Wydawca: Grupa Dutkon.pl Ltd. Kategoria: Specjalistyczne Język: polski

Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch! ebook

Maciej Dutko

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch! - Maciej Dutko

Patroni Medialni i Sponsorzy:

Allegro dziennik-internautow istore-logo
Kontestacja Nasza Kasa Maklamp

.................................................................................................................................................................................

Pierwsza polska książka o personal branding!

Skończyły się czasy mecenasów. Wszechobecny wyścig chomików (bo już nawet nie szczurów...) oraz skupienie na własnym nosie powoduje, że bardziej prawdziwe niż kiedykolwiek wcześniej stało się porzekadło: jeśli umiesz liczyć, licz na siebie. Maciej Dutko (ze wstępu)

To książka dla młodych i mniej młodych, którzy chcą zaistnieć, budując swoją osobistą markę. Bez układów, bez pieniędzy, bez ciągłego biegu w cudzym zaprzęgu (czytaj: na etacie w korporacji). Personal branding bez tajemnic i w polskich realiach!

 

Parametry:

  • format książki: A5
  • format e-booka: efekttygrysa-pdf PDF + efekttygrysa-epub ePub + efekttygrysa-mobi Mobi
  • strony: 160
  • druk: kolor, offset, 90 g
  • okładka: miękka
  • ISBN: 978-83-64845-00-0

 

Dowiedz się:

  • dlaczego bez własnej marki nie przetrwasz w XXI wieku?
  • jakie hamulce ograniczają Twoją rozpoznawalność i jak je wyłączyć?
  • dlaczego dobrze jest wydać książkę i jak zrobić to... za 5 zł?
  • jak mądrze budować wizerunek na Facebooku i na Youtube?
  • czy opłaca się prowadzić bloga eksperckiego i jak to robić?
  • w jaki sposób zaistnieć w głównych mediach?
  • czym są i jak stosować “dźwignie brandingowe”?
  • czy warto budować markę przez udział w konferencjach i seminariach?
  • czy zapach i czcionka mogą być “utrwalaczami” Twojej marki?
  • dlaczego Twoje cv... jest nudne jak dziura w bucie i jak to zmienić?
  • z jakiego powodu musisz budować strategiczne portfolio?
  • co warto wiedzieć o statystykach własnych działań i jak je wykorzystać?
  • jak zdobyć rekomendacje, które wypozycjonują Twoją markę?
  • jak nie stać się kolejną cenodajką, czyli dlaczego Twoi klienci kochają... kiedy jesteś droższy od innych?

 

  Zobacz slajdy z prapremiery książki w Londynie (27.06.2014):

 Powyższa prezentacja jest wolna - możesz kopiować i udostępniać (bez zmiany treści i formy) :)

 

  O Autorze (z okładki):

<strong>Maciej Dutko</strong>

 

Bądź Tygrysem! Polub książkę na Facebooku i bądź na bieżąco:

 

 

 

Spis treści:

Dwie wiadomości,  czyli tytułem wstępu (9)

Dzieckiem w kolebce  kto łeb urwał Hydrze...  (13)

Garść sprawdzonych „jaków” (17)

Konferencje – wypał czy nie? (17)

Publikuj i zapisuj się w branży! (20)

„Kup pan magisterkę!”(22)

Własna książka za 5 zł? Czemu nie! (27)

A może e-book na początek? (44)

Tutoriale tematyczne (49)

Być w mediach, czyli parcie na szkło (50)

Od dźwigni do kostek domina (51)

Personal branding to też branding... (57)

Barwy firmowe (57)

Logo/logotyp (60)

Czcionka (62)

Inne budulce brandingu (67)

Nietypowe elementy imidżu (71)

Strona WWW (75)

Dobra domena (76)

Dobra jakość strony (78)

Dobry content (80)

Ekspozycja sukcesów i osiągnięć (81)

Promocja strony (82)

CV or not cv? – oto jest pytanie (83)

Ludzie blogi piszą... (102)

Obecność w soc-mediach (104)

Facebook, of course (104)

Eksperć się na Youtube (109)

Jesteś wiki = jesteś sexi! (115)

Profeo i spółka (117)

Magiczne słowa: portfolio i rekomendacja (119)

Portfolio znaczy teczka (121)

Opinie – współczesne wyrocznie (122)

Cudza marka dźwignią Twojej (130)

Liczby a skromność – co ma piernik...? (134)

Graj ceną (141)

Koniec.  A może dopiero początek? (155)

Lokowanie produktów (157)

Efekt tygrysa - <strong>Maciej Dutko</strong>

Recenzje i informacje w mediach:

GazetaPraca - wywiad o wizytówkach

  

© Książka i strona www.efekttygrysa: Maciej Dutko & Akademia Internetu  
© Projekt okładki i kotów: Dominika Zakrzewska & frontDESIGN.pl
 
© Spot wideo: Łukasz "Socz" Solarski & BlogShow.pl
  

Opinie o ebooku Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch! - Maciej Dutko

Fragment ebooka Efekt tygrysa - puść swoją osobistą markę w ruch! - Maciej Dutko

Ma­ciej Dut­ko

efektty­gry­sa

– puść swo­ją oso­bi­stą mar­kę w ruch!

Ce­lem tej pu­bli­ka­cji jest wpro­wa­dze­nie Czy­tel­ni­ka w te­mat bu­do­wa­nia mar­ki wła­snej. Książ­ka ad­re­so­wa­na jest do osób, któ­re chcą za­in­we­sto­wać odro­bi­nę cza­su i wy­sił­ku w stwo­rze­nie war­to­ścio­we­go wi­ze­run­ku wła­sne­go. A dziś, w XXI wie­ku, jest ku temu na­praw­dę wie­le moż­li­wo­ści. Wszyst­kim im na­da­je się co­raz mod­niej­sze w ostat­nich la­tach mia­no per­so­nal bran­din­gu.

Pu­bli­ka­cja ta po­wsta­ła dość spon­ta­nicz­nie. To efekt „ubocz­ny” za­pro­sze­nia na wy­kład go­ścin­ny, ja­kie otrzy­ma­łem od Uni­wer­sy­te­tu Ada­ma Mic­kie­wi­cza w Po­zna­niu. Za­ło­że­niem było, że opo­wiem mło­dym na­ukow­com – głów­nie dok­to­ran­tom i dok­to­rom – o moż­li­wo­ściach nie­stan­dar­do­we­go i nie­ba­nal­ne­go wy­pro­mo­wa­nia się w swo­jej bran­ży i na ryn­ku. W trak­cie czy­nie­nia no­ta­tek do wy­kła­du oka­za­ło się, że – za­miast kil­ku­stro­ni­co­we­go skryp­tu – po­wstał stu kil­ku­dzie­się­cio­stro­ni­co­wy po­rad­nik z tej te­ma­ty­ki. I oto jest.

Dwie wiadomości, czy­li ty­tu­łem wstę­pu

Skoń­czy­ły się cza­sy me­ce­na­sów. Wszech­obec­ny wy­ścig cho­mi­ków (bo już na­wet nie szczu­rów...) oraz sku­pie­nie na wła­snym no­sie (moja ka­rie­ra, moja pod­wyż­ka, moje pie­nią­dze, moja pra­ca, mój suk­ces...) po­wo­du­je, że bar­dziej praw­dzi­we niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej sta­ło się po­rze­ka­dło: je­śli umiesz li­czyć, licz na sie­bie. To wia­do­mość na po­zór zła.

Mó­wię „na po­zór”, po­nie­waż w tej trud­nej sy­tu­acji tkwi świet­na szan­sa na roz­wój. Gdy­by nie kon­ku­ren­cja, by­li­by­śmy ame­ba­mi – po­wie­dział se­ria­lo­wy dok­tor Ho­use. Dla­te­go za­ostrzo­na ry­wa­li­za­cja o za­ist­nie­nie w da­nym śro­do­wi­sku czy bran­ży po­wo­du­je, że albo trze­ba stwo­rzyć coś na­praw­dę in­no­wa­cyj­ne­go i war­to­ścio­we­go, albo przy­naj­mniej umie­jęt­nie pro­mo­wać swo­ją mar­kę. A naj­le­piej – jed­no i dru­gie. Jed­no i dru­gie bo­wiem ozna­cza roz­wój.

Do­rad­cy pro­pa­gu­ją­cy roz­wój oso­bi­sty bar­dzo czę­sto mó­wią: Nie po­rów­nuj się do in­nych – za­wsze znaj­dzie się ktoś lep­szy (a to ro­dzi fru­stra­cję), za­wsze bę­dzie też ktoś gor­szy (co z ko­lei wy­wo­łu­je dumę i próż­ność). O ile z dru­gą czę­ścią tego zda­nia trud­no się nie zgo­dzić, o tyle tezę o nie­po­rów­ny­wa­niu się na­le­ży zre­wi­do­wać.

W mo­jej oce­nie mą­dre po­rów­ny­wa­nie się może dać do­bry punkt od­nie­sie­nia; nie cho­dzi o to, by za­pa­mię­ta­le i na śle­po ści­gać się z in­ny­mi, lecz aby rów­nież w in­nych lu­dziach szu­kać tak in­spi­ra­cji, jak i prób po­ko­na­nia wła­snych sła­bo­ści. Wszak do­bra ener­gia czę­sto pły­nie wła­śnie z ze­wnątrz, a we­wnętrz­ny roz­wój oso­bi­sty w du­żym stop­niu jest jej po­zy­tyw­nym skut­kiem.

Do­bra wia­do­mość jest taka, że dziś – jak ni­g­dy wcze­śniej – dys­po­nu­je­my po­tęż­ną por­cją na­rzę­dzi, tech­nik i stra­te­gii (na­zwij­my je po pro­stu moż­li­wo­ścia­mi) na po­ka­za­nie świa­tu swo­jej naj­lep­szej stro­ny i za­chę­ce­nie go do... za­in­we­sto­wa­nia w nas. Przy czym pod „świat” pod­staw do­wol­nie: swo­je­go obec­ne­go lub po­ten­cjal­ne­go sze­fa, me­dia, in­we­sto­rów czy kon­tra­hen­tów biz­ne­so­wych albo – po pro­stu – zle­ce­nio­daw­ców vel klien­tów.

Wiesz do­sko­na­le, że aby „wy­bić się” nie wy­star­czy już tyl­ko obec­ność na Fa­ce­bo­oku, sku­tecz­ne wy­po­zy­cjo­no­wa­nie w Go­ogle czy ko­mer­cyj­na pro­mo­cja swo­ich usług przez Ad­Words. To pierw­sze – jest ba­nal­ne i do­stęp­ne dla każ­de­go (acz nie każ­dy po­tra­fi na Fa­ce­bo­oku „być” w spo­sób mą­dry, o czym bę­dzie jesz­cze mowa). Wy­so­ka po­zy­cja w Go­ogle z ko­lei to coś, cze­go nie osią­ga się z dnia na dzień, a na­kład cza­su i pra­cy nie za­wsze jest ade­kwat­ny do efek­tu; ten ostat­ni z ko­lei nie jest też trwa­ły, bo wal­ka o miej­sce w czo­łów­ce jest za­wsze za­żar­ta. Kam­pa­nia re­kla­mo­wa w Ad­Words na­to­miast już na wstę­pie wy­ma­ga za­in­we­sto­wa­nia pie­nię­dzy, a z tymi za­zwy­czaj cięż­ko nam się roz­stać...

Ja­kie więc pod­jąć kro­ki, aby dla ryn­ku pra­cy, w biz­ne­sie czy wśród in­we­sto­rów nie po­zo­stać tyl­ko jed­nym z ano­ni­mo­wych ab­sol­wen­tów jed­nej z mniej lub bar­dziej pre­sti­żo­wych uczel­ni?

Ta książ­ka jest tro­chę „zen”, a tro­chę „nie-zen”. Nie zen dla­te­go, że nie od­ry­wam się w niej od wła­sne­go „ja”, a wręcz nad­uży­wam za­im­ków: „ja”, „mnie”, „mój”, „moje”... To dla­te­go, że mó­wiąc o moż­li­wo­ściach sku­tecz­nej au­to­pro­mo­cji, ba­zu­ję głów­nie na przy­kła­dach naj­bliż­szych, bo wła­snych. Z rzad­ka tyl­ko przy­ta­czam cie­ka­we „kej­sy” cu­dze, któ­re rów­nież są źró­dłem in­spi­ra­cji.

Zen na­to­miast tkwi w za­ło­że­niu, iż aby sku­tecz­nie się wy­pro­mo­wać, war­to jed­nak po­trak­to­wać sie­bie sa­me­go w pew­nym sen­sie jako nie­za­leż­ny obiekt. Pro­po­nu­ję nie­co spi­ry­ty­stycz­ną po­sta­wę: wyj­ście z cia­ła, sta­nię­cie obok, spoj­rze­nie z dy­stan­su i moż­li­wie przed­mio­to­wą oce­nę wła­snej oso­by. Czy­li tak, jak robi to sprze­daw­ca, któ­ry – chcąc prze­ko­nać na­byw­cę do swo­jej ofer­ty – przed­sta­wia ją w su­per­la­ty­wach, ale z per­spek­ty­wy ze­wnętrz­nej.

W tym miej­scu za­sad­ni­cze py­ta­nie: czy po­tra­fisz po­pa­trzeć na sie­bie jak na „pro­dukt”, któ­ry może być atrak­cyj­ny rów­nież dla in­nych? Czy może jed­nak ta­kie uprzed­mio­to­wie­nie ro­dzi w To­bie ra­czej obu­rze­nie? Je­śli udzie­li­łeś od­po­wie­dzi „a”, zna­czy to, że masz już na tyle dy­stan­su do sa­me­go sie­bie, iż mo­żesz za­cząć my­śleć o swo­jej oso­bi­stej mar­ce, a o so­bie – jako o war­to­ści dla in­nych. A to, jak są­dzę, punkt wyj­ścia do suk­ce­su w per­so­nal bran­din­gu, czy­li bu­do­wa­niu swo­jej oso­bi­stej mar­ki.

Two­ja mar­ka jest jak dom: oprócz fun­da­men­tów (dzie­ciń­stwo), ścian i da­chu (wy­cho­wa­nie) i wy­po­sa­że­nia wnę­trza (wy­kształ­ce­nie, do­świad­cze­nie, roz­wój oso­bi­sty), jest też wy­koń­cze­nie ze­wnętrz­ne: ele­wa­cja, ogró­dek, drzew­ka. Czy­li to wszyst­ko, co do­dat­ko­wo po­wo­du­je, że do ta­kie­go domu miło jest wra­cać, ale i za­pra­szać go­ści (in­we­sto­rów).

Za­da­nie dla Cie­bie: pod­czas lek­tu­ry tej książ­ki spójrz na sie­bie jak na go­to­wy dom w sta­nie su­ro­wym za­mknię­tym, czy­li taki, któ­ry ma już fun­da­men­ty, ścia­ny, dach i okna, ale któ­ry musi też na­być du­szy i ze­wnętrz­ne­go cha­rak­te­ru. Nad tym bo­wiem bę­dzie­my pra­co­wać.

Dziec­kiem w ko­leb­ce kto łeb urwał Hy­drze...

...ten mło­dy zdu­si Cen­tau­ry, Pie­kłu ofia­rę wy­drze, Do nie­ba pój­dzie po lau­ry.

Pa­mię­tasz?

Jed­na z hydr, któ­re sto­ją na Two­jej dro­dze, to wpo­jo­ny nam przez ro­dzi­ców, szko­łę i Ko­ściół do­gmat: mu­sisz być skrom­ny i po­kor­ny. Tym­cza­sem dro­ga do Mic­kie­wi­czow­skie­go nie­ba by­naj­mniej nie wie­dzie przez po­ko­rę i skrom­ność, któ­re – czę­sto źle ro­zu­mia­ne – są po pro­stu ha­mul­ca­mi roz­wo­ju. A na pew­no – ha­mul­ca­mi pro­mo­cji sa­me­go sie­bie.

Dla­cze­go tak się dzie­je, że bo­imy się za­im­ków „ja”, „mnie”, „moja”? Po­wo­dów jest wie­le. Głów­na wy­mów­ka brzmi: bo to nie wy­pa­da. Albo: nie na­le­ży się wy­chy­lać (rów­nież w wer­sji: nie pchaj się na afisz). Zgo­da: je­śli fak­tycz­nie nie masz nic war­to­ścio­we­go do po­ka­za­nia świa­tu, bez­sen­sem bę­dzie pcha­nie się do pri­me time’u – koszt to wy­so­ki, a efek­tyw­ność – wąt­pli­wa. Za­kła­dam jed­nak, że każ­dy choć­by śred­nio kre­atyw­ny czło­wiek ma do za­ofe­ro­wa­nia coś, co jest w sta­nie za­in­te­re­so­wać, je­śli nie od razu cały świat, to przy­naj­mniej pew­ną bran­żę, sek­tor prze­my­słu, gru­pę od­bior­ców in­dy­wi­du­al­nych lub choć­by lo­kal­ną fir­mę. Ina­czej jed­nak pa­trzy się dziś na „no name-y”, czy­li pro­duk­ty i oso­by nie­mar­ko­we, nie­roz­po­zna­wal­ne, a ina­czej na coś, co już zna­my.

Dla­te­go bu­do­wa­nie oso­bi­stej mar­ki jest kwe­stią fun­da­men­tal­ną. Zwłasz­cza na po­cząt­ku ka­rie­ry za­wo­do­wej, któ­ra – głów­nie na tle wy­so­kie­go wie­ku eme­ry­tal­ne­go – ma prze­cież po­trwać ja­kieś 50 lat...

Czy to zna­czy, że dla czło­wie­ka po czter­dzie­st­ce jest już za póź­no? Skąd­że! W ostat­nich la­tach po­zna­ję co­raz wię­cej osób, któ­re przez pierw­sze 15-18 lat swo­jej pra­cy za­wo­do­wej na­by­wa­ły kom­pe­ten­cji i do­świad­cze­nia jako eta­tow­cy pod cu­dzą mar­ką, a kie­dy – z róż­nych po­wo­dów – prze­sta­ło im to od­po­wia­dać, po­rzu­ci­ły tę złud­ną, a czę­sto fru­stru­ją­cą stre­fę „kom­for­tu” (cu­dzy­słów – nie­przy­pad­ko­wy) i za­czę­ły świa­do­mie pro­mo­wać sie­bie jako eks­per­tów z kil­ku­na­sto­let­nim prze­cież do­świad­cze­niem w bran­ży. Przy­kład: moja sio­stra Anna, z któ­rej je­stem nie­mi­ło­sier­nie dum­ny – oto bo­wiem po 17 la­tach pra­cy jako pro­jek­tant wnętrz w kil­ku sa­lo­nach me­blo­wych, rzu­ci­ła to i za­ło­ży­ła wła­sną fir­mę. Zaś swo­ją oso­bi­stą mar­kę, jaką w tej bran­ży już ma, uczy­ni­ła lo­ko­mo­ty­wą, któ­ra da jej nie tyl­ko wol­ność od mniej lub bar­dziej ty­ra­ni­stycz­nych sze­fów, ale przede wszyst­kim roz­wój wła­sny. A to – przy­znasz – chy­ba mą­drzej­sza per­spek­ty­wa niż do­ży­wot­nia pra­ca na rzecz cu­dzej mar­ki oraz... cu­dze­go kon­ta ban­ko­we­go.

Dbaj więc usta­wicz­nie o wzmac­nia­nie i pro­mo­cję swo­jej mar­ki. Oczy­wi­ście je­śli masz aspi­ra­cje zo­stać kimś wię­cej niż ano­ni­mo­wym pra­cow­ni­kiem do­wol­nej ta­śmy pro­duk­cyj­nej w do­wol­nej kor­po­ra­cji. Do­daj­my: pra­cow­ni­kiem, któ­re­go moż­na wy­mie­nić rów­nie ła­two, jak inną zu­ży­tą część ta­kiej ta­śmy...

Garść sprawdzonych „jaków”

Spo­so­bów na per­so­nal bran­ding jest wie­le. Oto pa­kiet prak­tycz­nych i spraw­dzo­nych „w re­alu” moż­li­wo­ści, po­zwa­la­ją­cych na spraw­ne i sku­tecz­ne bu­do­wa­nie wła­snej mar­ki, czy­li roz­po­zna­wal­nej in­dy­wi­du­al­no­ści.

Kon­fe­ren­cje – wy­pał czy nie?

Obec­ność na róż­ne­go ro­dza­ju „spę­dach” lu­dzi sku­pio­nych wo­kół da­nej dzie­dzi­ny wie­dzy lub bran­ży, to nie­wąt­pli­wie je­den z naj­lep­szych i naj­szyb­szych spo­so­bów na „prze­siąk­nię­cie” tak te­ma­ty­ką, jak i kon­tak­ta­mi. Pro­fe­sjo­na­li­za­cja i do­sko­na­le­nie swo­ich kom­pe­ten­cji – to jed­no. Na­wią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści i bu­do­wa­nie ne­twor­kin­gu – dru­gie. Pro­mo­wa­nie swo­jej oso­by (dać się po­znać jako znaw­ca te­ma­ty­ki) – to z ko­lei jesz­cze jed­na ko­rzyść tego ro­dza­ju spo­tkań. Rzekł­bym – trze­cia stro­na me­da­lu.

W przy­pad­ku mło­dych adep­tów na­uki (głów­nie dok­to­ran­ci i dok­to­rzy), funk­cję ta­kiej tram­po­li­ny speł­nia­ją kon­fe­ren­cje, sym­po­zja i se­mi­na­ria na­uko­we (choć sam za­wsze mia­łem pro­blem z od­róż­nie­niem jed­nych od dru­gich;). Je­śli dzia­łasz na­to­miast w ja­kimś prak­tycz­nym ob­sza­rze, war­to zo­rien­to­wać się, ja­kie w Two­jej dys­cy­pli­nie od­by­wa­ją się im­pre­zy bran­żo­we i eks­perc­kie. Do in­for­ma­cji o nich do­trzesz naj­ła­twiej za po­śred­nic­twem dzia­ła­ją­cych w da­nej sfe­rze or­ga­ni­za­cji, sto­wa­rzy­szeń czy fun­da­cji i – oczy­wi­ście – ich stron in­ter­ne­to­wych).

Za­sa­da nr 1: Na­le­ży by­wać we wła­ści­wych miej­scach. Niby to tru­izm, ale zda­rza się na­der czę­sto, że pro­mo­to­rzy na uczel­ni lub sze­fo­wie w fir­mie, do któ­rych spły­wa­ją wszel­kiej ma­ści za­pro­sze­nia, wy­sy­ła­ją nas byle na Wschód, gdzie musi być ja­kaś cy­wi­li­za­cja. Zda­rza się więc, że lą­du­je­my na dum­nie zwa­nej Mię­dzy­na­ro­do­wej Kon­fe­ren­cji w przy­sło­wio­wej Ko­ziej Wól­ce, gdzie je­dy­nym ele­men­tem „mię­dzy­na­ro­do­wo­ści” jest zgrzy­bia­ły pro­fe­sor Żi­vek ze Sło­wa­cji, za­pro­szo­ny li tyl­ko ze wzglę­du na po­wo­jen­ną za­ży­łość z dzi­siej­szym dzie­ka­nem... A poza nim za­szczyt­ne gre­mium 12 rów­nie ży­wot­nych sta­rusz­ków, któ­rych wza­jem­ną re­la­cję naj­le­piej okre­śla sfor­mu­ło­wa­nie „kół­ko wza­jem­nej ad­o­ra­cji”. Z tego ro­dza­ju kon­fe­ren­cji nie wy­nie­sie­my za­zwy­czaj wie­le wię­cej oprócz gar­ści nie­do­je­dzo­nych cia­stek... No do­brze, być może za­pad­nie­my jesz­cze w wąt­pli­wą, a i krót­ką pa­mięć jed­ne­go z Wiel­kich.

Ta sama uwa­ga do­ty­czy im­prez bran­żo­wych. Są wśród nich oczy­wi­ście war­to­ścio­we spo­tka­nia ne­twor­kin­go­we, kon­fe­ren­cje pro­duk­to­we czy im­pre­zy po­zwa­la­ją­ce na sku­tecz­ną pro­mo­cję (a nie­kie­dy na­wet po­zy­ska­nie fi­nan­so­wa­nia) start-upów. Ale jesz­cze wię­cej tego ro­dza­ju spę­dów to nie­rzad­ko wy­łącz­nie oka­zja do za­cie­śnia­nia współ­pra­cy i kon­tak­tów przy kie­lisz­ku „her­ba­ty”. Oczy­wi­ście tego ro­dza­ju bu­do­wa­nie za­ży­ło­ści bywa w kra­jach sło­wiań­skich znacz­nie sku­tecz­niej­szą for­mą „za­zę­bia­nia się” niż roz­licz­ne, a oku­pio­ne go­dzi­na­mi przy­go­to­wań, for­my ak­tyw­no­ści na polu me­ry­to­ry­ki, acz nie­ko­niecz­nie po­zy­tyw­nie wpły­wa na po­zy­cjo­no­wa­nie mar­ki wła­snej.

Re­asu­mu­jąc: nie war­to być na każ­dym wy­da­rze­niu zwią­za­nym te­ma­tycz­nie z Two­imi za­in­te­re­so­wa­nia­mi, ale mą­drze se­lek­cjo­no­wać te, któ­re na­praw­dę stwa­rza­ją moż­li­wo­ści. Ma­wia­ją wszak, że ży­cie to sztu­ka wy­bo­rów. (A je­śli jesz­cze nie ma­wia­ją, to z pew­no­ścią po­win­ni za­cząć;).

Za­sa­da nr 2: Udział czyn­ny a nie bier­ny. Ten dru­gi jest świet­ny, ale tyl­ko je­że­li Two­im je­dy­nym za­mia­rem, oprócz na­pi­cia się kawy, jest po­słu­cha­nie mą­drych i po­sze­rze­nie wie­dzy. Je­że­li Two­im ce­lem jest jed­nak rów­nież eks­po­zy­cja swo­ich po­glą­dów, za­pre­zen­to­wa­nie cie­ka­we­go po­my­słu czy ogło­sze­nie ja­kie­goś te­ma­tu i pu­blicz­ne „za­kle­pa­nie” swo­je­go na­zwi­ska jako pio­nie­ra – nie­zbęd­ne bę­dzie wy­stą­pie­nie z re­fe­ra­tem czy pre­zen­ta­cją, od­czy­tem czy wy­kła­dem (zwij to jak chcesz).

Kie­dy pod­ją­łem de­cy­zję, że po stu­diach ma­gi­ster­skich za­an­ga­żu­ję się rów­nież w dok­to­rat, mój pro­mo­tor – mó­wiąc z lek­ka ko­lo­kwial­nie – „wy­ko­pał mnie” na naj­bliż­szą moż­li­wą kon­fe­ren­cję bran­żo­wo-na­uko­wą, ar­gu­men­tu­jąc: Pa­nie Ko­le­go, je­śli chce Pan wejść w tę bran­żę, musi Pan dać się po­znać głów­nym gra­czom.

I to był je­den z mo­ich pierw­szych waż­niej­szych kro­ków na dro­dze do bu­do­wa­nia mar­ki wła­snej.

Za­sa­da nr 3: (sta­no­wią­ca roz­wi­nię­cie za­sa­dy nr 1): wy­bie­raj tyl­ko kon­fe­ren­cje z od­po­wied­nim za­się­giem. No bo po co po­świę­cać czas i prze­ży­wać stres, by wy­stą­pić przed le­d­wie 20 oso­ba­mi z bran­ży? (No chy­ba, że tak się skła­da, iż te 20 osób to pre­ze­si spół­ek z WI­G20 – w ta­kiej sy­tu­acji nie będę na­ma­wiał, byś zo­stał w domu;).

Pu­bli­kuj i za­pi­suj się w bran­ży!

Jak cię wi­dzą, tak cię pi­szą – gło­si po­rze­ka­dło. Ja do­dał­bym: a jak cię czy­ta­ją, tak cię za­pa­mię­tu­ją. Dla­te­go pisz i pu­bli­kuj. Ina­czej każ­de, na­wet naj­lep­sze Two­je wy­stą­pie­nie kon­fe­ren­cyj­ne, przej­dzie do hi­sto­rii i prę­dzej czy póź­niej zo­sta­nie przy­kry­te ku­rzem nie­pa­mię­ci...

Bar­dzo nie­głu­pim po­my­słem jest zwy­cza­jo­wy obo­wią­zek do­star­cza­nia przez mów­ców kon­fe­ren­cyj­nych rów­nież re­fe­ra­tu, któ­ry póź­niej (lub wcze­śniej) zo­sta­nie wy­dru­ko­wa­ny w for­mie ma­te­ria­łów po- (lub przed-) kon­fe­ren­cyj­nych. Rów­nie nie­głu­pim wy­mo­giem w więk­szo­ści uczel­ni jest wa­run­ko­wa­nie otwar­cia prze­wo­du dok­tor­skie­go m.in. wcze­śniej­szym opu­bli­ko­wa­niem mi­ni­mum dwóch pu­bli­ka­cji w li­czą­cych się cza­so­pi­smach bran­żo­wych lub dzie­dzi­no­wych. A im wię­cej war­to­ścio­wych ar­ty­ku­łów opu­bli­ku­jesz w da­nym ob­sza­rze te­ma­tycz­nym, tym szyb­ciej uwia­ry­god­nisz się jako eks­pert w bran­ży.

Nie za­po­mnij­my o cy­to­wa­niach. Wy­star­czy­ło, że wy­da­łem trzy książ­ki po­świę­co­ne e-biz­ne­so­wi, a z róż­nych stron za­czę­ły spły­wać sy­gna­ły, że na ich pod­sta­wie co­raz licz­niej­si stu­den­ci pi­szą pra­ce dy­plo­mo­we. Na Uni­wer­sy­te­cie Eko­no­micz­nym we Wro­cła­wiu je­den z pro­fe­so­rów za­le­cił na­wet po­dob­no swo­je­mu pod­opiecz­ne­mu, by roz­pra­wę ma­gi­ster­ską oparł przede wszyst­kim na mo­ich pu­bli­ka­cjach (acz to hi­sto­ria, któ­ra do­tar­ła do mnie z trze­ciej ręki, więc nie wiem, na ile dać temu wia­rę, a na ile trak­to­wać jako le­gen­dę miej­ską).

Na wła­sne uszy i oczy zdo­ła­łem na­to­miast prze­ko­nać się, jak wie­le może zna­czyć je­den tyl­ko do­bry ar­ty­kuł w pra­sie bran­żo­wej. Otóż pod­czas mo­jej dru­giej w ży­ciu kon­fe­ren­cji na­uko­wej, jed­na z naj­waż­niej­szych pre­le­gen­tek, pani pro­fe­sor z Dol­no­ślą­skiej Szko­ły Wyż­szej, za­cy­to­wa­ła moje sło­wa w ra­mach swo­je­go wy­stą­pie­nia. I o ile przed jej pre­lek­cją by­łem oso­bą ano­ni­mo­wą i jesz­cze mało zna­ną w bran­ży, to już pod­czas na­stęp­nej prze­rwy kłę­bi­ło się wo­kół mnie stad­ko za­in­te­re­so­wa­nych[1]. Dla­cze­go wspo­mi­nam tę od­le­głą hi­sto­rię? Nie, nie z próż­no­ści czy dla „lan­su”, ale jako do­wód, że cza­sa­mi jed­na nie­du­ża pu­bli­ka­cja może przy­spo­rzyć cał­kiem nie­ma­łej pro­mo­cji To­bie i te­ma­ty­ce, któ­rą się zaj­mu­jesz.

Oczy­wi­ście przy pu­bli­ko­wa­niu kie­ruj się po­dob­ny­mi za­sa­da­mi, co przy wy­stą­pie­niach kon­fe­ren­cyj­nych: dru­kuj w tych cza­so­pi­smach, któ­re albo mają na­praw­dę duży za­sięg (pra­sa ko­mer­cyj­na) albo cie­szą się du­żym pre­sti­żem wśród spe­cja­li­stów i wy­so­kim im­pact fac­tor (ob­li­cza­ne­go na pod­sta­wie ilo­ści i ja­ko­ści cy­to­wań), np. w ty­tu­łach ze słyn­nej li­sty fi­la­del­fij­skiej. Cza­so­pi­sma te bar­dzo wy­so­ko sta­wia­ją po­przecz­kę; druk Two­je­go ar­ty­ku­łu na ich ła­mach ozna­cza, że masz na tyle „siły w no­gach”, aby ją prze­sko­czyć. A to znak nie­chyb­ny, że będą z Cie­bie lu­dzie. A więc: bę­dzie z Cie­bie mar­ka.

„Kup pan ma­gi­ster­kę!”

Sprze­daż wła­snej pra­cy ma­gi­ster­skiej czy dok­tor­skiej? Po­my­ślisz pew­nie: „A fuj!”. A wła­śnie dla­te­go, że wie­le osób re­agu­je w ten spo­sób, jest to nie­mal nie­wy­ko­rzy­sty­wa­ne pole au­to­pro­mo­cji, da­ją­ce przy oka­zji moż­li­wość do­dat­ko­we­go – mniej­sze­go lub więk­sze­go – za­rob­ku.

Zro­bie­nie „ma­gi­ster­ki” czy dok­to­ra­tu jest zwy­cza­jo­wo trak­to­wa­ne jako ka­ta­rak­ta na Nilu swo­jej ka­rie­ry. Próg, któ­ry po pro­stu trze­ba prze­sko­czyć, po­dob­nie jak inne eg­za­mi­ny na stu­diach, w myśl za­sa­dy „3Z”: za­kuj, zdaj, za­po­mnij. Do­daj­my jesz­cze jed­no „z”: za­ku­rzyć po­zwól się.

Ale po­myśl: sko­ro po­świę­ci­łeś kil­ka­dzie­siąt mie­się­cy swo­je­go ży­cia na stwo­rze­nie roz­pra­wy na­uko­wej, może nie war­to do­pu­ścić, aby jej do­ce­lo­wym miej­scem były ar­chi­wa nie­pa­mię­ci w uczel­nia­nych bi­blio­te­kach? Czy­li miej­sca, w któ­rych je­dy­ny po­ży­tek (by nie po­wie­dzieć: po­żyw­kę) mia­ły z niej będą nie­mal wy­łącz­nie mole i za­lesz­czot­ki?

Dla­cze­go by więc raz stwo­rzo­nej pra­cy nie po­ka­zać szer­sze­mu gro­nu niż tyl­ko ko­mi­sja eg­za­mi­na­cyj­na i pa­nie w dzie­ka­na­cie?