Faronauci. Dookoła Bałtyku - Adam Robiński - ebook

Faronauci. Dookoła Bałtyku ebook

Adam Robiński

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Dziesięcioletni chłopiec stoi na bałtyckiej plaży i pyta o horyzont. Czym jest? Czy można go dotknąć? Co się za nim kryje? Trzydzieści lat później jako dorosły wyprawia się za morze, by samemu odpowiedzieć na te pytania. Chce, by każde z dziewięciu państw nadbałtyckich – Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja, Finlandia, Szwecja, Dania, Niemcy i Polska – opowiedziało mu o własnej perspektywie, z jakiej patrzy na najmłodsze morze świata. W rezultacie, wzorem poety Tomasa Tranströmera, opisuje nie jeden, lecz wiele Bałtyków.

Widzi mozaikę siedlisk i krajobrazów: słonawych lagun, piaszczystych plaż, wydm, klifów oraz skalistych archipelagów. Podąża wzrokiem za kluczami migrujących ptaków, a potem zagląda pod wodę, do świata morświnów, a także większych waleni, które czasem zaglądają w te strony. Wędruje po zamarzniętej zatoce, wchodzi do latarni morskich i studiuje trasy słynnych wypraw. Wreszcie dociera tam, gdzie granice morza i lądu się zacierają – czy to za sprawą niepowstrzymanych sił geologii, czy wyłącznie ludzkiej fantazji.

Każdy z narodów, które geografia zaślubiła z Bałtykiem, pozostaje w związku jedynie z jego fragmentem. Choć obsiedliśmy to jezioro niczym stado kruków rozdziobujące truchło sarny, każdy z nas interesuje się wyłącznie jedną kończyną, głową, tułowiem albo zadem. Prawdę mówiąc, nie ma wśród nas zgody nawet co do jego imienia. Niemcy mówią Ostsee, Morze Wschodnie. Według Estończyków zwie się Läänemeri, Morze Zachodnie. Jeszcze więcej zamieszania wprowadzają Finowie: nazwa Itämeri wskazuje na wschód, choć z perspektywy linii brzegowej Finlandii Bałtyk leży na północy, zachodzie i południu. Wszędzie, tylko nie na wschodzie. Polakom z kolei jednoznacznie kojarzy się z północą.

Fragment książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 448

Data ważności licencji: 6/3/2033

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Alamy / Indigo Images

Copyright © by Adam Robiński, 2026

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Justyna Chmielewska

Korekta Monika Pecyna / d2d.pl, Agata Górzyńska-Kielak / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Mapa GeoServices (geoservices.pl)

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-343-3

Dedykuję Kasi

Trzeba zobaczyć całość, Nauzykao. Czasu jest tak niewiele. Życzyłbym sobie ujrzeć kiedyś w życiu, jak horyzont sklepia się ku górze, morze wznosi się, dal sięga nieba, świat na swych krańcach zamyka się wysoko nade mną, tak żeby wreszcie cały był do ogarnięcia jednym spojrzeniem, jednym poruszeniem głowy, a ja stałbym tam, nie w środku, ale na dnie świata, na dnie tej przeolbrzymiej, barwnej muszli…

Ernst Schnabel, Pieśń szósta, przeł. Gabriela Mycielska

Dla nas, dzieci szarego morza, widok jest wspaniały.

Juhan Smuul, Jäine raamat

Horyzont

Chłopiec stoi na plaży ze wzrokiem zawieszonym na linii horyzontu. Mokry piasek wciska się między palce jego stóp niczym ciasto. Dziecko kurczy je odruchowo i podkula, jakby chciało się bronić. Przybój liże brzeg i pięty, za każdym mlaśnięciem jęzora wypłukując spod nóg garść lądu. Chłopiec zapada się stopniowo, najpierw po kostki, potem do granicy łydek, wreszcie traci równowagę i musi zmienić pozycję.

Wiatr tarmosi kręcone włosy. Nad głową dziecka z żywiołem szamoczą się mewy. Ich krzyk jest w tym miejscu tak samo oczywisty jak białe grzywy fal. Blady kark chłopca świadczy o tym, że to dopiero początek wakacji nad morzem. W kolejnych dniach skóra zaróżowi się, potem ściemnieje i popęka. Z czasem zacznie schodzić, zrywana płatami przez niecierpliwe paznokcie. Na razie chłopiec się pręży. Jeszcze mu się wydaje, że w tym roku opalenizna nie będzie bolesna. Krągły brzuszek, wklęsła klatka szewska, sterczące łopatki – to nie jest postura atlety, raczej miastowego dzieciaka swoich czasów. Ile ma lat? Osiem, dziesięć, a może dwanaście? To właściwie bez znaczenia, bo lipców na bałtyckiej plaży jest więcej niż jeden. Linia horyzontu to widok powtarzalny i oswojony. I dlatego należy się z nim przywitać. Cześć, morze, jak ci minął rok?

Tygodnie spędzone nad Bałtykiem zlewają się w niepodzielony granicami dnia i nocy czas beztroski. Śniadania je się na dworze, obiady w smażalni ryb, kolacje gdzie i kiedy popadnie. Lato ma smak halibuta w grubej panierce i gofra z cukrem pudrem. Pachnie sosnami rosnącymi na przybrzeżnych wydmach. Jego melodia to niezmienny szum fal oraz polifoniczne dźwięki automatów do gier poupychanych w blaszanych garażach. I jeszcze rytmiczny stukot piłeczki. Pyk, pyk, pyk, pyk, ścina! Wokół stołu do ping-ponga toczy się całe szczeniackie życie ośrodka letniskowego. Dzieciaki przyjechały tu z całej Polski, metryka metryce nierówna, ale ten stół jednoczy wszystkich. Gra nazywa się wariat i jest bodaj najbardziej egalitarnym ze wszystkich zmagań z użyciem rakietek i piłeczki. Polega to na tym, by po swoim zagraniu prędko przebiec na drugą stronę stołu i stanąć w kolejce do następnego uderzenia. Kto nie zdąży albo zagra w aut, odpada. Gdy przy stole zostaną już tylko dwie osoby, kończy się bieganie, a zaczyna normalna partia ping-ponga. W wariata gra się rano i wieczorem, czyli zawsze wtedy, gdy rodzice nie gonią na plażę. Aż do zapadnięcia ciemności. Wtedy gburowaty dozorca gasi ostatnią oblepioną przez ćmy żarówkę i w paru żołnierskich słowach rozgania hałastrę do domków. Stróż przypomina Gargamela ze Smerfów, ale być może z uwagi na gęsty, pełny wąs wołają za nim Bonifacy Rumcajs.

Tylko w deszczowe i wietrzne dni ważniejsza od ping-ponga jest świetlica. Wówczas należy być dla Bonifacego miłym. Nie naśmiewać się z jego przejęzyczeń i liczyć na to, że wieczorem, gdy w słonecznej Italii na murawę boiska wybiegną Maradona, van Basten, Klinsmann, Baggio albo Lineker, będzie mu się chciało majstrować przy antenie, żeby sygnał był płynny, a dźwięk czysty. To pierwszy mundial, który blondwłosy chłopiec zapisze w zakamarkach pamięci. Potem, w dorosłym życiu, będzie go wspominał częściej i wyraźniej niż wiele późniejszych. Zdarza mu się zasnąć przed ostatnim gwizdkiem i wtedy rano, po przebudzeniu, znajduje przy poduszce karteczkę, na której tata albo starszy brat zapisali mu końcowy wynik. Anglia–Kamerun po dogrywce 3 : 2.

Później, na plaży, nie liczy się już żaden mecz. Całą uwagę chłopca, jego braci i rówieśników przykuwa morze. Rodzice mówią, że jest niebezpieczne, trzeba z nim uważać. Że zabiera, nie oddaje i nie przeprasza. Ma humory, a ich odzwierciedleniem jest flaga, którą ratownicy co rano wciągają na stojący na plaży maszt. Biała oznacza, że jest skore do zabawy. Czerwona, że podchodzisz na własną odpowiedzialność. Jest jeszcze czarna, która kojarzy się chłopcu z piracką banderą. To flaga sztormowa, wywieszana w dni, gdy nawet plaża staje się nieprzyjaznym miejscem. Choć ta ostatnia z czasem wyjdzie z użycia, chłopiec na zawsze zachowa ją we wspomnieniach.

Jakiego koloru będzie dziś flaga? Cóż to są za emocje, gdy co rano wybiega spomiędzy wydm, w locie zrzucając trampki i skarpety i z każdym krokiem coraz głębiej grzęznąc w piasku. A potem, gdy otwiera się widok na Bałtyk, przekonuje się na własne oczy, co będzie dziś dozwolone, a co nie. Kąpiel w morzu to nie przelewki. Fala potrafi przewrócić albo zakryć. Chłopiec ma w pamięci kilka takich zdarzeń, dlatego czasami po prostu się go boi. Raz, gdy czuje, że traci grunt, tak mocno uczepia się mamy, że oboje zaczynają tonąć. Prąd znosi ich na głębszą wodę, walczą o każdy oddech. Wreszcie pojawia się czyjaś pomocna dłoń. Przestraszeni łapią grunt. Po tym wszystkim chłopiec najlepiej czuje się na brzegu. Mając morze na wyciągnięcie ręki, ale nie pogłębiając zanadto tej znajomości.

W głowie na wszystkie strony obraca pytania o horyzont. Czym jest i co kryje? Gdzie się zaczyna i dokąd prowadzi? Co znajduje się za nim? Szwecja, tłumaczą mu rodzice. Widział ją na mapie, zna paru tamtejszych piłkarzy, ale nic więcej mu to nie mówi. Jak daleko jest ta Szwecja? Czy dałoby się dopłynąć do niej wpław? A kajakiem? Czy marynarze na statku, który akurat sunie po horyzoncie, widzą Szwecję? Zamiast odpowiedzi chłopiec słyszy historię dwóch nastoletnich braci, którzy przytłoczeni życiem w komunistycznej Polsce postanowili sami to wszystko sprawdzić. Schowani w podwoziu ciężarówki przepłynęli promem morze i dotarli na drugi brzeg. Na kanwie ich ucieczki powstał film 300 mil do nieba. Jego tytuł wprowadza jednak w błąd. Jak chłopiec dowie się wiele lat później, z Polski do Szwecji jest raptem sto pięćdziesiąt pięć kilometrów, czyli nie więcej niż sto mil.

Chłopiec ma teraz ponad czterdzieści lat i wciąż jeździ nad morze, a każdy kontakt z nim przypomina mu o tamtych szczenięcych dociekaniach. Obok bawią się jego dwaj blondwłosi synowie zakochani w piłce nożnej i wolności, jaką daje plaża. Wodząc za nimi wzrokiem, widzi siebie sprzed lat. A może raczej widzę, bo przecież to ja jestem tym chłopcem, a tęsknota za horyzontem od małego wpisana jest w moje myśli, emocje i słowa.

Gonię za nim, odkąd pamiętam. Być może chodzi o klarowność krajobrazu składającego się z samych linii prostych? Szukam go w górach, wdrapując się na ich wierzchołki. Na pustyniach i w samolotach, które dopiero wznoszą się ponad chmury. Nawet tu i teraz, gdy piszę te słowa w gościnnych progach biblioteki u podnóża szwajcarskiej Jury, z widokiem na Jezioro Genewskie i zachmurzone Alpy, każdy przebłysk niezmierzonej dali daje zdecydowanie więcej satysfakcji niż dobrze przepracowany dzień. A jednak wszystkie te doświadczenia nijak się mają do kontaktu z bałtyckim horyzontem. To on jako pierwszy złożył mi obietnicę przygody i skłonił do zadawania filozoficznych pytań. Czy tam jest lepiej niż tu? I czy zza horyzontu da się wrócić?

Jak daleko sięga ludzkie spojrzenie? Księżyc znajduje się prawie czterysta tysięcy kilometrów od Ziemi. Obserwowanie gołym okiem Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy na nocnym niebie, to wędrówka przez ponad osiem i pół roku świetlnego. W przypadku obiektów znajdujących się na Ziemi nasze osiągi maleją, ale wciąż mogą być imponujące, dlatego niektórzy zrobili z takich obserwacji sport. Przy użyciu mocnego sprzętu optycznego da się fotografować obiekty oddalone o dziesiątki, a nawet setki kilometrów od patrzącego. Takie obserwacje wymagają wysokiego punktu, koniecznie związanego z podłożem (samolot się nie liczy), oraz równie wydatnego celu. Jeśli powietrze jest odpowiednio przejrzyste, co zwykle zdarza się zimą, taka kombinacja może zdziałać cuda. Nieoficjalnym rekordem Polski są obserwacje masywu Schneebergu w Alpach Styryjsko-Dolnoaustriackich prowadzone z sudeckiego Śnieżnika, czyli z odległości ponad dwustu dziewięćdziesięciu kilometrów; pokrewieństwo obu toponimów każe się zastanowić, czy to aby nie patrzenie w lustro. Wrażenie robią też widoki pasm rumuńskich z wierzchołka bieszczadzkiej Tarnicy oraz Tatr z Gór Świętokrzyskich. Wszystkie one bledną jednak przy wpisanym do Księgi Rekordów Guinnessa dokonaniu hiszpańskiego foto­grafa, który z Pic de Finestrelles w Pirenejach sfotografował alpejski szczyt Pic Gaspard położony czterysta czterdzieści trzy kilometry dalej.

W niektórych miejscach na Ziemi można zobaczyć coś więcej niż zarys odległej góry. Michał Milczarek, filozof i filolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, spędził kiedyś kilka dni w zamieszkanej przez kilkaset osób osadzie Wales. To najdalej na zachód wysunięty punkt Alaski. Milczarek cierpliwie czekał, aż wiatr rozwieje chmury, a zza horyzontu wyłonią się kontury położonych osiemdziesiąt kilometrów dalej gór Czukotki. Kiedy się to w końcu stało, jego spojrzenie przewędrowało ponad Cieśniną Beringa i międzynarodową linią zmiany daty. Patrzył więc nie tylko z Ameryki na Azję, nie tylko z jednego imperium na drugie, ale również z dziś na jutro. Mogłem zobaczyć jutrzejszy zachód słońca, opowiadał w uniesieniu kilka tygodni później, mogłem podróżować w czasie! Dla mieszkańców Beringii, krainy scalającej tamten region, takie podróże bywają codziennością. Gdy cieśnina zamarza, w przestrzeni pomiędzy wczoraj, dziś i jutrem drążą przeręble, z których wyciągają czerwone kraby królewskie. Żyją według zasady: dziś idziemy na polowanie, jutro coś zabijemy, ale wypatroszymy i zjemy – wczoraj.

Wydawałoby się, że cała ta metafizyka wyparuje, jeśli z horyzontu znikną góry, a obserwator stanie na poziomie morza. W odpowiednich warunkach pogodowych będzie wtedy w stanie objąć dystans pięciu, czasem sześciu kilometrów. Sześć kilometrów to za mało, żeby z plaży zobaczyć Szwecję, a jednak w tej odległości czasami udaje się zawrzeć nieskończoność. Jeśli nie umiesz czegoś zmierzyć, równie dobrze może to być bezgraniczne. Tak samo jak to, co znajduje się ­dalej. Sferę, która otacza czarną dziurę, astronomowie nazywają horyzontem zdarzeń. Nie da się za niego zajrzeć, nie jest w stanie go przekroczyć ani jeden foton. Nawet gdyby za horyzontem zdarzeń skrywać się miały inne wszechświaty, albo chociaż Szwecja, nigdy się o tym nie dowiemy.

Horyzont morza kryje więc dwie nieskończoności: tę, którą da się objąć spojrzeniem, i dalszą, schowaną przed obserwatorem, jakby znajdowała się na dnie czarnej dziury. Dlatego krajobraz przecięty widnokręgiem jest znacznie bardziej pojemny niż jakikolwiek inny.

Pierwsza daleka podróż, jaką odbyłem, prowadziła na zachód. Było lato 1990 roku, a Niemcy wciąż przedzielała granica. Pieczątka Niemieckiej Republiki Demokratycznej w paszporcie na długo stała się powodem młodzieńczej dumy. W zachodnich Niemczech rodzinny Wartburg kombi co rusz się przegrzewał, trzeba było stawać na pobo­czu i uwalniać spod maski tumany pary. Z tamtej podróży pamiętam jeszcze roje os, które nękały nas podczas postojów, i swoje zagubienie. Zmieszanie dziecka wychowanego za żelazną kurtyną w pierwszym z brzegu domu handlowym Paryża. Przytłaczające bogactwo zabawek, których nie mogłem zabrać do domu.

Wydaje się, że gen podróży nie był w mojej rodzinie zbyt nachalny. Dawał o sobie znać co kilka pokoleń. Pierwszy taki przypadek, o jakim mi wiadomo, dotyczył przodka, studenta Akademii Rolniczej w Dublanach koło Lwowa, który na rok zrobił sobie wolne od nauki. Zamustrował się jako pomocnik palacza na statku i popłynął do Brazylii. W listach do domu pisał, że znalazł pracę na farmie, gdzie ananasy rosną jak chwasty, a on broni upraw sałaty przed kurami. Innym razem meldował, że został dyrektorem elektrowni. Zaraz potem wyjaśniał, że chodzi o postawioną na brzegu strumienia budkę z prądnicą i kotłem napędowym. Był jej jednoosobową załogą. Po powrocie do kraju zrobił poważniejszą karierę: ukończył studia ichtiologiczne i wspiął się na stanowisko zarządcy stawów w majątku na ­Polesiu. We wspomnieniach mojej babci zachował się jako wuj Janek, który sprezentował jej pierwsze w życiu jedwabne pończochy. Gestem tym wprawił połowę rodziny w oburzenie.

Gdy zostałem ojcem, przez pewien czas zadowalałem się krótkimi wypadami za miasto[1]. Potem udałem się w długą podróż do polskiej Patagonii, umownej krainy na końcu znanego świata. Znalazłem ją w Bieszczadach, wędrowałem po nich z poczuciem bycia jednocześnie blisko i daleko od domu[2].

Aż wreszcie nadszedł czas, bym wyruszył śladem tajemniczego przodka. Trzeba mi było wyprawić się za wielką wodę. Ale ocean mi nie imponował, raczej przerażał i onieśmielał. O wiele bardziej kusząca wydawała się pogoń za dziecięcym marzeniem. A gdyby tak wreszcie dotknąć bałtyckiego horyzontu? Za myśl przewodnią wziąłem słowa Thomasa Manna, który – sam rozmiłowany w morzu – postanowił kiedyś podzielić się tą miłością z sześcioletnią córką Elisabeth. Podobno gdy pierwszy raz zobaczyła Bałtyk z niemieckiej wyspy Hiddensee, nie potrzebowała słów, by zrozumieć ojca. Jednocześnie natychmiast ogarnęła ją ta sama ciekawość. Tato, a co jest dalej? Tam, gdzie nie sięga wzrok? Horyzont, wyjaśnił ojciec. Widział, że dziecko właśnie połyka haczyk. A za nim? Co znajduje się za horyzontem, dopytywała Elisabeth. Horyzont, jeszcze więcej horyzontu! Im dłużej wiosłujesz, tym dalej przed tobą ucieka, tłumaczył Mann. Aż wreszcie widzisz przed sobą ląd. Wtedy horyzont znika. Ale wystarczy się odwrócić i znowu go zobaczysz. Tym razem będzie za twoimi plecami.

Przyjemnie czuć, że ma się coś wspólnego z noblistą, nawet jeśli to tylko fascynacja optycznym złudzeniem. Równie dobrze jest mieć plan – moim stało się odwiedzenie wszystkich ośmiu (poza Polską) państw graniczących z Bałtykiem. Chciałem stanąć na brzegu każdego z nich ze świadomością, że tamtejsi ludzie widzą w nim coś odmiennego. Znają inne morze. Języków, w których śni się bałtyckie marzenia, jest jeszcze więcej, do narodowych trzeba przecież dodać choćby kaszubski, łatgalski albo liwski z Liwii i Kurlandii na dzisiejszej Łotwie, zwany līvõ kēļ, językiem z wybrzeża.

Historyczne mapy znały Bałtyk pod wieloma nazwami. Rzymianie mówili o Mare Suebicum i Mare Sarmaticum. Autor szesnastowiecznej Carta Marina, czyli Mapy Morskiej, znany kartograf i arcybiskup Uppsali Olaus Magnus, podzielił go na kilka mniejszych mórz, w tym Botnickie, Liwskie i Gockie. Jednocześnie jako pierwszy w historii w miarę dokładnie przedstawił kształt Półwyspu Skandynawskiego, dając południowej Europie do zrozumienia, jak wiele wciąż ma ona do odkrycia. Toponimu „bałtyc­kie” jako pierwszy użył w XI wieku niemiecki kronikarz Adam z Bremy. Wywiódł go z łacińskiego słowa balteus oznaczającego pas. Możemy się tylko domyślać, że chodziło mu o podłużny kształt akwenu sięgającego z południa na północ; na tej samej zasadzie bełtami nazywa się dziś niektóre duńskie cieśniny. Ale wśród językoznawców i historyków nie ma zgody co do pochodzenia nazwy Bałtyku. Niektórzy źródeł upatrują w praindoeuropejskim określeniu bieli – „bałtycki” miałby znaczyć tyle co „biały” (nie kłopoczmy się przy tym spostrzeżeniem, że współczesne mapy Morze Białe umieszczają zupełnie gdzieś indziej). Jeszcze inni wskazują na prasłowiański termin „błoto” i tym samym robią z Bałtyku ogromne mokradło. Błoto i biel mają zresztą w języku polskim ten sam źródłosłów.

Niewiele jest na świecie mórz, które da się okrążyć. W przypadku Bałtyku to możliwe, ze wszystkich stron otacza go bowiem ląd, a tam, gdzie go brakuje, wybudowano mosty. Taka trasa ma ponad pięć tysięcy kilometrów długości, a jej pokonanie samochodem zajęłoby kilka dni. Jako morze śródlądowe Bałtyk przypomina jezioro, zresztą w swojej względnie niedługiej historii parokrotnie nim był. Jego status uzależniony jest od kilku płytkich cieśnin, które zapewniają mu łączność z Morzem Północnym, a tym samym również z oceanem.

Bałtyk jest najmłodszym morzem na świecie. Narodził się w późnym plejstocenie, kilkanaście tysięcy lat temu jako jezioro lodowe powstałe wskutek topnienia wycofującego się do Skandynawii lądolodu. Następnie, w wyniku przepełnienia, jego wody przelały się na zachód, do oceanu. Woda słodka zaczęła mieszać się ze słoną, tworząc tak zwane Morze Yoldiowe. Z czasem połączenie z Atlantykiem odciął podnoszący się ląd. Ten krótki etap ewolucji Bałtyku swoją nazwę – Jezioro Ancylusowe – wziął od łacińskiej nazwy Ancylus fluviatilis, przytulika strumieniowego, słodkowodnego ślimaka powszechnego dziś na terenie Europy. Potem, osiem albo siedem tysięcy lat temu, w wyniku ustabilizowania się poziomów wody akwen jeszcze raz połączył się z oceanem. Ponownie wzrosło zasolenie, a wraz z nim w tak zwanym Morzu Litorynowym pojawiły się organizmy typowo morskie. Pięć tysięcy lat temu linia brzegowa była już zbliżona do współczesnej.

Wszystkie te procesy mają swój ciąg dalszy, a ich przebieg jest już dla nas w miarę przewidywalny. Obecną fazę istnienia Bałtyku nazywamy Morzem Mya. Małgiew piasko­łaz, Mya arenaria, to wymarły w plejstocenie na terenie Europy małż, który w czasach nowożytnych został tu ponownie przywleczony na łodziach wikingów podczas ich powrotów z Ameryki Północnej. Jego gruba, choć krucha muszla w mocno zasolonym akwenie potrafi osiągać nawet piętnaście centymetrów długości. Bałtyc­kie małgwie dorastają jednak zwykle zaledwie do połowy tych rozmiarów. Cieśniny duńskie są dziś węższe niż kilka tysięcy lat temu, rzadziej zdarzają się też duże wlewy słonej, bogatej w tlen wody z Morza Północnego. Dawniej dochodziło do nich raz na kilka lat, obecnie – co dekadę lub kilkanaście lat. W efekcie Bałtyk określany jest mianem morza słonawego lub półsłonego. W litrze bałtyckiej wody znajduje się średnio raptem siedem gramów soli, to kilka razy mniej, niż wynosi średnia dla innych mórz. Im dalej od granicznych cieśnin, tym bardziej jej ubywa. Na północy Zatoki Botnickiej woda jest niemal słodka. Geolodzy przewidują, że w przyszłości morze znów straci łączność z Atlantykiem i jeszcze raz stanie się jeziorem.

W jednej z sal Ozeaneum w niemieckim Stralsundzie, hanzeatyckim mieście kojarzącym się z Gdańskiem, można zobaczyć trójwymiarową mapę topograficzną bałtyc­kiego dna. W niektórych miejscach niepozorna makieta pochłania pół dorosłej dłoni. Rekordowa głębia Landsort niedaleko Gotlandii ma czterysta pięćdziesiąt dziewięć metrów, ale pośród atramentowych rowów na makiecie widać też rozległe jasne przestrzenie znacznie płytszej wody. Ta różnorodność sprawia, że dla celów administracyjnych morze podzielone zostało na mniejsze części. Szwedzki Instytut Meteorologii i Hydrologii publikuje prognozy dla dwudziestu jeden sektorów (pięć znajduje się poza obszarem powszechnie uznawanym za Bałtyk), inne podziały uwzględniają natomiast pięć rozległych basenów, z których każdy ma wiele mniejszych składowych. Są wśród nich przestrzenie tak enigmatyczne jak Morze Archipelagowe u wybrzeży Finlandii albo Niecka Arkońska nieopodal Rugii.

Wszystko to skłania do wniosku, że każdy z narodów, które geografia zaślubiła z Bałtykiem, pozostaje w związku jedynie z jego fragmentem. Choć obsiedliśmy to jezioro niczym stado kruków rozdziobujące truchło sarny, każdy z nas interesuje się wyłącznie jedną kończyną, głową, tułowiem albo zadem. Prawdę mówiąc, nie ma wśród nas zgody nawet co do jego imienia. Niemcy mówią Ostsee, Morze Wschodnie. Według Estończyków zwie się Läänemeri, Morze Zachodnie. Jeszcze więcej zamieszania wprowadzają Finowie: nazwa Itämeri wskazuje na wschód, choć z perspektywy linii brzegowej Finlandii Bałtyk leży na północy, zachodzie i południu. Wszędzie, tylko nie na wschodzie. Polakom z kolei jednoznacznie kojarzy się z północą.

Doskonałą intuicją wykazał się więc inny noblista, szwedzki poeta Tomas Tranströmer, który jeden z tomów swoich wierszy zatytułował Morza Bałtyckie. Bałtyk przeżywany i opowiadany jako multiwersum.

W eseju The Beach (A Fantasy) [Plaża jako zmyślenie] australijski antropolog Michael Taussig dowodzi, że morza, jako przestrzenie fizyczne i dotykalne, przez wieki zajmowały w historii człowieka centralne miejsce. Ekonomiczna geografia większości metropolii opierała się na portach. Siatka połączeń morskich łączyła społeczności tak samo jak krwiobieg oplata poszczególne organy w ciele człowieka.

Według Taussiga punkt zwrotny w naszej relacji z morzami nadszedł wraz z narodzinami kapitalizmu. Rozrastające się porty wyniosły się z miast; zarówno one, jak i statki obsługiwane były przez coraz skromniejsze załogi. Mniej ludzi wiązało się zawodowo z eksploatacją morza, została ona bowiem zmechanizowana i zautomatyzowana. Umarł zawód latarnika w jego dawnym rozumieniu. Materialność morza zniknęła nam sprzed oczu, stało się ono częścią niewidzialnej ekonomii. Przestało kojarzyć się z ciężką pracą, a zaczęło z relaksem. Ten trend widać choćby w cenach nieruchomości stawianych w bez­pośrednim sąsiedztwie plaż. Zdaniem Taussiga wybrzeże stało się jarmarkiem, a plaża – Disneylandem. W tym samym czasie wzrósł fantazmatyczny potencjał morza, na jego temat powstały nowe narracje. Chciałem je nad Bałtykiem odkrywać i czytać.

Za duchowe towarzystwo w podróży po morskim imaginarium – po krainie bałtyckich snów – miałem więc dwóch Tomaszów. Mann nawiedzał znajome okolice południowego Bałtyku, Tranströmer łypał z daleka, zza morza. Jak ujął to dziennikarz „New York Timesa” w artykule o przyznaniu Szwedowi literackiej Nagrody Nobla, poeta obiecywał długie skandynawskie zimy oraz namacalne piękno przyrody zmieniającej się wraz z porami roku.

Podążając za spostrzeżeniem Tranströmera, chciałem udać się nie tyle za morze, ile za wiele bałtyckich mórz. Dotknąć mnogości jego horyzontów. Rozgościć się za każdym z nich, a potem obrócić, by za plecami ujrzeć zupełnie nowy widnokrąg. Plan zakładał podróż w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Wybór był intuicyjny: wynikał z faktu, że wschodnie wybrzeże Polski od czasów dzieciństwa było mi o wiele bliższe niż zachodnie. Pozostawało wyściubić nos za pierwszą z granic.

Zaraz potem wybuchła jednak pandemia i nawet najkrótsze podróże stały się trudne. Zamiast ruszyć się z domu, zanurkowałem w książkach, sumiennie wypełniałem ich treścią kolejne notatniki. Niebawem Bałtyk przeistoczył się w mojej głowie w krainę nieosiągalną i niedostępną. Choć był tuż obok, miał więcej wspólnego z fantazją niż z rzeczywistością. Mijały miesiące, a ja snułem wizje przyszłych wycieczek; w realiach pandemii każda z nich urastała do miana wyprawy. Wreszcie, gdy ponownie otwarto granice, wyruszyłem w drogę, w wygodnych butach i z dwoma Tomaszami w plecaku.

Podróże na potrzeby tej książki zajęły mi kilka lat. Z niektórymi czekałem na odpowiednią porę roku. Jedne miejsca wymarzyły mi się wczesną wiosną, inne pragnąłem odwiedzić wtedy, gdy skuje je lód. Chciałem, by opowieść o morzu biegła w zgodzie z jego historią, i w efekcie zatarłem chronologię wędrówek, spisując relacje w kolejności takiej, jaka mi się zamarzyła. Niektóre kraje odwiedzałem parokrotnie, bo przestrzenie, które tam odkryłem, wzywały mnie do powrotu tak samo jak kwitnący mniszek przyciąga trzmiela.

I choć wreszcie zobaczyłem Szwecję, horyzont nie stracił nic ze swojego uroku.

[1] Patrz: Hajstry. Krajobraz bocznych dróg, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2017.

[2] Patrz: Kiczery. Podróż przez Bieszczady, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2019.

1 Laguna

(Litwa)

Na początku skowronek wyśpiewał, żeby stała się światłość. Świat potrzebował paru chwil, by spełnić rozkaz ptaka. Gdy zgasły reflektory samochodu, nic poza żywą piosenką nie potrafiło spenetrować mroku poranka. Kwiecień to dobry czas na wstawanie przed świtem. Można się wyspać i jednocześnie nie przegapić tych kilku ulotnych chwil, w których z niczego powstaje coś. Kurtyna nocy się rozsuwa, a słoneczna poświata wydobywa z rzeczywistości pierwsze kolory. Tamtego poranka w delcie Niemna nabrałem przekonania, że tym wszystkim dyryguje niepozorny skowronek.

Siąpił deszcz. Jego akurat nie trzeba było widzieć, słyszało się go na kapturze kurtki i czuło na twarzy. Szliśmy z lunetą po bitej drodze wzdłuż brzegu jeziora, szukając prześwitów w trzcinie. Na wodzie niewiele się działo, jeśli nie liczyć pary polujących bielików. Jeden, wyraźnie starszy, bo z upierzeniem oprószonym bielą, był bezlitośnie skuteczny. Wystarczyło, że raz spadł na wodę, i zaraz podniósł się z rybą w szponach. Drugi, młody i wciąż ciemnobrązowy, próbował robić to samo, ale efekty jego starań były mizerne. Seria nieudanych podejść musiała go kosztować wiele energii. Trzymał się teraz tuż nad taflą jeziora, jakby to miało ułatwić polowanie. Zrobiło nam się go żal. Chcieliśmy śledzić jego zmagania do udanego końca, ale po chwili zniknął nam z pola widzenia.

Witek co rusz rozstawiał lunetę, pochylał się nad okularem, rozglądał i wyliczał:

– Czernica, dwa bielaczki, potrzos. Stado gęsi białoczelnych na skraju kanału. Zaraz przeleci nad nami łabędź niemy, posłuchaj, jego dźwięk diagnostyczny to łopot ogromnych skrzydeł.

Potem zapraszał do lunety i kazał namierzyć wszystkie ptaki, które wcześniej wyliczył. Zwracał uwagę na detale i niedostrzegalne na pierwszy rzut oka różnice w upierzeniu. Trzeba było patrzeć aż do skutku.

Jezioro miało regularny kształt, w południowej części płynnie przechodziło w nadrzeczne mokradła, a potem, wraz z jedną z odnóg delty Niemna, w lagunę. Próbowałem rozwikłać zagadkę jego nazwy: Krokų Lanka. Niektóre źródła podpowiadały, że można ją przetłumaczyć jako Rechoczącą Łąkę. Brzmiało to malowniczo i poniekąd zgadzało się z legendą o powstaniu jeziora. Podobno podczas upalnego letniego przesilenia nad okoliczne łąki nadciągnęła kiedyś czarna chmura. Niebiosa przemówiły groźbą: jeśli wieśniacy nie odgadną jej imienia, wszyscy utoną. Choć padło wiele odpowiedzi, dopiero pewien starzec znalazł właściwą. Jezioro, które przyleciało ze Żmudzi, spadło na ziemię, oszczędzając tylko jego. Wszystko inne znalazło się pod wodą. W innej wersji tej historii rechot miał być zawodzeniem tonących krów. W rzeczywistości Krokų Lanka było jedynym na Litwie jeziorem pochodzenia morskiego. Zrodziło się, gdy osady rzeczne odgrodziły część Zalewu Kurońskiego. Powstał płytki, mulisty akwen zarastający roślinnością. Tego typu siedliska są idealną przystanią dla migrujących ptaków.

Idąc, rozglądaliśmy się na obie strony polnej drogi, ale Witek był wyraźnie zawiedziony małą liczbą ptaków na jeziorze. Spodziewał się, że przyjeżdżając tu przed świtem, staniemy się świadkami masowych wylotów na żerowiska. Zamiast tego zobaczyliśmy polujące bieliki i trochę gęsich maruderów. Więcej działo się na łące: zanotowaliśmy kilka batalionów, pierwiosnka i świergotka łąkowego na drutach niskiego napięcia.

Gdy słońce wdrapało się już wysoko na niebo, wróciliśmy do samochodu, żeby poszukać kawy. Wcześniej jednak postanowiliśmy przejechać drogą na południe tak daleko, jak pozwoli nam na to woda: kanały melioracyjne i naturalne odnogi rzeki. Ruszyliśmy na południe, w stronę Atmaty, głównego koryta w delcie. Minęliśmy duże żeremie i przydrożny krzyż, który chylił się ku ziemi razem z otaczającym go drewnianym płotkiem. Potem, na przeciwnym krańcu rozległej łąki, wyłowiliśmy z porannej mgły trzy ciemne punkty. Jeden przesuwał się po ziemi, dwa pozostałe goniły go w powietrzu. Witek zahamował i jak na zawołanie wyskoczyliśmy z auta z lornetkami. Odyniec był ogromny, ptaki znacznie mniejsze. Dzik wyraźnie kulał, a bieliki – co do tego nie mieliśmy wątpliwości – zamierzały z tego skorzystać. Uciekał przed nimi, przystając co kilkadziesiąt metrów, a wtedy one dopadały go i zaczynały atakować. Naraz dzik zrywał się do dalszego biegu i na moment zostawiał pogoń w tyle, potem jednak znów opadał z sił. Napastnicy byli cierpliwi, jakby wiedzieli, że prędzej czy później dopną swego. Mimo różnicy wielkości odyniec wydawał się bezbronny. W pewnej chwili jeszcze raz przystanął i odwrócił łeb w naszą stronę. Wpatrywał się w nas krótką chwilę, jakby szukał pomocy, ale gdy znów poczuł na grzbiecie szpony, wbiegł w wierzbowe zarośla i zniknął nam z oczu. Za nim poleciały bieliki, teraz już trzy, bo w międzyczasie do polowania dołączył kolejny. Młody, być może ten, któremu wcześniej nie poszczęściło się na jeziorze.

Znów przyłożyliśmy lornetki do oczu. Wysoko po zachodniej części nieba gęś zbożowa prowadziła klucz kilku­nastu kormoranów. Leciała przed nimi dłuższą chwilę, dopóki nie zorientowała się, że jest pośród nieznajomych. Wtedy odbiła na bok, aby dołączyć do stada na ziemi.

Gdy wylądowała, tuż obok niej na podmokłej łące spostrzegliśmy dwie siewki złote. Brodziły w plamie wody, ich czarne brzuchy odbijały się w tafli niczym chmurki.

***

Z Witkiem Muchowskim poznaliśmy się kilka lat wcześniej w lesie, do którego obaj mieliśmy blisko. Z wykształcenia jest fizykiem, na życie zarabia jako przewodnik turystyczny, ale jego prawdziwą pasją są ptaki. W terenie pewny siebie, doskonale rozpoznaje głosy i piosenki, do tego sypie anegdotami z różnych stron świata. Potrafi przejść od opisu fizjonomii pospolitej sikory do wielowątkowej opowieści o ptakach Nowej Zelandii, gdzie swego czasu pracował na farmie mleczarskiej. Nie było jednego przełomowego momentu, który związał jego życie z ornitologią. Raczej kilka różnych bodźców: kanarek, którego trzymał w domu jako dziesięciolatek; kasety z nagraniami ptasich głosów kupowane na ursynowskim bazarku; organizowane przez dzielnicowy ośrodek kultury wycieczki nad Stawy Raszyńskie, one wciągnęły go na dobre. Choć o mały włos nie zrobił doktoratu z fizyki, jego specjalnością są tajniki nazewnictwa ptaków. Cierpliwie tłumaczy, że turkan, czyli kaczka z dalekiej północy, zawdzięcza swą polską nazwę dźwiękonaśladownictwu, ale związanemu z językiem jakuckim. Albo że siwerniaka w Polsce spotyka się w górach, choć jego angielska nazwa to water pipit, bo u nas widujemy go w czasie lęgów, tymczasem do Wielkiej Brytanii przybywa na zimę, którą spędza na mokradłach. Angielski rock pipit zaś to po polsku świergotek wcale nie skalny, ale nadmorski, bo rozmnaża się na skalistych wybrzeżach północnej Europy; w Polsce podobne otoczenie znajduje pośród bałtyc­kich falochronów.

Kiedy zaproponowałem Witkowi wspólny wyjazd do delty Niemna, nie zastanawiał się długo. Jako człowiek typowo śródlądowy chciałem spotkać się z morzem w ujściu dużej rzeki, a Niemen wpływa przecież do rozległego Zalewu Kurońskiego. I choć lagunę od otwartych wód oddziela pas mierzei, jest w rzeczywistości jego częścią. Albo stanem przejściowym między lądem i morzem. Daje czas, by oswoić się z nadmorskim krajobrazem.

Poza tym rozpoczynając moją podróż wczesną wiosną, wtopiłbym się w tłum migrujących na północ ptaków. Wydawało mi się, że jeśli współczesny Bałtyk ma coś wspólnego ze swoimi poprzednimi wcieleniami – coś, czego mógłbym doświadczyć – to jest to jego odwieczna melodia. Szum fal i chlupot wody, ale też wiosenny rwetes ptaków. Wszystkie te krakania, gdakania, gęgania i trele. Pomyślałem, że Witek mógłby być nie tylko moimi oczami, ale również uszami. Że mógłby mi ten świat opowiedzieć.

Wcześniej wielokrotnie bywałem z nim w terenie i zawsze wracałem z tych wycieczek i spacerów bogatszy o nowe gatunki, które jestem w stanie sam rozpoznać. Podczas swych lekcji kazał uruchamiać różne zmysły: raz, podczas nocnego powrotu z Mierzei Wiślanej, wyjął z plecaka nieduże pudełko pełne puchu edredona. Kiedy włożyłem do niego dłoń, poczułem jednocześnie ciepło i lekkość. Jakby moje palce nie dość, że zostały błyskawicznie ogrzane, to jeszcze samoistnie unosiły się w powietrzu. Witek wyjaśnił, że żaden inny ptak nie ma równie miękkiego i ciepłego puchu jak ta arktyczna kaczka, a z gniazd wyciągają go wyłącznie licencjonowani zbieracze. Potem przerabiany jest na luksusowe kołdry, poduszki i ubrania. Dzięki temu edredona nauczyłem się poznawać przez dotyk.

Innym razem podczas spaceru po lesie z plecaka wyjął nogę krogulca.

– Zobacz, jaki ostry! – powiedział, traktując ptasim pazurem moje gołe przedramię.

Wyruszyliśmy w czarną wiosenną noc, przez Podlasie i Suwalszczyznę, w stronę litewskiej granicy. Podróż umilaliśmy sobie rozmowami ciężkiego kalibru. Gwieździsta noc zainspirowała rozważania na temat składowych wszechświata: ciemnej materii i ciemnej energii. Omawialiśmy teorię strun i problematykę bliskich spotkań trzeciego stopnia. Wreszcie, kiedy moje możliwości merytorycznej dyskusji z dyplomowanym fizykiem się wyczerpały, przeszliśmy do spraw bardziej przy­ziemnych, takich jak poszukiwania filmów z ptakami w tytule: Lot nad kukułczym gniazdem, Uciekające kurczaki oraz, szach mat, Ptaki.

– Zastanawiam się, czy na Litwie zaczyna się Północ – powiedział w pewnym momencie Witek, nieświadomy, jak doskonale wpisuje się w marszrutę moich dociekań. – Mam na myśli ornitologiczny punkt widzenia. Wystarczy sprawdzić, które z północnych gatunków się tam lęgną. Łęczak, kwokacz, biegus zmienny, siewka złota, edredon… Na tej samej zasadzie, wedle której Południe zaczyna się na Słowacji, bo lęgną się tam gatunki typowo południowe: orzeł cesarski, głuszek i kobczyk.

Na Litwę wjechaliśmy w środku nocy, mijając puste wsie i miasteczka. W oknach domów nie paliło się światło, po chodnikach nie snuły się wieczorne zjawy. Na zacumowanej nieopodal stawów rybnych barce zameldowaliśmy się sami, właściciele po prostu zostawili nam klucz w drzwiach.

Światło, ludzie i ptaki wróciły dopiero następnego poranka, gdy zażyczył sobie tego demiurg skowronek.

***

Czy na Litwie zaczyna się Północ? Odpowiedzi na to pytanie postanowiłem poszukać u Czesława Miłosza, zapatrzonego w świat przyrody człowieka z tych stron. Choć liczba noblistów w moich rozważaniach stawała się przytłaczająca, sięgnąłem po Dolinę Issy, bo nikt nie opisał tutejszych krajobrazów tak efektownie jak on.

Można lasami podróżować tu długo, nigdy nie nużąc oczu, bo, jak ludzie miasta, społeczeństwa drzew mają swoje niepowtarzalne właściwości, tworzą wyspy, strefy, archipelagi, znaczone tu i ówdzie jakąś drogą z koleinami w piasku, leśniczówką, starą smolarnią, której rozpadające się piece obrosła roślinność. I zawsze w pewnej chwili jest z pagórka widok na niebieską taflę jeziora z białą, ledwo dostrzegalną plamką perkoza, ze sznurem kaczek ciągnących nad trzcinami. Na bagnach lęgną się tutaj masy błotnego ptactwa, na wiosnę na bladym tutejszym niebie trwa wracający seriami warkot, wa-wa-wa bekasów – taki dźwięk wydaje powietrze w sterach z piór, kiedy odprawiają swoje monotonne akrobacje oznaczające miłość.

Dolina Issy to najbardziej ptasia powieść, jaką znam. Świat jej bohatera, młodego Tomasza, naznaczony jest ich obecnością do tego stopnia, że literacki język miejscami brzmi jak godowa piosenka trznadla: „latem jaszczurki szmyrgają spomiędzy cząbrów”. Miłosz pisze o „wątłym warkocie i bełkocie cietrzewi”, o niepokoju gęsi, gdy wiosną i jesienią „zrywają się nieporadnie, chcąc wzbić się z dzikimi, które nawołują z wysoka”, o kaczorze ubranym we wspaniałe pióra, który „woli samotność niż nudę wylęgania jajek i opiekowania się młodymi”, o „przenik­liwym kri-kri-kri” żołny, której echo niesie się między pniami brzóz.

Tytułowa Issa to zakamuflowana Niewiaża, jeden z głównych dopływów Niemna. Rzeka, nad którą poeta spędził dzieciństwo, przez wieki stanowiła granicę pomiędzy Żmudzią (krainą, z której, przypomnijmy, do delty Niemna przyleciała Rechocząca Łąka) a Litwą Górną. Podobała mi się myśl, że patyki ciskane w nurt przez paroletniego Czesia prędzej czy później trafiały tu, gdzie dotarłem. A potem, przedostawszy się przez wody laguny, wpadały do Bałtyku. Kiedy powieściowy Tomasz nauczył się już stawiać koślawe kulfony, w oprawionym w tekturę zeszycie stworzył własny atlas ptaków. Żołna, kwiczoł, orzechówka – wszystko wedle zasady, że „nazwać i zamknąć ptaka w piśmie to prawie to samo, co mieć go na zawsze”.

Pytanie o północny charakter lokalnej przyrody musiało dręczyć również Miłosza, bo odniósł się do niego w pierwszym rozdziale powieści. Jego zdaniem Litwa była raczej czymś pomiędzy Europą Środkową a Skandynawią. Krainą przejściową, niejasną i nie do końca dającą się zdefiniować:

Fauna jest tu mieszana, jeszcze niecałkowicie północna. Zdarzają się pardwy, ale są i kuropatwy. Wiewiórka ma zimą futerko szarawe, ale niecałkowicie szare. Są dwa gatunki zajęcy – jeden zwykły, który wygląda zimą i latem tak samo. Drugi, bielak, zmienia sierść i jest nie do odróżnienia od śniegu. To współistnienie gatunków daje materiał do rozważań uczonym, a sprawa komplikuje się jeszcze przez to, że, jak mówią myśliwi, zając zwykły ma dwie odmiany: polną i leśną, krzyżującą się czasem z bielakiem.

Spostrzeżenia poety znalazły potwierdzenie we współczesnych obserwacjach ornitologicznych. Kiedy ja moczyłem myśli w leniwym nurcie Issy, Witek, jak na fizyka przystało, szukał twardych danych w katalogu litewskiej awifauny.

– Łabędź czarnodzioby, bielaczek, drzemlik, piaskowiec, kwokacz, rzepołuch, jer – wyliczył. – To wszystko gatunki północne, których lęgi zdarzały się na Litwie, ale nigdy w Polsce. W niektórych przypadkach może chodzić o zamierzchłą historię, nawet sto lat wstecz. Mówimy o jednoznacznie potwierdzonym fakcie rozrodu.

Współcześnie północność Litwy potwierdza jedynie regularne gniazdowanie siewki złotej; dwie z nich dopiero co widzieliśmy o poranku.

– Dawniej tych gatunków było więcej i nie ma w tym żadnego przypadku. Te, które lęgły się na Litwie, ale nigdy w Polsce, to ptaki typowo północne – zawyrokował Witek.

Nakarmieni i napojeni kawą, przenieśliśmy dociekania na nowy grunt. Na mapie przylądek Ventė przypomina wypchany rybami dziób pelikana. Ma pięć kilometrów długości, dwa szerokości i, jak cały Zalew Kuroński, powstał kilka tysięcy lat temu w wyniku przekształceń linii brzegowej Morza Litorynowego. W średniowieczu wybudowano tu zamek i kościół, lecz morski żywioł nie miał dla nich litości. Dopiero gdy w XX wieku skonstruowano betonowe umocnienia z długim na ćwierć kilometra falochronem, udało się udobruchać niszczycielskie zapędy sztormów.

Ornitologiczny potencjał przylądka jako pierwszy odkrył sto lat temu tutejszy latarnik Mikas Posingis. Wiedział, że na Mierzei Kurońskiej, dwadzieścia kilometrów stąd, od 1901 roku istnieje Vogelwarte Rossitten, najstarsza na świecie stacja obrączkarska. Mierzeja jest miejscem wyjątkowego natężenia ptasich migracji, niektórzy twierdzą, że wręcz największego w tej części świata. Jesienią 1929 roku Posingis ściągnął na Ventė tamtejszych badaczy. Rok później na przylądku łapano już w sieci i obrączkowano migrujące ptaki, a jedną z osób, które to robiły, był wyszkolony do tego wcześniej latarnik. W pierwszej dekadzie obrączki założono ponad dwudziestu dwóm tysiącom ptaków, a w 1946 roku sam tylko Posingis miał już na koncie osiemdziesiąt cztery tysiące obrączek. Pod koniec lat pięćdziesiątych na Ventė zamontowano pierwsze stałe pułapki. Miały dwanaście metrów wysokości i czterdzieści szerokości, chwytały kilkanaście tysięcy ptaków rocznie. W 1978 roku postawiono jeszcze większą, dwudziestopięciometrową pułapkę wyposażoną w elektryczną wyciągarkę, dzięki czemu dało się ją złożyć na wypadek wichury. Potem dołączyła do niej druga taka sama. Obie są do dziś największymi tego typu urządzeniami na świecie. Obok nich znajdują się zabudowania stacji ornitologicznej i nieduże muzeum.

Na parking wjechaliśmy niemal równocześnie: my samo­chodem, Vytautas Jusys na zdezelowanym rowerze składaku. Miał mocny uścisk dłoni i dużo się uśmiechał. Na szyi nosił branżową biżuterię – kolorowe pętle z metalowymi obrączkami w rozmiarach odpowiednich dla różnych rodzin ptaków. Porozumiewaliśmy się mieszanką angielskiego, rosyjskiego, polskiego i litewskiego. Szybko się zorientowałem, że mam przed sobą showmana, który doskonale wie, jak oczarować publiczność.

– W przyszłym roku zaobrączkuję swojego milionowego ptaka – powiedział na wstępie i tym samym jedno­znacznie dał do zrozumienia, że to jego szukaliśmy.

Vytautas urodził się w Kazachstanie. Ptaki obrączkował już jako piętnastolatek, a od ponad czterdziestu pięciu lat pracował na Ventė, z czego ostatnią dekadę jako kierownik stacji. Przez cały ten czas właściwie nie ruszał się poza rejon delty Niemna. Udało mu się zobaczyć trzysta dwadzieścia siedem gatunków ptaków spośród czterystu dziewięciu stwierdzonych na Litwie. Miał na koncie piętnaście stwierdzeń nowych gatunków dla tego kraju; były wśród nich mewa ochocka oraz oknówka wschodnia – azjatycka jaskółka, którą Jusys zaobserwował jako pierwszy w całej Palearktyce Zachodniej, czyli krainie zoogeograficznej obejmującej Europę od Uralu po Azory, Afrykę Północną i część Bliskiego Wschodu.

– Ale wszystkie gatunki lubię tak samo! – dorzucił zaraz z rozbrajającą szczerością.

Uznałem, że to dobry moment, by wyjąć z plecaka przywieziony z domu prezent – szklaną wilgę. Wziął ją w dłonie i uważnie obejrzał, wodząc palcami po gładkiej powierzchni.

– Będzie pasować do kolekcji – stwierdził, a wilga bez jednego machnięcia skrzydłami pofrunęła do prowizorycznego awiarium, czyli kameralnego magazynu pełniącego funkcję sklepu z pamiątkami. Na grzędach półek siedziały tu już dziesiątki innych ptaków. Milczących, bo zaklętych w ceramikę albo drewno.

Na pytanie o poranną ciszę na jeziorze Vytautas wyjaśnił, że na tegoroczną migrację spóźniliśmy się o cały miesiąc.

– Gęsi leciały już od lutego, więc szczyt przelotów dawno minął. Przy tak ciepłych zimach jak ostatnie wszystko dzieje się o wiele wcześniej niż dotychczas. Ptaki czują, że klimat się zmienia, i na to reagują. Ale jeśli pokręcicie się po okolicy, coś jeszcze zobaczycie.

Zwiedzanie stacji z jej kierownikiem obejmowało obchód największej pułapki. Składała się z wielu sąsiadujących ze sobą i wykonanych z siatki stożków, gdzie każdy był mniejszy od poprzedniego. Koniec wieńczyła konstrukcja w kształcie równoległoboku. Niesiony wiatrem ptak, który znalazł się w środku, nie miał jak uciec. Zobaczyliśmy to na żywym przykładzie: w pułapce szamotał się pierwiosnek.

Vytautas wziął go z rąk współpracownika, a potem w lnianym woreczku przekazał praktykantce. Opatulona w grubą kurtkę dziewczyna siedziała nad szczegółowymi atlasami ptaków. Zważyła i zmierzyła zdobycz, oznaczyła wiek, wreszcie metalowymi cążkami nałożyła obrączkę na nogę. Wszystkie te informacje wraz z numerem opaski zapisała w rozbudowanej tabeli. Cały proces przypominał operację chirurgiczną na wyjątkowo drobnym i delikatnym stworzeniu. Na koniec Vytautas chwycił go między dłonie, ustawił się plecami do wiatru i puścił. Pierwiosnek czmychnął w niebo, być może złorzecząc przy tym całemu światu na nieszczęście, jakie go spotkało.

W pułapce cały czas coś się działo, więc zaraz przyszła moja kolej na zwrócenie komuś wolności. Szpak był ciepły, pod palcami czułem łomotanie maleńkiego serca. Chyba zbyt długo wpatrywałem się w jego czarne oko, bo zaczął się szamotać i tłuc dziobem na oślep.

– Już, już – popędził mnie Vytautas.

Wyprostowałem ramiona i uniosłem dłonie. Próbowałem zawrzeć w tym geście choćby odrobinę patosu, jaki pamiętałem z podobnych scen z dzieciństwa, gdy w telewizji pokazywano wypuszczanie gołąbków pokoju. Ptak w moich rękach był jednak czarny i jeśli niósł jakieś przesłanie, to było ono enigmatycznie szpakowate.

– Leć, leć przed siebie! – zawołałem, a on uciekł tak szybko, jak potrafił.

Rozmawialiśmy dalej, podczas gdy obsługa stacji robiła swoje. Kolejne ptaki – rudzik, bogatka i jeszcze jeden szpak – lądowały w pułapce, potem w worku, dalej na stole, aż wreszcie były puszczane wolno. Działo się to bez zbędnych ceregieli i nerwów. Pułapek było łącznie dziewięć, więc w szczycie migracji wszyscy uwijali się tu pewnie jak w ulu. Teraz, gdy ptaków łapało się znacznie mniej, można było zwolnić i zwracać uwagę na detale. Dlatego wszyscy jęknęliśmy z bólu, gdy grubodziób – chucherko z potężnym, adekwatnym do nazwy orężem – dziabnął w dłoń oporządzającą go stażystkę. Spanikowana podskoczyła na krześle, o mało nie wypuszczając ptaka z rąk.

– Źle, inaczej! – zainterweniował Vytautas i pewną ręką przejął miotającego się ptaka. W trakcie pomiarów cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania: o lisy, kuny i wydry wchodzące do pułapek na łatwy żer, o błądzące w nich sarny, ćmy, ważki, żaby i nietoperze. – Bieliki? Bielików mamy mnóstwo. Dwieście na całej Litwie, pięćdziesiąt w bliskiej okolicy. Tu jedna para, tam następna, w tamtą stronę dwie kolejne – wymieniał, wskazując palcem w pozornie losowych kierunkach. – Chcecie zobaczyć gniazdo? Poszukajcie w olsie przy wyjeździe z przylądka. Widać je z drogi. Musicie stanąć przy słupie sieci elektrycznej.

Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Początkowo błądziliśmy wzrokiem po jednolitej ścianie lasu, aż wreszcie z burej plamy olsu wyłowiliśmy ogromne gniazdo umoszczone w rozgałęzieniu starej olchy, wysokie na metr albo i więcej. Siedziały na nim dwa potężne, być może najedzone bieliki.

***

Co dzieje się z ptakami, gdy odlatują? Z braku sensownej odpowiedzi na to pytanie w toku dziejów powstało kilka obłąkanych wizji. Różne gatunki posądzano o transmutację i hibernację. O przeczekiwanie zimy w jaskiniach, na dnie jezior albo na Księżycu. Pierwszym jednoznacznym dowodem na długodystansowe migracje stał się bocian, który w 1822 roku pojawił się w Europie z wbitą w szyję afrykańską włócznią. Przeleciał kilka tysięcy kilometrów, aż został upolowany w Meklemburgii, a następnie wypchany, po czym trafił do kolekcji zoologicznej Uniwersytetu w Rostocku. Można go tam oglądać do dziś.

Przyloty i odloty ptaków od zawsze zwiastowały przemiany pór roku i poniekąd zastępowały ludziom kalendarze. Obserwowano wędrówki ogromnych stad, ale długo brakowało wiedzy i technologii, by nadać temu zjawisku szerszy kontekst. Przełomem stał się pomysł duńskiego nauczyciela Hansa Christiana Corneliusa Mortensena, który w 1899 roku zaczął zakładać złapanym ptakom numerowane obrączki. Dzięki temu rozwiązaniu ptaki przestały być niepoliczalną masą. Przy dużej dozie szczęścia można było teraz śledzić losy konkretnego osobnika. Kluczem były tak zwane retrapy, czyli ponowne odłowy dostarczające informacji o miejscu przebywania danego ptaka. Skumulowane, pozwalały wysnuwać wnioski dotyczące całego gatunku. Pierwszy i najważniejszy traktował o osi północ–południe, po której odbywa się większość sezonowych przelotów. Kryje się za tym ptasia potrzeba dostosowania się do rytmu pór roku.

Po wynalezieniu radarów ich operatorzy zaczęli widywać anioły. Fale radiowe odbijały się od zagadkowych obiektów, które z czasem okazały się stadami ptaków. Potem, wraz z rozwojem technologii, dowiedzieliśmy się, że duża część migracji odbywa się nocą, i to na tyle wysoko, że już poza zasięgiem obserwacji z ziemi. Kolejnym skokiem stały się zakładane ptakom nadajniki pozwalające śledzić całą trasę przelotu. A jednak dawne metody badawcze – obrączki – wciąż są w powszechnym użyciu, przede wszystkim dzięki znikomym kosztom. Dziś w samej Europie znakuje się w ten sposób cztery miliony ptaków rocznie. Obrączki mają dwadzieścia rozmiarów. Te najmniejsze dostosowane są do gabarytów pięcio­gramowego mysikrólika, największe – do ogromnego łabędzia niemego. Ornitolodzy przekonują, że odpowiednio dobrane, są one dla ptaków neutralne niczym dla człowieka noszony na nadgarstku zegarek.

Jak zauważa brytyjski ornitolog Ian Newton, migracje ptaków nigdzie nie są tak widoczne jak na wybrzeżach. Wzdłuż granic lądu i morza, na cyplach, półwyspach, mierzejach i w sąsiedztwie latarni morskich. W grubym na ponad sześćset stron popularnonaukowym opracowaniu Newton cytuje dziewiętnastowieczną relację niemieckiego malarza Heinricha Gätkego z położonej na Morzu Północnym wyspy Helgoland, od której nazwę zaczerpnął typ urządzenia do łapania ptaków:

Całe niebo jest teraz wieżą Babel z setek i tysięcy głosów, a gdy się zbliżamy […] pod intensywnym blaskiem światła, roje skowronków, szpaków i drozdów krążą w coraz większej masie, niczym deszcze błyszczących iskier lub ogromne płatki śniegu pędzone przez wichurę. Gdy znikają, są nieustannie zastępowane przez świeżo przybywające tłumy. Mieszają się z nimi ogromne liczby siewek złotych, czajek, kulików i biegusów.

Według badań przeprowadzonych w 1993 roku cykliczne migracje z lęgowisk na zimowiska i z powrotem odbywa połowa z około jedenastu tysięcy gatunków ptaków zamieszkujących Ziemię. Z wysiłku rezygnują przede wszystkim te tropikalne, których siedliska przez cały rok oferują obfity pokarm.

Ponad wiek badań nad ptasimi wędrówkami pozwolił poznać to zjawisko w detalach. Wiemy, że najbardziej niestrudzonymi wędrowcami są rybitwy popielate, które co roku pokonują dystans między lęgowiskami w Arktyce i zimowiskami w Antarktyce, a potem powtarzają tę podróż w odwrotnym kierunku. Niektóre gatunki z rzędu wróblowych potrafią przelecieć ponad dziesięć tysięcy kilometrów z północnych skrawków jednego kontynentu na południowy kraniec innego. Gęsi podróżują na odleg­łość do pięciu tysięcy kilometrów, łabędzie natomiast dwa razy bliżej.

Wiemy, że jedne ptaki – w tym kormorany, bociany, czaple, żurawie, gołębie, dzięcioły, wróble, pliszki i cała zgraja szponiastych – wolą lecieć za dnia. Inne – wśród nich kukułki, sowy, lelki, strzyżyki, rudziki, muchołówki i drozdy – przemieszczają się raczej nocami. Większości ptaków wodnych pora doby nie robi z kolei różnicy.

Zdajemy sobie również sprawę, jak bardzo budowa i kształt skrzydła wpływają na osiągi. Im większy ptak, tym częściej musi odpoczywać. Zięba, która leci z Finlandii do Hiszpanii, na każdy dzień w drodze średnio siedem poświęci na regenerację.

Potrafimy przewidzieć tempo migracji na podstawie prognoz pogody, przede wszystkim danych o układzie wyżów i niżów oraz kierunku ich przemieszczania się, w Europie zwykle wschodnim. Zaobserwowaliśmy, że ptaki potrafią modyfikować trasę ze względu na siłę bocznych wiatrów. Że jesienią mniej się wahają, bo lecąc na południe, uciekają od złej pogody i wpadają w ramiona lepszej. Z kolei wiosną sytuacja jest odwrotna: w pogoni za przemieszczającą się na północ izotermą dziesięciu stopni Celsjusza mogą łatwo trafić na gorsze warunki. Muszą więc przystawać, a czasem nawet się cofnąć.

Z badań gospodarki hormonalnej wędrujących ptaków dowiedzieliśmy się wreszcie, że ich wiosenna migracja pełna jest ekscytacji i nadziei, bo są już gotowe do rozrodu. Z hormonami wiąże się też Zugunruhe, czyli niepokój migracyjny, zew podróży, wewnętrzny przymus ruchu. Ujawnia się on u ptaków przebywających w niewoli, gdy kalendarz nakazuje im wędrówkę. To przypadek opisanych przez Miłosza udomowionych gęsi, które wiosną i jesienią próbują dołączyć do dzikich stad. To trzepot skrzydeł, kotłowanie się, przebieranie nogami i podskoki ptaków trzymanych w klatce. Pobudzenie trwa mniej więcej tyle co naturalna migracja, a badania dowodzą, że zniewolony ptak nie traci również orientacji względem kierunku, w którym chciałby polecieć. Zugunruhe to wreszcie zjawisko, z którym łatwo się utożsamić. Nie trzeba mieć skrzydeł, żeby u progu jesieni poczuć ukłucie zazdrości na widok długiego klucza żurawi kierujących się na południe. Albo na dźwięk gęsich klaksonów nad głową, który na chwilę odrywa nas od szarej codzienności.

Historia ostatniego zlodowacenia każe nam się zastanowić, co było pierwszym domem ptaków w naszej części świata: północne obszary lęgowe czy zimowiska, na które przenoszą się na chłodniejszą część roku? Odpowiedź nie musi być taka sama dla wszystkich gatunków, a badania genetyczne dowodzą, że u wielu z nich doszło do poszerzenia lub przeniesienia obszaru lęgowego w kierunku północnym. Miało to wyraźny związek z uwolnieniem nowych terytoriów przez lądolód, dzięki czemu powstały dogodne warunki do zakładania gniazd. Północ to ogromny obszar, konkurencja o pokarm jest tu znacznie mniejsza niż na południu. W sam raz na okres rozrodu, gdy rośnie zapotrzebowanie na kalorie.

Newton przywołuje przykład kulczyka, drobnego ptaka z rodziny łuszczakowatych. Jeszcze do XVIII wieku był on gatunkiem osiadłym na południu Europy, w kolejnych wiekach rozszerzył jednak swój obszar lęgowy w kierunku północnym. Dziś zakłada gniazda w całej Polsce, we wschodniej Danii, na Litwie, Łotwie i w części Estonii.

Północ, gdziekolwiek się zaczyna, z ptasiej perspektywy może się jawić jako raj odzyskany.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I