Europa w zwierciadle - Robert Byron - ebook
NOWOŚĆ

Europa w zwierciadle ebook

Robert Byron

0,0

Opis

Robert Byron (1905-1941), absolwent Eton i Merton College w Oksfordzie uchodzi za ojca brytyjskiej literatury podróżniczej. Zginął w wieku niespełna 36 lat płynąc frachtowcem storpedowanym przez niemiecki okręt podwodny. Kochał sztukę, wino, książki i dalekie wędrówki. W pierwszą podróż, po Europie, wybrał się w 1924 roku automobilem – z dwójką przyjaciół, równie młodych i beztroskich jak on. Owocem tej wyprawy jest Europa w zwierciadle. Bez tej książki i tomów następnych – z arcydziełem, jakim jest The Road to Oxiana – nie byłoby prozy Bruce’a Chatwina, Colina Thubrona i innych współczesnych mistrzów gatunku.

Tą książką wydawnictwo Próby inauguruje serię wydawniczą „Wędrowiec”, kontynuację zarówno serii „Podróże”, prowadzonej przez Pawła Hertza w Państwowym Instytucie Wydawniczym, jak i serii Zeszytów Literackich pod tą samą nazwą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



 

ROBERT

BYRON

Europaw zwierciadle

 

ROBERT

BYRON

Europaw zwierciadle

 

Tłumaczyła Dorota Kozińska

 

 

Warszawa 2020

 

 

 

 

 

 

 

 

Robert Byron, Europe in the Looking-Glass

 

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Próby

Copyright © for the translation by Dorota Kozińska

Warszawa 2020

 

ISBN 978-83-959036-3-2

częśćpierwsza

1

Policjant, kroczący statecznie po lewej stronie Upper Brook Street o wpół do dwunastej w duszną piątkową noc 1 sierpnia 1925 roku, ku swojemu zdumieniu natknął się na trzy rozciągnięte na chodniku postaci, studiujące mapę w przyćmionym, zielonkawym świetle latarni. Przy krawężniku stał potężny tourer z piętrzącą się w tyle stertą kufrów i waliz. Policjant zawahał się chwilę, po czym wyciągnął szyję, żeby samemu zerknąć na mapę; jeśli miał dobry wzrok, być może do dziś pamięta rozpościerające się przed nim ciemne kontury wschodniej Anglii, ograniczonej od zachodu szlakiem Great North Road.

– Wyjazd przez Finchley – zamruczał jakiś głos – potem przez Hatfield do Peterborough, omijając po prawej Cambridge.

Decyzja zapadła. Mapę zwinięto. Trzy postaci – David Henniker, Simon O’Neill i ja – podniosły się z chodnika i ruszyły do samochodu. Policjant rzucił im ostatnie spojrzenie i poszedł swoją drogą, lustrując obojętnie niekończący się rząd parkanów wzdłuż ulicy.

Przygotowania do wyprawy przebiegały dość chaotycznie. W pewien weekend na początku maja David pojawił się w Oksfordzie i poprosił, żebym poszedł z nim na kolację. Jedliśmy osobliwie przyrządzoną solę: z przypieczonym sosem angielskim i winogronami muszkatowymi. David zaproponował, żebyśmy wybrali się we trójkę z Geoffreyem Prattem w „podróż na Bałkany”. Brzmiało zachęcająco. Zaczęliśmy planować trasę, uznaliśmy jednak, że nie poradzimy sobie bez atlasu. Po kolacji David wsiadł w samochód i pojechał do domu.

Kilka dni później Wembley po raz drugi otwarło podwoje dla angielskich patriotów. Pierwszą osobą, która rzucała się w oczy po wejściu do lunaparku, był Simon, w rękawiczkach i meloniku, siedzący sztywno, jakby kij połknął, w wagoniku kolejki górskiej Giant Racer. Czuł się wyraźnie nie na miejscu w towarzystwie chłopczyka w cynobrowej czapce i zmył się jak niepyszny, skoro tylko podeszliśmy do kasy. Ubiegły rok spędził na wyspach Galapagos, dokąd udał się z ekspedycją naukową. Od jego powrotu nie mieliśmy okazji się z nim zobaczyć – podobnie jak on nie miał wcześniej okazji odwiedzić Wembley.

Kiedy znów się pojawił i dzielnie zniósł wylewne powitania po tak długiej nieobecności, spytaliśmy go, co porabia. Odparł, że jeszcze nie wie. Zaproponowałem, żeby przyłączył się do wyprawy Davida na Bałkany. Pojechalibyśmy w dwa samochody. Powiedział, że chyba da się zrobić. Tymczasem zza rogu wychynęła grupka policjantów, zajętych poszukiwaniem kilku zaginionych żelaznych krzeseł. Zapuściliśmy się w uliczki Hongkongu, skąd skręciliśmy w boczny zaułek do Trynidadu, gdzie uraczyliśmy się koktajlem Planter’s Punch. Wreszcie wyszliśmy na Shaftesbury Avenue.

Na początku lipca potencjalni uczestnicy wycieczki spędzili przedłużony weekend u Davida w Highworth. Umówiliśmy się, że Simon i ja pojedziemy jednym samochodem, a drugim zabiorą się David i Geoffrey Pratt. Trzy albo cztery dni później Simon oświadczył, że z rozmaitych względów nie uda mu się załatwić auta. Uznałem, że cały ten pomysł był zbyt piękny, żeby mógł być prawdziwy, zrezygnowałem z udziału w wyprawie i postanowiłem udać się w zamian do Irlandii.

We wtorek 28 lipca dostałem jednak od Davida depeszę z pytaniem, czy zechciałbym w sobotę ruszyć z nimi na Bałkany. Jak się okazało, Geoffrey Pratt musiał wycofać się w ostatniej chwili, bo dostał tylko dwa tygodnie wolnego. Pojechalibyśmy we trójkę z Davidem i Simonem.

Następny dzień zszedł mi na kursowaniu między urzędem paszportowym a biurem Thomasa Cooka przy Ludgate Circus; nazajutrz wpadłem do domu, żeby się spakować, i zaliczyłem w pociągu sprzeczkę z pewną kobietą w białym boa z piór, która okazała się siostrą miejscowego pastora. W piątek wróciłem do Londynu i czekałem w gotowości na wysepce ulicznej u wylotu Haymarket, kiedy spomiędzy dwóch autobusów wyłonił się niespodzianie David i oznajmił, że ruszamy dziś w nocy. Reszta wieczoru upłynęła w atmosferze gorączkowego podniecenia. Kwadrans po dziesiątej David i Simon podjechali autem pod drzwi frontowe. Wyprawa się rozpoczęła.

Trudno powiedzieć, by nasza kompania nie rzucała się w oczy. Samochód, duży Sunbeam Tourer, był pociągnięty lakierem w ciemnym, niemal wpadającym w czerń odcieniu granatowej szarości. Diana – tak mu było na imię – miała piękną linię nadwozia i maskę, której powierzchnia niemal na całej długości pokrywała się z górną krawędzią drzwiczek. Bak był nisko zawieszony i zajmował bardzo dużo miejsca, przez co już w trzecim dniu podróży straciliśmy rurę wydechową i tylne oświetlenie. W przednich narożnikach, po obu stronach nadwozia, zamocowano koła na wymianę: z drucianymi szprychami, każde z zapasową oponą.

Cały tył pojazdu wypełniły bagaże. Na samym dnie, z dala od wzroku policjantów i kolejnych celników, wylądowały trzydziestogalonowy zbiornik z paliwem, puszka oleju, cztery amortyzatory, piętnaście dętek w pudłach z żółtego kartonu, które w pierwszym dniu jazdy rozpadły się w drobny mak, i niemożliwy do ogarnięcia śmietnik złożony z lasek, kapeluszy, książek, czasopism i upchniętych bezładnie narzędzi. U góry, na siedzeniu ze zdjętą tapicerką, stanął ciężki bagaż: monstrualny żółty kufer Simona, wystający co najmniej dwie stopy ponad składany dach, wielki brązowy kufer Davida i średnich rozmiarów czarna skrzynia należąca do mnie. Od frontu upchnęliśmy lżejsze bagaże: dwie walizy, wyładowane po brzegi leżakowanym winem w butelkach zabezpieczonych płóciennymi woreczkami, oraz mocno podniszczony sakwojaż o praktycznie nieograniczonej pojemności. Na przedzie, w jednym szeregu, zasiadł trzyosobowy ludzki potencjał ekspedycji.

Jako że zainteresowanie czytelnika dalszą relacją z tej podróży jest w znacznej mierze uzależnione od jego własnych zapatrywań na znajome już miejsca i dość banalne przygody, które są udziałem większości turystów, nie będę się zanadto rozwodził nad przeszłością naszej kompanii. Cała trójka skończyła tę samą szkołę i studiowała na tym samym uniwersytecie. Bramy tego przybytku, określanego nieraz mianem „jednej z najlepszych prywatnych uczelni w kraju”, David opuścił wcześniej niż Simon i ja, którzy też nie jesteśmy równolatkami. Zapadł mi w pamięć jako starszy ode mnie chłopak, rozmiłowany w pieszych polowaniach, wytrwale i z uporem uganiający się z psami po świeżo zaoranych polach, z wydatnym nosem utkwionym w chmurach i opuszczonym ku ziemi spojrzeniem jasnych, niebieskozielonych oczu.

– Ten tam to O’Neill – powiadomił mnie współlokator Simona. – Dziwak. Mówi, że jest komunistą. Wyjątkowo inteligentny. Owszem, lubię go.

Był rok 1921. Określenie „komunista” uchodziło wówczas za tożsame ze słowem „bolszewik”, a ulice Moskwy właśnie spływały krwią. Brzmiało podejrzanie, nawet jeśli chłopak tylko udawał.

Następnej Wielkanocy Simon zniknął, więc znałem go tylko z widzenia.

David wyniósł się z kraju na rok przed końcem wojny. Podejrzewano, że cierpi na astmę oskrzelową, więc przeprowadził się wraz z rodziną do Kanady. Uczęszczał do tamtejszej szkoły i na Uniwersytet MacGill. Potem wrócił do Oksfordu. Simon i ja podjęliśmy studia trzy lata później. Simon spędził prawie cały 1922 rok w Tours, gdzie i ja się uczyłem.

Komunizm Simona okazał się niefortunną konsekwencją jego sympatii do ludzi, którym mniej się poszczęściło w życiu. Podczas naszej wyprawy snuł mętne rozważania o potrzebie nacjonalizacji banków. Jeśli pominąć ten szczegół, miał w Oksfordzie opinię wyjątkowo zdolnego historyka. Lubuje się w niejasnościach oraz paradoksach prozy Chestertona i Belloca, wywracających do góry nogami zapatrywania wszelkich autorytetów na dowolną kwestię. Dysponuje tyleż zdumiewającą, co przypadkową znajomością powszechnie lekceważonych faktów, w rodzaju daty śmierci ostatniej kobiety, która posługiwała się językiem kornijskim, bądź dokładnych rozmiarów tradycyjnej albańskiej fustanelli. Jest niebywale oczytany.

Niestety, jego stosunki z wykładowcami nie układały się najlepiej. Nie przejmując się brakiem stopnia, zrezygnował z uciech studenckiego życia i zabrał się do pisania księgi o prześladowaniach religijnych w czasach Cromwella. Potem wziął udział w ekspedycji naukowej. Badacze z bliżej nieokreślonych przyczyn postanowili wybrać się w podróż żaglowcem i spędzili większość czasu, oczekując funduszy w Panamie, co pociągnęło za sobą całkowitą demoralizację załogi. W mieście aż się roiło od amerykańskich oficjeli oraz ich żon. Ekspedycja dotarła w końcu na wyspy Galapagos, gdzie z kolei przyszło jej się zmierzyć z widmem śmierci głodowej. Na szczęście Simon zdążył się wcześniej odłączyć.

Simon sprawia wrażenie osoby rzetelnej i schludnej. Nosi koszule ze sztywnym kołnierzykiem i wpina w krawat szpilkę z perłą. Ilekroć to możliwe, przebiera się do kolacji. Obydwaj z Davidem wcześnie stracili ojców.

David jest ulepiony z innej gliny. Wyróżnia się iście nadnaturalnym wigorem. Jest leniwy, po części dlatego, że to go wyczerpuje. Cokolwiek jednak robi, staje się samo przez się istotne i warte uwagi.

Jest szczupły i dysponuje niezwykle bogatą garderobą, złożoną z modnych, jakkolwiek nieco ponurych ubrań. Podczas gdy Simon jest nieśmiały i nie umie prowadzić płynnych konwersacji z cudzoziemcami, David nie ma podstawowego poczucia wstydu i potrafi rozprawiać do upadłego z dowolną istotą, która zna choćby jedno słowo po francusku, niemiecku albo angielsku. Jest także biegły w historii, interesuje się jednak przede wszystkim zdobnictwem i architekturą. W tej drugiej dziedzinie jest purystą. Dla obydwu z Simonem sentymentalizm i romantyzm – równie nieudolnie maskujące wady budowli, jak sztuczność legendy – są nie tylko pozbawione sensu, ale wręcz odrażające. Akurat pod tym względem różnimy się zasadniczo.

Jak już wcześniej wspomniano, wiedza Simona o wszechświecie ograniczała się do Panamy, kilku bezludnych wysp i Tours. Co do mnie, wiosną 1923 roku spędziłem pięć tygodni we Włoszech, w komfortowych warunkach, i mogłem się popisać niejaką znajomością kraju i jego zabytków. Byłem też w kilku miejscach Europy Środkowej. Z nas trzech tylko David miał więcej niż pobieżne obeznanie z geografią i ludnością Europy. Dobrze znał Francję. Był świadkiem powojennych rozruchów rewolucyjnych w Niemczech. W 1924 roku dotarł samochodem aż pod granicę ZSRR, przez półtora miesiąca włóczył się po Polsce, a w drodze powrotnej zahaczył o Pragę, Wiedeń i Rzym. To była doprawdy niezwykła podróż, która mogła się udać wyłącznie dzięki jego zapobiegliwości. David miał wyjątkową ambicję poznania całego globu i wszystkich zaludniających go plemion.

Żeby zyskać wyczucie proporcji najrozmaitszych składników współczesnego świata, trzeba jasno określić pozycję, jaką zajmuje w nim cywilizacja Stanów Zjednoczonych. Można to uczynić jedynie przez porównanie z Europą. Niemniej Europa jako całość stanowi tak zagadkową masę dla większości jej mieszkańców, wychowanych w zgubnej tradycji zbrojnego zaścianka, że nie są w stanie ocenić kontrastu między własną, wspólną cywilizacją, budowaną pieczołowicie od dwóch tysięcy lat, a wstecznym industrializmem, który wyrósł z dnia na dzień po drugiej stronie Atlantyku. Trudno się wprawdzie spodziewać, by poczynania trzech młodych mężczyzn, opisane piórem jednego z nich, miały wnieść cokolwiek istotnego do tych rozważań. Jeśli wszakże jest nadzieja, że dadzą choćby wykoślawiony obraz kontynentu, w którego skład wchodzi również Anglia, i jakkolwiek ugruntują kształtujące się stopniowo poczucie „świadomości europejskiej”, niech czytelnik wybaczy to chaotyczne nagromadzenie trywialnych faktów i nieistotnych spostrzeżeń, z którym zetknie się w dalszej części tej książki.

2

Nie bez trudu udało nam się odnaleźć Finchley. Wyglądało na to, że droga wyjazdowa z Londynu przebiega w pobliżu Wallace Collection. David trochę już ją znał, jechał tędy w dzień do Northallerton i z powrotem. Chciał obejrzeć kilka malowideł panelowych. Po drodze zaproponował podwózkę jakiemuś włóczędze, który twierdził, że wybiera się do Yorku. Kiedy dotarli do Yorku, wyraził chęć dalszej podróży do Durham. Tam dotrzymał towarzystwa Davidowi i poszedł z nim podziwiać panele, po czym doszedł do wniosku, że wolałby jednak wrócić do Yorku. W ostatecznym rozrachunku zabrał się z Davidem aż do Londynu. Zamiłowanie bezrobotnych do podróży samochodowych to zaiste dziwny fenomen. Bez wahania wrócą po własnych śladach i poświęcą miesiąc pieszej wędrówki w zamian za dzień przejażdżki automobilem. Może próbują w ten sposób zapomnieć o swoich kłopotach.

Choć już minęliśmy Finchley, tory tramwajowe zdawały się nie mieć końca. Ciągnęły się milami w głąb terenów, na których nie było widać żadnych zabudowań. Kiedy przejechaliśmy bramy Hatfield, zrobiło się tak zimno, że musieliśmy się zatrzymać i włożyć płaszcze. Potem usnąłem; obudziłem się na dźwięk sprzęgła, kiedy David wrzucił wsteczny bieg, żeby wrócić na główną szosę, bo przegapił zjazd w kierunku Cambridge.

O pierwszej dotarliśmy na przedmieścia Peterborough. Z okolicznych pól wyrastał las kominów fabrycznych, których sylwetki rysowały się na tle poświaty rozżarzonych pieców. Na ulicach nie było żywego ducha, jeśli nie liczyć niezbyt elokwentnego policjanta, który najwyraźniej nie pojmował, że kierujemy się naturalnym pragnieniem znalezienia hotelu. Trafiliśmy wreszcie na zajazd Pod Aniołem, ale właściciel we flanelowej piżamie w szare i żółte paski oznajmił gniewnie, że nie ma już wolnych miejsc. Tego samego dowiedzieliśmy się w Hotelu Dworcowym. Dopiero Grand, choć nie dysponował garażem, zaoferował nam noclegi w trzech oddzielnych pokojach, wyposażonych w Pismo Święte z pieczęcią Towarzystwa Biblijnego. Tak uświęceni, udaliśmy się na spoczynek, zostawiwszy Dianę z całym naszym dobytkiem na ulicy przed hotelem.

Nazajutrz rano naszym oczom ukazał się ciąg zrujnowanych budynków z osmalonych cegieł na tle odległych kominów fabrycznych. Żeby załadować samochód na pokład w godzinach pracy dokerów, musieliśmy dotrzeć do Grimsby przed jedenastą. Simon z godną podziwu stanowczością zwlókł Davida z łóżka o wpół do ósmej. O kąpieli nie było nawet mowy. Ruszyliśmy około dziewiątej. Kiedy było już jasne, że nie zdołamy pokonać osiemdziesięciu mil w dwie godziny, uświadomiliśmy sobie, że nazajutrz jest niedziela poprzedzająca święto bankowe, i ujrzeliśmy oczyma duszy, jak spędzamy przyjemny i zdrowy koniec tygodnia, dokazując na plażach Humber. Diana była jeszcze „niedotarta” i nie mogliśmy jechać nią szybciej niż czterdzieści mil na godzinę.

Opuściwszy domenę torfowisk, dotarliśmy do krainy wzgórz, przywołującej skojarzenia z największym bodaj mistrzem malowniczości spośród naszych poetów-laureatów. Trudno było pogodzić się z myślą, że nie starczy nam czasu, by zboczyć zaledwie kilka mil od głównej szosy i obejrzeć gotycki kominek, który młody Alfred zbudował własnymi rękami wraz z ojcem. Zanim jednak dojechaliśmy do doków w Grimsby, zdążyło już wybić południe. W porcie nie było żywego ducha. Tak długo kluczyliśmy w plątaninie mostów, dźwigów i torów kolejowych, aż wreszcie, bez niczyjej pomocy, udało nam się znaleźć nasz statek.

Z drewnianej szopy wynurzył się tęgi mężczyzna w mundurze. Powiedział, że nie ma żadnego kłopotu i wszystko pójdzie jak z płatka. Okazało się, że dziadek Davida jest właścicielem większości udziałów w linii promowej. Ledwo padło jego nazwisko, zaczęto nam okazywać dość krępujące wyrazy szacunku. Ściągnęliśmy Dianie paliwo z baku, po czym poszliśmy na obiad do Royal Hotel. Na pytanie, czy sola jest świeża, kelnerka uniosła się honorem i oświadczyła, że nie zajmuje się handlem rybami.

Kiedy wróciliśmy do portu, auto stało już bezpiecznie na pokładzie, przymocowane linami do czegoś w rodzaju drewnianej platformy. O drugiej mieliśmy spotkać się z celnikiem. Zjawił się dopiero o czwartej. Do tego czasu steward zdążył zejść na ląd po herbatę, zabierając ze sobą klucz do poczekalni dla pań, w której zostały nasze walizki i dokumenty samochodu. W rezultacie urzędnik nie mógł wypełnić kilku pierwszych rubryk Carnet,międzynarodowego dokumentu celnego, który – w przeciwieństwie do Triptyque – umożliwiał wjazd samochodem do Francji, Włoch, Czechosłowacji i jednego albo dwóch innych krajów. O tym, że podstawą ważności dokumentu jest deklaracja wystawiona przez organ państwa, z którego pochodzi samochód, celnik nie raczył wspomnieć.

Ze względu na kapryśne przypływy nasz niewielki i trochę zapyziały statek o nazwie „Accrington” musiał wyjść z doku przed piątą. Co do nas, wypłynęliśmy pół godziny później na holowniku, wybrawszy się wcześniej taksówką na zakupy. David, który zabrał z Londynu tylko melonik, zaopatrzył się w doskonałej jakości panamę; Simon wyszedł z księgarni z całą biblioteczką Oppenheima; ja kupiłem pocztówkę z widokiem doków z lotu ptaka. Wzięliśmy też na pokład trochę prasy: „Timesa”, „Sketch”, „Tatlera”, „Vogue”, „Johna Bulla”, „Daily Express”, „London Mail”, „Methodist Times” i „Nation”.

Ledwo się zaokrętowaliśmy, Davidowi złożył wizytę nadzorca portu, stary nudziarz o końskiej twarzy, z typową dla takich ludzi skłonnością do wyrzekania na władzę. Wyraził nadzieję, że urządziliśmy się wygodnie. Podczas kolacji posadzono nas przy jednym stoliku i David wdał się z nadzorcą w ożywioną rozmowę o dostępie do łowisk wzdłuż wybrzeży Islandii. Mniej więcej o wpół do dziewiątej zostaliśmy sami. Wypiliśmy trochę piwa na trawienie i o jedenastej poszliśmy spać. David z Simonem dzielili dużą prywatną kabinę. Ja nocowałem w zwykłej kajucie. Kabina nie była wyposażona w koje, tylko prawdziwe łóżka.

Niedzielny poranek był słoneczny, ale wietrzny. Ciemnobłękitne morze pokryło się białą pianą. Czułem się nieco dziwnie, trzymając się mosiężnych poręczy, aby nie gruchnąć z impetem o nitowaną ścianę promu. O dziewiątej pojawił się wielce przejęty steward z herbatą i grzankami. Dzięki temu udało nam się ubrać do obiadu. Dzień minął bez wrażeń. Wyszliśmy na pokład i rozłożyliśmy się na dziobie. David upewnił się, że nikt nie patrzy, i złożył ofiarę Neptunowi przez otwór na kotwicę. Być może zawinił mdlący odór rybiego nawozu, który wypełniał ładownię. Jak dowiedzieliśmy się od stewarda, rybi nawóz był teraz najbardziej opłacalnym towarem eksportowym. Ponieważ ruch wycieczkowy do Niemiec wciąż jeszcze nie istniał, transport nawozu stanowił jedyną rację bytu tych promów. Pod wieczór zaczęło jeszcze bardziej kołysać i dwaj obrzydliwi smarkacze, którzy przedtem włóczyli się po statku, mówiąc do siebie per „stary”, zwrócili naszą uwagę swoją nieobecnością – a raczej hałasem, który dobiegał z ich kajuty, sąsiadującej z palarnią.

Przez długi czas mieliśmy ląd po prawej burcie. Potem ujrzeliśmy po lewej wyspę Helgoland. W końcu zrobiło się ciemno i poszliśmy spać. Minąwszy powoli Cuxhaven, wpłynęliśmy do ujścia Łaby. Światła lśniły po obydwu brzegach. Muszę się przyznać, że ilekroć przybywam dokądś statkiem, ogarnia mnie dziecinne podniecenie: na każdy dźwięk gwizdka i błysk lampy sygnalizacyjnej wystawiam głowę przez bulaj. Nic dziwnego, że tuż po świcie zapadłem w sen i obudziłem się dopiero, gdy cumowaliśmy u nabrzeża portu w Hamburgu.

Wokół panował zgiełk. Nad portem ze wszystkich stron górowały potężne spichlerze, zbudowane w typowo niemieckim stylu: rozległe płaszczyzny nagiej cegły, zwieńczone nawarstwionymi połaciami lśniących dachów, układającymi się w nieregularne trójkąty, niczym dekoracje do współczesnego filmu. W powietrzu wisiał zapach słonej wody, pomieszany z czystą, świeżą wonią miasta o letnim poranku, całkiem odmienną niż przysłowiowy rześki aromat wiejskiego świtu. Między długimi, krytymi czarnym gontem barkami do przewozu drewna uwijały się maleńkie holowniki. Krzepcy dokerzy manewrowali olbrzymimi kontenerami, spuszczanymi z niezliczonych dźwigów na nabrzeże. Motorówki pilotów i straży portowej śmigały we wszystkich kierunkach. W oddali majaczyły czerwone, czarne i białe kominy liniowców, zasnute cienką warstwą dymu.

Do ósmej „Accrington” opustoszał, jeśli nie liczyć naszej kompanii oraz chmary niemieckich urzędników i robotników portowych. Tutejsza biurokracja zwarła szyki na okoliczność przybycia Diany. Funkcjonariusze celni mówili świetnie po angielsku i traktowali nas z iście ojcowską dobrocią, całkiem przeciwną do lekceważenia, z jakim można się spotkać w większości portów francuskich. Łagodny jegomość w mundurze, z twarzy przypominający Kajzera, zajął się naszymi paszportami, gdy tylko zdążyliśmy się wykąpać. Drugi celnik, skóra zdarta z Kronprinza, miał ze sobą drugie śniadanie w teczce z krokodylej skóry; Królewski Klub Motorowy wydelegował go do opieki nad samochodem. Po kilku nieprzyjemnych podejściach i przebudowaniu całego doku, żeby dźwig sięgnął do pokładu, Diana wylądowała bez uszczerbku na suchym lądzie. Pożegnaliśmy się ze stewardem i zeszliśmy na brzeg w towarzystwie Kronprinza i Kajzera. Ten drugi aż się palił, żeby wejść z nami w komitywę: prowadził nas pod ramię i po drodze żartował.

– Tszeba fam terrraz będzie jeździć prrrawą strrroną. Nietopsze, to już nie Anglia. Ha, ha, ha. He, he, he!

Wpakowaliśmy się wszyscy do samochodu i skręciliśmy na plac przed komorą celną. Spędziliśmy tam trzy godziny.

Trafiliśmy w sam środek dzielnicy magazynów portowych. Monotonne ceglane urwiska otoczyły nas ze wszystkich stron, nieomal zakrywając widok nieba. Bezduszni woźnice sami prosili się o wypadek. Jeden z nich, kiedy konie nie mogły ruszyć z miejsca wozu wyładowanego beczkami, zaczął je tak okrutnie okładać batem, że padły na bruk w snopach sypiących się spod podków iskier. Rzecz jasna, brytyjska krew nas zalała i wraz z innymi woźnicami pobiegliśmy na pomoc. Nieszczęsne zwierzęta wolały jednak stanąć na nogi o własnych siłach. Inna sprawa, że w całej Anglii nie uświadczysz tak zadbanych i dobrze utrzymanych koni pociągowych.

Tymczasem David zapuszczał się coraz dalej w głąb magazynów, wdając się w rozmowy z kolejnymi urzędnikami i próbując wyjaśnić z nimi kwestię uiszczenia depozytu za legalne części zamienne. Po niemożliwie długich negocjacjach udało się wreszcie osiągnąć porozumienie, choć i tak sporo nas to kosztowało. Była już prawie pierwsza, kiedy trafiliśmy do jakiejś lepszej dzielnicy, gdzie zatankowaliśmy do pełna, po czym zjedliśmy obiad w hotelu nad brzegiem jednego z wielkich jezior, wokół których wzniesiono miasto. Hotel urządzono brzydko i nowocześnie, w odcieniach błękitu pruskiego, z mosiężnymi elementami wystroju, zdobionymi w większości meandrycznym motywem. Jedzenie było dobre. O wpół do trzeciej dotarliśmy na przedmieścia i ruszyliśmy w stronę Berlina.

3

Tamtego sierpniowego popołudnia Nizina Północnoniemiecka tchnęła nastrojem spokojnego piękna, nieczęsto kojarzonego z powszechnym wyobrażeniem tej jednostajnej połaci. Płaska i nawet w złocistym świetle zachodu nieuchronnie szara, łączy w sobie wszelkie szczegóły rolniczego krajobrazu, bez których straciłaby swój urok. Z każdego, choćby nieznacznego wzniesienia roztacza się bezkresny widok. Poletka są małe i oddzielone żywopłotami; trafiliśmy akurat na czas żniw, większość była więc zasłana snopami zbóż, które rzucały długie cienie na suche, pożółkłe ścierniska. Chłopi, mężczyźni i kobiety, pracowali do późnego wieczora, zbierając plony i ładując je na furmanki. Rozrzucone tu i ówdzie zagajniki sosnowe, otaczające zapewne jakieś skromne wiejskie chaty, znaczyły pejzaż ciemnymi plamami. Linie układały się prostopadle, boczne drogi do głównej szosy, bruzdy i żywopłoty do wszystkich traktów. Wystarczyło jednak zboczyć ze szlaku, żeby pozbyć się tego poczucia regularności.

Zabudowania mieszkalne i gospodarskie o ryglowych szkieletach wypełnionych czerwoną cegłą kryły się pod ogromnymi płaszczyznami omszałych spadzistych dachów. Nawet współczesne domy i stodoły wznoszono w tym stylu, przywodzącym na myśl skojarzenia z rycinami Dürera, zwłaszcza z Synem marnotrawnym wśród świń, choć przecież Dürer pochodził z południa. W każdej wsi był pomnik poległych – czasem nawet dwa, ten starszy z 1870 roku – przypominający rzeźbioną reklamę eugeniki; oraz kościół parafialny, który wzbudzał podejrzenia, że architekt nie umiał wprawdzie rysować, za to świetnie radził sobie z budowaniem domków z klocków.

Szosa, z początku okropna, poprawiła się po wjeździe do Brandenburgii. Na przemian brukowana i kryta asfaltem, z biegnącym równolegle poboczem, piaszczystym jak Rotten Row w Hyde Parku i też przeznaczonym dla wozów konnych, więc Simon oberwał w głowę jabłkiem od jakiejś tłustej dziewuchy w furmance, prawie na całej długości okolona jest szpalerem niskich drzew, albo kasztanów, albo wiązów, które nie przypominały wiązów, albo ciężkich od owoców jabłoni. Grad spadających jabłek był w stanie uszkodzić bodaj każdy rodzaj nawierzchni. Co rusz trafialiśmy na odcinki wyłączone z ruchu z powodu robót, które trzeba było omijać bocznymi drogami albo usuwać szlabany i kamienne zapory na oczach protestujących robotników. Po objeździe przez pole, który skończył się w bagnie, skłanialiśmy się raczej ku drugiemu z tych rozwiązań, choć nawet rozgonienie ekipy remontowej nie dawało pewności, że swych pogwałconych praw nie zacznie dochodzić jakiś nadgorliwy cyklista.

Co pewien czas napotykaliśmy wędrujących parami Wandervögel, rozchełstanych, ubranych w szorty i koszule khaki młodzieńców o lnianych czuprynach, którzy machali nam przyjaźnie na powitanie. Niektórzy mieli ze sobą gitary. W dalszej podróży na południe nasza powierzchowna znajomość tego gatunku miała się przerodzić w głębszą zażyłość.

Po drodze mijaliśmy niewiele samochodów. Poza benzami, mercedesami, austro-daimlerami i kilkoma autami z Włoch nie uświadczyliśmy w Niemczech wozów innych marek. Samochody małolitrażowe są tutaj właściwie nieznane.

Minąwszy Ludwigslust i Kyritz, tuż przed zmierzchem dotarliśmy do Spandau, przemysłowego przedmieścia Berlina. Pokonanie dwustu mil bez postoju zajęło nam sześć godzin. Ku radości Davida wjechaliśmy na świeżo zbudowaną drogę dojazdową do stolicy, długą i szeroką jak wychodząca z Londynu Great West Road, tyle że wygodniejszą, prowadzi bowiem lekko w dół, jest doskonale prosta i po większej części zabudowana z obydwu stron skupiskami wysokich, modernistycznych gmachów, szarych i dość obficie zdobionych, szkaradnymi wprawdzie detalami, w całości robiącymi jednak dobre wrażenie. Przed nami zaczęły migotać światła wielkiego miasta. Około ósmej minęliśmy Plac Poczdamski i zajechaliśmy przed hotel Esplanade, wywołując wśród obsługi niemałe poruszenie. Przestronne pokoje na pierwszym piętrze, z przeszklonymi ścianami wychodzącymi na hotelowy ogród, oferujące wszelkie nowoczesne wygody, zarezerwowano dla nas telefonicznie z Hamburga. Przebraliśmy się i zeszliśmy na kolację mniej więcej o wpół do dziesiątej, kiedy w restauracji panował największy tłok. Zjedliśmy kawior o ziarnach wielkich niczym żabi skrzek i pstrąga na niebiesko, który przypominał dekorację ceramiki z dynastii Ming. Potem udaliśmy się na przechadzkę i ku rozpaczy Simona przeszliśmy kawał drogi w poszukiwaniu nieistniejącej kawiarni. Powojenny Berlin nie opływał w atrakcje. Wykończeni spacerem wróciliśmy do łóżek – czy raczej puchowych kołder, przypiętych z trzech stron do prześcieradeł.

Nazajutrz rano nie odczuliśmy szczególnej chęci, aby zwlec się z pościeli, mając pod ręką stos kryminałów i dołączone do wózka ze śniadaniem egzemplarze „Berliner Tageblatt”. Mimo to zszedłem na dół pierwszy, z zamiarem wymiany pieniędzy w Deutsche Banku. Otrzymałem wprawdzie konkretne i dokładne wskazówki, ale i tak nie mogłem tam trafić. Obsługa hotelu wyposażyła mnie więc w karteczkę z trasą, w którą ruszyłem miarowym, statecznym krokiem, niczym biskup na tyłach procesji. Wywołałem tym salwy śmiechu chłopaków zajętych myciem okien i szorowaniem schodów wejściowych. W końcu trafiłem w ręce zażywnego portiera w liberii, z podbródkiem pokrytym bujnym, szpakowatym zarostem z przedziałkiem pośrodku. Zamiast skierować mnie do działu akredytyw, wypchnął mnie na środek jezdni i gestykulując jak franciszkański kaznodzieja, zaczął głosić chwałę swojego pracodawcy: to wszystko jest własnością Deutsche Banku, nie tylko po tej, ale i po przeciwnej stronie ulicy. Cóż za piękne budynki! I na tym nie koniec. Za rogiem stoją następne. Udaliśmy się zatem za róg; wymieniłem pieniądze i korzystając ze specjalnego skrótu dla pieszych, wyszedłem na Unter den Linden, tuż obok fryzjera, do którego wstąpiłem, bo musiałem się ostrzyc. Z niejaką trudnością udało mi się go przekonać, żeby ciął śmiało: najwyraźniej wzdragał się na myśl, że ktoś go posądzi o upodobanie do częstej w tym kraju fryzury na łysą pałę. W numerze angielskiego tygodnika „The Graphic” zobaczyłem ryciny przedstawiające członków ekspedycji Simona przy dźwiganiu kamienia z inkaską inskrypcją, znalezionego przezeń na wybrzeżu jakiejś dalekiej wyspy. Jego samego nie było na obrazku; nie uczestniczył też w przyjacielskich podchodach do wielkich, sześciostopowych jaszczurek, znanych do tej pory wyłącznie z ilustracji do Krótkiej historii świata Wellsa.

Kupiłem kostkę mydła i poszedłem dalej Unter den Linden, w stronę wyspy na Szprewie i Kaiser-Friedrich-Museum. Ponieważ nie znałem jeszcze rodzimego otoczenia rzeźb greckich, ich naturalizm wzbudził we mnie co najwyżej skojarzenia z trójwymiarową fotografią. Prawdziwą ozdobą tutejszej kolekcji jest wspaniała głowa Ateny dłuta Fidiasza. Tylko najwybitniejsi rzeźbiarze zdawali sobie sprawę, że ludzka twarz nie jest w pełni symetryczna. W muzeum krzątał się tłum zwiedzających, od niemowląt aż po osoby w podeszłym wieku, którzy czynili swoją powinność wśród słynnych dzieł sztuki, czytając na głos o walorach poszczególnych posągów z opasłych, zadrukowanych maczkiem przewodników. Z wnętrza gmachu zapamiętałem jednak przede wszystkim przenikliwy zapach, przypominający woń suszącego się w kuchni prania. W końcu wygnał mnie na ulicę. Nieopodal stała katedra, do której próbowałem wejść, ale nie tymi drzwiami, co trzeba, trafiłem więc w kolejkę samotnych matek proszących o jałmużnę. Odpocząłem kilka minut, po czym wróciłem do hotelu na górnej platformie autobusu. Simon i David zdążyli się już ubrać, więc poszliśmy do Bristol Baru – dokąd ponoć wszyscy w Berlinie wpadają na drinka przed obiadem.

Wśród „wszystkich” znaleźli się: Amerykanin w słomkowym kapeluszu, rozmawiający o interesach z rodakiem w meloniku od Lincolna Bennetta, przepasanym białą wstążką; Anglik z sumiastymi wąsami, w ciemnobrązowych pantoflach z zamszu, który wyglądał, jakby go żywcem przenieśli z ojczyzny; oraz niejaki pan Hütten, w ubraniu prosto od krawca w Londynie, znajomy Davida z jego pierwszej podróży do Niemiec, obecnie właściciel sklepu meblowego w Nowym Jorku. Po powrocie do Anglii doszły mnie o nim słuchy z innych źródeł. Zaproponował, żebyśmy poszli na obiad do Pelzera. Simon wyjaśnił, że obfitość europejskich hoteli o nazwie Bristol wiąże się z postacią dawnego earla i przy okazji biskupa Bristolu, człowieka niespokojnego ducha, podróżującego tak niestrudzenie i z takim przepychem, że każdy hotel, w którym się raczył zatrzymać, z miejsca zyskiwał reputację predestynującą do nadania mu imienia brytyjskiego arystokraty.

U Pelzera rozsiedliśmy się w altanie ze złoconym treliażem, po którym pięła się prawdziwa winorośl, udekorowanej w głębi pejzażami. Ja nic nie jadłem. David zamówił udziec z sarny z wiśniami, nadziewany pasztetem strasburskim, ale był zbyt leniwy, żeby się do niego zabrać. Simon wrócił potem do domu poczytać, David i ja ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu jakiegoś kina. Pierwsze seanse zaczynały się o szóstej. Berlin nie nurza się jeszcze w występnych rozkoszach popołudniowych rozrywek.

Tamtego wieczoru, po wczesnej kolacji, pojechaliśmy do Charlottenburga na komedię muzyczną Anna Marie. Obsługa hotelu zamówiła nam miejsca w pierwszym rzędzie; dotarliśmy odrobinę spóźnieni i były już tylko dwa wolne fotele. David wpadł w niepohamowaną furię i tak zbeształ obsługujących widownię starszych panów w binoklach, że zmusili jakiegoś mężczyznę, by odstąpił nam jedno miejsce. W tym momencie Simon doszedł do wniosku, że na sali jest za gorąco i że woli usiąść na zewnątrz w ogródku piwnym. Wparadowaliśmy więc do środka we dwóch z Davidem, po rozpoczęciu przedstawienia, wywołując wśród niezadowolonej publiczności falę oburzenia.

W obsadzie znalazło się pięcioro solistów. Główny bohater był łysy i występował w stroju tenisowym, upiększonym krawatem i skórzanym paskiem. Miał śliczną partnerkę, ale burza puszystych blond włosów zaczesanych na jedno oko i przyklejony do twarzy uśmiech, przywodzący na myśl skojarzenia z wiktoriańską burleską, skutecznie odwracały uwagę od jej kobiecych wdzięków. Była ubrana w stylu, jaki obowiązywał w 1923 roku. Cudowny pomysł spięcia wieczorowej etoli z suknią dotarł do Berlina na tej samej fali, na której wyszedł z mody wszędzie indziej. Pod koniec, w nieprzyzwoicie wysokim wykopie nogą, odsłoniła parę długich, siermiężnych fioletowych reform, które sięgały aż do kolan. Najbardziej spodobała mi się jednak stara, gruba kobieta w obcisłej, nowocześnie skrojonej sukni bez rękawów, z bransoletkami na rękach i włosami upiętymi w kok, która parodiowała pozostałych wykonawców, wymachując na boki tłustymi łydkami i śpiewając wysokim, schrypniętym, dość okropnym w brzmieniu głosem. Muzyka, autorstwa braci Gilbertów, była po prostu rozkoszna. Sceneria rozwinęła się stopniowo w panoramę rozświetlonego nocą Berlina, przesuwającą się za plecami roztańczonej na proscenium piątki solistów. Intryga pretensjonalna: Anna Marie zataja szlachetne pochodzenie, żeby nakłonić łysego faceta, miłość swego życia, aby ją poślubił w ogrodzie na przedmieściach. Entuzjazm, jaki okazała rodzina jej męża, kiedy prawda wyszła na jaw, był doprawdy wzruszający. W ogólnym pojednaniu uczestniczył nawet ojciec panny młodej, ubrany w cylinder i długi płaszcz z sukna. To ulubiony temat kontynentalnej komedii i operetki. Kilkakrotnie widzieliśmy coś podobnego we Włoszech, także w filmie, w którym dziewczęta ze szkoły prowadzonej przez zakonnice znęcały się nad jedną z koleżanek, bo była córką kakaowego króla – un cacao-re.

W przerwach dołączaliśmy do Simona w ogródku; ukryty wśród drzew zespół muzyczny przygrywał melodie z poprzedniego aktu. Serce rosło na widok tej publiczności, złożonej w głównej mierze z tęgich, przysadzistych kobiet w ciemnych spódnicach i białych bluzkach, kołyszących się w takt muzyki z dzierżonymi mocno w dłoniach półlitrowymi kuflami złocistego pilznera.

Około wpół do dwunastej zajechaliśmy do baru w hotelu Adlon, żeby spotkać się z panem Hüttenem. Pojawił się w meloniku, w towarzystwie znajomego. Zamierzali nam pokazać berlińskie podziemie. Mieliśmy przed sobą niezły kawałek drogi, więc wzięliśmy taksówkę, której szofer wyraźnie się nas wstydził. Dotarliśmy w końcu pod pomarańczowe drzwi jakiejś rudery, obstawione z dwóch stron drzewkami bukszpanowymi. Pomieszczenie za drzwiami wyglądało jak poczekalnia w hotelu dworcowym gdzieś w Midlands. Przy jednym ze stołów w głębi David wypatrzył swojego znajomego, Henry’ego Featherstonhaugha, attaché ambasady w Pradze, który siedział w towarzystwie syna ministra rządu niemieckiego i kilku jeszcze zacniejszych figur. Entuzjazm, z jakim David zareagował na jego widok, wprawił go w wyraźne zakłopotanie. Wyjątkowo napuszone maniery attaché szły w parze ze skrajnym cynizmem. Jego smętny przyjaciel prawił miękkim głosem o urokach podróży. Z czasem dołączyło do nas więcej osób. Wróciliśmy do łóżek o wpół do drugiej w nocy.

Nazajutrz rano wmieszaliśmy się w tłum wyczekujący pod oknami Hindenburga. Nie pojawił się. Spędziwszy popołudnie na słodkim lenistwie, poszliśmy na kolację do restauracji rosyjskiej. W niczym nie przypominała tych nowoczesnych, niby eleganckich lokali, których namnożyło się ostatnio w Paryżu: ot, mała, obskurna knajpa, urządzona w dwóch pokojach na parterze i prowadzona z myślą o ludziach spośród trzystutysięcznej rzeszy uchodźców, którzy znaleźli schronienie w Berlinie. Jadłospis i gazety były wyłącznie po rosyjsku. Zjedliśmy tradycyjną sałatkę, popijając ją wódką i kwasem, który smakował trochę jak mocne, słodkawe piwo, ale nie w typie porteru. Po kolacji przenieśliśmy się do klubu Elysium, wykupując na miejscu karty członkowskie. Simon był łaskaw uznać, że wzmiankę w porannym wydaniu „The Times” o ukończeniu przeze mnie studiów historycznych z oceną dostateczną należy uczcić butelką szampana. Wywołał tym wielkie poruszenie. Nie dość, że ruchliwi członkowie zespołu muzycznego przenieśli się wraz z instrumentami na zaplecze naszych krzeseł, to jeszcze pojawił się sam właściciel, spragniony jak wielbłąd. W ślad za nim przydreptał „kolega”, który polał szampana kolejnej osobie w rosnącym kręgu „znajomych”. Butelki donoszono jedną po drugiej. Byliśmy w strojach wieczorowych, co utwierdziło nas w poczuciu, że nadajemy ton nocnemu życiu w Berlinie.

Kiedy przyszła pora zamknięcia lokalu, kierownik był już tak sponiewierany, że zaczął się przymawiać, byśmy wpadli do niego „na drinka”. Jeszcze tego nam brakowało. Mimo to ruszyliśmy całą zgrają w nieprzenikniony labirynt wąskich ulic, aż w końcu, przebrnąwszy po omacku przez podwórze, znaleźliśmy się w trzypokojowym mieszkaniu z kuchnią połączoną z łazienką, na parterze dużej kamienicy czynszowej. W salonie królowała kolorowana fotografia in excelsis: rumianolicy, naturalnej wielkości mężczyźni z przystrzyżonymi w kwadrat brodami, na tle błękitnego nieba, na przemian z żonami w sukniach z długim rękawem i ze złotymi medalionami na szyi. Tuż obok, w podniszczonej miedzianej wannie wypełnionej gęstą, szarawą cieczą, moczyły się brudne skarpetki; reszta prania, wtulona w utensylia kuchenne, wyglądała zmiłowania na wieku starego kufra.

Około czwartej nad ranem rozpętała się ulewa. Wróciliśmy do hotelu i obudziliśmy się nazajutrz z uczuciem lekkich mdłości, które skłoniło nas do natychmiastowego opuszczenia Berlina.

Jeśli jednak spojrzeć na to pod kątem niemieckich konwersacji, nasze wieczory okazały się wielkim sukcesem.

W Berlinie panuje bardzo przyjemna atmosfera. W przeciwieństwie do Paryża miasto leży w dostatecznej odległości od Londynu, żeby poczuć się tutaj jak w innym kraju. Unter den Linden olśniewa urodą. Podczas gdy słynny wiedeński Ring został oszpecony szpalerami zasłaniających bulwar platanów, główna aleja Berlina jest dostatecznie szeroka, by pomieścić dwa pasy jezdni z rzędami drzew pośrodku. Ruch jest niewielki i spokojny. Ulice są dobrze utrzymane, tory tramwajowe biegną w poprzek niewielkich trawników – zielonych, regularnie podlewanych, strzyżonych po brzegach przez mężczyzn, którzy krzątają się z nożycami prawie na każdym placu. Brama Brandenburska, otoczona pałacami arystokracji, bez trudu wytrzymuje porównanie z odrestaurowaną ruiną przy Hyde Park Corner bądź ostentacyjną architekturą Łuku Triumfalnego w Paryżu. Ludzie są tu życzliwi – znacznie bardziej niż we Włoszech i Francji. A przecież to ma największy wpływ na ogólne wrażenia z miasta.

4

Z Berlina do Norymbergi jest dwieście trzydzieści mil drogi. Zamierzaliśmy ruszyć o ósmej, ale nie udało nam się wyszykować przed dziesiątą. Samochód stał w garażu na drugim końcu miasta, w wyposażonej w windę hali podziemnej. Kiedy wynurzył się na powierzchnię, trzeba było go przesmarować, sprawdzić olej i napełnić bak benzyną. Regulacji wymagał też zawór powietrza. Słońce prażyło niemiłosiernie, więc szło nam niesporo. W drodze powrotnej do hotelu minęliśmy Henry’ego Featherstonhaugha, który szedł przed siebie sprężystym krokiem, ubrany w luźne kraciaste spodnie i koszulę z czarnym jedwabnym krawatem. Potem znów się zabraliśmy za pakowanie. Trwało to zawsze mniej więcej pół godziny i kończyło zlotem tragarzy i portierów – w liczbie zależnej od wielkości hotelu – wyczekujących napiwku. Przy takich okazjach Simon, który wzdragał się na najmniejszą wzmiankę o pieniądzach, zwykł sięgać do kieszeni i nie patrząc, wyciągać z nich wszystko, co znalazł, z reguły zostawiając naszą kompanię bez grosza przy duszy na cały dzień.

Dlatego właśnie udało nam się wyruszyć z Placu Poczdamskiego dopiero za dwadzieścia dwunasta. Pierwszym ciekawym miejscem na trasie była Wittenberga. Obszerny rynek pośrodku miasta, otoczony starymi kamienicami o wysokich fasadach, przytłoczonymi jednak ogromem strzelistego, wzniesionego na nieregularnym planie gotyckiego kościoła farnego, wygląda zapewne tak samo, jak czterysta dziewięć lat temu, kiedy Luter cisnął w ogień bullę papieską i rozpoczął dzieło reformacji – jeśli pominąć parę upamiętniających to wydarzenie pomników. Simon wystąpił z luźną propozycją, żeby zatrzymać się tutaj na obiad, ale David przemknął ulicami w większym niż zwykle pośpiechu, zupełnie jakby był praktykującym katolikiem.