FC Mezzi 5 - Dziewięć na dziewięciu - Daniel Zimakoff - ebook

FC Mezzi 5 - Dziewięć na dziewięciu ebook

Daniel Zimakoff

0,0
4,99 zł

lub
Opis

FC Mezzi rozpoczyna nowy sezon, w którym zmieniają się reguły gry. Od teraz będą grać w dziewiątkę, na większym boisku, i w dodatku z uwzględnieniem pozycji spalonej! Drużyna ma już teraz własny dom klubowy. Janek jest zakochany w Uli, a ona zdaje sięodwzajemniać jego uczucia. Czy zostaną pierwszą w klasie parą? Jednak gdy Janek dowiaduje się, że istnieje możliwość, że dziewczyny zrezygnują z grania w piłkę na rzecz tenisa, przestaje zachowywać się jak prawdziwy kapitan drużyny...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 45




Daniel Zimakoff

FC Mezzi 5 - Dziewięć na dziewięciu

Saga

FC Mezzi 5 - Dziewięć na dziewięciuTytuł oryginału: FC Mezzi 5 - Ni mod niPrzełożyła: Agnieszka MaryniakCopyright © 2014, 2019 Daniel Zimakoff i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711858127

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

JANEK: Kocha grać w piłkę. To jego żywioł. Doskonale wczuwa się w grę, a do tego jest bardzo szybki i wytrzymały. Nie przepada za ciężkimi akcjami ofensywnymi. Jego marzeniem jest zostać zawodowym piłkarzem i grać w drużynie FC Barcelona – tak jak Messi.

EMIL: Doskonały bramkarz. Jego interwencje przeważnie są skuteczne. Wie wszystko

o piłce nożnej, zna każdą drużynę i jej taktykę. Jego jedynym problemem jest to,

że nienawidzi biegać i szybko dostaje zadyszki.

MIKOŁAJ: Często trenuje z piłką w swoim ogrodzie. Potrafi bardzo mocno strzelać lewą nogą. To optymista, którego towarzystwo gwarantuje dobrą zabawę. Jest silny jak byk, rozpiera go energia. Ma starszego brata − słynnego piłkarza Kingo.

ULA: To jedna z dwóch dziewczyn grających w FC Mezzi. Ta druga dziewczyna ma na imię Ania. Ulka to bardzo szybka zawodniczka. Najczęściej gra na prawym skrzydle. Potrafi przeprowadzać skuteczne akcje jako pomocnik, ale nie boi się też ostrych zagrań w ofensywie. Ulka (niech to zostanie między nami) szaleje za Jankiem.

Rozdział 1

Włożyłem na siebie bieliznę termoaktywną i długie getry. Przed nami był ostatni mecz treningowy na żwirze. Graliśmy przeciwko Byvang. W Danii zima jest długa, szczególnie, gdy kocha się grę na trawie. Póki co mieliśmy marzec i niedługo zaczynał się nowy turniej.

Krzyknąłem „na razie” do mamy, wziąłem torbę i kask rowerowy i wyszedłem na dwór. To było szczególne uczucie naciskać na pedały roweru w korkach piłkarskich.

W tym roku wiele się zmieniło. Mieliśmy grać w dziewięciu na boisku i niedługo miało nastąpić otwarcie nowej siedziby naszego klubu. Znaleźliśmy stary barak, który wiele lat temu, zanim jeszcze wybudowano szkołę, był używany jako sala lekcyjna. Przez dłuższy czas służył jako magazyn, ale szkoła postanowiła go wyremontować i zamienić na nową siedzibę klubu FC Mezzi. Przyglądaliśmy się wraz z Emilem pracy robotników. W piątek mieliśmy świętować rozpoczęcie działalności noclegiem i oglądaniem strasznych filmów.

Spotkałem Mikołaja, gdy stawiał swój rower przy szkole.

– Cześć, Janek, ale zimno, co?

– Tak… Marzec teoretycznie powinien być miesiącem wiosennym.

– Poskarż się Temu na górze. Ale super będzie znowu wybiec na trawę w przyszłym tygodniu. Wygramy dzisiaj?

– Powinniśmy. Musimy być pewni siebie, jak przed prawdziwym meczem.

Od listopada do lutego graliśmy w szkolnej sali gimnastycznej. W lutym raz w tygodniu trenowaliśmy na żwirze. Mieliśmy zagrać też dwa mecze towarzyskie, żeby przyzwyczaić się do gry w dziewięciu. Na żwirze nie grało się źle, jeśli boisko nie było oblodzone, ale marzyliśmy o boisku ze sztuczną murawą. Tylko najlepsze kluby i najbogatsze gminy mogły sobie na to pozwolić. Wówczas drużyny mogły grać na trawie cały rok, niezależnie od tego, czy padał deszcz, śnieg, czy kiedy boisko było oblodzone.

Pojawił się Marco. Rzucił swój rower w zaspę śniegu.

– Ale tu jest strasznie zimno – westchnął. – W Barcelonie dzisiaj jest czternaście stopni. Na plusie!

– Tęsknisz za Barceloną? – zapytał Kingo.

– Tylko zimą, ale zima tu trwa taaaak długo.

Chwilę później była nas już dziesiątka. Ci nowi, Niels-Eryk i Sebastian przychodzili na każdy trening przez całą zimę. Na meczach towarzyskich mieli pojawiać się wszyscy. Miało być sporo zmienników. Jens, Krystian i Albert byli chorzy, nie było Uli i Ani. Przecież widziałem je wcześniej w szkole… Może po prostu im się nie chciało?

– Jest zbyt zimno dla dziewczyn – rzucił Marco.

– Tak, dziewczynom jest zawsze zimniej niż chłopakom – dodał Emil.

– Gadacie głupoty – powiedział Kingo. – Dziewczyny potrafią być naprawdę gorące – dodał, robiąc głupią minę.

Dziesięciu. Czyli tylko jeden rezerwowy. Drużyna Byvang miała na ławce aż trzech graczy.

Pomogliśmy Kingo przesunąć bramki na boisko, aż do linii pola karnego. To były bramki dla drużyn siedmioosobowych. Boisko dla dziewięciu zawodników było tak samo szerokie, jak boisko dla jedenastu, ale odrobinę krótsze. Zupełnie inaczej grało się na takim boisku niż na tym, które było przeznaczone tylko dla siedmiu graczy.

Kingo był w doskonałym humorze. Mikołaj powiedział, że to dlatego, że znalazł sobie dziewczynę, Marię. Podobno spotkał ją na imprezie sylwestrowej.

Kingo rozdzielił nam pomarańczowe kamizelki, rzucając nimi jak by był piłkarzem ręcznym. Emil jako jedyny dostał zieloną, bo bramkarz musi się przecież wyróżniać wśród pozostałych zawodników. Gdy graliśmy mecze treningowe w zimie, nie nakładaliśmy strojów klubowych.

[Insert illustration from PDF, p. 13]

– Sebastian, zaczniesz dzisiaj na ławce, ale na pewno będziesz miał możliwość gry na boisku. Gramy dzisiaj w ustawieniu 4-3-1, czyli tylko ze Zlatanem jako wysuniętym napastnikiem. Czwórka w obronie, pamiętajcie aby trzymać linię obrony i może uda nam się pozostawić ich na spalonym. I nie narzekajcie za bardzo na sędziego, stara się jak może.

Sędzią dzisiejszego spotkania miał być… Kingo.

To był całkiem łatwy mecz. Wygraliśmy walkę na środku boiska. Szczególnie Mikołajowi i mnie udawało się odbierać piłkę przeciwnikom i podawać ją do Zlatana, który znajdował się między linią ich obrony, a bramkarzem.

Bramkę na 1:0 zdobył Zlatan.

Drugą na 2:0 strzelił główką Mikołaj.

Zlatan podbiegł do jednego z obrońców, chcąc wymusić na nim utratę piłki. Obrońca podał piłkę z powrotem do bramkarza przeciwników, a bramkarz ją podniósł! To nie jest dozwolone w meczach, gdzie gra dziewięciu lub jedenastu zawodników. Mikołaj i Zlatan spojrzeli na siebie. Kto miał strzelać?

– Ja wykonam ten strzał – powiedziałem, chwytając piłkę.

W końcu muszą być jakieś plusy funkcji kapitana drużyny.

Strzeliłem co prawda nie tak mocno jak Mikołaj, ale odległość z jakiej strzelałem bardzo mi odpowiadała. Przeciwnicy utworzyli mur. Ich bramkarz był dość niski. Wykonałem nabieg i wkręciłem piłkę nad murem, w róg bramki.

Tak jest! Kingo zagwizdał i mrugnął do mnie okiem.

[Insert illustration from PDF, p. 15]

– Prawdziwy z ciebie Ronaldo… albo Eriksen – powiedział Emil w przerwie.

– Wcale nie. Ich bramkarz nie był taki wysoki, jak ty.

– Jestem gotowy grać w bramce jedenastki za parę lat – zaśmiał się.

Przez ten ostatni rok, Emil bardzo urósł i teraz był najwyższy w naszej drużynie. Przerósł nawet Ulę. Jego tata był bardzo wysoki, no i Emil chyba wcześnie zaczął dojrzewać.

Przegrywając trzema bramkami, Byvang wystawiło dodatkowego gracza. To odrobinę im pomogło. W drugiej połowie nie padły żadne bramki. Sebastian oddał mocny strzał, ale trafił w poprzeczkę, a Emil popisał się świetną obroną.

Podziękowaliśmy za grę przeciwnikom oraz sędziemu, czyli Kingo, który w swojej nowej roli spisał się doskonale.

Kingo zebrał kamizelki.

– Widać gołym okiem, że w Barcelonie bardzo wiele się nauczyliście.

– Ale wam, tym którzy nie byliście z nami, przygadał – rzucił Marco.

Mads i Magnus zostali w Danii, bo zmarł im dziadek, a Niels-Eryk i Sebastian byli przecież całkiem nowi.

– Właściwie to właśnie Niels-Eryk i Sebastian grali dzisiaj wyjątkowo dobrze – zaśmiał się Kingo. – Ale przecież jesteście urodzonymi talentami piłkarskimi.

Po drodze do domu pomyślałem o Uli. Szkoda, że nie widziała mojej bramki, wykonanej bezpośrednio z rzutu wolnego. To powinno było zostać nagrane. A na widowni był przecież tylko jeden widz, dziewczyna Kingo – Maria, która przyszła dopiero w drugiej połowie.

Może Ula zachorowała? A może po prostu nie chciało jej się grać, gdy było tak zimno?

Rozdział 2

Nasz nocleg w nowej siedzibie klubu rozpoczęliśmy od spotkania samych zawodników. Kingo miał przyjść później, a my planowaliśmy obejrzeć trzy straszne filmiki. Tata Emila, mama Mikołaja i moja mieli nas pilnować w nocy.

Na siedzibę klubu składały się dwie małe przebieralnie z dwoma prysznicami w każdej, i ładna, duża sala ze stołami, kuchnią i stołem do ping ponga. W środku w dalszym ciągu pachniało farbą.

Kingo machnął ręką:

– Najważniejsza w siedzibie klubu jest… witryna z pucharami.

Na ścianie wisiała mała witrynka, a w niej na samym środku stał nasz puchar, który przywieźliśmy z Barcelony. Wyglądał naprawdę fajnie, ale trochę samotnie.

Jedliśmy pizzę domowej roboty i piliśmy napoje gazowane. Zajadaliśmy się też ciastem, które upiekli rodzice. Wszyscy przekrzykiwaliśmy się nawzajem, śmialiśmy się. Siedziałem między Emilem a Ulą. Dyskutowaliśmy o tym, czy Neymar będzie lepszym piłkarzem niż Messi. Moim zdaniem nie, pomimo, że Neymar też był bardzo dobry. Ulrik przekonywał, że to właśnie Neymar jest najlepszy.

– To może zmienimy nazwę drużyny na FC Neymar – powiedział Mikołaj i zaśmiał się.

– Nigdy! – opowiedziałem.

– Gærdehavn ma teraz tylko jedną drużynę, bo nie ma wystarczająco dużo graczy, żeby utworzyć dwie drużyny dziewięcioosobowe.

– No i średnio im idzie w tym roku – dodał Mikołaj.

– Rozgromimy ich i wygramy naszą ligę!

– Chyba śnisz – powiedziała Ula. Miała wypieki i sos pomidorowy na policzku.

Zapytałem ją po cichu:

– Byłaś chora we wtorek?

– Nie, a czemu pytasz?

– Bo ty i Ania… Nie przyszłyście na mecz.

[Insert illustration from PDF, p. 20]

– Aha, no tak. Zapomniałyśmy powiedzieć, że nas nie będzie. Musiałyśmy zrobić ten duży projekt na środę. Wiesz, ten o wszechświecie.

– Ok.

My z Emilem zrobiliśmy go w weekend.

– Jak wam poszło? Słyszałam, że wygraliśmy.

– Dobrze – rzuciłem po prostu.

Kingo dmuchnął w swój gwizdek i chwilę później na sali zrobiło się całkiem cicho.

– Po pierwsze chciałbym podziękować tacie Emila, Radzie Szkoły i gminie za tę wspaniałą siedzibę klubu. Podziękujmy im oklaskami, należy im się to.

Wszyscy bili brawo i gwizdali. Tata Emila ukłonił się.

– Podziękowania należą się też szefom naszego zespołu, którzy przygotowali to przyjęcie.

Przez salę znowu przetoczyła się fala oklasków.

– Jak już wszyscy pewnie wiedzą, nadchodzą nowe czasy dla naszej drużyny. Od teraz będziemy grali w dziewięciu na boisku, z uwzględnieniem pozycji spalonej. Na szczęście udało nam się powiększyć naszą drużynę. Jest nas teraz piętnaścioro, ale w dalszym ciągu poszukujemy nowych zawodników. Jeśli znacie kogoś, kto chciałby z nami grać, zaproście go. Nasz sponsor ufundował nam nowe stroje klubowe. Wymienię teraz imiona wszystkich zawodników, wraz z ich numerami na koszulkach. Wstańcie, gdy wyczytam wasze imię:

Emil numer 1Krystian 2Mads 3Jens 4Albert 5Ulrik 6Janek 7Ania 8Ula 9Mikołaj 10Magnus 11Zlatan 12Marco 13Niels-Eryk 14i Sebastian numer 15.

Każdy, kto został wyczytany podnosił się z krzesła. Niektórzy przesadnie się kłaniali. Było nas bardzo wielu. Nikt nie był obłożnie chory tak, żeby koniecznie zostać w domu, chociaż parę osób było przeziębionych.

– Zdaję sobie sprawę, że część z was wyrosła ze swoich strojów – kontynuował Kingo, patrząc na Emila. – Pracujemy nad zdobyciem całkowicie nowego kompletu, ale możliwe, że będzie potrzeba, aby wasi rodzice dołożyli do tego interesu…

– Jakiego interesu? – przerwał Marco.

Najwidoczniej nie znał tego wyrażenia. Na pewno dlatego, że dorastał w Hiszpanii. Wszyscy zaczęli się śmiać, a Kingo wyjaśnił.

– Dołożyć do interesu znaczy wspomóc finansowo.

– Dobra, już rozumiem – zaśmiał się Marco. – Jeśli chodzi o moim rodziców, to z dokładaniem do interesu nie będzie problemu.