74,99 zł
Ktoś powiedział o Normanie Daviesie, że posiada dar, który mają tylko wielcy historycy - umiejętność przemyślenia przeszłości na nowo. Ktoś inny dodał: „Norman Davies ukazuje nam namiętności, poezję, mity i anegdoty równie dobrze jak historyczne fakty”. Prawdziwości obu tych opinii dowodzi najnowsza książka Daviesa. Jeśli ktokolwiek mógł napisać coś nowego o II wojnie światowej - przedstawić nowy sposób patrzenia na nią - to właśnie Norman Davies. Autor bestsellerowego Powstania' 44 i odkrywczej syntezy historii Polski, czyli Bożego igrzyska, dokonał tego w fascynujący i pouczający sposób. Europa walczy 1939-1945 to udana realizacja na pozór niewykonalnego pomysłu: przedstawienia wszystkich aspektów II wojny światowej w Europie w jednej książce. Efektem jest zapierająca dech w piersiach, odkrywcza panorama historii kontynentu z lat 1939-1945. W przeciwieństwie do wielu publikacji na ten temat Norman Davies nie analizuje jednego wybranego zagadnienia wojny. Nie zajmuje się tylko armiami albo tylko cierpieniem ludności. Przedstawia całościową wizję konfliktu i demaskuje stronniczość jego dotychczasowego postrzegania. Książka Normana Daviesa z całą pewnością zrewolucjonizuje nasze myślenie o II wojnie światowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1087
Data ważności licencji: 12/31/2035
Znaczna część tej książki została napisana w Polsce, przede wszystkim podczas naszego długiego pobytu w Krakowie w latach 2004–2006. Jeśli dobrze pamiętam, rozdział 1 nabierał kształtu w pięknie zasypanej śniegiem Krynicy. Wstęp – zawsze pisany na końcu – powstał w Kołobrzegu, w środku burzliwego lata na wybrzeżu Bałtyku.
Byłoby zatem rzeczą bardzo interesującą sprawdzić, czy moi polscy czytelnicy zauważą w tekście coś, co by przypominało polskie klimaty. Bo przygotowując anglojęzyczne wydanie, byłem zdecydowany ograniczyć polski kontekst do minimum. Jestem przekonany, że konflikt między Niemcami i Związkiem Sowieckim w sferze militarnej oraz konflikt między faszystami i komunistami w sferze politycznej stanowią sedno wszystkich wydarzeń, jakie rozegrały się w Europie w latach 1939–1945. Chciałem więc mieć pewność, że gigantyczne zderzenie między Hitlerem i Stalinem zostanie należycie wyeksponowane. Chciałem także pokazać, że wojskowe i polityczne wpływy zachodnich mocarstw nie zasługują na honorowe miejsce, jakie się im zazwyczaj przyznaje. Krótko mówiąc, o wynikach wojny w znacznej mierze przesądziły wydarzenia na froncie wschodnim i takie bitwy, jak Stalingrad czy Kursk. Wobec tego wydaje mi się, że byłoby niewłaściwe, gdybym utrwalał konwencjonalny obraz Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, który każe w centrum wojennej sceny sytuować lądowanie w Normandii i późniejsze „wyzwolenie” Europy. Stąd też ważny podtytuł: Nie takie proste zwycięstwo.
Pomysł tej książki zrodził się w trakcie pracy nad Powstaniem ’44. Opowiadając o Powstaniu Warszawskim różnym grupom słuchaczy – najpierw w Wielkiej Brytanii, a potem w Stanach Zjednoczonych – uprzytomniłem sobie, że zbyt mało ludzi ma taką podstawową wiedzę na temat wojny, która by im pozwoliła zrozumieć znaczenie poszczególnych wydarzeń. Jeśli Powstanie Warszawskie można uznać za jakiś dowód, to dowodzi ono, że rzekomo wszechmocni zachodni alianci okazali się niezdolni do zapobieżenia tragedii w samym sercu Europy, gdzie o wszystkim decydowały tytaniczne zapasy między hitlerowską Trzecią Rzeszą i Związkiem Sowieckim. A jednak wielu ludzi, których spotykałem, przed lekturą mojej książki albo obejrzeniem któregoś z filmów, dla których była inspiracją, nie potrafiło odróżnić powstania w getcie z 1943 roku od Powstania Warszawskiego z roku 1944. Jeśli wiedzieli o powstaniu z 1944 roku, to mieli niewielkie pojęcie zarówno o jego skali, jak i o sprawach, których dotyczyło. W efekcie uprzytomniłem sobie również, że problem nie leży w ignorancji czy złej woli, ale raczej w silnie utrwalonym i nadmiernie uproszczonym spojrzeniu na drugą wojnę światową, propagowanym przez minione pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat. Niemal każdy z moich rozmówców uważał wojnę za nieskomplikowany, dialektyczny konflikt między „nami” i „nimi”, między „Dobrem” i „Złem”. „My” oznaczało aliantów, których krucjatę w dążeniu do Wolności, Sprawiedliwości i Demokracji nieodmiennie utożsamiano z „Dobrem”. „Oni”, czyli wyjątkowo zły wróg, przeciwko któremu zjednoczyły się wszystkie zdrowo myślące siły, byli utożsamiani wyłącznie z Trzecią Rzeszą. Powstał więc schemat redukcyjny, dwubiegunowy i w moim przekonaniu z gruntu niewłaściwy. Pomaga on natomiast zrozumieć, dlaczego powstanie w warszawskim getcie – centralny punkt Holokaustu – było łatwe do wytłumaczenia i wobec tego godne pamiętania, podczas gdy powstanie z 1944 roku było uważane za pełne niejasności i dlatego niewarte pamięci. Argument brzmiał: „Wszyscy walczyliśmy z Hitlerem. A Stalin stał po właściwej stronie, prawda? Wobec tego, skoro Stalin nie pomógł polskiemu podziemiu, to z pewnością miał jakiś ważki powód, żeby wstrzymać pomoc, a może to zadanie było po prostu niewykonalne”.
Druga wojna światowa była oczywiście bardzo ważnym tematem w mojej karierze historyka. A opinię na temat i Stalina, i Hitlera wyrobiłem sobie już dawno temu. Jako tak zwany ekspert do spraw Europy Wschodniej wiedziałem, że walki na froncie wschodnim były bez porównania cięższe i bardziej rozległe niż wszystko, co działo się na Zachodzie. Wiedziałem również, że reżim stalinowski był potwornym tyranem i że – podobnie jak hitleryzm – dopuszczał się masowych morderstw i utrzymywał obozy koncentracyjne, hołdując fanatycznej ideologii i wyznając niemal całkowitą pogardę dla ludzkiego życia. Poza tym prawie codziennie natrafiałem na coś, co mi przypominało o wyraźnym braku równowagi w postawach opinii publicznej wobec tych dwóch totalitaryzmów. „Zwolennicy hitleryzmu” tracili pracę, a „kłamców oświęcimskich” stawiano przed sądem. Apologetów Związku Sowieckiego i takich, którzy przeczyli istnieniu gułagów, można było spotkać w większości instytutów naukowych. Argument brzmiał: „Mają prawo do swoich z lekka ekscentrycznych poglądów” albo „Są wprawdzie lewicowi, lecz absolutnie przyzwoici”.
Podobny brak równowagi powstał w dziedzinie historiografii i dokumentacji historycznej. Poczynając od lat sześćdziesiątych XX wieku, Trzecia Rzesza w ogóle, a Holokaust w szczególności stały się głównymi przedmiotami zainteresowania. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent komentarzy miało (zupełnie słusznie) negatywny wydźwięk. Mnożyły się kursy na temat historii hitleryzmu, bestsellery i superprodukcje filmowe, obsypywane nagrodami pamiętniki i wspomnienia. Współczesna historia Niemiec cieszyła się prestiżem i była zbudowana na rzetelnych podstawach. Natomiast historię sowiecką nadal pozbawiano głosu. Wydanie w latach siedemdziesiątych książek Aleksandra Sołżenicyna wyrwało wielu ludzi z błogostanu samozadowolenia. Ale nowe informacje przeciekały na zewnątrz powoli; przestrzegający surowych zasad antysowieccy historycy w rodzaju Roberta Conquesta byli celem nieustających ataków; posiadający legitymacje partyjne komuniści w rodzaju Erica Hobsbawma kierowali najwybitniejszymi uniwersyteckimi katedrami, energiczna klika prosowieckich apologetów zazdrośnie strzegła dobrego imienia swojego ulubionego kraju; „rozsądnych” naukowców awansowano za propagowanie idei „umiarkowania”: złotego środka leżącego między rywalizującymi z sobą ekstremami. Przecież w końcu Związek Sowiecki – w odróżnieniu od Trzeciej Rzeszy – wciąż jeszcze istniał. Dobrze pamiętam, jak jeden ze starszych rangą analityków historii ZSRR z uśmiechem zacytował stare stalinowskie powiedzonko, że „nie da się zrobić omletu, nie rozbijając jajek”. (Gdyby się odważył powiedzieć to samo o polityce Hitlera, czekałby go proces). Kiedy sowiecki dysydent Andriej Amalrik pojawił się w 1974 roku na uniwersytecie w Londynie i publicznie wystąpił w obronie swojej tezy, że ZSRR może upaść w ciągu następnych kilkunastu lat[1], jego wystąpienie wywołało burzę sprzeciwów.
Na szczęście ta długotrwała sytuacja uległa zmianie w wyniku upadku ZSRR w 1991 roku. Nowe pokolenie historyków mogło teraz podnieść historię sowiecką do poziomu dorównującego poziomowi historii niemieckiej. Udało im się zarówno spenetrować byłe sowieckie archiwa, jak i sporządzić w pełni udokumentowane analizy kluczowych zagadnień sowieckiej przeszłości. Wiele spośród tych udanych prac odnosiło się do wybuchu, przebiegu i konsekwencji drugiej wojny światowej. Na przykład Stalingrad (1998; wydanie polskie 2008) Antony’ego Beevora pokazywał natężenie i skalę walk w nieznany dotąd sposób, odsłaniając niejeden z dawniejszych tematów tabu – na przykład potworny sposób traktowania żołnierzy Armii Czerwonej przez ich własnych rodaków. To był wartościowy bestseller na światową skalę. Mimo brzmienia swojego nazwiska Simon Sebag Montefiore jest młodym historykiem angielskim, który większą część lat dziewięćdziesiątych XX wieku spędził w Rosji, w Gruzji i w państwach będących wcześniej republikami sowieckimi, gromadząc wspomnienia ocalałych członków rodzin i przyjaciół ludzi z najbliższego otoczenia Stalina. Jego książka Stalin. Dwór czerwonego cara (2003; wydanie polskie 2006) przynosi nie tylko nową perspektywę, ale także oszałamiającą mnogość straszliwych szczegółów – z każdej stronicy wyziera widmo potwora. Anne Applebaum jest amerykańską dziennikarką i historyczką, która spędziła pewien czas w Oksfordzie; prywatnie jest żoną ministra Radka Sikorskiego. Jej przygotowane z fantastyczną dokładnością studium Gułag (2003; wydanie polskie 2005) otrzymało w Nowym Jorku Nagrodę Pulitzera (a także prestiżową Nagrodę Duffa Coopera w Londynie, do której nominowane było również Powstanie ’44). Książka rozprawia się ze wszystkimi wahaniami co do przestępczej natury i niewyobrażalnego zasięgu sowieckiego systemu karnego, który – jak wyjaśnia autorka – osiągnął apogeum w 1939 roku. Należy też wymienić dalsze nazwiska, między innymi Richarda Overy’ego, Roberta Service’a i Catherine Merridale. Wspólnie autorzy ci nie pozostawili światu wątpliwości co do dwóch podstawowych prawd. Po pierwsze bez względu na to, jakiej się użyje miary, stalinowski reżim kwalifikuje się jako „Zło” w taki sam sposób jak Trzecia Rzesza. Po drugie to siły zbrojne tego złego reżimu, Armia Czerwona, odegrały główną rolę w zwalczeniu sił drugiego złego reżimu. Żaden z tych wniosków nie był dla mnie czymś całkowicie nowym – podobnie jak nie mógł być nowy dla nikogo, kto zna tę część Europy, w której siali zamęt zarówno hitlerowcy, jak i Sowieci. Ale w pewnym sensie poczułem się wyzwolony. Mogłem teraz głosić moje własne poglądy z o wiele większą pewnością.
Wobec tego zabrałem się do pracy nad realizacją projektu, który niewielu zawodowym historykom chciałoby się podejmować: zamierzałem stworzyć krótki przegląd wszystkich aspektów drugiej wojny światowej w Europie, łącząc dobrze znane z mniej znanym. Zaplanowałem trzyczęściową konstrukcję. Część pierwsza miała wprowadzić dwa podstawowe wątki – wojskowy i polityczny – i poprzedzić to wprowadzenie systematyczną analizą czynników, które zadecydowały o podjętym przeze mnie wyborze. Część druga miała przynieść opis wojennych doświadczeń żołnierzy i ludności cywilnej w sposób, który by unikał konwencjonalnego podziału na „my” i „oni”. Na przykład wszyscy grabieżcy – bez względu na to, skąd się wywodzili – znaleźli się w jednym podRozdziałe zatytułowanym Grabież. Wszystkie obozy koncentracyjne – bez względu na to, kto nimi kierował – znalazły się w jednym podRozdziałe pod tytułem Obozy koncentracyjne. Część trzecia wreszcie – rozdział Portrety – miała stanowić przegląd długiej listy gatunków pisarstwa historycznego i rodzajów sztuki – od filmu i fotografii po poezję i prozę literacką – które przez ostatnie sześćdziesiąt lat wpływały na sposób rozumienia wojny przez opinię publiczną. Podejrzewałem, że niektóre elementy tej konstrukcji mogą zostać uznane za dość radykalne.
Recepcja anglojęzycznego wydania dostarczyła mi powodów do optymizmu. W odróżnieniu od niektórych moich poprzednich książek ta nie weszła na listy „dziesięciu największych bestsellerów”. Na tle chóru przychylnych recenzji zabrzmiała garstka wrogich głosów. Najwyraźniej zirytowałem członków brytyjskiego obozu patriotycznego, którzy wyrazili sprzeciw wobec umniejszania zasług zachodnich aliantów. Obraziłem kilku kolegów historyków, którzy kręcili nosami na brak „nowych materiałów” i na próżno szukali wzmianek o własnych arcydziełach. Rozdrażniłem obrońców Holokaustu, rzekomo zawyżając liczby i mnożąc nieszczęścia ofiar nie będących Żydami. Sprowokowałem też gniew przynajmniej jednego recenzenta, który schwycił w nozdrza woń przeklętej „polonofilii”, odkrywając, że w indeksie wymieniono więcej odniesień do Katynia niż do lądowania w Normandii. (Odpowiedziałbym, że podczas masakry katyńskiej zabito niemal dziesięć razy więcej ludzi, niż ich zginęło na plażach Normandii, i że mimo wszystko zasadniczy opis operacji „Overlord” zajął w książce zdecydowanie więcej miejsca niż opis sprawy katyńskiej). Mimo to wiedziałem, że książka znajduje wielu czytelników, i mam nadzieję, że wywołuje, jeśli nie sensację, to przynajmniej stały ferment. Wydanie amerykańskie (w wydawnictwie Viking Penguin) jeszcze się nie ukazało. Czekam spokojnie na reakcję Ameryki, która może przynieść sporo hałasu.
Wydanie polskie jest w zasadzie takie samo jak angielski oryginał. Konstrukcja pozostała niezmieniona. Nie dokonano też żadnych skrótów. Wprowadziłem natomiast dwa rodzaje uzupełnień. Z jednej strony są to obszerne cytaty z takich książek, jak Wojna Iwana (2005) Catherine Merridale czy Przy obieraniu cebuli (2006) Güntera Grassa, które dopiero niedawno się ukazały. Drugi rodzaj uzupełnień stanowi około stu dodatkowych akapitów uszczegółowiających lub poszerzających polski wymiar danego tematu – z myślą o polskim czytelniku. Chciałbym jednak podkreślić, że napisany przez mojego dawnego kolegę Johna Martina wiersz, który uświetnia ostatnią stronę i w którym jest mowa o 2. Korpusie generała Andersa, był tam od samego początku.
Norman Davies
Oksford, lipiec 2007
[1] Andriej Amalrik był autorem wydanej w 1969 roku książki Czy Związek Radziecki przetrwa do roku 1984? (polski przekład: Paryż 1970).
Od zakończenia drugiej wojny światowej minęło ponad sześćdziesiąt lat. Wobec tego wielu ludzi byłoby skłonnych sądzić, że ogólne zarysy opisu tego straszliwego konfliktu już dawno zostały ustalone. Wydano niezliczoną ilość książek na ten temat. Nakręcono tysiące filmów pokazujących wszystkie możliwe aspekty wydarzeń z czasów wojennych i cierpienia ludności cywilnej. Zebrano niezliczone wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń – postaci wielkich i zwykłych szarych ludzi. Wzniesiono setki ważnych pomników i otwarto dziesiątki muzeów, aby nie zginęła pamięć o wojnie. Można by pomyśleć, że nie zostało już nic do dodania. A przynajmniej chciałoby się tak myśleć – dopóki się nie zacznie uważnie sprawdzać, co naprawdę już powiedziano, a czego jeszcze nie.
Sześćdziesiątą rocznicę zakończenia wojny obchodzono w 2005 roku na wiele różnych sposobów. Na przykład w Stanach Zjednoczonych jeszcze przed tą rocznicą otwarto w Waszyngtonie wspaniałą budowlę upamiętniającą drugą wojnę światową. Ma ona kształt owalnego placu ozdobionego dwiema fontannami. Na plac prowadzą dwie bramy: pierwsza jest symbolem działań wojennych w rejonie Pacyfiku, druga – wojny po drugiej stronie Atlantyku. Ten ogromny pomnik wzniesiono w ładnym parku, za obeliskiem ku czci Waszyngtona, naprzeciw Muzeum Holokaustu. Zaprasza on gości do spaceru wokół fontann i zachęca ich, aby się przyjrzeli wielkiej liczbie napisów i wzniosłych cytatów wyrytych na umieszczonych wokół słupach i tablicach. Nad jedną bramą napisano słowo „PACYFIK”, nad drugą – słowo „ATLANTYK”. A główny napis głosi: „DRUGA WOJNA ŚWIATOWA, 1941–45”.
W tym momencie – jeśli nie wcześniej – człowiek zaczyna podejrzewać, że ów monument poświęcony jest nie całej drugiej wojnie światowej, lecz raczej udziałowi w niej Stanów Zjednoczonych. Niemal każdy mieszkaniec Europy umiałby zwrócić uwagę na fakt, że ta wojna nie zaczęła się w roku 1941. Jednak miliony Amerykanów nadal uczą się myśleć inaczej. Niepisany przekaz głosi, że Stany Zjednoczone stoczyły dobrą walkę i odniosły zwycięstwo. W żadnym miejscu nie ma najmniejszej wzmianki o sojusznikach Amerykanów i o ich towarzyszach broni. Niezbyt dociekliwy zwiedzający jest usprawiedliwiony, jeśli pomyśli, że Amerykanie sami wygrali tę wojnę.
Rocznicowy rok 2005 zaczął się od wspaniałej uroczystości w Polsce, upamiętniającej wyzwolenie Auschwitz 27 stycznia 1945 roku. Ponieważ ten mający złą sławę niemiecki obóz koncentracyjny wybudowano na okupowanych przez Niemców ziemiach polskich, obchodom przewodniczył prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski. A ponieważ obóz wyzwoliła zwycięska Armia Czerwona, prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin znalazł się na czele listy zagranicznych gości. Obecni byli także prezydent Izraela, prezydent Niemiec, prezydent Francji oraz prezes Międzynarodowego Związku Romów. Co najważniejsze, na uroczystość przybyli z różnych zakątków świata byli więźniowie obozu, z których wielu włożyło na tę okazję obozowe pasiaki. Zebrani goście siedzieli na otwartym powietrzu, mężnie stawiając czoło mroźnej aurze środkowoeuropejskiej zimy. Walcząc z atakami śnieżycy, mówcy wypowiedzieli wiele pięknych słów, takich jak „wyzwolenie”, „zwycięstwo nad Złem” i „nigdy więcej”. Wielu złożyło stosowny hołd ponad milionowi zmarłych, w większości Żydów.
Ale w żadnym momencie nikomu nie przyszło do głowy, aby przypomnieć inne wydarzenia tamtego stycznia 1945 roku. Żaden z mówców nie wspomniał, że w czasie gdy wyzwalano Auschwitz, sowieckie siły bezpieczeństwa używały innych hitlerowskich obozów koncentracyjnych, aby w nich osadzać nową falę więźniów. Pozostając pod wrażeniem miłego sercu pojęcia „wyzwolenie”, niemal wszyscy dziennikarze obecni na rocznicowych obchodach pominęli milczeniem kłopotliwą kwestię: fakt, że owe akty wyzwolenia z 1945 roku miały w gruncie rzeczy bardzo ograniczony zakres. Nikt nie zakłócił spokoju stwierdzeniem, że hitlerowskie SS nie było jedyną organizacją, która w czasie drugiej wojny światowej zakładała obozy koncentracyjne. Nikt też nie zechciał zadać drażliwego pytania, jak należałoby zdefiniować to, co naprawdę stanowiło owo powszechnie potępiane „Zło”.
9 maja 2005 roku wielkie uroczystości zorganizowano w Moskwie. Prezydent Putin odegrał rolę gospodarza wobec pięćdziesięciu głów państw – łącznie z prezydentem George’em W. Bushem – i przyjął wielką wojskową paradę. Stanąwszy na czele osobistości składających hołd ogromnym dokonaniom wojsk sowieckich w zwycięskiej walce nad faszyzmem, oświadczył, że Dzień Zwycięstwa jest „dniem świętym”, „dniem, w którym uratowany został świat”. A potem, stojąc w tym samym miejscu, w którym sześćdziesiąt lat wcześniej stał Stalin podczas zwycięskiej parady na placu Czerwonym, dał sygnał do rozpoczęcia pochodu. Przed trybunami przemaszerowały lub przejechały tysiące żołnierzy ubranych w historyczne mundury Armii Czerwonej. Głośno rozbrzmiewała muzyka wojskowa z czasów wojny. Z ciężarówek obwieszeni orderami weterani wielkiej wojny ojczyźnianej, trzymając przystrojone girlandami kwiatów portrety Stalina, salutowali stojącym na trybunach dygnitarzom. Wszystko zaaranżowano tak, aby sprawiało wrażenie, że czas się cofnął.
Tylko ktoś wyjątkowo małoduszny mógłby mieć coś przeciwko takim wyrazom uznania dla weteranów wojennych. W końcu to oni ponieśli ofiary większe niż wszystkie inne wojska. Jednak tylko nieliczni cudzoziemcy dostrzegli sprytną sztuczkę, którą zaaranżowano. Prezydent Bush zrobił wymowną uwagę na temat suwerenności państw bałtyckich w przeddzień swojego przyjazdu do Moskwy, podczas krótkiej wizyty na Łotwie – w jednym z trzech państw bałtyckich, które Stalin zaatakował i najechał w 1940 roku, a których prezydenci mieli teraz poczucie, że nie mogą uczestniczyć w moskiewskich obchodach. Ale, ogólnie rzecz biorąc, tylko nieliczni komentatorzy kwestionowali wątpliwe historyczne założenia leżące u podstaw tej uroczystości. Pozostali przyjęli – całkowicie błędnie – że wielka wojna ojczyźniana to po prostu rosyjski synonim drugiej wojny światowej, i dlatego nie przyszło im do głowy zapytać, co robił Związek Sowiecki, zanim ta wielka ojczyźniana wojna się zaczęła. Nie zagłębiali się zbytnio w tajniki metod stosowanych przez Stalina ani w detale wojennych celów, jakie Stalin sobie stawiał. A co najważniejsze, nie protestowali przeciwko pominięciu milczeniem różnicy między piętnastoma sowieckimi republikami tworzącymi ZSRR w 1945 roku a Federacją Rosyjską z roku 2005.
Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, przywódca byłej sowieckiej republiki, która najpóźniej wymknęła się spod kontroli Moskwy, wziął udział w uroczystości Putina. Ale mieszkańcy Zachodu są wciąż jeszcze tak bardzo przyzwyczajeni do błędnego uznawania Ukrainy za część Rosji, że nie widzieli żadnego powodu, żeby się zainteresować jej losem w latach 1939–1945, w odróżnieniu od losów Rosji czy ZSRR jako całości. Prezydent Juszczenko skromnie nie wspomniał, że jego własny ojciec, wiejski nauczyciel, przeżył obóz Auschwitz (z numerem 11369).
W Wielkiej Brytanii obchody upamiętniające sześćdziesiątą rocznicę zakończenia wojny odbyły się 8 i 9 lipca 2005 roku. 8 lipca królowa Elżbieta II dokonała w Whitehall odsłonięcia pomnika ku czci „Kobiet w drugiej wojnie światowej”, a 9 lipca ona i premier Tony Blair obejrzeli „spektakl pamięci” na Horse Guards Parade[2]. To nostalgiczne wydarzenie mówiło bardzo wiele o zawężonym polu widzenia, które w Londynie dało się dostrzec tak samo jak wszędzie indziej. Impreza przybrała formę serii piosenek, skeczów i scenek z czasów wojny, połączonych w całość historyczną narracją. Tekst przetykany fragmentami przemówień Churchilla czytał aktor Simon Callow, a Timothy West idealnie wcielił się w rolę wojennego przywódcy. Tak więc Drozdy nad białymi klifami Dover mieszały się z Będziemy walczyć na plażach! a po kabaretowych numerach Flanagana i Allena przyszedł temat muzyczny z filmu Lista Schindlera, piosenka Na placu Berkeley śpiewał słowik i na końcu, w wielkim finale, Znów się spotkamy, choć nie wiem gdzie i nie wiem kiedy.
Jako program rozrywkowy „spektakl pamięci” spotkał się z dobrym przyjęciem. Ale jako wydarzenie historyczne miał oczywiste niedociągnięcia. Nie uwzględniał bowiem zasadniczych różnic między „wtedy” i „teraz”. Poza bardzo krótkim epizodem z udziałem grupy żołnierzy z Armii Indyjskiej grających na trąbkach oraz zespołu tancerzy ubranych w amerykańskie mundury nie starał się ani przypomnieć sojuszników Wielkiej Brytanii z czasów wojny, ani przywołać wspomnienia wielkiej koalicji, która stała na czele wspólnej walki państw sprzymierzonych. Prześlizgnięto się też nad faktem, że w latach 1939–1945 wojenny trud podejmowała nie tylko sama Wielka Brytania, ale także Imperium Brytyjskie. Niestety nie było najmniejszego śladu ani Kanadyjczyków, Australijczyków, Nowozelandczyków czy mieszkańców Południowej Afryki, ani przedstawicieli innych nacji, które miały swój wybitny udział we wspólnej sprawie.
Pierwsze brytyjskie muzeum wojskowe, Imperial War Museum w Lambeth, zorganizowało kilka imprez towarzyszących pod hasłem „Sześćdziesiąt lat później”. Odbył się Tydzień Pamięci Weterana, urządzono „żywe muzeum” w St James’s Park w Londynie oraz wystawę pod nazwą „Jeniec” o brytyjskich jeńcach wojennych na Dalekim Wschodzie. Wszystko to odbywało się jednocześnie z pokazami wspaniałych zbiorów muzeum, zawierających broń, przedmioty, obrazy i ryciny z czasów drugiej wojny, ze stałą wystawą poświęconą Holokaustowi i obrazującą „prześladowania Żydów i innych narodów” oraz ze specjalnymi wystawami: „Wojna dzieci” i „Wielkie ucieczki”; wypada także wspomnieć o filiach muzeum – Cabinet War Rooms[3] w Whitehall, Muzeum Sił Powietrznych w Duxfordzie w hrabstwie Cambridge i nowym Imperial War Museum North w Manchesterze. Z punktu widzenia historyka wiele z tych wydarzeń zasługuje na odnotowanie i pochwałę. Natomiast rzeczą zdecydowanie najdziwniejszą ze wszystkich jest napis na pomniku stojącym przed muzeum wojny, poświęcony „27 milionom obywateli i żołnierzy sowieckich”, którzy rzekomo zginęli w czasie wojny, walcząc o sprawę „zwycięstwa aliantów”. Niezłym sprawdzianem wiedzy osób odwiedzających muzeum byłoby pytanie, co właściwie jest nie tak w tym napisie.
Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Rosja nie były oczywiście jedynymi krajami, które uczciły sześćdziesiątą rocznicę zakończenia wojny. I byłoby niesprawiedliwe, gdyby sądy na temat mechanizmów pamięci ferować jedynie na podstawie wydarzeń, jakie miały miejsce w Londynie, Waszyngtonie i Moskwie. Ale wielka trójka z 1945 roku to niewątpliwie były największe mocarstwa alianckie. Jeśli więc da się wykazać, że obraz wojny przedstawiany w stolicach tych mocarstw był wypaczony, to jest mało prawdopodobne, że był on pełniejszy albo dokładniejszy gdzie indziej. Co więcej, warto odnotować, że amerykańskie, rosyjskie i brytyjskie obchody rocznicowe mało przypominały uroczystości, jakie się odbyły w kraju, w którym wojna się zaczęła i który – licząc w kategoriach względnych – poniósł największe straty w ludziach. Oprócz Dnia Zwycięstwa Polacy obchodzili rocznicę 1 września (dnia wybuchu wojny) i 17 września (dnia sowieckiej inwazji na Polskę). Żadna z tych dat nie wywołała najmniejszego oddźwięku w Waszyngtonie, w Moskwie czy w Londynie.
Podobne obiekcje można by wysunąć co do stanu historiografii. W przypadku wojny w Europie żadnemu ze współczesnych historyków najwyraźniej nie udało się jak dotąd pogodzić istniejących sprzecznych punktów widzenia. Tak więc istnieje „punkt widzenia Zachodu”, inspirowany wydarzeniami na froncie zachodnim, i „punkt widzenia sowiecki”, inspirowany frontem wschodnim. Zachodni autorzy, którzy piszą w duchu Drugiej wojny światowej Churchilla, nie odmawiają męstwa Armii Czerwonej. Nie mogą się jednak zdobyć na to, żeby porównać jej dokonania z czynami sił zbrojnych własnych krajów. Podobnie postsowieccy apologeci, mimo że w pełni zdają sobie sprawę ze wspaniałych militarnych osiągnięć stalinowskiego reżimu, wzdragają się przed rozgłaszaniem jego zbrodniczych czynów. W efekcie żaden z autorów szkoły sowieckiej nie zyskał sobie powszechnego uznania. Oczywiście na temat wojny napisano wiele doskonałych książek, zarówno w dziedzinie historiografii, jak i literatury. Ale z nielicznymi wyjątkami wszystkie te teksty zajmują się wybranymi aspektami zagadnienia lub konkretnymi wspaniałymi czynami. Prób przedstawienia ogólnej syntezy nie ma zbyt wiele. Najnowszej pracy zmierzającej w tym kierunku, będącej dziełem pewnego zamerykanizowanego Niemca, także nie można uznać za coś, co wykraczałoby poza granice rzetelnego podsumowania poglądów Zachodu. Pomyślana ona została zgodnie z konwencjonalnym antyfaszystowskim wzorcem i wobec tego unika większości drażliwych kwestii natury politycznej i moralnej[4].
Wkładem Niemiec w uroczystości rocznicowe stał się kontrowersyjny pomnik wystawiony pomordowanym europejskim Żydom i odsłonięty w centrum Berlina w maju 2005 roku. Pomnik został zaprojektowany przez amerykańskiego architekta Petera Eisenmana, a kontrowersyjny okazał się z wielu względów – nie tylko estetycznych. Tworzący go rozległy labirynt z ciemnych granitowych bloków przypominających płyty nagrobne jest ogromny, a w oczach krytyków – agresywny. Pomnik musiał wywołać silne reakcje, skoro nie odwołuje się ani do milionów ofiar hitleryzmu, które nie były Żydami, ani do ofiar wojny w ogóle.
W obecnych czasach wiele społeczności zabiega bowiem o to, aby uznano ich własne narodowe tragedie. Jedną z takich grup tworzy niemiecki Związek Wypędzonych, który od dawna prowadzi kampanię zmierzającą do utworzenia własnego centrum pamięci w Berlinie. Przypadek ten nie pasuje do konwencjonalnego obrazu Niemców jako narodu agresora. Nie jest jednak pozbawiony znaczenia. Wielkie nacje mogą mieć pośród siebie zarówno podżegaczy wojennych, jak i ofiary wojny. Dobrze ponad dziesięć milionów ludności cywilnej ze wschodnich terenów Niemiec albo w latach 1944–1945 uciekło w obliczu zagrożenia ze strony nadchodzących wojsk Armii Czerwonej, albo później zostało z tych ziem siłą wypędzonych. Około dwóch milionów zginęło. Ich wypędzenie było aktem zbiorowej zemsty, który usankcjonowała konferencja poczdamska wielkiej trójki, a którego legalność była dość wątpliwa. Natomiast podstawowy argument wysuwany przeciwko obecnie prowadzonej kampanii wypływa z faktu, że jej organizatorzy myślą tylko o tych ludziach, których podczas wojny wypędzono z Niemiec, a nie o wszystkich wypędzonych w czasie wojny. Decyzja podjęta w Poczdamie miała przecież na celu ułatwienie napływu na te ziemie kilku milionów polskich uchodźców, których w tym samym czasie wypędzano z terenów zagarniętych przez Związek Sowiecki.
Wobec tego w charakterze wstępu do rozmaitych wykładów i pogadanek na temat drugiej wojny światowej często zadaję mojej publiczności kilka prostych pytań:
Czy potraficie wymienić pięć największych bitew, jakie w czasie wojny stoczono w Europie? Albo jeszcze lepiej: dziesięć największych bitew?
Czy potraficie wymienić główne ideologie polityczne, które walczyły o prymat podczas wojny w Europie?
Czy potraficie podać nazwę największego obozu koncentracyjnego, który działał w Europie w latach 1939–1945?
Czy potraficie powiedzieć, który z narodów Europy poniósł w czasie wojny największe straty wśród ludności cywilnej?
Czy potraficie podać nazwę okrętu, który zatonął w czasie wojny, powodując śmierć największej liczby ludzi?
Po tych pytaniach na ogół zapada głucha cisza, a potem odzywa się głośny chór domysłów i wątpliwości. Uciszając zgiełk, proponuję publiczności rozważenie pewnego stanowiska: „Dopóki nie ustalimy odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące faktów – mówię – nie jesteśmy przygotowani do ferowania wyroków w sprawach ogólniejszej natury”.
Wszystko to wskazuje na postępujący rozpad pamięci, na to, że historię czasu wojny wykorzystuje się do celów politycznych, a także na fakt, że owa historia jest zdominowana przez narodowe lub partykularne interesy. Sądzę zatem, że istnieje ogromna potrzeba rewizji zasad, na których kiedyś można będzie zbudować ramy ostatecznej i pełnej historii drugiej wojny światowej. Celem niniejszej książki jest wyliczenie owych zasad oraz naszkicowanie – choćby w ogólnych zarysach – wynikających z nich intelektualnych założeń.
Doświadczenie, które okazało się istotne dla kształtu mojej własnej intelektualnej podróży, nastąpiło w czasie, gdy jako konsultant pracowałem nad The Oxford Companion to the Second World War, wydanym w 1995 roku[5]. Redaktorzy książki starali się poświęcić należytą uwagę frontowi wschodniemu oraz najnowszym osiągnięciom badań naukowych w tej dziedzinie. Mnie zaś zgodnie z planem zatrudniono jako doradcę redaktora do spraw Europy Wschodniej i Środkowej. Jednak wkrótce zdałem sobie sprawę, że tematyka dotycząca Związku Sowieckiego tworzyła całkowicie odrębny dział wiedzy w umysłach zarówno redaktorów książki, jak i badaczy sprawujących kontrolę nad tą dziedziną. Udało mi się pozyskać współpracę pierwszorzędnego niemieckiego specjalisty Heinza-Dietricha Löwego, który napisał główne hasło dotyczące Związku Sowieckiego. Natomiast wciąż było bardzo trudno zintegrować sprawy dotyczące ZSRR z innymi głównymi kategoriami. Na przykład redaktorzy z radością przyjęli do tomu hasło o wojennych gułagach, natomiast nie chcieli go umieścić w dziale zatytułowanym „Obozy koncentracyjne”. Na tej samej zasadzie hasło o zbrodni w Katyniu wprawdzie przyjęto, ale nie pod ogólnym tytułem „Zbrodnie wojenne”. Hasła traktujące o sowieckich marszałkach albo o bitwach na froncie wschodnim zawsze były pisane przez „specjalistów sowieckich”, nigdy zaś przez tych autorów, którzy pisali o Eisenhowerze czy Montgomerym. Co więcej, wkrótce się okazało, że inaczej się nie da, bo „zachodni eksperci” mieli bardzo mętne pojęcie o wydarzeniach w Europie Wschodniej. Nauczanie historii jest podzielone na sekcje wcale nie w mniejszym stopniu niż publikacje z dziedziny historii. Na przykład pewien czołowy amerykański autorytet w sprawach drugiej wojny światowej nigdy nie słyszał o stratach wojennych żadnego innego narodu europejskiego poza „Rosjanami”. Takie klapki na oczach są jedną z przyczyn tego, co pewien brytyjski historyk trafnie określił mianem „spetryfikowanej perspektywy historii zwycięzców”[6], podtrzymywanej przez zachodnich komentatorów, którzy w roku 2000 wciąż pisali tak samo jak w roku 1950.
Jednym z podstawowych zamierzeń tej książki jest zatem nie tyle ukazanie jakichś nowych, spektakularnych faktów, ile przeszeregowanie, zestawienie z sobą i zintegrowanie na nowo faktów ustalonych, które dotąd starannie rozdzielano.
Wobec tego nie ma większego sensu opatrywać przypisami co drugiego zdania, po to, aby te fakty można było zweryfikować. Liczba przypisów została ograniczona do minimum. Fakty i stwierdzenia, które się pojawiają w standardowych źródłach, zwłaszcza w Oxford Companion..., nie będą opatrywane przypisami. Przypisy rezerwuję dla bezpośrednich cytatów, mniej znanych źródeł, a także wskazówek dotyczących szerszej lektury.
Na koniec chciałbym jeszcze wyjaśnić, że świadomie zredukowałem do minimum komentarze dotyczące spraw drugorzędnych – po to, aby podstawowe argumenty były maksymalnie jasne i przekonujące. Świetnie zdaję sobie sprawę, że można było powiedzieć o wiele więcej o roli takich krajów, jak Francja, Polska czy Jugosławia, roli, która bynajmniej nie była bez znaczenia. Chciałem jednak zwrócić uwagę na charakterystykę i działania głównych państw zaangażowanych w wojnę w Europie i w rezultacie skoncentrować się na najważniejszych: Trzeciej Rzeszy, Związku Sowieckim, Stanach Zjednoczonych i Imperium Brytyjskim. Dawniej sam występowałem przeciwko takiemu sposobowi pojmowania historii Europy, który każe brać pod uwagę wyłącznie wielkie mocarstwa. Tym razem jednak uznałem, że priorytetem powinno być zadanie nowego zdefiniowania struktury konfliktu i proporcji między jego głównymi elementami składowymi.
Jak zwykle słowa podziękowania należą się wielu współpracownikom i kolegom, a także mojej rodzinnej grupie wsparcia. Bezinteresowna wyrozumiałość mojej żony dla słabostek zajmującego się pisarstwem męża w cudowny sposób nie traci nic ze swego blasku. Roger Moorhouse raz jeszcze zgodził się podjąć obowiązki pierwszego asystenta, choć jest już przecież niezależnym, samodzielnym badaczem. Jestem bardzo wdzięczny mojemu agentowi Davidowi Godwinowi za wsparcie – moralne i profesjonalne; mojemu wydawcy pani Georginie Morley za cenne słowa zachęty, a Krzysztofowi Mościckiemu za pomoc w załatwianiu spraw związanych z logistyką i administracją.
Przy tej okazji chciałbym jednak także dać wyraz swojemu szczególnemu przekonaniu, że zaciągnąłem dług wdzięczności wobec grupy wybitnych historyków, którym w ciągu ostatnich dziesięciu lat udało się poskromić sowiecką enigmę. Zachodnie poglądy na wydarzenia z lat 1939–1945 zaczęły się kształtować w pierwszych latach po wojnie, kiedy informacje na temat największego z walczących mocarstw, Związku Sowieckiego, były skąpe i często miały charakter domysłów i spekulacji. Przez wszystkie dziesięciolecia zimnej wojny, kiedy mnożyły się kości politycznej niezgody, wyniki wspaniałej pracy pionierów w rodzaju Roberta Conquesta grzęzły w bagnie walk podjazdowych i sporów. W efekcie opinia publiczna zachowywała dystans, a historycy drugiej wojny światowej często nie mieli ochoty ponownie rozważać swoich interpretacji. Dopiero po upadku ZSRR można było położyć kres temu zamieszaniu. Dziś nie ma już żadnych wątpliwości co do tego, że stalinowski reżim był masowym mordercą i potworem, a jego wybitna rola w pokonaniu Trzeciej Rzeszy wymaga wprowadzenia do konwencjonalnego obrazu daleko idących poprawek. Wiele z tego, co dziś jest pewne, można przypisać pracy historyków, którzy w ostatnim czasie dostarczyli niewątpliwych dowodów. Wiele fragmentów tej książki powstało z poczucia silnej potrzeby zintegrowania ich odkryć z bardziej utrwaloną wiedzą na inne tematy. Prawdę mówiąc, mam poczucie, że moje długoletnie przekonania i intuicje, które płyną z badania najbliższej okolicy, zostały bardzo wzbogacone i utwierdzone. Bo przecież nigdy bym się nie odważył podjąć próby nowego przeglądu wydarzeń drugiej wojny światowej, gdybym nie wiedział, że nie jestem zupełnie sam. A zatem szczególne podziękowania kieruję do tych kolegów, którzy rzeczywistość epoki stalinowskiej z okresu wojny ukazali w sposób niebudzący żadnych sensownych wątpliwości. Chciałbym w tym miejscu wymienić ich nazwiska. Są to: Anne Applebaum, Antony Beevor, Geoffrey Hosking, Catherine Merridale, Simon Sebag Montefiore i Robert Service.
Norman Davies
Kołobrzeg/Kolberg
[2] Horse Guards Parade – rozległy teren w centrum administracyjnym Londynu, miejsce dawnej rezydencji królewskiej Whitehall (przyp. tłum.).
[3] Cabinet War Rooms – wojenna kwatera rządu brytyjskiego; muzeum prezentuje autentyczne wnętrza, w których podczas drugiej wojny światowej odbywały się tajne posiedzenia brytyjskiej Rady Ministrów (przyp. tłum.).
[4] Zob. G.L. Weinberg, Świat pod bronią. Historia powszechna II wojny światowej, t. 1: 1939–1941, przeł. M. Jania i in., Kraków 2001.
[5] Zob. The Oxford Companion to the Second World War, red. I.C.B. Dear, M.R.D. Foot, Oxford 1995.
[6] A.W. Purdue, The Second World War, Basingstoke 1999, tylna strona obwoluty.
Każdy naród, który uczestniczył w drugiej wojnie światowej, ma swoją własną wersję wydarzeń. Brytyjczycy i Amerykanie, Niemcy i Włosi, Francuzi i Holendrzy, Rosjanie i Polacy, Żydzi oraz wielu, wielu innych – wszyscy podkreślają doświadczenia swojego narodu. Rozmyślnie lub niechcący wszyscy umniejszają znaczenie, jakie miała różnorodność tych doświadczeń, i utrudniają przedstawienie rozległej panoramy. Zaciemniają ogólny obraz. Nie da się tego uniknąć, bo taka jest ludzka natura. Mimo to fakt pozostaje faktem: całość jest ważniejsza niż szczegół. Wszelkim próbom zbadania jakiegoś wybranego elementu całej sceny powinno towarzyszyć – lub nawet takie próby poprzedzać – przyjęcie jakiejś szerszej ramy, w którą można ową część wpasować. I właśnie takie ramy mam nadzieję nakreślić w tym Rozdziałe.
Jest rzeczą równie oczywistą, że splot konfliktów tak bardzo zawikłany jak to, co opatruje się etykietą „druga wojna światowa”, musiał obrosnąć mnóstwem mitów i legend. Mity te stanowią niezbędny wątek opowieści. Nie jest zadaniem historyka próbować je wykorzenić. Natomiast obowiązkiem historyka jest je zbadać, wyjaśnić ich początki, a potem pokazać różnicę między zdarzeniami i sposobem postrzegania zdarzeń. Tak na przykład każdy bezstronny obserwator musi opisać kampanię, która się zakończyła na plażach Dunkierki w czerwcu 1940 roku, jako znaczący sukces Niemiec, a zarazem katastrofalne pogorszenie sytuacji aliantów. Ale ten sam historyk ma obowiązek pokazać, z czego zrodził się „duch Dunkierki”, w jaki sposób klęska nie przekreśliła ocalenia, jak przemieniono regres w szansę na odzyskanie sił i odbudowę. Niepowodzenie, a także reakcja na niepowodzenie (z punktu widzenia Brytyjczyków) są w tej samej mierze co zwycięstwo i nieumiejętność jego wykorzystania (z punktu widzenia Niemców) nierozerwalnie z sobą związanymi aspektami tej samej opowieści.
Historycy z konieczności przedstawiają różne interpretacje, a przynajmniej różnie rozkładają akcenty. Żadna narracja nigdy nie spotka się z powszechnym uznaniem, nawet gdyby była maksymalnie spójna i jednolita. Można się jednak wystrzegać poważniejszych zniekształceń. Rzeczy muszą być porównywane na podstawie podobieństw, proporcje muszą być zachowane, normy leżące u podstaw sądów ferowanych w odniesieniu do jednej strony konfliktu muszą być stosowane bezstronnie w stosunku do wszystkich stron. Na przykład zarówno w bitwie pod El-Alamejn, jak i w bitwie pod Stalingradem zwyciężyli alianci i oba zwycięstwa przyczyniły się do zmiany biegu wydarzeń w mrocznych miesiącach lat 1942–1943. Ale tych dwóch bitew nie można uznać za w pełni równoważne. W jednej rozbito sześć dywizji wojsk państw osi na peryferyjnej scenie wojennych zdarzeń; w drugiej pokonano dwadzieścia dywizji państw osi w środkowym sektorze głównego frontu. Z tych samych powodów sądów moralnych nie można opierać na iluzorycznym przekonaniu, że masowy mord dokonany przez wroga jest dowodem na działanie sił nikczemnego Zła, podczas gdy masowy mord po naszej stronie jest pechową skazą na obrazie.
Powinienem może wyjaśnić, jaki jest mój własny punkt wyjścia. Jestem Brytyjczykiem. Urodziłem się w 1939 roku. Jestem zawodowym historykiem. Wiele lat zawodowej kariery poświęciłem badaniu historii Europy Wschodniej, specjalizując się w historii Polski i Rosji. Można z tego wyciągnąć słuszny wniosek, że spędzałem dzieciństwo w Wielkiej Brytanii czasu wojny i że zdobywałem wykształcenie w latach, w których nad światem unosiło się jej groźne widmo. Można też, jak sądzę, powiedzieć, że dla wszystkich przedstawicieli mojego pokolenia – mimo że byliśmy zbyt młodzi, aby brać w wojnie czynny udział – druga wojna światowa była największym wydarzeniem w życiu, tak samo jak wielka wojna z lat 1914–1918 była największym wydarzeniem w życiu naszych rodziców. Na pierwszą szkolną wycieczkę na kontynent – podczas Wielkanocy 1955 roku – pojechałem do Wiednia; zrobiono mi tam zdjęcie z sowieckim strażnikiem w futrzanej czapie na głowie. Dziś zdaję sobie sprawę, że wojna w Europie skończyła się niecałe dziesięć lat wcześniej. Oglądało się takie filmy, jak Dam Busters, Okrutne morze, Paszport do Pimlico czy Pani Miniver[7]. W efekcie po prostu trzeba się było zainteresować latami wojny. Od tamtego czasu stale gromadziłem nowe informacje na ten temat – z książek, z filmów, z prac naukowych, obserwując jednocześnie, jak coraz bardziej blakną wspomnienia i maleje poczucie osobistego zaangażowania.
Jednak jako historyk przyglądałem się, jak lepiej znane aspekty wojny w Europie Zachodniej coraz bardziej usuwa w cień stale rosnący napływ informacji o niewiarygodnych okropnościach, jakie się działy na froncie wschodnim. Kiedy studiowałem w Oksfordzie, Alan Bullock wydał właśnie swoją monografię Hitler. Studium tyranii, a mój opiekun naukowy A.J.P. Taylor pracował jeszcze nad książką o początkach drugiej wojny światowej (The Origins of the Second World War)[8]. Wydział historii nie oferował studentom żadnych kursów dotyczących wydarzeń z lat 1939–1945, wychodząc z założenia, że są one zbyt świeże, aby się stać przedmiotem poważnych badań. A o Holokauście mało kto słyszał. W latach sześćdziesiątych zaczęły przeciekać wieści o „20 milionach sowieckich ofiar wojennych”, a także zaczęła się rodzić świadomość – inspirowana w znacznej mierze przez Chruszczowa i Sołżenicyna – że sieć sowieckich gułagów była sceną masowej zbrodni o wcześniej nie spotykanych i niewyobrażalnych rozmiarach. W latach siedemdziesiątych dowiadywano się, czym było w swej istocie niepowtarzalne zjawisko Holokaustu, i zaczęto się zastanawiać, w jaki sposób można by je wpasować w szerszy kontekst. W latach osiemdziesiątych tacy historycy jak Alan Bullock mieli odwagę stawiać Hitlera na równi ze Stalinem. Wreszcie w latach dziewięćdziesiątych upadek ZSRR ostatecznie zamknął usta tym, którzy przeczyli istnieniu gułagów, pokazując, że Robert Conquest i inni krytycy Związku Sowieckiego byli o wiele bliżsi prawdy, niż wielu ludzi byłoby skłonnych przyznać. O istniejących zahamowaniach dużo mówi fakt, że świetne książki Antony’ego Beevora Stalingrad (1998) i Berlin. Upadek 1945 (2002)[9], odsłaniające wreszcie przed czytelnikami z Zachodu cały ogrom i okrucieństwo wydarzeń na froncie wschodnim, miały niewiele poprzedniczek i niewielką konkurencję.
Moje własne badania dotyczące historii Polski w latach drugiej wojny zrodziły we mnie silne poczucie mocno ugruntowanej tendencyjności. Szybko się dowiedziano, że we wrześniu 1939 roku Związek Sowiecki dokonał inwazji i okupacji połowy Polski – zupełnie tak samo, jak Niemcy dokonały inwazji i okupacji drugiej połowy. Ale zachodni historycy nadal pisali wyłącznie o „hitlerowskiej napaści na Polskę”. Sowieckiej strefy okupacyjnej po prostu nie uważano za strefę okupacyjną. Hitlerowską propagandę w tych sprawach natychmiast odrzucano. Propagandy sowieckiej nie kwestionowano. Było wiadomo, że sowieccy okupanci przeprowadzali masowe deportacje i dokonywali masowych mordów – równocześnie ze wszystkimi okropieństwami, jakich dopuszczali się Niemcy. Jednak świadomość Zachodu skupiała się w coraz większej mierze wyłącznie na Holokauście. Czytało się o tysiącach równanych z ziemią wsi i o masakrach dokonywanych na ich mieszkańcach. Ale jedyną taką wsią, którą zachodni komentatorzy kiedykolwiek potrafili wymienić z nazwy, były leżące w Czechach Lidice (zob. s. 401). Wiedziało się o potężnych operacjach, takich jak „Barbarossa” czy „Bagration”, i o ogromnych tragediach, takich jak oblężenie Stalingradu czy Powstanie Warszawskie. Było widać, że każde z tych wydarzeń zawsze umieszczano w takiej czy innej emocjonalnej przegródce. Jakoś nie stanowiły one elementu „naszej wojny”.
Przede wszystkim zaś była masakra katyńska – z pewnością nie największa ze wszystkich okropności, ale wydarzenie, które odegrało rolę papierka lakmusowego, sprawdzianu historycznej uczciwości. W chwili gdy sam zabierałem się do pracy, czyli w latach siedemdziesiątych, istniały już bardzo silne poszlaki. Około 25 000 alianckich oficerów zniknęło w Rosji wiosną 1940 roku. Z wyjątkiem 4500 ciał odkopanych przez Niemców w 1943 roku w Lesie Katyńskim w pobliżu Smoleńska większości zaginionych nigdy nie odnaleziono. Nie było absolutnych dowodów, ale można było z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że pozostałe 15 000–20 000 zamordowanych spoczywa w innych masowych grobach i że to Stalin, a nie Hitler wydał rozkaz, aby ich zamordować. Możliwe, że tym razem Goebbels mówił prawdę[10]. Ale przez całe dziesięciolecia brytyjska biurokracja odmawiała komentarzy, chyba że wskazywano palcem na hitlerowców. Brytyjskim oficerom zabroniono udziału w upamiętniających mord katyński uroczystościach, które się odbywały w centrum Londynu. A brytyjska opinia publiczna nie wykazywała żadnych oznak zainteresowania – ani gigantyczną zbrodnią, ani godnymi potępienia próbami jej ukrycia. Wydaje się, że panujące postawy można by zawrzeć w pytaniu: „A co front wschodni miał wspólnego z nami?”. Wreszcie w latach dziewięćdziesiątych, w przeddzień pięćdziesiątej rocznicy zakończenia wojny, prezydent Gorbaczow postanowił powiedzieć prawdę i przyznał, że masakra w Katyniu oraz masowe morderstwa popełnione w dwóch innych miejscach były dziełem sowieckich sił bezpieczeństwa. Potem prezydent Jelcyn ujawnił dokument, który nosił podpis Stalina i zawierał rozkaz egzekucji opatrzony datą 5 marca 1940 roku. Pewien rzecznik brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych pochwalił Rosjan za szczerość. Natomiast brytyjska ustawa o zbrodniach wojennych z 1991 roku została starannie skonstruowana tak, aby wydarzenia w rodzaju Katynia nie wchodziły w jej zakres. A Ministerstwo Spraw Zagranicznych ujawniło wybrane dokumenty dotyczące tej kwestii dopiero w 2002 roku[11].
Pamiętam, że jeszcze w roku 1984 czy 1985, kiedy zostałem wraz z żoną zaproszony do A.J.P. Taylora i kiedy Katyń był tematem rozmowy przy stole, żona Taylora, dawna węgierska komunistka, upierała się z całą stanowczością, że Związek Sowiecki nie byłby zdolny do czegoś takiego. Ja i moja żona trzymaliśmy się własnego zdania, twierdząc, że zasada prawdopodobieństwa każe wierzyć w winę Stalina. A.J.P. został zmuszony do przyjęcia roli mediatora. Wina Sowietów nie jest nie do pojęcia, powiedział, ale skoro nie ma dowodów, historycy muszą zachować otwartość umysłu i powstrzymywać się od antysowieckich insynuacji. Tak to wyglądało w wielkim skrócie. A.J.P. nie był wyznawcą poglądów umiarkowanych. Był lewicowym agitatorem, nieustraszonym i niezależnym, i nie darzył Związku Sowieckiego zbytnią miłością. Jednak w takiej sprawie nawet on nie umiał się zdobyć na bezstronność. Można być pewnym, iż nikt nie zacząłby nawoływać do powściągliwości, gdyby ktoś stwierdził, że istnieje oczywiste prawdopodobieństwo winy Hitlera i Himmlera. Wiadomo, że hitlerowcy byli źli. Byli zdolni do wszystkiego. Byli naszymi wrogami. Zawsze można było czynić na ich temat insynuacje. Natomiast nie wolno było tego robić w stosunku do któregoś ze zwycięskich mocarstw alianckich. Doświadczenie mi podpowiada, że właśnie na tym polega głęboko zakorzenione uprzedzenie nie tylko większości historyków, ale także większości opinii publicznej w Wielkiej Brytanii i Ameryce.
Mając świadomość owej tendencyjności, zacząłem się uważniej przyglądać tym szczególnym formom stronniczości, jaką widać w pisanych na Zachodzie książkach o drugiej wojnie światowej. Można znaleźć wyjątki. Ale ogólnie rzecz biorąc, zachodni sposób widzenia coraz bardziej skupiał się na sobie i wciąż na nowo powtarzano te same pełne zaślepienia sądy i oceny. Jeśli historycy komentowali wydarzenia na froncie wschodnim, to byli skłonni naśladować nieżyjącego już Johna Ericksona, powtarzać bez komentarza sowieckie interpretacje albo co najwyżej rozwodzić się nad detalami. Z czasem zacząłem wierzyć, że ustalił się jakiś „aliancki schemat historii”:
Na dzisiejszy obraz Europy silny wpływ wywarły doświadczenia i emocje dwóch wojen światowych oraz zwycięstwo „Wielkiego Przymierza” [1941–1945]. Dzięki kolejnym triumfom w latach 1918 i 1945, a następnie pod koniec zimnej wojny, w roku 1989, zachodnie mocarstwa mogły zacząć propagować na całym świecie własną interpretację dziejów. (...)
System hierarchii ważności i założeń zbudowany na gruncie postaw alianckich z okresu wojny występuje bardzo powszechnie w opracowaniach dotyczących XX wieku; czasem rzutuje się go wstecz, z odniesieniem do wcześniejszych okresów historii. Można by go skrótowo przedstawić w formie następującej listy elementów:
– Wiara w szczególną świecką odmianę zachodniej cywilizacji, w której „wspólnota atlantycka” stanowi szczyt postępu w rozwoju ludzkości. (...)
– Ideologia „antyfaszystowska”, w myśl której druga wojna światowa (1939–1945) postrzegana jest (...) jako podstawowy przejaw triumfu Dobra nad Złem. (...)
– Demonologiczna fascynacja Niemcami – dwukrotnie pokonanym wrogiem [i główną przyczyną nieszczęść Europy]. (...) (Nota bene kultury niemieckiej nie wolno mylić z niemiecką polityką).
– Pobłażliwe, uromantycznione spojrzenie na imperium carskie i Związek Radziecki, strategicznego sprzymierzeńca na Wschodzie, powszechnie zwanego „Rosją”. Oczywistych wad Rosji absolutnie nie wolno porównywać z wadami wroga. (...)
– Milczące przyjmowanie podziału Europy na strefy zachodnią i wschodnią. (...)
– Rozmyślne pomijanie wszelkich faktów, które nie potwierdzają wiarygodności powyższego[12].
Idąc dalej za tym sposobem myślenia, zacząłem porządkować w ramach różnych kategorii rozliczne mankamenty, którym sprzyja „aliancki schemat” i które daje się zauważyć w opracowaniach dotyczących drugiej wojny światowej. Ta praca zaowocowała artykułem, który zatytułowałem „Dziesięć postaci wybiórczości”, przedstawiając następującą listę:
propaganda polityczna,
osobiste uprzedzenia,
partykularyzm przyjmowanej perspektywy,
stereotypy,
statystyki,
interesy określonych grup,
procedury stosowane przez zawodowych historyków,
historia zwycięzców,
historia pokonanych,
wybiórczość dyktowana względami moralnymi.
W tym ostatnim punkcie pokazałem, że narracja dotycząca wojny pozostaje często pod wpływem uproszczonych dychotomicznych schematów „Dobra” walczącego ze „Złem”[13].
Wszystko niby było w porządku. Artykuł powszechnie chwalono. We mnie pozostawił jednak uczucie niepokoju. Chodziło już nie tylko o to, że odstawałem od większości moich kolegów po fachu. Nie miałem do zaoferowania żadnej spójnej alternatywy. Bardzo łatwo jest doszukać się błędów w ogólnie przyjmowanych interpretacjach, nie podejmując jednocześnie ryzyka, jakie się wiąże z tworzeniem własnej wyrazistej wizji. Nie jest trudno krytykować lub burzyć cudze schematy. O wiele trudniejszym zadaniem jest przyjąć stanowisko pozytywne – stworzyć jakiś nowy i oparty na racjonalnych przesłankach zarys układu parametrów związanych z danym tematem. Ale ten trud trzeba podjąć. W moim przekonaniu istnieje pięć czynników, które należy wziąć pod uwagę, rozważając wydarzenia drugiej wojny światowej: czynniki geograficzne, wojskowe, ideologiczne, polityczne i moralne.
Odkąd Związek Sowiecki zawarł trwały rozejm z Japończykami (15 września 1939 roku), przestały istnieć powiązania między teatrami drugiej wojny światowej w Europie i na Pacyfiku. To właśnie ten fakt pozwala historykom traktować wojnę w Europie jako łańcuch konfliktów oderwany od działań zbrojnych na terenie Azji. Konflikt sowiecko-japoński – bardzo ostry podczas bitwy nad Chałchyn-goł[14] (zob. s. 188) – odnowił się dopiero latem 1945 roku, kiedy wojna w Europie już się zakończyła. Rozejm z 1939 roku umocnił się za sprawą sowiecko-japońskiego paktu o neutralności z 13 kwietnia 1941 roku[15].
Z jednym jedynym wyjątkiem Afryki Północnej walki w europejskim teatrze wojennym nie wykroczyły poza geograficzne granice Europy. Ale Wielka Brytania posiadała terytoria w Palestynie i Egipcie, Francja – w Syrii, Libanie i Algierii, a Włochy – w Libii; wszystko to były tereny leżące w krajach Lewantu i na obszarach położonych na północ od Sahary, wobec tego konflikt między zachodnimi aliantami i państwami osi ostatecznie rozszerzył się na ziemie leżące od Maroka po Nil.
Poczynając od roku 1941, zarówno Stany Zjednoczone, jak i – w mniejszym stopniu – Wielka Brytania i jej dominia były zaangażowane w działania wojenne jednocześnie w Europie i na Dalekim Wschodzie. To podwójne zaangażowanie miało oczywiście wpływ na logistykę i plany strategiczne. Nigdy jednak nie doprowadziło do ścisłej integracji obu wojennych teatrów. Miliony żołnierzy amerykańskich, kanadyjskich, członków Korpusu Wojskowego Australii i Nowej Zelandii, żołnierzy hinduskich i południowoafrykańskich służyły w Europie, natomiast żadne siły wojskowe z Europy nigdy – z jednym być może drobnym wyjątkiem – nie pojawiły się w nieprzyjaznych zamiarach na ziemiach żadnej z Ameryk. Podczas działań wojennych w Europie żadne wojska sowieckie nie walczyły poza nią.
Najdalsze granice europejskiego teatru wojennego wyznaczały: Gibraltar, Grenlandia, Narwik, Leningrad, Stalingrad, Elbrus, Bułgaria, Kair i Casablanca. Nie można jednak zakładać, że walki ogarnęły wszystkie miejsca leżące wewnątrz tego pierścienia. Podstawowa konfiguracja działań wojennych w Europie obejmowała jądro znajdujące się w rękach państw osi oraz peryferie, gdzie dominowali wrogowie osi. W pierwszej fazie owo ufortyfikowane jądro szybko się rozszerzało, obejmując kilka sąsiednich państw: Polskę na wschodzie, Danię i Norwegię na północy, kraje Beneluksu i Francję na zachodzie. Natomiast obszary leżące na wschód od Polski kontrolował sprzyjający osi Związek Sowiecki. Mocarstwa zachodnie zostały wyrugowane z głębi kontynentu, co było dla nich ogromnie niekorzystne. Od tego czasu, mimo że siły zbrojne Sowietów dostarczały ludzi na front przylegający do terenów będących pod okupacją Niemiec, wojska Zachodu mogły podejmować walkę z wojskami państw osi tylko wtedy, gdy wcześniej wykonały skomplikowane, kosztowne i ryzykowne operacje desantowe – tak jak to miało miejsce w Afryce Północnej, na Sycylii czy w Normandii. I to był zapewne główny powód, dla którego tak szumnie zapowiadany „drugi front” tak powoli się materializował.
Często się mawia – nieco pochopnie – że „wojna ogarnęła całą Europę”. To oczywista przesada. Kraje neutralne w ogóle nie zostały w nią bezpośrednio zaangażowane. Niektóre – na przykład Wielka Brytania czy Hiszpania – wysyłały swoje wojska do walki poza własnymi granicami, ale same nie doświadczyły obcej okupacji. Wielka Brytania, która w latach 1940–1941 przez krótki okres była celem intensywnych bombardowań, brała odwet na Niemcach przez o wiele dłuższy czas w latach 1941–1945, sama doświadczając jedynie sporadycznych akcji odwetowych podczas kampanii V-1 i V-2 w latach 1944–1945. Bułgaria, Rumunia i Węgry, które dołączyły do państw osi, były zaangażowane na różne sposoby we wcześniejszych stadiach działań i aż do ostatniej fazy nie znalazły się na liście krajów okupowanych. Nawet w tych krajach, które dotkliwie ucierpiały na skutek walk i okupacji, mogły się znaleźć rozległe obszary praktycznie nietknięte przez wojnę. Na przykład we Francji „wolna strefa” na południu pozostała w zasadzie nienaruszona przez prawie trzy z sześciu wojennych lat. Wschodnie prowincje Rzeszy, leżące poza zasięgiem alianckich bombardowań, doświadczyły jeszcze dłuższych okresów względnego spokoju. Rzeczą najbardziej zadziwiającą – dopóki się nad tym nie zastanowić – jest to, że ponad 90 procent terytorium ZSRR – kraju, na którego terenie leżała strefa wojenna zdecydowanie największa i będąca przedmiotem najbardziej intensywnych walk – pozostało zupełnie nietknięte przez cały czas wojny, stając się rozległą bazą dla gromadzenia zasobów, organizowania oporu i szkolenia wojsk.
Tak więc w gruncie rzeczy główne strefy wojenne na terenie Europy w latach 1939–1945 ograniczały się do stosunkowo niewielkiej liczby krajów i regionów. Były to:
Albania, 1939–1945,
Polska, 1939–1945,
Norwegia i Dania, 1940–1945,
kraje Beneluksu, 1940–1945,
północna Francja, 1940–1944,
państwa bałtyckie, Białoruś i Ukraina, 1940/41–1944,
Jugosławia, 1941–1945,
Grecja, 1941–1945,
Włochy, 1943–1945.
Niemcy i Austria były od roku 1942 wystawione na nasilającą się aliancką ofensywę bombardowań z powietrza, ale wyłomu w ich granicach dokonano dopiero w październiku 1944 roku lub jeszcze później. Ponadto można wyliczyć kilka innych miejsc, w których poważniejsze formy działań wojennych pojawiały się jedynie w stosunkowo krótkich okresach:
Finlandia, 1939–1940, 1941–1942, 1944,
południowa Anglia, 1940–1941,
Leningrad, 1941–1944,
zachodnia Rosja, 1941–1942,
południowa Rosja, 1942–1943,
Rumunia, Bułgaria, Węgry, 1944–1945.
Dokładność jest zatem bardzo ważna, kiedy się mówi o geografii wojny w Europie. Istotne jest, aby odróżniać granice sprzed wojny od granic powojennych. A najważniejsze, żeby się wystrzegać mylących skrótów. Podczas wojny dość powszechnie używano nazwy „Anglia” zamiast nieporęcznej etykiety „Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii”. Ale większość komentatorów na pewno rozumiała bardziej skomplikowaną rzeczywistość, jaka się kryła pod tym wygodnym skrótem. Na tej samej zasadzie bardzo często używano nazwy „Rosja” czy „Rosjanie”, zamiast mówić „Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich”. Jeśli idzie o ten drugi przypadek, trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że ten skrót to coś więcej niż tylko przykład braku precyzji. Jest zasłoną dymną dla pewnych zasadniczych kwestii wchodzących w grę w kontekście operacji w największym wojennym teatrze. Rosjanie stanowili bowiem zaledwie połowę ludności ZSRR. A to zachodnie republiki sowieckie – nie Rosja – były sceną najcięższych walk i to one najbardziej odczuły skutki niemieckiej okupacji. Dziś, gdy Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś i Ukraina są niepodległymi państwami, wystarczy rzut oka na mapę, aby zobaczyć, gdzie przebiegają granice Rosji. Ale przez pięćdziesiąt lat historycy Zachodu w większości pisali o tych krajach w stanie błogiej ignorancji albo zakładali – całkowicie błędnie – że polityczna, narodowa i etniczna geografia frontu nie jest istotna.
Wojna na morzu oznaczała pokonywanie ogromnych odległości. Bitwa o Atlantyk (1939–1945) ustępowała wprawdzie skalą operacjom na Pacyfiku, ale brały w niej udział jednostki wszelkich rodzajów i wszystkich rozmiarów – od lotniskowców przez łodzie podwodne po skromne statki handlowe. Wśród jej najdalej wysuniętych miejsc znalazły się: Grenlandia i Murmańsk, Montevideo i Kapsztad. Walki na Morzu Śródziemnym (1939–1943) toczyły się o brytyjski szlak komunikacyjny wiodący do Kanału Sueskiego i przez Suez dalej do Indii. Ponieważ kontrolę nad Dardanelami i Bosforem sprawowała neutralna Turcja, walki nie rozszerzyły się na Morze Czarne.
Wojna w powietrzu miała bardziej ograniczony zakres. W latach czterdziestych samoloty nie potrafiły pokonywać takich odległości jak okręty. Eskadry bombowców stacjonujące na terenie Wielkiej Brytanii miały zasięg około 1600 kilometrów, licząc lot w obie strony. Samoloty wylatujące z baz na południu Włoch w roku 1943 ledwo mogły dolecieć nad Warszawę. Eskortujące je myśliwce miały jeszcze mniejsze możliwości. Wszystkie loty transportowe na dłuższych trasach musiały się odbywać etapami. Lot ze Stanów Zjednoczonych do Wielkiej Brytanii wymagał międzylądowań w Gander Bay (Nowa Fundlandia), Rejkiawiku (Islandia), często w Belfaście, a później na Bermudach i Azorach. Lot z Londynu do Moskwy musiał się odbywać trasą wiodącą przez Gibraltar, Kair, Teheran i Kujbyszew (obecnie Samara).
I na koniec, w kontekście rozważań o geografii nasuwa się pytanie, czy o wojnie w Europie da się powiedzieć, że miała jakiś „środek ciężkości” – jakieś miejsce będące punktem odniesienia dla działań wojennych skierowanych na północ, na wschód, na zachód i na południe. Dokładnych obliczeń nie da się przeprowadzić. Jednakże biorąc pod uwagę przytłaczającą przewagę liczebną na froncie wschodnim, siłę grawitacji skierowaną w tym kierunku jedynie częściowo mogły równoważyć siły oddziaływania z innych kierunków. Ogniska nie mogła stanowić Europa Środkowa – miejsce leżące w połowie drogi między Wschodem i Zachodem – lecz jakiś punkt położony zdecydowanie dalej na wschód czy południowy wschód. Odpowiedzią jest niemal na pewno Białoruś i zachodnia Ukraina. W konwencjonalnych historiach Europy krajom tym nie przyznaje się żadnej odrębnej tożsamości. A przecież to tam toczyły się najbardziej intensywne działania wojenne i tam udziałem ludności cywilnej stały się najgorsze wojenne okropieństwa: deportacje, sowiecka i niemiecka okupacja, bicze Lebensraumu i Holokaustu. Były sceną najcięższych walk od samego początku, od września 1939 roku (kiedy świat znał je jeszcze jako wschodnie tereny Polski) aż po końcową fazę lat 1944–1945, kiedy stały się główną bramą na drodze Armii Czerwonej ponownie wkraczającej do Europy Środkowej. Stały się powodem dwóch największych kampanii tej wojny – operacji „Barbarossa” i „Bagration”. To nie przypadkiem właśnie na Białorusi procentowe straty wśród ludności cywilnej były większe niż w jakimkolwiek innym kraju Europy, a analogiczne straty liczone w wielkościach bezwzględnych były najwyższe na Ukrainie. Historia tych krajów zasługuje, aby ją bardziej upowszechnić.
[7]Dambusters (reż. M. Anderson) i Okrutne morze (reż. Ch. Frend) – brytyjskie dramaty wojenne; Paszport do Pimlico (reż. H. Cornelius) – brytyjska komedia w stylu pure nonsense; Pani Miniver (reż. W. Wyler) – brytyjski film obyczajowy osadzony w realiach drugiej wojny światowej (przyp. tłum.).
[8] Zob. A. Bullock, Hitler. Studium tyranii, przeł. T. Evert, Warszawa 2004; A.J.P. Taylor, The Origins of the Second World War, London 1961.
[9] Zob. A. Beevor, Stalingrad, przeł. M. Bielewicz, Kraków 2008; idem, Berlin. Upadek 1945, przeł. J. Kozłowski, Warszawa 2005.
[10] Zob. J. Zawodny, Katyń. Zagłada w lesie, przeł. Beta-Omega (pseud.), oprac. F. Milwid, Warszawa 1989 (wyd. 1 krajowe: Katyń, Lublin – Paryż 1989); L. FitzGibbon, The Katyn Cover-up, London 1972; Katyn. Despatches of Sir Owen O’Malley to the British Government, Chicago 1973; Lista katyńska. Jeńcy obozów Kozielsk – Ostaszków – Starobielsk i zaginieni w Rosji sowieckiej, oprac. A. Moszyński, Londyn 1977. Przed rokiem 1989 lista katyńska zawierająca nazwiska zaginionych oficerów była objęta całkowitą cenzurą w całym bloku wschodnim.
[11] Zob. P.M.H. Bell, John Bull and the Bear. British Public Opinion, Foreign Policy and the Soviet Union, 1941–1945, London 1990; British reaction to the Katyn massacres, 1943–2003, London 2003.
[12] N. Davies, Europa. Rozprawa historyka z historią, przeł. E. Tabakowska, Kraków 1998, s. 68–69.
[13] Zob. N. Davies, Niezrozumiane zwycięstwo, w: idem, Europa – między Wschodem a Zachodem, przeł. B. Pietrzyk, Kraków 2007, s. 197–206.
[14] Chałchyn-goł – rzeka w Mongolii, nad którą rozegrała się, trwająca od maja do końca sierpnia 1939 roku bitwa między wojskami japońskimi a armią sowiecką i oddziałami mongolskimi (przyp. tłum.).
[15] Zob. B. Slavinsky, The Japanese-Soviet neutrality pact. A Diplomatic History 1941–1945, London 2004.
W podręcznikach wprowadza się rozróżnienie na potencjał wojskowy i siłę militarną. Pierwszy z tych terminów określa czysto teoretyczną ocenę, polegającą na próbie ilościowego i jakościowego szacunku sił zbrojnych, jakie – uwzględniając czas i potrzebne przygotowania – może wystawić dany kraj. W najprostszej postaci jest to wynik przemnożenia liczby młodych mężczyzn zdolnych do pełnienia służby wojskowej przez liczbę odpowiadającą maksymalnej sumie środków, jakie mogą zostać przeznaczone na ich przeszkolenie, wyposażenie, transport, wyżywienie i utrzymanie. Jest to istotny wskaźnik, także dlatego, że kraj o największym potencjale wojskowym, Stany Zjednoczone, był zarazem krajem o najmniejszej sile militarnej. Znane jest wyliczenie, jakiego w 1939 roku dokonał Królewski Instytut Spraw Zagranicznych. Wykorzystano w nim prosty przelicznik ekonomiczny, nieuwzględniający czynnika demograficznego – prawdopodobnie wychodząc z założenia, że w dużej populacji zawiera się implicite duży produkt narodowy brutto (PNB) (zob. Tabela 1.1).
Tabela 1.1. Potencjał wojskowy w 1937 roku[16]
Można oczywiście mieć wiele zastrzeżeń. Na przykład potencjał biednego kraju, który jest gotowy wysłać na front źle wyszkolonych, nie w pełni uzbrojonych i niedożywionych żołnierzy, może się okazać wyższy niż potencjał kraju o tych samych rozmiarach, upierającego się przy tym, żeby wyszkolenie, uzbrojenie, wyżywienie i umundurowanie jego żołnierzy odpowiadało możliwie najwyższym standardom. Staje się wówczas w obliczu zagadki – pytania, co się dzieje w konfrontacji ilości z jakością. Czy lepiej wyszkoleni i lepiej uzbrojeni żołnierze z elitarnych oddziałów, dostający duże racje żywnościowe i ciepłe szynele, zdołają powstrzymać hordy gorzej wyposażonych wojsk wroga? A może ulegną pod naciskiem wielkich liczb? Właśnie takich kalkulacji dokonywano regularnie na froncie wschodnim.
Natomiast siła militarna jest miarą liczebności gotowych do walki, aktualnie istniejących sił zbrojnych. W formie najprostszej dotyczy jedynie danych liczbowych (zob. Tabela 1.2).
Tabela 1.2. Siła militarna w 1939 roku[17]
Charakter sił zbrojnych jest jednak nie mniej istotny niż ich liczebność, a znaczenie zasadnicze mają proporcje między flotą wojenną, lotnictwem i wojskami lądowymi. Na przykład w roku 1939 Wielka Brytania miała drugą co do wielkości flotę wojenną na świecie, szybko rosnące siły powietrzne oraz maleńką armię lądową. To oznaczało, że jej zdolność do obrony Wysp Brytyjskich była duża, natomiast zdolność stawienia czoła skutecznemu wrogiemu desantowi z morza lub prowadzenia niezależnej kampanii na kontynencie – praktycznie równa zeru. Stany Zjednoczone, które miały największą na świecie flotę wojenną, natomiast wojska lądowe mniej liczne niż Polska, były w podobnej sytuacji.
Badanie rozkładu siły militarnej głównych uczestników działań wojennych mogłoby wskazywać, że Niemcy mieli najlepiej zrównoważone siły zbrojne i wobec tego także najlepsze możliwości obrony na wypadek inwazji. Jednak w miarę upływu czasu Kriegsmarine została zdziesiątkowana i uwięziona w portach, Luftwaffe była nadmiernie wykorzystywana, bez nadziei na możliwość uzupełnienia poniesionych strat, a nękany przez aliantów Wehrmacht walczył wprawdzie z podziwu godną wytrwałością, ale nieubłaganie zmierzał ku klęsce.
I tym razem można by oczywiście wysuwać niezliczone zastrzeżenia. Proste dane statystyczne na temat ludzi i wyposażenia nie mówią nam nic o innych istotnych czynnikach – takich jak dowództwo, możliwości manewru, element zaskoczenia czy morale. Armia, która ma najwyższy wskaźnik siły militarnej, lub armia, która jest najlepiej wyposażona, nie zawsze musi wygrać bitwę. Jako klasyczny przykład tej prawdy może posłużyć kampania francuska z maja i czerwca 1940 roku. W wielkościach bezwzględnych liczba czołgów, którymi dysponowały wojska francuskie, była mniej więcej taka sama jak w Wehrmachcie. Czołgi te – głównie typu Renault B1 – były technicznie sprawne. Ale francuscy stratedzy rozmieścili swoje czołgi w szyku obronnym, rozpraszając je w wielu jednostkach piechoty, podczas gdy Niemcy, skupiwszy swoje w szyku ofensywnym, w wybranych formacjach znajdujących się na szpicy nacierających wojsk, prowadzili w ten sposób Blitzkrieg. Skutek był wprost niewiarygodny.
Pierwszą rzeczą, jaka interesuje historyka, jest zatem nie potencjał wojskowy i nie siła militarna, ale właściwe rozmieszczenie strategiczne. Trzeba wiedzieć, gdzie i jakie siły zostały rozmieszczone, a także kiedy je tam wysłano, na jak długo i w jakiej ilości. W skali mikro analiza rozmieszczenia wojsk bardzo pomaga w wyjaśnianiu wyników poszczególnych starć, bitew i kampanii. Z kolei w skali makro umożliwia określenie zarówno ogólnego kształtu i rozmiarów wojny, jak i względnego znaczenia jej poszczególnych elementów składowych (zob. Tabela 1.3).
Tabela 1.3. Rozmieszczenie sił zbrojnych we wrześniu 1939 i kwietniu 1945 roku[18]
Z grubsza rzecz biorąc, stopień zaangażowania można mierzyć w osobomiesiącach, przyjmując, że jeden żołnierz walczący przez sześć miesięcy stanowi odpowiednik sześciu żołnierzy walczących przez jeden miesiąc. Jeśli się weźmie jako przykład pierwszą kampanię tej wojny – działania na terenie Polski (od 1 września do 5 października 1939 roku), okaże się, że 800 000 żołnierzy polskich toczyło walki z żołnierzami niemieckimi w liczbie 1 250 000 przez pięć tygodni. Z tych liczb wynikają kolejne: 800 000 × 1,25, czyli 1 000 000 osobomiesięcy dla Polaków, i 1 250 000 × 1,25, czyli 1 562 500 dla Niemców; w sumie 2 562 500 osobomiesięcy po obu stronach. Można te liczby porównać z większą liczbą, 9 000 000 osobomiesięcy, wyliczoną dla kampanii fińskiej z lat 1939–1940, w której 300 000 Finów i 1 200 000 żołnierzy sowieckich walczyło z sobą przez sześć miesięcy – od listopada 1939 roku do marca 1940 roku.
Tym razem zastrzeżenie mogłoby się odnosić do tego, że proste wyliczenia biorące pod uwagę czas trwania walk i liczebność oddziałów nie oddają ani dynamicznego charakteru operacji wojskowych, ani widocznych obrotów koła fortuny. Poza tym liczebność nie określa rzeczywistej siły danej armii. W każdym standardowym ordre de bataille okresu drugiej wojny światowej piechotę z pewnością odróżniano od kawalerii, wojsk pancernych oraz zmotoryzowanych i powietrznych, a danym dotyczącym liczebności zawsze towarzyszyły dane o liczbie czołgów, samolotów i dział polowych.
Niemniej wskaźnik rozmieszczenia sił wojskowych, jakkolwiek uproszczony, mimo wszystko umożliwia historykowi ustalenie względnego zestawienia sił zaangażowanych w kolejnych kampaniach, a następnie określenie na tej podstawie zakresu całych operacji. Na przykład, kiedy się wyliczy parametry ilościowe walk stoczonych w ramach kampanii fińskiej, łatwo można odrzucić twierdzenie Sowietów, że były to tylko swego rodzaju przygraniczne potyczki albo że do czerwca 1941 roku Związek Sowiecki był neutralnym obserwatorem działań wojennych. Co więcej pełna lista takich wyliczeń przynosi dość nieoczekiwane rezultaty (zob. Tabela 1.4).
Tabela 1.4. Rozmieszczenie czynnych sił zbrojnych w Europie
Z tych danych można śmiało wyciągnąć wniosek, że próby porównywania działań wojennych na Zachodzie z działaniami na Wschodzie są w oczywisty sposób niefortunne[19].
Ofiary w ludziach – szczególnie liczba „poległych w akcji” – stanowią kolejny użyteczny wskaźnik skali działań wojennych. Statystykom nie można z reguły na ten temat wierzyć. Jest niemal tyle wyliczeń, ilu wyliczających, a wyniki często bardzo się od siebie różnią. Mimo to można ze sporą dozą pewności przyjąć ogólny rząd wielkości podawany w najważniejszych zestawieniach (zob. Tabela 1.5).
Tabela 1.5. Liczba żołnierzy poległych w Europie w latach 1939–1945 (dane szacunkowe)[20]
Należy być uczciwym. Te wyliczenia są raczej wielkościami szacunkowymi. Rzeź na froncie wschodnim była tak gigantyczna, że podział na „poległych w akcji” i „zaginionych w akcji” był często pozbawiony znaczenia. Podobnie bez znaczenia była możliwość liczenia zabitych i prowadzenia kartotek. Ale najbardziej oczywisty wniosek wprost rzuca się w oczy: skala wojny była o wiele większa na Wschodzie niż na którymkolwiek z frontów, gdzie walczyli zachodni alianci.
Podobne wnioski można wyciągnąć ze statystyk podających liczbę żołnierzy poległych w poszczególnych kampaniach lub bitwach. Rzędu wielkości walk na Wschodzie po prostu nie da się porównać z rozmiarami działań wojennych w żadnym innym miejscu (zob. Tabela 1.6).
Tabela 1.6. Liczba poległych w poszczególnych bitwach i kampaniach[21]
