Dzienniki zbrodniarzy z Auschwitz - Christopher Macht, Anna Lerke - ebook

Dzienniki zbrodniarzy z Auschwitz ebook

Christopher Macht, Anna Lerke

0,0
29,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

DWA OBLICZA ZŁA, JEDEN OBÓZ ZAGŁADY.

On – Josef Mengele. „Anioł Śmierci” z Auschwitz-Birkenau. Z kliniczną obojętnością bawił się w Boga, kolekcjonując ludzkie oczy i zamieniając medycynę w makabryczny spektakl bólu. Jeden ruch jego dłoni oznaczał życie lub szybką śmierć w komorze gazowej.

Ona – Irma Grese. „Piękna Bestia”. Sadystka o twarzy anioła, która z perłowym pejczem w dłoni siała terror w obozie kobiecym Auschwitz-Birkenau. Bezwzględna nadzorczyni SS, dla której ludzkie cierpienie było formą rozrywki.

Co połączyło tych dwoje w piekle Auschwitz? Legenda mówi o mrocznej więzi, ale prawda zapisana na kartach ich prywatnych dzienników jest bardziej przerażająca. Czy potwór potrafi kochać? Czy w przerwie między egzekucjami a torturami jest miejsce na ludzkie odruchy, czy tylko na dalszy ciąg szaleństwa?

Wstąp do wnętrza ich umysłów. Odważ się przeczytać to, co chcieli ukryć przed światem.

Zanim ta książka zniknie z półek – zmierz się z najmroczniejszym rozdziałem ludzkiej historii. Ostrzegamy: to nie jest lektura dla ludzi o słabych nerwach!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redak­tor pro­wa­dzący: Bogu­sław Kubisz Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.Design

Copy­ri­ght © by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 Copy­ri­ght © Anna Lerke, Chri­sto­pher Macht 2026

Niniej­sza publi­ka­cja mimo nada­nego jej cha­rak­teru para­do­ku­men­tal­nego jest fik­cją lite­racką, a zbież­ność imion i nazwisk jest przy­pad­kowa.

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bel­lona 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 tel. (+48) 22 457 04 02 e-mail: biuro@bel­lona.pl www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18941-6

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wstęp

ZBROD­NIA­RZE WSZECH CZA­SÓW

Trzy­ma­cie w rękach wspo­mnie­nia zbrod­nia­rzy wszech­cza­sów. Bodaj naj­słyn­niej­szego nie­miec­kiego leka­rza (choć ten naród wydał wielu wybit­nych przed­sta­wi­cieli tej pro­fe­sji o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii), któ­rego bru­talne dzia­ła­nia w Auschwitz do dzi­siaj wzbu­dzają prze­ra­że­nie i strach, podob­nie jak jego przy­do­mek „Anioł Śmierci”. Jed­nak nie dzia­łał on sam. Auschwitz pra­co­wała jesz­cze jedna osoba, którą na pewno koja­rzy wielu więź­niów, a zwłasz­cza więź­nia­rek. Kobieta, którą nazy­wano „Piękną Bestią”. Czę­sto okre­ślano ją też jako „naj­bar­dziej sady­styczną nad­zor­czy­nię”, bo swym pej­czem z per­łami kato­wała aż do śmierci.

Razem two­rzyli duet kochan­ków… Naj­strasz­liw­szy w histo­rii. Irma Grese i dok­tor Josef Men­gele.

Poznaj­cie wspo­mnie­nia tych obojga.

Nie zawsze dało się odczy­tać z pożół­kłych kar­tek roz­ma­zane już nieco daty. Też nie wszyst­kie wpisy mają tytuł. Jeśli autorka (Irma) czy autor (Josef) nie tytu­ło­wali wpisu, to my tego za nich też nie robi­li­śmy. Inne wpisy z kolei są urwane. W takich przy­pad­kach rów­nież nie chcie­li­śmy w nie inge­ro­wać.

Ostrze­gamy. To naprawdę bole­sna i przy­kra lek­tura z ludz­kiego punktu widze­nia…

Anna Lerke, Chri­sto­pher Macht

Część I. „Anioł Śmierci”

CZĘŚĆ I

„ANIOŁ ŚMIERCI”

Josef Men­gele jako SS-Obersturmführer słu­żący w 5. Dywi­zji Waf­fen-SS „Wiking”, 1942 rok

NAZY­WAM SIĘ JOSEF MEN­GELE

Czter­dzie­ści. Mini­mum tyle lat musi minąć od mej śmierci, by niniej­sze notatki zostały opu­bli­ko­wane. Moje życie było obar­czone nie­by­wa­łym ryzy­kiem, czę­sto trud­nymi do pod­ję­cia decy­zjami, a przede wszyst­kim pracą pod zna­kiem ogrom­nego stresu. Mawia się, że histo­rię piszą zwy­cięzcy. Fakt, trudno się z tym nie zgo­dzić. Nie­mniej czuję się zobli­go­wany do tego, by przed­sta­wić swój punkt widze­nia. Nie, nie będę się kajał. Nie żałuję tego, co czy­ni­łem. I nie sądzę, bym musiał się z cze­go­kol­wiek tłu­ma­czyć. Jedyne, czego pra­gnę, to zdra­dzić nie­znane dotąd kulisy mego życia. Od dzie­ciń­stwa po moją „karierę” w Auschwitz. I eks­pe­ry­menty medyczne, które tam prze­pro­wa­dza­łem.

Niniej­sze dzien­niki zaczą­łem pisać dość dawno. Na tyle dawno, by zdą­żyło się nazbie­rać kil­ka­set stron nota­tek. Gdy tra­fią one do czy­tel­ni­ków, mnie już dawno nie będzie pośród żywych. Nie życzę sobie, by zie­mia lekką mi była. Pra­gnę tylko tego, by te zapi­ski nie ujrzały świa­tła dzien­nego zbyt wcze­śnie. Prze­la­łem na papier z dużą dozą szcze­ro­ści swój żywot. Tylko tyle i aż tyle.

Wpisy są cha­otyczne, momen­tami nie­zro­zu­miałe. Dokład­nie takie same jak moje życie…

J.M. Argen­tyna (data nie­czy­telna)

1942

Rok 1942 przy­niósł istotny zwrot w bio­gra­fii Josefa Men­ge­lego, gdyż prze­nie­siono go z frontu wschod­niego do obozu kon­cen­tra­cyj­nego i obozu zagłady, czyli naj­więk­szej fabryki śmierci Trze­ciej Rze­szy. Jesz­cze na początku tego roku słu­żył on jako lekarz woj­skowy w 5. Dywi­zji Pan­cer­nej SS „Wiking”, bio­rąc udział w cięż­kich wal­kach z Armią Czer­woną. Za wyka­zaną odwagę, w tym za ura­to­wa­nie dwóch żoł­nie­rzy z pło­ną­cego czołgu, został odzna­czony Krzy­żem Żela­znym pierw­szej klasy. Latem odniósł jed­nak poważne rany, które trwale wyklu­czyły go z czyn­nej służby linio­wej. Po rekon­wa­le­scen­cji został skie­ro­wany do Głów­nego Urzędu Rasy i Osad­nic­twa SS w Ber­li­nie, gdzie odświe­żył kon­takty ze swoim men­to­rem, pro­fe­so­rem Otma­rem von Ver­schu­erem. Pod koniec 1942 roku, dzięki wspar­ciu nauko­wemu i poli­tycz­nemu, zaczęły kry­sta­li­zo­wać się plany prze­nie­sie­nia do Auschwitz, co nastą­piło ofi­cjal­nie w maju kolej­nego roku.

Rynek w Günzburgu, rodzin­nym mie­ście Men­ge­lego w zachod­niej Bawa­rii

KILKA SŁÓW ZAMIAST WSTĘPU

06.01.1942, WTO­REK, ŚWIĘTO TRZECH KRÓLI

Od pew­nego czasu nosi­łem się z zamia­rem pisa­nia zapi­sków. W końcu zde­cy­do­wa­łem się prze­kuć zamiary w czyny. To mój pierw­szy wpis. Czuję tremę niczym aktor debiu­tu­jący na sce­nie. Sta­wia­jąc każde kolejne słowo, wzra­sta we mnie fala pod­nie­ce­nia. Przed wojną zda­wa­łem się być osobą pogodną. Nie ukry­wam, że byłem duszą towa­rzy­stwa. Teraz bywa z tym róż­nie. Ale o tym innym razem. Zacznijmy po kolei. Czyli od moich począt­ków. Niech ten krótki wpis będzie czymś na wzór zapo­zna­nia, przed­sta­wie­nia syl­wetki kogoś, kto w przy­szło­ści być może będzie na ustach wszyst­kich.

Ja, Josef Men­gele, przy­sze­dłem na świat 16 marca 1911 roku w Bawa­rii, a dokład­niej – w Günzburgu. Byłem naj­star­szy spo­śród trzech synów, któ­rych wydali na świat moi rodzice. Ojca widy­wa­łem czę­ściej na zdję­ciach niż w domu. Cią­gle gonił za inte­re­sami. Skła­mał­bym, gdy­bym przy­znał, że w naszym domu pisz­czała bieda. Jesz­cze nim przy­sze­dłem na świat, rodzice stali się naprawdę majęt­nymi oby­wa­te­lami. Dopy­ty­wa­łem kie­dyś matkę, jak doszli do tak pokaź­nego majątku. Stwier­dziła ewi­dent­nie na odczep­nego, że był to efekt pra­co­wi­to­ści i szczę­śli­wego splotu zda­rzeń. Dopy­ta­łem. I rze­czy­wi­ście, nim przy­sze­dłem na świat, ojciec miał na wła­sność firmę odle­wa­jącą sprzęt rol­ni­czy. To była istna żyła złota! Do tego stop­nia, że zaraz po moich naro­dzi­nach miał sobie spra­wić swój pierw­szy w życiu, prze­piękny, błysz­czący samo­chód ze znacz­kiem firmy Benz, poprzed­nika sław­nego Mer­ce­desa. Matka, widząc to, podobno wście­kła się nie­mi­ło­sier­nie. Jed­nak na ojcu nie zro­biło to więk­szego wra­że­nia. Natu­ral­nie tak zasły­sza­łem, bowiem jako nie­mow­lak nie byłem w sta­nie tego zapa­mię­tać.

W każ­dym razie ojca w domu nie było jesz­cze czę­ściej, gdy już miał ten samo­chód. Mówiąc bez ogró­dek, mając do wyboru pracę i rodzinę, wybie­rał to pierw­sze. Ktoś powie – chciał zaro­bić na rodzinę. I dobrze, można uwa­żać i tak. Ja jed­nak jestem zda­nia, że żadne pie­nią­dze nie cofną czasu i chwil, które mógł spę­dzić ze mną, zamiast prze­sia­dy­wać w tej cho­ler­nej fabryce jak typowy pra­co­ho­lik do późna, tyra­jąc razem ze swo­imi pra­cow­ni­kami. Sie­dział w tej swo­jej pra­cowni w nocy, a za dnia jeź­dził z maszy­nami rol­ni­czymi od drzwi do drzwi, by znaj­dy­wać poten­cjal­nych kup­ców. Tak nie wygląda wyma­rzone dzie­ciń­stwo żad­nego malca! Tym bar­dziej że gdy w 1914 roku wybu­chła Wielka Wojna, to nie było zmi­łuj i ojciec dostał powo­ła­nie na front. Odbyła się wów­czas rodzinna narada, w trak­cie któ­rej matka została namasz­czona na jego następcę. Tatka wzięli w kama­sze, ona zaś zaczęła twardą ręką rzą­dzić impe­rium, które dotych­czas budo­wał ojciec.

PS Króli nie jest trzech a jeden. To Mesjasz (co sam wie­lo­krot­nie powta­rzał), który zro­dził się, by wpro­wa­dzić na świe­cie nowy porzą­dek. A jego ini­cjały to „A.H.”. Nic wię­cej dodać nie muszę, wszystko jest na tyle kla­rowne, że z dużą dozą śmia­ło­ści mogę jedy­nie posta­wić w tym miej­scu kropkę.

O MOJEJ RODZI­NIE. ALE KRÓTKO! 07.01.1942, ŚRODA

Moja matka była cho­ler­nie reli­gijna. Do tego stop­nia, że nie wyobra­żam sobie zaży­ło­ści z kobietą bez ślubu kościel­nego. To musi być. Nawet jeśli zdaje się to być oku­pione wie­loma obwa­ro­wa­niami w postaci for­mal­no­ści. I nie wynika to z tego, że ja, podob­nie jak matka, zdaje się być jakoś szcze­gól­nie wie­rzący. Po pro­stu, matka zaszcze­piła to we mnie, ten pogląd wpły­nął do mego krwio­obiegu, by wresz­cie oddzia­ły­wać na umysł. I tak już jest i pew­nie jesz­cze długo zosta­nie. Aż boję się pomy­śleć, jak wielką awan­turę spra­wi­łaby mi matula, gdyby się dowie­działa, że chcę unik­nąć kościel­nego obrządku. Pew­nie jesz­cze tej samej nocy poja­wi­łaby się w kosz­ma­rach i stra­szy­łaby mnie tak solid­nie, że nad ranem prze­ście­ra­dło byłoby zlane moczem!

Zresztą czy mnie to dziwi? Nie. Nawet po latach czuję obawy w sto­sunku do matki. Jed­nak nie czuję się odosob­niony. Pamię­tam, że już w cza­sach mło­dzień­czych, gdy biz­nes ojca funk­cjo­no­wał na bar­dzo dobrym pozio­mie, to nie on wzbu­dzał mój strach. Nie­po­kój poja­wiał się na samą myśl, że naszą fabrykę odwie­dzi matka. Była osobą kon­kretną, sta­now­czą i bez­dy­sku­syjną. Nie szu­kała dys­ku­tan­tów, ale jedy­nie ślepo posłusz­nie wyko­nu­ją­cych pole­ce­nia. Ojciec był inny. Niczym peli­kan łykał każde kłam­stewko, zacho­wy­wał się naprawdę poczci­wie i nawet teraz, po latach, nie zdaje się być szcze­gól­nie groźny. Po pro­stu matki się bano, jego zaś lubiano. Taka karma, nic nie pora­dzisz. Tylko tyle i aż tyle…

LATA SZKOLNE 06.01.1942, WTO­REK

Mam dzi­siaj nieco luź­niej­szy wie­czór. Do tego stop­nia, że gdy sie­dzia­łem pośród czte­rech ścian, naszło mnie na wspo­mnie­nia z tej naprawdę odle­głej prze­szło­ści – z ław szkol­nych. Jak to wyglą­dało? W szkole wio­dło mi się dość prze­cięt­nie. Dawa­łem sobie radę z greką, łaciną, histo­rią czy fizyką. Nawet z reli­gii, z tego co pamię­tam, mia­łem nie­złe stop­nie. Jed­nak nie na tyle satys­fak­cjo­nu­jące, by uznać je za spek­ta­ku­larne. Teraz, po latach, dość dobrze to rozu­miem. Moje prze­ciętne oceny na świa­dec­twach szkol­nych wyni­kały z tego, że cho­ro­wa­łem. Jako nasto­la­tek prze­sze­dłem wię­cej cho­rób niż każdy pies ma pcheł. Osła­bie­nie wyni­ka­jące z zapa­le­nia nerek i tuzina innych dole­gli­wo­ści spra­wiało, że wię­cej czasu byłem chory niż zdrowy i z tego powodu w ogóle nie w gło­wie była mi nauka.

Dopiero po zda­niu matury coraz moc­niej zaczęła kieł­ko­wać we mnie myśl o dogłęb­nym pozna­niu świata medy­cyny. Wła­ści­wie to mio­ta­łem się z tą myślą, bowiem moi rodzice mieli nie­źle pro­spe­ru­jącą firmę i zda­wało mi się oczy­wi­ste, że gdy doro­snę, ojciec postawi mnie na jej czele. Ba, z cza­sem poja­wiły się takie głosy. Z tego, co pamię­tam, ojciec kilka razy mówił o tym dość otwar­cie. Z kolei moja matka była temu grun­tow­nie prze­ciwna. Jak man­trę powta­rzała, że prę­dzej dopad­nie mnie jakaś kolejna cho­roba, niż odniosę suk­ces jako zarzą­dza­jący naszą rodzinną firmą. Mówiąc dosad­nie, regu­lar­nie wybi­jała ojcu z głowy myśl o tym, że powi­nien mnie szy­ko­wać na swego następcę.

Karl Men­gele, ojciec Josefa, wła­ści­ciel fabryki maszyn rol­ni­czych w Günzburgu

Po latach mogę się przy­znać do tego, że pod­słu­cha­łem kilka roz­mów ojca z matki na ten temat. I były to nie­zbyt przy­jemne słowa z per­spek­tywy mło­dego chło­paka. Pamię­tam jak dzi­siaj, gdy matka powie­działa do ojca, że skoro ledwo jestem w sta­nie koń­czyć kolejne klasy ze względu na swą cho­ro­wi­tość, to gdzie do zarzą­dza­nia spo­rym przed­się­bior­stwem. A matka wie­działa, co mówi, bo prze­cież przez więk­szość dnia ojca nie było w domu. Zamiast tego sie­dział w fabryce, spo­ty­kał się, by wal­czyć o kolejne kon­trakty i był jedy­nie duchem w domu, lecz nie cia­łem. Matka cią­gle powta­rzała, że do kie­ro­wa­nia taką firmą trzeba mieć solidną krzepę. Ja jej nie mia­łem. Wtedy jed­nak tego nie rozumia­łem. Jakie było moje roz­cza­ro­wa­nie, gdy dowie­dzia­łem się, że w przy­szło­ści będzie nią zarzą­dzał Alois, naj­młod­szy z braci.

Na hory­zon­cie poja­wiło się zain­te­re­so­wa­nie bio­lo­gią i medy­cyną. Stał za tym mój nauczy­ciel bio­lo­gii. Gdyby nie on, nie był­bym tam, gdzie się zna­la­złem w przy­szło­ści. Dzięki niemu zro­zu­mia­łem, jak atrak­cyjne inte­lek­tu­al­nie może być pozna­wa­nie ludz­kiej natury. Ciało czło­wieka jest czymś na wzór cudu. Nie­zmien­nie mnie fascy­nuje z racji aury tajem­ni­czo­ści, która się nad nim roz­ta­cza. Tak było w trak­cie lek­cji bio­lo­gii w gim­na­zjum. A póź­niej ta pasja dalej się roz­wi­jała. W pew­nym momen­cie czu­łem, że medy­cyna jest tą dzie­dziną wie­dzy, z którą chciał­bym się zwią­zać. Jed­nak kolega z gim­na­zjum, rok star­szy ode mnie, gdy tylko dowie­dział się, że chcę zostać den­ty­stą, by zara­biać wiel­kie pie­nią­dze, pró­bo­wał wybić mi to z głowy. Tłu­ma­czy­łem mu tak kla­row­nie, jak tylko się da, że w mojej rodzin­nej miej­sco­wo­ści nie ma ani jed­nego sto­ma­to­loga, a prze­cież kiedy ludzi bolą zęby, to bez takiego leka­rza się nie obej­dzie. Byłem też zda­nia, że prę­dzej czy póź­niej wzro­śnie zain­te­re­so­wa­nie zębami z racji tego, że bycie szczer­ba­tym nie będzie w modzie. Czas poka­zał, że mia­łem rację.

Posze­dłem na stu­dia z medy­cyny, choć nie zosta­łem den­ty­stą. Zafa­scy­no­wany antro­po­lo­gią, zagad­nie­niami raso­wymi przy­swa­ja­łem wie­dzę z ogromną łatwo­ścią. Śmiem wręcz twier­dzić, że to miłość z wza­jem­no­ścią – do tego stop­nia, że od kilku dobrych lat sły­szę głos z wewnątrz mówiący kla­row­nie, że zro­bię wybitną karierę jako lekarz. Wie­rzę w to głę­biej, niż moim wro­gom i kon­ku­ren­tom mogłoby się zda­wać.

PRZE­CZY­TA­CIE KIE­DYŚ O MNIE W ENCY­KLO­PE­DII 08.01.1942, CZWAR­TEK

Jestem winien jesz­cze nieco słów o sobie. Muszę to spi­sać, bowiem wiem, że prę­dzej czy póź­niej speł­nią się słowa, które wypo­wie­dzia­łem w obec­no­ści mego kolegi z ławki szkol­nej, Juliusa Dies­ba­cha. Pamię­tam jak dzi­siaj, co wów­czas stwier­dzi­łem. Spoj­rza­łem na niego i mówię:

– Julius, zapew­niam cię, że w przy­szło­ści będą się o mnie roz­pi­sy­wać w ency­klo­pe­diach. Moja ambi­cja jest tak duża, że prę­dzej to osią­gnę, nim spo­cznę!

Julius spoj­rzał wów­czas na mnie i iro­nicz­nie zaśmiał się pod nosem.

– Yhy, na pewno… – stwier­dził na odczep­nego.

To był czas, gdy już byłem, pisząc dość nie­skrom­nie, cho­ler­nie ambit­nym, mło­dym czło­wie­kiem. Ja naprawdę wie­rzy­łem w to, że osią­gnę suk­ces i w przy­szło­ści będą o mnie pisać w pod­ręcz­ni­kach do histo­rii. Co wię­cej, cią­gle w to wie­rzę i zdaje mi się, że osią­gnę to prę­dzej niż póź­niej!

Młoc­kar­nia pro­du­ko­wana przez Fabrykę Maszyn Rol­ni­czych Men­gele w latach 30. XX wieku

Nim to jed­nak nastąpi, przy­to­czę kilka fak­tów na mój temat, z tej naj­od­le­glej­szej prze­szło­ści. Po pierw­sze, pocho­dzi­łem z zamoż­nej rodziny, co już zdą­ży­li­śmy usta­lić. Nato­miast warto dodać, że nasza rodzina była głę­boko wie­rząca. Byli­śmy przy­kład­nymi kato­li­kami i śmiało mogę zary­zy­ko­wać, że duchowni mogliby sta­wiać nas za wzór. To chyba tyle… Czy jesz­cze coś powi­nie­nem dodać? Może godny odno­to­wa­nia jest jesz­cze fakt, iż ta cała firma mego ojca miała być w przy­szło­ści mą spu­ści­zną. To ja mia­łem być szy­ko­wany na następcę ojca. Jed­nak ani przez chwilę nie było mi w gło­wie, by zaj­mo­wać się jaki­miś odle­wami czy maszy­nami rol­ni­czymi. Ow­szem, ojciec wespół z matką zbili na tym ogromne pie­nią­dze. Nie zmie­niało to jed­nak faktu, że nie czu­łem pociągu do tego, by objąć funk­cję szefa fabryki. Po pierw­sze, był­bym porów­ny­wany do ojca: że jestem gor­szy, albo że jestem lep­szy. Po dru­gie, zupeł­nie mnie to nie inte­re­so­wało. A skoro tak, to dla­czego miał­bym w to brnąć?!

Ojciec zapewne to prze­czu­wał. Od mło­dzień­czych lat byłem sku­piony na odnie­sie­niu suk­cesu i zapi­sa­niu na kar­tach histo­rii. Nie wie­dzia­łem tylko jesz­cze jak to osią­gnąć. Na razie wyzna­czy­łem sobie cel. Teraz musia­łem zna­leźć środki, za pomocą któ­rych go osią­gnę. Czy coś mi się podo­bało w dzia­ła­niach ojca? Tak. To była sława! Nie­mniej jed­nak to była jedy­nie lokalna popu­lar­ność. Miesz­kańcy Günzburga postrze­gali go jak tego zna­nego wła­ści­ciela fabryki. Ja zaś chcia­łem być nie­siony sławą o zde­cy­do­wa­nie więk­szym zasięgu. Prze­czu­wa­łem – i na­dal to prze­czu­wam – że jesz­cze będą o mnie pisać. Już ja się o to posta­ram…

NOWY PORZĄ­DEK NA WSCHO­DZIE 14.02.1942, SOBOTA

Zima na Ukra­inie nie wyka­zuje oznak słab­nię­cia. Kra­jo­braz jest mono­tonny, biały, nie­mal hip­no­ty­zu­jący w swo­jej suro­wo­ści. Moja służba w Dywi­zji SS „Wiking” nabiera coraz bar­dziej ruty­no­wego cha­rak­teru, choć warunki sani­tarne wśród żoł­nie­rzy wyma­gają nie­ustan­nej czuj­no­ści. Fascy­nuje mnie odpor­ność ger­mań­skiego orga­ni­zmu na te nie­ludz­kie warunki. To tutaj, w tym bło­cie i śniegu, wykuwa się nad­czło­wiek, o któ­rym pisali nasi teo­re­tycy.

Wie­czo­rami, gdy mróz trza­ska o ściany kwa­tery, moje myśli ucie­kają ku bio­lo­gii. Widzę tu, na fron­cie, masową skalę zja­wisk, które w Insty­tu­cie Otmara von Ver­schu­era ana­li­zo­wa­li­śmy jedy­nie w teo­rii. Dzie­dzicz­ność, odpor­ność rasowa, selek­cja natu­ralna w naj­bar­dziej bru­tal­nym wyda­niu. Roz­ma­wia­łem dziś z jed­nym z ofi­ce­rów o „oczysz­cza­niu” tych tere­nów. To nie tylko kwe­stia mili­tarna, to wielka higiena bio­lo­giczna. Europa musi zostać zre­de­fi­nio­wana u samych pod­staw. Czuję, że moja rola jako leka­rza wykra­cza poza opa­try­wa­nie ran postrza­ło­wych. Jestem tu, by chro­nić krew.

Pro­fe­sor Otmar von Ver­schuer z ber­liń­skiego Insty­tutu Cesa­rza Wil­helma bada bliź­niaczki. Był on nauko­wym men­to­rem Men­ge­lego

BIO­LO­GIA WALKI I GENE­TYKA 28.04.1942, WTO­REK

Wio­senne roz­topy zamie­niły drogi w rzeki mazi. Trans­port ran­nych jest nie­mal nie­moż­liwy, co zmu­sza nas do podej­mo­wa­nia szyb­kich, bez­li­to­snych decy­zji. Moja praca w punk­cie opa­trun­ko­wym daje mi uni­kalny wgląd w mate­rię ludzką. Dziś ope­ro­wa­łem mło­dego gre­na­diera, któ­rego cechy antro­po­lo­giczne były nie­mal pod­ręcz­ni­ko­wym przy­kła­dem typu nor­dyc­kiego. Patrząc na jego otwartą ranę, nie widzia­łem tylko bólu, widzia­łem zagro­że­nie dla puli gene­tycz­nej naszej nacji. Każdy taki osob­nik jest bez­cenny.

Zasta­na­wiam się, jak wiele poten­cjału badaw­czego mar­nuje się w tym cha­osie. Wojna to labo­ra­to­rium o nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach. Śmierć jest zja­wi­skiem maso­wym, sta­ty­stycz­nym, pozba­wio­nym sen­ty­men­ta­li­zmu. To pozwala na chłodną obser­wa­cję, na którą w cywil­nym świe­cie nauko­wiec ni­gdy nie mógłby sobie pozwo­lić. Marzę o powro­cie do pracy nauko­wej, ale na zupeł­nie nowych zasa­dach. Nie w ste­ryl­nych ścia­nach uni­wer­sy­tetu, lecz tam, gdzie mate­riał badaw­czy jest dostępny w ilo­ściach hur­to­wych. Musimy zro­zu­mieć mecha­ni­zmy powsta­wa­nia ano­ma­lii, by móc je eli­mi­no­wać u źró­dła. Coś bym jesz­cze napi­sał, ale nie mam już sił. Kładę się, już późno.

LABO­RA­TO­RIUM NA KRAŃCU ŚWIATA 18.05.1942, PONIE­DZIA­ŁEK

Front prze­su­nął się na wschód, a wraz z nim nasz punkt opa­trun­kowy. Dzi­siej­szy pora­nek przy­niósł ulewny deszcz, który zamie­nił ukra­iń­ski czar­no­ziem w lepką, cuch­nącą masę. Sie­dząc w zaim­pro­wi­zo­wa­nym gabi­ne­cie w daw­nym budynku koł­chozu, patrzę na prze­su­wa­jące się kolumny jeń­ców. To fascy­nu­jący mate­riał ludzki – cha­otyczna mie­sza­nina cech antro­po­lo­gicz­nych, od wyraź­nych wpły­wów mon­gol­skich po zde­ge­ne­ro­wane typy sło­wiań­skie. Jako antro­po­log nie mogę wyjść z podziwu, jak natura potrafi dopu­ścić do takiego prze­mie­sza­nia krwi. Każda z tych twa­rzy to zagadka, którą nale­ża­łoby ska­ta­lo­go­wać, zmie­rzyć i pod­dać ana­li­zie sta­ty­stycz­nej.

Moi kole­dzy ofi­ce­ro­wie widzą w nich tylko zagro­że­nie lub siłę robo­czą. Ja widzę w nich przede wszyst­kim bio­masę, która w swo­jej maso­wo­ści traci cechy jed­nost­kowe. To klucz do nowo­cze­snej medy­cyny: prze­stać widzieć pacjenta, a zacząć widzieć pro­ces. Pod­czas dzi­siej­szej selek­cji ran­nych do trans­portu, moją uwagę przy­kuł młody Rosja­nin z rzadką ano­ma­lią tęczówki – hete­ro­chro­mią. Gdy­by­śmy byli w Ber­li­nie, w Insty­tu­cie Cesa­rza Wil­helma, poświę­cił­bym mu tygo­dnie badań. Tutaj w huku arty­le­rii jego ist­nie­nie koń­czy się krótką adno­ta­cją i ode­sła­niem na tyły, co jest mar­no­traw­stwem nauko­wym, które mnie drażni.

Wie­czo­rem czy­ta­łem kore­spon­den­cję od Otmara. Pisze o postę­pach w bada­niach nad suro­wicą krwi i dzie­dzicz­no­ścią cech pato­lo­gicz­nych. Zga­dzamy się w jed­nym: wojna to jedyny czas, kiedy etyka chrze­ści­jań­ska, ta sen­ty­men­talna narośl na ciele cywi­li­za­cji, wresz­cie prze­staje krę­po­wać ręce bada­czowi. Praw­dziwy lekarz jutra musi być jak chi­rurg usu­wa­jący nowo­twór – nie może współ­czuć wyci­na­nej tkance, musi kochać orga­nizm, który ratuje. A tym orga­nizmem jest Rze­sza. Moja obec­ność tutaj, choć nazna­czona bru­dem i nie­bez­pie­czeń­stwem, utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że bio­lo­gia jest jedyną praw­dziwą reli­gią naszych cza­sów. Muszę tylko zna­leźć spo­sób, by prze­nieść te obser­wa­cje w miej­sce, gdzie panują porzą­dek i sys­te­ma­tycz­ność, a nie fron­towy chaos.

DYSO­NANS KRWI I POTRZEBA SELEK­CJI 04.07.1942, ŚRODA

Rana nogi goi się powoli, co daje mi aż nadto czasu na roz­my­śla­nia. Pobyt w laza­re­cie, tym razem w roli pacjenta, jest dla mnie doświad­cze­niem nie­mal upo­ka­rza­ją­cym, ale i poucza­ją­cym. Obser­wuję pracę moich kole­gów – są tacy dro­bia­zgowi, tacy sku­pieni na rato­wa­niu każ­dego życia, jakby każda jed­nostka miała tę samą war­tość. To błąd logiczny, który hamuje nasz postęp. Czy życie żoł­nie­rza o mar­nych cechach dzie­dzicz­nych jest warte tyle samo, co życie ofi­cera z czy­stym rodo­wo­dem? Mate­ma­tyka bio­lo­giczna mówi wyraź­nie: nie.

W ostat­nich dniach docie­rają do nas raporty z głębi oku­po­wa­nych tere­nów. Sys­tem obo­zowy ewo­lu­uje. To, co dzieje się w miej­scu zwa­nym Auschwitz, o któ­rym sły­sza­łem pod­czas ostat­niej narady w Ber­li­nie, wydaje się być odpo­wie­dzią na moje naukowe modli­twy. Tam nie ma fron­to­wego cha­osu. Tam panuje ste­rylna, zor­ga­ni­zo­wana machina, w któ­rej czło­wiek zostaje spro­wa­dzony do swo­jego bio­lo­gicz­nego kom­po­nentu. Fascy­nuje mnie kon­cep­cja „selek­cji na ram­pie”. To moment abso­lut­nej wła­dzy rozumu nad przy­pad­kiem. Decy­do­wa­nie o tym, kto jest zdolny do repro­duk­cji, kto do pracy, a kto sta­nowi jedy­nie balast bio­lo­giczny, to naj­wyż­sza forma medycz­nej odpo­wie­dzial­no­ści.

Zasta­na­wiam się czę­sto nad naturą bliź­niąt jed­no­ja­jo­wych. Są jak lustrzane odbi­cia, ide­alna grupa kon­tro­lna, o któ­rej marzy każdy gene­tyk. Gdy­bym mógł mieć do dys­po­zy­cji setki takich par w kon­tro­lo­wa­nym śro­do­wi­sku, gdzie żadne normy prawne nie ogra­ni­czają zakresu inge­ren­cji…, mogli­by­śmy zła­mać kod dzie­dzicz­no­ści w ciągu kilku lat. Mogli­by­śmy pro­gra­mo­wać cechy narodu. Moja noga może i wyklu­cza mnie z dal­szej walki na pierw­szej linii, ale moje umy­słowe zacię­cie pcha mnie ku innej walce – o czy­stość i dosko­na­łość rasy. Czuję, że rok 1943 będzie prze­ło­mowy. Moje nazwi­sko nie zosta­nie zapa­mię­tane dzięki meda­lom, ale dzięki odkry­ciom, które uczy­nią nas nie­śmier­tel­nymi jako gatu­nek. Muszę tylko wyrwać się z tego błota i tra­fić tam, gdzie krew pły­nie sze­ro­kim stru­mie­niem, ale pod pełną kon­trolą nauki. Nie czuję nie­na­wi­ści do tych ludzi, któ­rych badam – czuję jedy­nie chłodną cie­ka­wość, taką samą, jaką ento­mo­log czuje wobec owada pod mikro­sko­pem. To jest wła­śnie praw­dziwy obiek­ty­wizm.

Men­gele jako asy­stent prof. von Ver­schu­era w Insty­tu­cie Cesa­rza Wil­helma, koniec lat 30.

ODZNA­CZE­NIE I REFLEK­SJA NAD PRZE­ZNA­CZE­NIEM 12.07.1942, NIE­DZIELA

Roz­piera mnie duma. Otrzy­ma­łem Krzyż Żela­zny I klasy za akcję pod Rosto­wem. Wycią­gnię­cie ran­nych z pło­ną­cego czołgu pod ostrza­łem było w mojej oce­nie odru­chem, powin­no­ścią wobec Nie­miec i mojej rasy. Ale to nie odzna­cze­nia spra­wiają, że czuję dumę. Praw­dziwą satys­fak­cję daje mi świa­do­mość, że uczest­ni­czę w pro­ce­sie histo­rycz­nym, który zda­rza się raz na tysiąc­le­cia. Moja noga, wciąż doku­cza­jąca po ranie, przy­po­mina mi o kru­cho­ści jed­nostki wobec potęgi idei. Ale nie mar­twię się, głowa do góry!

W moich notat­kach medycz­nych zaczy­nam coraz czę­ściej poświę­cać miej­sce ana­li­zie bliź­niąt. To zagadka, która nie daje mi spo­koju. Mecha­nizm repli­ka­cji życia, iden­tycz­ność gene­tyczna… Gdy­by­śmy potra­fili w pełni kon­tro­lo­wać ten pro­ces, mogli­by­śmy zwie­lo­krot­nić pro­duk­cję war­to­ścio­wej tkanki ludz­kiej. Ukra­ina jest pełna róż­nych grup etnicz­nych, które sta­no­wią dosko­nałe tło porów­naw­cze. Żydzi, Sło­wia­nie, Azjaci – ten tygiel rasowy jest dla bada­cza jak otwarta księga. Szkoda tylko, że warunki fron­towe tak bar­dzo ogra­ni­czają pre­cy­zyjne pomiary antro­po­me­tryczne. Mam nadzieję, że w przy­szło­ści to się zmieni.

Czołg Pz.Kpfw. III i żoł­nie­rze 5. Dywi­zji Waf­fen-SS „Wiking” pod­czas ofen­sywy nad Donem, lato 1942 roku. Men­gele odzna­czył się na fron­cie jako lekarz woj­skowy, m.in. ratu­jąc czoł­gi­stów wycią­gnię­tych z pło­ną­cej maszyny

CIE­NIE NAD DONEM 22.09.1942, ŚRODA

Co robić. Jesień przy­nosi chłód i melan­cho­lię. Walki o Kau­kaz są wyczer­pu­jące. Moje obo­wiązki jako leka­rza dywi­zyj­nego stają się coraz bar­dziej admi­ni­stra­cyjne, co mnie nuży. Chcę wró­cić do sedna medy­cyny, do jej bio­lo­gicz­nego rdze­nia, pro­wa­dzić bada­nia nad tym, co istotne. Widzę wokół sie­bie tyle „mate­riału”, który prze­pada bez­u­ży­tecz­nie w ziemi. Każdy pole­gły to utra­cona infor­ma­cja.

Otrzy­ma­łem list od pro­fe­sora Ver­schu­era. Pisze o nowych moż­li­wo­ściach, jakie otwie­rają się w Rze­szy w związku z prze­sie­dle­niami na Wscho­dzie. Wspo­mina o obo­zach, które stają się cen­trami nie tylko izo­la­cji, ale i spe­cy­ficz­nej selek­cji. To budzi mój entu­zjazm. Wyobra­żam sobie miej­sce, gdzie lekarz ma pełną wła­dzę nad cia­łem i życiem, nie­ogra­ni­czany przez prze­sta­rzałą etykę, która chroni jed­nostki bez­war­to­ściowe kosz­tem postępu nauki. Selek­cja to naj­szla­chet­niej­sza forma opieki nad ludz­ko­ścią. Pozwala oddzie­lić ziarno od plew, zdrowe tkanki od nowo­tworu. Jeśli będę miał oka­zję, skie­ruję swoje kroki tam, gdzie nauka spo­tyka się z osta­tecz­nym roz­wią­za­niem kwe­stii bio­lo­gicz­nej.

KONIEC ROKU I NOWE PER­SPEK­TYWY 30.12.1942, ŚRODA

Rok koń­czy się w atmos­fe­rze nie­pew­no­ści na fron­cie, ale w mojej duszy panuje jasność. Moja służba w Dywi­zji Waf­fen-SS „Wiking” dobiega końca. Moje zdro­wie nie pozwala na dal­sze prze­by­wa­nie w tych warun­kach, ale to, co widzia­łem i czego doświad­czy­łem, ukształ­to­wało mnie na nowo. Nie jestem już tylko leka­rzem z Günzburga. Jestem funk­cjo­na­riu­szem wyż­szej koniecz­no­ści. Jestem kimś, kto ode­grał na tyle zna­czącą rolę w histo­rii, że pew­nie będą o mnie wspo­mi­nać w pod­ręcz­ni­kach histo­rii!

Plotki o tym, co dzieje się w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie, są obie­cu­jące. Mówi się o wiel­kich ośrod­kach, w któ­rych kon­cen­truje się cała „bio­lo­giczna zagadka” Europy. Tam, w miej­scach takich jak Auschwitz, można pro­wa­dzić bada­nia na skalę, o któ­rej marzyli wielcy bio­lo­dzy prze­szło­ści. Moim celem na rok 1943 jest zna­le­zie­nie się w cen­trum tych wyda­rzeń. Chcę mieć dostęp do nie­ogra­ni­czo­nej liczby obiek­tów badaw­czych. Chcę badać oczy, pig­men­ta­cję, dzie­dzicz­ność wad i ano­ma­lii u tych, któ­rzy i tak nie mają przy­szło­ści w naszym świe­cie. Ich śmierć musi słu­żyć naszej wie­dzy. To jedyny spo­sób, by nadać ich egzy­sten­cji jaki­kol­wiek sens. Prze­szłość zosta­wiam za sobą, przy­szłość należy do bio­lo­gii czy­stej krwi.

1943

Rok 1943 był momen­tem, w któ­rym Josef Men­gele roz­po­czął swoją zbrod­ni­czą dzia­łal­ność w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym i obo­zie zagłady Auschwitz-Bir­ke­nau. Po rekon­wa­le­scen­cji i krót­kiej służ­bie w Ber­li­nie, w maju 1943 roku został tam prze­nie­siony i objął funk­cję naczel­nego leka­rza obozu kobie­cego w Bir­ke­nau. Szybko zyskał miano „Anioła Śmierci”, wyróż­nia­jąc się szcze­gólną bez­względ­no­ścią i gor­li­wo­ścią pod­czas selek­cji na ram­pie kole­jo­wej. To wła­śnie w tym roku zaini­cjo­wał swoje nie­ludz­kie eks­pe­ry­menty pseu­do­me­dyczne, kon­cen­tru­jąc się głów­nie na bliź­nię­tach oraz oso­bach z ano­ma­liami gene­tycz­nymi. Dzięki wspar­ciu finan­so­wemu z Ber­lina stwo­rzył w obo­zie zaple­cze labo­ra­to­ryjne, które miało słu­żyć reali­za­cji jego ambi­cji nauko­wych i ide­olo­gii raso­wej. Pod koniec roku Men­gele był już w pełni zin­te­gro­wany z obo­zową machiną zagłady, łącząc funk­cję leka­rza SS z rolą bez­li­to­snego oprawcy.

EPI­DIE­MIA TYFUSU 02.06.1943, ŚRODA

Pod koniec maja, będąc w stop­niu SS-Hauptsturmführera, otrzy­ma­łem prze­nie­sie­nie do obozu w Auschwitz. Przy­dzie­lono mnie do obozu kobie­cego. I wła­ści­wie od razu przy­stą­pi­łem do pracy. Pierw­sze, z czym przy­szło mi się zmie­rzyć, była epi­de­mia tyfusu. Oka­zało się, że cały barak rom­ski nie może sobie z nią pora­dzić. Dokład­nie mowa o 1042 Romach. Bły­ska­wicz­nie upo­ra­łem się z tym pro­ble­mem. Uzna­łem, że żadne lecze­nie nie wcho­dzi w grę. Jeśli chcemy zatrzy­mać dal­szy roz­wój epi­de­mii, trzeba ją znisz­czyć w zarodku. Gdy po latach ktoś będzie czy­tał te słowa, zapewne będzie mocno obu­rzony. Nie­mniej teraz, gdy to piszę, grono obu­rzonych roda­ków byłoby znacz­nie mniej­sze. Trwa wojna, każdy patrzy tylko na sie­bie.

Czło­wie­czeń­stwo zostało wyparte przez walkę. Nie tylko walkę ras, ale w ogóle walkę. O racje żyw­no­ściowe, o akce­so­ria dla nie­mow­ląt, o dobrze płatną pracę, o bez­piecz­niej­sze miej­sce na fron­cie. Każdy o coś wal­czy. Ja rów­nież. Przy czym ja wal­czę w tym momen­cie z epi­de­mią. I jedy­nie sta­now­cze kroki pozwa­lają się z nią roz­pra­wić. Po tym krót­kim wstę­pie nie­trudno prze­wi­dzieć, co posta­no­wi­łem. Bru­tal­nie rzecz ujmu­jąc, dosze­dłem do wnio­sku, że w przy­padku tych 1042 Romów należy zasto­so­wać komory gazowe. Już widzę twa­rze zasko­czo­nych czy­tel­ni­ków. Wiem…

Świat być może jesz­cze nie wie albo nie chce wie­dzieć o ist­nie­niu komór gazo­wych. My, Niemcy, z mini­strem pro­pa­gandy Goeb­bel­sem na czele robimy wiele, by świat się o nich nie dowie­dział. Każdy naród skrywa jakiś mroczny sekret. Jeśli cho­dzi o nas, to jest to wła­śnie jeden z nich. W myśl tego, co zawsze powta­rzała moja pra­babka. Z uśmie­chem na ustach i z ostat­nimi dwoma zębami na przo­dzie, żar­to­wała: – Wnuczku pamię­taj, że co chatka, to zagadka!

Wie­życzka straż­ni­cza, ogro­dze­nie z drutu kol­cza­stego pod napię­ciem oraz baraki obozu Auschwitz II – Bir­ke­nau

TYLKO NA TRZEŹWO 10.06.1943, CZWAR­TEK

W Auschwitz pra­cuję w pocie czoła. Roboty jest tutaj co nie­miara. Codzien­nie przy­jeż­dżają nowe trans­porty więź­niów. „Witam” ich, sto­jąc na ram­pie. Jak zawsze jestem per­fek­cyj­nie ubrany. Czuję się panem życia i śmierci. Wła­dza to prze­cież ja.

Macham na lewo i prawo. Kciuk na lewo ozna­cza śmierć. W prawo – skie­ro­wa­nie do obozu pracy. W trak­cie selek­cji czę­sto pogwiz­duję. To daje mi ulgę i jest czymś na wzór odskoczni. W ogóle jestem wyjąt­kiem w tej kwe­stii. Jest jesz­cze lekarz obo­zowy Fritz Klein. Obaj robimy selek­cję na trzeźwo. Pozo­stali leka­rze w dużej więk­szo­ści czy­nią to pod wpły­wem. Wiem, że nie są w sta­nie wejść na rampę bez kilku solid­nych łyków alko­ho­lo­wego znie­czu­la­cza. Do tego robią wszystko, by uni­kać wypeł­nia­nia swo­ich obo­wiąz­ków.

Mnie za to można sta­wiać za wzór. Jako jedyny sam zgła­szam się do tego, by pro­wa­dzić kolejne selek­cje. Ktoś to w końcu musi robić. Skoro inni zacho­wują się tchórz­li­wie, to ja muszę wyjść im naprze­ciw i sam wziąć sprawy w swoje miej­sce.

Przy­znam, że fak­tycz­nie selek­cje są dość dra­styczne. Nawet się nie dzi­wię innym medy­kom, że tak przed nimi dezer­te­rują. Opo­wiem o tym, ale innym razem. Wła­śnie czeka mnie kolejna selek­cja. Zatem brak czasu na kon­ty­nu­owa­nie tego wpisu.

SŁÓW KILKA 12.06.1943, SOBOTA

Jest późny wie­czór. Za mną kolejny pra­co­wity dzień. Przy­były nowe trans­porty więź­niów. Musia­łem zro­bić selek­cję. Kto do komory, kto do pracy. Dla mnie zupeł­nie dzień jak co dzień. Nie­trudno się domy­ślić, jaki był wynik tych wybo­rów. Więk­szość posła­łem do komór. Zde­cy­do­wa­nie nie byli oni zdatni do jakiej­kol­wiek pracy. A jaki poży­tek z takich? Żaden. Ostat­nio jeden ze świeżo upie­czo­nych straż­ni­ków obo­zo­wych zagaił, pyta­jąc mnie o to, ile trwa śmierć w komo­rze gazo­wej. Zgod­nie z prawdą przy­zna­łem, że to dość cza­so­chłonny pro­ces. Cyklon B potrze­buje nawet pół godziny, by doko­nać „likwi­da­cji” wybra­nych osób. Wcze­śniej jesz­cze tych ludzi trzeba roze­brać. Póź­niej zostaje już tylko wpro­wa­dze­nie ich do komór, łudząco przy­po­mi­na­ją­cych prysz­nice. Zresztą straż­nicy czę­sto im wma­wiają, że prze­cież nie idą na śmierć, tylko na zwy­kłą kąpiel, a oni przyj­mują to za dobrą monetę. To dość wia­ry­godna wymówka.

Gdy przy­by­wają kolej­nymi trans­por­tami stło­czeni w wago­nach niczym bydło i nastę­puje otwar­cie tych wago­nów, odór bucha mi w twarz i jest trudny do znie­sie­nia. Przy­wie­zie­niu do obozu czę­sto wymio­tują i trzeba się do tego przy­zwy­czaić, by jakoś sobie z tym radzić. Brud bije z każ­dego kąta, ciężko to wytrzy­mać. Chcia­łoby się powie­dzieć, że im współ­czuję. Jed­nak bym skła­mał, gdyby tak powie­dział. Niemcy są rasą panów. Ci, któ­rzy przy­jeż­dżają to Żydzi, Polacy, Romo­wie. Koń­czę. Nie mam sił.

SUPER­RASA TUŻ, TUŻ? 06.07.1943, WTO­REK

Ostat­nio dosze­dłem do wnio­sku, że jeśli tak dalej pój­dzie, to prę­dzej czy póź­niej dzięki moim bada­niom uda się stwo­rzyć super­rasę. Dzia­ła­nia empi­ryczne w mym wyko­na­niu weszły na wyż­szy poziom. Jako antro­po­log spe­cja­li­zu­jący się w pro­ble­mach euge­niki, mam w obo­zie Auschwitz nie­zli­czone masy jed­no­stek do badań. Moja fascy­na­cja zdaje się nie mieć końca. Ostat­nio jeden z leka­rzy sta­wiał opór, gdy naka­za­łem mu pozy­skać czaszki świeżo przy­wie­zio­nych osob­ni­ków. Na szczę­ście więk­szość medy­ków chęt­nie anga­żuje się w prace. Dosko­nale zdają sobie sprawę, że wszy­scy dzia­łamy w słusz­nym celu, mają­cym pro­wa­dzić tylko do jed­nego – zwy­cię­stwa Trze­ciej Rze­szy nad Europą, a osta­tecz­nie nad świa­tem.

Jeśli uda nam się stwo­rzyć super­rasę, prze­ję­cie domi­na­cji nad świa­tem przez naród ger­mań­ski będzie nie­mal for­mal­no­ścią. A zdaje się, że jestem bli­żej tego doko­na­nia niż dalej. W swoim kręgu zain­te­re­so­wań mam dwa typy. Mowa o kar­łach i bliź­nia­kach. Ostat­nio zszy­łem dwa karły. Chcia­łem zoba­czyć, jak zare­agują na to oba orga­ni­zmy. Karły nie prze­żyły. Z bliź­nia­kami jest rów­nie cie­ka­wie. Uwiel­biam rom­skie dzieci. Czę­sto czę­stuje je cukier­kami, by zdo­być ich sym­pa­tię. Sły­sza­łem, że zyska­łem już przy­do­mek „wujek”, co jest dla mnie dużym kom­ple­men­tem. Łowię takich bliź­nia­ków dość czę­sto. Rów­nież ich zszy­wam.

Nie­dawno przy­szło mi zszyć bliź­nia­ków, z któ­rych jeden był gar­baty, a drugi już nie. To było fascy­nu­jące bada­nie. Po zszy­ciu oka­zało się, że nie są mi do niczego przy­datni. W tej sytu­acji wstrzyk­ną­łem im sub­stan­cję, która spra­wiła, że dość szybko zamarli. Dzięki temu mogę badać organy. Porów­ny­wać, czy skoro są bliź­nia­kami, to tak samo wyglą­dają ich wątroby, nerki, jelita. Przy­szło mi pro­wa­dzić bada­nia na ogromną, nie­spo­ty­kaną dotych­czas skalę. Czy­nię coś, co dotych­czas praw­do­po­dob­nie nie zda­rzyło się na świe­cie. I strasz­nie mnie to eks­cy­tuje. Ow­szem, trzeba mieć hardy cha­rak­ter, by decy­do­wać się na takie czyny. Jed­nak ja patrzę na to, jak na szansę, którą otrzy­ma­łem od losu, by zapi­sać się w histo­rii antro­po­lo­gii zło­tymi zgło­skami. Mam tak wiele danych z moich badań, że czeka mnie świe­tlana kariera naukowa. Poza tym mogę uczy­nić wielki krok dla ger­mań­skiej rasy. Jestem zde­ter­mi­no­wany, by to uczy­nić. I nie wiem, co musia­łoby się wyda­rzyć, bym zro­bił­bym krok do tyłu. Nie chcę zawieść Hitlera, mojej par­tii, Ger­ma­nów!

Wiem, że po latach zawistni będą mini­ma­li­zo­wać war­tość mych badań. Będą je pod­wa­żać i sku­piać swą uwagę na stro­nie moral­nej zamiast na mym podej­ściu nauko­wym. W tej sytu­acji chcę zapy­tać: co w takim razie ze zwie­rzę­tami? Dla­czego świat daje przy­zwo­le­nie na to, by pro­wa­dzić na nich eks­pe­ry­menty medyczne? Dla­czego szczury są tak czę­sto mor­do­wane w imię badań nauko­wych? Dla­czego psom wsz­cze­piane są środki usy­pia­jące? Prze­cież to rów­nież istoty żywe i rozumne, podob­nie jak ludzie.

Zaraz ktoś mi zarzuci, że nie można porów­ny­wać badań i eks­pe­ry­men­tów medycz­nych z wyko­rzy­sta­niem zwie­rząt do tych samych dzia­łań z ludźmi. Nie wiem. Dla mnie wszyst­kie istoty, które odczu­wają, winne są być trak­to­wane na równi. Zresztą każdy, kto wsłu­cha się w głos par­tii nazi­stow­skiej, dosko­nale zro­zu­mie, że są ludzie i pod­lu­dzie. My nie pro­wa­dzimy badań na praw­dzi­wych Ger­ma­nach. Do tych czy­nów wyko­rzy­stu­jemy jed­nostki pocho­dze­nia rom­skiego, żydow­skiego czy pol­skiego. To na nich wyko­nuję moje bada­nia.

Nie­przy­pad­kowo jestem leka­rzem. Jestem leka­rzem, bo badam. Ow­szem, można się do tego przy­cze­pić, jak zresztą do wszyst­kiego. Moi prze­ciw­nicy po latach zapewne stwier­dzą, że jako lekarz powi­nie­nem zapo­bie­gać ludz­kiemu cier­pie­niu i pro­wa­dzić pacjen­tów tak, by wycho­dzili na pro­stą ze zdro­wiem. Ja jed­nak czy­nię to, czego ode mnie ocze­kuje mój zwierzch­nik, mój wódz Adolf Hitler. On i całe pań­stwo ocze­kują stwo­rze­nia super­rasy i do tego ma się spro­wa­dzać moja rola. Czy mam wyrzuty sumie­nia? Odwrócę pyta­nie. Czy wete­ry­narz, gdy usy­pia konia, ma także wyrzuty sumie­nia? Natu­ral­nie znowu ktoś powie – to zwie­rzę, nie czło­wiek. Ja zaś odpo­wiem – zwie­rzę to także istota rozumna. Ona odczuwa tak samo jak ludzie, zarówno ból, jak i zło­wro­gie zamiary.

Ja nie robię tych badań dla sie­bie. Robię to dla Niem­ców. Przy­szłe poko­le­nia będą mi wdzięczne. W Trze­ciej Rze­szy w przy­szło­ści będą mi sta­wiać pomniki, sła­wić na uczel­niach medycz­nych, sta­wiać mnie za wzór, nazy­wać ulice moim nazwi­skiem. Nie jestem nawet w sta­nie sobie wyobra­zić, by mogło być ina­czej. I co naj­waż­niej­sze, świat się ni­gdy nie dowie o naszych eks­pe­ry­men­tach, o tym, jak doszli­śmy do naszych prze­ło­mo­wych wnio­sków. Czy­nimy je z zapew­nie­niem peł­nej dys­kre­cji. Jeśli doszłoby do tego, że do Auschwitz zbli­ża­liby się Sowieci, spa­kuję do teczki naj­waż­niej­sze wyniki badań, inne spalę i ucieknę, by zatrzeć za sobą ślady. Świat nie musi wie­dzieć o wszyst­kim. Ja już o to zadbam!

DOKĄD TRAFI TEN PAMIĘT­NIK? 07.07.1943, ŚRODA

Kalen­darz wska­zuje dzi­siaj imie­niny mie­siąca – mamy 7 lipca. To dosko­nała oka­zja, bym napi­sał nieco wię­cej o swo­jej dzia­łal­no­ści. Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, dokąd trafi ten pamięt­nik. Być może prze­każę go swej rodzi­nie, być może posta­no­wię go upu­blicz­nić, gdy będzie już jasne, że „rasa panów” wygrała wojnę i jest nam dane roz­ta­czać na świa­tem swą domi­na­cję. Nie wiem… Myślę, że mam jesz­cze wiele czasu, by pod­jąć decy­zję, co z tym pocznę. Tym­cza­sem pochy­lam się nad tą nie­za­pi­saną kartką. Uwiel­biam wygwiz­dy­wać arie ope­rowe, co też czy­nię i w tym momen­cie. Dźwięk mego pogwiz­dy­wa­nia nie­sie się po baraku, w któ­rym przy­szło mi prze­by­wać.

Pro­wa­dząc ten pamięt­nik, nauczy­łem się, jak na Niemca przy­stało, że ważny jest porzą­dek i każdy dro­biazg. W związku z niniej­szym dzi­siaj posta­no­wię pokrótce opi­sać kulisy mych dzia­łań na polu, które można nazwać „eks­pe­ry­men­tami medycz­nymi”. Jest to o tyle istotne, że zapewne w przy­szło­ści trudno będzie zna­leźć wia­ry­godne rela­cje na ten temat. Uczest­nicy mych eks­pe­ry­men­tów raczej głosu nie zabiorą, ja kie­dyś jak wszy­scy odejdę z tego świata, czy­niąc się co naj­wy­żej nie­bosz­czy­kiem, któ­rego prę­dzej czy póź­niej pożrą szczury i róż­nej maści robale. A to nie będzie sprzy­jało utrwa­le­niu wie­dzy na temat tego, jak funk­cjo­nuje obóz w Auschwitz. Zresztą, jak ma to sprzy­jać utrwa­le­niu, skoro Goeb­bels, zna­czy się mini­ster pro­pa­gandy Trze­ciej Rze­szy, skrzęt­nie skrywa wszel­kie wzmianki o obo­zie w nazi­stow­skiej pra­sie, zaś, gdy ukaże się coś w zagra­nicz­nej, to nawet w Trze­ciej Rze­szy o tym się nie wspo­mina.

Co wię­cej, nawet jak się coś uka­zuje, to nikt nie wie­rzy, dajmy na to Pola­kom. Ow­szem, jakieś poje­dyn­cze jed­nostki są w sta­nie stąd zbiec i przed­sta­wić swe rela­cje wspo­min­kowe. Jed­nak Zachód nie jest jakoś szcze­gól­nie tym zain­te­re­so­wany. Każdy kraj ma swoje pro­blemy. Trwa wojna, a jeśli kto zna choć nieco histo­rię Europy, to nie powi­nien być zdzi­wiony, że Pola­ków się igno­ruje. A żeby to im pierw­szy raz Bry­tyj­czycy z Fran­cu­zami wiele naobie­cy­wali, a póź­niej nic z tego i tak nie było? To stary numer, chęt­nie przez nich powta­rzany. Natu­ral­nie, Pola­ków trzeba zro­zu­mieć. Jak mawia przy­sło­wie, „Die Hof­f­nung stirbt zuletzt”, czyli „nadzieja umiera ostat­nia”.

Nie­mniej jed­nak nazi­ści dbają o to, by infor­ma­cja o Auschwitz nie prze­biła się do powszech­nej świa­do­mo­ści. Ktoś powie, Niemcy się wsty­dzą! To nie­prawda. My się niczego nie wsty­dzimy. Co naj­wy­żej skąpo zarzą­dzamy prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Ba, panuje nawet powszechna opi­nia, że Hitler nie wie o ist­nie­niu nazi­stow­skich obo­zów. Gdy o tym sły­szę po raz setny, recho­czę jak dziecko. Ostat­nio tak się uśmia­łem, gdy jakaś zło­śliwa, choć jak widać pie­kiel­nie inte­li­gentna, menda stwier­dziła, że praw­dziwy Nie­miec powi­nien być:

– Niem­cem z pocho­dze­nia jak Adolf Hitler (to Austriak, żaden tam Nie­miec!);

– wysoki jak Joseph Goeb­bels (był niziutki, led­wie 1,65 metra);

– szczu­pły i wyspor­to­wany jak Her­mann Göring (spa­siona świ­nia, to wie każdy – jakieś 140 kilo żywej tuszy, która ledwo się rusza, do tego stop­nia, że nie jest w sta­nie wysiąść z samo­chodu bez pomocy);

– cno­tliwy i dzie­wi­czy jak Ernst Röhm (kie­dyś ważna postać w par­tii nazi­stow­skiej, bywały dni, że nie wycho­dził z łóżka z mło­dymi chłop­cami, zade­kla­ro­wany homo­sek­su­ali­sta, choć natu­ral­nie Hitler twier­dził, że nic o tym nie wie).

Zresztą przy oka­zji Röhma winny jesz­cze jestem przy­po­mnieć jeden żart na jego temat. A brzmi on: „Trzy­maj dupę przy ścia­nie, bo cię Röhm dosta­nie”. Nie muszę chyba go wyja­śniać…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki