Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta - Dawid Sierakowiak - ebook
Opis

Po raz pierwszy w Polsce pełne wydanie ocalałych Dziennia Dawida Sierakowiaka.

„Wieczorem musiałem przygotować i ugotować kolację, co wyczerpało mnie zupełnie. Z polityki kompletnie nic nowego. Czuję, że znów poczynam dostawać melancholii z niecierpliwości. Doprawdy nie ma dla nas wyjścia z…”. To ostatni wpis Dawida. Wkrótce potem umarł z powodu wycieńczenia, niedożywienia i zapalenia płuc.

Po wyzwoleniu getta znaleziono stertę zapisanych zeszytów. Ktoś nimi palił pod kuchnią, część była podarta. W tej stercie leżało między innymi pięć brulionów ze szczegółowymi zapiskami na temat życia w niewoli: skrupulatny rejestr faktów spisywanych codziennie przez nastoletniego autora, osieroconego w wyniku wojny i samemu ledwie trzymającego się życia.

Dziennik opisuje szlachetne strony ludzkiej natury – aspiracje intelektualne, twórczość, miłość czy zachwyt nad przyrodą – niszczone przez najgorsze instynkty, którymi potrafią kierować się ludzie: znęcanie się nad innymi, wyzyskiwanie, prześladowanie, mordowanie.

Każda strona to walka między dobrem a złem, między życiem a unicestwieniem.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 489

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący, redakcja: ADAM PLUSZKA
Konsultacja: REGINA GROMACKA
Korekta i indeks: JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych: ANNA POL
Opracowanie typograficzne, skład, łamanie: TO/STUDIO
Zdjęcia na okładce: © Fotokopia ze zbiorów Konrada Turowskiego (Dawid Sierakowiak) © Saifandesign / Digital Vision Vectors / Getty Images
Copyright © 1996 by the Jewish Heritage Project and Kamil Turowski Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
Warszawa 2015 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-64700-35-4
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. (+48) 22 839 91 27 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

I CI GINĄCY, SAMOTNI,

JUŻ ZAPOMNIANI OD ŚWIATA,

JĘZYK NASZ STAŁ SIĘ IM OBCY

JAK JĘZYK DAWNEJ PLANETY.

AŻ WSZYSTKO BĘDZIE LEGENDĄ

I WTEDY PO WIELU LATACH

NA NOWYM CAMPO DI FIORI

BUNT WZNIECI SŁOWO POETY.

Czesław Miłosz, Campo di FioriWarszawa – Wielkanoc, 1943

PODZIĘKOWANIA DO WYDANIA POLSKIEGO

Niniejsza publikacja to pierwsze polskie wydanie wszystkich pięciu uratowanych zeszytów Dawida Sierakowiaka. Historia Dziennika – jego odkrycia, wydania dwóch zeszytów pod redakcją dr. Lucjana Dobroszyckiego, roli mojego ojca w zabezpieczeniu i przygotowaniach do druku pozostałych trzech zeszytów oraz problemów na jakie napotkał – opisana jest na kolejnych stronach we wstępie Alana Adelsona do pierwszej edycji amerykańskiej z 1996 roku. Od tamtej pory Dziennik został przełożony na wiele języków i ukazał się m.in. w Brazylii, Francji, Szwecji, Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Dzięki zaangażowaniu poniżej wymienionych, kluczowych osób możemy wreszcie przedstawić Państwu pełen tekst z minimalnymi ingerencjami redakcyjnymi, uzupełnionymi przypisami i wieloma nowymi zdjęciami.

Marek Adamczyk jest jedną z najważniejszych osób, które tak efektywnie przyczyniły się do niniejszej publikacji. Szczodrość jego uwagi i wsparcia finansowego przyszła nam w sukurs w sposób zupełnie niespodziewany, bez zabiegów z naszej strony. Mimo że sam należy do pokolenia powojennego, ale wychowany na Bałutach, w sąsiedztwie placu Kościelnego i Rynku Bałuckiego – newralgicznych punktów w getcie – Marek odbiera słowa Dawida w szczególnie osobisty sposób. Tym bardziej więc zafrapował go kontrast między brakiem Dziennika w ojczystym kraju jego autora a ugruntowanym już uznaniem dla niego za granicą. Mogę powiedzieć bez żadnej przesady, że wydanie niniejszej książki stało się możliwe dzięki hojności, wrażliwości i inicjatywie Marka Adamczyka.

Do ścisłego grona autorów naszego sukcesu należą również wydawcy Hanna i Krzysztof Grudzińscy. Ich przekonanie o wadze tego dokumentu dla kultury polskiej nieustannie tryumfowało nad wszelkimi wyzwaniami, na jakie natrafiali w czasie negocjacji i pracy nad tekstem i ilustracjami. Przyznaję z dumą i wdzięcznością, że to dzięki ich wytrwałości Marginesy przesunęły dziennik Dawida z marginesów polskiego rynku w jego główny nurt. To oni również podjęli decyzję powierzenia redakcji tytułu Adamowi Pluszce, którego wnikliwość, spostrzegawczość, werwa i entuzjazm odegrały kluczową rolę w zagwarantowaniu najwyższej jakości książki. Jego pracę wspierali również: Regina Gromacka, weryfikując i ujednolicając zapis słów w jidysz i hebrajskim oraz poprawiając różne nieścisłości; Jan Jaroszuk, niezawodnie wykonując kompleksową korektę całego tekstu; Anna Pol, tworząc przejmujący projekt okładki.

Wędrówki śladami Dawida dały mi okazję do odwiedzenia bloków, w których Sierakowiakowie mieszkali do czasu ich eksmisji w 1940 roku. Już kilkadziesiąt lat wcześniej mój ojciec starał się ustalić, czy mieszkają tu może jeszcze jakieś osoby, które pamiętają Sierakowiaków. Takich osób już faktycznie nie ma. Większość dzisiejszych mieszkańców wie niewiele o przedwojennej i wojennej przeszłości tych okolic. Na blokach, tak jak w wielu innych rejonach Łodzi, widać antysemickie szkarady. A jednak moje pytania zaowocowały kilkoma szczęśliwymi spotkaniami. Dzięki życzliwości pań Domiceli Mamcarz i Adrianny Myślińskiej trafiłem do pasjonatki historii tego osiedla, pani Anny Stall. Okna mieszkania pani Anny wychodzą na park, gdzie we wrześniu 1939 roku nocą dyżurował Dawid, a jej piwnica nosi ślady przygotowań do roli schronu przeciwlotniczego. To całkiem prawdopodobne, że w podziemiach tego bloku mieszkańcy przeczekiwali naloty niemieckie, tak jak to opisuje Dawid w drugiej części zapisków z 3 września 1939 roku. Pani Anna pokazała mi przedwojenną pocztówkę ze zdjęciem osiedla oraz opowiedziała, że jej rodzice, których – podobnie jak Sierakowiaków – Niemcy przymusowo eksmitowali, mieli niespełna pół godziny na zabranie ze sobą najbardziej potrzebnych rzeczy. Dzięki jej uprzejmości trafiłem również do państwa Kazimierza i Iwony Derczyńskich. Pan Kazimierz pozwolił mi skopiować część swojego zbioru przedwojennych egzemplarzy łódzkiej „Panoramy” ze zdjęciami osiedla przy ulicy Sanockiej. Składam niniejszym hołd wszystkim mieszkańcom osiedla, którzy udzielili mi pomocy, przede wszystkim pani Annie i panu Kazimierzowi.

Dużo życzliwości i pomocy doświadczyłem także od kilku osób i instytucji w innych rejonach miasta i kraju:

W kamienicy przy Spacerowej 5/7, gdzie większość czasu więziona była w getcie rodzina Sierakowiaków i gdzie 6 marca 1943 roku zmarł z głodu ojciec Dawida, przyjęli mnie jej obecni lokatorzy, zapraszając do swoich bardzo skromnych mieszkań i podzielając moje zainteresowanie tragiczną przeszłością tego miejsca. Kierownik Oddziału Stacji Radegast Muzeum Tradycji Niepodległościowych, pan Grzegorz Jacek Wróbel, nie tylko poświęcił mi uwagę i czas, ale także pożyczył ze swojej biblioteki serię rzadkich publikacji. Ponadto skierował mnie do Wojciecha Źródlaka, kustosza oddziału Radogoszcz, który z miejsca zaoferował mi moc dodatkowych informacji oraz nieograniczony dostęp do własnych notatek zawodowych i dokumentów. Wcześniej wydawało mi się, że tak oczytanego, entuzjastycznie i przyjacielsko nastawionego do swojej profesji i do petentów historyka ze świecą szukać. Teraz wiem, że zawsze mogę go znaleźć bez świecy, również po godzinach pracy, w Muzeum Tradycji Niepodległościowych. Tutaj doświadczyłem przychylności ze strony dyrektorów Mieczysława Góry i Piotra Machlańskiego oraz kierownika Działu Zbiorów, st. kustosza Konrada Czernielewskiego.

W Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym atmosferę towarzyszącą wstępnym formalnościom przełamała pani dyrektor Grażyna Przanowska. Nasza rozmowa zaowocowała szybką akceptacją mojej prośby o kopie serii zdjęć z przedwojennych Bałut i banknotów z łódzkiego getta. Wysokiej jakości elektroniczną wersję tych odbitek zapewnili pani Maria Augustyniak i pan Piotr Komorowski. Serdecznie dziękuję im za fachowość i dodatkowe informacje, którymi się ze mną tak chętnie dzielili.

W Zbiorach Specjalnych Wojewódzkiej Biblioteki Pedagogicznej, dokąd trafiłem po rekomendacji kustosza Źródlaka, nad moimi poszukiwaniami zdjęć i dokumentów z getta sprawowała pieczę nieprzeciętnie cierpliwa i życzliwie nastawiona Monika Wachowicz.

W Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego przyjęty zostałem przez panią Lucynę Chróścik z Działu Zbiorów Ikonograficznych. Jej przychylność, zapał i pozytywne nastawienie były mi sprzymierzeńcem przez wszystkie dni mojej pracy w bibliotece.

W Instytucie Pamięci Narodowej fachowej i błyskotliwej pomocy wielokrotnie udzielili mi pani Joanna Kuczyńska oraz pan Adam Krzyczmanik. Mimo powagi tematu moich dociekań, udało nam się znaleźć nieco okazji do śmiechu, w zgodzie z obserwacją Dawida: „Humor znajdzie się wszędzie. Uśmiech w nieszczęściu”. Miałem tu też okazję przekonać się o przychylności pana dyrektora Marka Drużki.

Pan Marek Szukalak z zarządu Fundacji Monumentum Iudaicum Lodzense był uprzejmy wskazać mi miejsce pochówku Dawida na cmentarzu żydowskim przy Brackiej 40 i udostępnił kopię karty cmentarnej.

Iza Gajda – jedna z moich najbardziej znaczących przyjaźni – doradzała mi i pomagała przełamać frustracje wynikające z przeciwności, na jakie napotykałem w Polsce, oraz podtrzymywała na duchu swoimi twórczymi pomysłami i wyśmienitymi posiłkami. Szlachetnym gestem pozwoliła mi także korzystać ze swojego samochodu do nieograniczonych czasem czy wydatkami podróży po całym kraju.

W ten właśnie sposób dotarłem do Krościenka nad Dunajcem, gdzie udałem się z myślą o zrobieniu zdjęć miejsc związanych z Dziennikiem. Pijąc wieczorne piwo w jednym z lokali w przyległej do Krościenka Szczawnicy, spostrzegłem, że otaczają mnie przedwojenne zdjęcia religijnych Żydów, radujących się pobytem w tutejszym kurorcie. Próbując ustalić źródło tych zdjęć, trafiłem wkrótce do Oddziału Muzeum Pienińskiego im. J. Szalaya w Szczawnicy. Przyjęła mnie tutaj pani kierownik Barbara Węglarz. Rozmach jej życzliwości i zawodowej wnikliwości zaowocowały poniższymi reprodukcjami rzadkich zdjęć archiwalnych z tego regionu.

W Chełmnie nad Nerem, dokąd Niemcy wywozili Żydów z łódzkiego getta i tu ich mordowali, nad bezmiarem smutku próbował panować kierownik muzeum, pan Zbigniew Pakuła. Chodząc po terenie niemieckiej zbrodni, nie musieliśmy wiele mówić, bym mógł poczuć między nami natychmiastową zażyłość. Na pożegnanie otrzymałem w prezencie „Miasteczko Poznań: żydowskie pismo o małych ojczyznach”, które polecam jako zbiór fascynujących tekstów m.in. na temat obozu w Chełmnie. W pobliskim lesie rzuchowskim, gdzie spoczywają szczątki ofiar, po wystawie z archiwaliami z miejsca kaźni oprowadził mnie pan mgr Ludomir Żądło. Opowiedział mi między innymi o niedawnych aktach wandalizmu, których ofiarą padł budynek wystawy: to bezbronne miejsce do dzisiaj narażone jest na akty bezprawia i przemocy, najprawdopodobniej ze strony ludzi mieszkających w okolicy.

Poza Polską swojej pomocy udzielili mi między innymi redaktor Anna Hadrysiewicz i Siergiej Gładkich w Berlinie. Bez żadnego wynagrodzenia kilkakrotnie weryfikowali pisownię i tłumaczenie na polski wszystkich niemieckojęzycznych wtrąceń z Dziennika.

Profesorowie David Lazar i Aviya Kushner z Columbia College w Chicago pomogli mi dobrze zrozumieć wyrażenia w jidysz i po hebrajsku oraz odnaleźć tekst źródłowy poematu Baruch z Moguncji Saula Czernichowskiego. Wiersz ten udało mi się następnie otrzymać w wersji książkowej i elektronicznej: rabin Patricia L. Fenton z American Jewish University w Los Angeles zeskanowała dla mnie wydanie z początku XX wieku (i opatrzyła je serią pomocnych komentarzy), a Kathleen Bloch, kierownik archiwów Spertus Institute for Jewish Learning and Leadership w Chicago, udostępniła mi witrynę z pełnym tekstem.

W YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku, dzięki uczynności pani Lyudmily Sholokhovej i panów Marka Weba i Berga Gunnara uzyskałem dodatkowe pomocne informacje, reprodukcję maszynopisu Józefa Zelkowicza oraz kartę z podpisem Dawida Sierakowiaka i jego szkolnych kolegów w getcie (wpis w Dzienniku z 22 IX 1941).

Wszystkie działania na rzecz tej publikacji miały, rzecz jasna, oparcie również w mojej rodzinie. Do końca swojego życia mój ojciec nigdy nie zaprzestał prób opublikowania całości Dziennika w Polsce. Domyślam się, że amerykańskie wydanie musiało go przepełniać zarówno dumą, jak i rozczarowaniem – z jednej strony wszystkie pięć zeszytów Dziennika ukazały się wreszcie w druku, ale z drugiej: w okrojonej wersji i w obcym języku. Niniejsze wydanie stanowi więc po części spóźnione zadośćuczynienie życzeniu mojego ojca, któremu dziękuję za wizję, troskę i wytrwałość.

Moja mama, Zofia Turowska, przyczyniła się do sukcesu tej publikacji na tak wiele sposobów, że zamiast ich wyliczania, pozwolę sobie podsumować je jako bezcenne, bezgraniczne i nieprzeciętnie inspirujące. Dziękuję za Twoją naukę, wiarę i nieustającą solidną pracę.

Mówiąc o przekonaniu i nieugiętej wizji: moja żona Katarzyna, mój najznamienitszy druh, przychodziła mi w sukurs w momentach niżu i wyżu. Na wielu dosłownych i metaforycznych poziomach to jej wsparciu zawdzięcza Dziennik swoje istnienie w druku – w tej wersji i w wersjach międzynarodowych. Nasza córka Kaia także wspierała moją wieloletnią i często niepewną, a na pewno bezpłatną pracę – cierpliwością i spostrzegawczą wrażliwością.

Ponadto nadzwyczajnej pomocy udzieliła mi łódzka i warszawska część mojej rodziny: Krzysztof i Cyryla Nazarenkowie – inicjując różne bardzo pomocne kontakty, wojaże i inspirujące podarki książkowe; oraz prof. dr hab. n. med. Joanna Domagała-Kulawik – weryfikując medyczne informacje (i ratując moje własne zdrowie!).

Po przeszło ćwierćwieczu wspólnej pracy nad Dziennikiem Alan Adelson stał się niemal moją rodziną. Dziękuję mu za efektywność, stanowczość i intelektualny nadzór nad wszystkimi moimi poczynaniami związanymi z Dziennikiem.

Z wdzięcznością kłaniam się nisko wszystkim wymienionym osobom i instytucjom.

Kamil TurowskiLos Angeles 2014

PRZEDMOWADO WYDANIAAMERYKAŃSKIEGO

Jeśli głównym zadaniem literatury Holokaustu ma być przyjście z pomocą czytelnikowi w wyobrażeniu sobie, jaką mękę przeszli ci, którzy walczyli o przetrwanie zamknięci w gettach i obozach koncentracyjnych, to Dziennik Dawida Sierakowiaka zalicza się bezsprzecznie do najważniejszych tekstów tego kanonu. W odróżnieniu od Dziennika Anne Frank, z którym zapiski Dawida z pewnością będą porównywane, historia ginącego życia w łódzkim getcie wciąga nas w obszar bestialskiej i nieustannej opresji, która była oszczędzona ukrywającej się na strychu w Amsterdamie nastolatce. I choć Anne i Dawid w końcu podzielili ten sam tragiczny los, ich przeżycia okazały się inne. Można zatem mieć nadzieję, że czytelnicy przyjmą rzeczowy ton impresji Dawida na temat żydowskich losów pod uciskiem Niemców z takim samym uznaniem, z jakim przyjęli Dziennik Anne Frank. Dawid relacjonuje rzeczywistość, którą Anne dopiero wtedy poznała, kiedy już nie mogła pisać.

Dawid zaczyna swój Dziennik 28 czerwca 1939 roku, kilka tygodni przed swoimi piętnastymi urodzinami. Ostatni zapis urywa się 15 kwietnia 1943 roku, na kilka miesięcy przed dziewiętnastymi urodzinami autora. Dawid umiera 8 sierpnia 1943 roku, rzekomo na skutek gruźlicy. Pozostali więźniowie łódzkiego getta, wśród nich młodsza siostra Dawida, będą musieli jeszcze przecierpieć dalsze miesiące głodu, chorób i złudzeń co do możliwości ratunku aż do sierpnia 1944 roku, kiedy większość z nich zostanie wywieziona do Auschwitz. Tylko nieliczni się uratują.

W zapiskach Dawida jest kilka luk. Nie wszystkie zeszyty przetrwały wojnę. Mimo to uratowane notatki wyraźnie opisują, jak życie ich autora i całej społeczności getta zmierza ku zagładzie. Od momentu przejęcia przez Niemców kontroli nad ich życiem ludzka przyszłość przestaje oznaczać, kim można być lub co można zrobić, a staje się miarą rytmu umierania. Brutalni zawiadowcy tej zagłady – Niemcy, którzy z wyrachowaniem ignorują warunki sanitarne w getcie i pozwalają, by głód i choroby zakaźne, takie jak tyfus i gruźlica, zabijały coraz więcej ofiar, pozostają w cieniu, za kurtyną dramatu, w którym ludzie zamieniani są w zbiorową mogiłę. Ta sama gorzka refleksja przewija się przez wiele innych zeznań i pamiętników z Holokaustu, więc tekst Dawida nie jest tu wyjątkiem – faktyczni przestępcy są niemal zupełnie nieobecni i to ich ofiary wydają się dźwigać ciężar winy za swoje unicestwienie.

Stanowi to istotę zasadniczego dylematu znawców Holokaustu. Młodociany Dawid stawia czoło temu wyzwaniu z mieszaniną rozgoryczenia i konsternacji. Widzi, jak umierają nie tylko jego sąsiedzi, ale i najbliższa rodzina. I docieka, jak się ma do tego biegu zdarzeń praktykowana w getcie przez Żydów hierarchia przywilejów. Przywódca Chaim Rumkowski – wraz ze swoimi przybocznymi, policją żydowską, lekarzami, nadzorcami fabryk gettowych, gdzie pracowali „zwyczajni” Żydzi – przydzielał „swoim” (do których w Auschwitz Primo Levi odnosił się jako „Prominenten”) lepsze warunki mieszkaniowe i większe racje żywności niż te, na które mogła liczyć większość ludności getta, głodzona i nieludzko stłoczona. Ta nierówność społeczna nie przestawała razić młodego Dawida, którego sympatie polityczne skłaniały się ku sowieckiej wersji marksizmu.

Tak jak w przypadku lektury Dziennika Anne Frank, żeby zrozumieć głębię cierpienia bohaterki, trzeba przeczytać o aresztowaniu jej i najbliższych, ich wywózce do Westerbork, Auschwitz i Bergen-Belsen, tak w przypadku Dziennika Dawida Sierakowiaka, żeby poczuć rozmiar grozy w jego codziennych zapiskach, trzeba znać ich kontekst. Kiedy Niemcy zaczynają wywozić osoby nienadające się do pracy, nasz młodociany kronikarz naiwnie się zastanawia: „Co Niemcy robią z dziećmi i niezdolnymi do pracy, nie wiadomo”. Do Łodzi zaczynają przybywać wielkie transporty Żydów z Wiednia, Pragi oraz z Protektoratu Czech i Moraw. Nie są zmuszani do pracy w getcie, lecz, według Dawida, są wysyłani do obozów pracy w okolicy Poznania. Dzisiaj wiemy, że naprawdę trafiali do Chełmna nad Nerem, gdzie ich uśmiercano w samochodach ciężarowych – ruchomych komorach gazowych, i zakopywano w masowych mogiłach. Kiedy jednak te deportacje na krótko ustają, Dawid z powagą narzeka, że „nawet ta szansa na wydobycie się z getta [została] zabrana”. Pozbawiając swoje ofiary dostępu do źródeł informacji, Niemcy nie wzbudzali u nich podejrzeń. Później jednak, kiedy redukują populację getta (zmniejszając także w ten sposób potrzeby żywieniowe), wywożąc wszystkich starców, chorych i dzieci poniżej dziesiątego roku życia, iluzje pryskają i Sierakowiak stwierdza: „[...] aczkolwiek Rumkowski zapewnia, że ma dla tych dzieci żelazne listy, nikt mu nie dowierza”. Rodzice robią co w ich mocy, by uchronić swoje dzieci. Niemcy są jednak bezwzględni i dokładni, więc niewielu malcom udaje się umknąć. Notatki Dawida dokładnie i poruszająco przekazują, jak wielki rozmiar cierpienia wywołał Rumkowski przez swoją megalomanię i samoułudę, realizując strategię: uratować ilu tylko zdoła, spisując pozostałych na straty.

Niejednego czytelnika może zastanowić, dlaczego – inaczej niż w getcie warszawskim – w Łodzi nie wybuchło powstanie. Codzienne uwagi zapisywane przez Dawida pomagają nam zrozumieć tę różnicę. W chwili żydowskiego zrywu zbrojnego w Warszawie, w kwietniu 1943 roku, było już jasne dla zamkniętych, że Niemcy postanowili znacznie wcześniej zlikwidować getto. Ci, którzy targnęli się na Niemców, wiedzieli o Treblince i nie mieli żadnych złudzeń w kwestii swojej przyszłości. Tymczasem w Łodzi Rumkowski otwiera coraz to nowe zakłady pracy. Zatem ci spośród Żydów, którzy mieli dość szczęścia, by znaleźć w nich zatrudnienie, posiedli pewne podstawy, by wierzyć, że ich praca będzie miała dostatecznie dużą wartość dla Trzeciej Rzeszy, przynajmniej na tyle, że pozwoli im dotrwać do końca wojny. Właśnie dlatego, dla zapewnienia „bezpiecznej” przyszłości, Rumkowski rozprawiał się z wewnętrzną opozycją w getcie. Poza tym nawet iskierka nadziei potrafi przyćmić „szlachetność” zbiorowego samobójstwa.

Dawid Sierakowiak sam był postacią o zmiennych nastrojach. W getcie pojawiały się od czasu do czasu różne plotki o inicjatywach aliantów. Łódzcy Żydzi czepiali się ich jak tonący brzytwy. Tego właśnie rodzaju plotki stawały się motorem działania opuszczonej przez wszystkich społeczności, zwłaszcza kiedy warunki egzystencji pogarszały się jeszcze bardziej. Dawid sumiennie je odnotowuje. Jednak w chwili nadejścia czwartego roku wojny, 1 września 1942 roku, nasz autor nie ma już wiele nadziei na to, że komukolwiek w getcie uda się przeżyć, bez względu na to, kto wygra wojnę. Litania żalów, którą się dzieli, opisuje sedno położenia żydowskiej społeczności: „Dzień za dniem upływa, wychodzą racje, wykupuje się je, zjada, głoduje się przed, podczas i po jedzeniu i czeka się uporczywie, ciągle i niezachwianie końca tej przeklętej, diabelskiej wojny [...]. Walczymy dla osiągnięcia celu zwiewnego i złudnego jak widmo”.

Czytelnicy, którzy spodziewają się znaleźć w dzienniku Dawida ślad hołdu dla nieugiętego ducha ludzkiego, rozczarują się. Jedną bowiem ze szczególnych wartości Dziennika jest przekazanie rozmiaru znaczenia, jakie miało w dramacie walki ze śmiercią głodową coś tak przyziemnego jak „40 dkg cukru i 20 dkg margaryny”. Pewnego dnia Dawida porusza wiadomość o śmierci jednego z jego niedawnych sąsiadów: „Człowiek ten, przed wojną wprost atleta, umarł tutaj z głodu. Jego żelazny organizm nie uległ żadnej chorobie, ale chudł z dnia na dzień i wreszcie zasnął, aby się więcej nie obudzić”.

Wśród wielu innych zbrodni popełnionych przez Niemców zarówno w łódzkim getcie, jak i poza nim, jest lekkość ducha, z jaką zadawali śmierć swoim ofiarom bez względu na ich dorobek czy potencjał, pozostawiając w spadku zasięg zniszczenia, któremu ani ludzka logika, ani pamięć nie są w stanie sprostać. Ta prawda dotyczy również przypadku Dawida Sierakowiaka, utalentowanego młodego mężczyzny, który gdyby tylko przeżył wojnę, mógłby spożytkować dar swego intelektu na rozwinięcie obiecującej kariery pisarskiej. Opanował kilka języków obcych i, jak nadmienia, czytał po angielsku Johna Galsworthy’ego, w oryginale Buddenbrooków Thomasa Manna, w tłumaczeniu na niemiecki sztuki Ibsena i Strindberga, i Romaina Rollanda w jidysz; rozwijał swoje powołanie literackie jako autor wierszy i opowiadań, pisząc po polsku i w jidysz. Na krótko przed śmiercią zaczął nawet tłumaczyć na jidysz jedno z dzieł Lenina. Nie miał jednak złudzeń co do ostatecznej wartości tych przedsięwzięć, opatrując swoje zainteresowanie Schopenhauerem tyleż cierpką, co melancholijną uwagą: „Filozofia z głodem – też niczego sobie”.

Jeśli jego Dziennik ma jakiegokolwiek bohatera, to jest nim żywność, a nie duch ludzki. Dla Dawida źródłem motywacji do czytania i pisania są pasja, nawyk, ale i bierność, i brak jakiegokolwiek innego zajęcia. Największą jednak radość sprawia mu dodatkowa miska zupy. Jego ekscytacja wydaje się nie mieć granic, kiedy 14 kwietnia 1943 roku ogłasza z rozmarzeniem: „Idę na trzy miesiące do piekarni!”. Umiera jednak w sierpniu. Jego ciało padło ofiarą tego, czemu żaden umysł nie mógł podołać. Ostatnia notatka w Dzienniku, w dzień po tym, kiedy dowiaduje się o tej nowej i bardzo pożądanej pracy, zaświadcza, jak niepewne były zmiany losu w świecie urządzonym przez Niemców tak, by prędzej czy później unicestwić wszystkich Żydów: „Z polityki kompletnie nic nowego. Czuję, że znów poczynam dostawać melancholii z niecierpliwości. Doprawdy nie ma dla nas wyjścia”.

Oczywiście miał rację: dla niego i dla większości Żydów w łódzkim getcie jedyną drogą do „wyjścia” była śmierć. Upór i wytrwałość, z jaką Dawid niemal codziennie prowadził zapiski, stworzyła nieprzeciętnej wartości spuściznę. Dziennik Sierakowiaka, razem z dokumentami pozostawionymi przez innych kronikarzy z łódzkiego getta, daje nam wgląd w gasnące życie skazanej na zagładę społeczności; bez głosu tego świadectwa ludzie ci zginęliby w ciszy. I choć ważne jest, by nie popaść w przesadną bezkrytyczność nad doniosłością tej pracy (Dawid chętnie zamieniłby każdy ze swoich zeszytów na pięć kilogramów ziemniaków), faktem jest, że jego Dziennik wystawia świadectwo sile języka, który daje przyszłym pokoleniom ważką możliwość poczucia, na jaką gehennę wystawili europejskich Żydów ich bezwzględni mordercy. W ten sposób możemy spróbować sobie wyobrazić coś, co na zawsze pozostanie niewyobrażalne.

Lawrence L. LangerPrzełożył Kamil Turowski

PODZIĘKOWANIA

Książka ta zawdzięcza swoje istnienie wielu osobom, ale dwie z nich odegrały szczególną rolę: jedną okazał się ocalały z łódzkiego getta Żyd, drugą redaktor jednej z powojennych łódzkich gazet. Obaj już pod koniec lat sześćdziesiątych próbowali opublikować tę książkę. Na drodze ich zamierzeń stanęły wydarzenia polityczne i antysemityzm.

Dziennik Dawida Sierakowiaka to jeden z pierwszych dokumentów, któremu poświęcił swoją uwagę historyk Lucjan Dobroszycki, studiując uratowane zapiski z getta, w którym on i jego rodzina byli również więzieni. Do czasu swojej przedwczesnej śmierci w 1995 roku podejmował wszelkie starania, by dziennik jego szkolnego kolegi trafił w całości do szerokiego grona czytelników.

Konrad Turowski (1938–2005) niezwykle efektywnie pomógł mu w tym zadaniu. Ten redaktor jednej z łódzkich gazet i korespondent warszawskiego „Kuriera Polskiego” od początku swojej zawodowej działalności przeciwstawiał się zacieraniu śladów pamięci o historii i znaczeniu kultury żydowskiej w mieście, z którego została ona niemal całkowicie usunięta. Odegrał również kluczową rolę we wprowadzeniu w powszechny obieg wiedzy o trzech zeszytach Dziennika. Zadbał też o uratowanie tych zeszytów w czasie antysemickiej nagonki w Polsce w końcu lat sześćdziesiątych i w późniejszych latach, kiedy tego rodzaju dokumenty niszczono w ramach pseudooficjalnej polityki rządowej, której celem było usunięcie z Polski mieszkających tam jeszcze Żydów i zaprzeczenie, że Żydzi stanowili część trzonu polskiej kultury. Kiedy w 1968 roku polskie władze zakazały opublikowania przygotowanego przez doktora Dobroszyckiego Dziennika[1], redaktor Turowski nie zaniechał starań, by doprowadzić do wydania wszystkich pięciu zeszytów Sierakowiaka.

To właśnie Konrad Turowski zwrócił uwagę redaktorowi niniejszej książki na zapiski Sierakowiaka, kiedy to po raz pierwszy przyjechałem do Łodzi, by zbierać materiały do filmu Łódzkie getto i do kompendium z dokumentami z getta – książki poszerzającej treść filmu. Udzielił mi wówczas ogromnej pomocy i wyraził zgodę na wykorzystanie w filmie cytatów z zeszytów Dziennika. I tak oto słowa Dawida opisujące napaść Niemców na jego rodzinne miasto otwierają ten film, i to „głos” Sierakowiaka stanowi przewodnią nić narracji filmu, odmierzając gasnące życie Dawida.

Sporej pomocy udzieliła nam również Elizabeth Maguire z wydawnictwa Oxford University Press, która od pierwszych chwil doceniła znaczenie Dziennika i z pełnym przekonaniem podjęła starania na rzecz jego publikacji. Ponadto mieliśmy szczęście trafić na wyjątkowo uprzejmą i błyskotliwą redaktor wydania – Irene Pavitt. Jej wytrwałość i spostrzegawczość przyczyniły się do wysokiej jakości tego wydania. Autorką sukcesu składu graficznego jest Andrianne Onderdonk Dudden; do opublikowania Dziennika przyczyniły się również swoją wytężoną pracą następujące osoby: Susan Chang, Elda Rotor, Susan Rotermund, Mary Kate Maco i Charles Gibbs.

Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie Daniel Grinberg uprzejmie wyraził zgodę na udostępnienie nam ze zbiorów tej instytucji dwóch zeszytów Sierakowiaka; mogliśmy też wielokrotnie liczyć na jego odpowiedzi w sprawie naszych pytań i próśb. Yitzchak Mais i Yehudit Inbar z Instytutu Yad Vashem przekazali nam fotokopie zeszytu, który Żydowski Instytut Historyczny wypożyczył Yad Vashem na czas wystawy o łódzkim getcie.

Szef archiwum Żydowskiego Instytutu Naukowego YIVO w Nowym Jorku Marek Web udzielał nam wyjątkowego i profesjonalnego wsparcia przez wszystkie osiem lat, które spędziliśmy na przygotowywaniu tej książki. Należał do grona pierwszych, którzy rekomendowali tekst Sierakowiaka do publikacji, przejrzał wstępną wersję tłumaczenia na angielski oraz użyczył nam swojej rozległej wiedzy przy sporządzaniu przypisów. Dina Abramowicz, zawsze skłonna do pomocy bibliotekarka Instytutu YIVO, podała nam wiele informacji potrzebnych do not bibliograficznych. Molly Magid Hoagland podjęła się roli redaktora niniejszej publikacji, wprowadzając szereg poprawek wzmacniających siłę przekazu. Zaciągnęliśmy również dług wdzięczności wobec: Roberta Mosesa Shapiro, wykładowcy w żeńskim college’u im. Maxa Sterna w Nowym Jorku (Stern College for Women – Yeshiva University) – podzielił się z nami swoją wysoce specjalistyczną wiedzą na temat dokumentów z łódzkiego getta; doktora Daniela Weinera za szereg inicjatyw dążących do opublikowania Dziennika; redaktor Zofii Turowskiej, która zawsze w sposób uczynny i fachowy udzielała nam rozległego wsparcia przy sporządzaniu przypisów dotyczących historii Polski; Raulowi Hilbergowi, Madeline Levine z Uniwersytetu Stanu Nowy Jork z siedzibą w Buffalo (SUNY, Buffalo), Karli Schultz z uniwersytetu w Oregonie (University of Oregon), Hérice Valadares z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, Fran Martin, Fernando Morenowi, Walterowi Tavernie, Joannie Pinaire, Hermanowi Adelsonowi, a także Julianowi Baranowskiemu i Władysławowi Pohoreckiemu z Archiwum Państwowego w Łodzi – im wszystkim za pomoc w przejrzeniu i skomentowaniu przygotowywanego do druku Dziennika. Szczególny dług wdzięczności zaciągnęliśmy wobec Magdaleny Połujkis, która z poświęceniem zweryfikowała całość polsko-angielskiego tłumaczenia tekstu, odmawiając przyjęcia jakiejkolwiek rekompensaty za swoją wnikliwą pracę. Jak mi powiedziała, jej troska o podtrzymanie pamięci o życiu Dawida i żydowskiej kulturze w Polsce powodowana jest pamięcią o jej polskiej babce, Eugenii Sosze-Rutkiewicz, która z narażeniem życia w wózku dziecięcym szmuglowała żywność do warszawskiego getta. Postawa tych kobiet reprezentujących dwa różne pokolenia to zaprzeczenie znieczulicy, z jaką, jak się często mawia, Polacy odnosili się do zagłady Żydów.

Zgodnie z powołaniem, którym kieruje się nasza organizacja, Jewish Heritage Project zajmuje się popularyzacją kluczowych prac dotyczących żydowskiej historii i kultury. Żywimy zatem nadzieję, że niniejsza książka spełni również rolę hołdu wobec Heleny Hauben, której pragmatyczny realizm przypomina postawę, jaką prezentował Dawid. Pani Hauben już od przeszło dziesięciu lat wspiera nasze działania, powodowana przekonaniem, że fakty dotyczące Zagłady należy jak najszerzej propagować po to, by wiedza o nich mogła dotrzeć również do osób, które bez tej wiedzy być może byłyby skłonne powtórzyć tego rodzaju horror. Dlatego z dumą i wdzięcznością odnosimy się do wsparcia, jakie otrzymujemy od jej męża Davida M. Haubena oraz od Bruce’a M. Haubena, Ellen Liman i Bernarda Sterna z zarządu Fundacji im. Emily Lowe. Ponadto dziękujemy Suzanne Usdan z Fundacji im. Lemberga za szczodrość i nieustającą pomoc. Dział literacki Nowojorskiej Rady ds. Sztuki (Literature Program of the New York Council on the Arts) i jego dyrektor Jewelle Gomez jako pierwsi wsparli nas dotacją, która dała początek sukcesowi niniejszego przedsięwzięcia. Oddanie, z jakim działa dyrektor Gomez na rzecz literatury i etyki, nie ma sobie równych.

Tłumacz Dziennika na angielski pragnie podziękować swojej żonie Kasi Marciniak za inspirację i zapał oraz za poświęcenie swojego czasu na każdym etapie prac. Dziękuje on także amerykańskiej części swojej rodziny, Kindze i Adrzejowi Zamęckim, za sfinansowanie jego pracy nad Dziennikiem w Stanach Zjednoczonych.

Redaktor książki ma głęboki dług wdzięczności wobec swojej żony Kathryn Taverny. Jej niezachwiana szczodrość ducha, poświęcenie, oddanie i szacunek wobec historii Dawida Sierakowiaka były nam natchnieniem, które pomogło doprowadzić do publikacji Dziennika, i to w jak najbardziej dopracowanej formie.

Alan AdelsonPrzełożył Kamil Turowski

×

Uaktualniony przekład podziękowań, które po raz pierwszy ukazały się w amerykańskim wydaniu Dziennika (The Diary of Dawid Sierakowiak. Five Notebooks from the Łódź Ghetto, Oxford University Press 1996).

×

WPROWADZENIE.JEDNO STRACONE ŻYCIE

Już w dwa miesiące po napaści na Polskę 1 września 1939 roku hitlerowcy zaczęli przygotowywać plany przymusowego stłoczenia i zamknięcia bardzo licznej łódzkiej społeczności żydowskiej w miejskim obozie pracy niewolniczej[1]. Tutejsi Żydzi stanowili jedną z najbardziej przedsiębiorczych społeczności europejskich; jedynie Warszawa liczyła więcej żydowskich mieszkańców niż Łódź. Ze swoimi charakterystycznymi kominami fabrycznymi, Łódź prezentowała się jako wschodnioeuropejska stolica przemysłu włókienniczego. Okazałe fabryki należały do bajecznie bogatych rodów, wśród których byli także Żydzi. Ich pałace stoją tu zresztą do dzisiaj, zajęte po wojnie przez polskie instytucje państwowe, muzea, Akademię Muzyczną i słynną łódzką Szkołę Filmową.

W grudniu 1939 roku Brigadeführer-SS z Kalisza[2] Friedrich Übelhör przygotował tajne memorandum, w którym szacował, że Łódź zamieszkuje trzysta dwadzieścia tysięcy Żydów. Ogłosił również plan ich przymusowej koncentracji w „zamkniętym getcie” i nie pozostawił przedstawicielom hitlerowskiej hierarchii żadnej wątpliwości, że jest to „jedynie posunięcie tymczasowe [...]. Ostatecznym celem” – jak zapewniał – „musi być w każdym razie całkowite wypalenie tej zarazy”[3]. Do czasu osiągnięcia tego celu, pozostający przy życiu Żydzi mieli zajmować się produkowaniem materiałów dla niemieckiego wojska oraz podnoszeniem komfortu życia w niemieckim Vaterlandzie. Cała ta niewolnicza kolonia została oddana pod nadzór młodego zapaleńca, niemieckiego przedsiębiorcy Hansa Biebowa, który już wcześniej zabiegał o tę nominację, pisząc liczne listy i wykorzystując wszelkie możliwe kontakty swojej rodziny.

Wyznaczając w styczniu 1940 roku granice łódzkiego getta, hitlerowcy skoncentrowali jego obszar wokół Bałut – zapuszczonej dzielnicy miasta, wschodnioeuropejskich slumsów, rejonu, który już w XIX wieku miał tu swoje getto żydowskie. Nie dalej jak czternaście lat przed wybuchem wojny dzielnica ta funkcjonowała poza miastem, bez żadnych wymogów prawnych dotyczących zdrowia czy bezpieczeństwa. Na Bałutach mieszkało sporo robotniczej biedoty żydowskiej, która zajmowała chałupy, rudery i byle jak sklecone budynki skupione wzdłuż wąskich uliczek. Tylko gdzieniegdzie była tu elektryczność, a brakowało kanalizacji czy wodociągów.

Hans Biebow (1902–1947) – syn dyrektora zakładu ubezpieczeniowego; w Bremie prowadził firmę handlującą kawą; stosunkowo późno wstąpił do NSDAP; miał 38 lat, kiedy został powołany na stanowisko Amtsleitera niemieckiego zarządu getta. Jednym z przywilejów, jakie dawało mu to stanowisko, było zwolnienie z obowiązku pełnienia służby wojskowej. Jako administrator obozu niewolniczego wyzysku Żydów kierował się przede wszystkim chęcią wzbogacenia się. Znany był też ze skłonności do bicia więźniów do krwi, m.in. ich przełożonego, Rumkowskiego. Schwytany po wojnie i postawiony przed sądem w Łodzi, został skazany i powieszony. Tu w więzieniu w Łodzi.

Hitlerowcy włączyli również do getta rozciągający się w kierunku centrum miasta rejon o powierzchni blisko 4 km2, z pokrytymi sadzą kamienicami z cegły i kamienia. Ich wewnętrzne podwórka staną się później doskonałymi pułapkami, w których będzie się gromadzić Żydów i przeprowadzać selekcje do wywózki w nieznane. Kiedy już aparat wykonawczy ostatecznego rozwiązania zostanie uruchomiony, odgrodzeni od świata Żydzi będą „przerabiani” dużo szybciej. Wpierw jednak, w ramach przygotowania do wywózki do obozów śmierci, zostaną doprowadzeni do fizycznego i psychologicznego załamania. Ten przejściowy etap spędzania ludzi tylko po to, by ich następnie unicestwić, stał się w istocie jedną z najbardziej brutalnych form egzystencji, jaką ludzie ludziom kiedykolwiek zgotowali. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że było to życie w piekle.[4]

Odnalezienie dziennika

Po wyznaczeniu rejonu, w którym postanowili zamknąć getto, hitlerowcy dali zamieszkałym w nim nie-Żydom rozkaz wyprowadzki. Dopiero wtedy Niemcy siłą spędzili tu setki tysięcy Żydów – z innych części miasta, podmiejskich przyległości, a w końcu i z dalekich rejonów podbitej Europy. Wśród dziesiątków tysięcy zmuszonych do wyprowadzki z Bałut Polaków, był Wacław Szkudlarek – lokator mieszkania, które przez pewnien czas istnienia getta będzie zajmować pobożna i uboga rodzina żydowskiego stolarza Majlecha Sierakowiaka.

Szkudlarek wrócił niemal dokładnie po pięciu latach, gdy miasto oswobodzili Rosjanie. I zastał tu nadzwyczajnej rangi spadek, jaki pozostawił ludzkości Dawid – jedyny syn Sierakowiaków i jeden z najbardziej błyskotliwych przedstawicieli młodego pokolenia spędzonych na śmierć do łódzkiego getta.

„Cała sterta zapisanych zeszytów leżała na piecu” – zeznał Szkudlarek przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi. – „Chyba ktoś nimi palił pod kuchnią, część była podarta. [...] Były tam jakieś opowiadania, wiersze”[5].

Typowa ulica na Bałutach w drugiej dekadzie XX wieku.

W tej stercie leżało między innymi pięć brulionów ze szczegółowymi zapiskami na temat życia w niewoli: rejestr faktów spisywanych codziennie przez nastoletniego autora, osieroconego w wyniku wojny przeciwko Żydom i samemu ledwie trzymającego się życia, ciągle na granicy fizycznej i psychicznej wytrzymałości.

Dziennik zawiera osobiste notatki – historię niszczenia w czasie Zagłady najbardziej szlachetnych aspektów ludzkiej natury – aspiracji intelektualnych, twórczości, miłości rodzinnej czy zachwytów nad przyrodą – przez najbardziej potworne żądze, którymi potrafią kierować się ludzie: znęcanie się nad innymi, wyzyskiwanie, prześladowanie, mordowanie. Na każdej stronie rozgrywa się walka między dobrem a złem, między życiem a unicestwieniem.

Redaktor Konrad Turowski w biurze Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Łodzi. Pascha 1989.

Różne przyczyny spowodowały, że musiało minąć kolejnych pięćdziesiąt lat, nim Dziennik został w końcu opublikowany w całości. Co najmniej dwa zeszyty z notatkami Dawida przepadły na zawsze, najpewniej zużyte na opał w czasie ostrej zimy w początkach 1945 roku, kiedy w mieście brakowało wszystkiego, także środków do ogrzewania mieszkań. Pierwsze dwa ze znalezionych przez Szkudlarka zeszytów ukazały się w Polsce drukiem w 1960 roku w opracowaniu Lucjana Dobroszyckiego – naukowca specjalizującego się w historii Zagłady, który sam przeżył łódzkie getto.[6] Trzy pozostałe zeszyty kupił natomiast zaraz po ich odkryciu w 1967 roku Konrad Turowski, znany łódzki dziennikarz. Przygotował je we współpracy z Dobroszyckim, ale ich wysiłkom położyła kres nagonka antysemicka, którą wzniecił z Polsce aparat komunistyczny. Z przygotowań do druku wycofano także kolejne tomy Kroniki getta łódzkiego, również w opracowaniu Dobroszyckiego (w drukarni były już gotowe matryce), oraz wiele innych książek na temat historii i kultury żydowskiej. Miejscowe władze zażądały ponadto wydania dokumentów zebranych wcześniej przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie, po to tylko, by następnie, w odpowiedzi na pytania naukowców, często zaprzeczać, że te dokumenty kiedykolwiek istniały.

Fakt, że pięć zeszytów Dawida w ogóle się zachowało, mimo zagłady autora, jego rodziny i żydowskiej społeczności, to dar dla potomności – forma tryumfu nad ich przedwczesną śmiercią. Cudem wydaje się również to, że wszystkie te nieszczęścia, które po kolei spadały na Dawida, nie złamały go, lecz dalej kształtowały najlepsze strony jego młodego intelektu.

Błyskotliwy nastolatek na wakacjach w Pieninach

Dawid Sierakowiak ma piętnaście lat, kiedy latem 1939 roku wyjeżdża w Pieniny na obóz dla żydowskiej młodzieży. W pełnych energii zapiskach z tego okresu przedstawia obrazy ostatnich przejawów przedwojennej normalności i jawi się jako dynamiczny młody człowiek, pragnący ruszyć w szeroki świat. Nawet nadchodzące wiadomości o napięciach zapowiadających wojnę nie tamują jego entuzjazmu.

Do Łodzi wraca tuż przed pierwszym niemieckim blitzkriegiem. W piwnicznym schronie przeciwlotniczym, popisując się przed dziewczynami, wyśmiewa Hitlera, improwizując jego mowę. Notuje w dzienniku: „Niech żyje humor, precz z histerią!”.

Z natury sceptyczny, zarówno w sprawach politycznych, jak i w intelektualnym podejściu do świata, młody Sierakowiak trzyma się z dala od powszechnej histerii i od samoułudy. Nawet kiedy Niemcy zajmują miasto, relacjonuje niemal z nutą wyższości i pogardy „psychozę tłumu idącego na rzeź”.

W drodze do szkoły zostaje złapany i zmuszony do zasypywania piachem kałuż – tylko po to, by Niemcy i ich sympatycy mieli się na co gapić i z kogo drwić; młody Dawid nie traci jednak poczucia godności i notuje: „Nie my powinniśmy się wstydzić, lecz nasi dręczyciele. [...] Ale złość, wściekłość bezsilna rozrywa człowieka zmuszonego do tej głupiej, haniebnej, szykanami najeżonej roboty. Zostaje tylko jedno: zemsta!”.

28 lutego 1940 roku niemieckie wojsko otacza dużą część miasta i siłą zaczyna usuwać z mieszkań Żydów. Setki z nich ponosi śmierć, a dziesiątki tysięcy pędzonych jest do getta. 1 maja 1940 hitlerowcy ogłaszają, że getto zostaje zamknięte. W ten sposób ponad 160 tysięcy łódzkich Żydów, którzy albo nie zdołali uciec z miasta, albo nie zostali jeszcze z niego wywiezieni, rozpoczyna życie w jednej z najbardziej hermetycznie zamkniętych społeczności w hitlerowskiej części Europy. Dawid bez wątpienia opisał pierwsze miesiące życia w getcie, ale zeszyt z tymi zapiskami się nie zachował.

W zamian za ledwie starczające na utrzymanie się przy życiu 700–900 kalorii jedzenia Żydzi pracują do utraty sił: produkują dla Niemców amunicję, sprzęt telekomunikacyjny, plecaki wojskowe wyłożone futrem pozyskanym z płaszczy Żydówek, hełmy dla Wehrmachtu i słomiane ochraniacze na buty na front wschodni zimą. Były też gorsety, dywany i prowizoryczne domki mieszkalne – wszystko to wysyłano do Niemiec.[7] I tak oto łódzkie getto – najdłużej istniejący obóz dla Żydów w całej okupowanej przez hitlerowców Europie – okazało się niezwykle dochodową kolonią niewolniczą. W swoich meldunkach – które, jak się zwykle przyjmuje, ukrywały skalę wyzysku ludności Żydów – zarządzająca gettem administracja Hansa Biebowa w sumie wykazała zysk netto w wysokości 50 milionów marek.[8]

W trakcie lektury Dziennika czytelnik zamyka się w getcie wraz z autorem i całą społecznością i z przykrej bliskości zaczyna obserwować etapy rabunku ludzi, poprzedzające masowe morderstwa europejskich Żydów. Dawid powstrzymuje napór narastających fal strachu i rozpaczy i wykazuje stoicką dyscyplinę jako kronikarz postępującego ludobójstwa, opisuje etapy od uwięzienia do unicestwienia miejscowej społeczności, najbliższej rodziny, a także własnego zdrowia, ducha i intelektu. Pewien literat, także zamknięty w getcie, doradza Dawidowi, by dbał o swój talent i pisał „tylko w chwilach największej konieczności”. Mimo to nie ma niemal dnia, by młody Sierakowiak nie sporządził kolejnych zapisków. W rezultacie czytelnik odczuwa ciężar tej codziennej udręki, której wywożeni transportami z getta Żydzi mieli nadzieję się wreszcie pozbyć.

Odpis świadectwa urodzenia Dawida Sierakowiaka: „[...] urodził się w Łodzi, w dniu 25 lipca 1924 roku [...]”.

W przewrotnej sofistyce, którą hitlerowcy zaszczepili w świadomości więzionych w getcie ludzi, ból życia zmienił grozę wywózki w wizję ocalenia. Dla nielicznych w getcie jasne było, że hitlerowcy to zwyczajni mordercy, jednak dla pozostałych oferowana od czasu do czasu możliwość zgłoszenia się do transportu na ochotnika jawiła się jako coś, o co warto się pokusić. Ojciec Dawida uważa, że dokądkolwiek by te pociągi jechały, to nigdzie już nie może być gorzej. Jeśli wywożą na roboty, to w końcu muszą dać wyżywienie. A zostać w getcie to śmierć głodowa. Majlech Sierakowiak ciągle zmaga się z tym dylematem. W pewnym momencie zgłasza się do transportu, ale potem zmienia zdanie i pospiesznie załatwia sobie zwolnienie.

Nasz młody pisarz rejestruje również – niemal z dystansem beznamiętnego naukowca – wyniszczenie własnego organizmu. Broni się przed destrukcyjnymi wpływami pesymizmu i melancholii, czerpiąc okruchy nadziei z każdego, nawet najdrobniejszego łutu szczęścia, choćby takiego, jak dodatkowa miska zupy. I mimo skrajnej nędzy, nigdy nie daje się poniżyć. Jego pamiętnik nie jest pracą naiwnego młodzieńca, który nie rozumie, kto chce pozbawić go życia. Dawid Sierakowiak nie waha się dać wyraz swej złości i ani razu nie hamuje się przed wskazaniem winowajców – nie tylko hitlerowskich morderców, ale i Churchilla, Roosevelta i wszystkich innych sił na świecie, które stoją biernie w obliczu postępującego unicestwiania narodu Dawida; obwinia także kapitalizm, bo ten, jak wierzy, był pierwotną przyczyną wojny.

Więzioną społeczność szybko dziesiątkuje syndrom nazywany po prostu „chorobą getta”. Pełen obaw o swój los Dawid z udręką przyjmuje do wiadomości informację o śmierci z głodu znajomego, jednego z najbardziej atletycznych i tryskających zdrowiem ludzi, jakich znał. Tematem, który budzi u Dawida – młodego komunisty – bezgraniczne potępienie, albo raczej najczarniejszy humor, jest szalony kontrast klasowy w getcie. Potępia grube ryby dorabiające się kosztem getta, żrące pełną gębą, podczas gdy zwykli ludzie głodują. Wielokrotnie zastanawia się nad tym, o ile lepiej odżywiona byłaby społeczność w getcie, gdyby tylko odebrać przywileje osobom z odpowiednimi „znajomościami”. Po tym, jak zacznie udzielać korepetycji dzieciom pewnej uprzywilejowanej rodziny, w swoim dzienniku wyrazi zdumienie, że chociaż dają jemu jedynie marną zupę, jedzenie u nich jest lepsze niż to, na które mogła sobie pozwolić jego rodzina przed wojną. Komentuje: „tylko spalić tę całą bandę raz na zawsze!” oraz „Na takich to zgniłych, burżuazyjno-biurokratycznych podstawach utrzymuje się getto i jako takie zginie”.

Sierakowiak to przywódca. W gimnazjum zostaje wybrany na przewodniczącego samorządu uczniowskiego i korzysta ze swej pozycji w szkole, by ostro wystąpić przeciw palącej kwestii umierających z głodu uczniów. Zapobiega próbie zmiany tematu zebrania rady pedagogicznej i delegatów klasowych, dopóki żądania dożywiania nie zostaną przedstawione żydowskiej administracji getta. Grono nauczycielskie, spolegliwe wobec często despotycznej władzy Mordechaja Chaima Rumkowskiego, próbuje zdławić wysiłki Dawida. Mimo to stawia na swoim. „Zwyciężyłem istotnie!” – notuje w pamiętniku z rzadką nutą uniesienia, po tym jak jego wniosek zostaje w końcu przyjęty.

Jednak kiedy na zakończenie roku dostaje świadectwo z najlepszymi ocenami w całej klasie, nie czuje satysfakcji. „Ale cóż mi z tego, kiedy ciągle jestem głodny i ciągle czuję się tak okropnie wyczerpany i przemęczony” – wyznaje w dzienniku. I choć bardzo by chciał kontynuować naukę i rozpocząć liceum, trudno mu wybiec myślami w przyszłość.

Wciąż – co wydaje się nieprawdopodobne – Dawid nie porzuca ambicji rozwoju intelektualnego. Uczy się łaciny, hebrajskiego, angielskiego, niemieckiego i francuskiego, wyszukując książki, których lektura pochłonęłaby jego uwagę, uśmierzyła ból głodu i pozwoliła wydostać się poza granice getta otoczonego drutem kolczastym. Z braku jedzenia karmi się Schopenhauerem.

Aby ukryć ludobójstwo, hitlerowcy odcinają w getcie dostęp do informacji. Przyłapanie na słuchaniu radia czy czytaniu gazety równa się wyrokowi śmierci. Ponieważ szansa na przeżycie wiąże się w oczywisty sposób z jak najszybszą klęską Hitlera, więźniowie getta podejmują, wbrew zakazom, próby uzyskania bieżących informacji na temat zmian w tej najstraszniejszej ze wszystkich wojen. Ale nawet taki amator nowin jak Dawid Sierakowiak nie jest w stanie realistycznie ocenić pełnego rozmiaru niebezpieczeństwa, na jakie narażona jest społeczność getta. Mimo odcięcia od świata naszemu młodocianemu pamiętnikarzowi udaje się zyskać dostęp do egzemplarzy miejscowej gadzinówki i posłuchać jakimś cudem docierających do getta dzienników radiowych BBC lub poznać ich treść. Tym sposobem dowiaduje się o przemówieniu, w którym Hitler zarzeka się zgładzić wszystkich pozostałych przy życiu w Europie Żydów. Realność tej groźby znajduje swoje potwierdzenie, kiedy do getta zaczynają dosiedlać niedobitki zdziesiątkowanych w okolicy społeczności żydowskich. Opowiadają oni o przeżytych masakrach, kreśląc ponurą wizję losu, jaki czeka Żydów łódzkiego getta: „[...] wysiedlanie na szmelc”, jak to komentuje Dawid z charakterystycznym dla siebie czarnym humorem.

Wobec niemożności potwierdzenia faktów w getcie narasta szalona kakofonia plotek, które mają podnieść ludzi na duchu. Słuchy o bombach zrzuconych na miasto mogą stać się zwiastunem nadchodzącego wyzwolenia. Kiedy pewnej nocy w 1942 roku gaśnie światło, Dawida ponosi entuzjazm – tak bardzo jest przekonany, że ratunek jest bliski. Niestety, „[nic] ważnego się nie stało”. Musi powrócić do myśli, że należy to wszystko jakoś przetrzymać. I kiedy getto znów zaczyna podniecać się kolejnymi plotkami na temat ruchów wojsk sprzymierzonych, powraca jego sceptycyzm – „Nie wierzę już w nic. Tyle razy łudzono się nadaremnie”.

Brak żydowskiego oporu: historia jednego przykładu

Roztrząsanie kwestii, czy ludzie zamknięci w gettach mogli stawić hitlerowcom większy opór, to konfrontacja z pytaniem, czy Żydzi mieli dostateczną wiedzę na temat dokonującego się na nich procesu ludobójstwa. O czym wiedzieli więzieni w gettach Żydzi i kiedy docierała do nich ta wiedza? – to główne zagadnienia stawiane przez osoby zajmujące się tematem żydowskiej postawy wobec Zagłady. Dawid Sierakowiak jest świadom, że hitlerowcy chcą unicestwić Żydów, a mimo to nie może uwierzyć, że sam też zginie. Codziennie zmaga się z rzeczywistością, ze swoim – jak to pisze – pesymizmem. I walczy o podtrzymanie wiary w to, że uda mu się przeżyć, bo wie, że bez tej wiary na pewno się mu nie uda.

Dla każdego, kto uczciwie zadaje pytanie, dlaczego więcej Żydów nie stawiało oporu hitlerowskiej Zagładzie, Dziennik stanowi szczegółową historię jednego takiego przykładu. Dawid posiada wszystkie przymioty potencjalnego opozycjonisty. Zdaje sobie sprawę, do czego zmierzają hitlerowcy. Notuje: „Ludzie wiedzą, że idą na śmierć!”. Współpracuje również z podziemną organizacją popierającą idee rewolucji komunistycznej. Kierownictwo ponawia próby przekonania Dawida do wzięcia udziału w ataku, oczekuje, że zadeklaruje gotowość poświęcenia życia i wejdzie w skład drużyny młodocianych samobójców gotowych na akcję odwetową – uderzenia przeciw opresjom i zagładzie. Dawid sympatyzuje z celami organizacji, ale odmawia złożenia bezwarunkowej deklaracji. I tak oto Dziennik staje się ważnym dokumentem także z innego powodu: rejestruje potrzebę oporu – poczucie pokrywane przez pokłady zupełnego zniewolenia. Dawid uznaje jednak, że celem jego życia nie może być „w żadnym wypadku zawodowa, do najwyższych granic posunięta działalność rewolucyjna”. Uważa, że siły i życie powinien poświęcić rodzinie. Notuje: „Rozumiem tych ludzi coraz mniej, jeśli im wierzyć w stu procentach. Ciągła, trzeźwa gotowość do walki, śmierci, męczennictwa itd., itd. Zupełnie w stylu średniowiecza”. Próbuje wypracować kompromis, dzięki któremu byłby w kontakcie z podziemiem, aby nie zaprzepaścić okazji do zemsty na prześladowcach i mordercach. Władze organizacji oczekują jednak całkowitego oddania się sprawie i przez pewien czas izolują Dawida z powodu, jak ironizuje, jego egoistycznej indywidualizacji. Wkrótce potem opuszczają go siły i wyznaje, że „[...] jesteśmy już w takim stanie wyczerpania, że rozumiem teraz, co znaczy nie mieć sił nawet do narzekania. Nie mówiąc już o protestowaniu”.

Postać Chaima Rumkowskiego, gorliwego i przedsiębiorczego przywódcy getta, kryje głęboką moralną zagadkę. Jest on z pewnością jednym z najbardziej kontrowersyjnych Żydów we współczesnej historii. Według słów Dawida to „sadysta-kretyn”; jego policja siłą rozdziela dzieci od rodziców, a on sam wielokrotnie zapewnia podporządkowaną mu społeczność, że wywózek z getta nie należy się bać, choć wie, że rzeczy mają się zgoła inaczej. Odrzuciwszy wyrzuty sumienia, Rumkowski próbuje za wszelką cenę utrzymać getto przy życiu, i kieruje się dążeniem do uratowania przynajmniej niektórych zamkniętych w nim ludzi. Dawid cytuje zasłyszaną informację, że Rumkowski spodziewa się uratować z całego getta jedynie dziesięć tysięcy osób. I choć wydaje się to nieprawdopodobne, to w przybliżeniu tylu właśnie Żydów przeżyło.

Już pierwsze wywózki z getta Rumkowski wykorzystał do pozbycia się „niepożądanego elementu” – aktywnych politycznie osób, które mogłyby zorganizować w getcie ośrodki oporu; w ten sposób bronił strategii stworzenia z Żydów niezbędnej dla hitlerowców siły roboczej i jednocześnie chronił swoje stanowisko. Faktem jest, że za rządów Rumkowskiego nie doszło do żadnych poważniejszych aktów zorganizowanego oporu. Po tym, jak w getcie warszawskim pozostałe przy życiu dziesięć procent ludności (w Treblince wymordowano już niemal czterysta tysięcy Żydów) porwało się do ostatniej, bohaterskiej walki, po dziewięciodniowych starciach, które zakończyły się dosłownie zrównaniem rejonu warszawskiego getta z ziemią, dowództwo hitlerowskie zwróciło się do niemieckich władz w Łodzi z pytaniem, czy ich zdaniem tego rodzaju powstanie może się tu powtórzyć. „Całkowicie wykluczone” – brzmiała pełna przekonania odpowiedź niemieckiej administracji w Łodzi.[9]

Rozmiar zniszczeń, których dokonali Niemcy w getcie warszawskim.

Niewiele wiadomo na temat losów ruchu oporu, którego działaczem był Niutek Radzyner. 30 kwietnia 1942 roku Sierakowiak wspomina, że widział, jak Radzyner konferował na schodach ze swoimi sprzymierzeńcami. „Widocznie [...] mają zamiar przedsięwziąć [coś poważnego]” – notuje w obserwacjach z tego dnia, które, gdyby tylko dostały się w ręce niemieckie, gwarantowałyby katastrofalne skutki. Nic poważnego jednak nie następuje.

Później, 1 stycznia 1943 roku, Dawid ostrożnie donosi, że poprzedniej nocy wybuchł pożar w Wydziale Bieliźniarsko-Odzieżowym (gdzie czyszczono i sortowano ubrania po deportowanych z getta Żydach) i że zaraz po tym, w Nowy Rok, wybuchł drugi pożar w Wydziale Wyrobów Włókienniczych, co komentuje: „Skóra mi cierpnie na myśl o tym, że Niemcom może się zachcieć wyciągnąć wobec nas konsekwencje za te wypadki”.

Tak jak wielu innych intelektualistów, Dawid skłaniał się ku filozofii działań opartych bardziej na biernym oporze niż na działaniach politycznych. Nie sposób powiedzieć, jak wcześnie w swoim młodym życiu zaczął pisać pamiętnik; pierwszy z ocalonych kajetów nie ma wstępu i sprawia wrażenie kolejnej części już wcześniej rozpoczętej całości – zbioru obserwacji bystrego młodzieńca. Skazany przez historię na cierpienie, Dawid najwyraźniej uznał, że jego obowiązkiem jest sporządzenie zapisu postępującego procesu zagłady społeczności żydowskiej. I choć ani razu nie wyraża oczekiwania, że jego dokument będzie kiedyś jeszcze czytała jakaś inna osoba, to podczas lektury takie założenie wydaje się oczywiste. W przeciwieństwie do Anne Frank, Dawid nigdy nie zwraca się wprost do swego pamiętnika. Mimo to waga, jaką Dawid przywiązuje do prowadzenia dziennika, jest oczywista, kiedy przeczyta się wpis z 27 maja 1942 roku. Odrzuca on ewentualność zgłoszenia się na ochotnika do transportu deportacyjnego z getta i wyznaje, że byłoby mu żal jego „[...] książek i «pism», notatek i zeszytów. Szczególnie dziennika”. Pisząc te słowa, dotknięty już jest „chorobą getta”. Często brakuje mu tchu, ma ataki gorączki i napady dygotów. Każdy już zna te objawy. Ta choroba najpierw zamienia kształt swoich ofiar w „klepsydrę”, powoduje puchnięcie, następnie załamanie i śmierć. Wiosną, kiedy Dawid ma raptem siedemnaście lat, pisze: „Twarz spuchnięta w dalszym ciągu”. Podobnie jak niemal wszyscy pozostali więźniowie getta, także jego najbardziej uprzywilejowana sfera, Dawid ma na twarzy wypisany wyrok śmierci.

Koniec Dawida jest bliski, kiedy wycieńczenie osiąga tak dramatyczny poziom, że nie starcza mu sił, by oddać się lekturze swoich ulubionych książek i chociaż myślami uciec z getta. Te trzy lata doprowadziły młodego zapaleńca górskich wycieczek do takiego stanu, że ledwie może ustać na nogach. A kiedy już nie ma czystej odzieży na zmianę i nie jest w stanie walczyć ze świerzbem i wszami, i kiedy nie potrafi już znieść własnego widoku, Dawid wciąż doskonale wie, kto ponosi odpowiedzialność za to wyniszczenie. Jego gniew jednak nic nie daje.

Z perspektywy czasu można pokusić się o stwierdzenie, że działacze gettowego podziemia mieli rację, twierdząc, że sprzeciw Dawida wobec czynnego udziału w ruchu oporu był fatalną strategią. Mimo ciągłych wysiłków, aby cokolwiek zarobić – udzielaniem korepetycji przed i po lekcjach w szkole oraz harówką w szopach i administracji – głód i tak wykończył rodzinę Sierakowiaków. W istocie głód okazał się tak wielki, że zmusił ojca Dawida do kradzieży: nie był w stanie powstrzymać się przed wykradaniem jedzenia żonie i dzieciom.

Nadzia także musi umrzeć

W 1942 roku, kiedy wiele osób w getcie nie dostało dodatkowych racji żywnościowych, które dałyby im szansę przeżycia, z głodu, wycieńczenia i na skutek chorób zmarło piętnaście procent więzionej tu społeczności. Dawid wielokrotnie pisał w tym czasie, że przetrzymanie tej zimy w getcie nie będzie możliwe. Jemu samemu ledwie się udało.

Mimo nieustającej walki o przetrwanie Dawid Sierakowiak zdołał przeżyć tylko cztery z sześciu lat wojny. Wiosną 1943 roku zaczyna gasnąć. Jedyna nadzieja w natychmiastowym końcu wojny, ale na to się nie zanosi. W wyniku głodu pęka i ropieje mu skóra; nie ma siły wstać z łóżka, a słabe płuca utrudniają oddychanie. Wówczas pojawia się nadzieja, że jednak los się odwróci. Przychylne mu wpływowe osoby podejmują wreszcie działania na jego korzyść. Dawid prawie nie może zasnąć, tak jest podekscytowany tym, że będzie rozpatrywany jako kandydat do specjalnego oddziału policji, który zajmuje się nadzorowaniem rozdziału żywności w getcie. Notuje, że to „prawie jedyna szansa na uratowanie [mojego] zdrowia!”. I w dniu, kiedy urywa się jego dziennik, Dawid ma zapewnioną na następne trzy miesiące funkcję pracownika piekarni, gdzie mógłby najeść się do syta. Razem z siostrą Nadzią mają też obiecane kupony na pranie, po to, by oczyścić swoje ubrania ze świerzbowców. Także sprzymierzeni wreszcie ruszają z ofensywą przeciw hitlerowcom. Niestety, ratunek dla Żydów, wśród nich i dla Dawida, nadchodzi zbyt późno. Dawid umiera 8 sierpnia 1943 roku, dwa tygodnie po swoich dziewiętnastych urodzinach i cztery miesiące po tym, jak ostatni z jego zachowanych zeszytów urywa się jakże gorzką refleksją: „Doprawdy nie ma dla nas wyjścia [...]”. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci podano gruźlicę. Prawda jest inna: to nienawiść rasowa zgładziła młodego Dawida.

Karta cmentarna z datą śmierci i miejscem pochówku Dawida.