Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.
Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.
Jedna okrutna noc odebrała Cherish Woodward poczucie bezpieczeństwa i na zawsze odmieniła jej życie. Dwa lata później, rozpoczynając studia na elitarnym Uniwersytecie Mistfall, dziewczyna stawia sobie tylko jeden cel: zostawić przeszłość za sobą. Na otoczonym starymi murami i mgłą kampusie, pełnym surowych zasad i mrocznych tajemnic, chce zacząć wszystko od nowa. Problem w tym, że przeszłość nie zamierza jej na to pozwolić.
Gdy na jej drodze ponownie staje Kameron Brown – człowiek, którego Cherish nienawidzi bardziej niż kogokolwiek innego – bolesne rany zaczynają się otwierać. Kiedyś skrzywdził jej siostrę. Teraz Cherish musi chodzić na jego zajęcia i współpracować z nim przy sprawie fikcyjnego zabójstwa.
W tym samym czasie Mistfall odsłania przed studentami swoje najmroczniejsze oblicze, a każde przemilczane słowo pozostawia po sobie echo…
Czy Cherish odkryje, co tak naprawdę zaszło między jej siostrą i Kameronem? A może, chcąc nie chcąc, odda temu tajemniczemu mężczyźnie swoje serce?
___________________________________________________________________________
Lena M. Bielska – polska autorka romansów, która w swoich powieściach łączy poruszające historie miłosne i skłaniające do refleksji tematy. Jej bohaterowie są prawdziwi, nieidealni i uwielbiani przez czytelniczki. Prywatnie jest szczęśliwą żoną i mamą oraz opiekunką dwóch kocich łobuzów.
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Lena M. Bielska
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Opieka wydawnicza: Julita Gębska
Redakcja tekstu: Agnieszka Bogucka
Adiustacja i korekta: d2d.pl
Adaptacja makiety na potrzeby wydania i ozdobnik w książce: Agnieszka Gontarz
Promocja i marketing: Anna Tarnowska
Projekt okładki: Agnieszka Gontarz (front), Maria Miłoś
Ilustracje na okładce: fotografia zabytkowych drzwi – isabel garger / Unsplash, grafika przedstawiająca kruka – KHIUS / Magnific, fotografia kutego ornamentu – Vlad Vasnetsov / Unsplash
ISBN 978-83-8399-600-4
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Kraków 2026
www.uniesienia.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Echo przemilczanych słów zostało osadzone w Mistfall – wymyślonej na potrzeby fabuły miejscowości w północno-wschodniej Anglii, w hrabstwie North Yorkshire. Większość wydarzeń toczy się na terenie nieistniejącego Uniwersytetu Mistfall.
Echo… przeznaczone jest wyłącznie dla czytelników pełnoletnich.
Ostrzeżenie: gwałt (wspomniany, bez opisu), strzelanina (wspomniana, bez szczegółowych opisów), zachowania manipulacyjne, ataki paniki, problemy zdrowotne.
Ostrzeżenie dotyczące treści zostało napisane w tak ogólnikowy sposób w celu uniknięcia spoilerów (za którymi większość nie przepada). Jeśli po przeczytaniu powyższej listy wciąż nie jesteś pewn_, czy ta książka jest dla Ciebie, zachęcam do skontaktowania się ze mną za pośrednictwem moich mediów społecznościowych. Z chęcią udzielę obszerniejszych wyjaśnień.
Cherish
Zawsze myślałam, że przysłowie: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” jest tylko głupim, wyświechtanym frazesem. Prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie doświadczyłam sytuacji, którą z jakiegoś powodu mogłabym nazwać „biedą”. Aż do czasu – oczywiście – chociaż „bieda” to raczej niewłaściwe określenie w kontekście tego, co przeżyliśmy dwa lata temu. Bo jak mogłabym nazwać „biedą” strzelaninę w klubie, w której zginęło trzynaście osób?
Nawet „tragedia” zdaje się zbyt lekkim słowem, kiedy w grę wchodzi walka o życie – o przetrwanie nieprawdopodobnie mocno ściskającego za gardło niebezpieczeństwa. Więc nie, nie poznałam prawdziwych przyjaciół w biedzie. Poznałam ich w czasie ciszy, nasłuchując kroków i kolejnych odgłosów opróżnianego magazynku. Poznałam ich w ciasnej toalecie, przyciskając mocno dłonie do ust, żeby tylko nie wydobyć z siebie nawet cichego dźwięku. Poznałam ich z sercem i żółcią w gardle.
Minęły dwa lata, a ja wciąż mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Zapach spalonej trawki unoszący się w powietrzu wżarł się tak bardzo w umysł, że nigdy się go nie pozbędę. Nienawidzę tego, że w snach wracam do tej nocy. Nieustannie przeżywam tamten strach i obawę o swoje życie. Terapia niewiele pomogła… Nie sądzę, abym kiedykolwiek była w stanie znów się wyluzować i czerpać z życia garściami.
Podczas gdy pijana Ruby wskakuje na stół w barze i kręci tyłkiem do głośnej muzyki, nie odrywając ust od butelki wina, przez myśl przemyka mi, że to niesamowite, jak to samo wydarzenie może mieć różny wpływ na ludzi. Przenoszę wzrok na siedzącego obok Josha. Jego ciemne oczy są puste, gdy z uwagą obserwuje otoczenie.
To nasz przedostatni dzień w St Austell.
I już nie mogę się doczekać, aż stąd wyjedziemy. Być może wreszcie będę mogła odetchnąć i przestanę czuć na sobie spojrzenia ludzi widzących we mnie tylko dziewczynę mordercy.
A może nie…
Cherish
– Trochę tu mrocznie – mamrocze Ruby, ściągając brwi, gdy wysiadamy z taksówki i stajemy przed kutą bramą.
Przez mgłę zawisającą nad ziemią nie jestem w stanie prawie niczego dostrzec, jedynie wieżyczki przebijają się ponad gęstą bielą okalającą budynki. Po plecach przebiega mi dreszcz, ale nie jest wywołany niepokojem, lecz ekscytacją. Uniwersytet Mistfall mnie intrygował, odkąd lata temu natknęłam się na informację o nim. Już wtedy wiedziałam, że chcę tutaj studiować, ale nie przypuszczałam, że nie przyjadę sama.
A już na pewno nie z nimi.
Dwa lata temu nawet ze sobą nie rozmawialiśmy. Przed nami Josh kumplował się tylko z tym żałosnym Kameronem, którego nienawidzę z całego serca za to, jak potraktował moją przybraną siostrę, a Ruby miała swoją paczkę zbuntowanych znajomych. A ja – książki, naukę i coraz większe ambicje, których źródła wolałabym nie ujawniać nawet przed samą sobą.
– Fajny klimat – oznajmia nieco spięty Josh, posyłając nam uśmiech. – Albo i nie – dodaje pod nosem, gdy nad jego głową przelatuje czarny jak noc kruk. – To zły omen.
Wybucham śmiechem.
– W mitologii celtyckiej kruk zwiastuje nieszczęście, ale w nordyckiej…
Ruby ziewa głośno i spogląda na mnie znużona.
– Jeszcze nie zaczęły się zajęcia, a ty już chcesz przynudzać?
Przewracam oczami i to właściwie jedyna moja reakcja na jej słowa. Chwytam walizkę i pierwsza ruszam do wejścia na dziedziniec. Pod stopami chrzęści mi żwir. Dopiero po chwili wchodzimy na wybrukowany chodnik prowadzący do głównego budynku. Powietrze jest chłodne i wilgotne, ale przyjemne – podobne do klimatu panującego w St Austell, a równocześnie tak cholernie inne. Włosy zaczęły mi się kręcić już na lotnisku. Jeszcze chwila, a będę wyglądać jak pudel. Wcale mi to jednak nie przeszkadza. Najważniejsze, że nie jesteśmy już w Hrabstwie Cornwall. Może przy odrobinie szczęścia uda mi się wtopić w tłum…
– Komitet powitalny? – mamrocze Josh, gdy mgła się nieco rozrzedza i naszym oczom ukazują się dwie dziewczyny w mundurkach.
Obie ubrane są w bordowe marynarki i jasne koszule. Różnią się tym, że jedna z nich ma długie bordowe spodnie, a druga – spódnicę do kolan i zakolanówki.
Uśmiechają się do nas, być może nawet trochę za szeroko i zbyt radośnie.
– Witamy w Mistfall! – szczebiocze blondynka, wyciągając dłoń. – Lana Wright, a to moja siostra Frankie. Z tego, co widziałam, będziecie mieć dormitoria obok siebie.
– Cherish. – Ściskam jej rękę.
Zjeżdżam spojrzeniem na naszywkę po lewej stronie jej marynarki. W złotym herbie na jasnym tle mieści się czarny kruk z rozpostartymi skrzydłami i bordowym biretem nad głową. Na dole, na bordowej wstążce obszytej złotymi nitkami widnieje nazwa szkoły, a pod ptakiem słowa Sapere aude*.
– Przyjechaliście jako ostatni – odzywa się ponownie Lana po wymianie uścisków z Ruby i Joshem, a potem zerka na ogromny zegar wiszący nad wejściem do głównego budynku. – Za chwilę… – Milknie i uśmiecha się szeroko, gdy przez wysokie drewniane drzwi wychodzi jakiś chłopak.
Marynarka leży na nim nienagannie, ciemne włosy wyglądają tak, jakby ledwo co je ułożył. Im bliżej schodów się znajduje, tym bardziej ściska mnie w dołku. Rozpoznaję ten charakterystyczny, spokojny chód. Chłopak idzie przed siebie z uniesioną głową i dłonią luźno wsuniętą w kieszeń idealnie wyprasowanych spodni. Ruby ściska mnie mocno za rękę i gdybym nie miała na sobie płaszcza, prawdopodobnie syknęłabym z bólu.
Kameron Brown.
– Kam! – Josh uśmiecha się szeroko.
Po raz pierwszy widzę go w innym wydaniu niż nadąsanego wczesną pobudką i opóźnieniami na lotnisku.
Morduję przyjaciela spojrzeniem. Nie może tego widzieć, bo właśnie przyciąga Kamerona do siebie, żeby go uściskać, i klepią się po plecach. Ale na pewno czuje, że rzucam sztyletami w jego plecy. A potem mój wzrok ucieka w stronę twarzy byłego mojej siostry i zaciskam mocno szczęki, dostrzegając chłód w jego jasnoniebieskich, niemal stalowych oczach.
Nie widzieliśmy się trzy lata. Ostatnim razem, gdy go spotkałam, wychodził z naszego domu pospiesznym krokiem i nawet się nie pożegnał, chociaż zaledwie dzień wcześniej spędziliśmy razem mnóstwo czasu. Potem od rozhisteryzowanej Molly dowiedziałam się, co się stało, i bardzo szybko stał się pierwszą osobą, którą szczerze znienawidziłam. Dalej go nienawidzę, chociaż po strzelaninie spadł na drugie miejsce na podium.
W okolicy jest mnóstwo klifów. Może mogłabym go…
– Ruby. Cherish. – Kameron kiwa głową do każdej z nas i spogląda na Lanę. – Zaprowadzę Josha do Wschodniego Skrzydła.
– Dzięki. – Dziewczyna uśmiecha się promiennie i wskazuje podbródkiem, żebyśmy ruszyły za nią.
Nie chcę tego robić, ale gdy idziemy w stronę Zachodniego Skrzydła, zerkam przez ramię i natychmiast tego żałuję. Jasne oczy Kamerona wwiercają się w moją twarz z taką nienawiścią, jakby pragnął mojego upadku – przed chwilą miałam takie samo pragnienie odnośnie do niego. Odwracam gwałtownie głowę, aż rozpuszczone włosy smagają mi policzek. Ruby ponownie ściska mnie za przedramię, ale zamiast na nią spojrzeć, wbijam wzrok w tył idealnie prostych włosów Lany.
– Pewnie już to wiecie, ale kwatery studenckie podzielone są według płci – wyjaśnia. – Dziewczyny mają swoje dormitoria w Zachodnim Skrzydle, chłopcy we Wschodnim. Koniecznie zapoznajcie się z regulaminem uniwersytetu, żebyście już na samym początku nie narobiły sobie problemów. – Spogląda na nas z iskierkami rozbawienia w zielonych oczach. – Absolutnie, pod żadnym pozorem nie dajcie się przyłapać na przebywaniu we Wschodnim po dziesiątej. No, chyba że chcecie przez następny tydzień katalogować stare, zakurzone księgi, po czym przez miesiąc będzie was swędzieć całe ciało. – Wzdryga się. – Wiem z doświadczenia.
– Jesteś na drugim roku? – pyta Ruby.
– Trzecim – odpowiada dziewczyna.
Jej siostra do tej pory ani razu się nie odezwała, teraz również milczy. Po prostu idzie obok Lany bez uśmiechu czy jakiegokolwiek grymasu.
– A Kameron?
Tym razem to ja wbijam paznokcie w rękę Ruby, żeby się przymknęła. Nic sobie jednak z tego nie robi.
– Skończył licencjat i odbywa teraz praktyki w kancelarii. No i ma napisać jakiś projekt badawczy pod okiem jednego z profesorów.
– Skoro jest na praktykach, to co tu robi?
Lana odwraca głowę i, rozbawiona, spogląda na moją przyjaciółkę.
– Lubisz zadawać dużo pytań, prawda? To dobrze. Przyda ci się to na zajęciach – ucina temat i wbiega po schodach do niższego budynku przylegającego do głównego.
Drzwi wejściowe również są drewniane, ale nieco mniejsze, choć masywne.
Po wejściu do środka od razu robi mi się cieplej. Hol jest wąski, podłoga kamienna, a do moich uszu docierają głośne rozmowy. Gdy wychodzimy zza ściany, moim oczom ukazuje się sporej wielkości pomieszczenie z kilkoma ciemnymi kanapami i rozpalonym kominkiem.
Prostuję się pod wpływem czujnych spojrzeń studentek, które od razu odnotowują naszą obecność. Patrzą na nas z zaciekawieniem, kilka z nich macha z oddali do Lany, ale żadna z nich nie wstaje ze swojego miejsca. Jedne siedzą na dywanie niedaleko kominka, drugie okupują kanapy i niskie stoliki. Większość ma na sobie przynajmniej jakąś część mundurka – spódnice, spodnie albo marynarki zarzucone luźno na jasne koszule. Dziwi mnie to, bo jest niedziela i nie odbywają się dziś żadne zajęcia. Dopiero potem, gdy Lana prowadzi nas na pierwsze piętro, do właściwego dormitorium, i pokazuje regulamin zawieszony tuż przy wejściu, dowiaduję się, dlaczego nie miały zwykłych ubrań.
Na terenie uczelni każdy student zobowiązany jest do noszenia pełnego munduru akademickiego w godzinach dziennych. Teren uczelni obejmuje zarówno główny gmach, jak i skrzydła mieszkalne oraz dziedziniec.
W godzinach nocnych (22.00–6.00) studenci mogą przebywać w skrzydłach mieszkalnych bez munduru z zachowaniem należytej schludności i porządku.
Po 22.00 każdy student powinien znajdować się w przydzielonym skrzydle. Wychodzenie poza własne skrzydło w porze nocnej jest dozwolone wyłącznie za wcześniejszą zgodą władz uczelni lub nauczyciela dyżurującego.
Na terenie uczelni zakazane jest spożywanie alkoholu i wszelkiego rodzaju używek.
Nieprzestrzeganie powyższych zasad traktowane jest jako naruszenie regulaminu.
Każde naruszenie regulaminu będzie karane stosownie do wagi przewinienia.
Sankcje mogą obejmować: upomnienie, ograniczenie przywilejów akademickich, dodatkowe obowiązki, a w przypadkach poważnych – wydalenie z uczelni.
Student zobowiązany jest podporządkować się decyzjom władz uczelni, nauczycieli oraz asystentów dydaktycznych.
– Wow – mamroczę, jeszcze raz przesuwając wzrokiem po nadszarpniętej czasem kartce oprawionej w drewnianą ramkę. Wiedziałam, że w Mistfall panuje rygor, bo zrobiłam swój research, ale nie sądziłam, że aż tak poważnie podchodzą do kwestii ciszy nocnej i tym podobnych. Chociaż w moim przypadku to i tak niewiele zmienia, nie zamierzam chadzać po okolicy po zmroku. – Dużo osób wyrzucili za złamanie regulaminu? – pytam, zerkając w stronę stojącej w drzwiach Lany.
Wzrusza ramionami.
– W zeszłym roku pięć. Trzech chłopaków i dwie dziewczyny. Ale nie znam szczegółów, wiem tylko, że złamali kilka punktów regulaminu równocześnie.
Przytakuję skinieniem.
Dziewczyna żegna się z nami, mówi, żebyśmy później zajrzały do pokoju wspólnego, to przedstawi nas swoim znajomym. Osobiście nie planuję tu nawiązywać znajomości, ale Ruby ekscytuje się na samą myśl o poznaniu nowych ludzi. Cała ona – od zawsze towarzyska dusza.
Już po wejściu do skrzydła można było wyczuć, że nie znajdziemy tu zbyt wiele ze współczesności, a im głębiej, tym bardziej mam wrażenie, że Mistfall zatrzymało się w epoce wiktoriańskiej. Może w dormitorium nie panuje aż taki przepych jak w tamtych latach, ale ściany są ciemnozielone, z sufitu zwisa sześcioramienny, wyglądający na mosiężny żyrandol ze szklanymi kloszami, a podłoga pokryta jest ciemnym drewnem i dywanem we florystyczny, nasycony kolorami wzór. Po przeciwnych stronach pomieszczenia stoją łóżka, przykryte bordowymi narzutami z wyhaftowanym herbem uczelni, a między nimi znajdują się dwa stoliki nocne i wysokie okno z bordowymi, mięsistymi zasłonami.
Czuję się, jakbym cofnęła się w czasie. Jednak to wrażenie mija w chwili, gdy Ruby rzuca swojego macbooka na łóżko i podłącza telefon do ładowarki. Już zaczęła się rozpakowywać, a ja dalej stoję w tym samym miejscu co wcześniej, tuż przy wejściu.
– Będziesz musiała się pilnować – odzywam się, rozpinając walizkę.
– Taa… – Wzdycha i opada plecami na łóżko. – Szkoda, że nie mamy pokoju na parterze. Mogłabym się wymykać przez okno.
Wybucham śmiechem.
– Co za różnica, którędy, skoro w nocy ktoś na pewno patroluje teren? – Spoglądam na nią, unosząc brew. – Nie rób sobie problemów.
– Moje drugie imię to „problem”.
Wydaje mi się, że chciała zażartować, ale po jej grymasie i pustym spojrzeniu utkwionym w ciemnym suficie przypuszczam, że jednak wraca myślami do bolesnych wspomnień.
– Wiesz, że to nie jest twoja wina. To w ogóle nie jest niczyja wina – przypominam. – To tak, jakby ktoś uważał, że moją winą jest kolor moich włosów.
Przekręca głowę i spogląda na mnie ze smutkiem.
– Wiem, wiem – zapewnia pospiesznie i na siłę się uśmiecha.
Chyba chciała mnie tym uspokoić, ale przez ostatnie dwa lata zdążyłam poznać wszystkie jej metody zacierania prawdziwych emocji.
Jestem hipokrytką. Sama ukrywam swoje uczucia i trzymam je w ryzach, byleby tylko nie wypłynęły na powierzchnię. Emocje to cholernie zły doradca. Potrafią skomplikować nawet najprostsze i dające się szybko rozwiązać problemy.
– Co robisz? – pyta, gdy wyciągam komórkę.
– Zdjęcie – odpowiadam, ustawiając się przy oknie.
Następnych kilka minut spędzam na robieniu sobie selfie – kończę dopiero wtedy, gdy uznaję, że wyszłam wystarczająco dobrze.
– Nie rozumiem, dlaczego ciągle do niej wypisujesz, skoro ani razu nie zrobiła tego pierwsza.
Spoglądam na przyjaciółkę, zawieszając kciuk nad nazwą kontaktu na wyświetlaczu. Przez chwilę po prostu patrzę na Ruby, na jej ciemne oczy, i tak, przechodzi mi przez myśl, że może mieć rację. Że powinnam przestać próbować łapać z nią kontakt, może nawet zapomnieć o jej istnieniu, ale… Nie potrafię i trudno mi wyjaśnić, dlaczego tak kurczowo się tego trzymam. To niczego by nie zmieniło. A może właśnie o to chodzi? O ten cień nadziei?
– Po prostu. – Wzruszam ramionami.
Klikam w zakładkę z danymi i wysyłam zdjęcie, dopisując, że dotarłam na miejsce.
Przygryzam wnętrze policzka i czekam na sygnał, czy wiadomość została przeczytana. Jeśli potwierdzenie nie pojawi się od razu, mogę się spodziewać, że miną godziny, zanim moja mama oderwie się od pracy.
Serce mi przyspiesza, gdy na ekranie pojawia się informacja o dostarczeniu. Odliczam sekundy, a potem gubię się w liczeniu minut. Z każdą mijającą chwilą zaczynam coraz mniej czuć się jak dorosła, a coraz bardziej jak przestraszona, cholernie smutna czterolatka, która patrzy na mamę opuszczającą dom z wypełnionymi po brzegi walizkami.
Wiadomość zostaje przeczytana dopiero godzinę później. Po raz pierwszy od miesięcy oprócz suchego „to dobrze” czy „gratuluję”, odpowiedź zajmuje prawie jedną trzecią ekranu.
Mama: Mistfall? Wszędzie rozpoznałabym te zasłony i dormitorium. Nie wspominałaś, że składałaś tam podanie. Jaki kierunek wybrałaś?
Trudno opisać, co czuję, co chwilę czytając jej odpowiedź. Naprawdę trudno. To coś między ulgą a nadzieją wymieszanymi z obawą, że na kolejną wiadomość nie dostanę odpowiedzi albo będzie taka, po której zacznę w siebie wątpić. Ale mimo to odpisuję, starając się zapanować nad drżeniem rąk i szaleńczym rytmem serca.
Ja: Tak. Wybrałam prawo. Jakieś rady?
O tym, że to właśnie tutaj studiowała, dowiedziałam się przypadkiem od taty, gdy oznajmiłam, że złożyłam podanie do Mistfall. W informacjach, które można znaleźć o niej w sieci, wspomniana jest „prestiżowa uczelnia”.
– Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha – mruczy Ruby, przekręcając się na bok.
Z głośników jej laptopa płynie głos jakiegoś aktora. Pewnie znowu włączyła jeden ze swoich ulubionych seriali, które ogląda jeden za drugim.
– Odpisała mi.
– „Gratki”? „Spoko”? Czy tym razem użyła więcej niż jednego słowa? – kpi.
– Dwa pytania i dwa zdania – oznajmiam machinalnie i przygryzam wnętrze policzka, czekając na odpowiedź.
– Wooooow – mówi przeciągle. – To się postarała.
– Ruby – odzywam się ostrzegawczo.
– Co? – Unosi brew i sfrustrowana wzdycha głośno. – Okej, już się przymykam.
Prawie podskakuję, gdy telefon wibruje w mojej dłoni.
Mama: Przestrzegaj regulaminu.
Nie tego się spodziewałam, ale równocześnie to coś, co wywołuje u mnie uśmiech. Nie próbuję sobie wmawiać, że to przejaw troski z jej strony, nie jestem aż tak naiwna. Ale czy gdybym jej nic nie obchodziła, to wspomniałaby o tym?
*Sapere aude (z łac.) – Miej odwagę być mądrym.
Cherish
Następnego dnia już z samego rana mam ochotę udusić Ruby. Poprosiła, żebym obudziła ją chwilę przed siódmą, bo chciała iść ze mną na śniadanie. Ale jest już kwadrans po siódmej, a ona dalej leży zakopana pod kołdrą i chrapie w najlepsze. Próbowałam niemal wszystkiego. Głaskania po ręce, pociągnięcia za włosy, za ramię. Starałam się nawet ściągnąć z niej kołdrę, ale tak się w nią owinęła, że nie dałam rady. Zgrzytam zębami.
Przecież jej nie uderzę, chociaż wtedy prawdopodobnie wyrwałabym ją ze snu.
Dopiero kilka minut przed ósmą udaje mi się ją dobudzić. Zasypuję ją słowami, chociaż Ruby jest tak zaspana, że pewnie niewiele do niej dociera. Skąd to wiem? Bo siedzi na skraju łóżka i patrzy na mnie pustym wzrokiem, co chwilę ziewając.
– Idziemy na to śniadanie czy nie? – warczę.
– Hę?
– Przysięgam, zaraz przejdę do przemocy. – Biorę głęboki wdech i wypuszczam go ze świstem. – Jest ósma, Ruby. Za pół godziny przestaną wydawać jedzenie w stołó…
– Już ósma?! – wydziera się, zeskakując z łóżka. – Dlaczego nie obudziłaś mnie wcześniej? – pyta i równocześnie zrzuca z siebie ubrania. Pospiesznie przeszukuje szafę i wkłada mundurek, który jeszcze wieczorem odebrałyśmy z sekretariatu. – Chodźmy!
Wypada z dormitorium, zanim zdołam jej powiedzieć, że nie zapięła koszuli. Spuszczam głowę i po raz kolejny wzdycham. Mam nadzieję, że po kilku dniach przyzwyczai się do wcześniejszego wstawania, bo inaczej naprawdę czarno to widzę.
Do stołówki docieramy właściwie w ostatniej chwili. Wysokie pomieszczenie wypełnione jest długimi, kilkunastoosobowymi stołami, przy których siedzi niewielu studentów. Nigdzie nie dostrzegam nikogo, kto wyglądałby na wykładowcę. Może jedzą w innym miejscu? Poprawiam rękawy marynarki i ruszam w stronę krótkiej kolejki. Sięgam po tacę i zgarniam talerz, na który od razu nakładam fasolkę, smażone jajko i kiełbaski. Ruby marudzi pod nosem, że wolałaby jajecznicę, ale bemar, w którym się znajdowała, jest już pusty – zostały tylko wysuszone resztki w rogach.
– Widzisz, teraz masz motywację, żeby jutro wcześniej wstać – mruczę do niej ściszonym głosem.
Nalewam herbatę do kubka i dodaję do niej mleko. Kiedy jestem gotowa, zerkam przez ramię na Ruby. Dalej niczego sobie nie nałożyła. Chyba waha się między fasolką a kiełbaskami. Spóźnieni studenci ją omijają i pospiesznie nakładają jedzenie na swoje talerze.
– Idę usiąść – mówię do niej i nie czekam, aż zareaguje. Nie mam pojęcia, ile to jeszcze potrwa, a z samego rana bardziej kręci mi się w głowie.
Kieruję się do pierwszego z brzegu stołu, ścieram serwetką okruszki z blatu i zajmuję miejsce.
Jestem w połowie śniadania, gdy moja przyjaciółka wreszcie do mnie dołącza. Z kubkiem kawy i jednym tostem.
– Tylko tyle? Dotrwasz do lunchu?
– Nie było niczego dobrego do jedzenia.
– Fasolka jest smaczna.
Krzywi się z niesmakiem.
– Nienawidzę fasolki. – Upija solidny łyk kawy i przymyka powieki. – Nawet nie zdążyłam się pomalować.
– Masz na to godzinę, zanim zaczną się pierwsze zajęcia – przypominam.
Kiwa głową, wydając z siebie nikłe mruknięcie.
Wracam do jedzenia i zerkam na zegarek. Dwadzieścia dwie minuty po ósmej. Sekundę później do moich uszu docierają czyjeś pospiesznie kroki. Podnoszę wzrok i uśmiecham się lekko na widok Josha. Wygląda w mundurku nietypowo. Zdecydowanie bardziej jestem przyzwyczajona do jego widoku w skórzanej kurtce, podartych dżinsach i ciężkich butach, a nie wypucowanych oksfordach.
– Znowu zaspałaś? – pyta, siadając obok Ruby. – Ominęła was pierwsza afera.
Ruby natychmiast się rozbudza, a jej oczy otwierają się z ekscytacji.
– Jaka?!
Jej krzyk odbija się od ścian prawie pustego pomieszczenia i wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Czuję na sobie spojrzenia ludzi, ale uparcie je ignoruję. Wpycham do ust ostatni kawałek smażonego jajka i popijam bawarką.
– Jeden pierwszoroczny koleś przyszedł w dresie na śniadanie – wyjaśnia ściszonym głosem Josh. – Rektorka go przyłapała i dostał reprymendę przy wszystkich.
– Nuda. – Ruby na dowód swoich słów ziewa głośno, zasłaniając usta. – Myślałam, że ktoś się pobił.
Wybucham śmiechem i już mam wstać, żeby odnieść puste naczynia, ale nagle przypominam sobie pewną kwestię, którą zdecydowanie powinnam poruszyć, bo inaczej nie da mi spokoju. Po prostu wcześniej nie było okazji.
– Wiedziałeś, że Brown tu jest? – pytam, wbijając wzrok w Josha.
Chłopak przełyka głośno ślinę i nieznacznie kiwa głową.
Rozdymam nozdrza.
– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Bo wtedy szukałabyś innej uczelni – odpowiada bez zająknięcia, na co Ruby bezgłośnie potakuje. – A wiem, jak zależało ci na Mistfall, więc…
Mrużę oczy.
– Ale nic mu nie powiedziałem, że ty też tu będziesz – dodaje pospiesznie.
– Dzięki – parskam z przekąsem.
– Cherish. – Ruby kopie mnie pod stołem.
– Co? – pytam i natychmiast zamykam usta. Liczę do trzech, żeby choć odrobinę zapanować nad irytacją, i dopiero wtedy wracam spojrzeniem do Josha. Tym razem już znacznie łagodniejszym. – W porządku. Jego obecność i tak nie ma żadnego znaczenia. Nie jestem zła.
Jestem, ale ważniejsze dla mnie teraz jest to, żeby Josh nie miał wyrzutów sumienia. Od początku naszej znajomości, która naturalnie przerodziła się w przyjaźń, wiedziałam, że kumpluje się z Kameronem. I na pewno trudno mu czasem słuchać, jak bardzo go nienawidzę, a jednocześnie nie mówię dlaczego. Obiecałam, że zachowam powód dla siebie, a ja zawsze dotrzymuję danego słowa.
– Na pewno? – upewnia się.
– Tak – mówię z łagodnym uśmiechem. – Luz, spoko. On mnie w ogóle nie obchodzi.
Kłamstwo. Z chęcią zobaczyłabym, jak ktoś rani go tak samo, jak on zranił moją siostrę. Może Molly ma swoje wady i nie jest krystalicznie czysta, ale nikt nie zasługuje na to, co zgotował jej Kameron. Nikt. Jak dla mnie powinien smażyć się w piekle. I naprawdę nie rozumiem, jakim cudem Josh się z nim przyjaźni, ale zdaję sobie sprawę, że znają się właściwie od urodzenia. W związku z tym domyślam się, że być może między Kameronem a Molly wydarzyło się coś, o czym ja nie mam pojęcia, ale jednocześnie nie wiem, co mogłoby sprawić, abym spojrzała na niego choć trochę przychylniejszym okiem.
– To dobrze. Martwiłem się, że będziesz zła i… – Josh milknie i powoli wypuszcza powietrze. – Naprawdę moglibyście się na nowo zakolegować, nie musiałbym wtedy tak uważać na to, co i do kogo mówię. – Zaciska mocno wargi, a w jego oczach dostrzegam niepokój, jakby obawiał się mojej reakcji.
– Nie, dzięki. – Uśmiecham się słodko. – Wolałabym rzucić się z klifu.
Josh wybucha śmiechem i kręci głową.
– Czyli nie jesteś chętna na wspólne piątkowe wyjście do miasteczka?
– Z nim? – Otwieram szerzej oczy. – Oszalałeś.
Ruby znowu kopie mnie pod stołem.
– Co?
– No weź.
– Co mam wziąć?
– Siebie – warczy ściszonym głosem i niemal morduje mnie wzrokiem. – Przecież nie pójdę z nimi sama.
– Ruby…
– Cherish… – Wachluje rzęsami, spoglądając na mnie słodko. – Ładnie proszę.
– Nie – oznajmiam stanowczo.
– Ale…
– Nie zamierzam dobrowolnie przebywać w jego towarzystwie, a w Mistfall będę go unikać tak często, jak to tylko możliwe.
Josh chrząka.
– Co znowu? – pytam zirytowana.
– Nic takiego – odpowiada pospiesznie i jeszcze szybciej zrywa się z ławki. – Muszę spadać.
– Josh! – wołam za nim, gdy niemal biegnie do wyjścia. Sapię wzburzona i wbijam wzrok w Ruby. – O czym nie mam pojęcia?
– A skąd ja mam wiedzieć? – prycha. – Nie czytam mu w myślach.
*
Plan pierwszego z trzech semestrów* nie wydaje się zbyt skomplikowany i czasochłonny, biorąc pod uwagę, że od poniedziałku do czwartku zajęcia zaczynają się codziennie wpół do dziesiątej i tylko w dwa dni kończą wpół do czwartej po południu, podczas gdy w pozostałe o dwunastej dwadzieścia. Poza tym jest jeszcze piątek z trzygodzinnym seminarium. Ale „nie wydaje się” to właściwe określenie, ponieważ niewielka liczba zajęć wcale nie oznacza, że będę się nudzić – przeciwnie. W harmonogramie wpisane są prawie półtoragodzinne bloki przeznaczone na „pracę własną” i mogę się założyć, że będę je spędzać na nauce, pewnie w bibliotece, bo w dormitorium z Ruby raczej się nie skupię.
Wykład, którym zaczynam w poniedziałek, prowadzi Alistair Barnes.
– Pierwszą składową oceny końcowej z przedmiotu „Wprowadzenie do rzymskiego prawa prywatnego” będzie referat na wybrany przez państwa temat, a drugą – ocena z egzaminu. W Mistfall wykłady są nieobowiązkowe, ale uczestnictwo w nich powinno ułatwić wam udział w tutorialach**, więc serdecznie do nich zachęcam. – Profesor rozgląda się po sali wypełnionej studentami, zza oprawek wystają mu siwe brwi. Dałabym mu sześćdziesiąt pięć, może siedemdziesiąt lat. Ciekawe, czy pracował w Mistfall, gdy mama tutaj studiowała. – Dzisiejsze zajęcia zaczniemy od pojęcia i znaczenia prawa rzymskiego…
W sali jest może czterdzieści osób i większość z nich już dawno wyciągnęła z toreb i plecaków laptopy. Kilkoro studentów ma zwykłe notatniki, a ja, choć uwielbiam spisywać wszystko odręcznie, prowadzę zapiski w aplikacji, bo to ułatwia mi życie. Odblokowuję tablet i otwieram właściwy notatnik, a potem unoszę głowę. Na białej tablicy zawieszonej na ścianie za profesorem pojawia się pierwszy slajd. Projektor z możliwością odczytu z dysku zewnętrznego to jedyne nowoczesne urządzenie w zasięgu wzroku. Na biurku wykładowcy nie ma laptopa. Obok mosiężnej lampy z materiałowym kloszem leżą wyłącznie stosy kartek. W duchu przyznaję, że klimat Mistfall bardzo mi się podoba.
Notuję cierpliwie słowa profesora wypowiadane przez niego ze spokojem i może nawet z pewną dozą szacunku. Nie spieszy się, gdy wymienia prawa antyczne. Co jakiś czas milknie i przygląda nam się z uwagą, jakby upewniał się, że mamy czas na zanotowanie wszystkiego. Jego zachowanie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Chociaż kierunek moich studiów jest poważny i obawiałam się ogromnego rygoru w trakcie zajęć, to profesor Barnes sprawia dobre wrażenie i stwarza przyjemną, niemal ciepłą atmosferę.
Po czterdziestu minutach zaczyna boleć mnie ręka. Odkładam rysik na blat i rozmasowuję nadgarstek, wbijając kciuk w spięte miejsca. Sądziłam, że dam sobie dziś radę bez oklejenia ręki, ale najwyraźniej się pomyliłam. Dobrze, że wzięłam ze sobą taśmy. Po lunchu poproszę Ruby, żeby pomogła mi zabezpieczyć nadgarstek.
– W prawie rzymskim szczególne miejsce zajmowała aequitas, czyli słuszność. Zasadniczo wskazuje się na trzy główne składowe tego pojęcia: równość, słuszność i sprawiedliwość. Aequitas stanowiła jeden z filarów rzymskiego prawa prywatnego.
W teorii zgodność z prawdą, równe traktowanie i sprawiedliwość dalej są fundamentem prawa, ale od dwóch lat nie jestem co do tego przekonana. Chociaż nie, inaczej – może ciągle są podstawą prawa, ale na pewno nie są brane pod uwagę przez społeczeństwo i za każdym razem, kiedy ktoś wspomina o tym, jak to równość, słuszność i sprawiedliwość są ważne, mam ochotę wybuchnąć śmiechem. To wszystko ma znaczenie tylko wtedy, gdy ludziom pasuje, a w innych sytuacjach w ogóle się nie liczy.
Przymykam powieki i potrząsam głową, zmuszając się do skupienia na wykładzie. Przez pozostały czas w moim umyśle rozbrzmiewa tylko głos profesora. Nie ma sensu wracać do tego, co było w St Austell. Pojawię się tam dopiero w trakcie przerwy, o ile w ogóle się na to zdecyduję.
* Rok akademicki podzielony jest na trzy semestry: wrzesień/październik – grudzień; styczeń – marzec oraz kwiecień – czerwiec.
** Tutorial – rodzaj zajęć, w których uczestniczy bardzo mała grupa studentów (maksymalnie kilka osób). W trakcie tutoriali wykładowca prowadzi dyskusje na temat przygotowanego przez studenta materiału, zadaje pytania, wskazuje błędy i kierunek dalszej nauki.
Cherish
Powtórka z rozrywki, myślę sobie, gdy następnego dnia znowu próbuję obudzić Ruby. Jednak tym razem, kiedy nie pomagają normalne sposoby, po prostu zgarniam butelkę wody i oblewam jej szyję. Budzi się z wrzaskiem i spogląda na mnie z mordem w oczach.
– Jest siódma – informuję oschle. – Wstawaj, bo zaraz wychodzę.
Pociera palcami twarz i jęczy, opadając głową na mokry materiał. Sekundę później podrywa się, siada i rzuca we mnie poduszką.
– Wredna małpa.
Przewracam oczami, kładąc na tablet kasetkę z lekami, żeby o nich nie zapomnieć.
– Jutro obleję cię całą, jeśli nie wstaniesz razem z budzikiem. Dzwoni od czterdziestu minut.
– Poszłam późno spać – mówi, ziewając, przez co prawie jej nie rozumiem.
– Trzeba było nie oglądać serialu do trzeciej nad ranem. – Posyłam jej znaczące spojrzenie. – I zanim powiesz, że wcale nie oglądałaś… Słyszałam.
– Dobra tam… – Macha dłonią i zsuwa stopy na dywan, unosi ramiona nad głową i długo się rozciąga.
Gdybym ja tak zrobiła świeżo po przebudzeniu, prawdopodobnie przeskoczyłby mi bark, a po dormitorium przynajmniej trzy razy rozniósłby się odgłos strzelających stawów. Ułożenie się do snu tak, żebym nie obudziła się rano połamana, to wyczyn godny wpisania do Księgi Rekordów Guinnessa. Przeciągam palcem po odstającej różowej taśmie przy prawym nadgarstku. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak kilka kawałków materiału z klejem jest w stanie ustabilizować wiotkie stawy. Coś, co organizm powinien robić sam, a mój nie robi.
– Taśma się trzyma? Wszystko okej? – upewnia się Ruby, wciągając bordowe spodnie.
– Tak. – Uśmiecham się szczerze. – Dzięki.
– Nie ma sprawy. – Ściąga górę od piżamy, nie przejmując się tym, że nie jest sama. Może gdyby robiła to pierwszy raz w życiu, speszona odwróciłabym wzrok od jej nagich piersi i kolczyków w brodawkach. Jednak Ruby ma tendencję do robienia głupot po pijaku, więc jej nagość już dawno temu przestała mnie poruszać. – Mam czas, żeby się pomalować?
Spoglądam na nią, wzdychając.
– Jeśli przyjdziemy za późno, znowu nie będzie jajecznicy i nic nie zjesz – przypominam spokojnie, siadając na skraju łóżka. Daję jej znać, że zaczekam.
Krzywi się i drapie po zmarszczonym czole. Nie muszę czytać jej w myślach, żeby wiedzieć, że w jej głowie zachodzi teraz skomplikowany proces decyzyjny: makijaż czy jajecznica? I nie, nie potrafię zrozumieć, dlaczego wychodzenie do ludzi bez podkładu i tuszu wywołuje w niej negatywne odczucia, skoro ma nieskazitelną cerę i naturalnie długie, a przede wszystkim ciemne rzęsy. To być może miałoby dla mnie sens, gdyby jej ciało pokrywały liczne piegi – jak moje. Ale nawet jeśli tego nie rozumiem, to nie będę tylko z tego powodu próbować wywołać w niej dyskomfortu.
– Zrobię to szybko – obiecuje i już siada do biurka, przy którym leżą jej kosmetyki.
I faktycznie wrzuca najwyższy z możliwych biegów, bo już dziesięć minut później wychodzimy z Zachodniego Skrzydła na dziedziniec. W nocy padał deszcz, więc w powietrzu unosi się zapach mokrej ziemi. Cieszę się, że splotłam włosy w warkocz, inaczej znowu wyglądałabym jak pudel i ostatecznie skończyłabym z niechlujnym kokiem na czubku głowy.
Oczy Ruby rozświetlają się radością, gdy dostrzega metalowy pojemnik po brzegi wypełniony świeżą jajecznicą. Przepuszczam ją w kolejce, żeby szybko nałożyła sobie jedzenie, a sama zastanawiam się nad tym, czy wziąć to, co wczoraj, czy może pokusić się o tosty z dodatkami. Ostatecznie decyduję się na trójkątne placki ziemniaczane z bekonem i jajkiem. Tak bardzo burczy mi w brzuchu, że biorę dwa razy większą porcję niż zwykle.
Dziś na stołówce jest tłoczno, więc musimy się dosiąść do kilkuosobowej grupki przy jednym ze stołów. Uśmiecham się na przywitanie i parskam w duchu śmiechem, gdy Ruby bez skrępowania zaczyna się przyglądać jednej z dziewczyn. Ma krótko przystrzyżone, brązowe włosy, a w jej uszach widać kilka czarnych kolczyków. Moja przyjaciółka albo zwróciła uwagę na jej fryzurę, albo na piercing. Albo ogólnie na nią całą.
Kopię ją pod stołem.
– Ślinisz się – mruczę, gdy odrywa wzrok od nieznajomej, która jeszcze nie zauważyła, że jest obiektem obserwacji.
– Wcale nie. – Pokazuje mi język i wpycha do ust jajecznicę. – Mmm… idealna.
Uśmiecham się lekko, zadowolona, że przynajmniej dziś zje coś porządnego na śniadanie. Czasami, kiedy pilnuję, by coś zjadła, czuję się jak jej matka, ale gdyby mi to jakkolwiek przeszkadzało, to bym tego nie robiła. Jesteśmy od siebie tak cholernie różne, a równocześnie idealnie się uzupełniamy. Poukładana Cherish i roztrzepana Ruby.
– Od czego dziś zaczynasz? – pytam po przełknięciu kawy z mlekiem.
– Od anatomii. – Wzdycha, jakby nie podobała jej się ta wizja. – A ty?
– Prawo konstytucyjne.
Kiwa głową.
– Wczoraj dostałam listę dostępnych tutorów, jak najszybciej muszę kogoś wybrać, żeby nie zostać z kimś, z kim nikt nie chce współpracować – wyrzuca z siebie pospiesznie. – Muszę złapać w skrzydle kogoś, kto ma już za sobą pierwszy rok.
Otwieram usta, ale zanim zdołam cokolwiek powiedzieć, siedzący obok mnie chłopak robi to pierwszy.
– Sztuki piękne?
Ruby potakuje z pełnymi ustami.
– Większość tutorów jest spoko. Jeśli nie chcesz nikogo zbyt wymagającego, to…
– Skąd myśl, że nie chcę nikogo wymagającego? – przerywa mu.
Spuszczam wzrok na talerz i przeciągam językiem po wardze. Błagam w myślach, żeby koleś nie dał jej się podpuścić, bo inaczej zaliczymy pierwszą aferę w Mistfall.
– Tego nie powiedziałem – mówi spokojnie chłopak i chrząka. – Sorry, zwykle większość woli niewymagających tutorów, byleby jakoś przetrwać pierwszy semestr.
– Nie ja.
Spoglądam na Ruby i dostrzegam, że uniosła podbródek i niemal morduje spojrzeniem niczego nieświadomego chłopaka.
– Ruby – syczę i kopię ją pod stołem.
– Co? – Przeskakuje na mnie wzrokiem i niemal natychmiast z jej twarzy znika napięcie, a zamiast niego pojawia się zawstydzenie. – Sorki. – Posyła chłopakowi skruszone spojrzenie. – Też studiujesz sztuki piękne?
Ten przytakuje.
– Jestem na trzecim roku. W pierwszym semestrze wybrałem Leonarda Huntera i zdecydowanie go odradzam. Wredny i przemądrzały typ. Roman Ward i Sabrina Lane są super, jeśli szukasz kogoś bardziej wymagającego, ale niezadzierającego nosa. – Uśmiecha się lekko i wyciąga dłoń ponad stołem. – Joel.
– Ruby. – Wymieniają się uściskiem. – A to moja przyjaciółka Cherish. Ta milsza.
Wybucham śmiechem.
– To prawie jak ja i moja siostra.
– Co? – Krótkowłosa dziewczyna bombarduje go wzrokiem. – Co znowu o mnie opowiadasz?
– Nic. – Joel spogląda na nas znacząco. – To Myra.
– Miło… – Urywam, gdy dziewczyna wstaje bez słowa od stołu.
Unoszę brew, a Joel tłumaczy, żebyśmy nie brały do siebie jej zachowania.
– Nie przepada za ludźmi i tłumami.
– Mhm – mruczę pod nosem i kątem oka dostrzegam, że Ruby ponownie patrzy na Myrę.
Dopiero gdy opuszczamy stołówkę i jesteśmy same, pytam, skąd to jej nagłe zainteresowanie studentką.
– Gdzieś ją już widziałam, ale nie mam pojęcia gdzie – odpowiada, marszcząc brwi. – I nawet nie wiem kiedy. Kojarzysz może?
– Ani trochę – mówię zgodnie z prawdą. – Myślałam, że może…
– Błagam. – Przewraca oczami. – Nie wszystkie dziewczyny, na które patrzę, są w moim typie. – Uśmiecha się wymownie. – Ty jesteś, słodki rudzielcu, ale wolisz facetów – prycha. – Chociaż nie wiesz, co tracisz.
– Najpewniej naprawdę wiele, szczególnie gdybym do końca życia musiała pilnować budzika mojej dziewczyny. – Szturcham ją w ramię i obie wybuchamy śmiechem. – Bardzo szybko skończyłybyśmy ten związek.
– Zapewne – potwierdza rozbawiona i zatrzymuje się przy gablocie, w której wywieszone są mniej lub bardziej ważne informacje dotyczące uczelni. – O, popatrz, pod koniec października odbędzie się bal studencki.
Spoglądam na ciemny plakat ze złoconym nagłówkiem.
Dziedzictwo Kruka
Uroczysty bal studentów Uniwersytetu Mistfall połączony z inauguracją. Obowiązują stroje balowe. Wydarzenie odbędzie się w głównej sali. Obecność obowiązkowa.
I nic więcej. Żadnych szczegółów oprócz daty i godziny. Za trzy tygodnie o dwudziestej. Nie było o tym wzmianki w broszurce, którą dostałam razem z informacją o pozytywnym rozpatrzeniu podania o przyjęcie.
– Obecność obowiązkowa – mamroczę niezadowolona.
– Pewnie dlatego, że razem z inauguracją – odpowiada z uśmiechem Ruby. – Świetnie. Rozerwiemy się.
Nie mam najmniejszej ochoty uczestniczyć w imprezie, ale skoro to obowiązkowe, najwyraźniej nie mam wyjścia. Jeszcze ten strój balowy. Będziemy musiały w weekend wyskoczyć do miasta, żeby za czymś się rozejrzeć.
– Ej, Cher. – Ruby obejmuje mnie w pasie i ściska. – Nie myśl o tym jak o imprezie.
Zaciskam usta i przytakuję ledwie widocznym ruchem głowy. Od strzelaniny chodziłyśmy tylko na imprezy w wąskim gronie znajomych, do zaufanych ludzi. Głównie z mojego powodu i strachu przed powtórką, chociaż statystyka jest po naszej stronie i naprawdę istnieje niewielka szansa, aby znowu ktoś zdecydował się pozbawić życia ludzi, z którymi akurat przebywam.
Ale mimo to na samą myśl o udziale w takim wydarzeniu czuję nieprzyjemnie zimny dreszcz na plecach.
*
Wykład z prawa konstytucyjnego i późniejszy tutorial z jego prowadzącą Catherine Francis są tak absorbujące, że zupełnie przestaję myśleć o balu. Kobieta jest o wiele młodsza od profesora Barnesa, ma czterdzieści, maksymalnie czterdzieści pięć lat. Różni się od niego pod wieloma względami – w ogóle się nie uśmiecha, a głos tak moduluje, jakby nie mówiła do swoich studentów, tylko do świadka, który próbuje pogrążyć jej klienta.
– Jaki jest najważniejszy akt konstytucyjny Wielkiej Brytanii i dlaczego? – pyta, przesuwając wzrokiem po zaledwie trzech osobach w sali. – Może… pani?
Kiedy jej spojrzenie zatrzymuje się na mnie, natychmiast robi mi się zimno, a moje serce gwałtownie przyspiesza. Chociaż wiem, które akty są najważniejsze, i uważałam na wykładzie, na którym częściowo zostało to omówione, to teraz w mojej głowie panuje kompletna pustka. Na policzki wkradają mi się rumieńce zażenowania.
– Panno?
– Woodward – chrypię i chrząkam. – Cherish Woodward – powtarzam już nieco pewniejszym tonem. – Wielka Brytania nie ma jednego najważniejszego aktu konstytucyjnego.
Profesorka nie odrywa ode mnie wyczekującego spojrzenia. Czuję, że uwaga studentów również się na mnie skupia. Dokładnie trzy sekundy zajmuje mi przejście od niewielkiej paniki do opanowania.
– Jako bezpieczną odpowiedź wybrałabym Deklarację praw z tysiąc sześćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, ponieważ ograniczyła władzę monarchy i od jej wydania władza w państwie należała do parlamentu.
Francis przytakuje.
– A ryzykowna odpowiedź?
– Magna Carta – mówię bez wahania i nie zrażam się parsknięciem, które dociera do mnie z boku. Nawet nie sprawdzam, kto tak zareagował. – To pierwszy dokument, który ograniczył władzę monarszą, ma więc znaczenie symboliczne. Według mnie, gdyby nie Wielka Karta Swobód, dzisiaj nasz ustrój mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Lepiej lub gorzej, zależy, jak na to spojrzeć.
– A co z Aktem Praw Człowieka? – wtrąca się jakaś dziewczyna.
Kiedy na nią zerkam, orientuję się, że to Frankie, siostra Lany. Fakt, że się odezwała, tak bardzo mnie zaskakuje, że przez chwilę nie potrafię wymyślić sensownej odpowiedzi.
Na szczęście szybko się ogarniam.
– To oczywiście ważny dokument – przytakuję. – Ale jest stosunkowo nowy i według mnie, gdyby nie poprzednie, być może nigdy nie zostałby przyjęty w takiej formie. Stąd moim zdaniem najważniejsza jest Magna Carta, ponieważ dzięki niej zaczęły następować kluczowe zmiany.
Frankie od razu przechodzi do kontrargumentu.
– Ale prawa człowieka są znacznie ważniejsze niż to, czy władzę pełni monarcha czy parlament. Wyobraź sobie, że nie istnieje coś takiego jak wolność słowa albo prawo do poszanowania życia prywatnego. Albo że sądy nie muszą brać pod uwagę prawa do sprawiedliwego procesu.
– Wielka Brytania przestrzegała tych zasad przed wejściem Aktu Praw Człowieka – odpowiadam spokojnie. – Po prostu ich ochrona nie była skodyfikowana i bazowano na wyrokach sądowych oraz precedensach. Rozumiem twój punkt widzenia, Frankie, ale dalej uważam Magna Carta za najważniejszy akt.
Dziewczyna bierze głęboki wdech, jakby przygotowywała się do podania kolejnego argumentu, ale profesorka jej przerywa:
– Bardzo podobała mi się wasza krótka dyskusja. Moje pytanie było subiektywne i wyraźnie pokazałyście reszcie, na czym, mam nadzieję, będą polegać nasze zajęcia. Na dyskusji i jak najlepszym przedstawieniu swojego zdania oraz wymianie argumentów.
Po raz pierwszy tego dnia widzę, że cienkie usta kobiety wykrzywiają się w niewielkim uśmiechu. Uznaję to za swój sukces, a po zajęciach podchodzę do Frankie.
– Dzięki za…
Nawet na mnie nie spogląda. Pospiesznie zgarnia laptop z blatu i niemal truchtem rusza do wyjścia. Unoszę brew, patrząc na jej jasne, idealnie proste włosy, aż znika mi z oczu. Dziwne. A myślałam, że to Josh pobija wszystkich w byciu totalnym outsiderem, jeśli akurat nie przebywa wśród przyjaciół.
*
Po lunchu wchodzę do niewielkiej sali, w której mają się odbyć zajęcia z profesorem Harleyem Moorem: „Umiejętności badawcze i symulacje rozpraw sądowych”. Wiele o nim słyszałam i czytałam. W Londynie jest już legendą, jeśli chodzi o liczbę wygranych spraw. Ze wszystkich przedmiotów, które mamy w pierwszym i drugim semestrze, to właśnie z udziału w tym seminarium najbardziej się cieszę.
Zajmuję miejsce w pierwszej jednoosobowej ławce, oczywiście wcześniej nadziawszy się biodrem o kant, i uśmiecham się do Michaela siedzącego po mojej prawej. Rozmawialiśmy chwilę po tutorialu z Francis i uznał, że Frankie bardzo osobiście odebrała to, że się z nią nie zgadzam. Nie zauważyłam, żeby jej argumenty miały osobisty wydźwięk, ale też jakoś specjalnie się na tym nie skupiałam, po prostu broniłam swojej opinii.
Profesor Moore wchodzi do sali chwilę po drugiej. W jednej dłoni ma bordową teczkę z herbem Mistfall, a w drugiej trzyma papierowy kubek, znad którego unosi się para. Wita się z nami skinieniem głowy i odstawia wszystko na blat swojego szerokiego biurka.
– Nie zajmę dziś państwu wiele czasu. Tak naprawdę większość pracy na seminarium będziecie wykonywać sami. Jeśli ktoś jeszcze nie był tego świadomy, to tak, są to zajęcia, na których musicie się wykazać nie tylko swoją wiedzą, ale przede wszystkim dyscypliną – wyjaśnia i opiera się o biurko, krzyżując ramiona na piersi. – Co roku wybieram jedną osobę z przydzielonej mi grupy studentów, którą po ukończeniu przez nią studiów zapraszam do odbycia praktyki w mojej kancelarii w Londynie. W tym roku również jedno z was dostąpi tego zaszczytu. – Unosi kącik ust, gdy po sali roznoszą się podekscytowane odgłosy.
Aż się prostuję w krześle i mocniej zaciskam palce na rysiku. Na samą myśl o tym, że miałabym szansę zaklepać sobie miejsce u profesora Moore’a w kancelarii, aż robi mi się gorąco. Moja mama na stałe mieszka w Londynie, pracuje dla niego. Mogłabym być bliżej niej.
– Będziecie oceniani na różnych polach. Zarówno za wasze umiejętności badawcze, poszczególne kroki wykonane w celu wypracowania linii obrony waszego klienta, jak i udział w symulowanej rozprawie, jeśli oczywiście do niej dojdzie. Proszę państwa… – Milknie, gdy drzwi się uchylają. – Panie Brown, już myślałem, że zgubił się pan po drodze do nas.
Tak gwałtownie odwracam głowę w stronę wejścia, że coś strzela mi w karku. Na sekundę robi mi się ciemno przed oczami, wzdłuż kręgosłupa spływa zimny prąd, a serce podchodzi mi do gardła. Zaciskam mocno powieki i czekam, aż nieprzyjemne uczucie minie.
Kiedy otwieram oczy, spoglądam wprost w jasnoniebieskie, chłodne tęczówki.
Kameron stoi w progu z dłońmi zaciśniętymi na metalowym wózku, na którym znajduje się sześć beżowych kartonów.
O Boże.
– Pan Brown w zeszłym roku ukończył studia, aktualnie pisze projekt badawczy pod moim okiem i odbywa praktyki w mojej kancelarii – wyjaśnia profesor. – Jest również w tym roku moim asystentem i został przeze mnie oddelegowany do pracy z państwem.
Nie.
To się nie dzieje.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Od autorki
Prolog. Cherish
Rozdział 1. Cherish
Rozdział 2. Cherish
Rozdział 3. Cherish
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Wprowadzenie
Meritum publikacji
