Fantastyczna podróż - Isaac Asimov - ebook + audiobook + książka

Fantastyczna podróż ebook i audiobook

Isaac Asimov

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Powieść napisana na kanwie oscarowego scenariusza filmowej superprodukcji.

Czterej mężczyźni i kobieta zmniejszeni do mikroskopijnych rozmiarów wchodzą na pokład zminiaturyzowanego atomowego pojazdu podwodnego i zostają wprowadzeni do tętnicy szyjnej umierającego mężczyzny. Przepływają przez serce, wnikają do ucha wewnętrznego, gdzie mógłby ich zdruzgotać nawet najmniejszy dźwięk, i walczą z układem odpornościowym, zmierzając do mózgu, który skrywa cenną i niebezpieczną wiedzę. Ich zadaniem jest dotrzeć do skrzepu krwi i rozbić go promieniami lasera. Stawką są losy całego świata…

Powieść tę Isaac Asimov napisał na podstawie scenariusza Harry’ego Kleinera do nagrodzonej w 1967 roku dwoma Oscarami głośnej superprodukcji z Raquel Welch, Stephenem Boydem i Donaldem Pleasence’em w rolach głównych.

Asimov to jeden z najważniejszych i najpłodniejszych pisarzy XX wieku, który wykreował światy i idee wciąż inspirujące i zadziwiające czytelników. - zentara.blog

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 271

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 2 min

Lektor: Marcin Stec

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Marca i Mar­cii, któ­rzy przy­parli mnie do muru

Słowo wstępne

Opowieść ta ma kilku auto­rów, któ­rzy w różny spo­sób przy­czy­nili się do nada­nia jej obec­nego kształtu. Było to dla nas wszyst­kich trudne zada­nie i wiel­kie wyzwa­nie, z któ­rym długo się mie­rzy­li­śmy, ale zara­zem źró­dło głę­bo­kiej satys­fak­cji i — nie waham się powie­dzieć — wiel­kiej przy­jem­no­ści. Przy­stę­pu­jąc do jej pisa­nia, obaj z Bixbym mie­li­śmy tylko pomysł i byli­śmy bar­dzo cie­kawi, dokąd nas to dopro­wa­dzi. Nie mie­li­śmy poję­cia, co się z nią sta­nie w rękach ludzi obda­rzo­nych wielką wyobraź­nią i wspa­nia­łym talen­tem arty­stycz­nym: pro­du­centa filmu Saula Davida, jego reży­sera i natchnio­nego twórcy fan­ta­zji Richarda Fle­ischera, Harry’ego Kle­inera, który napi­sał sce­na­riusz, dyrek­tora arty­stycz­nego i arty­sty w każ­dym calu Dale’a Hen­nessy’ego oraz leka­rzy i naukow­ców, któ­rzy wspa­nia­ło­myśl­nie poświę­cili jej wiele czasu i prze­my­śleń, a na koniec Isa­aca Asi­mova, który uży­czył swego pióra i wiel­kiego talentu, by nadać tej fan­ta­sma­go­rycz­nej mie­sza­ni­nie fak­tów i fan­ta­zji formę i pozór rze­czy­wi­sto­ści.

Otto Kle­ment

ROZDZIAŁ 1

Samolot

Samo­lot, stary, wyco­fany z czyn­nej służby czte­ro­sil­ni­kowy odrzu­to­wiec pla­zmowy, leciał trasą, która nie była ani eko­no­miczna, ani dość bez­pieczna. Prze­bi­jał się przez war­stwy chmur przez dwa­na­ście godzin, pod­czas gdy jed­no­stce nad­dźwię­ko­wej o napę­dzie rakie­to­wym na poko­na­nie tej odle­gło­ści wystar­czy­łoby pięć.

A do celu podróży pozo­stała jesz­cze ponad godzina.

Agent na pokła­dzie wie­dział, że jego zada­nie zosta­nie wyko­nane, dopiero gdy samo­lot sią­dzie na ziemi, i że ta ostat­nia godzina będzie naj­dłuż­sza.

Zer­k­nął na dru­giego męż­czy­znę, jedyną osobę oprócz niego w dużej kabi­nie pasa­żer­skiej, który w tej chwili drze­mał z brodą opusz­czoną na pierś.

Ten pasa­żer nie wyglą­dał szcze­gól­nie impo­nu­jąco, ale w tym momen­cie był naj­waż­niej­szym czło­wie­kiem na świe­cie.

* * *

Gene­rał Alan Car­ter pod­niósł ponury wzrok na puł­kow­nika, który wszedł do gabi­netu. Oczy Car­tera były pod­puch­nięte, a kąciki ust opusz­czone. Sta­rał się przy­wró­cić pier­wotny kształt spi­na­czowi do papieru, ale wysko­czył mu on z dłoni.

— Tym razem pra­wie mnie dopa­dło — powie­dział spo­koj­nie puł­kow­nik Donald Reid. Miał gładko zacze­sane do tyłu ruda­wo­złote włosy, ale jego siwie­jące wąsy były nastro­szone. Mun­dur leżał na nim tak samo nie­na­tu­ral­nie jak na gene­rale. Obaj byli eks­per­tami, któ­rych armia wcie­liła do pracy w pew­nej super­spe­cjal­no­ści, a stop­nie ofi­cer­skie nadała im dla wygody i — bio­rąc pod uwagę zasto­so­wa­nie dorobku tej dzie­dziny — nieco z koniecz­no­ści.

Obaj mieli insy­gnia PMSO. Każda litera znaj­do­wała się w małym sze­ścio­ką­cie, dwie u góry, dwie pod nimi. Dolną dwójkę roz­dzie­lał sze­ścio­kąt z sym­bo­lem dokład­niej ich okre­śla­ją­cym. U Reida był to kadu­ce­usz, który ozna­czał, że jest medy­kiem.

— Zgad­nij, co robię — powie­dział gene­rał.

— Pstry­kasz spi­na­czami.

— A tak. I liczę godziny. Jak głu­pek! — Jego głos pod­niósł się o kon­tro­lo­waną kre­skę. — Sie­dzę tu z wil­got­nymi dłońmi, wło­sami zle­pio­nymi potem i walą­cym ser­cem i liczę godziny. Choć teraz już minuty. Zostały sie­dem­dzie­siąt dwie, Don. Za sie­dem­dzie­siąt dwie minuty wylą­dują na lot­ni­sku.

— W porządku. Skąd więc te nerwy? Coś jest nie tak?

— Nie. Nic. Wszystko poszło spraw­nie. O ile wiemy, nasi wydo­byli go z ich rąk bez żad­nych kło­po­tów. Wsa­dzili bez­piecz­nie do samo­lotu, sta­rego odrzu­towca…

— Tak. Wiem.

Car­ter potrzą­snął głową. Nie chciał prze­ka­zać puł­kow­ni­kowi żad­nej nowiny, chciał tylko poroz­ma­wiać.

— Doszli­śmy do wnio­sku — cią­gnął — że oni dojdą do wnio­sku, iż my doj­dziemy do wnio­sku, że naj­waż­niej­szy jest czas, więc wsa­dzimy go w X-52 i prze­rzu­cimy przez egzos­ferę. Tylko że my doszli­śmy do wnio­sku, iż oni się tego domy­ślą i posta­wią obronę prze­ciw­ra­kie­tową w stan goto­wo­ści…

— Para­noja — prze­rwał mu Reid. — Tak to nazy­wamy w mojej dzie­dzi­nie. To, że ktoś myśli, że posu­nę­liby się do tego. Zary­zy­ko­wali, że dopro­wa­dzi to do wojny i zagłady.

— Mogliby pod­jąć to ryzyko, by powstrzy­mać to, co się dzieje. Jestem pra­wie pewien, że gdyby sytu­acja była odwrotna, my uzna­li­by­śmy, że należy je pod­jąć. A zatem wzię­li­śmy samo­lot pasa­żer­ski, czte­ro­sil­ni­kowy odrzu­to­wiec, tak stary, że wąt­pi­łem, czy zdoła się ode­rwać od ziemi.

— I udało się?

— Co się udało? — Gene­rała na chwilę opa­dły czarne myśli.

— Ode­rwał się? — spre­cy­zo­wał Reid.

— Tak, tak. Spi­suje się cał­kiem dobrze. Dostaję mel­dunki od Granta.

— Kto to?

— Agent, który się tym zaj­muje. Znam go. Skoro on się tym zaj­muje, czuję się tak bez­piecz­nie, jak można się czuć w takiej sytu­acji, czyli nie bar­dzo. To Grant prze­pro­wa­dził tę ope­ra­cję, wyłu­skał Benesa z ich rąk jak pestkę z arbuza.

— No więc?

— Ale wciąż się mar­twię. Mówię ci, Reid, w tej cho­ler­nej gma­twa­ni­nie można bez­piecz­nie pro­wa­dzić sprawy tylko w jeden spo­sób. Musisz zakła­dać, że oni są tak samo sprytni jak my, że na każdą naszą sztuczkę mają w odpo­wie­dzi swoją sztuczkę, że każ­dej naszej wtyczce, którą umie­ści­li­śmy u nich, odpo­wiada wtyczka, którą umie­ścili u nas. Cią­gnie się to już ponad pół wieku. Gdyby nie rów­no­waga sił, dawno byłoby po wszyst­kim.

— Nie przej­muj się, Al.

— Jak mam się nie przej­mo­wać? To, co przy­wozi ze sobą Benes, ta nowa wie­dza, może raz na zawsze zakoń­czyć ten impas. A my będziemy zwy­cięz­cami.

— Mam nadzieję, że oni tak nie myślą — powie­dział Reid. — Bo jeśli tak… Wiesz, Al, w tej grze trzy­mano się dotąd reguł. Żadna strona nie zrobi niczego, co by mogło przy­przeć drugą tak mocno do muru, aby była zmu­szona naci­snąć guzik ato­mowy. Musisz zosta­wić im tro­chę miej­sca, żeby mogli się cof­nąć. Trzeba naci­skać mocno, ale nie za mocno. Gdy znaj­dzie się tu Benes, mogą dojść do wnio­sku, że naci­skamy zbyt mocno.

— Nie mamy wyboru. Musimy pod­jąć to ryzyko — stwier­dził Car­ter. I po namy­śle dodał: — Jeśli on tu dotrze.

— Ale dotrze, prawda?

Car­ter wstał, jakby miał zamiar zacząć cho­dzić w tę i z powro­tem. Spoj­rzał na roz­mówcę i nagle znów usiadł.

— Racja, dla­czego się eks­cy­to­wać? — powie­dział. — Widzę po two­ich oczach, dok­to­rze, że chciał­byś mi dać coś na uspo­ko­je­nie. Nie potrze­buję żad­nych pigu­łek szczę­ścia. Załóżmy jed­nak, że dotrze tu za sie­dem­dzie­siąt dwie… nie, za sześć­dzie­siąt sześć minut. Załóżmy, że wylą­duje na lot­ni­sku. Trzeba będzie jesz­cze bez­piecz­nie go tu przy­wieźć i ulo­ko­wać… Jesz­cze wiele może się zda­rzyć…

— …mię­dzy ustami i brze­giem pucharu — śpiew­nie dopo­wie­dział Reid. — Posłu­chaj, gene­rale, może byśmy zacho­wali się roz­sąd­nie i poroz­ma­wiali o kon­se­kwen­cjach? To zna­czy, co się sta­nie, kiedy się tu znaj­dzie?

— Daj spo­kój, Don. Zacze­kajmy z tym, aż tu dotrze.

— Daj spo­kój, Al — spa­ro­dio­wał go puł­kow­nik, a w jego gło­sie zabrzmiała iry­ta­cja. — Nie ma na co cze­kać. Gdy się tu zjawi, będzie już na to za późno. Będziesz zbyt zajęty, a wszyst­kie mró­weczki w kwa­te­rze głów­nej zaczną bie­gać jak opę­tane i nie będzie można nic zro­bić, a uwa­żam, że coś trzeba zro­bić.

— Obie­cuję… — Gene­rał wyko­nał gest ozna­cza­jący, że uważa roz­mowę za zakoń­czoną.

Reid to zigno­ro­wał.

— O nie. Nie będziesz mógł dotrzy­mać żad­nej obiet­nicy. Dzwoń do szefa, dobrze? Natych­miast! Możesz się z nim połą­czyć. W tej chwili jesteś jedyną osobą, która może się z nim połą­czyć. Wytłu­macz mu, że PMSO nie są jedy­nie sługą Depar­ta­mentu Obrony. A jeśli nie zdo­łasz, skon­tak­tuj się z komi­sa­rzem Fur­nal­dem. On jest po naszej stro­nie. Powiedz mu, że chcę jakichś okru­chów dla bio­nauk. Pod­kreśl, że za tym gło­so­wano. Słu­chaj, Al, musimy mówić na tyle gło­śno, żeby było nas sły­chać. Musimy mieć jakąś szansę na prze­bi­cie się z tym. Kiedy Benes się tu znaj­dzie i obsko­czą go ci wszy­scy praw­dziwi gene­ra­ło­wie, niech ich szlag, nie będziemy mieli nic do gada­nia.

— Nie mogę, Don. I nie zro­bię tego. Powiem pro­sto z mostu: nie zro­bię nic, dopóki nie znaj­dzie się tu Benes. I z łaski swo­jej nie pró­buj na mnie naci­skać.

Usta Reida pobla­dły.

— No to co mam robić, gene­rale?

— Cze­kać, jak ja. Liczyć minuty.

Reid zwró­cił się w stronę drzwi. Sta­rał się zapa­no­wać nad zło­ścią.

— Na pań­skim miej­scu, gene­rale — rzekł — zasta­no­wił­bym się, czy jed­nak nie wziąć cze­goś na uspo­ko­je­nie.

Car­ter bez słowa patrzył, jak wycho­dzi. Zer­k­nął na zega­rek.

— Sześć­dzie­siąt jeden minut! — mruk­nął i rozej­rzał się za spi­na­czem.

* * *

Reid nie­mal z ulgą wstą­pił do gabi­netu dok­tora Micha­elsa, cywil­nego szefa Sek­cji Medycz­nej. Na sze­ro­kiej twa­rzy Micha­elsa chyba ni­gdy nie poja­wiał się rado­sny uśmiech, a jedy­nie lek­kie roz­ba­wie­nie, któ­remu towa­rzy­szył iro­niczny chi­chot, ale też ni­gdy nie ścią­gała się ona w gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Co naj­wy­żej przy­bie­rała wyraz powagi, która — jak się wyda­wało — sama sie­bie ni­gdy nie brała na serio.

Jak było do prze­wi­dze­nia, trzy­mał w dłoni tę mapę albo jedną z nich. Dla puł­kow­nika Reida wszyst­kie były takie same — każda przed­sta­wiała zawiły labi­rynt, a razem wzięte two­rzyły zawi­łość do potęgi entej.

Od czasu do czasu Micha­els pró­bo­wał mu wytłu­ma­czyć, jak zresztą pra­wie każ­demu, co jest na tych mapach. Aż się palił do wyja­śnie­nia tego wszyst­kiego.

Wyglą­dało na to, że do krwio­biegu wpro­wa­dzano nie­szko­dliwy radio­ak­tywny znacz­nik i potem orga­nizm (czło­wieka albo myszy) robił sobie zdję­cie, na — by tak rzec — zasa­dzie lasera, w wyniku czego otrzy­my­wano trój­wy­mia­rowy obraz.

W tym momen­cie Micha­els mawiał: „Mniej­sza z tym. Dosta­jesz obraz całego układu krą­że­nia w trzech wymia­rach. Potem można to zapi­sać dwu­wy­mia­rowo w tylu prze­kro­jach i rzu­tach, ilu potrze­bu­jesz. Jeśli obraz został wła­ści­wie powięk­szony, możesz dotrzeć do naj­drob­niej­szych naczyń wło­so­wa­tych”. Po czym doda­wał: „A to spro­wa­dza mnie do roli geo­grafa. Geo­grafa ludz­kiego ciała śle­dzą­cego układ jego rzek i zatok, prze­smy­ków i stru­mieni. Zapew­niam cię, że jest to układ dużo bar­dziej skom­pli­ko­wany niż cokol­wiek innego na Ziemi”.

Reid spoj­rzał na mapę nad ramie­niem Micha­elsa i zapy­tał:

— Czyj to układ, Max?

— Nikogo waż­nego. — Micha­els zbył pyta­nie wzru­sze­niem ramion. — Cze­kam, to wszystko. Kiedy czeka ktoś inny, czyta książkę. Ja czy­tam układ krwio­no­śny.

— A więc ty też cze­kasz? Tak jak on. — Reid kiw­nął głową w stronę gabi­netu Car­tera. — Na to samo?

— Na przy­by­cie Benesa. Oczy­wi­ście. Ale wiesz, nie cał­kiem w to wie­rzę.

— W co nie wie­rzysz?

— Nie jestem pewien, czy ten czło­wiek ma to, o czym mówi, że ma. Co prawda jestem fizjo­lo­giem, nie fizy­kiem — Micha­els wzru­szył ramio­nami z auto­iro­nicz­nym uśmie­chem — ale wie­rzę eks­per­tom z tej dzie­dziny. A oni twier­dzą, że nie ma mowy. Sły­sza­łem, jak mówili, że zasada nie­ozna­czo­no­ści unie­moż­li­wia utrzy­ma­nie tego przez dłuż­szy czas. A nie spo­sób się spie­rać z zasadą nie­ozna­czo­no­ści, prawda?

— Ja też się na tym nie znam, Max, ale ci sami eks­perci uwa­żają, że Benes jest z nich naj­wy­bit­niej­szy. Druga strona dotrzy­my­wała nam pola tylko dla­tego, że go miała, tylko dla­tego. Nie mają nikogo innego tego for­matu, pod­czas gdy my mamy Zalet­sky’ego, Kra­mera, Richt­she­ima, Lind­saya i całą resztę. I nasi naj­lepsi spe­cja­li­ści są prze­ko­nani, że jeśli on mówi, że coś ma, to musi to mieć.

— Naprawdę? A może po pro­stu uwa­żają, że nie możemy prze­pu­ścić takiej oka­zji? W końcu nawet jeśli się okaże, że on nic nie ma, po jego ucieczce i tak będziemy górą. Tamci nie będą już mogli korzy­stać z jego usług.

— Dla­czego miałby kła­mać?

— A dla­czego nie? Dzięki temu wydo­sta­nie się stam­tąd. Dosta­nie się tutaj, gdzie… jak przy­pusz­czam… chce być. Jeśli się okaże, że nic nie ma, i tak go nie ode­ślemy, prawda? Poza tym może nie kła­mie, lecz po pro­stu się myli.

— Hmm. — Reid odchy­lił krze­sło do tyłu i poło­żył nogi na biurku, co zupeł­nie nie paso­wało do osoby w ran­dze puł­kow­nika. — Słuszna uwaga. A jeśli nas nabiera, Car­ter będzie miał to, na co zasłu­żył. Oni wszy­scy będą mieli to, na co zasłu­żyli. Głupcy.

— Z Car­tera nic nie wycią­gną­łeś, co?

— Nic. Nie kiw­nie pal­cem, dopóki nie przy­bę­dzie Benes. Liczy minuty, a teraz i ja to robię. Jesz­cze czter­dzie­ści dwie.

— Do czego?

— Do momentu, kiedy wylą­duje samo­lot z Bene­sem na pokła­dzie… A bio­nauki nic z tego nie będą miały. Jeśli Benes zawarł z nami układ tylko po to, by się wyrwać z rąk dru­giej strony, nie mamy nic. A jeśli mówi prawdę, też nic z tego nie dosta­niemy. Na wszyst­kim, każ­dym okru­chu, każ­dym źdźble, położy ręce obrona. To zbyt cenna wie­dza, żeby wypu­ścili ją z rąk.

— Non­sens. Na początku będą to pew­nie kur­czowo trzy­mali, ale my też możemy na nich naci­snąć. Choćby napu­ścić na nich Duvala, zasad­ni­czego, bogo­boj­nego Duvala.

Reid skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

— Bar­dzo bym chciał poszczuć go na woj­sko­wych. A Car­ter tak mnie teraz wku­rzył, że i na niego. Gdyby Duval miał ładu­nek ujemny, a Car­ter dodatni i gdy­bym mógł zetknąć ich ze sobą, żeby posy­pały się iskry i spło­nęli…

— Nie pałaj żądzą mordu, Don. Trak­tu­jesz Duvala zbyt poważ­nie. Chi­rurg jest arty­stą, rzeź­bia­rzem pra­cu­ją­cym w żywej tkance. Wielki chi­rurg jest wiel­kim arty­stą i ma tem­pe­ra­ment wiel­kiego arty­sty.

— Ja też mam tem­pe­ra­ment, ale nie jestem z tego powodu wrzo­dem na tyłku. Co daje Duva­lowi mono­pol na cham­skie i aro­ganc­kie zacho­wa­nie?

— Bar­dzo bym się ucie­szył, mój puł­kow­niku, gdyby tylko on miał na to mono­pol. Przy­jął­bym to z przy­jem­no­ścią i wielką wdzięcz­no­ścią. Kło­pot w tym, że na świe­cie jest wielu innych cham­skich i aro­ganc­kich osob­ni­ków.

— Pew­nie tak. Pew­nie tak — mruk­nął Reid, ale wcale go to nie pocie­szyło. — Trzy­dzie­ści sie­dem minut.

* * *

Gdyby ktoś zapo­znał dok­tora Petera Law­rence’a Duvala z jego zwię­złą cha­rak­te­ry­styką autor­stwa Reida, spo­tka­łaby się ona z takim samym krót­kim burk­nię­ciem, jakim skwi­to­wałby uczy­nione mu wyzna­nie miło­ści. Nie dla­tego, że Duval był nie­wraż­liwy na znie­wagi czy wyrazy uwiel­bie­nia, ale z tej pro­stej przy­czyny, że reago­wał na nie tylko wtedy, kiedy miał czas, a mie­wał go bar­dzo rzadko.

To, co zazwy­czaj malo­wało się na jego twa­rzy, nie było gry­ma­sem zło­ści czy znie­cier­pli­wie­nia, lecz skut­kiem napię­cia mię­śni, do któ­rego docho­dziło, kiedy był myślami gdzie indziej. Przy­pusz­czal­nie wszy­scy ucie­kają gdzieś od spraw tego świata; Duval ucie­kał od nich, kon­cen­tru­jąc się na pracy.

Dopro­wa­dziło go to do tego, że w wieku czter­dzie­stu kilku lat cie­szył się mię­dzy­na­ro­dową sławą i trwał, z czego rzadko zda­wał sobie sprawę, w sta­nie kawa­ler­skim.

Gdy otwo­rzyły się drzwi, nawet nie pod­niósł wzroku znad wyni­ków dokład­nych pomia­rów leżą­cych przed nim trój­wy­mia­ro­wych zdjęć rent­ge­now­skich. Weszła jego asy­stentka, jak zwy­kle bez­sze­lest­nie.

— O co cho­dzi, panno Peter­son? — spy­tał i jesz­cze uważ­niej przyj­rzał się zdję­ciom. Głę­bia obrazu była ewi­dentna dla oka, ale jej zmie­rze­nie wyma­gało skru­pu­lat­nego uwzględ­nie­nia kątów, a przede wszyst­kim wie­dzy o tym, jaka ona miała być.

Cora Peter­son cze­kała, aż minie moment kon­cen­tra­cji. Miała dwa­dzie­ścia pięć lat, tylko dwa­dzie­ścia mniej niż Duval, i uzy­skany zale­d­wie przed rokiem dyplom magi­stra, który zło­żyła u stóp wybit­nego chi­rurga.

W listach do domu pra­wie zawsze tłu­ma­czyła, że każdy dzień z Duva­lem jest jak semestr na uni­wer­sy­te­cie, że stu­dio­wa­nie jego metod, spo­so­bów dia­gno­zo­wa­nia i posłu­gi­wa­nia się narzę­dziami jest nie­wia­ry­god­nie poucza­jące. A jego odda­nie pracy i spra­wie lecze­nia można okre­ślić jako inspi­ru­jące.

Na mniej wyra­fi­no­wa­nym inte­lek­tu­al­nie pozio­mie była w pełni świa­doma, nie­mal jak zawo­dowy fizjo­log, że gdy patrzy na płasz­czy­zny i krzy­wi­zny jego twa­rzy pochy­lo­nej nad pracą i widzi szyb­kie, pewne i zde­cy­do­wane ruchy jego pal­ców, rytm jej serca przy­spie­sza.

Jed­nak jej obli­cze było nie­wzru­szone, gdyż potę­piała takie poczy­na­nia swego nie­ob­da­rzo­nego inte­lek­tem mię­śnia ser­co­wego.

Lustro poka­zy­wało jej zupeł­nie wyraź­nie, że nie jest kobietą pospo­litą. Prze­ciw­nie: miała ciemne, sze­roko roz­sta­wione oczy, usta skore do uśmie­chu, gdy im na to pozwa­lała, co zda­rzało się nie­czę­sto, a jej figura draż­niła ją, ponie­waż ewi­dent­nie prze­szka­dzała innym we wła­ści­wym postrze­ga­niu jej zawo­do­wej kom­pe­ten­cji. Chciała sły­szeć gwizdy zachwytu (albo ich inte­lek­tu­alne odpo­wied­niki) nad jej zdol­no­ściami, nie nad krą­gło­ściami ciała, na które nie mogła nic pora­dzić.

Jej umie­jęt­no­ści doce­niał przy­naj­mniej Duval, na któ­rego jej atrak­cyjny wygląd zda­wał się w ogóle nie dzia­łać, za co jesz­cze bar­dziej go podzi­wiała.

W końcu powie­działa:

— Panie dok­to­rze, za nie­spełna trzy­dzie­ści minut wylą­duje samo­lot z Bene­sem.

— Hmm. — Uniósł głowę. — Co pani tu jesz­cze robi? Pani dzień pracy dobiegł końca.

Cora mogłaby odpo­wie­dzieć, że jego też, ale dobrze wie­działa, że dzień pracy Duvala koń­czy się, dopiero kiedy zrobi to, nad czym sie­dział. Dosyć czę­sto zosta­wała z nim przez bite szes­na­ście godzin, cho­ciaż przy­pusz­czała, że utrzy­my­wałby (zupeł­nie uczci­wie), iż hono­ruje jej ośmio­go­dzinny dzień pracy.

— Cze­kam, żeby go zoba­czyć — odparła.

— Kogo?

— Benesa. Nie eks­cy­tuje to pana, dok­to­rze?

— Nie. Dla­czego mia­łoby mnie to eks­cy­to­wać?

— Jest wiel­kim uczo­nym i mówią, że ma ważne infor­ma­cje, które zre­wo­lu­cjo­ni­zują wszystko, co robimy.

— Tak? — Duval pod­niósł ze spo­rej kupki zdjęć leżące na samej górze, odło­żył je na bok i wziął następne. — Jak to pani pomoże w pracy z lase­rem?

— Może łatwiej będzie tra­fić w cel.

— Już tak jest. Z tego, co może wnieść Benes, będą mieli poży­tek tylko ci, któ­rzy palą się do wojny. Benes zwięk­szy jedy­nie praw­do­po­do­bień­stwo total­nej zagłady.

— Ależ panie dok­to­rze, sam pan mówił, że ulep­sze­nie tej tech­niki może mieć wiel­kie zna­cze­nie dla neu­ro­chi­rur­gii.

— Tak mówi­łem? No dobrze, mówi­łem. Ale i tak bym wolał, żeby pani porząd­nie wypo­częła, panno Peter­son. — Znowu pod­niósł wzrok (chyba ton jego głosu nieco zła­god­niał?). — Wygląda pani na zmę­czoną.

Dłoń Cory unio­sła się do wło­sów, gdyż w prze­kła­dzie na język kobiet słowo „zmę­czony” zna­czy „roz­czo­chrany”.

— Odpocznę, gdy przy­bę­dzie Benes — powie­działa. — Przy­rze­kam. À pro­pos…

— Tak?

— Będzie pan jutro korzy­stał z lasera?

— Wła­śnie się nad tym zasta­na­wiam. Jeśli mnie pani do niego dopu­ści.

— Model 6951 nie nadaje się do użytku.

Duval odło­żył zdję­cie i odchy­lił się na krze­śle.

— Dla­czego?

— Jest nie­sprawny. Nie daje się wyostrzyć. Podej­rze­wam, że zepsuła się jedna z diod tune­lo­wych, ale jesz­cze nie odkry­łam która.

— W porządku. Niech pani zatem przy­go­tuje któ­ryś ze spraw­nych. Pro­szę to zro­bić przed wyj­ściem. To do jutra…

— Do jutra. Spraw­dzę, co nawa­liło w modelu 6951.

— Tak.

Odwró­ciła się do wyj­ścia, zer­k­nęła szybko na zega­rek i powie­działa:

— Jesz­cze dwa­dzie­ścia jeden minut, a mówią, że samo­lot przy­leci punk­tu­al­nie.

Duval wydał nie­okre­ślony dźwięk i wie­działa, że jej nie sły­szał. Wyszła, powoli i bez­sze­lest­nie zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

* * *

Kapi­tan Wil­liam Owens zato­pił się w miękko wyście­ła­nym sie­dze­niu limu­zyny. Zdra­dza­ją­cym zmę­cze­nie ruchem potarł spi­cza­sty nos i zaci­snął sze­ro­kie szczęki. Poczuł, że samo­chód unosi się na stru­mie­niach sprę­żo­nego powie­trza, po czym rusza do przodu ide­al­nie pła­skim torem. Nie sły­szał nawet szmeru sil­ni­ków z tur­bo­do­ła­do­wa­niem, choć za jego ple­cami galo­po­wało pięć­set koni mecha­nicz­nych.

Przez kulo­od­porne szyby widział z pra­wej i lewej moto­cy­klową eskortę. Przed nim i za nim sunęły inne samo­chody, wyci­na­jąc w mroku nocy świe­tli­sty tunel.

Ta mała armia spra­wiała, że wyda­wał się kimś waż­nym, ale oczy­wi­ście nie jego ochra­niała. Nawet nie czło­wieka, z któ­rym miał się spo­tkać. Nie osobę, lecz zawar­tość jej umy­słu.

Po lewej stro­nie Owensa sie­dział szef Taj­nej Służby. To, że Owens nie wie­dział, jak się nazywa ten nijaki męż­czy­zna, który w każ­dym calu, od oku­la­rów bez opra­wek poczy­na­jąc, na sta­ro­mod­nych butach koń­cząc, wyglą­dał na pro­fe­sora uni­wer­sy­tetu — albo na sprze­dawcę w skle­pie z galan­te­rią męską — było wymow­nym świa­dec­twem ano­ni­mo­wo­ści tej służby.

— Puł­kow­nik Gan­der, jak sądzę? — nie­pew­nie ode­zwał się Owens, poda­jąc mu rękę.

— Gon­der — padła cicha odpo­wiedź. — Dobry wie­czór, kapi­ta­nie Owens.

Jechali teraz skra­jem lot­ni­ska. Gdzieś nad nimi i przed nimi, z pew­no­ścią nie dalej niż kilka mil, przy­go­to­wy­wał się do lądo­wa­nia ten archa­iczny samo­lot.

— Wielki dzień, co? — rzekł pół­gło­sem Gon­der. Wszystko w nim, nawet nie­rzu­ca­jący się w oczy krój jego cywil­nego ubra­nia, zda­wało się szep­tać.

— Tak — odparł Owens, sta­ra­jąc się, by w tej mono­sy­la­bie nie zabrzmiało napię­cie. Nie żeby był szcze­gól­nie spięty, lecz z tej pro­stej przy­czyny, że jego głos nie­mal zawsze zda­wał się przy­bie­rać taki ton. Rzecz w tym, że atmos­fera napię­cia paso­wała do jego wąskiego, szpi­cza­stego nosa i ostrego zarysu kości policz­ko­wych.

Cza­sami miał wra­że­nie, że utrud­nia mu to życie, ponie­waż sądzono, że jest neu­ro­ty­kiem, a nie był. Z dru­giej strony uła­twiało je, gdyż cza­sami z tego powodu scho­dzono mu z drogi; nie musiał nawet pod­no­sić ręki. Chyba było tak i tak.

— Spro­wa­dze­nie go tutaj to nie­zły wyczyn — powie­dział. — Służ­bie należą się gra­tu­la­cje.

— To zasługa naszego agenta. Jest naj­lep­szy w tym fachu. Myślę, że tajem­nica jego suk­ce­sów kryje się w tym, że pasuje do roman­tycz­nego ste­reo­typu szpiega.

— Tak wygląda?

— Wysoki. W col­lege’u grał w fut­bol. Przy­stojny. Ele­gant w każ­dym calu. Wróg tylko rzuci na niego okiem i powie: „To ten!”. Tak wła­śnie powi­nien wyglą­dać agent dru­giej strony, więc oczy­wi­ście on nie może nim być… Dla­tego go igno­rują, a gdy sobie uświa­da­miają, że to jed­nak szpieg, jest już za późno.

* * *

Owens zmarsz­czył czoło. Czy ten facet mówi serio? A może żar­tuje, bo myśli, że w ten spo­sób roz­ła­duje napię­cie?

— Oczy­wi­ście zdaje pan sobie sprawę, że odgrywa w tym nie­ba­ga­telną rolę — rzekł Gon­der. — Roz­po­zna go pan, prawda?

— Roz­po­znam — odparł Owens z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla niego ner­wo­wym chi­cho­tem. — Spo­tka­łem się z nim kilka razy na kon­fe­ren­cjach nauko­wych orga­ni­zo­wa­nych przez drugą stronę. Pew­nego wie­czoru się razem upi­li­śmy… No, może nie tyle upi­li­śmy, ile wpra­wi­li­śmy w dobry humor.

— I co powie­dział?

— Nie piłem z nim po to, żeby go pocią­gnąć za język. Tak czy ina­czej, z niczym się nie wyga­dał. Ktoś stale z nim był. Ich naukowcy zawsze cho­dzą parami.

— A pan mu coś powie­dział?

Pyta­nie było nie­winne, ale pod­tekst wyraź­nie nie.

Owens ponow­nie się roze­śmiał.

— Pro­szę mi wie­rzyć, puł­kow­niku, nie wiem niczego, czego on by nie wie­dział. Mógł­bym bez szkody prze­ga­dać z nim cały dzień.

— Sam chciał­bym coś o tym wie­dzieć. Podzi­wiam pana, kapi­ta­nie. Jest cud tech­no­lo­gii, który może prze­obra­zić świat, i tylko garstka ludzi, któ­rzy mają o nim poję­cie. Ludzki umysł oddala się od czło­wieka.

— Nie jest tak źle, naprawdę — powie­dział Owens. — Jest nas spora grupa. Oczy­wi­ście Benes jest tylko jeden, a ja nie dora­stam mu do pięt. Prawdę mówiąc, wiem nie­wiele wię­cej, niż potrzeba do zasto­so­wa­nia tej tech­niki do moich pro­jek­tów stat­ków. To wszystko.

— Ale roz­po­zna pan Benesa? — Szef Taj­nej Służby zda­wał się potrze­bo­wać nie­ustan­nych zapew­nień.

— Roz­po­znał­bym go, nawet gdyby miał brata bliź­niaka, a jestem pewien, że nie ma.

— To nie jest kwe­stia aka­de­micka, kapi­ta­nie. Nasz agent, Grant, jest tak dobry, jak powie­dzia­łem, mimo to tro­chę mnie dziwi, że mu się to udało. Muszę sobie odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy nie mamy do czy­nie­nia z podwójną zmyłką. Czy nie spo­dzie­wali się, że spró­bu­jemy prze­jąć Benesa, i posta­rali się przy­go­to­wać jego sobo­wtóra?

— Zauwa­żył­bym róż­nicę — zapew­nił z peł­nym prze­ko­na­niem Owens.

— Nie ma pan poję­cia, czego można obec­nie doko­nać z uży­ciem chi­rur­gii pla­stycz­nej i nar­ko­hip­nozy.

— To bez zna­cze­nia. Może mnie zwieść twarz, ale nie roz­mowa. Albo on zna tę Tech­nikę — ści­szony w tym momen­cie głos Owensa wyraź­nie opa­trzył to słowo wielką literą — lepiej niż ja, albo bez względu na to, jak wygląda, nie jest to Benes. Może potra­fią zro­bić kopię ciała Benesa, ale nie jego umy­słu.

Byli już na miej­scu. Puł­kow­nik Gon­der spoj­rzał na zega­rek.

— Sły­szę samo­lot. Wylą­duje za kilka minut, punk­tu­al­nie.

Uzbro­jeni męż­czyźni i samo­chody pan­cerne dołą­czyli do sił, które już ota­czały lot­ni­sko i prze­mie­niły je w tery­to­rium oku­po­wane, zamknięte dla wszyst­kich oprócz upo­waż­nio­nego per­so­nelu.

Znik­nęły ostat­nie świa­tła mia­sta i po lewej został tylko nieco zama­zany hory­zont.

Wes­tchnie­nie Owensa wyra­żało wielką ulgę. W końcu za chwilę będzie tu Benes.

Szczę­śliwe zakoń­cze­nie?

Zmarsz­czył czoło, usły­szaw­szy w gło­wie into­na­cję, która posta­wiła po tych dwóch sło­wach znak zapy­ta­nia.

Szczę­śliwe zakoń­cze­nie, pomy­ślał ponuro, ale into­na­cja wymknęła mu się spod kon­troli i spra­wiła, że ponow­nie zabrzmiało to jak „Szczę­śliwe zakoń­cze­nie?”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Fan­ta­stic Voy­age

Copy­ri­ght © 1966 by Ban­tam Books

This book is based on a scre­en­play by Harry Kle­iner.

Copy­ri­ght © 1966 by Twen­tieth Cen­tury Fox Film Cor­po­ra­tion

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja serii

Sła­wo­mir Folk­man

Andrzej Hudo­wicz

Redak­tor: Grze­gorz Dziam­ski

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i okładki: Sła­wo­mir Folk­man / www.kala­dan.pl

Ilu­stra­cja na okładce: Igor Mor­ski

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Fan­ta­styczna podróż, wyda­nie I w tym tłu­ma­cze­niu, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-671-3

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer