrukował jego ojciec. Tak przynajmniej przedstawił to w swoich wspomnieniach, w książce Mój ojciec i dęby.

Wieczorne wypady Polaka do Francuza budzą podejrzenia w oddziale. Arkady tłumaczy się, że uczy się francuskiego — gospodarz ma wszak bogatą biblioteczkę.

Pisze książkę ołówkiem, z radością. Ale… ktoś mu przeszkadza.

Odette, córka gospodarza, jest „ładna i zgrabna”, ma „długie rzęsy” i pachnie mlekiem, bo pomaga rodzicom przy krowach. A w dodatku jest w wieku Arkadego. Zaciekawiona widokiem Polaka ślęczącego przy lichym świetle nad kajetem, nachodzi go i wypytuje. Gdy Fiedler zwierza się, że pisze książkę o ranczo polskich hodowców w Wyomingu, dziewczyna prosi go, by znalazł dla niej miejsce wśród bohaterów powieści. Arkady przystaje na to, choć droczy się z nią:

— Ale zabrać ciebie jako co?

— Jako dobrą towarzyszkę — odpowiada Odette.

— Phi!

— To zabierz mnie jako dobrą metresę! — wybucha Francuzka.

Przed snem Fiedler coraz częściej rozmyśla o Odette. A Odette zapewne o swoim „Polonais”. Raz omal nie dochodzi między nimi do pocałunku — w decydującym momencie do pokoju wchodzi jednak ojciec dziewczyny.

„Nie, nie było mi wtedy pisane” — przyzna po latach Fiedler.

Zazdrośni kamraci frontowi z Niederschlesien dbają, by Arkademu się nie powiodło. Niejaki Kruschke zakłóca jedno ze spotkań Polaka z Odette.

— Wird trictrac gemacht? Było spółkowanie? — pyta wulgarnie.

Dziewczyna reaguje gniewem. Oskarża Polaka, że ten opowiada Niemcom o swoich spotkaniach. Arkady zaklina się, że to nieprawda, jednak bezskutecznie. „Czarowna amfora naszych wzruszeń, paskudnie roztrzaskana przez grubianina, przepadła nam. Już nie potrafiliśmy odtworzyć jej od nowa” — napisze Fiedler.

Kilka dni później kolumna amunicyjna dostaje rozkaz wymarszu w stronę frontu. Arkady rozmawia z Odette po raz ostatni. „Przyrzekaliśmy sobie wszystko, wierząc, że dotrzymamy wszystkiego; nie wiedząc, że nie dotrzymamy niczego” — podsumował z nutą goryczy u schyłku życia ten frontowy romans.

Wielka Wojna dopominała się o swoje.

Paskudztwa wszelakie

Koniec 1914 roku na froncie we Francji jest krwawy. Po paru miesiącach hekatomby armia Kajzera potrzebuje odwodów na pierwszej linii. Wypychają więc Fiedlera z taborów do piechoty. Ale żeby mógł chwalebnie zginąć, musi najpierw przejść szkolenie w Krotoszynie.

Młody Fiedler, jak wielu jemu podobnych polskich poborowych, próbuje uniknąć losu mięsa armatniego. Pomagają mu w tym ojciec i przyjaciele z Poznania. Z początkiem 1915 roku do pułku piechoty w Krotoszynie dociera rozkaz przeniesienia Arkadego Fiedlera na kurs sanitarny w Poznaniu. Choć feldfebel, dowódca Fiedlera, wścieka się, musi wykonać rozkaz.

W poznańskich szpitalach Fiedler styka się z dziwnymi czy też „polskimi” chorobami: „Tysiące Polaków broniło się, osłabiając własne ciało całym arsenałem paskudztw: zastrzykami, trucizną, głodówką, łamaniem sobie kości u rąk czy nóg, atropiną i pozornym obłędem. Był to prawdziwy front wewnętrzny, na czele którego stało wielu poznańskich lekarzy i aptekarzy. Między nimi dr Celestyn Rydzewski, dr Bolesław Krysiewicz, dr Ireneusz Wierzejewski, biolog dr Krzyżankiewicz, dr Leon Lakner, aptekarze Kazimierz Kłaczyński, Jan Szadkowski, Edmund Mende i wielu innych”.

W ten sposób od służby w pierwszej linii miga się kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Wielu z nich przeżyje dzięki temu wojnę — by potem jako powstańcy wielkopolscy wyzwolić swój region.

Fiedler zostaje sanitariuszem. Wraz z kilkoma Polakami tworzą zgraną paczkę, uczepioną przez długi czas pociągu sanitarnego. Komendantem pociągu jest Niemiec, młody podporucznik, lekarz. Pod jego dowództwem zwożą z frontu zachodniego do poznańskich i innych szpitali w Niemczech tysiące rannych. Kumulacja ich wysiłku następuje w 1916 roku, gdy na zachodzie rusza niemiecka ofensywa pod Verdun. Na sanitariuszy i służby medyczne spada lawina rannych i okaleczonych.

Fiedler awansuje — dostaje stopień kaprala. Zostaje dysponentem rannych żołnierzy. To on decyduje, do których szpitali w Niemczech trafiają. Polaków stara się lokować możliwie blisko domu. Raz, w 1917 roku, transportuje do szpitala kilkunastu rannych oficerów brytyjskich. Jak wspominał po latach, holuje ich w miejsce, gdzie mają pewność ludzkiego traktowania.

Mieszka w przedziale wagonu, jak na warunki wojenne całkiem nieźle. Mała stabilizacja powoduje, że zapisuje się na wydział filozoficzny Uniwersytetu Berlińskiego, podejmując zaoczne studia polonistyczne na temat powieści polskiej z drugiej połowy XIX wieku. Ale nic z tego. Choć wypożycza książki z księgarni Cybulskiego przy Świętym Marcinie, szybko odkrywa, że polska literatura nie odpowiada na najbardziej aktualne pytanie: po co kontynuować tę wojenną masakrę? Odsyła więc książki do Poznania.

Wielkie, niezatarte wrażenie wywiera za to na nim Henryk Dawid Thoreau, dziewiętnastowieczny „leśny filozof”, nazywany „amerykańskim Rousseau”. W jego książce Walden, czyli życie w lasach, czytanej w 1917 roku — w trzecim roku wojny — odnajduje Arkady tę samą miłość do przyrody, jaka zaprowadziła go do nadwarciańskich dębów.

W ratowaniu ofiar masakry Fiedler i inni Polacy radzą sobie na tyle dobrze, że gdy wyższe dowództwo chce ich znowu wypchnąć na front, kierownictwo pociągu sanitarnego wybawia ich z każdej opresji.

Praca przy rannych wyczerpuje. Fiedler postanawia wracać do Poznania. W pierwszych dniach 1918 roku zjawia się w rodzinnym domu. Skutecznie opiera się komisjom lekarskim, które chcą go skierować na front. Odnajduje Wicka — Wincentego Wierzejewskiego, druha ze skautów, który ukrywa się po dezercji z armii niemieckiej. Wraz z innymi kolegami z samokształceniowej organizacji „Iskra” zaczynają rozmyślać o przejściu do polskiej konspiracji.

Debiut w „Zdroju”

Gdy Arkady jest na froncie, jego rodzina w Poznaniu przymiera głodem. Fiedlerom pomaga Michał Łukomski, dawny towarzysz wspólnych wypraw nad Wartę, z zawodu młynarz. Przywozi na Długą niejednego prosiaka.

Bieduje też zakład ojca Arkadego przy ulicy Długiej. Polega na polskich zamówieniach, których teraz brakuje. Jest bliski bankructwa. Antoni Fiedler nie jest w stanie spłacać rat za zakupione w Lipsku maszyny litograficzne i drukarskie. Fabryka odbiera je więc bezwzględnie, Antoniemu Fiedlerowi zostaje jedynie stary, zużyty sprzęt chemigraficzny.

W listach pisanych z domu do Arkadego pojawiają się niepokojące wzmianki o kłopotach ojca z sercem. Pod ich wpływem Arkady pisze swoistą elegię, nawiązującą stylem do twórczości Tagore:

Tato, nie odchodź ode mnie,

dopóki nie spłacę ci długu,

jaki u ciebie na życie zaciągnąłem,

a spłacę ci, gdy zmężnieję.

Nie zostawiaj mnie samego!

Otuchę przynoszą mu Źdźbła trawy, pisane prozą wiersze Walta Whitmana, gorący protest przeciwko wojnie. Pod wpływem amerykańskiego twórcy pisze cykl poematów prozą pod tytułem Czerwone światła ogniska — zapis dawnych wrażeń z beztroskich czasów skautowskich. Próbkę talentu Fiedlera ukazuje fragment wiersza Dym:

Dym?

Mówisz: dym, prozaiku suchy jak ryba morska a oziębły jak monokl dżentelmena angielskiego?

To nie dym! Nie dym!

Czekaj, powiem!

Wraca wdowa z cmentarza a wichr porywa jej welon żałobny.

To welon żałobny wdowy wracającej z cmentarza. —

Czekaj, to ponury korowód ludzi posępnych, dążących za trumną. —

To smutny łańcuch czarnych dni pokuty, zrodzonych z ognia namiętności, przerażającej jak okrzyk ostatni. —

Albo to zaduma smętna śnieżnego lirnika płaczącego nad stepami. —

Albo to świętość kadzidła ofiarnego. Czy słyszysz śpiewne modły druida? (…)

Poematy dwudziestodwuletniego Fiedlera ukazują się w 1916 roku na łamach „Zdroju” — nowo powstałego dwutygodnika „poświęconego sztuce i kulturze umysłowej”, założonego w Poznaniu przez Jerzego Hulewicza. W „Zdroju” publikują nie tylko Stanisław Przybyszewski i Adam Bederski, ale także Zenon Przesmycki, Jan Kasprowicz, Jarosław Iwaszkiewicz czy Stanisław Kubicki. Arkady Fiedler debiutuje więc w doborowym towarzystwie polskich ekspresjonistów.

Poematy Fiedlera wpadają w oko najwybitniejszym. „Rzeczy Fiedlera są istotnie bardzo piękne. Trzykrotnie je wraz z żoną czytaliśmy. Drukuj pan bez namysłu Dym, Dziewanna (przede wszystkim) i Skraw papieru” — pisze Stanisław Przybyszewski w liście do Jerzego Hulewicza, który Fiedler zachował w swoich archiwach. Dodaje: „I Roznieć ognisko, towarzyszu byłoby doskonałe, gdyby tego poematu nie psuł snobistyczny aprosdoketon końcowy: »Siądźmy, zgotuję wodę do herbaty«. W tej chwili raz jeszcze przeczytałem i zrozumiałem — nie! nie! — to wcale nie snobistyczne — przeciwnie! Ten jego towarzysz to ten wiecznie głupi mózg, który najcudowniejsze wizje mąci swoim ordynarnym codziennym pożytkiem: drukuj Pan wszystko, prócz Komara i Kosówki”.

Rok 1916 warto zapamiętać — Arkady Fiedler po raz pierwszy zostaje zauważony na forum literackim.

Hiszpanka i konsekwencje

Kontakt z chorymi powoduje pierwszy poważny kryzys zdrowotny w życiu Arkadego. Zimą 1918 roku zapada na hiszpankę, grypę zbierającą straszliwe żniwo po obu stronach oceanu. Przechodzi ją ciężko, rekonwalescencję odbywa w wojskowej lecznicy w Puszczykowie, kierowanej przez niemieckiego porucznika w starszym wieku. Do lecznicy co kilka dni wpada komisja lekarska, by wychwycić „ozdrowieńców” i wysłać ich natychmiast na front.

Antoni Fiedler działa. Ratunek dla syna widzi w zaaranżowanym polowaniu, które ma udobruchać prowadzącego lazaret oficera. Pomysł podsuwa mu Tadeusz Gertych, przyjaciel i myśliwy z Łazarza. Wczesną wiosną organizuje on polowanie na kuropatwy na dzierżawionych przez siebie terenach myśliwskich między Łazarzem, Górczynem a Dopiewem. Stary leutnant nie ma dobrego oka i pewnej ręki — chybia na potęgę. Kiedy jednak Antoni Fiedler wręcza mu dwie kuropatwy, które sam ubił, Niemiec nie odmawia.

— O tym polowaniu i o swojej hiszpance ojciec nigdy nam nie opowiadał. Nie przypominam sobie, bo ojciec zawsze był zdrowym człowiekiem i raczej nie miał problemów zdrowotnych, zarówno jako młody, jak i później w wieku dojrzałym, a nawet starszym. Zdrowie nigdy nie zaprzątało jego uwagi, więc o tym się nigdy nie rozmawiało — komentuje Arkady Radosław Fiedler.