Efekt Wow - William J. O' Malley SJ - ebook

Efekt Wow ebook

William J. O' Malley SJ

0,0

Opis

Wychowałem się w wierze katolickiej - co tydzień chodziłem do kościoła i przyjmowałem sakramenty. Tak naprawdę nic mnie to wszystko nie obchodziło. Sting

Zdumienie i zachwyt rzadko nam dziś towarzyszą. Natomiast w dzieciństwie - motylek, tęcza, łagodny dotyk mamy, pierwsza łza - wszystko czego doświadczaliśmy zdumiewało i zachwycało.Jest to tzw. efekt "wow", którego znaczenie w naszym życiu podkreśla o.William O`Malley. Efekt ten powinien prowadzić do refleksji nad kondycją człowieka, przeżywaniem wiary oraz rozumieniem Boga i nas samych. Autor przedstawia wiele przykładów z historii, nauki i literatury skłaniających do okrzyku: "Wow! Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób." Przede wszystkim odwołuje się do wiary katolickiej, by pokazać, że można w niej odkryć coś nowego i dynamicznego.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 291

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



William J. O`Malley SJ

EFEKT WOW

Wskrzesić wiarę

przekład

Marek Chojnacki

Wydawnictwo WAM

Kraków

Tytuł oryginału

THE WOW FACTOR

Bringing the Catholic Faith to Life

Copyright © 2011 by William J. O’Malley

Published by Orbis Books, Maryknoll, New York 10545 USA

© Wydawnictwo WAM, 2013

Redakcja

Artur Czesak

Korekta

Barbara Cabała

Projekt okładki

Sebastian Stachowski

Przygotowanie ebooka

Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0206-7

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Zaprawdę, powiadam wam:

Jeśli się nie odmienicie

i nie staniecie jak dzieci,

nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.

Mt 18, 3

O. Michaelowi Nagle’owi

W pogodny dzień

olśni cię myśl

że twój blask

przyćmiewa światło gwiazd

Alan Jay Lerner

Przedmowa

Po co ta książka?

Wychowałem się w wierze katolickiej – co tydzień chodziłem do kościoła i przyjmowałem sakramenty. Tak naprawdę nic mnie to wszystko nie obchodziło.

Sting

Moja edukacja religijna przypominała pakowanie bagaży w płonącym domu. Klasówki, sprawdziany, wpływ, jaki pochwały i nagany nauczycieli wywierały na moją samoocenę – wszystko to przesłaniało wszelkie szersze horyzonty. Religia nie była w stanie mnie poruszyć; była jednym z zajęć szkolnych, które należało odfajkować. Po prostu „wkuwałem” zadane lekcje.

Bez zaciekawienia – bez wątpliwości, buntu, sceptycyzmu, autentycznego zdumienia, rozczarowania – nie sposób się niczego nauczyć. Tak jest zawsze, nie tylko w tym przypadku.

Poza tym mocowanie się z problemem Boga jest zajęciem dla dorosłych. Niestety, właśnie wtedy, gdy nasze umysły dorastają wreszcie do takich zmagań, możliwość systematycznej refleksji o Bogu zazwyczaj się... urywa. Zajmują nas teraz naprawdę ważne problemy – zajmujemy się żonami, dziećmi, utrzymaniem domu. Pochłonięci bez reszty próbami odpowiedzi na pytanie, jak zarobić na życie, nie mamy już czasu ani możliwości pytać, po co, do diabła, żyjemy.

Ukończyliśmy szkołę. Jesteśmy katolikami. Rzadko kiedy jednak jesteśmy katolikami wykształconymi.

• Edukacja religijna, którą nam narzucono, okazuje się zazwyczaj bezużyteczna. Jakże często widać, że naśmiecono nam w głowach! Nauczono nas niemal wyłącznie cierpliwej uprzejmości (na przykład podczas Mszy świętej). Na lekcjach religii nie było mowy o takich rzeczach, jak seks czy podatki.

• W czasach szkolnych religia wydawała się nam jeszcze jednym ograniczeniem wolności. Kwestie, z jakimi zmaga się autentyczna religia (wdzięczność, cel życia, przebaczenie, śmierć), nie miały dla nas wtedy jeszcze istotnego znaczenia. Nie zraniono nas jeszcze na tyle mocno, byśmy poczuli ich wagę.

• Jeśli nawet skończyliśmy szkołę pięć lat temu, to wiedza o nas samych i o świecie, w którym żyjemy, znacznie się od tamtego czasu poszerzyła. Co najmniej stokrotnie.

W czasach szkolnych w religii najprawdopodobniej nie było niczego, co by nas olśniło i zdumiało, co sprowokowałoby nas do okrzyku „wow!”. Czy kiedykolwiek przeżyliśmy coś takiego? Dlaczego w katolicyzmie tak wielu ludzi, którzy przedtem nikim szczególnym nie byli, nagle stawało się kimś?

Książka ta opowiada o tym wszystkim, co powinno było się z nami stać przy bierzmowaniu i co z pewnością niestety się nie stało. Chce dotknąć wszystkich tych wichrów i języków ognia, których pierwsi chrześcijanie doświadczali podczas Zesłania Ducha Świętego. Brak podobnych doświadczeń nie jest naszą winą. Byliśmy po prostu psychicznie niezdolni do tego, by dostrzec ich wartość, pojąć je, przyswoić czy wyrazić. Nie tylko my; to samo trzeba powiedzieć o urzędowym Kościele. Wolności, entuzjazmu, radości nie było w programie. Co więcej, podobne rzeczy uznawano za dziwactwa.

Moje rozważania kieruję także do tych, którzy czują wprawdzie, że przestrzeń, w której kłębiły się trudne pytania, zamknęła się w nich wiele lat temu, a mimo to ostatnio nurtują ich niejasne wątpliwości. Pytają: „Dokąd, na Boga, to wszystko zmierza?”. Ludziom, których dręczą podobne pytania, książka ta może pomóc w poszukiwaniach, dostarczyć powodów, dla których warto iść dalej. I wołać „wow!”, gdy zrozumieją coś ważnego.

Zmartwychwstanie to nic innego jak wola poddania się zdumieniu.

Wstęp

Śmierć olśnienia

Czy to już wszystko?

Czy niczego więcej nie ma?

Jeśli tak, przyjaciele,

to tańczmy,

pijmy i bawmy się,

jeśli

to już wszystko.

Peggy Lee, „Is That All There Is”, 1969

Powiedział kiedyś pewien mądry, stary komik żydowski: „Ojcze, nie czujemy już smaku chleba”. To stwierdzenie jest aż nazbyt prawdziwe. Dziś chleb już nie smakuje, jeśli nie dodamy do niego jakichś smakowitości. Wino po prostu konsumujemy; nie robi na nas żadnego wrażenia, chyba że wypijemy go za dużo. Dopiero niedawno, gdy spostrzegliśmy, że może nam ich zabraknąć, dostrzegliśmy wartość takich cudów, jak powietrze i woda; wcześniej w ogóle ich nie zauważaliśmy. Wciąż jeździmy samotnie samochodami, wyrzucając puszki przez okno.

Jeszcze bardziej przerażający – zwłaszcza dla tych spośród nas, których obchodzi jeszcze coś poza czubkiem własnego nosa – jest fakt, że nawet niewątpliwie spektakularne wydarzenia nie robią już na nikim żadnego wrażenia. Wyprawy na księżyc wyszły z mody, nim jeszcze je odwołano (być może właśnie ze względu na brak zainteresowania opinii publicznej). Nadmiar relacji medialnych o katastrofie ekologicznej w Zatoce Meksykańskiej, w której uszkodzenie szybu wiertniczego BP spowodowało gigantyczny wyciek ropy do morza, sprawił, że dziś doniesienia o konsekwencjach tego zdarzenia raczej nas nużą, niż szokują. Koncerty, na których nie ma apokaliptycznych stroboskopowych błysków, wybuchów i dymu, uznajemy za niezbyt udane.

Od chwili, gdy człowiek stał się istotą myślącą, nieustannie zdumiewały nas cuda i dziwy natury: słońce i gwiazdy, ulewny deszcz, porażający, wdzierający się w nasze życie cud narodzin i śmierci, oszałamiające i odurzające misterium seksu, nieskończony korowód widzianych codziennie twarzy. Dziś jednak nasze mózgi uwięzły w potrzasku iPodów; ufamy jedynie informacjom i obrazom, które docierają do nas za pośrednictwem telefonów komórkowych. (Widziałem kiedyś chłopaka i dziewczynę, którzy szli, trzymając się za ręce, przez kampus uniwersytecki, każde z komórką przy uchu. Modliłem się, by się nie okazało, że rozmawiają w ten sposób z sobą.) Immanuel Kant miał kiedyś powiedzieć: „Gdyby gwiazdy wschodziły tylko raz w życiu, patrzylibyśmy na nie całą noc”. Dzisiaj nie chcemy wyjść z jaskini Platona, nie mogąc oderwać wzroku od bladego światła gwiazd z programów dla celebrytów.

Gdzieś w oderwanej od świata głębi nasze odrębne „ja” stopniowo otacza się pancerną skorupą własnych odruchów obronnych. Brutalność spadających na nas ciosów tłumi potężna dawka środków odurzających – telewizja, muzyka, alkohol, narkotyki – które mają znieczulić nasze lęki i uchronić nas przed poczuciem niższości wobec faktu, że nie potrafimy sprostać niekończącej się serii wyzwań. Pasjami oglądamy programy rozrywkowe w rodzaju Big Brothera, fascynują nas najrozmaitsze reality i talent shows, dostarczające bezpiecznych emulacji darwinowskiej walki o byt. Jak zahipnotyzowani, wraz z milionami widzów wpatrujemy się w dramatyczne wysiłki amatorów próbujących dorównać zawodowym tancerzom i wirtuozom gastronomii i z pokorą poddających się stygmatyzującym ocenom bezwzględnego jury; imponują nam ogromni, umięśnieni mężczyźni z zapałem ciągnący w telewizji walec drogowy. Zabawy dla dzieci urastają do rangi zmagań na śmierć i życie, a biorący w nich udział celebryci zarabiają wielokrotnie więcej niż premier czy prezydent, od którego zależeć ma nasze bezpieczeństwo. Nawet dziedziny sztuki, takie jak taniec i teatr, zmieniają się w dochodowe zawody, w których powodzenie, podobnie jak w świecie polityki, zależy od prezencji, uroku osobistego i umiejętności schlebiania upodobaniom mas. Rywalizacja w przestrzeni publicznej jako żywo przypomina starożytne walki gladiatorów. Zawodnicy toczą z sobą boje na śmierć i życie, a mimo to nie umierają. Na arenie świata nie ma już miejsca na śmierć. Zepchnięto ją do getta szpitali i domów starców. Prawdziwe przypadki śmierci, o których dowiadujemy się z programów informacyjnych, są równie realne jak fikcyjne zabójstwa tropione przez agentów NCIS. W tej sytuacji wszelki sens traci ewangeliczna obietnica zmartwychwstania, wolności od lęku przed śmiercią.

Chowamy się za parawanem rozmaitych pilnych zajęć, chodzimy na fitness, uprawiamy sporty w zamkniętych pomieszczeniach, których strzegą elektroniczne zabezpieczenia. Żyjemy tak, jakbyśmy bez słowa wyjaśnienia nagle znaleźli się w beckettowskim świecie smutnych klownów, którzy muszą wypełnić otaczającą ich pustkę czczą gadaniną i zabawą, oszukując samych siebie niewyszukanymi rozrywkami. Zapominamy, że słowo „rozrywka” wywodzi się od czasownika „rozerwać się”, mającego dosłowny, bynajmniej nie pozytywny sens.

Wszystkie tradycyjne, bezpieczne niegdyś punkty odniesienia – autorytet władzy politycznej, Kościoła, szkoły – upadły. Bohaterowie, którzy pozostali na scenie, są amoralni; żyjemy w świecie gwiazd muzyki i sportu, nie mając im za złe ich wyzywającego samouwielbienia, skoro należą do magicznego świata półbogów, którym wszystko uchodzi na sucho. Musimy jakoś zapełnić pustkę, by zapomnieć, że Godot, na którego czekamy, nie przyjdzie także i dziś. Jutro również nie przyjdzie. „Jeśli tak, przyjaciele, to tańczmy, pijmy i bawmy się, jeśli to już wszystko”.

Gdybyśmy mieli wybierać, na pewno wolelibyśmy, by nasze dzieci spotkał raczej los Billa Gatesa czy Julii Roberts niż Martina Luthera Kinga czy matki Teresy z Kalkuty. Kto chciałby walczyć o sprawiedliwość, przeciwstawiając się policyjnym represjom, albo leczyć i przygarniać trędowatych? I skąd u nich ta chorobliwa skłonność do heroizmu? Co roku na zadawane przeze mnie w formularzu pytanie: „Kto jest twoim bohaterem?” trzy czwarte respondentów nie udziela żadnej odpowiedzi albo pisze „nikt”. Któż mógłby zostać bohaterem ludzi pochłaniających tabloidowe opowieści o celebrytach? Pozwoliliśmy na to, by podobne standardy skreślały naszą przyszłość.

Co dziś mogłoby nas olśnić, zaskoczyć, wywołać okrzyk „wow!”? Góry? Gwiazdy? Dzieci? Książki? Piwo? Cud, że żyjemy? Tego rodzaju reakcje są niezwykle rzadkie, gdyż naszą percepcję tych zjawisk i zdarzeń tłumi rytm życia, zarówno w mieście, jak i na prowincji. Media nadają wielką wagę rzeczom trywialnym (wizerunek, liczby, sława), trywializując zarazem to, co rzeczywiście ważne (seks, miłość, śmierć). Unikamy wszystkiego, co naprawdę przerażające czy poruszające. Mimo niezmiernej popularności tak zwanych reality shows wciąż sprawdzają się słowa T.S. Eliota, że „ludzkość nie może znieść zbyt dużej dawki rzeczywistości”. Pięćdziesiąt lat temu w Stanach Zjednoczonych wielu młodych idealistów brało udział w zamieszkach i demonstracjach ulicznych, ryzykując własne bezpieczeństwo, by zaprotestować przeciwko wojnie w Wietnamie. Dziś niewiele osób protestuje przeciwko wojnom w Afganistanie i w Iraku, pochłaniającym życie o wiele większej liczby ludzi niż samobójcze ataki, które miały pomścić te operacje. Cóż zatem, na Boga, w epoce tak wielkiej obojętności zasługuje na miano czegoś niezwykłego, ekscytującego? Co może być sensowne i ważne, czy choćby nawet tylko godne uwagi?

W każdym razie obowiązujący wzorzec kulturowy wydaje się sprowadzać motywy naszych zachowań wyłącznie do stymulacji i symulacji. Zamiast być autentycznie szczęśliwi, wolimy łaskotki, drażnienie nerwów. Gdziekolwiek byśmy się obrócili, nasze życie, jak w Szekspirowskim Makbecie, zdaje się tylko „powieścią idioty, głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”.

Sądzę, że śmierć olśnienia bierze się z tego samego lęku, który leży u podłoża wspomnianych wcześniej odruchów obronnych. Pełne lęku i czci zdumienie ogarnia nas jedynie wówczas, gdy damy się zaskoczyć, gdy zadziwi nas wielkość czegoś, co jest inne od nas. A my rzadko kiedy pozwalamy sobie na zaskoczenie. Nazywamy je „paranoją”. By zdumiała nas wzniosłość, musimy poczuć się mali w obliczu wielkości Innego. Widząc majestat potężnego szczytu, nieposkromioną moc oceanu, bezkres rozgwieżdżonego nieba, padamy na kolana. Czujemy wówczas własną małość i kruchość.

Wobec bezkresu niezmierzonej przestrzeni topnieje nawet wielkość ziemskich imperiów, nie mówiąc już o naszej własnej, osobistej wielkości. W porównaniu z wiekiem wszechświata nawet 100 lat życia wyda się niezauważalną chwilą. W zestawieniu z Biblioteką Kongresu, w której zgromadzono niezliczone tomy, świadczące o tysiącleciach zmagań ludzkości poszukującej prawdy, blednie nawet geniusz Arystotelesa, Tomasza z Akwinu i Einsteina. A cóż rzec o nas? Nasze poczucie wartości mogłaby ocalić świadomość tego, że choć nikniemy w całym tym ogromie i choć wydajemy się tak nikli, nieskończony Bóg odnalazł nas, wezwał nas po imieniu i obdarzył swoją miłością. Taka świadomość oznacza jednak również odczucie naszej małości i zależności, jest świadomością długu wdzięczności. Jest nader niewygodna i na pewno nikt nas za nią nie pochwali. Już lepiej zostać uznanym za ofermę niż za świętego.

Zdecydowanie lepiej jest zamknąć się z kilkorgiem przyjaciół we własnej, swojskiej skorupie, otoczonej odbijającymi nasze postaci zwierciadłami, i nie myśleć o takich rzeczach, łącząc się z realnym światem za pomocą mediów elektronicznych. Wprawdzie nasz umysł i duch wciąż czują głód, można go jednak oszukać jedzeniem z fast foodów: rolę tę wobec umysłu pełnią telewizja i tabloidy, a wobec ducha koncerty rockowe i sporty, które ze sportem mają niewiele wspólnego. Nawet seks można sprowadzić do roli środka znieczulającego.

Przychodzimy na świat z wrodzoną ciekawością; nasze oczy, umysły i palce zdaje się pożerać niczym nienasycona ciekawość. Rodzimy się jako podróżnicy, sięgający ku niezbadanym granicom; pierwszą taką granicą jest nieznany świat porośnięty trawą, rozciągającą się poza brzegami niemowlęcego kocyka. Człowiek musi szukać; raczkuje, by stanąć na nogi. Stopniowo jednak, jakby za sprawą jakiejś koszmarnej zmowy nadopiekuńczości, stłumiono w nas ducha poszukiwań. Wołano: „nie dotykaj!”, „nie wchodź na trawę!”, uczono pytać, czy towary w sklepie podlegają zwrotowi. W szkole ciekawość stała się udręką wkuwania; wpojono nam, że wyjątkowość to aberracja. Akceptację ze strony niezbyt rozgarniętego otoczenia uznaliśmy za wartość najwyższą i godną wszelkich wyrzeczeń; nauczyliśmy się, że nic – ani lektura, ani refleksja, ani sztuka, ani modlitwa – nie jest na tyle wartościowe, by płacić cenę samotności. Siedząc w nowej jaskini platońskiej, wpatrujemy się w elektroniczne cienie, zmieniające w rzeczywistość to co nierealne i dostarczające namiastki prawdziwego pokoju – choć tak naprawdę wymyślono je, by nas celowo unieszczęśliwić.

Pozbywszy się dociekliwości, uznaliśmy wrodzoną ciekawość za osobliwe dziwactwo. U „normalnych” ludzi wyobraźnia, niezbędny warunek prawdziwego człowieczeństwa, została stłumiona i uległa atrofii; staliśmy się dokładnie tym, za co uważają nas nowi ateiści pokroju Christophera Hitchensa i Richarda Dawkinsa: małpami, którym wszczepiono komputery, mądralami oscylującymi pomiędzy doniesieniami ze świata bogaczy i atrakcjami z Playboya. Jak stwierdził kiedyś C.S. Lewis, staliśmy się „ludźmi bez kośćca”, uwięzionymi w pułapce przeciętności. Przerost odruchów obronnych doprowadził do śmierci serca i ducha.

Nic nie może się równać z zachwytem, którego doznajemy, wspiąwszy się na szczyt. Wchodzimy nań mozolnie, krok po kroku, pokonujemy ostatni, najtrudniejszy odcinek wspinaczki – i oto jesteśmy u celu. Wow! Cóż to jednak za radość, jeśli stać nas na to, by dotrzeć tam helikopterem? Co nam to daje, gdy w telewizji biernie śledzimy czyjąś wspinaczkę? Od zarania dziejów ludzie osiągali pełnię człowieczeństwa, dobrowolnie i samodzielnie stawiając czoła wyzwaniom. Godność i to, co wartościowe, osiąga się za cenę bólu; dlatego z zazdrością, zafascynowani oglądamy igrzyska olimpijskie, w których radość zwycięstwa miesza się z goryczą porażki. Na szczęście nie jest to nasza porażka; na nasze nieszczęście zwycięstwo odnosi także ktoś inny. Jednak nawet zwycięstwa olimpijskie nie mogą równać się ze zmaganiami, w których przeciwstawiamy się prawdziwym wyzwaniom, jakie stawia przed nami nasze człowieczeństwo, wyzwaniom naszych umysłów i serc. Wyzwania te jednak łatwo zagłuszyć i oszukać, oddając się pospolitym rozrywkom.

Te dwa rodzaje zadań, które stawia przed nami umysł i serce – bez wygodnych reguł, ochrony instytucji czy obyczajów i bez ograniczeń czasowych – stanowią przerażającą perspektywę dla wątpiących w siebie, wygodnych i zepsutych istot, jakimi jesteśmy. Jakże przerażające muszą się nam zatem wydawać słowa: „kto chce zachować swoje życie, straci je”. Pomyślmy, jak niezrozumiałe musi się nam wydać nazywanie „dobrą nowiną” księgi, która głosi, że krzyż jest warunkiem zmartwychwstania. Żyjemy w świecie, w którym każdą niewygodę uznaje się za rzecz nie do przyjęcia, a wszelkie oczekiwanie na natychmiastową gratyfikację budzi bunt i sprzeciw. Wyobraźmy sobie, co by się działo w naszych rodzinach, gdyby przez miesiąc zabrakło elektryczności.

Jako nauczyciel i wychowawca – a zwłaszcza jako nauczyciel religii – uważam, że zadanie ewangelizacji ludzi ostrożnych i wygodnych jest o wiele trudniejsze niż misja ewangelizacyjna skierowana do pogan, którzy nigdy nie słyszeli o Chrystusie. Ewangelia materializmu to pogaństwo, tyle że pozbawione lęku, jaki niegdyś budził w człowieku ogrom i majestat tego, co nas przerasta. W prawdziwych poganach siły natury budzą lęk, który każe im nieustannie korzyć się przed potęgą objawiającą się w majestacie wodospadu, w błysku i grzmocie piorunów i czcić bóstwa, które zapewniają im urodzaj i radość życia. Spróbujmy jednak szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, przed czym my się korzymy. Nie pozwalamy sobie na takie gesty.

Wyobraźmy sobie wyzwolenie, jakie niesie z sobą świadomość kruchości i podatności na zranienia. Zmartwychwstanie z grobu wygodnego bezpieczeństwa. Zmartwychwstanie ku pasji.

Próbuję przekonać moich czytelników do pewnej bardzo niepopularnej postawy: do poddania się czemuś wyższemu. Nie zachęcam do bierności, lecz do wystawienia się na działanie przerastającej nas mocy, do ustąpienia jej, do przyjęcia tego, co nam ona ofiarowuje, do zaakceptowania prawdy o tym, że żyjemy z daru, o potrzebach innych, o Bogu. Jeśli prawdziwie ludzcy stajemy się poprzez wiedzę i miłość (dzięki której jesteśmy czymś więcej niż wąsko wyspecjalizowanymi zwierzętami czy dzikusami), to kruchość i podatność na zranienia jest niezbędnym warunkiem osiągnięcia pełni człowieczeństwa. Prawdziwa wiedza to otwarcie się na prawdę, która może nas zranić, to pokora wobec niej, akceptacja prawdy niezależnie od tego, dokąd nas zaprowadzi i jak nieprzyjemne (lub wymagające) może okazać się jej przyjęcie. Miłość to otwarcie się na innych, którzy mogą nas zranić, pokora wobec nich, akceptacja ich obecności w naszym życiu niezależnie od tego, jak niewygodne może się okazać ich wołanie o pomoc i jakie ciosy nam zadadzą. Jeśli nawet, dla ich własnego dobra, musimy zadać im ból, powinniśmy mniej przejmować się tym, czy nas kochają bądź nawet lubią, byśmy sami mogli ich prawdziwie kochać. Któryż młody człowiek zaryzykuje dziś utratę sympatii i akceptacji otoczenia? (Być może niezdolność młodzieży do takich postaw wynika z tego, że my sami boimy się utraty ich sympatii, gdy wymaga tego prawdziwa rodzicielska miłość.)

Oddawanie kruchości i podatności na zranienia za miskę ostrożnego wygodnictwa jest jak handel zarazą. Kto chce być wywyższony, musi się ukorzyć (Mt 23, 12). Warunek uniżenia odsyła nas do kondycji sługi; nakazuje akceptację podatności na zranienia. Istotę tego paradoksu uchwycił w swym wierszu John Donne: „Zmiażdż moje serce, Boże, jak zmurszałą ścianę (...); Gdy mnie uczynisz, wolność dopiero posiędę, i tylko gdy mnie weźmiesz gwałtem, czysty będę”1.

Chodzi mi o to, byśmy zrezygnowali ze wszystkich niekwestionowanych mechanizmów obronnych, więżących nas w złotej klatce bezpieczeństwa, która nie tylko chroni nas przed niebezpieczeństwami, jakie nękały człowieka od czasów jaskiniowych, lecz także nie dopuszcza do nas niczego, co mogłoby nasze życie uczynić bardziej sensownym.

Obowiązujący kanon edukacyjny i naukowy nakazuje wyrzec się wszelkich odniesień do tego, co odróżnia nas od innych zwierząt, to jest do duszy; już samo to słowo prowokuje oskarżenia o narzucanie światopoglądu religijnego. Tego rodzaju bezwzględny opór wobec wszelkich form duchowości jest jawną głupotą. Niezależnie od tego, czy absolut istnieje, czy nie, każdy, nawet najbardziej zagorzały ateista chce, by jego dzieci były przyzwoite, by przestrzegały zasad moralnych i postępowały po ludzku. Nauce uda się być może dowieść, że reakcje chemiczne i zjawiska elektromagnetyczne spontanicznie doprowadziły do pojawienia się świadomości człowieka; protestuję jednak przeciwko negowaniu pewnych oczywistych, a wyśmiewanych przez materialistyczny scjentyzm specyficznie ludzkich atrybutów i wartości, które zwykli ludzie kojarzą z duszą, takich jak honor, bezinteresowna miłość, cnota, humor, potrzeba kierowania się rozumem, sensu i celu. Żadnej z tych ludzkich cech nie sposób zredukować do czynności ciała czy mózgu, który dzielimy z innymi zwierzętami. Ani życie w małżeństwie monogamicznym, ani wychowywanie dzieci nie jest racjonalne; żadne z tych zachowań nie jest jednak także irracjonalne; sytuują się one poza sferą racjonalności. Twierdzenie, że ścisła logika jest jedyną drogą do prawdy, jest w najwyższym stopniu redukcjonistyczne. Prawda jest większa od faktów.

Biolog Richard Dawkins pisze nieomal z odrazą:

Mamy zakodowaną w naszych umysłach potrzebę celowości wszystkiego. Trudno nam patrzeć na cokolwiek, nie zadając sobie od razu pytania: czemu to służy, w jakim celu istnieje? Kiedy obsesja celowości nabiera cech patologicznych, nazywa się ją paranoją, czyli dopatrywaniem się ukrytych sensów i zamiarów we wszystkim, co się dzieje, w każdym przypadkowym zdarzeniu. To tylko chorobliwa postać nieomal powszechnego złudzenia2.

Istota człowieczeństwa została tu uznana za kłopotliwy relikt ewolucji, przypominający wyrostek robaczkowy.

Jesteśmy jedynymi stworzeniami, jakie znamy, które są świadome siebie, używają czasu przyszłego, które potrafią żałować tego, co zrobiły. Inne zwierzęta wiedzą o faktach, zdają sobie sprawę z nadchodzącego niebezpieczeństwa, lecz nie wydają się pytać dlaczego. Oddają życie za swoich, nie potrafią jednak poświęcić go dla zasady lub dla kogoś, kogo nie lubią. Tylko my pragniemy rzeczy, które nie są wprost potrzebami ciała i nie wynikają z chłodnych kalkulacji umysłu: chcemy postępować z honorem, szukamy sensu, wierzymy w życie po śmierci. Kwestionowanie tych bezspornych faktów to przejaw skrajnego redukcjonizmu.

Jako nauczyciel uważam za swoją patronkę Annie Sullivan, słynną nauczycielkę Hellen Keller, która z głuchoniemej i niewidomej, odciętej od świata dziewczynki stała się znaną pisarką i działaczką społeczną. Przez wiele długich jak wieczność miesięcy i lat Annie cierpliwie uczyła niewidzącą Helen znaków migowych, dotykając jej rąk i próbując przekonać w ten sposób niepojmującą z początku niczego dziewczynę, że poza bezpiecznym kokonem ciemności, w którym się zamknęła, rozciąga się świat, który jest niepomiernie bardziej interesujący niż ona sama. Przez cały ten czas Annie Sullivan nie traciła nadziei, że jej podopieczna w końcu dozna olśnienia.

I olśnienie w końcu nadeszło: któregoś dnia, przy studni, Helen dokonała najbardziej wyzwalającego ze wszystkich ludzkich doświadczeń. Biedna, przerażona dziewczyna. Odkryła, że nie jest sama.

To właśnie znaczy „łaska”.

1. Wolność od świętości i grzechu

Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;

Czysta anarchia szaleje nad światem,

Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół

Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;

Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych

Kipi żarliwa i porywcza moc. (...)

– I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca,

Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?

William Butler Yeats, Drugie przyjście

(tłum. Stanisław Barańczak)

Kobieta siedzi, szlochając, w poczekalni na ostrym dyżurze w szpitalu. Młody lekarz właśnie powiedział jej, że jej dwudziestoczteroletni syn zmarł wskutek wylewu krwi do mózgu. Oszołomiona tragiczną wiadomością, mamrocze: „Ale dlaczego?”. A przecież lekarz już odpowiedział jej na to pytanie! Upadając, jej syn doznał urazu mózgu, który spuchł – wystąpiła odma mózgowa. Krew nagromadzona w obrzękniętej części mózgu wywierała silny ucisk na sąsiednie tkanki, a ograniczenie przepływu krwi doprowadziło do ustania jego funkcji życiowych. „Dlaczego”? Mimo całej swej wiedzy medycznej, lekarz nie zrozumiał nawet, o co pytała go matka zmarłego pacjenta.

Sięgając do słownika, znajdziemy około czterdziestu linijek tekstu definiującego rzeczywistość, która ma jakoby uzasadniać nasze zmagania z burzą wywracającą nasze życie do góry nogami. Zadajmy sobie pytanie, czy rzeczywiście warto. Czy te słownikowe definicje wspominają choćby o tym, ile kosztuje miłość?

Książkę tę adresuję do ludzi, którzy wiele czasu w swym życiu spędzili na poszukiwaniu przyczyn, pytając: co wstąpiło w moją żonę, czy jestem zbyt pobłażliwy dla dzieci, co to za hałasy na strychu? Najwyższy czas, byśmy przeszli na wyższy poziom refleksji. Co tak naprawdę wprawia mnie w zły humor? Dlaczego ludzie zachowują się niekiedy tak niezrozumiale? Jak mam zachęcić własne dzieci, by czytały Szekspira, skoro sam nigdy go nie czytałem? Czy choć mam wygodne i dostatnie życie, aby na pewno żyję tak, jak powinienem? Gdzie się podział mój młodzieńczy zapał? Dlaczego to, co naprawdę ważne, kosztuje o wiele więcej niż pieniądze? Czas poszukać powodów.

Przez wieki za sprawą jakichś niezwykle potężnych sił powstała przepaść pomiędzy znaczeniami słów „intelekt” i „inteligencja” (niektórzy nazbyt łatwo winę za to przypisują dominacji samców alfa). Mówiąc najprościej, intelekt to znajomość bardzo wielu rzeczy, dzielenie i analizowanie, racjonalność, ocenianie i definiowanie sytuacji – a zatem domena „męskiej”, lewej połowy mózgu. Inteligencja natomiast to dostrzeganie pewnego porządku i struktur tam, gdzie większość ludzi widzi jedynie chaos, łączenie i synteza, intuicja, rozumienie i głębia – dziedzina „żeńskiej”, prawej połowy. Jeśli mamy problemy z podatkami, sięgamy po intelekt; jeśli mamy problem moralny, dotyczący naszego człowieczeństwa, uciekamy się do inteligencji. Pytając, dlaczego ból szarpie nam trzewia, przeżywając śmierć kogoś bliskiego, rozważając możliwość uprzedzającego ataku na wroga, dobrze byłoby posiadać obie te umiejętności naraz. Najgorsza w takich przypadkach jest połowiczna, niepełna ocena sytuacji. Intelekt może pomóc nam dostrzec przyczyny, inteligencja zaś (zwana też mądrością) poucza nas o racjach i powodach naszych doświadczeń i działań.

Rozmaite egzaminy kwalifikacyjne i testy inteligencji badają jedynie zdolności naszego intelektu, sprawdzając naszą umiejętność postrzegania faktów i manipulowania nimi. Rozstrzygają o tym, kto z nas wystąpi w quizie telewizyjnym, w którym popisze się swoją wiedzą, a kto pozostanie widzem, oklaskującym erudycję innych. Mądrości natomiast dowieść można, jedynie wychodząc poza granice rozumowania (które ludzie mądrzy mimo to wysoko cenią) i przekonując się, czy nasze konkluzje sprawdzają się w praktyce. Dlatego właśnie mamy biblioteki, byśmy nie musieli wciąż zaczynać od zera. Dlatego rodzice – nawet jeśli są niewykształceni – potrafią przewidzieć, że pewne rodzaje zachowań nieomal na pewno zawsze źle się kończą. By to wiedzieć, nie trzeba być mistrzem intelektu; wystarczy być mądrym.

Jednakże owe niezwykle potężne siły, o których wspomnieliśmy, nie znoszą dwuznaczności, nie tolerują szarości, kompromisów i paradoksów; dlatego antagonizują w nas inteligencję i intelekt, mimo iż każdy z nas ma wrodzoną zdolność do rozwinięcia w sobie zarówno racjonalności, jaki intuicji.

Gdy Grecy, dzięki zasobności i rozwojowi struktur politycznych, zyskali możliwość zgłębiania zarazem przyczyn i racji, ich olimpijscy bogowie przypominali kłótliwą, patologiczną rodzinę. Dlatego najwięksi myśliciele greccy postanowili pozbyć się nazbyt ziemskiego charakteru swych pogańskich bogów i zastąpili ich abstrakcyjnymi ideami. Po nich przyszli Rzymianie, którzy byli jeszcze mniej subtelni i jeszcze bardziej praktyczni; czcząc skuteczność złota i strachu, zastąpili bogów państwem. Potem Kopernik i Galileusz, mimo iż niewątpliwie byli wierzącymi chrześcijanami, przynajmniej w oczach swych współczesnych i przyszłych pokoleń podważyli wiarygodność Pisma Świętego, stanowiącego dotąd jednoznaczną wykładnię boskich prawd oraz wyznaczonych człowiekowi przez Boga praw i celów. Starając się usunąć niewątpliwe błędy i nadużycia, jakich dopuścił się widzialny Kościół, reformacja stopniowo obaliła mur dogmatów obowiązujących dotąd pod karą śmierci i potępienia, podważając w ten sposób nie tylko prawomocność instytucjonalnego porządku świata, lecz także nieomal powszechnie uznawany i niekwestionowany system wierzeń, zarówno religijnych, jak i świeckich. W wieku XVIII oświecenie, rewolucje oraz coraz powszechniejsza umiejętność czytania i dostępność druku pogłębiły jeszcze przepaść dzielącą dwa rywalizujące z sobą sposoby rozumienia świata, słusznie przyznając każdemu (a w każdym razie większości mężczyzn) prawo do posiadania i wyrażania własnych opinii, co doprowadziło wszakże do ugruntowania się nader wątpliwego przekonania, że wszystkie opinie są równie słuszne, bez względu na to, czy są solidnie uzasadnione, czy też zupełnie nieprzemyślane. Wielu ludzi niesłusznie uznało (i uznaje nadal), że to właśnie gwarantuje nam demokracja. W epoce rewolucji przemysłowej pojawiły się maszyny, a z nimi kult nowego bóstwa skuteczności i produktywności. Jak nakazywał w swej szkole Thomas Gradgrind w Ciężkich czasach Dickensa: „Ucz tych chłopców i te dziewczęta tylko faktów. Nieodbitą koniecznością w życiu są fakty; szczepić fakty, a wyrywać z korzeniami wszystko inne należy. Jedynie faktami można ukształcić umysł myślących zwierząt; reszta – bez pożytku dla nich”3.

Wielu czytelników Dickensa nie dostrzegło, że autor szydzi z biednego, ograniczonego Gradgrinda. Uznali, że Gradgrind ma całkowitą rację. Na przekonaniu tym opiera się dzisiejszy system edukacyjny. Podziela je większość rodziców (i, choć nie bez oporów, większość uczniów i studentów), uważających, że należy zdobyć wykształcenie (czyli dyplom), by mieć potem dobrą pracę.

Istoty ludzkie traktowano odtąd z owym redukcjonistycznym zacięciem, przejawianym przez tak wielu wybitnych filozofów: uznano je za zwierzęta rozumne, za małpy sterowane przez komputery, wolne od wszelkich mistycznych, babskich zabobonów w rodzaju serca czy duszy. Jednocześnie utylitaryści wprowadzili adekwatne do owych zapatrywań, a przy tym dość atrakcyjne przekonanie, że moralny charakter naszych działań nie zależy od żadnej obiektywnej rzeczywistości związanej ze sprawcą czy z jego ofiarą, lecz jedynie od tego, co z nich ostatecznie wyniknie. Już w kulturach poprzedzających czasy starożytnych Greków uważano, że probierzem moralności jest pytanie, czy nasze działanie jest dobre i słuszne. Teraz okazało się, że jedną normą ludzkich wyborów jest ich skuteczność, co ostatecznie sprowadza się do pytania: „Czy ujdzie mi to na sucho?”.

Rozwijająca się w kontekście takich przekonań, niczym nieograniczona nauka (scjentyzm) pozbawiła naturę wszelkich wewnętrznych, przyrodzonych celów i sprowadziła rzeczywistość do zbioru części czy „czynników”, którymi można swobodnie manipulować. W społeczeństwie ludzie stali się wyłącznie rywalami i konsumentami; na wojnie przeistoczyli się w stan liczebny armii, który należy uzupełniać w miarę ponoszonych strat. Przestali być synami i córkami, mężami i żonami. Światopogląd scjentystyczny pominął w ludziach to, co uważano dotąd za przyrodzone wartości, kształtujące naszą samoocenę i relacje interpersonalne; dokonał redefinicji człowieczeństwa, uznając nas za zbiory wymiernych cech, za przedmiot bezdusznej statystyki. Jak stwierdził Herbert Marcuse, „historyczne osiągnięcia nauki i technologii uczyniły możliwym przełożenie wartości na zadania techniczne – materializację wartości”4.

Po tragicznym i wyczerpującym doświadczeniu wielkiego kryzysu druga wojna światowa spowodowała ogromne zmiany stylu życia rozwiniętych społeczeństw. Kobiety masowo zasiliły rynek pracy, znajdując w pracy zawodowej możliwość niezależności finansowej i psychologicznej samorealizacji; w Stanach Zjednoczonych mężczyźni po powrocie z wojny na odległych krańcach świata, o których nic dotąd nie wiedzieli, dzięki subsydiom państwowym zyskali możliwość studiów i awansu społecznego, powiększając szeregi rosnącej gwałtownie klasy średniej. Henry Ford jako pierwszy jasno zdał sobie sprawę z tego, że produkcja masowa wymaga masowej konsumpcji, i dał swym pracownikom na tyle wysokie pensje, by skłonić ich do wydawania pieniędzy. Stosunkowo niewysokie ceny samochodów i rozrastająca się sieć dróg i autostrad doprowadziły do powstania nowej kultury wielkomiejskiej, eliminującej mentalność getta i podcinającej korzenie kultur etnicznych.

Nie da się jednak zasymilować grup, które dotąd same stanowiły o tym, kim są, nie zacierając jednocześnie w znacznej mierze ich tożsamości. Ich członkowie przestali zabiegać o utrzymanie sztywnych, określonych wzorców zachowań, dyktowanych im przez małą grupę, zaczęli natomiast starać się być tacy „jak wszyscy”. Spowodowało to powstanie zupełnie nowej obyczajowości; jej wyznacznikiem stał się konsumpcjonizm, styl życia, którego zadaniem było podtrzymywanie w ludziach nieustannego pragnienia posiadania i korzystania z coraz większej ilości dóbr i usług oraz eliminacji wszelkich, nawet najmniejszych niedogodności. Fundamentalne dążenie człowieka, które autorzy amerykańskiej Deklaracji Niepodległości nazwali „dążeniem do szczęścia”, przemieniło się w odruch nieustannej reakcji na zalew ofert handlowych, skutecznie gwarantujących nam szczęście i zadowolenie. Cena, jaką za to zapłaciliśmy, okazała się dość wysoka.

W roku 1955 ekonomista Victor Lebow stwierdził:

Nasza niezwykle produktywna gospodarka wymaga, byśmy czynili z konsumpcji styl życia, byśmy zmieniali zakupy i używanie dóbr w rytuały, byśmy poprzez konsumpcję zaspokajali nasze potrzeby duchowe i oczekiwania ego. Musimy konsumować, niszczyć, zużywać, zastępować i wymieniać na lepszy model, czyniąc to coraz szybciej i coraz częściej5.

Potem przyszła epoka telewizji. W słynnym, nagrodzonym czterema Oscarami amerykańskim filmie satyrycznym „Sieć” (Network, 1976) Paddy’ego Chayevsky’ego, demaskującym mechanizmy działania mediów, jedna z postaci mówi do wyrachowanego i skutecznego managera telewizyjnego: „Jesteś wcieleniem telewizji, Diano. Jesteś niewrażliwa na cierpienie, nie obchodzi cię radość. Całe życie sprowadzasz do ciągu bezsensownych banałów”. Zanim zaczną chodzić do przedszkola, z telewizji i z gier wideo dzieci wchłaniają w siebie więcej widoków krwi i okrucieństwa niż niegdyś weterani armii Czyngis-chana; cierpienie i śmierć zupełnie im obojętnieją. (W tej sytuacji opowiadania o zmartwychwstaniu muszą im się wydawać kompletnie bezsensowne.) Co dziesięć minut, niezależnie od treści oglądanego programu, znacznie wcześniej, nim nauczą się myśleć, głos z ekranu wmawia im: „Im więcej macie, tym bardziej jesteście szczęśliwi”. Od wieku dorosłego po późną starość przekaz medialny będzie odtąd podtrzymywał w nich postawę infantylnej chciwości – choćby za cenę osobistych tragedii i śmierci. Scenariusze filmowe rozstrzygną za nich, że seks dozwolony jest wyłącznie poza małżeństwem. Każda tajemnica wyda się im oczywista, skoro da się ją wyjaśnić w ciągu godziny. Będą żyć życiem niedostępnym dla żadnego śmiertelnika; to, co nieosiągalne, stanie się konieczne. Widowiska w stylu reality show dowiodą, że jeśli chcą wygrać, muszą zdradzić przyjaciół.

W stalinowskiej Rosji podobne manipulacje psychologiczne zwano „praniem mózgu”; gardził nimi każdy, w kim ostała się choćby resztka człowieczeństwa. Dziś jednak, w krajach rozwiniętych, tego rodzaju zniewolenie psychiczne to po prostu dobry interes. Trudno się zatem dziwić wysokiej liczbie samobójstw wśród nastolatków. Obiecano im, że świat może im dać coś, czego dać nie jest w stanie.

Chayevsky miał jednak w swoim filmie na myśli „sieć” o wiele bardziej rozległą i potężną niż to, co rozumiemy przez przemysł telewizyjny. Przedstawiciel korporacji, która jest właścicielem telewizyjnego imperium, mówi tam:

Zadarł pan z żywiołem, panie Beall! Nie zamierzam tego tolerować! Czy to jasne? (...) Nie ma narodów; jest tylko jeden, uniwersalny, wszechobejmujący system, sieć wzajemnych powiązań, zależności i interakcji, wielonarodowe dominium dolarów! Oto międzynarodowy system walutowy, determinujący jakość życia na tej planecie (...). Nie ma demokracji. Nie ma Ameryki. Jest IBM, ITT, AT&T, Dupont, Dow i Exxon. To są dzisiejsze narody. (...) Świat to biznes, panie Beall!

Spróbujmy sobie wyobrazić, co by się stało z naszą rodziną i dzielnicą, w której mieszkamy, gdyby przez miesiąc zabrakło elektryczności. A co by się stało, gdyby prądu nie było przez cały rok?

Próbując pojąć tajemnicę zła, które wydało na świat nazistowskie obozy śmierci i zwykłych ludzi, którzy je stworzyli, zaopatrywali i zapewniali ich sprawne funkcjonowanie, Hannah Arendt stwierdziła w swej książce Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła, że sprawcą braku człowieczeństwa nie był żaden ponadczasowy diabeł, idiotyczna para nudystów z rajskiego ogrodu czy jakieś „złe nasienie”. Zbrodniarze nie byli fanatykami ani socjopatami. Po pracy słuchali Mozarta; nigdy nie uderzyliby nawet psa sąsiada. Byli zwykłymi ludźmi, wykonującymi rozkazy. Powodem degeneracji człowieczeństwa jest czysta banalność, goszcząca w większości ludzkich umysłów: głupota, niewrażliwość, powszechna, niekwestionowana akceptacja reguł stada. Jak w powieści Johna Steinbecka Myszy i ludzie George próbuje wyjaśnić Lenniemu, wszystkim problemom winni są nie ludzie źli, lecz głupi. Głupota zaś nie ma nic wspólnego z ilorazem inteligencji. Edyp był niezwykle inteligentny; mimo to był głupi. Miał bystre oczy, lecz nie potrafił dostrzec tego, co ważne. Nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że może się mylić. Był kompletnym narcyzem. Brakowało mu dystansu do siebie i innych. Choć uważano go za mędrca, był jedynie sprytny.

Żyjemy dziś w świecie, który prosperuje dzięki hołubieniu narcyzmu – kultu naukowego egoizmu, nieustannego pochłonięcia sobą, dominacji image’u nad treścią – w supermarketach, w szkołach, w dziedzinie rozrywki i sportu. Publicystyka informacyjna – tak długo szczycąca się swą niezależnością od logiki promocji i zysku – całkowicie uzależniła się od oglądalności i dochodów nadawców. Nawet rodzicielstwo stało się jeszcze jedną okazją do demonstracji osobistego sukcesu, przy czym nie chodzi tu bynajmniej wyłącznie o sukces dzieci; rodzice zażarcie biją się o przyszłe miejsca w najlepszych szkołach, gdy ich dzieci są jeszcze w pampersach, a nawet w łonie matki. Gdy okazuje się, że ich pociechy nie dorastają do ambicji i wyobrażeń rodziców, ci, zawiedzeni, starają się za wszelką cenę usprawiedliwić ten stan rzeczy i wymusić wymarzony sukces edukacyjny. Ojcowie radzą się specjalistów od marketingu, jak „sprzedać” dziecko do dobrego college’u.

Wartości, o których mówi nam filozofia, okazują się kompletnie nieprzydatne w dziele ujarzmiania natury i podporządkowywania jej zasadzie zysku; w istocie często hamują jedynie postęp. Gdy zmagamy się z praktycznymi problemami, jakich nastręcza konstrukcja bomby atomowej, pamięć o hekatombie ludzkich istnień może stanowić tylko zbędne obciążenie, odrywające myśli od realizacji zamierzonego celu.

Starając się pozbyć dwuznaczności i niejasnych sformułowań, upraszczając życie tak, by jego cel mogły pojąć nawet osoby upośledzone umysłowo, zagubiliśmy gdzieś inne rodzaje wiedzy, pozostawiając jedynie kalkulację i rozumowanie. Edukacja stała się skutecznym przygotowaniem do zawodu, filozofię zdominował powierzchowny pragmatyzm, a ekonomia stała się bogiem, w którego imieniu jesteśmy w stanie usprawiedliwić każdą niegodziwość. Podczas pierwszej wojny światowej żołnierze mawiali: „zostawmy myślenie oficerom i koniom; mają większe głowy”. Serce i duszę, źródło tego, co ludzkie, rozjechał walec postępu.

Wolność od bogów

Faktycznie, a czasem zupełnie jawnie pozbywając się bogów poświęciliśmy sens i świętość życia, by uwolnić się od paraliżującej tyranii winy. Bez bogów „wszystko jest dozwolone”. Pozbywając się winy, dochodzimy do Auschwitz.

Czysto utylitarystyczny światopogląd eliminuje wszelką „babską” sentymentalność. Pewien pozbawiony sentymentów propagandzista nazistowski skonstatował niegdyś, że z przeciętnego ciała ludzkiego można wytopić tłuszcz, z którego da się wyprodukować siedem kostek mydła; zauważył też, że zawiera ono dość żelaza na średniej wielkości gwóźdź, ilość fosforu, z której dałoby się wyprodukować dwieście główek od zapałek, i dość siarki, by odpędzić muchy. Obozy koncentracyjne wynajmowały swych więźniów do pracy niewolniczej wielu firmom, które doskonale prosperują do dziś, takim jak BMW, Siemens i Thyssen-Krupp za sześć marek dziennie. Do ceny tej należało dodać pół marki dziennie na wyżywienie; łączną kwotę należało pomnożyć przez średnią długość życia więźnia (270 dni), doliczając jeszcze koszty „racjonalnego pozbycia się ciała (wnętrzności, ubrań i kości)”. Za eksploatację jednego więźnia należało zatem zapłacić 1690 ówczesnych marek niemieckich, czyli około 670 dzisiejszych dolarów amerykańskich. Zaiste niewiele, chyba że pomnożymy tę kwotę przez 15 milionów.

Próbując zrozumieć podobne rutynowe odruchy braku człowieczeństwa, na początku lat sześćdziesiątych XX wieku Stanley Milgram, profesor psychologii na uniwersytecie Yale, przeprowadził szereg eksperymentów, mających jakoby badać wpływ karania na proces uczenia się. Umieszczanym na siedzeniu przypominającym krzesło elektryczne ludziom zadawano pytania, sprawdzając, czy zapamiętali podane wcześniej informacje. Po każdej nieprawidłowej odpowiedzi ochotnik, któremu zapłacono za udział w eksperymencie, miał za zadanie nacisnąć przycisk wywołujący szok elektryczny. Szok był coraz silniejszy po każdej nieprawidłowej odpowiedzi; po kilku błędnych odpowiedziach ukazywał się napis z ostrzeżeniem „niebezpieczeństwo uszkodzenia mózgu”. Przytwierdzony do krzesła człowiek najpierw jęczał, potem błagał o przerwanie eksperymentu, a na koniec wył z bólu. Tak naprawdę eksperymenty te miały badać nie proces uczenia się, lecz zjawisko bezwzględnego posłuszeństwa. Ludzie, których umieszczano na krzesłach elektrycznych, byli aktorami, którzy udawali ból. W rzeczywistości eksperymentom poddawano ochotników naciskających przycisk, sprawdzając, kiedy współczucie weźmie górę nad posłuszeństwem. Przed eksperymentem Milgram rozesłał pytania do specjalistów, prosząc ich, by przewidzieli, ilu z tysiąca uczestniczących w nim nauczycieli nie zawaha się nacisnąć przycisku, gdy ukaże się napis „niebezpieczeństwo uszkodzenia mózgu”. Uczeni uznali, że postąpi tak jeden promil badanych. Okazało się jednak, że, gdy Milgram pisemnie wziął na siebie pełną odpowiedzialność, rozkazom eksperymentatorów do końca poddało się 62 procent badanych. A byli to nauczyciele!

16 marca 1968 roku żołnierze amerykańscy pod dowództwem porucznika Williama L. Calleya zaatakowali wietnamską wioskę My Lai, uznaną przez wywiad za fortecę Wietkongu. Mieszkańców wioski jednak w porę ostrzeżono; gdy nadszedł oddział Amerykanów, nie było w niej już nikogo prócz tych, którzy nie zdołali uciec – starców i dzieci. Mimo to, otrzymawszy rozkaz, by strzelać do wszystkiego, co się rusza, żołnierze amerykańscy posłusznie zastrzelili 347 bezbronnych cywilów, nie oszczędzając też błąkających się po wiosce krów. Oczywiście żaden z uczestników zajścia nie chwalił się tym dokonaniem; sprawa wyszła na jaw dopiero rok później. Pięciu żołnierzy stanęło przed sądem wojennym, a Calleya skazano na dożywocie w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jednak we wrześniu 1974 roku sąd federalny uchylił wyrok i uwolnił Calleya, uznając, że wykonywał jedynie rozkazy przełożonych. Dowódcy, którzy zaplanowali tę misję, wydali rozkazy i umożliwili ich wykonanie, zaginęli gdzieś w anonimowej masie wojskowej biurokracji.

Incydent ten jest zaiste przerażający. Należy zadać sobie pytanie, jak młodzi ludzie, wychowani w rzekomo cywilizowanym społeczeństwie, mogli do tego stopnia zatracić człowieczeństwo, stając się bezdusznymi maszynami do zabijania. Gdyby jednak żołnierze ci zabili o wiele więcej ludzi na znacznie większym obszarze, atakując bezosobowo z powietrza, bombardując, stosując rakiety samonaprowadzające oraz paląc wioski białym fosforem i napalmem, wykonywaliby jedynie powszechnie akceptowane dziś, rutynowe zadania wojskowe, a społeczeństwo, które stworzyło te rodzaje broni i wydało rozkazy ich użycia, nie zadawałoby zbędnych pytań o słuszność swoich poczynań.

Zgubione dusze

Niegdyś sformułowanie „zgubić swoją duszę” kojarzyło się z pogrążeniem się po śmierci w otchłaniach piekieł, w których sadystyczne demony zadają nieopisane męki cudzołożnikom, mordercom, krzywoprzysięzcom i książętom Kościoła, nieoszczędzonym przez Dantego w jego Boskiej Komedii. Nawet po złagodzeniu doktryny o potępieniu, dokonanym w duchu Soboru Watykańskiego II, wydaje się, że tego rodzaju obrazy wciąż są silnie zakorzenione w naszej kulturze. Niekiedy jednak wydają się nam one tak egzotyczne i bezsensowne, że – zwłaszcza jeśli jesteśmy wykształceni i kulturalni – mamy ochotę powiedzieć: „do diabła z takim piekłem”. Postępujemy przy tym podobnie jak starożytni Grecy, którzy w złotym okresie rozwoju swej kultury traktowali rodzinę Zeusa z pewnym przymrużeniem oka. Ateiści i agnostycy dysponują argumentem, z którym zmierzyć się muszą nawet ludzie wierzący: moralność nie ma nic wspólnego z religią i religijnością. Religia to nasz stosunek do Boga czy bóstwa, o ile coś podobnego istnieje. Bez wątpienia jednak wyrządzanie moralnego zła jest możliwe nawet wówczas, gdy nie ma Boga. Moralność to sieć relacji, które wiążą nas z innymi mieszkańcami tej planety oraz z nią samą. Osoba przestrzegająca zasad moralnych to człowiek „przyzwoity”, ktoś, kto okazuje się bardziej odpowiedzialny od skał, kwiatów czy węży. Złotą regułę etyczną – głoszącą, że należy traktować innych tak, jak traktujemy siebie – znaleźć można nieomal dosłownie we wszystkich systemach i koncepcjach filozoficznych. Moralność nie jest kwestią religii, lecz przetrwania człowieka na ziemi.

W ciągu wieków zmianie uległa nie istota człowieczeństwa, lecz sposób, w jaki pojmują ją dziś głosiciele i nauczyciele idei narzucanych szerokim kręgom społecznym. Idee przedostają się z zacisznych gabinetów współczesnych mistrzów do szkół i uniwersytetów, a stamtąd do mediów i kolorowych magazynów oraz do wypowiedzi popularnych komentatorów życia publicznego. Większość z nas z wdzięcznością przyjmuje ów dar, zdejmujący z naszych barków ciężar samodzielnego myślenia; zbyt wiele by nas ono kosztowało, jeśli nawet zdołalibyśmy wyrobić sobie jakieś własne zdanie. Moralność sprowadza się dziś do tego, co dr Alfred Kinsey nazwał „konwencjami” czy „restrykcjami społecznymi”. Według tej koncepcji nie kopulujemy na trawniku przed domem jak nasze czworonogi wyłącznie dlatego, że obawiamy się, co pomyśleliby sobie o nas sąsiedzi. Wszelkie obyczaje, prawa i zasady są zatem względne, czysto zewnętrzne i arbitralne. Seks to czynność czysto biologiczna; gdy sobie to uświadomimy, pozbędziemy się poczucia winy. Z podobną swobodą potraktować można takie tematy, jak plagiat, seks w Gabinecie Owalnym, pornografia internetowa czy posyłanie osób uznanych za rasowo niższe do komór gazowych. Wedle doktora Kinseya im częściej ostentacyjnie naruszamy przyjęte dotąd zasady, tym mniej czujemy się winni.

W społeczeństwie wyzwolonym, w którym wszystkie opinie muszą być uznawane za równie słuszne, nieuchronnie pojawia się tępa obojętność na treść czyichkolwiek wierzeń i przekonań. Wszystkie przekonania podlegają tej samej zasadzie tolerancji. Wobec takiej otwartości poglądów osobiste opinie nie wymagają już żadnych dalszych uzasadnień. Postawa ta, nader rozpowszechniona, wydaje się nie brać pod uwagę faktu, że najbardziej otwarci jesteśmy wówczas, gdy mamy pusto w głowie. Jak mówi Henry Higgins w musicalu My Fair Lady: „Francuzi nigdy nie przejmują się tym, co robią, jeśli tylko poprawnie to wymawiają”.

Nieco mniej komfortową wizję ludzkiego zachowania sugeruje greckie słowo hamartia, oznaczające grzech. Wywodzi się ono z łucznictwa i pierwotnie oznacza „chybienie celu”. Dusza, która „chybia celu”, mija się z sensem własnego człowieczeństwa, nie dostrzegając różnicy pomiędzy sztuką przeżycia i życiem (na którą przede wszystkim próbuję wskazać w tej książce). Jeśli nie pytamy, po co żyjemy, zaradność życiowa staje się absurdalną sztuką dla sztuki.

W popularnym obecnie mniemaniu, które próbowaliśmy tu opisać, „życie wieczne” – utożsamiane ze szczęściem, spełnieniem i sukcesem – nieuchronnie sprowadza się do zdobycia jak największej ilości pieniędzy, rozgłosu, doznań seksualnych i władzy. Bardzo rzadko przychodzi komuś do głowy pytanie, dlaczego tak wiele osób, które zdobyły te upragnione atrybuty samopotwierdzenia, mija się z sensem życia. Elvis Presley, Marilyn Monroe, Janis Joplin, Jimi Hendrix, John Belushi, Jim Morrison, River Phoenix, Heath Ledger i wielu innych wspięło się na szczyty sławy i popularności jedynie po to, by potem przez lata znieczulać się narkotykami i używkami, nie mogąc znieść ani siebie, ani własnego życia. Skąd taka potrzeba anestezji? Czy ci ludzie odkryli sens i osiągnęli pełnię życia? Czy byli szczęśliwi? Kariery wielkich gwiazd zmuszają do refleksji. Okazuje się, że można stracić duszę, nie przestając odnosić sukcesów.

Znalazłszy się w bezbożnej pustce, Nietzsche jął twierdzić, że jeśli nie ma Boga, to Bogiem jesteśmy my. Odnajdujemy próżny i daremny sens w samopotwierdzeniu: potęga wszystko usprawiedliwia. Karol Marks zaoferował krótkie i fałszywe poczucie spełnienia tym, którzy zdecydują się walczyć o przyszły raj dla robotników, którego sami nigdy nie ujrzą. W latach dwudziestych XX wieku Kurtza z noweli Josepha Conrada pochłonęło Jądro ciemności; bohater opowiadania Franza Kafki, Gregor Samsa, budzi się pewnego dnia i odkrywa, że jest wielkim, tłustym robakiem. Podczas drugiej wojny światowej i po wojnie co wieczór spotykali się smutni, znużeni czekaniem klowni Samuela Becketta. Czekając na Godota, próbowali zabić czas, nim on ich zabije. Jean-Paul Sartre zareagował na pustkę Mdłościami. Bohaterowie Alberta Camusa strzelali do bezpłodnej nicości, znajdując pocieszenie w próżnej arogancji, wołającej „Nie ustąpię!”.

W powszedniejszej wersji tego samego dramatu Willy Loman w sztuce Arthura Millera Śmierć komiwojażera wraz ze swymi dwoma synami próbuje uzasadnić własne istnienie, goniąc za banalnym „amerykańskim snem”. Willy jest święcie przekonany, że „facet, który startuje w biznesie, musi mieć prezencję, tylko taki daleko zajedzie. Jak was będą lubić, to niczego wam nie zabraknie”6. Wystarczy wyglansować buty, uśmiechać się i pewnie ściskać dłonie klientów. W końcu, nękany halucynacjami, bez pracy, Willy za pożyczone pieniądze kupuje polisę ubezpieczeniową i odbiera sobie życie, by jego żona mogła spłacić kredyt zaciągnięty na kupno domu, w którym nikt nie będzie mieszkał. Synowie Willy’ego, Biff i Happy, także bez zastrzeżeń wierzą w amerykański sen. Biff jednak nie radzi sobie z wyzwaniami; po ukończeniu szkoły średniej błąka się to tu, to tam, ima się różnych zajęć, nie stroniąc też od drobnych kradzieży. Próbuje na ranczu pracy, która bardzo mu się podoba; nie potrafi jednak być szczęśliwy, gdyż nie da się w niej dużo zarobić. Happy ma dobrze płatną pracę, lecz idzie do łóżka z narzeczoną swego przyjaciela na tydzień przed ich ślubem. Usprawiedliwia się twierdzeniem, iż wszyscy wokół są tak fałszywi, że ich fałsz burzy jego ideały.

Poznałem kiedyś człowieka, który przyszedł do mnie, skarżąc się, że jest głęboko nieszczęśliwy. Nienawidził pracy, którą wykonywał; jego gniew był zaraźliwy, niszczył jego relacje z żoną i dziećmi. Gdy zapytałem, czy kiedykolwiek był szczęśliwy w pracy, odpowiedział natychmiast: „Oczywiście – na poprzednim stanowisku, z którego mnie awansowano. W poniedziałek nie mogłem się doczekać, kiedy pójdę do pracy”. Zapytałem, ile teraz zarabia; okazało się, że dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. Spytałem jeszcze, ile zarabiał na poprzednim stanowisku. Powiedział, że siedemdziesiąt pięć tysięcy. Zapytałem go, czy mógłby wrócić do dawnej pracy. Spojrzał na mnie zdziwiony. Po namyśle powiedział: „Proponuje ksiądz, bym zrezygnował z piętnastu tysięcy dolarów”. Czy te piętnaście tysięcy go uszczęśliwiało? Czy warto było dla nich narażać małżeństwo? Rozmawialiśmy dwukrotnie przez godzinę. Nie był w stanie zrezygnować z piętnastu tysięcy. „Spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (Mk 10, 22).

Członkowie pewnego plemienia afrykańskiego chwytają małpy, które potem zjadają. Drążą w tykwie otwór na tyle duży, że małpa może włożyć do niego rękę, i umieszczają w nim smakowitą przynętę, której zwierzę nie może się oprzeć. Gdy jednak małpa wkłada rękę do środka i chwyta przynętę, okazuje się, że nie może wyciągnąć ręki z przynętą z otworu. Nie chcąc puścić zdobyczy, umiera z głodu. Wielu uczonych sądzi, że małpy są naszymi kuzynami. Rodzinne podobieństwo jest w tym przypadku dość uderzające, zwłaszcza jeśli ludzie rezygnują właśnie z tego, co odróżnia nas od małp, to jest ze zdolności do rezygnacji z zaspokojenia pragnień dla ratowania życia.

Roszczenia i bezradność

Świat nieustannie przypomina nam, jak bardzo jesteśmy nienasyceni, jak wielkie są nasze potrzeby, których zaspokojenie ma zapewnić nam szczęście, na które tak bardzo zasługujemy. Zawsze jednak można zapragnąć czegoś jeszcze, czegoś, co pozostaje poza naszym zasięgiem. Jak lis Ezopa podskakujemy, chcąc schwycić upragnione dobra, i nie możemy ich dosięgnąć. Coraz więcej pracujemy, by wciąż coraz więcej kupować. Mimo to, jak już w 1965 roku śpiewali Stonesi, nic nas nie zaspokaja. „I Can’t Get No Satisfaction!” Kłapiemy zębami, w podskoku nie mogąc dosięgnąć wymarzonych winogron. Po pewnej liczbie takich prób nawet głupiec musi się przyznać do niepowodzenia. Wówczas mówimy, że pewnie i tak były kwaśne. To doświadczenie jest frustrujące: burzy nasze iluzje.

Jak na ironię, im bardziej media poszerzają do wymiarów globalnych granice naszej świadomości, tym bardziej zamkniętą, partykularną i defensywną postawę przyjmujemy.

Kilka lat temu aresztowano młodego człowieka, który zamordował staruszkę dla kwoty 30 dolarów. Zapytany, czy się wstydzi bądź żałuje swego czynu, odpowiedział: „Dlaczego? Przecież ona to nie ja”. Gdy to samo pytanie zadano seryjnemu zabójcy Tedowi Bundy’emu, odparł podobno: „O co tyle hałasu? Na świecie jest tylu ludzi”. Jean Twenge cytuje wypowiedź jednego z przedstawicieli pokolenia, które nazwała pokoleniem „ja”: „Zupełnie mnie nie obchodzi, co sądzi o mnie społeczeństwo. Żyję swoim życiem, zgodnie z normami moralnymi, poglądami i standardami, które sam tworzę”. Założę się, że autorka ta nie inspirowała się bynajmniej poglądami Nietzschego.

W obozach hitlerowskich zamordowano 15 milionów ludzi. O wiele więcej osób zginęło wskutek głodu i niewolniczej pracy. Wśród ofiar było sześć milionów Żydów; pozostali to przedstawiciele innych narodów. Wielka czystka, przeprowadzona przez Stalina w latach 1936-1938, pochłonęła 20 milionów ofiar, w większości osób wykształconych. Podczas wielkiego skoku, kampanii politycznej i gospodarczej przeprowadzonej w Chinach przez Mao Tse-tunga w latach 1958--1961, w ciągu trzech lat zabito 30 milionów ludzi. W Ruandzie w roku 1995 przez 100 dni Hutu zabili 800 tysięcy Tutsi, ponieważ „nie byli tacy jak my”.

Na całej naszej planecie żyje 35 milionów uchodźców; jest ich zatem więcej niż wszystkich mieszkańców Kanady. W Afryce mieszka 12 milionów sierot, których rodzice zmarli na AIDS. Każdego roku w wyniku aborcji ginie 15 milionów dzieci, dwa razy więcej niż populacja Irakijczyków. Prawdopodobieństwo, że pierwsze małżeństwo w ciągu pięciu lat zakończy się separacją lub rozwodem, wynosi dziś 20 procent; zarazem w ciągu pięciu lat rozpada się 49 procent związków przedmałżeńskich. Jedna trzecia rodzin amerykańskich to samotni rodzice. Dzieci wychowywane bez ojca dwa razy częściej nie kończą szkoły, stanowią 72 procent wszystkich młodocianych morderców i jedenaście razy częściej bywają sprawcami przemocy i agresji. Zabójstwo jest jedną z najczęstszych przyczyn śmierci nastolatków, zaraz po wypadkach samochodowych, w 60 procentach przypadków związanych ze spożyciem alkoholu.

Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;

Czysta anarchia szaleje nad światem.

Nie po raz pierwszy w historii wszyscy widzimy, że nasz świat się rozpada. Jednak wobec codziennego zalewu informacji o ogromnej ilości przerażających wydarzeń – strzelanin na mieście, ataków zamachowców-samobójców, zamachów terrorystycznych i tym podobnych okropieństw – stajemy się nieczuli na zło. Patrzymy na nie tak, jak patrzymy na zaśmiecanie ulic, na graffiti i hałasy czy choćby na szczególnie natrętne reklamy. Nie obchodzi nas dziura ozonowa, przez którą nasze wnuki być może będą umierać na raka, nie obchodzą nas małe dzieci mordowane co kilka dni w Nowym Jorku i żołnierze powracający w trumnach z Iraku i z Afganistanu. Jeśli to wszystko jest nam zupełnie obojętne, to cóż nas jeszcze mogą obchodzić nasze drobne grzechy?

Każdy jest bezradny, nikt nie czuje się odpowiedzialny. Wszystko to zupełnie nas przerasta. Powtarzamy sobie: „jestem nikim”, i stwierdzenie to staje się samospełniającą się przepowiednią. Jak pisze psycholog Robert Johnson:

Ludzie Zachodu są dziećmi wewnętrznego ubóstwa, choć na zewnątrz zdawać by się mogło, że mamy wszystko. Prawdopodobnie jeszcze nigdy w historii ludzie nie byli tak samotni, tak wyalienowani, tak zdezorientowani w kwestiach wartości, tak neurotyczni. Z siłą młota parowego i z elektroniczną precyzją podporządkowaliśmy sobie środowisko. Gromadzimy bogactwa na niespotykaną dotąd skalę. Niewielu z nas jednak może o sobie powiedzieć, że są pogodzeni z sobą, bezpieczni w relacjach z innymi, zadowoleni ze swoich miłości i zadomowieni w świecie, w którym żyją7.

Uwalniając się od przesądów, zgubiliśmy dusze. Nie czcimy wprawdzie diabła, lecz znieczulamy się do nieprzytomności. Nie uważamy już – jak wiele ludów pierwotnych – ziemi za matkę; dla nas jest ona jedynie warstwą gleby, pod którą mogą się kryć złoża ropy czy uranu. Wraz z rozwojem astronomii gwiazdy utraciły swój boski charakter; w dobie nawozów sztucznych nie potrzebujemy już krwi Adonisa. I wiemy, że buntownik bez powodu nie pójdzie do piekła. Wiemy, że zmierza donikąd.

Ciągle to jutro, jutro i znów jutro

Wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia

Aż do ostatniej głoski czasokresu;

A wszystkie wczora to były pochodnie,

Które głupocie naszej przyświecały

W drodze do śmierci. Zgaśnij, wątłe światło!

Życie jest tylko przechodnim półcieniem,

Nędznym aktorem, który swoją rolę

Przez parę godzin wygrawszy na scenie

W nicość przepada – powieścią idioty,

Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą.

Szekspir, Makbet, akt V, scena 5

(tłum. Józef Paszkowski)

Richard Dawkins stwierdza bezlitośnie: „To jedna z najtrudniejszych do zaakceptowania przez ludzi nauk, wynikających z obserwacji przyrody. My, ludzie, nie potrafimy pogodzić się z myślą, że coś może nie być ani złe, ani dobre, ani okrutne, ani łaskawe, lecz zwyczajnie obojętne, bezduszne i bezcelowe”8.

Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych

Kipi żarliwa i porywcza moc...

Zapominamy o tym, że tacy ludzie, jak Martin Luther King, Nelson Mandela, Lech Wałęsa czy matka Teresa z Kalkuty, którzy wpłynęli na kształt i losy świata, kiedyś także byli nikim. Czy weszli zatem w posiadanie jakiejś tajemnicy, której nie sposób nauczyć się w szkole? Czy też może po prostu dali się zwieść i byli naiwnymi idealistami?

Już sam lęk, który w głębi nas samych domaga się sensu w bezsensownym wszechświecie, objawia ukryte w nas głęboko przekonanie, że musi istnieć coś, co nadaje światu sens. O ile wiemy, żadna samica wydając na świat swe małe, nie drży na myśl, że kiedyś umrą; zdarza się to wyłącznie u ludzi. Cierpimy na nieustanne, powszechne, właściwe tylko człowiekowi pragnienie sensu, celu, zbawienia. Nasza inteligencja, odróżniająca nas od zwierząt, nie może pojąć faktu, że ze wszystkich znanych nam istot tylko my łakniemy pokarmu, który nie istnieje. Tarrou, bohater Dżumy Camusa, mówi o Bogu: „Drań! Nie istnieje”. Co by jednak było, gdyby Bóg istniał? Poczulibyśmy wielką ulgę, mogąc wreszcie Kogoś oskarżyć i obwinić!

2. Najważniejsza jest pokora

A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę

(tłum. Jan Szwykowski)

Najzwięźlej o szczęście zapytał Kurt Vonneggut: „Po cóż, u diabła, są ludzie?”. Labrador merda ogonem jak wiatrak, gdy wskakuje do wody i wyciąga z niej rzucone mu patyki. Robi to nawet wtedy, gdy jest zmęczony i ledwo dyszy. Dlaczego? Bo taki się urodził. Oto kluczowe pytanie, którego nie zauważają wszystkie czysto racjonalistyczne teorie człowieka: dlaczego krzyczymy „wow!”? Na czym polega cud olśnienia, który wyrywa nas z apatii? Co sprawia, że my merdamy ogonami, nawet jeśli jesteśmy zmęczeni?

Założywszy oczywiście, że chcemy nie tylko przeżyć, lecz być szczęśliwi.

Sokrates, ojciec filozofii zachodniej, mawiał, że początkiem drogi wiodącej ku mądrości – ku „celowi i sensowi życia” – jest przyznanie się do naszej własnej niewiedzy. Ponieważ miał w sobie dość pokory, by przyznać, że nie posiadł mądrości, mógł odtąd nieustanie jej poszukiwać. Przyjął do wiadomości gorzką prawdę, że rzeczywistość zbyt nas przerasta, by prawda o niej zmieściła się w naszych ograniczonych głowach. Jak stwierdził G.K. Chesterton, arcymistrz szachowy – racjonalista – próbuje przepłynąć bezkresne morze, sprowadzając w ten sposób nieskończoność do skończoności. Poeta natomiast, świadomy bezkresu i bezmiaru morza, objawia nam ukryte w nim nieskończone możliwości. Płynąc po nim, już jesteśmy u celu.

Wedle Konfucjusza „pokora jest solidnym fundamentem wszystkich cnót”. Augustyn uważał, że pokora jest najważniejszym wymiarem religijności. Według Franciszka Salezego prawdziwa pokora polega na widzeniu siebie takimi, jakimi widzi nas Bóg – ani większymi, ani mniejszymi, niż jesteśmy w rzeczywistości. Lapidarnie ujął to zagadnienie znany z komiksów Snoopy: „Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że możesz nie mieć racji?”.

Pokora nie jest objawem nieśmiałości. Nie jest też samoponiżeniem, uchodzącym za pokorę wśród nieszczęśników, którzy nie mogą zdobyć się na dumę z własnych osiągnięć nawet wówczas, gdy uda im się z trudem wywalczyć sukces. Greckie słowo, które często błędnie tłumaczymy jako „pychę” – mówiąc na przykład, że „pycha wiedzie do upadku” albo że „gdy bogowie chcą kogoś pokarać, czynią go pysznym” – brzmi hybris. Grecka hybris nie jest słuszną dumą z tego, że dajemy z siebie wszystko, lecz przejawem próżności i arogancji, impertynencją Adama i Edypa, którzy uznali, że nie potrzebują już bogów, że nie muszą im być już wdzięczni i uznawać własnych ograniczeń, jak czynią ludzie oddający cześć wyższym mocom.

W języku łacińskim słowo „pokora” – humilitas – wywodzi się od rzeczownika humus, czyli „ziemia”. Całkiem trafnie pokorę można zatem zdefiniować jako postawę człowieka, który twardo stąpa nogami po ziemi, realisty, który wie, kim jest i gdzie jest jego miejsce w porządku wszechświata. Nie chcąc uznawać się ani za kogoś większego, ani za mniejszego niż w rzeczywistości, człowiek pokorny wie, że nie jest ani królem, ani sługą, lecz, jak sugerował Jezus, jednym z równych, przyjacielem władcy, który zasiada z nim na radzie i do stołu.

Zgrabnie ujął to Thomas Stearns Eliot, wkładając w swej „Pieśni miłosnej J. Alfreda Prufrocka” w usta Poloniusza słowa:

Nie, nie jestem księciem Hamletem ani być myślałem;

Jestem członkiem orszaku, to ten

Co sprzyja wydarzeniom, otwiera jedną czy dwie ze scen,

Doradza księciu, bez wątpienia poręczne narzędzie,

Nader uległy, chętny poleceniom,

polityczny, roztropny, skrupulant;

Pełen wzniosłych sentencji, ale tępy nieco;

Czasem, po prawdzie, niemal śmieszny –

Czasem prawie Błazen.

(tłum. Michał Sprusiński)

Ci, którzy bez niezdrowych ambicji poszukują prawdy, potrafią śmiać się z siebie, biorąc siebie wprawdzie na serio, lecz nie zanadto serio.

Co skłania nas do pokory

Absolutna pewność – w polityce, w religii i we wszelkich innych dziedzinach ludzkich dociekań – jest wrogiem prawdy. Pewność jest wielkim grzechem, wątpienie zaś jest wielką cnotą, gdyż wątpiąc, przyznajemy, że nawet jeśli Boga nie ma, to i tak sami nie damy rady. Wątpliwości chronią nas przed pewną siebie, nierozważną głupotą. Zmuszają do poszukiwania wyjaśnień lepszych niż te, które dotąd nas zadowalały. Pewność to postawa dżihadystów, kamikadze i uczniów klas przedmaturalnych.

Zwłaszcza tym spośród nas, którzy uważają się za osoby wykształcone, przydałoby się ściągnięcie z piedestału, sokratejska, uczciwa świadomość własnej niewiedzy. (Niewiedza jest być może jedną z przyczyn, dla których Bóg dopuszcza cierpienie.) Stwierdzić, że zakończyliśmy nasze poszukiwania, będziemy mogli dopiero wtedy, gdy zejdziemy z tego świata.

Rzeczy, których nie widzimy, jest więcej niż przedmiotów materialnych, które postrzegamy naszymi zmysłami – nawet tych, które odkrywamy dzięki potężnym mikroskopom i teleskopom. A co dopiero mówić o owych szczególnych aspektach życia ludzkiego, które scjentyzm uznałby za nieistotne i niegodne refleksji, takich jak honor, nienaruszalność zasad, doskonalenie się, by móc lepiej służyć innym. Zatrzymajmy się na razie przy kwestii owych tajemniczych elementów świata materialnego, który wydaje się nam mniej więcej zrozumiały, choć tak naprawdę tylko udajemy, że rozumiemy. Oszukiwanie siebie nie jest wcale trudne.

W naszym ciele znajduje się 35 milionów gruczołów trawiennych, które bez udziału naszej świadomości trawią spożyty pokarm. Nasz kwas żołądkowy w ciągu tygodnia rozpuściłby żyletkę; dlatego mniej więcej co trzy dni w żołądku musi wymieniać się cała błona śluzowa, w przeciwnym bowiem wypadku organ ten sam by się strawił. Wymaga to regeneracji w tempie pół miliona komórek na minutę. Co siedem lat wymianie ulega cały ludzki szkielet. Gdyby DNA człowieka rozplątać i rozciągnąć tak, by tworzyło jedną długą nitkę, można by nią 100 tysięcy razy owinąć odcinek równy odległości pomiędzy Ziemią i Księżycem. Ów cudowny, niestrudzony proces przemiany nieustannie dokonuje się w każdym ludzkim organizmie.

Gdy się o tym dowiedziałem, zawołałem głośno: „Wow!”.