29,00 zł
DWA OBLICZA ZŁA, JEDEN OBÓZ ZAGŁADY.
On – Josef Mengele. „Anioł Śmierci” z Auschwitz-Birkenau. Z kliniczną obojętnością bawił się w Boga, kolekcjonując ludzkie oczy i zamieniając medycynę w makabryczny spektakl bólu. Jeden ruch jego dłoni oznaczał życie lub szybką śmierć w komorze gazowej.
Ona – Irma Grese. „Piękna Bestia”. Sadystka o twarzy anioła, która z perłowym pejczem w dłoni siała terror w obozie kobiecym Auschwitz-Birkenau. Bezwzględna nadzorczyni SS, dla której ludzkie cierpienie było formą rozrywki.
Co połączyło tych dwoje w piekle Auschwitz? Legenda mówi o mrocznej więzi, ale prawda zapisana na kartach ich prywatnych dzienników jest bardziej przerażająca. Czy potwór potrafi kochać? Czy w przerwie między egzekucjami a torturami jest miejsce na ludzkie odruchy, czy tylko na dalszy ciąg szaleństwa?
Wstąp do wnętrza ich umysłów. Odważ się przeczytać to, co chcieli ukryć przed światem.
Zanim ta książka zniknie z półek – zmierz się z najmroczniejszym rozdziałem ludzkiej historii. Ostrzegamy: to nie jest lektura dla ludzi o słabych nerwach!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Redaktor prowadzący: Bogusław Kubisz Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design
Copyright © by Dressler Dublin Sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © Anna Lerke, Christopher Macht 2026
Niniejsza publikacja mimo nadanego jej charakteru paradokumentalnego jest fikcją literacką, a zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa.
Producent: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Bellona 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 tel. (+48) 22 457 04 02 e-mail: biuro@bellona.pl www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18941-6
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
ZBRODNIARZE WSZECH CZASÓW
Trzymacie w rękach wspomnienia zbrodniarzy wszechczasów. Bodaj najsłynniejszego niemieckiego lekarza (choć ten naród wydał wielu wybitnych przedstawicieli tej profesji o nieposzlakowanej opinii), którego brutalne działania w Auschwitz do dzisiaj wzbudzają przerażenie i strach, podobnie jak jego przydomek „Anioł Śmierci”. Jednak nie działał on sam. Auschwitz pracowała jeszcze jedna osoba, którą na pewno kojarzy wielu więźniów, a zwłaszcza więźniarek. Kobieta, którą nazywano „Piękną Bestią”. Często określano ją też jako „najbardziej sadystyczną nadzorczynię”, bo swym pejczem z perłami katowała aż do śmierci.
Razem tworzyli duet kochanków… Najstraszliwszy w historii. Irma Grese i doktor Josef Mengele.
Poznajcie wspomnienia tych obojga.
Nie zawsze dało się odczytać z pożółkłych kartek rozmazane już nieco daty. Też nie wszystkie wpisy mają tytuł. Jeśli autorka (Irma) czy autor (Josef) nie tytułowali wpisu, to my tego za nich też nie robiliśmy. Inne wpisy z kolei są urwane. W takich przypadkach również nie chcieliśmy w nie ingerować.
Ostrzegamy. To naprawdę bolesna i przykra lektura z ludzkiego punktu widzenia…
Anna Lerke, Christopher Macht
CZĘŚĆ I
„ANIOŁ ŚMIERCI”
NAZYWAM SIĘ JOSEF MENGELE
Czterdzieści. Minimum tyle lat musi minąć od mej śmierci, by niniejsze notatki zostały opublikowane. Moje życie było obarczone niebywałym ryzykiem, często trudnymi do podjęcia decyzjami, a przede wszystkim pracą pod znakiem ogromnego stresu. Mawia się, że historię piszą zwycięzcy. Fakt, trudno się z tym nie zgodzić. Niemniej czuję się zobligowany do tego, by przedstawić swój punkt widzenia. Nie, nie będę się kajał. Nie żałuję tego, co czyniłem. I nie sądzę, bym musiał się z czegokolwiek tłumaczyć. Jedyne, czego pragnę, to zdradzić nieznane dotąd kulisy mego życia. Od dzieciństwa po moją „karierę” w Auschwitz. I eksperymenty medyczne, które tam przeprowadzałem.
Niniejsze dzienniki zacząłem pisać dość dawno. Na tyle dawno, by zdążyło się nazbierać kilkaset stron notatek. Gdy trafią one do czytelników, mnie już dawno nie będzie pośród żywych. Nie życzę sobie, by ziemia lekką mi była. Pragnę tylko tego, by te zapiski nie ujrzały światła dziennego zbyt wcześnie. Przelałem na papier z dużą dozą szczerości swój żywot. Tylko tyle i aż tyle.
Wpisy są chaotyczne, momentami niezrozumiałe. Dokładnie takie same jak moje życie…
J.M. Argentyna (data nieczytelna)
Rok 1942 przyniósł istotny zwrot w biografii Josefa Mengelego, gdyż przeniesiono go z frontu wschodniego do obozu koncentracyjnego i obozu zagłady, czyli największej fabryki śmierci Trzeciej Rzeszy. Jeszcze na początku tego roku służył on jako lekarz wojskowy w 5. Dywizji Pancernej SS „Wiking”, biorąc udział w ciężkich walkach z Armią Czerwoną. Za wykazaną odwagę, w tym za uratowanie dwóch żołnierzy z płonącego czołgu, został odznaczony Krzyżem Żelaznym pierwszej klasy. Latem odniósł jednak poważne rany, które trwale wykluczyły go z czynnej służby liniowej. Po rekonwalescencji został skierowany do Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS w Berlinie, gdzie odświeżył kontakty ze swoim mentorem, profesorem Otmarem von Verschuerem. Pod koniec 1942 roku, dzięki wsparciu naukowemu i politycznemu, zaczęły krystalizować się plany przeniesienia do Auschwitz, co nastąpiło oficjalnie w maju kolejnego roku.
KILKA SŁÓW ZAMIAST WSTĘPU
06.01.1942, WTOREK, ŚWIĘTO TRZECH KRÓLI
Od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem pisania zapisków. W końcu zdecydowałem się przekuć zamiary w czyny. To mój pierwszy wpis. Czuję tremę niczym aktor debiutujący na scenie. Stawiając każde kolejne słowo, wzrasta we mnie fala podniecenia. Przed wojną zdawałem się być osobą pogodną. Nie ukrywam, że byłem duszą towarzystwa. Teraz bywa z tym różnie. Ale o tym innym razem. Zacznijmy po kolei. Czyli od moich początków. Niech ten krótki wpis będzie czymś na wzór zapoznania, przedstawienia sylwetki kogoś, kto w przyszłości być może będzie na ustach wszystkich.
Ja, Josef Mengele, przyszedłem na świat 16 marca 1911 roku w Bawarii, a dokładniej – w Günzburgu. Byłem najstarszy spośród trzech synów, których wydali na świat moi rodzice. Ojca widywałem częściej na zdjęciach niż w domu. Ciągle gonił za interesami. Skłamałbym, gdybym przyznał, że w naszym domu piszczała bieda. Jeszcze nim przyszedłem na świat, rodzice stali się naprawdę majętnymi obywatelami. Dopytywałem kiedyś matkę, jak doszli do tak pokaźnego majątku. Stwierdziła ewidentnie na odczepnego, że był to efekt pracowitości i szczęśliwego splotu zdarzeń. Dopytałem. I rzeczywiście, nim przyszedłem na świat, ojciec miał na własność firmę odlewającą sprzęt rolniczy. To była istna żyła złota! Do tego stopnia, że zaraz po moich narodzinach miał sobie sprawić swój pierwszy w życiu, przepiękny, błyszczący samochód ze znaczkiem firmy Benz, poprzednika sławnego Mercedesa. Matka, widząc to, podobno wściekła się niemiłosiernie. Jednak na ojcu nie zrobiło to większego wrażenia. Naturalnie tak zasłyszałem, bowiem jako niemowlak nie byłem w stanie tego zapamiętać.
W każdym razie ojca w domu nie było jeszcze częściej, gdy już miał ten samochód. Mówiąc bez ogródek, mając do wyboru pracę i rodzinę, wybierał to pierwsze. Ktoś powie – chciał zarobić na rodzinę. I dobrze, można uważać i tak. Ja jednak jestem zdania, że żadne pieniądze nie cofną czasu i chwil, które mógł spędzić ze mną, zamiast przesiadywać w tej cholernej fabryce jak typowy pracoholik do późna, tyrając razem ze swoimi pracownikami. Siedział w tej swojej pracowni w nocy, a za dnia jeździł z maszynami rolniczymi od drzwi do drzwi, by znajdywać potencjalnych kupców. Tak nie wygląda wymarzone dzieciństwo żadnego malca! Tym bardziej że gdy w 1914 roku wybuchła Wielka Wojna, to nie było zmiłuj i ojciec dostał powołanie na front. Odbyła się wówczas rodzinna narada, w trakcie której matka została namaszczona na jego następcę. Tatka wzięli w kamasze, ona zaś zaczęła twardą ręką rządzić imperium, które dotychczas budował ojciec.
PS Króli nie jest trzech a jeden. To Mesjasz (co sam wielokrotnie powtarzał), który zrodził się, by wprowadzić na świecie nowy porządek. A jego inicjały to „A.H.”. Nic więcej dodać nie muszę, wszystko jest na tyle klarowne, że z dużą dozą śmiałości mogę jedynie postawić w tym miejscu kropkę.
O MOJEJ RODZINIE. ALE KRÓTKO! 07.01.1942, ŚRODA
Moja matka była cholernie religijna. Do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie zażyłości z kobietą bez ślubu kościelnego. To musi być. Nawet jeśli zdaje się to być okupione wieloma obwarowaniami w postaci formalności. I nie wynika to z tego, że ja, podobnie jak matka, zdaje się być jakoś szczególnie wierzący. Po prostu, matka zaszczepiła to we mnie, ten pogląd wpłynął do mego krwioobiegu, by wreszcie oddziaływać na umysł. I tak już jest i pewnie jeszcze długo zostanie. Aż boję się pomyśleć, jak wielką awanturę sprawiłaby mi matula, gdyby się dowiedziała, że chcę uniknąć kościelnego obrządku. Pewnie jeszcze tej samej nocy pojawiłaby się w koszmarach i straszyłaby mnie tak solidnie, że nad ranem prześcieradło byłoby zlane moczem!
Zresztą czy mnie to dziwi? Nie. Nawet po latach czuję obawy w stosunku do matki. Jednak nie czuję się odosobniony. Pamiętam, że już w czasach młodzieńczych, gdy biznes ojca funkcjonował na bardzo dobrym poziomie, to nie on wzbudzał mój strach. Niepokój pojawiał się na samą myśl, że naszą fabrykę odwiedzi matka. Była osobą konkretną, stanowczą i bezdyskusyjną. Nie szukała dyskutantów, ale jedynie ślepo posłusznie wykonujących polecenia. Ojciec był inny. Niczym pelikan łykał każde kłamstewko, zachowywał się naprawdę poczciwie i nawet teraz, po latach, nie zdaje się być szczególnie groźny. Po prostu matki się bano, jego zaś lubiano. Taka karma, nic nie poradzisz. Tylko tyle i aż tyle…
LATA SZKOLNE 06.01.1942, WTOREK
Mam dzisiaj nieco luźniejszy wieczór. Do tego stopnia, że gdy siedziałem pośród czterech ścian, naszło mnie na wspomnienia z tej naprawdę odległej przeszłości – z ław szkolnych. Jak to wyglądało? W szkole wiodło mi się dość przeciętnie. Dawałem sobie radę z greką, łaciną, historią czy fizyką. Nawet z religii, z tego co pamiętam, miałem niezłe stopnie. Jednak nie na tyle satysfakcjonujące, by uznać je za spektakularne. Teraz, po latach, dość dobrze to rozumiem. Moje przeciętne oceny na świadectwach szkolnych wynikały z tego, że chorowałem. Jako nastolatek przeszedłem więcej chorób niż każdy pies ma pcheł. Osłabienie wynikające z zapalenia nerek i tuzina innych dolegliwości sprawiało, że więcej czasu byłem chory niż zdrowy i z tego powodu w ogóle nie w głowie była mi nauka.
Dopiero po zdaniu matury coraz mocniej zaczęła kiełkować we mnie myśl o dogłębnym poznaniu świata medycyny. Właściwie to miotałem się z tą myślą, bowiem moi rodzice mieli nieźle prosperującą firmę i zdawało mi się oczywiste, że gdy dorosnę, ojciec postawi mnie na jej czele. Ba, z czasem pojawiły się takie głosy. Z tego, co pamiętam, ojciec kilka razy mówił o tym dość otwarcie. Z kolei moja matka była temu gruntownie przeciwna. Jak mantrę powtarzała, że prędzej dopadnie mnie jakaś kolejna choroba, niż odniosę sukces jako zarządzający naszą rodzinną firmą. Mówiąc dosadnie, regularnie wybijała ojcu z głowy myśl o tym, że powinien mnie szykować na swego następcę.
Po latach mogę się przyznać do tego, że podsłuchałem kilka rozmów ojca z matki na ten temat. I były to niezbyt przyjemne słowa z perspektywy młodego chłopaka. Pamiętam jak dzisiaj, gdy matka powiedziała do ojca, że skoro ledwo jestem w stanie kończyć kolejne klasy ze względu na swą chorowitość, to gdzie do zarządzania sporym przedsiębiorstwem. A matka wiedziała, co mówi, bo przecież przez większość dnia ojca nie było w domu. Zamiast tego siedział w fabryce, spotykał się, by walczyć o kolejne kontrakty i był jedynie duchem w domu, lecz nie ciałem. Matka ciągle powtarzała, że do kierowania taką firmą trzeba mieć solidną krzepę. Ja jej nie miałem. Wtedy jednak tego nie rozumiałem. Jakie było moje rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że w przyszłości będzie nią zarządzał Alois, najmłodszy z braci.
Na horyzoncie pojawiło się zainteresowanie biologią i medycyną. Stał za tym mój nauczyciel biologii. Gdyby nie on, nie byłbym tam, gdzie się znalazłem w przyszłości. Dzięki niemu zrozumiałem, jak atrakcyjne intelektualnie może być poznawanie ludzkiej natury. Ciało człowieka jest czymś na wzór cudu. Niezmiennie mnie fascynuje z racji aury tajemniczości, która się nad nim roztacza. Tak było w trakcie lekcji biologii w gimnazjum. A później ta pasja dalej się rozwijała. W pewnym momencie czułem, że medycyna jest tą dziedziną wiedzy, z którą chciałbym się związać. Jednak kolega z gimnazjum, rok starszy ode mnie, gdy tylko dowiedział się, że chcę zostać dentystą, by zarabiać wielkie pieniądze, próbował wybić mi to z głowy. Tłumaczyłem mu tak klarownie, jak tylko się da, że w mojej rodzinnej miejscowości nie ma ani jednego stomatologa, a przecież kiedy ludzi bolą zęby, to bez takiego lekarza się nie obejdzie. Byłem też zdania, że prędzej czy później wzrośnie zainteresowanie zębami z racji tego, że bycie szczerbatym nie będzie w modzie. Czas pokazał, że miałem rację.
Poszedłem na studia z medycyny, choć nie zostałem dentystą. Zafascynowany antropologią, zagadnieniami rasowymi przyswajałem wiedzę z ogromną łatwością. Śmiem wręcz twierdzić, że to miłość z wzajemnością – do tego stopnia, że od kilku dobrych lat słyszę głos z wewnątrz mówiący klarownie, że zrobię wybitną karierę jako lekarz. Wierzę w to głębiej, niż moim wrogom i konkurentom mogłoby się zdawać.
PRZECZYTACIE KIEDYŚ O MNIE W ENCYKLOPEDII 08.01.1942, CZWARTEK
Jestem winien jeszcze nieco słów o sobie. Muszę to spisać, bowiem wiem, że prędzej czy później spełnią się słowa, które wypowiedziałem w obecności mego kolegi z ławki szkolnej, Juliusa Diesbacha. Pamiętam jak dzisiaj, co wówczas stwierdziłem. Spojrzałem na niego i mówię:
– Julius, zapewniam cię, że w przyszłości będą się o mnie rozpisywać w encyklopediach. Moja ambicja jest tak duża, że prędzej to osiągnę, nim spocznę!
Julius spojrzał wówczas na mnie i ironicznie zaśmiał się pod nosem.
– Yhy, na pewno… – stwierdził na odczepnego.
To był czas, gdy już byłem, pisząc dość nieskromnie, cholernie ambitnym, młodym człowiekiem. Ja naprawdę wierzyłem w to, że osiągnę sukces i w przyszłości będą o mnie pisać w podręcznikach do historii. Co więcej, ciągle w to wierzę i zdaje mi się, że osiągnę to prędzej niż później!
Nim to jednak nastąpi, przytoczę kilka faktów na mój temat, z tej najodleglejszej przeszłości. Po pierwsze, pochodziłem z zamożnej rodziny, co już zdążyliśmy ustalić. Natomiast warto dodać, że nasza rodzina była głęboko wierząca. Byliśmy przykładnymi katolikami i śmiało mogę zaryzykować, że duchowni mogliby stawiać nas za wzór. To chyba tyle… Czy jeszcze coś powinienem dodać? Może godny odnotowania jest jeszcze fakt, iż ta cała firma mego ojca miała być w przyszłości mą spuścizną. To ja miałem być szykowany na następcę ojca. Jednak ani przez chwilę nie było mi w głowie, by zajmować się jakimiś odlewami czy maszynami rolniczymi. Owszem, ojciec wespół z matką zbili na tym ogromne pieniądze. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie czułem pociągu do tego, by objąć funkcję szefa fabryki. Po pierwsze, byłbym porównywany do ojca: że jestem gorszy, albo że jestem lepszy. Po drugie, zupełnie mnie to nie interesowało. A skoro tak, to dlaczego miałbym w to brnąć?!
Ojciec zapewne to przeczuwał. Od młodzieńczych lat byłem skupiony na odniesieniu sukcesu i zapisaniu na kartach historii. Nie wiedziałem tylko jeszcze jak to osiągnąć. Na razie wyznaczyłem sobie cel. Teraz musiałem znaleźć środki, za pomocą których go osiągnę. Czy coś mi się podobało w działaniach ojca? Tak. To była sława! Niemniej jednak to była jedynie lokalna popularność. Mieszkańcy Günzburga postrzegali go jak tego znanego właściciela fabryki. Ja zaś chciałem być niesiony sławą o zdecydowanie większym zasięgu. Przeczuwałem – i nadal to przeczuwam – że jeszcze będą o mnie pisać. Już ja się o to postaram…
NOWY PORZĄDEK NA WSCHODZIE 14.02.1942, SOBOTA
Zima na Ukrainie nie wykazuje oznak słabnięcia. Krajobraz jest monotonny, biały, niemal hipnotyzujący w swojej surowości. Moja służba w Dywizji SS „Wiking” nabiera coraz bardziej rutynowego charakteru, choć warunki sanitarne wśród żołnierzy wymagają nieustannej czujności. Fascynuje mnie odporność germańskiego organizmu na te nieludzkie warunki. To tutaj, w tym błocie i śniegu, wykuwa się nadczłowiek, o którym pisali nasi teoretycy.
Wieczorami, gdy mróz trzaska o ściany kwatery, moje myśli uciekają ku biologii. Widzę tu, na froncie, masową skalę zjawisk, które w Instytucie Otmara von Verschuera analizowaliśmy jedynie w teorii. Dziedziczność, odporność rasowa, selekcja naturalna w najbardziej brutalnym wydaniu. Rozmawiałem dziś z jednym z oficerów o „oczyszczaniu” tych terenów. To nie tylko kwestia militarna, to wielka higiena biologiczna. Europa musi zostać zredefiniowana u samych podstaw. Czuję, że moja rola jako lekarza wykracza poza opatrywanie ran postrzałowych. Jestem tu, by chronić krew.
BIOLOGIA WALKI I GENETYKA 28.04.1942, WTOREK
Wiosenne roztopy zamieniły drogi w rzeki mazi. Transport rannych jest niemal niemożliwy, co zmusza nas do podejmowania szybkich, bezlitosnych decyzji. Moja praca w punkcie opatrunkowym daje mi unikalny wgląd w materię ludzką. Dziś operowałem młodego grenadiera, którego cechy antropologiczne były niemal podręcznikowym przykładem typu nordyckiego. Patrząc na jego otwartą ranę, nie widziałem tylko bólu, widziałem zagrożenie dla puli genetycznej naszej nacji. Każdy taki osobnik jest bezcenny.
Zastanawiam się, jak wiele potencjału badawczego marnuje się w tym chaosie. Wojna to laboratorium o nieograniczonych możliwościach. Śmierć jest zjawiskiem masowym, statystycznym, pozbawionym sentymentalizmu. To pozwala na chłodną obserwację, na którą w cywilnym świecie naukowiec nigdy nie mógłby sobie pozwolić. Marzę o powrocie do pracy naukowej, ale na zupełnie nowych zasadach. Nie w sterylnych ścianach uniwersytetu, lecz tam, gdzie materiał badawczy jest dostępny w ilościach hurtowych. Musimy zrozumieć mechanizmy powstawania anomalii, by móc je eliminować u źródła. Coś bym jeszcze napisał, ale nie mam już sił. Kładę się, już późno.
LABORATORIUM NA KRAŃCU ŚWIATA 18.05.1942, PONIEDZIAŁEK
Front przesunął się na wschód, a wraz z nim nasz punkt opatrunkowy. Dzisiejszy poranek przyniósł ulewny deszcz, który zamienił ukraiński czarnoziem w lepką, cuchnącą masę. Siedząc w zaimprowizowanym gabinecie w dawnym budynku kołchozu, patrzę na przesuwające się kolumny jeńców. To fascynujący materiał ludzki – chaotyczna mieszanina cech antropologicznych, od wyraźnych wpływów mongolskich po zdegenerowane typy słowiańskie. Jako antropolog nie mogę wyjść z podziwu, jak natura potrafi dopuścić do takiego przemieszania krwi. Każda z tych twarzy to zagadka, którą należałoby skatalogować, zmierzyć i poddać analizie statystycznej.
Moi koledzy oficerowie widzą w nich tylko zagrożenie lub siłę roboczą. Ja widzę w nich przede wszystkim biomasę, która w swojej masowości traci cechy jednostkowe. To klucz do nowoczesnej medycyny: przestać widzieć pacjenta, a zacząć widzieć proces. Podczas dzisiejszej selekcji rannych do transportu, moją uwagę przykuł młody Rosjanin z rzadką anomalią tęczówki – heterochromią. Gdybyśmy byli w Berlinie, w Instytucie Cesarza Wilhelma, poświęciłbym mu tygodnie badań. Tutaj w huku artylerii jego istnienie kończy się krótką adnotacją i odesłaniem na tyły, co jest marnotrawstwem naukowym, które mnie drażni.
Wieczorem czytałem korespondencję od Otmara. Pisze o postępach w badaniach nad surowicą krwi i dziedzicznością cech patologicznych. Zgadzamy się w jednym: wojna to jedyny czas, kiedy etyka chrześcijańska, ta sentymentalna narośl na ciele cywilizacji, wreszcie przestaje krępować ręce badaczowi. Prawdziwy lekarz jutra musi być jak chirurg usuwający nowotwór – nie może współczuć wycinanej tkance, musi kochać organizm, który ratuje. A tym organizmem jest Rzesza. Moja obecność tutaj, choć naznaczona brudem i niebezpieczeństwem, utwierdza mnie w przekonaniu, że biologia jest jedyną prawdziwą religią naszych czasów. Muszę tylko znaleźć sposób, by przenieść te obserwacje w miejsce, gdzie panują porządek i systematyczność, a nie frontowy chaos.
DYSONANS KRWI I POTRZEBA SELEKCJI 04.07.1942, ŚRODA
Rana nogi goi się powoli, co daje mi aż nadto czasu na rozmyślania. Pobyt w lazarecie, tym razem w roli pacjenta, jest dla mnie doświadczeniem niemal upokarzającym, ale i pouczającym. Obserwuję pracę moich kolegów – są tacy drobiazgowi, tacy skupieni na ratowaniu każdego życia, jakby każda jednostka miała tę samą wartość. To błąd logiczny, który hamuje nasz postęp. Czy życie żołnierza o marnych cechach dziedzicznych jest warte tyle samo, co życie oficera z czystym rodowodem? Matematyka biologiczna mówi wyraźnie: nie.
W ostatnich dniach docierają do nas raporty z głębi okupowanych terenów. System obozowy ewoluuje. To, co dzieje się w miejscu zwanym Auschwitz, o którym słyszałem podczas ostatniej narady w Berlinie, wydaje się być odpowiedzią na moje naukowe modlitwy. Tam nie ma frontowego chaosu. Tam panuje sterylna, zorganizowana machina, w której człowiek zostaje sprowadzony do swojego biologicznego komponentu. Fascynuje mnie koncepcja „selekcji na rampie”. To moment absolutnej władzy rozumu nad przypadkiem. Decydowanie o tym, kto jest zdolny do reprodukcji, kto do pracy, a kto stanowi jedynie balast biologiczny, to najwyższa forma medycznej odpowiedzialności.
Zastanawiam się często nad naturą bliźniąt jednojajowych. Są jak lustrzane odbicia, idealna grupa kontrolna, o której marzy każdy genetyk. Gdybym mógł mieć do dyspozycji setki takich par w kontrolowanym środowisku, gdzie żadne normy prawne nie ograniczają zakresu ingerencji…, moglibyśmy złamać kod dziedziczności w ciągu kilku lat. Moglibyśmy programować cechy narodu. Moja noga może i wyklucza mnie z dalszej walki na pierwszej linii, ale moje umysłowe zacięcie pcha mnie ku innej walce – o czystość i doskonałość rasy. Czuję, że rok 1943 będzie przełomowy. Moje nazwisko nie zostanie zapamiętane dzięki medalom, ale dzięki odkryciom, które uczynią nas nieśmiertelnymi jako gatunek. Muszę tylko wyrwać się z tego błota i trafić tam, gdzie krew płynie szerokim strumieniem, ale pod pełną kontrolą nauki. Nie czuję nienawiści do tych ludzi, których badam – czuję jedynie chłodną ciekawość, taką samą, jaką entomolog czuje wobec owada pod mikroskopem. To jest właśnie prawdziwy obiektywizm.
ODZNACZENIE I REFLEKSJA NAD PRZEZNACZENIEM 12.07.1942, NIEDZIELA
Rozpiera mnie duma. Otrzymałem Krzyż Żelazny I klasy za akcję pod Rostowem. Wyciągnięcie rannych z płonącego czołgu pod ostrzałem było w mojej ocenie odruchem, powinnością wobec Niemiec i mojej rasy. Ale to nie odznaczenia sprawiają, że czuję dumę. Prawdziwą satysfakcję daje mi świadomość, że uczestniczę w procesie historycznym, który zdarza się raz na tysiąclecia. Moja noga, wciąż dokuczająca po ranie, przypomina mi o kruchości jednostki wobec potęgi idei. Ale nie martwię się, głowa do góry!
W moich notatkach medycznych zaczynam coraz częściej poświęcać miejsce analizie bliźniąt. To zagadka, która nie daje mi spokoju. Mechanizm replikacji życia, identyczność genetyczna… Gdybyśmy potrafili w pełni kontrolować ten proces, moglibyśmy zwielokrotnić produkcję wartościowej tkanki ludzkiej. Ukraina jest pełna różnych grup etnicznych, które stanowią doskonałe tło porównawcze. Żydzi, Słowianie, Azjaci – ten tygiel rasowy jest dla badacza jak otwarta księga. Szkoda tylko, że warunki frontowe tak bardzo ograniczają precyzyjne pomiary antropometryczne. Mam nadzieję, że w przyszłości to się zmieni.
CIENIE NAD DONEM 22.09.1942, ŚRODA
Co robić. Jesień przynosi chłód i melancholię. Walki o Kaukaz są wyczerpujące. Moje obowiązki jako lekarza dywizyjnego stają się coraz bardziej administracyjne, co mnie nuży. Chcę wrócić do sedna medycyny, do jej biologicznego rdzenia, prowadzić badania nad tym, co istotne. Widzę wokół siebie tyle „materiału”, który przepada bezużytecznie w ziemi. Każdy poległy to utracona informacja.
Otrzymałem list od profesora Verschuera. Pisze o nowych możliwościach, jakie otwierają się w Rzeszy w związku z przesiedleniami na Wschodzie. Wspomina o obozach, które stają się centrami nie tylko izolacji, ale i specyficznej selekcji. To budzi mój entuzjazm. Wyobrażam sobie miejsce, gdzie lekarz ma pełną władzę nad ciałem i życiem, nieograniczany przez przestarzałą etykę, która chroni jednostki bezwartościowe kosztem postępu nauki. Selekcja to najszlachetniejsza forma opieki nad ludzkością. Pozwala oddzielić ziarno od plew, zdrowe tkanki od nowotworu. Jeśli będę miał okazję, skieruję swoje kroki tam, gdzie nauka spotyka się z ostatecznym rozwiązaniem kwestii biologicznej.
KONIEC ROKU I NOWE PERSPEKTYWY 30.12.1942, ŚRODA
Rok kończy się w atmosferze niepewności na froncie, ale w mojej duszy panuje jasność. Moja służba w Dywizji Waffen-SS „Wiking” dobiega końca. Moje zdrowie nie pozwala na dalsze przebywanie w tych warunkach, ale to, co widziałem i czego doświadczyłem, ukształtowało mnie na nowo. Nie jestem już tylko lekarzem z Günzburga. Jestem funkcjonariuszem wyższej konieczności. Jestem kimś, kto odegrał na tyle znaczącą rolę w historii, że pewnie będą o mnie wspominać w podręcznikach historii!
Plotki o tym, co dzieje się w Generalnym Gubernatorstwie, są obiecujące. Mówi się o wielkich ośrodkach, w których koncentruje się cała „biologiczna zagadka” Europy. Tam, w miejscach takich jak Auschwitz, można prowadzić badania na skalę, o której marzyli wielcy biolodzy przeszłości. Moim celem na rok 1943 jest znalezienie się w centrum tych wydarzeń. Chcę mieć dostęp do nieograniczonej liczby obiektów badawczych. Chcę badać oczy, pigmentację, dziedziczność wad i anomalii u tych, którzy i tak nie mają przyszłości w naszym świecie. Ich śmierć musi służyć naszej wiedzy. To jedyny sposób, by nadać ich egzystencji jakikolwiek sens. Przeszłość zostawiam za sobą, przyszłość należy do biologii czystej krwi.
Rok 1943 był momentem, w którym Josef Mengele rozpoczął swoją zbrodniczą działalność w obozie koncentracyjnym i obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Po rekonwalescencji i krótkiej służbie w Berlinie, w maju 1943 roku został tam przeniesiony i objął funkcję naczelnego lekarza obozu kobiecego w Birkenau. Szybko zyskał miano „Anioła Śmierci”, wyróżniając się szczególną bezwzględnością i gorliwością podczas selekcji na rampie kolejowej. To właśnie w tym roku zainicjował swoje nieludzkie eksperymenty pseudomedyczne, koncentrując się głównie na bliźniętach oraz osobach z anomaliami genetycznymi. Dzięki wsparciu finansowemu z Berlina stworzył w obozie zaplecze laboratoryjne, które miało służyć realizacji jego ambicji naukowych i ideologii rasowej. Pod koniec roku Mengele był już w pełni zintegrowany z obozową machiną zagłady, łącząc funkcję lekarza SS z rolą bezlitosnego oprawcy.
EPIDIEMIA TYFUSU 02.06.1943, ŚRODA
Pod koniec maja, będąc w stopniu SS-Hauptsturmführera, otrzymałem przeniesienie do obozu w Auschwitz. Przydzielono mnie do obozu kobiecego. I właściwie od razu przystąpiłem do pracy. Pierwsze, z czym przyszło mi się zmierzyć, była epidemia tyfusu. Okazało się, że cały barak romski nie może sobie z nią poradzić. Dokładnie mowa o 1042 Romach. Błyskawicznie uporałem się z tym problemem. Uznałem, że żadne leczenie nie wchodzi w grę. Jeśli chcemy zatrzymać dalszy rozwój epidemii, trzeba ją zniszczyć w zarodku. Gdy po latach ktoś będzie czytał te słowa, zapewne będzie mocno oburzony. Niemniej teraz, gdy to piszę, grono oburzonych rodaków byłoby znacznie mniejsze. Trwa wojna, każdy patrzy tylko na siebie.
Człowieczeństwo zostało wyparte przez walkę. Nie tylko walkę ras, ale w ogóle walkę. O racje żywnościowe, o akcesoria dla niemowląt, o dobrze płatną pracę, o bezpieczniejsze miejsce na froncie. Każdy o coś walczy. Ja również. Przy czym ja walczę w tym momencie z epidemią. I jedynie stanowcze kroki pozwalają się z nią rozprawić. Po tym krótkim wstępie nietrudno przewidzieć, co postanowiłem. Brutalnie rzecz ujmując, doszedłem do wniosku, że w przypadku tych 1042 Romów należy zastosować komory gazowe. Już widzę twarze zaskoczonych czytelników. Wiem…
Świat być może jeszcze nie wie albo nie chce wiedzieć o istnieniu komór gazowych. My, Niemcy, z ministrem propagandy Goebbelsem na czele robimy wiele, by świat się o nich nie dowiedział. Każdy naród skrywa jakiś mroczny sekret. Jeśli chodzi o nas, to jest to właśnie jeden z nich. W myśl tego, co zawsze powtarzała moja prababka. Z uśmiechem na ustach i z ostatnimi dwoma zębami na przodzie, żartowała: – Wnuczku pamiętaj, że co chatka, to zagadka!
TYLKO NA TRZEŹWO 10.06.1943, CZWARTEK
W Auschwitz pracuję w pocie czoła. Roboty jest tutaj co niemiara. Codziennie przyjeżdżają nowe transporty więźniów. „Witam” ich, stojąc na rampie. Jak zawsze jestem perfekcyjnie ubrany. Czuję się panem życia i śmierci. Władza to przecież ja.
Macham na lewo i prawo. Kciuk na lewo oznacza śmierć. W prawo – skierowanie do obozu pracy. W trakcie selekcji często pogwizduję. To daje mi ulgę i jest czymś na wzór odskoczni. W ogóle jestem wyjątkiem w tej kwestii. Jest jeszcze lekarz obozowy Fritz Klein. Obaj robimy selekcję na trzeźwo. Pozostali lekarze w dużej większości czynią to pod wpływem. Wiem, że nie są w stanie wejść na rampę bez kilku solidnych łyków alkoholowego znieczulacza. Do tego robią wszystko, by unikać wypełniania swoich obowiązków.
Mnie za to można stawiać za wzór. Jako jedyny sam zgłaszam się do tego, by prowadzić kolejne selekcje. Ktoś to w końcu musi robić. Skoro inni zachowują się tchórzliwie, to ja muszę wyjść im naprzeciw i sam wziąć sprawy w swoje miejsce.
Przyznam, że faktycznie selekcje są dość drastyczne. Nawet się nie dziwię innym medykom, że tak przed nimi dezerterują. Opowiem o tym, ale innym razem. Właśnie czeka mnie kolejna selekcja. Zatem brak czasu na kontynuowanie tego wpisu.
SŁÓW KILKA 12.06.1943, SOBOTA
Jest późny wieczór. Za mną kolejny pracowity dzień. Przybyły nowe transporty więźniów. Musiałem zrobić selekcję. Kto do komory, kto do pracy. Dla mnie zupełnie dzień jak co dzień. Nietrudno się domyślić, jaki był wynik tych wyborów. Większość posłałem do komór. Zdecydowanie nie byli oni zdatni do jakiejkolwiek pracy. A jaki pożytek z takich? Żaden. Ostatnio jeden ze świeżo upieczonych strażników obozowych zagaił, pytając mnie o to, ile trwa śmierć w komorze gazowej. Zgodnie z prawdą przyznałem, że to dość czasochłonny proces. Cyklon B potrzebuje nawet pół godziny, by dokonać „likwidacji” wybranych osób. Wcześniej jeszcze tych ludzi trzeba rozebrać. Później zostaje już tylko wprowadzenie ich do komór, łudząco przypominających prysznice. Zresztą strażnicy często im wmawiają, że przecież nie idą na śmierć, tylko na zwykłą kąpiel, a oni przyjmują to za dobrą monetę. To dość wiarygodna wymówka.
Gdy przybywają kolejnymi transportami stłoczeni w wagonach niczym bydło i następuje otwarcie tych wagonów, odór bucha mi w twarz i jest trudny do zniesienia. Przywiezieniu do obozu często wymiotują i trzeba się do tego przyzwyczaić, by jakoś sobie z tym radzić. Brud bije z każdego kąta, ciężko to wytrzymać. Chciałoby się powiedzieć, że im współczuję. Jednak bym skłamał, gdyby tak powiedział. Niemcy są rasą panów. Ci, którzy przyjeżdżają to Żydzi, Polacy, Romowie. Kończę. Nie mam sił.
SUPERRASA TUŻ, TUŻ? 06.07.1943, WTOREK
Ostatnio doszedłem do wniosku, że jeśli tak dalej pójdzie, to prędzej czy później dzięki moim badaniom uda się stworzyć superrasę. Działania empiryczne w mym wykonaniu weszły na wyższy poziom. Jako antropolog specjalizujący się w problemach eugeniki, mam w obozie Auschwitz niezliczone masy jednostek do badań. Moja fascynacja zdaje się nie mieć końca. Ostatnio jeden z lekarzy stawiał opór, gdy nakazałem mu pozyskać czaszki świeżo przywiezionych osobników. Na szczęście większość medyków chętnie angażuje się w prace. Doskonale zdają sobie sprawę, że wszyscy działamy w słusznym celu, mającym prowadzić tylko do jednego – zwycięstwa Trzeciej Rzeszy nad Europą, a ostatecznie nad światem.
Jeśli uda nam się stworzyć superrasę, przejęcie dominacji nad światem przez naród germański będzie niemal formalnością. A zdaje się, że jestem bliżej tego dokonania niż dalej. W swoim kręgu zainteresowań mam dwa typy. Mowa o karłach i bliźniakach. Ostatnio zszyłem dwa karły. Chciałem zobaczyć, jak zareagują na to oba organizmy. Karły nie przeżyły. Z bliźniakami jest równie ciekawie. Uwielbiam romskie dzieci. Często częstuje je cukierkami, by zdobyć ich sympatię. Słyszałem, że zyskałem już przydomek „wujek”, co jest dla mnie dużym komplementem. Łowię takich bliźniaków dość często. Również ich zszywam.
Niedawno przyszło mi zszyć bliźniaków, z których jeden był garbaty, a drugi już nie. To było fascynujące badanie. Po zszyciu okazało się, że nie są mi do niczego przydatni. W tej sytuacji wstrzyknąłem im substancję, która sprawiła, że dość szybko zamarli. Dzięki temu mogę badać organy. Porównywać, czy skoro są bliźniakami, to tak samo wyglądają ich wątroby, nerki, jelita. Przyszło mi prowadzić badania na ogromną, niespotykaną dotychczas skalę. Czynię coś, co dotychczas prawdopodobnie nie zdarzyło się na świecie. I strasznie mnie to ekscytuje. Owszem, trzeba mieć hardy charakter, by decydować się na takie czyny. Jednak ja patrzę na to, jak na szansę, którą otrzymałem od losu, by zapisać się w historii antropologii złotymi zgłoskami. Mam tak wiele danych z moich badań, że czeka mnie świetlana kariera naukowa. Poza tym mogę uczynić wielki krok dla germańskiej rasy. Jestem zdeterminowany, by to uczynić. I nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, bym zrobiłbym krok do tyłu. Nie chcę zawieść Hitlera, mojej partii, Germanów!
Wiem, że po latach zawistni będą minimalizować wartość mych badań. Będą je podważać i skupiać swą uwagę na stronie moralnej zamiast na mym podejściu naukowym. W tej sytuacji chcę zapytać: co w takim razie ze zwierzętami? Dlaczego świat daje przyzwolenie na to, by prowadzić na nich eksperymenty medyczne? Dlaczego szczury są tak często mordowane w imię badań naukowych? Dlaczego psom wszczepiane są środki usypiające? Przecież to również istoty żywe i rozumne, podobnie jak ludzie.
Zaraz ktoś mi zarzuci, że nie można porównywać badań i eksperymentów medycznych z wykorzystaniem zwierząt do tych samych działań z ludźmi. Nie wiem. Dla mnie wszystkie istoty, które odczuwają, winne są być traktowane na równi. Zresztą każdy, kto wsłucha się w głos partii nazistowskiej, doskonale zrozumie, że są ludzie i podludzie. My nie prowadzimy badań na prawdziwych Germanach. Do tych czynów wykorzystujemy jednostki pochodzenia romskiego, żydowskiego czy polskiego. To na nich wykonuję moje badania.
Nieprzypadkowo jestem lekarzem. Jestem lekarzem, bo badam. Owszem, można się do tego przyczepić, jak zresztą do wszystkiego. Moi przeciwnicy po latach zapewne stwierdzą, że jako lekarz powinienem zapobiegać ludzkiemu cierpieniu i prowadzić pacjentów tak, by wychodzili na prostą ze zdrowiem. Ja jednak czynię to, czego ode mnie oczekuje mój zwierzchnik, mój wódz Adolf Hitler. On i całe państwo oczekują stworzenia superrasy i do tego ma się sprowadzać moja rola. Czy mam wyrzuty sumienia? Odwrócę pytanie. Czy weterynarz, gdy usypia konia, ma także wyrzuty sumienia? Naturalnie znowu ktoś powie – to zwierzę, nie człowiek. Ja zaś odpowiem – zwierzę to także istota rozumna. Ona odczuwa tak samo jak ludzie, zarówno ból, jak i złowrogie zamiary.
Ja nie robię tych badań dla siebie. Robię to dla Niemców. Przyszłe pokolenia będą mi wdzięczne. W Trzeciej Rzeszy w przyszłości będą mi stawiać pomniki, sławić na uczelniach medycznych, stawiać mnie za wzór, nazywać ulice moim nazwiskiem. Nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić, by mogło być inaczej. I co najważniejsze, świat się nigdy nie dowie o naszych eksperymentach, o tym, jak doszliśmy do naszych przełomowych wniosków. Czynimy je z zapewnieniem pełnej dyskrecji. Jeśli doszłoby do tego, że do Auschwitz zbliżaliby się Sowieci, spakuję do teczki najważniejsze wyniki badań, inne spalę i ucieknę, by zatrzeć za sobą ślady. Świat nie musi wiedzieć o wszystkim. Ja już o to zadbam!
DOKĄD TRAFI TEN PAMIĘTNIK? 07.07.1943, ŚRODA
Kalendarz wskazuje dzisiaj imieniny miesiąca – mamy 7 lipca. To doskonała okazja, bym napisał nieco więcej o swojej działalności. Jeszcze nie zdecydowałem, dokąd trafi ten pamiętnik. Być może przekażę go swej rodzinie, być może postanowię go upublicznić, gdy będzie już jasne, że „rasa panów” wygrała wojnę i jest nam dane roztaczać na światem swą dominację. Nie wiem… Myślę, że mam jeszcze wiele czasu, by podjąć decyzję, co z tym pocznę. Tymczasem pochylam się nad tą niezapisaną kartką. Uwielbiam wygwizdywać arie operowe, co też czynię i w tym momencie. Dźwięk mego pogwizdywania niesie się po baraku, w którym przyszło mi przebywać.
Prowadząc ten pamiętnik, nauczyłem się, jak na Niemca przystało, że ważny jest porządek i każdy drobiazg. W związku z niniejszym dzisiaj postanowię pokrótce opisać kulisy mych działań na polu, które można nazwać „eksperymentami medycznymi”. Jest to o tyle istotne, że zapewne w przyszłości trudno będzie znaleźć wiarygodne relacje na ten temat. Uczestnicy mych eksperymentów raczej głosu nie zabiorą, ja kiedyś jak wszyscy odejdę z tego świata, czyniąc się co najwyżej nieboszczykiem, którego prędzej czy później pożrą szczury i różnej maści robale. A to nie będzie sprzyjało utrwaleniu wiedzy na temat tego, jak funkcjonuje obóz w Auschwitz. Zresztą, jak ma to sprzyjać utrwaleniu, skoro Goebbels, znaczy się minister propagandy Trzeciej Rzeszy, skrzętnie skrywa wszelkie wzmianki o obozie w nazistowskiej prasie, zaś, gdy ukaże się coś w zagranicznej, to nawet w Trzeciej Rzeszy o tym się nie wspomina.
Co więcej, nawet jak się coś ukazuje, to nikt nie wierzy, dajmy na to Polakom. Owszem, jakieś pojedyncze jednostki są w stanie stąd zbiec i przedstawić swe relacje wspominkowe. Jednak Zachód nie jest jakoś szczególnie tym zainteresowany. Każdy kraj ma swoje problemy. Trwa wojna, a jeśli kto zna choć nieco historię Europy, to nie powinien być zdziwiony, że Polaków się ignoruje. A żeby to im pierwszy raz Brytyjczycy z Francuzami wiele naobiecywali, a później nic z tego i tak nie było? To stary numer, chętnie przez nich powtarzany. Naturalnie, Polaków trzeba zrozumieć. Jak mawia przysłowie, „Die Hoffnung stirbt zuletzt”, czyli „nadzieja umiera ostatnia”.
Niemniej jednak naziści dbają o to, by informacja o Auschwitz nie przebiła się do powszechnej świadomości. Ktoś powie, Niemcy się wstydzą! To nieprawda. My się niczego nie wstydzimy. Co najwyżej skąpo zarządzamy prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Ba, panuje nawet powszechna opinia, że Hitler nie wie o istnieniu nazistowskich obozów. Gdy o tym słyszę po raz setny, rechoczę jak dziecko. Ostatnio tak się uśmiałem, gdy jakaś złośliwa, choć jak widać piekielnie inteligentna, menda stwierdziła, że prawdziwy Niemiec powinien być:
– Niemcem z pochodzenia jak Adolf Hitler (to Austriak, żaden tam Niemiec!);
– wysoki jak Joseph Goebbels (był niziutki, ledwie 1,65 metra);
– szczupły i wysportowany jak Hermann Göring (spasiona świnia, to wie każdy – jakieś 140 kilo żywej tuszy, która ledwo się rusza, do tego stopnia, że nie jest w stanie wysiąść z samochodu bez pomocy);
– cnotliwy i dziewiczy jak Ernst Röhm (kiedyś ważna postać w partii nazistowskiej, bywały dni, że nie wychodził z łóżka z młodymi chłopcami, zadeklarowany homoseksualista, choć naturalnie Hitler twierdził, że nic o tym nie wie).
Zresztą przy okazji Röhma winny jeszcze jestem przypomnieć jeden żart na jego temat. A brzmi on: „Trzymaj dupę przy ścianie, bo cię Röhm dostanie”. Nie muszę chyba go wyjaśniać…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
