Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Powieść napisana na kanwie oscarowego scenariusza filmowej superprodukcji.
Czterej mężczyźni i kobieta zmniejszeni do mikroskopijnych rozmiarów wchodzą na pokład zminiaturyzowanego atomowego pojazdu podwodnego i zostają wprowadzeni do tętnicy szyjnej umierającego mężczyzny. Przepływają przez serce, wnikają do ucha wewnętrznego, gdzie mógłby ich zdruzgotać nawet najmniejszy dźwięk, i walczą z układem odpornościowym, zmierzając do mózgu, który skrywa cenną i niebezpieczną wiedzę. Ich zadaniem jest dotrzeć do skrzepu krwi i rozbić go promieniami lasera. Stawką są losy całego świata…
Powieść tę Isaac Asimov napisał na podstawie scenariusza Harry’ego Kleinera do nagrodzonej w 1967 roku dwoma Oscarami głośnej superprodukcji z Raquel Welch, Stephenem Boydem i Donaldem Pleasence’em w rolach głównych.
Asimov to jeden z najważniejszych i najpłodniejszych pisarzy XX wieku, który wykreował światy i idee wciąż inspirujące i zadziwiające czytelników. - zentara.blog
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 271
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 7 godz. 2 min
Lektor: Marcin Stec
Dla Marca i Marcii, którzy przyparli mnie do muru
Opowieść ta ma kilku autorów, którzy w różny sposób przyczynili się do nadania jej obecnego kształtu. Było to dla nas wszystkich trudne zadanie i wielkie wyzwanie, z którym długo się mierzyliśmy, ale zarazem źródło głębokiej satysfakcji i — nie waham się powiedzieć — wielkiej przyjemności. Przystępując do jej pisania, obaj z Bixbym mieliśmy tylko pomysł i byliśmy bardzo ciekawi, dokąd nas to doprowadzi. Nie mieliśmy pojęcia, co się z nią stanie w rękach ludzi obdarzonych wielką wyobraźnią i wspaniałym talentem artystycznym: producenta filmu Saula Davida, jego reżysera i natchnionego twórcy fantazji Richarda Fleischera, Harry’ego Kleinera, który napisał scenariusz, dyrektora artystycznego i artysty w każdym calu Dale’a Hennessy’ego oraz lekarzy i naukowców, którzy wspaniałomyślnie poświęcili jej wiele czasu i przemyśleń, a na koniec Isaaca Asimova, który użyczył swego pióra i wielkiego talentu, by nadać tej fantasmagorycznej mieszaninie faktów i fantazji formę i pozór rzeczywistości.
Otto Klement
Samolot, stary, wycofany z czynnej służby czterosilnikowy odrzutowiec plazmowy, leciał trasą, która nie była ani ekonomiczna, ani dość bezpieczna. Przebijał się przez warstwy chmur przez dwanaście godzin, podczas gdy jednostce naddźwiękowej o napędzie rakietowym na pokonanie tej odległości wystarczyłoby pięć.
A do celu podróży pozostała jeszcze ponad godzina.
Agent na pokładzie wiedział, że jego zadanie zostanie wykonane, dopiero gdy samolot siądzie na ziemi, i że ta ostatnia godzina będzie najdłuższa.
Zerknął na drugiego mężczyznę, jedyną osobę oprócz niego w dużej kabinie pasażerskiej, który w tej chwili drzemał z brodą opuszczoną na pierś.
Ten pasażer nie wyglądał szczególnie imponująco, ale w tym momencie był najważniejszym człowiekiem na świecie.
Generał Alan Carter podniósł ponury wzrok na pułkownika, który wszedł do gabinetu. Oczy Cartera były podpuchnięte, a kąciki ust opuszczone. Starał się przywrócić pierwotny kształt spinaczowi do papieru, ale wyskoczył mu on z dłoni.
— Tym razem prawie mnie dopadło — powiedział spokojnie pułkownik Donald Reid. Miał gładko zaczesane do tyłu rudawozłote włosy, ale jego siwiejące wąsy były nastroszone. Mundur leżał na nim tak samo nienaturalnie jak na generale. Obaj byli ekspertami, których armia wcieliła do pracy w pewnej superspecjalności, a stopnie oficerskie nadała im dla wygody i — biorąc pod uwagę zastosowanie dorobku tej dziedziny — nieco z konieczności.
Obaj mieli insygnia PMSO. Każda litera znajdowała się w małym sześciokącie, dwie u góry, dwie pod nimi. Dolną dwójkę rozdzielał sześciokąt z symbolem dokładniej ich określającym. U Reida był to kaduceusz, który oznaczał, że jest medykiem.
— Zgadnij, co robię — powiedział generał.
— Pstrykasz spinaczami.
— A tak. I liczę godziny. Jak głupek! — Jego głos podniósł się o kontrolowaną kreskę. — Siedzę tu z wilgotnymi dłońmi, włosami zlepionymi potem i walącym sercem i liczę godziny. Choć teraz już minuty. Zostały siedemdziesiąt dwie, Don. Za siedemdziesiąt dwie minuty wylądują na lotnisku.
— W porządku. Skąd więc te nerwy? Coś jest nie tak?
— Nie. Nic. Wszystko poszło sprawnie. O ile wiemy, nasi wydobyli go z ich rąk bez żadnych kłopotów. Wsadzili bezpiecznie do samolotu, starego odrzutowca…
— Tak. Wiem.
Carter potrząsnął głową. Nie chciał przekazać pułkownikowi żadnej nowiny, chciał tylko porozmawiać.
— Doszliśmy do wniosku — ciągnął — że oni dojdą do wniosku, iż my dojdziemy do wniosku, że najważniejszy jest czas, więc wsadzimy go w X-52 i przerzucimy przez egzosferę. Tylko że my doszliśmy do wniosku, iż oni się tego domyślą i postawią obronę przeciwrakietową w stan gotowości…
— Paranoja — przerwał mu Reid. — Tak to nazywamy w mojej dziedzinie. To, że ktoś myśli, że posunęliby się do tego. Zaryzykowali, że doprowadzi to do wojny i zagłady.
— Mogliby podjąć to ryzyko, by powstrzymać to, co się dzieje. Jestem prawie pewien, że gdyby sytuacja była odwrotna, my uznalibyśmy, że należy je podjąć. A zatem wzięliśmy samolot pasażerski, czterosilnikowy odrzutowiec, tak stary, że wątpiłem, czy zdoła się oderwać od ziemi.
— I udało się?
— Co się udało? — Generała na chwilę opadły czarne myśli.
— Oderwał się? — sprecyzował Reid.
— Tak, tak. Spisuje się całkiem dobrze. Dostaję meldunki od Granta.
— Kto to?
— Agent, który się tym zajmuje. Znam go. Skoro on się tym zajmuje, czuję się tak bezpiecznie, jak można się czuć w takiej sytuacji, czyli nie bardzo. To Grant przeprowadził tę operację, wyłuskał Benesa z ich rąk jak pestkę z arbuza.
— No więc?
— Ale wciąż się martwię. Mówię ci, Reid, w tej cholernej gmatwaninie można bezpiecznie prowadzić sprawy tylko w jeden sposób. Musisz zakładać, że oni są tak samo sprytni jak my, że na każdą naszą sztuczkę mają w odpowiedzi swoją sztuczkę, że każdej naszej wtyczce, którą umieściliśmy u nich, odpowiada wtyczka, którą umieścili u nas. Ciągnie się to już ponad pół wieku. Gdyby nie równowaga sił, dawno byłoby po wszystkim.
— Nie przejmuj się, Al.
— Jak mam się nie przejmować? To, co przywozi ze sobą Benes, ta nowa wiedza, może raz na zawsze zakończyć ten impas. A my będziemy zwycięzcami.
— Mam nadzieję, że oni tak nie myślą — powiedział Reid. — Bo jeśli tak… Wiesz, Al, w tej grze trzymano się dotąd reguł. Żadna strona nie zrobi niczego, co by mogło przyprzeć drugą tak mocno do muru, aby była zmuszona nacisnąć guzik atomowy. Musisz zostawić im trochę miejsca, żeby mogli się cofnąć. Trzeba naciskać mocno, ale nie za mocno. Gdy znajdzie się tu Benes, mogą dojść do wniosku, że naciskamy zbyt mocno.
— Nie mamy wyboru. Musimy podjąć to ryzyko — stwierdził Carter. I po namyśle dodał: — Jeśli on tu dotrze.
— Ale dotrze, prawda?
Carter wstał, jakby miał zamiar zacząć chodzić w tę i z powrotem. Spojrzał na rozmówcę i nagle znów usiadł.
— Racja, dlaczego się ekscytować? — powiedział. — Widzę po twoich oczach, doktorze, że chciałbyś mi dać coś na uspokojenie. Nie potrzebuję żadnych pigułek szczęścia. Załóżmy jednak, że dotrze tu za siedemdziesiąt dwie… nie, za sześćdziesiąt sześć minut. Załóżmy, że wyląduje na lotnisku. Trzeba będzie jeszcze bezpiecznie go tu przywieźć i ulokować… Jeszcze wiele może się zdarzyć…
— …między ustami i brzegiem pucharu — śpiewnie dopowiedział Reid. — Posłuchaj, generale, może byśmy zachowali się rozsądnie i porozmawiali o konsekwencjach? To znaczy, co się stanie, kiedy się tu znajdzie?
— Daj spokój, Don. Zaczekajmy z tym, aż tu dotrze.
— Daj spokój, Al — sparodiował go pułkownik, a w jego głosie zabrzmiała irytacja. — Nie ma na co czekać. Gdy się tu zjawi, będzie już na to za późno. Będziesz zbyt zajęty, a wszystkie mróweczki w kwaterze głównej zaczną biegać jak opętane i nie będzie można nic zrobić, a uważam, że coś trzeba zrobić.
— Obiecuję… — Generał wykonał gest oznaczający, że uważa rozmowę za zakończoną.
Reid to zignorował.
— O nie. Nie będziesz mógł dotrzymać żadnej obietnicy. Dzwoń do szefa, dobrze? Natychmiast! Możesz się z nim połączyć. W tej chwili jesteś jedyną osobą, która może się z nim połączyć. Wytłumacz mu, że PMSO nie są jedynie sługą Departamentu Obrony. A jeśli nie zdołasz, skontaktuj się z komisarzem Furnaldem. On jest po naszej stronie. Powiedz mu, że chcę jakichś okruchów dla bionauk. Podkreśl, że za tym głosowano. Słuchaj, Al, musimy mówić na tyle głośno, żeby było nas słychać. Musimy mieć jakąś szansę na przebicie się z tym. Kiedy Benes się tu znajdzie i obskoczą go ci wszyscy prawdziwi generałowie, niech ich szlag, nie będziemy mieli nic do gadania.
— Nie mogę, Don. I nie zrobię tego. Powiem prosto z mostu: nie zrobię nic, dopóki nie znajdzie się tu Benes. I z łaski swojej nie próbuj na mnie naciskać.
Usta Reida pobladły.
— No to co mam robić, generale?
— Czekać, jak ja. Liczyć minuty.
Reid zwrócił się w stronę drzwi. Starał się zapanować nad złością.
— Na pańskim miejscu, generale — rzekł — zastanowiłbym się, czy jednak nie wziąć czegoś na uspokojenie.
Carter bez słowa patrzył, jak wychodzi. Zerknął na zegarek.
— Sześćdziesiąt jeden minut! — mruknął i rozejrzał się za spinaczem.
Reid niemal z ulgą wstąpił do gabinetu doktora Michaelsa, cywilnego szefa Sekcji Medycznej. Na szerokiej twarzy Michaelsa chyba nigdy nie pojawiał się radosny uśmiech, a jedynie lekkie rozbawienie, któremu towarzyszył ironiczny chichot, ale też nigdy nie ściągała się ona w grymas niezadowolenia. Co najwyżej przybierała wyraz powagi, która — jak się wydawało — sama siebie nigdy nie brała na serio.
Jak było do przewidzenia, trzymał w dłoni tę mapę albo jedną z nich. Dla pułkownika Reida wszystkie były takie same — każda przedstawiała zawiły labirynt, a razem wzięte tworzyły zawiłość do potęgi entej.
Od czasu do czasu Michaels próbował mu wytłumaczyć, jak zresztą prawie każdemu, co jest na tych mapach. Aż się palił do wyjaśnienia tego wszystkiego.
Wyglądało na to, że do krwiobiegu wprowadzano nieszkodliwy radioaktywny znacznik i potem organizm (człowieka albo myszy) robił sobie zdjęcie, na — by tak rzec — zasadzie lasera, w wyniku czego otrzymywano trójwymiarowy obraz.
W tym momencie Michaels mawiał: „Mniejsza z tym. Dostajesz obraz całego układu krążenia w trzech wymiarach. Potem można to zapisać dwuwymiarowo w tylu przekrojach i rzutach, ilu potrzebujesz. Jeśli obraz został właściwie powiększony, możesz dotrzeć do najdrobniejszych naczyń włosowatych”. Po czym dodawał: „A to sprowadza mnie do roli geografa. Geografa ludzkiego ciała śledzącego układ jego rzek i zatok, przesmyków i strumieni. Zapewniam cię, że jest to układ dużo bardziej skomplikowany niż cokolwiek innego na Ziemi”.
Reid spojrzał na mapę nad ramieniem Michaelsa i zapytał:
— Czyj to układ, Max?
— Nikogo ważnego. — Michaels zbył pytanie wzruszeniem ramion. — Czekam, to wszystko. Kiedy czeka ktoś inny, czyta książkę. Ja czytam układ krwionośny.
— A więc ty też czekasz? Tak jak on. — Reid kiwnął głową w stronę gabinetu Cartera. — Na to samo?
— Na przybycie Benesa. Oczywiście. Ale wiesz, nie całkiem w to wierzę.
— W co nie wierzysz?
— Nie jestem pewien, czy ten człowiek ma to, o czym mówi, że ma. Co prawda jestem fizjologiem, nie fizykiem — Michaels wzruszył ramionami z autoironicznym uśmiechem — ale wierzę ekspertom z tej dziedziny. A oni twierdzą, że nie ma mowy. Słyszałem, jak mówili, że zasada nieoznaczoności uniemożliwia utrzymanie tego przez dłuższy czas. A nie sposób się spierać z zasadą nieoznaczoności, prawda?
— Ja też się na tym nie znam, Max, ale ci sami eksperci uważają, że Benes jest z nich najwybitniejszy. Druga strona dotrzymywała nam pola tylko dlatego, że go miała, tylko dlatego. Nie mają nikogo innego tego formatu, podczas gdy my mamy Zaletsky’ego, Kramera, Richtsheima, Lindsaya i całą resztę. I nasi najlepsi specjaliści są przekonani, że jeśli on mówi, że coś ma, to musi to mieć.
— Naprawdę? A może po prostu uważają, że nie możemy przepuścić takiej okazji? W końcu nawet jeśli się okaże, że on nic nie ma, po jego ucieczce i tak będziemy górą. Tamci nie będą już mogli korzystać z jego usług.
— Dlaczego miałby kłamać?
— A dlaczego nie? Dzięki temu wydostanie się stamtąd. Dostanie się tutaj, gdzie… jak przypuszczam… chce być. Jeśli się okaże, że nic nie ma, i tak go nie odeślemy, prawda? Poza tym może nie kłamie, lecz po prostu się myli.
— Hmm. — Reid odchylił krzesło do tyłu i położył nogi na biurku, co zupełnie nie pasowało do osoby w randze pułkownika. — Słuszna uwaga. A jeśli nas nabiera, Carter będzie miał to, na co zasłużył. Oni wszyscy będą mieli to, na co zasłużyli. Głupcy.
— Z Cartera nic nie wyciągnąłeś, co?
— Nic. Nie kiwnie palcem, dopóki nie przybędzie Benes. Liczy minuty, a teraz i ja to robię. Jeszcze czterdzieści dwie.
— Do czego?
— Do momentu, kiedy wyląduje samolot z Benesem na pokładzie… A bionauki nic z tego nie będą miały. Jeśli Benes zawarł z nami układ tylko po to, by się wyrwać z rąk drugiej strony, nie mamy nic. A jeśli mówi prawdę, też nic z tego nie dostaniemy. Na wszystkim, każdym okruchu, każdym źdźble, położy ręce obrona. To zbyt cenna wiedza, żeby wypuścili ją z rąk.
— Nonsens. Na początku będą to pewnie kurczowo trzymali, ale my też możemy na nich nacisnąć. Choćby napuścić na nich Duvala, zasadniczego, bogobojnego Duvala.
Reid skrzywił się z niesmakiem.
— Bardzo bym chciał poszczuć go na wojskowych. A Carter tak mnie teraz wkurzył, że i na niego. Gdyby Duval miał ładunek ujemny, a Carter dodatni i gdybym mógł zetknąć ich ze sobą, żeby posypały się iskry i spłonęli…
— Nie pałaj żądzą mordu, Don. Traktujesz Duvala zbyt poważnie. Chirurg jest artystą, rzeźbiarzem pracującym w żywej tkance. Wielki chirurg jest wielkim artystą i ma temperament wielkiego artysty.
— Ja też mam temperament, ale nie jestem z tego powodu wrzodem na tyłku. Co daje Duvalowi monopol na chamskie i aroganckie zachowanie?
— Bardzo bym się ucieszył, mój pułkowniku, gdyby tylko on miał na to monopol. Przyjąłbym to z przyjemnością i wielką wdzięcznością. Kłopot w tym, że na świecie jest wielu innych chamskich i aroganckich osobników.
— Pewnie tak. Pewnie tak — mruknął Reid, ale wcale go to nie pocieszyło. — Trzydzieści siedem minut.
Gdyby ktoś zapoznał doktora Petera Lawrence’a Duvala z jego zwięzłą charakterystyką autorstwa Reida, spotkałaby się ona z takim samym krótkim burknięciem, jakim skwitowałby uczynione mu wyznanie miłości. Nie dlatego, że Duval był niewrażliwy na zniewagi czy wyrazy uwielbienia, ale z tej prostej przyczyny, że reagował na nie tylko wtedy, kiedy miał czas, a miewał go bardzo rzadko.
To, co zazwyczaj malowało się na jego twarzy, nie było grymasem złości czy zniecierpliwienia, lecz skutkiem napięcia mięśni, do którego dochodziło, kiedy był myślami gdzie indziej. Przypuszczalnie wszyscy uciekają gdzieś od spraw tego świata; Duval uciekał od nich, koncentrując się na pracy.
Doprowadziło go to do tego, że w wieku czterdziestu kilku lat cieszył się międzynarodową sławą i trwał, z czego rzadko zdawał sobie sprawę, w stanie kawalerskim.
Gdy otworzyły się drzwi, nawet nie podniósł wzroku znad wyników dokładnych pomiarów leżących przed nim trójwymiarowych zdjęć rentgenowskich. Weszła jego asystentka, jak zwykle bezszelestnie.
— O co chodzi, panno Peterson? — spytał i jeszcze uważniej przyjrzał się zdjęciom. Głębia obrazu była ewidentna dla oka, ale jej zmierzenie wymagało skrupulatnego uwzględnienia kątów, a przede wszystkim wiedzy o tym, jaka ona miała być.
Cora Peterson czekała, aż minie moment koncentracji. Miała dwadzieścia pięć lat, tylko dwadzieścia mniej niż Duval, i uzyskany zaledwie przed rokiem dyplom magistra, który złożyła u stóp wybitnego chirurga.
W listach do domu prawie zawsze tłumaczyła, że każdy dzień z Duvalem jest jak semestr na uniwersytecie, że studiowanie jego metod, sposobów diagnozowania i posługiwania się narzędziami jest niewiarygodnie pouczające. A jego oddanie pracy i sprawie leczenia można określić jako inspirujące.
Na mniej wyrafinowanym intelektualnie poziomie była w pełni świadoma, niemal jak zawodowy fizjolog, że gdy patrzy na płaszczyzny i krzywizny jego twarzy pochylonej nad pracą i widzi szybkie, pewne i zdecydowane ruchy jego palców, rytm jej serca przyspiesza.
Jednak jej oblicze było niewzruszone, gdyż potępiała takie poczynania swego nieobdarzonego intelektem mięśnia sercowego.
Lustro pokazywało jej zupełnie wyraźnie, że nie jest kobietą pospolitą. Przeciwnie: miała ciemne, szeroko rozstawione oczy, usta skore do uśmiechu, gdy im na to pozwalała, co zdarzało się nieczęsto, a jej figura drażniła ją, ponieważ ewidentnie przeszkadzała innym we właściwym postrzeganiu jej zawodowej kompetencji. Chciała słyszeć gwizdy zachwytu (albo ich intelektualne odpowiedniki) nad jej zdolnościami, nie nad krągłościami ciała, na które nie mogła nic poradzić.
Jej umiejętności doceniał przynajmniej Duval, na którego jej atrakcyjny wygląd zdawał się w ogóle nie działać, za co jeszcze bardziej go podziwiała.
W końcu powiedziała:
— Panie doktorze, za niespełna trzydzieści minut wyląduje samolot z Benesem.
— Hmm. — Uniósł głowę. — Co pani tu jeszcze robi? Pani dzień pracy dobiegł końca.
Cora mogłaby odpowiedzieć, że jego też, ale dobrze wiedziała, że dzień pracy Duvala kończy się, dopiero kiedy zrobi to, nad czym siedział. Dosyć często zostawała z nim przez bite szesnaście godzin, chociaż przypuszczała, że utrzymywałby (zupełnie uczciwie), iż honoruje jej ośmiogodzinny dzień pracy.
— Czekam, żeby go zobaczyć — odparła.
— Kogo?
— Benesa. Nie ekscytuje to pana, doktorze?
— Nie. Dlaczego miałoby mnie to ekscytować?
— Jest wielkim uczonym i mówią, że ma ważne informacje, które zrewolucjonizują wszystko, co robimy.
— Tak? — Duval podniósł ze sporej kupki zdjęć leżące na samej górze, odłożył je na bok i wziął następne. — Jak to pani pomoże w pracy z laserem?
— Może łatwiej będzie trafić w cel.
— Już tak jest. Z tego, co może wnieść Benes, będą mieli pożytek tylko ci, którzy palą się do wojny. Benes zwiększy jedynie prawdopodobieństwo totalnej zagłady.
— Ależ panie doktorze, sam pan mówił, że ulepszenie tej techniki może mieć wielkie znaczenie dla neurochirurgii.
— Tak mówiłem? No dobrze, mówiłem. Ale i tak bym wolał, żeby pani porządnie wypoczęła, panno Peterson. — Znowu podniósł wzrok (chyba ton jego głosu nieco złagodniał?). — Wygląda pani na zmęczoną.
Dłoń Cory uniosła się do włosów, gdyż w przekładzie na język kobiet słowo „zmęczony” znaczy „rozczochrany”.
— Odpocznę, gdy przybędzie Benes — powiedziała. — Przyrzekam. À propos…
— Tak?
— Będzie pan jutro korzystał z lasera?
— Właśnie się nad tym zastanawiam. Jeśli mnie pani do niego dopuści.
— Model 6951 nie nadaje się do użytku.
Duval odłożył zdjęcie i odchylił się na krześle.
— Dlaczego?
— Jest niesprawny. Nie daje się wyostrzyć. Podejrzewam, że zepsuła się jedna z diod tunelowych, ale jeszcze nie odkryłam która.
— W porządku. Niech pani zatem przygotuje któryś ze sprawnych. Proszę to zrobić przed wyjściem. To do jutra…
— Do jutra. Sprawdzę, co nawaliło w modelu 6951.
— Tak.
Odwróciła się do wyjścia, zerknęła szybko na zegarek i powiedziała:
— Jeszcze dwadzieścia jeden minut, a mówią, że samolot przyleci punktualnie.
Duval wydał nieokreślony dźwięk i wiedziała, że jej nie słyszał. Wyszła, powoli i bezszelestnie zamykając za sobą drzwi.
Kapitan William Owens zatopił się w miękko wyściełanym siedzeniu limuzyny. Zdradzającym zmęczenie ruchem potarł spiczasty nos i zacisnął szerokie szczęki. Poczuł, że samochód unosi się na strumieniach sprężonego powietrza, po czym rusza do przodu idealnie płaskim torem. Nie słyszał nawet szmeru silników z turbodoładowaniem, choć za jego plecami galopowało pięćset koni mechanicznych.
Przez kuloodporne szyby widział z prawej i lewej motocyklową eskortę. Przed nim i za nim sunęły inne samochody, wycinając w mroku nocy świetlisty tunel.
Ta mała armia sprawiała, że wydawał się kimś ważnym, ale oczywiście nie jego ochraniała. Nawet nie człowieka, z którym miał się spotkać. Nie osobę, lecz zawartość jej umysłu.
Po lewej stronie Owensa siedział szef Tajnej Służby. To, że Owens nie wiedział, jak się nazywa ten nijaki mężczyzna, który w każdym calu, od okularów bez oprawek poczynając, na staromodnych butach kończąc, wyglądał na profesora uniwersytetu — albo na sprzedawcę w sklepie z galanterią męską — było wymownym świadectwem anonimowości tej służby.
— Pułkownik Gander, jak sądzę? — niepewnie odezwał się Owens, podając mu rękę.
— Gonder — padła cicha odpowiedź. — Dobry wieczór, kapitanie Owens.
Jechali teraz skrajem lotniska. Gdzieś nad nimi i przed nimi, z pewnością nie dalej niż kilka mil, przygotowywał się do lądowania ten archaiczny samolot.
— Wielki dzień, co? — rzekł półgłosem Gonder. Wszystko w nim, nawet nierzucający się w oczy krój jego cywilnego ubrania, zdawało się szeptać.
— Tak — odparł Owens, starając się, by w tej monosylabie nie zabrzmiało napięcie. Nie żeby był szczególnie spięty, lecz z tej prostej przyczyny, że jego głos niemal zawsze zdawał się przybierać taki ton. Rzecz w tym, że atmosfera napięcia pasowała do jego wąskiego, szpiczastego nosa i ostrego zarysu kości policzkowych.
Czasami miał wrażenie, że utrudnia mu to życie, ponieważ sądzono, że jest neurotykiem, a nie był. Z drugiej strony ułatwiało je, gdyż czasami z tego powodu schodzono mu z drogi; nie musiał nawet podnosić ręki. Chyba było tak i tak.
— Sprowadzenie go tutaj to niezły wyczyn — powiedział. — Służbie należą się gratulacje.
— To zasługa naszego agenta. Jest najlepszy w tym fachu. Myślę, że tajemnica jego sukcesów kryje się w tym, że pasuje do romantycznego stereotypu szpiega.
— Tak wygląda?
— Wysoki. W college’u grał w futbol. Przystojny. Elegant w każdym calu. Wróg tylko rzuci na niego okiem i powie: „To ten!”. Tak właśnie powinien wyglądać agent drugiej strony, więc oczywiście on nie może nim być… Dlatego go ignorują, a gdy sobie uświadamiają, że to jednak szpieg, jest już za późno.
Owens zmarszczył czoło. Czy ten facet mówi serio? A może żartuje, bo myśli, że w ten sposób rozładuje napięcie?
— Oczywiście zdaje pan sobie sprawę, że odgrywa w tym niebagatelną rolę — rzekł Gonder. — Rozpozna go pan, prawda?
— Rozpoznam — odparł Owens z charakterystycznym dla niego nerwowym chichotem. — Spotkałem się z nim kilka razy na konferencjach naukowych organizowanych przez drugą stronę. Pewnego wieczoru się razem upiliśmy… No, może nie tyle upiliśmy, ile wprawiliśmy w dobry humor.
— I co powiedział?
— Nie piłem z nim po to, żeby go pociągnąć za język. Tak czy inaczej, z niczym się nie wygadał. Ktoś stale z nim był. Ich naukowcy zawsze chodzą parami.
— A pan mu coś powiedział?
Pytanie było niewinne, ale podtekst wyraźnie nie.
Owens ponownie się roześmiał.
— Proszę mi wierzyć, pułkowniku, nie wiem niczego, czego on by nie wiedział. Mógłbym bez szkody przegadać z nim cały dzień.
— Sam chciałbym coś o tym wiedzieć. Podziwiam pana, kapitanie. Jest cud technologii, który może przeobrazić świat, i tylko garstka ludzi, którzy mają o nim pojęcie. Ludzki umysł oddala się od człowieka.
— Nie jest tak źle, naprawdę — powiedział Owens. — Jest nas spora grupa. Oczywiście Benes jest tylko jeden, a ja nie dorastam mu do pięt. Prawdę mówiąc, wiem niewiele więcej, niż potrzeba do zastosowania tej techniki do moich projektów statków. To wszystko.
— Ale rozpozna pan Benesa? — Szef Tajnej Służby zdawał się potrzebować nieustannych zapewnień.
— Rozpoznałbym go, nawet gdyby miał brata bliźniaka, a jestem pewien, że nie ma.
— To nie jest kwestia akademicka, kapitanie. Nasz agent, Grant, jest tak dobry, jak powiedziałem, mimo to trochę mnie dziwi, że mu się to udało. Muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy nie mamy do czynienia z podwójną zmyłką. Czy nie spodziewali się, że spróbujemy przejąć Benesa, i postarali się przygotować jego sobowtóra?
— Zauważyłbym różnicę — zapewnił z pełnym przekonaniem Owens.
— Nie ma pan pojęcia, czego można obecnie dokonać z użyciem chirurgii plastycznej i narkohipnozy.
— To bez znaczenia. Może mnie zwieść twarz, ale nie rozmowa. Albo on zna tę Technikę — ściszony w tym momencie głos Owensa wyraźnie opatrzył to słowo wielką literą — lepiej niż ja, albo bez względu na to, jak wygląda, nie jest to Benes. Może potrafią zrobić kopię ciała Benesa, ale nie jego umysłu.
Byli już na miejscu. Pułkownik Gonder spojrzał na zegarek.
— Słyszę samolot. Wyląduje za kilka minut, punktualnie.
Uzbrojeni mężczyźni i samochody pancerne dołączyli do sił, które już otaczały lotnisko i przemieniły je w terytorium okupowane, zamknięte dla wszystkich oprócz upoważnionego personelu.
Zniknęły ostatnie światła miasta i po lewej został tylko nieco zamazany horyzont.
Westchnienie Owensa wyrażało wielką ulgę. W końcu za chwilę będzie tu Benes.
Szczęśliwe zakończenie?
Zmarszczył czoło, usłyszawszy w głowie intonację, która postawiła po tych dwóch słowach znak zapytania.
Szczęśliwe zakończenie, pomyślał ponuro, ale intonacja wymknęła mu się spod kontroli i sprawiła, że ponownie zabrzmiało to jak „Szczęśliwe zakończenie?”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: Fantastic Voyage
Copyright © 1966 by Bantam Books
This book is based on a screenplay by Harry Kleiner.
Copyright © 1966 by Twentieth Century Fox Film Corporation
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja serii
Sławomir Folkman
Andrzej Hudowicz
Redaktor: Grzegorz Dziamski
Projekt i opracowanie graficzne serii i okładki: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl
Ilustracja na okładce: Igor Morski
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Fantastyczna podróż, wydanie I w tym tłumaczeniu, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-671-3
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
