Dwa światy - Jennifer L. Armentrout - ebook + audiobook

11 osób właśnie czyta

Opis

Hematoi pochodzą ze związków bogów ze śmiertelnikami, a dziecko pary czystokrwistych posiada nadludzkie moce. Potomkowie Hematoi i śmiertelnika... cóż, nie za bardzo. Ci, będący półkrwi, mają dwa wyjścia: mogą zostać wyszkolonymi protektorami, którzy tropią i zabijają daimony, lub sługami w domach tych wyżej postawionych.

Siedemnastoletnia Alexandria woli ryzykować życie w walce, niż skończyć jako służąca. Uczniowie Przymierza muszą przestrzegać kilku zasad. Alex ma z tym wyraźny problem, zwłaszcza z najważniejszą z nich: związki pomiędzy tymi czystej krwi, a półkrwistymi są zakazane. Niestety, dziewczynie bardzo podoba się pewien niesamowicie przystojny Aiden. Uczucie, jakim go darzy, nie stanowi jednak jej największego problemu. Dużo trudniej jest pozostać przy życiu na tyle długo, by ukończyć szkołę Przymierza i stać się protektorem.
Jeśli zawiedzie, spotka ją los gorszy niż niewola czy śmierć: zostanie zmieniona w daimona i będzie ścigana przez Aidena, a to naprawdę byłoby do bani.

"Ta historia przypominała mi powieści Cassandry Clare!" - Ashwood

"Dominująca główna bohaterka i pociągający męski charakter! Czego więcej można chcieć?" - Aria [dear darling reader]

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 40 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


Dla Kathy

– wielu za Tobą tęskni i Cię kocha.

Rozdział 1

Otworzyłam oczy pod wpływem jakiegoś szóstego zmysłu, instynktownie szykując się do walki lub ucieczki. Parna aura Georgii i kurz pokrywający podłogę utrudniały oddychanie. Odkąd opuściłam Miami, w żadnym miejscu nie byłam bezpieczna. Opuszczona fabryka nie była wyjątkiem.

Przebywały w niej daimony.

Słyszałam je na niższym poziomie, gdy dokładnie przeszukiwały każde pomieszczenie, otwierając drzwi, po czym nimi trzaskając. Dźwięk ten sprawił, że wróciłam myślami kilka dni wstecz, kiedy stanęłam na progu pokoju, w którym spała mama i zastałam ją w objęciach jednego z tych potworów. Obok leżała rozbita donica z hibiskusem. Purpurowe płatki kwiatu rozsypały się po podłodze, mieszając się z jej krwią. Wspomnienie sprawiło, że rozbolał mnie brzuch, ale nie mogłam teraz o tym myśleć.

Poderwałam się z miejsca i stanęłam w wąskim korytarzu, nasłuchując, by policzyć przeciwników. Troje? Więcej? Zacisnęłam palce wokół wąskiej rączki łopatki ogrodowej. Uniosłam ją, przesunęłam palcami po ostrej, pokrytej tytanem krawędzi. Przypomniało mi to o tym, jak unicestwić te stworzenia.Daimony nie tolerowały tego pierwiastka. Poza ohydną metodą, jaką było obcięcie głowy, istniała jeszcze tylko jedna – tytan. Cenny metal, nazwany po Tytanach, był trujący dla uzależnionych od eteru[1].

Gdzieś w głębi budynku zgrzytnęła deska, po czym umilkła. Ciszę zmącił głęboki ryk, rozpoczynający się od cichego skomlenia, by przybrać mocny, przeraźliwy ton. Wrzask brzmiał nieludzko i przerażająco. Nic na tym świecie nie wydawało takich dźwięków, prócz daimona – i to w dodatku głodnego.

Kreatura była blisko.

Pobiegłam korytarzem, podeszwy starych butów sportowych uderzały o wysłużone deski. Szybkość miałam we krwi, na moich plecach podskakiwały brudne długie włosy. Skręciłam za róg, wiedząc, że pozostały mi jedynie sekundy…

Stęchłe powietrze zawirowało wokół, gdy daimon złapał mnie za koszulkę i rzucił na ścianę. W górę wzbiły się tynk i kurz. Kiedy próbowałam się podnieść, pod powiekami zatańczyły mi mroczki. Te bezduszne czarne otwory, w których powinny znajdować się oczy, zdawały się wgapiać we mnie, jakbym była kolejnym kuponem zniżkowym na żywność.

Daimon złapał mnie za ramię, więc zdałam się na instynkt. Obróciłam się, przez ułamek sekundy widząc zaskoczenie na bladej twarzy, gdy go kopnęłam. Stopa zetknęła się z bokiem jego głowy. Cios sprawił, że stworzenie poleciało na przeciwległą ścianę. Odwróciłam się i uderzyłam rękami. Zdezorientowanie zmieniło się w przerażenie, gdy daimon spojrzał na wbitą w swój brzuch ogrodową łopatkę. Nie miało znaczenia to, gdzie wycelowałam. Tytan zawsze zabijał te potwory.

Gardłowy pomruk wydostał się z jego ust, nim eksplodował w chmurę połyskującego błękitnego pyłu.

Nadal trzymając narzędzie, obróciłam się i pobiegłam, przeskakując po dwa stopnie naraz. Przemierzając podłogę, zignorowałam ból w biodrze. Miało mi się udać – musiało mi się udać. Byłabym superwkurzona w zaświatach, gdybym umarła w tej zapadłej dziurze jako dziewica.

– Dokąd tak pędzisz, mała półkrwista?

Zniosło mnie na bok, wpadłam na dużą stalową prasę. Obróciłam się, serce kołatało mi w piersi. Daimon pojawił się kilka metrów za mną. Podobnie jak ten na górze, wyglądał na dziwoląga. Miał otwartą paszczę, ukazując ostre, szpiczaste zęby, a czarne otwory zamiast oczu sprawiły, że przeszył mnie dreszcz. W dziurach na jego twarzy nie było widać światła czy życia, odznaczały się jedynie śmiercią. Miał zapadnięte policzki, cerę nienaturalnie bladą i nabrzmiałe żyły – każda wiła się na jego twarzy niczym atramentowy wąż. Naprawdę wyglądał jak postać z najgorszego koszmaru – przypominał demona. Jedynie półkrwiści przez chwilę mogli przejrzeć przez urok, a następnie władzę przejmowała magia żywiołów, pokazując, jak istota ta wyglądała wcześniej. Przyszedł mi na myśl Adonis – oszałamiający blondyn.

– Co tu robisz zupełnie sama? – zapytał głębokim, ponętnym głosem.

Odeszłam o krok, rozglądając się w poszukiwaniu wyjścia. Niedoszły Adonis zablokował mi drogę ucieczki. Wiedziałam, że nie mogłam długo tak stać. Daimony potrafiły kontrolować żywioły. Zginęłabym, gdyby uderzył we mnie powietrzem lub ogniem.

Roześmiał się, choć dźwięk ten pozbawiony był wesołości i życia.

– Może jeśli będziesz błagać i to mocno, pozwolę, by twoja śmierć była szybka. Prawdę mówiąc, półkrwiści mi nie służą. Czystokrwiści jednak… – jęknął z rozkoszą – …stanowią wykwintny posiłek. Ci półkrwi? Są bardziej jak fast food.

– Zbliż się o krok, a skończysz jak twój koleżka na górze. – Miałam nadzieję, że zabrzmiałam wystarczająco groźnie. Ale pewnie tak nie było. – Tylko spróbuj.

Uniósł brwi.

– Zaczynasz mnie wkurzać. Zabiłaś już dwóch z nas.

– Notujesz to, czy coś? – Serce przestało mi bić, gdy trzasnęła deska za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam kobietę daimona, która podeszła, zmuszając mnie do przesunięcia się w kierunku mężczyzny.

Osaczali mnie, nie dając szans na ucieczkę. Gdzieś za maszynami odezwał się kolejny. Poczułam paniczny strach. Żołądek mocno mi się skurczył, a palce zadrżały na łopatce. Na bogów, było mi niedobrze.

Przywódca napierał na mnie.

– Wiesz, co z tobą zrobię?

Przełknęłam ślinę i uśmiechnęłam się.

– Bla, bla, bla. Zabijesz mnie. Bla, bla, bla. Wiem.

Wygłodniały wrzask kobiety zastępował jego odpowiedź. Najwyraźniej była bardzo spragniona pokarmu. Krążyła jak sęp, gotowa mnie rozszarpać. Zmrużyłam oczy. Najgłodniejsze zawsze były najgłupsze – najsłabsze w stadzie. Legenda głosiła, że to pierwszy kęs eteru – życiowej siły zawartej w naszej krwi – potrafił opętać czystokrwistych. Wystarczyło, że spróbowali, a przeistaczali się w uzależnione daimony. Istniała więc szansa, że ją pokonam. Ten drugi jednak… cóż, to zupełnie inna historia.

Zamarkowałam ruch w kierunku kobiety, która rzuciła się do mnie jak narkomanka do działki. Mężczyzna krzyknął, by się zatrzymała, ale było już za późno. Niczym olimpijska sprinterka pobiegłam w przeciwnym kierunku, zmierzając do wykopanych wcześniej drzwi. Na zewnątrz miałam większe szanse. Rozbudziła się we mnie niewielka popychająca do przodu nadzieja.

Stało się jednak najgorsze. Przede mną wyrosła ściana ognia, buchając z ławek i bijąc w powietrze przynajmniej na dwa i pół metra. Żywioł był prawdziwy. Nie stanowił iluzji. Żar parzył, płomienie trzeszczały, pochłaniając ściany.

Przeszedłszy przez ogień, pojawił się naprzeciw mnie ktoś wyglądający jak przystało na łowcę daimonów. Płomienie nie liznęły nawet jego spodni, nie zbrudziły koszuli. Nie naruszyły ani jednego ciemnego włoska na jego głowie.

Wpatrywał się we mnie tymi swoimi chłodnymi oczami o barwie zasnutego chmurami nieba.

To on – Aiden St. Delphi.

Nigdy nie zapomnę jego imienia czy twarzy. Pierwszy raz zobaczyłam go, gdy stał na arenie treningowej i to właśnie wtedy zrodziło się we mnie to absurdalne zauroczenie. Miałam czternaście lat, on siedemnaście. Jego czysta krew nie miała znaczenia, kiedy widziałam go gdzieś na terenie kampusu.

Obecność Aidena mogła oznaczać tylko jedno: przybyli protektorzy.

Chłopak popatrzył mi w oczy, po czym przeniósł wzrok ponad moim ramieniem.

– Padnij.

Nie musiał powtarzać. Rzuciłam się na ziemię jak profesjonalistka. Poczułam nad sobą żar uderzający w cel. Podłoga zadrżała przy mocnych konwulsjach kobiety daimona, powietrze rozdarł krzyk. Tylko tytan był w stanie zabić te stworzenia, choć wydawało mi się, że spalenie żywcem też mogło okazać się skuteczne.

Podniosłam się na łokciach i wyjrzałam przez zasłonę brudnych włosów, gdy Aiden opuścił rękę. Wraz z tym ruchem pojawiły się trzaski i ogień zniknął tak szybko, jak się pojawił. Krótką chwilę później w powietrzu unosił się jedynie dym i swąd spalonego drewna i ciała.

W pomieszczeniu pojawili się kolejni dwaj protektorzy. Rozpoznałam jednego z nich: Kain Poros, półkrwisty, jakiś rok starszy ode mnie. Trenowaliśmy kiedyś razem. Chłopak poruszał się z wdziękiem, którego wcześniej nie miał. Rzucił się na kobietę daimona i jednym płynnym ruchem wbił smukły sztylet w jej spalone ciało. Z niej również pozostał jedynie pył.

Drugi z protektorów wydawał się czystokrwisty, ale nigdy wcześniej go nie widziałam. Był wielki – jakby napakowany sterydami – i rozglądał się za daimonem, który czaił się gdzieś w tej starej fabryce, ale jeszcze się nie pokazał. Kiedy ujrzałam, że mimo masywnej sylwetki poruszał się z gracją, poczułam się marnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że leżałam nadal na podłodze. Wstałam, czując, że zanika adrenalina, która niedawno tak gwałtownie napłynęła do moich żył.

Nagle w głowie rozgorzał ból, gdy mocno uderzyłam policzkiem o beton. Oszołomiona i zdezorientowana, doszłam po chwili do wniosku, że niedoszły Adonis musiał złapać mnie za nogi. Obróciłam się, ale kreatura chwyciła mnie za włosy i pociągnęła do tyłu. Wbiłam palce w skórę daimona, ale nie złagodziło to nacisku na moją szyję. Przez moment wydawało mi się, że zamierza urwać mi głowę, ale wbił ostre jak brzytwa zęby w moje ramię, rozrywając materiał i ciało. Krzyknęłam – a raczej wrzasnęłam.

Płonęłam – musiał mnie ktoś podpalić. Spalała się skóra, ostry ból promieniował do każdej komórki mojego ciała. Nawet jeśli byłam tylko półkrwi i nie miałam w sobie tyle eteru co czystokrwiści, daimon wysysał ze mnie energię. Nie pragnął jednak mojej posoki, połykał ją tylko po to, by pożywić się eterem. Poruszył się przyciągany do niego duch. Ból objął całe moje ciało.

Nagle daimon zabrał usta.

– Czym ty jesteś? – szepnął bełkotliwie.

Nie było czasu, by zastanawiać się nad tym pytaniem. Daimon został ode mnie odciągnięty, przez co osunęłam się do przodu. Zwinęłam się w zakrwawioną kulkę, popiskując jak ranne zwierzę, zupełnie nie przypominając człowieka. Pierwszy raz zostałam naznaczona – po raz pierwszy pił ze mnie wróg.

Przez ciche jęki, które wydawałam, usłyszałam chrzęst, następnie dzikie wrzaski, ale ból zaatakował moje zmysły. Zaczął wycofywać się z palców, przesuwając się do wnętrza, gdzie wciąż płonął ogień. Próbowałam oddychać, ale cholera…

Jakieś dłonie ostrożnie odwróciły mnie na plecy, odciągając moją rękę od ramienia.

Popatrzyłam na Aidena.

– Żyjesz? Alexandrio? Odezwij się, proszę.

– Alex – wydusiłam. – Nazywają mnie Alex.

Usłyszałam ciche parsknięcie śmiechem.

– Okej. Dobrze. Możesz wstać, Alex?

Wydawało mi się, że przytaknęłam. Przeszywały mnie fale żaru, ale ból osłabł i teraz tylko pulsował.

– Naprawdę mocno… się przyssał.

Aiden objął mnie i pomógł się podnieść. Zachwiałam się, gdy odsunął mi włosy i przyjrzał ranie.

– Daj sobie kilka minut. Ból ustąpi.

Uniosłam głowę i się rozejrzałam. Kain i ten drugi protektor, marszcząc brwi, wpatrywali się w niemal identyczne kupki błękitnego pyłu. Czystokrwisty spojrzał na nas.

– To chyba wszystkie.

Aiden skinął głową.

– Musimy ruszać, Alex. Natychmiast. Powinniśmy wracać do Przymierza.

Przymierza? Nie do końca kontrolując swoje emocje, obróciłam się do chłopaka ubranego w czarny uniform protektora. Na chwilę wróciło dawne zauroczenie. Aiden wyglądał dostojnie, ale wściekłość szybko zagłuszyła głupie uczucie.

W mój ratunek zaangażowano Przymierze? Gdzie, u licha, się podziewali, gdy jedna z tych kreatur wdarła się do naszego domu?

Chłopak podszedł o krok, ale go nie widziałam – znów zobaczyłam ciało martwej matki. Ostatnie, co dostrzegła na tej ziemi, to paskudną gębę demona, a ostatnie, co czuła… Zadrżałam, przypominając sobie rozrywający ból, gdy byłam przez niego naznaczana.

Aiden zbliżył się do mnie o kolejny krok. Zareagowałam wiedziona gniewem i cierpieniem. Rzuciłam się na niego, używając niećwiczonego od lat stylu. Proste kopniaki i ciosy to jedno, ale gwałtowny atak był czymś, co ledwie umiałam.

St. Delphi złapał moją rękę i obrócił mnie w drugą stronę. Sekundę później przyszpilił moje ramiona, ale ból i smutek rozprzestrzeniały się w moim wnętrzu, przysłaniając zdrowy rozsądek. Pochyliłam się, zamierzając stworzyć na tyle przestrzeni, by wyprowadzić mocny kop w tył.

– Przestań – ostrzegł protektor zwodniczo miękkim głosem. – Nie chcę cię skrzywdzić.

Oddychałam szybko i nierówno. Czułam, jak ciepła krew spływała po szyi, mieszając się z potem. Walczyłam, choć kręciło mi się w głowie, a to, że Aiden trzymał mnie z taką łatwością, tylko podsycało moją furię.

– Wow! – krzyknął z boku Kain. – Alex, przecież nas znasz! Nie pamiętasz mnie? Nie zrobimy ci krzywdy.

– Zamknij się! – Wyrwałam się Aidenowi i zrobiłam też unik przed Kainem i Panem Sterydem. Żaden nie spodziewał się mojej ucieczki, więc to właśnie zrobiłam.

Dotarłam do drzwi prowadzących do fabryki, uchyliłam się przed jakąś złamaną belką i wybiegłam na zewnątrz. Stopy poniosły mnie na znajdujące się po drugiej stronie ulicy pole. W głowie miałam całkowity chaos. Dlaczego uciekałam? Czyż od ataku w Miami nie próbowałam wrócić do Przymierza?

Moje ciało nie za bardzo się na to zgadzało, ale biegłam przez wysokie chwasty i kłujące krzewy. Za plecami słyszałam ciężkie kroki, które z każdą chwilą się zbliżały. Nieco rozmazało mi się przed oczami, serce kołatało jak oszalałe. Byłam zdezorientowana, więc…

Wpadło na mnie twarde ciało, wyciskając powietrze z płuc. Upadłam w plątaninie rąk i nóg. W jakiś sposób Aidenowi udało się nas obrócić, więc przyjął na siebie siłę upadku. Wylądowałam na nim, zostałam tak przez chwilę, nim mnie zrzucił, przyszpilając jednocześnie do kłującej trawy.

Rozgorzały we mnie panika i wściekłość.

– Teraz? Gdzie byłeś tydzień temu? Gdzie było Przymierze, gdy zabijano moją matkę? Gdzie byłeś?

Aiden się cofnął, wytrzeszczając oczy.

– Przykro mi. Nie…

Jego przeprosiny jeszcze bardziej mnie rozsierdziły. Miałam ochotę go skrzywdzić. Chciałam, by mnie puścił. Chciałam… Chciałam… Nie wiedziałam, o co właściwie mi chodziło, ale nie mogłam przestać krzyczeć, drapać i kopać. Znieruchomiałam dopiero wtedy, kiedy Aiden przycisnął do mnie swoją wysoką, szczupłą sylwetkę. Nie potrafiłam się ruszyć przez tę jego bliskość.

Nie dzielił nas nawet centymetr. Czułam twarde mięśnie jego brzucha, usta chłopaka znajdowały się milimetry od moich. Nagle przyszło mi do głowy coś szalonego. Zastanawiało mnie, czy jego wargi smakowały tak dobrze, jak wyglądały… ponieważ miał je nieziemskie.

Była to jednak niewłaściwa myśl. Musiałam zwariować – co stanowiło jedyne wyjaśnienie moich rozważań i czynów. Tego, jak wpatrywałam się w jego usta i desperackiego pragnienia, by mnie pocałował – a wszystko było złe z tak wielu powodów. Poza tym, że właśnie próbowałam go skrzywdzić, wyglądałam okropnie. Miałam brudną twarz, nie kąpałam się od tygodnia, byłam więc pewna, że śmierdziałam. Ohyda.

Ale kiedy opuścił głowę, naprawdę sądziłam, że mnie pocałuje. Cała spięłam się w ekscytacji, jakbym czekała na swój pierwszy pocałunek, a przecież całowałam się wcześniej. Było ich wielu, ale żaden nie był nim.

I nie był czystokrwistym.

Aiden poruszył się i jeszcze mocniej do mnie przywarł. Odetchnęłam mocno, myśli pędziły milion kilometrów na sekundę, podsuwając niezbyt pomocne wizje. Chłopak uniósł prawą rękę do mojego czoła. W mojej głowie zawył alarm.

Aiden pospiesznie wyszeptał urok, zbyt nagląco, bym zrozumiała słowa.

Sukin…

Pochłonęła mnie pozbawiona myśli i czucia ciemność. Nie mogłam walczyć z taką siłą, więc bez słowa protestu zapadłam się w mętną głębię.

[1] Eter (fr. éther z gr. αἰθήρ, d. αἰθέρος) – w filozofii przyrody piąty z żywiołów (przyp. tłum.).

Rozdział 2

To, na czym spoczywała moja głowa, było twarde, ale dziwnie wygodne. Przysunęłam się, czując się bezpiecznie i dobrze –a nie doświadczyłam tego, odkąd trzy lata temu mama zabrała mnie ze szkoły Przymierza. Nieustannie się przeprowadzałyśmy, więc nie zaznałam takiego komfortu. Coś tu było nie tak.

Otworzyłam oczy.

Sukinsyn.

Odskoczyłam od ramienia Aidena tak szybko, że uderzyłam głową o okno.

– Kurde!

Obrócił się, unosząc ciemne brwi.

– Dobrze się czujesz?

Zignorowałam troskę w jego głosie i spiorunowałam go wzrokiem. Nie miałam pojęcia, jak długo byłam nieprzytomna. Wnioskując po granatowym niebie za przyciemnianymi szybami, przypuszczałam, że przez kilka godzin. Czystokrwiści nie powinni używać uroku na tych półkrwi, którzy nie byli w niewoli; uznawano to za wysoce nieetyczne, ponieważ urok odbierał wolną wolę, możliwość decydowania i wszystko inne.

Pieprzeni Hematoi. Nie żeby kiedykolwiek przejmowali się etyką.

Zanim pierwsi półbogowie zginęli wraz z Herkulesem i Perseuszem, wszyscy kręcili ze sobą tak, jak potrafili to tylko Grecy. Z tych związków powstali czystokrwiści – Hematoi – bardzo, bardzo potężna nacja, która potrafiła panować nad czterema żywiołami: powietrzem, wodą, ogniem i ziemią, a także manipulować czystą energią, rzucając zaklęcia i uroki. Nie mogli wykorzystywać posiadanych umiejętności przeciwko swoim. Za złamanie zakazu groziło więzienie – a w niektórych przypadkach nawet śmierć.

Półkrwisty, czyli potomek Hematoi i zwykłego człowieka – kundel według standardów tych czystej krwi – nie kontrolował żywiołów. Mój rodzaj obdarzono tą samą szybkością i siłą jak czystokrwistych, ale mieliśmy coś, co nas od nich odróżniało. Mogliśmy przejrzeć przez magię żywiołów, jaką władały daimony. Hematoi tego nie potrafili.

Na świecie istniało sporo tych półkrwi, zapewne więcej niż czystokrwistych. Biorąc pod uwagę fakt, że ci drudzy aranżowali małżeństwa, by utrzymać status społeczny, zamiast łączyć się ze sobą z miłości, często sypiali też na boku z kim chcieli. Ponieważ nie byli podatni na choroby czy zarazy zwykłych ludzi, domyślałam się, że rzadko korzystali z zabezpieczenia. Okazało się jednak, że ich potomstwo półkrwi odgrywało cenną rolę w ich czystokrwistym społeczeństwie.

– Alex. – Aiden zmarszczył brwi, nadal mi się przyglądając. – Nic ci nie jest?

– Nie, nic. – Skrzywiłam się, rozglądając. Znajdowaliśmy się w sporym pojeździe – zapewne jednym z wielgachnych hummerów Przymierza, które były w stanie pomieścić całą wioskę. Czystokrwiści nie musieli przejmować się czymś takim jak pieniądze czy paliwo. Ich nieoficjalne motto głosiło: „Im większe, tym lepsze”. Protektor czystej krwi – ten napakowany – siedział za kierownicą, podczas gdy Kain zajmował fotel obok, w ciszy wyglądając przez szybę. – Gdzie jesteśmy?

– Na wybrzeżu, przy wyspie Bald Head, zaraz będziemy na Boskiej – odparł Aiden.

Moje serce przyspieszyło.

– Co takiego?

– Wracamy do Przymierza, Alex.

Szkoła Przymierza – miejsce, które jeszcze trzy lata temu nazywałam domem i w którym trenowałam. Westchnęłam i potarłam potylicę.

– To ono was wysłało? A może mój… ojczym?

– Przymierze.

Odetchnęłam z ulgą. Mój czystokrwisty ojczym nie byłby szczęśliwy, gdyby mnie zobaczył.

– Pracujesz teraz dla Przymierza?

– Nie. Jestem po prostu protektorem. Od czasu do czasu wykonuję zlecenia. Na poszukiwania wysłał nas twój wuj – umilkł, wyglądając przez szybę. – Od twojego odejścia wiele się pozmieniało.

Chciałam zapytać, co za protektor kończył na dobrze strzeżonej Boskiej Wyspie, ale stwierdziłam, że to nie moja sprawa.

– Co się zmieniło?

– Cóż, w szkole Przymierza dziekanem jest teraz twój wuj.

– Marcus? Chwila, że co? A co się stało z dziekanem Nasso?

– Zmarł jakieś dwa lata temu.

– Oj. – Chociaż mnie to nie dziwiło. Był bardzo stary.

Milczałam, rozważając fakt, że dziekanem był teraz mój wuj, Marcus Andros. Grrr. Skrzywiłam się. Ledwie go znałam, ale z tego co pamiętałam, maczał palce w polityce czystokrwistych. Nie powinno mnie dziwić to, że znalazł sposób, by dostać się na tę pożądaną pozycję.

– Alex, przepraszam za tamten urok – odezwał się Aiden, mącąc ciszę. – Nie chciałem, byś zrobiła sobie krzywdę.

Nie odpowiedziałam.

– I… przykro mi z powodu twojej mamy. Wszędzie was szukaliśmy, ale nie przebywałyście zbyt długo w jednym miejscu. Spóźniliśmy się.

Serce mi się ścisnęło.

– Tak, spóźniliście się.

W kabinie hummera zapadła dłuższa cisza.

– Dlaczego twoja matka odeszła z Przymierza?

Zerknęłam przez zasłonę z włosów. Aiden przyglądał mi się, oczekując odpowiedzi na swoje wielowymiarowe pytanie.

– Nie wiem.

Trenowałam, odkąd skończyłam siedem lat – byłam jedną z tak zwanych „uprzywilejowanych” półkrwistych. Mieliśmy dwie życiowe drogi do wyboru – dołączyć do Przymierza lub stać się członkiem klasy robotniczej. Ci półkrwi, za którymi wstawiał się Hematoi i ponosił koszty ich edukacji, zostawali włączeni do Przymierza, aby trenować na protektorów lub strażników. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Przygarniali ich Mistrzowie – grupa czystokrwistych, którzy byli najlepsi w sztuce rzucania uroków. Wytwarzali eliksir ze specjalnej mieszanki kwiatów maku i herbaty. Mikstura działała inaczej na półkrwistych. Zamiast powodować senność, mak sprawiał, że byli posłuszni – zapewniał też haj, z którego nie chcieli rezygnować. Mistrzowie zaczynali poić półkrwistych eliksirem, gdy ci kończyli siedem lat – codziennie podawali im odpowiednią dawkę. Nie kształcili ich. Nie dawali wolności…

Mistrzowie byli odpowiedzialni za rozprowadzanie eliksiru i monitorowanie zachowania sług półkrwi. Oznaczali również ich czoła. Nanosili na skórę koło z przecinającą je linią – boleśnie widoczny znak niewolnictwa.

Wszyscy półkrwiści obawiali się takiej przyszłości. Nawet po zakończonym szkoleniu w Przymierzu wystarczył jeden zły ruch, byśmy dostali do wypicia miksturę odbierającą nam wolną wolę. To, że mama zabrała mnie z Przymierza bez wytłumaczenia, działało na moją niekorzyść.

Byłam również pewna, że zabranie mężowi – mojemu ojczymowi – połowy fortuny, nie mogło mi pomóc.

Miałam także sporo okazji, by skontaktować się z Przymierzem i wydać matkę; aby zrobić to, czego ode mnie oczekiwano. Jeden telefon – głupie połączenie – ocaliłby jej życie.

Przymierze również i to mogło mi zarzucić.

Powróciło wspomnienie, gdy się przebudziłam i rozpoczął się mój najgorszy koszmar. Dzień wcześniej mama prosiła, bym wypieliła rośliny na tarasie, które tak bardzo chciałam hodować, ale zaspałam. Kiedy się obudziłam i wzięłam małą torbę z narzędziami ogrodniczymi, było już południe.

Sądząc, że mama pracuje już na tarasie, wyszłam z mieszkania, ale nikogo nie zastałam. Zatrzymałam się na chwilę, patrząc na drugą stronę ulicy, jednocześnie bawiąc się łopatką. W tej samej chwili z cienia wychynął mężczyzna – daimon.

Stał w pełnym świetle, wpatrując się we mnie. Był tak blisko, że mogłam rzucić w niego łopatką. Z sercem w gardle odsunęłam się jednak od poręczy. Wbiegłam do mieszkania, krzycząc do mamy. Nie odpowiedziała. Wszystko rozmazało mi się przed oczami, gdy biegłam wąskim korytarzem aż do jej sypialni i otworzyłam drzwi. Widok, który zastałam, będzie mnie prześladował do końca życia – krew, tak wiele krwi i oczy mamy, otwarte, puste, wpatrzone w nicość.

– Jesteśmy. – Kain pochylił się, zniecierpliwiony.

Wszystkie myśli wyparowały mi z głowy, gdy żołądek fiknął koziołka. Obróciłam się i wyjrzałam przez szybę. Boska Wyspa tak naprawdę składała się z dwóch wysepek. Czystokrwiści mieszkali w eleganckich domostwach na pierwszej z nich. Dla świata zewnętrznego wyglądali jak zwykła wyspiarska społeczność. Niewielkie sklepiki i restauracje przy ulicach. W niektórych sprzedawali śmiertelnicy, odpowiadały również ich zapotrzebowaniom. Tutejsze dziewicze plaże warte były grzechu.

Daimony nie lubiły przemierzać wody. Kiedy czystokrwisty przechodził na mroczną stronę, magia żywiołów zmieniała się i można było z niej korzystać jedynie wtedy, gdy dotykało się ziemi. Brak kontaktu z nią osłabiał te kreatury. Sprawiało to, że wyspa była idealnym schronieniem dla naszego rodzaju.

Było zbyt wcześnie na korki, więc chwilę później przemierzyliśmy drugi most. Po tej części Boskiej Wyspy, położonej pośród mokradeł, plaż i niemal nietkniętych ręką człowieka lasów, stał budynek Przymierza.

Pomiędzy niekończącym się oceanem a hektarami białych plaż wznosiła się rozległa budowla z piaskowca będąca szkołą zarówno dla półkrwistych, jak i dla tych czystej krwi. Dzięki grubym marmurowym kolumnom i strategicznie umieszczonym posągom bogów, miejsce to było zastraszające, ale i wspaniałe. Śmiertelnicy uważali je za elitarną prywatną szkołę, do której nigdy nie dostaną się ich dzieci. I mieli rację. Ludzie nie posiadali tak wyjątkowych mocy, by tu przebywać.

Za głównym budynkiem rozciągały się internaty i je również ozdobiono kolumnami oraz posągami. Krajobraz upstrzony był też mniejszymi budowlami i bungalowami, przy głównym dziedzińcu usytuowano budynek, w którym mieściły się siłownie i sale treningowe. Przypominał mi zawsze starożytne Koloseum, choć to nasze było kryte; w tej części świata huragany mogły mocno dać się we znaki.

Wszystko było piękne – jednocześnie kochałam to miejsce i nienawidziłam. Na jego widok uświadomiłam sobie, jak bardzo za nim tęskniłam… i za mamą, która mieszkała poprzednio na głównej wyspie, gdy ja uczęszczałam tutaj do szkoły. Często przebywała jednak na kampusie, po zajęciach zabierała mnie na lunch i przekonywała starego dziekana, by pozwolił mi mieszkać u niej w weekendy. O bogowie, jakże pragnęłam szansy – tylko jednej – by powiedzieć jej…

Wzięłam się w garść.

Kontrola – musiałam ją teraz zachować, rozpacz by mi nie pomogła. Otrząsnęłam się, wysiadłam z pojazdu i poszłam za Aidenem do dziewczęcego internatu. Jako jedyni przemierzaliśmy ciche korytarze. Ponieważ był początek lata, miałam znaleźć tu zapewne tylko kilku uczniów.

– Umyj się. Niedługo po ciebie przyjdę. – Odwrócił się, ale zaraz zatrzymał. – Znajdę ci jakieś ubrania i zostawię na stole.

Skinęłam głową na te oszczędne słowa. Nawet jeśli próbowałam zapanować nad emocjami, niektóre mi się wymykały. Trzy lata temu miałam perfekcyjnie zaplanowaną przyszłość. Wszyscy instruktorzy w Przymierzu wychwalali moje umiejętności na treningach. Nieraz zdołali pokusić się o stwierdzenie, że mogłam zostać protektorem – a oni byli najlepsi, co oznaczało, że ja też taka byłam.

Trzy lata bez treningu cofnęły mnie w edukacji. Czekał mnie najprawdopodobniej los służącej – a nie mogłam stawić czoła takiej przyszłości. Poddanie się woli czystokrwistych, brak kontroli i możliwości podejmowania samodzielnych decyzji… Na samą myśl mnie skręcało.

Co więcej, perspektywa ta jawiła się jako jeszcze gorsza przez moją niepohamowaną potrzebę polowania na daimony.

Walkę z nimi miałam zakorzenioną we krwi, ale po tym, co stało się z mamą, moje pragnienie gwałtownie wzrosło. Jedynie Przymierze mogło zapewnić środki do osiągnięcia mojego celu, a nieobecny wuj o czystej krwi trzymał w tej chwili w rękach moją przyszłość.

Ciężko stąpałam, przemierzając znajome pomieszczenia, a umeblowane wyglądały na większe, niż je zapamiętałam. Mieszkanie miało oddzielny salon i całkiem przyzwoitej wielkości sypialnię. I łazienkę. Przymierze oferowało uczniom wszystko, co najlepsze.

Wzięłam długi, bardzo potrzebny prysznic, rozkoszując się ponowną czystością. Niektórzy brali kąpiel za pewnik. Też tak wcześniej uważałam. Ale po ataku daimona uciekłam, mając przy sobie niewielką ilość gotówki. Przeżycie było ważniejsze niż jakieś tam prysznice.

Kiedy upewniłam się, że zmyłam z siebie cały brud, znalazłam stosik ubrań przygotowany na małym stoliku przed kanapą. Wzięłam go, zdając sobie sprawę, że dostałam strój treningowy zatwierdzony przez szkołę. Spodnie były przynajmniej o dwa rozmiary za duże, ale nie zamierzałam narzekać. Uniosłam je do twarzy i zaciągnęłam się ich zapachem. Takie pachnące i czyste…

Wróciłam do łazienki i odchyliłam głowę. Daimon naznaczył mnie w miejscu, w którym szyja przechodziła w ramię. Ślad miał być czerwony przez kolejny dzień, po czym powstanie jasna, niewielka blizna. Ugryzienie daimona zawsze pozostawiało pamiątkę. Niemal identyczne dwa rzędy drobnych dziurek przyprawiały mnie o mdłości, ale przypominały również o jednej z dawnych instruktorek. Była to starsza piękna kobieta, która nauczała podstaw taktyk obronnych, bo po okropnym ataku daimona przeszła na protektorską emeryturę. Całe ręce miała w półkolistych bliznach, nieco jaśniejszych od jej cery.

Już jedno naznaczenie było złe. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, co przeszła ta kobieta. Daimon próbował ją przemienić, wysysając z niej cały eter. Kiedy chodziło o zmianę czystokrwistego, nie zachodziła konieczność wymiany krwi.

Był to przerażająco prosty proces.

Daimon przykładał usta do skóry Hematoi, wysysał eter i voilà! Mieliśmy całkiem nowego daimona. Niczym zainfekowana krew skażony eter zmieniał czystokrwistego w coś, czego już nie można było uratować. Osobę traciliśmy już na zawsze. Z tego, co wiedzieliśmy, był to jedyny sposób na stworzenie daimona, ale przecież nie kumplowaliśmy się z nimi, by o tym rozmawiać. Zabijaliśmy je od razu.

Zawsze miałam tę politykę za głupią. Nikt – nawet rada – nie wiedział, co daimony chciały osiągnąć, bo je zabijano. Gdyby złapano jakiegoś i naprawdę przesłuchano, moglibyśmy się o nich tak wiele dowiedzieć. Jakie miały plany, cele? Czy w ogóle jakieś miały? A może do działania pobudzała je potrzeba eteru? Nie mieliśmy pojęcia. Hematoi zależało jedynie na unicestwieniu ich i upewnieniu się, że żaden czystokrwisty nie zostanie już przemieniony.

Tak czy inaczej, plotka głosiła, że nasza instruktorka czekała z atakiem do ostatniej chwili, aby udaremnić plany daimona. Pamiętam, że wpatrywałam się w jej blizny, myśląc, jak przykre było to, że jej gładka skóra została bezpowrotnie zniszczona.

Patrzyłam we własne odbicie w zaparowanym lustrze. Trudno będzie ukryć ten ślad, ale mogło być gorzej. Daimon mógł mnie ugryźć w twarz – ponieważ niektóre lubiły takie okrucieństwo.

Półkrwistych nie można było zmienić, dlatego tak dobrze walczyliśmy z tymi kreaturami. Najgorsze co nas czekało to śmierć. Kto by się przejmował półkrwistym, który poległ w walce? Według Hematoi przecież i tak było nas na pęczki.

Westchnęłam, przerzuciłam włosy za ramię i odsunęłam się od lustra w momencie, w którym rozległo się pukanie. Chwilę później w drzwiach mojego pokoju stanął Aiden. Widząc mnie, zatrzymał swoją prawie dwumetrową sylwetkę. Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie, gdy spojrzał na moją odświeżoną postać.

Cóż mogłam rzec? Ładnie się umyłam.

Kiedy zniknął brud i cała ohyda, zaczęłam przypominać własną mamę. Miałam długie, ciemne, spływające na plecy włosy, wysokie kości policzkowe i pełne usta czystokrwistych. Moje krągłości były nieco większe niż matki, której sylwetka była smukła, i nie odziedziczyłam jej niesamowitych tęczówek. Moje były pospolicie brązowe.

Odchyliłam głowę, po raz pierwszy patrząc mu prosto w oczy.

– No co?

Otrząsnął się w ekspresowym tempie.

– Nic. Gotowa?

– Chyba tak. – Rzuciłam okiem, gdy wychodził z mojego pokoju.

Brązowe falowane włosy nieustannie opadały mu na czoło, przysłaniając ciemne brwi. Miał niemal idealne rysy twarzy, mocną żuchwę i najpełniejsze wargi, jakie w życiu widziałam. Ale to te tęczówki o burzliwej barwie uważałam za najpiękniejsze. Nikt inny nie miał takich oczu.

Od chwili, gdy przyszpilił mnie do ziemi na polu, miałam wrażenie, że reszta jego ciała była równie perfekcyjna. Szkoda, że był czystej krwi. Hematoi oznaczali, że zarówno ja, jak i połowa szkoły musiała trzymać rączki przy sobie. Podobno bogowie całe eony temu zabronili zabawy pomiędzy naszymi nacjami. Chodziło o zachowanie czystości krwi, która nie mogła zostać skażona – o obawę, że dziecko takiej pary byłoby… Skrzywiłam się, patrząc na plecy Aidena.

Byłoby… Cyklopem?

Nie wiedziałam, co mogłoby się wydarzyć, ale miałam świadomość, że uznano by je za coś bardzo, bardzo złego. Obrażałoby bogów, co nigdy nie było dobre. Odkąd więc półkrwistych zaczęto edukować w temacie skąd biorą się dzieci, wpajano im też do głów, by nie patrzeć na czystokrwistych z niczym innym jak szacunkiem i podziwem. Hematoi uczono, by nie skażać krwi, związując się z półkrwistymi, choć istniały przypadki, że mieszana para wylądowała w łóżku. Zazwyczaj kończyło się to nałożeniem kary na osobę półkrwi.

Nie było to sprawiedliwe, ale tak właśnie działał nasz świat. Hematoi znajdowali się na szczycie łańcucha pokarmowego. Ustalali zasady, zasiadali w radzie, a nawet prowadzili Przymierze.

Aiden spojrzał na mnie przez ramię.

– Ilu zabiłaś daimonów?

– Tylko dwa. – Przyspieszyłam, by nadążyć za jego długimi krokami.

– Tylko dwa? – zapytał z podziwem. – Wiesz, jakie to wspaniałe, że niewytrenowana półkrwista zabiła nie jednego, ale aż dwa?

– No chyba. – Umilkłam, czując, jak zaczynało we mnie wrzeć. Kiedy daimon zobaczył mnie na progu sypialni mamy, rzucił się w moją stronę… ale nabił się wprost na trzymaną przeze mnie łopatkę. Kretyn. Kolejny nie był już tak głupi. – Zabiłabym tego drugiego w Miami, ale byłam… nie wiem. Nie myślałam. Powinnam za nim pobiec, ale spanikowałam.

Aiden zatrzymał się i obrócił twarzą do mnie.

– Alex, to, że bez treningu zabiłaś daimona, jest niezwykłe. Było to zarówno odważne, jak i głupie.

– Wielkie dzięki.

– Nie jesteś wyszkolona. Daimon z łatwością mógł pozbawić cię życia. A ten, którego dopadłaś dziś w fabryce? Kolejny odważny, choć głupi akt.

Zmarszczyłam brwi.

– Wydawało mi się, że mówiłeś o czymś wspaniałym i niezwykłym.

– Tak, ale te potwory mogły cię zabić. – Poszedł przed siebie.

Znów musiałam go dogonić.

– Dlaczego miałbyś się przejąć, gdybym zginęła? Dlaczego miałoby to obchodzić Marcusa? Nie znam gościa za bardzo, a jeśli nie pozwoli mi wznowić szkolenia, równie dobrze mogę być martwa.

– Byłoby szkoda. – Przyjrzał mi się. – Masz wielki potencjał.

Zmrużyłam oczy, wpatrując się w jego plecy. Dopadła mnie silna potrzeba, by go popchnąć. Nie rozmawialiśmy więcej. Kiedy wyszliśmy z budynku, wiatr rozwiał mi włosy, wciągnęłam powietrze smakujące solą, a promienie słoneczne rozgrzały moją chłodną skórę.

Aiden poprowadził mnie do głównego budynku szkoły, po czym przemierzyliśmy niewiarygodną liczbę schodów, by dostać się do gabinetu dziekana. Stanęliśmy przed potężnymi podwójnymi drzwiami i przełknęłam ślinę. Spędziłam sporo czasu w tym gabinecie, gdy nad Przymierzem sprawował nadzór jeszcze dziekan Nasso.

Kiedy strażnicy otworzyli przed nami drzwi, przypomniałam sobie ostatnią pogadankę w tym miejscu. Miałam czternaście lat i z nudów przekonałam jednego z czystokrwistych, by korzystając z żywiołu wody, sprowadził powódź na skrzydło naukowe. Oczywiście Hematoi mnie wydał.

Nasso nie był zadowolony.

Gabinet na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Nadal był idealny i doskonale zaprojektowany. Przed wielkim biurkiem z drewna wiśniowego znajdowało się kilka skórzanych foteli. W akwarium za biurkiem tam i z powrotem pływały kolorowe ryby.

Zobaczyłam wuja i zachwiałam się. Minęło tyle czasu, odkąd go widziałam – całe lata. Zapomniałam, jak bardzo był podobny do swojej siostry, czyli do mojej mamy. Mieli takie same oczy – szmaragdowe, których odcień zmieniał się pod wpływem nastroju. Taką barwę tęczówek mieli jedynie mama i wuj.

Choć kiedy po raz ostatni widziałam oczy matki, nie były błyszczące. Poczułam, że jakieś okropne uczucie naciskało na moją klatkę piersiową. Podeszłam do przodu, odpychając je od siebie.

– Alexandrio. – Z zamyślenia wyrwał mnie głęboki, opanowany głos wuja. – Widzimy się po tylu latach… Brak mi słów.

Wuj – użyłam tego określenia bardzo luźno – nie brzmiał jak członek rodziny. Mówił chłodnym, sztucznym tonem. Kiedy popatrzyłam mu w oczy, wiedziałam, że nie będzie dobrze. W jego spojrzeniu nie było niczego zachęcającego – szczęścia czy ulgi na widok całej i zdrowej jedynej siostrzenicy. Jeśli już, wyglądał na znudzonego.

Ktoś odchrząknął, przez co spojrzałam w kąt gabinetu. Nie byliśmy sami. W rogu stał Pan Steryd i jakaś czystokrwista. Kobieta była wysoka, szczupła, miała długie kruczoczarne włosy. Powiedziałabym, że była instruktorką.

Jedynie Hematoi, niemający politycznych aspiracji, nauczali w szkole Przymierza lub stawali się protektorami – była też grupka osób jak Aiden, którzy postępowali tak z superosobistych powodów: na przykład, gdy daimony na oczach dziecka mordowały jego rodziców. Właśnie to go spotkało. Podobno z tego powodu Aiden został protektorem. Zapewne oczekiwał jakiejś zemsty.

Podzielałam to pragnienie.

– Usiądź. – Marcus wskazał mi fotel. – Mamy wiele do omówienia.

Oderwałam wzrok od czystokrwistych i ruszyłam z miejsca. Wraz z ich obecnością zrodziła się nadzieja. Po co mieliby tu przyjść, jeśli nie miało być mowy o braku mojego szkolenia i sposobach nadrobienia zaległości?

Marcus spoczął za biurkiem. Złożył ręce i spojrzał na mnie. Zdenerwowana usiadłam prosto, choć nogi zwisały mi nad podłogą.

– Naprawdę nie wiem od czego zacząć w tym bałaganie… którego narobiła Rachelle.

Nie odpowiedziałam, ponieważ nie byłam pewna, czy dobrze go usłyszałam.

– Po pierwsze, niemal zrujnowała Luciana. I to dwukrotnie – mówił, jakbym miała z tym coś wspólnego. – Skandal, który wywołała, gdy poznała twojego ojca, był wystarczająco zły. Kiedy wyczyściła Lucianowi konto i uciekła z tobą? Cóż, jestem pewien, że nawet ty zdołasz zrozumieć trwałe konsekwencje tak nieodpowiedzialnej decyzji.

Ach, Lucian. Idealny, czystokrwisty mąż mamy – mój ojczym. Mogłam wyobrazić sobie jego odpowiedź. Wiązałaby się ona prawdopodobnie z rzucaniem rzeczami i opłakiwaniem jego słabej umiejętności oceny charakteru. Nie wiedziałam, czy mama kiedykolwiek go kochała, czy kochała mojego ojca śmiertelnika, z którym wdała się w romans, ale miałam świadomość, że ten pierwszy był mocno wkurzony.

Marcus wymieniał sposoby, w jakie jej decyzje zraniły Luciana. Przestałam go słuchać. Pamiętałam, że ojczym pracował na swoje miejsce w radzie Hematoi. Przypominając starogrecki olimpijski panteon, rada liczyła dwunastu członków, a z tego tuzina dwie osoby były prezydentami.

To oni mieli najwięcej władzy. Rządzili życiem zarówno czystokrwistych, jak i tych półkrwi – jak Zeus i Hera Olimpem. Nie trzeba dodawać, że prezydenci mieli przerośnięte ego.

Każda szkoła Przymierza: w Karolinie Północnej, Tennessee, Nowym Jorku, miała radę, działała ona także przy uniwersytecie czystokrwistych w południowej Dakocie. Ośmiu prezydentów sprawowało władzę.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Alexandrio? – zapytał Marcus, marszcząc brwi.

Uniosłam głowę.

– Tak… Mówiłeś, jaki kiepski los spotkał Luciana. Żal mi go. Serio. Choć myślę, że to nic takiego w porównaniu z sytuacją, w której zostajesz pozbawiony życia.

Jego twarz przybrała dziwny wyraz.

– Masz na myśli to, co stało się z twoją matką?

– To znaczy z twoją siostrą? – Zmrużyłam oczy.

Marcus nie spuszczał ze mnie oka, ale jego oblicze przybrało pusty wyraz.

– Rachelle przypieczętowała swój los, opuszczając nasze bezpieczne społeczeństwo. Spotkała ją prawdziwa tragedia, ale nie potrafię wykrzesać z siebie niczego poza zdenerwowaniem. Kiedy zabrała cię z Przymierza, dała jasno do zrozumienia, że nie dbała o reputację Luciana czy twoje bezpieczeństwo. Była egocentryczna, nieodpowiedzialna…

– Dla mnie była wszystkim! – Poderwałam się z miejsca. – Myślała jedynie o mnie! To, co ją spotkało, było przerażające. „Tragedia” jest wtedy, gdy ktoś ginie w wypadku samochodowym!

Nie zmieniła się jego mina.

– Myślała o tobie? Dziwne. Porzuciła zapewniające ochronę Przymierze i naraziła was obie na niebezpieczeństwo.

Ugryzłam się w język.

– No właśnie. – Jego spojrzenie stało się lodowate. – Usiądź, Alexandrio.

Wściekła, zajęłam miejsce i zapanowałam nad sobą, by się nie odezwać.

– Powiedziała ci, dlaczego musiała opuścić wyspę? Podała powód, dla którego postawiła na tak lekkomyślny krok?

Zerknęłam na czystokrwistych. Aiden wycofał się, by stanąć przy nich. Cała trójka z kamiennym wyrazem twarzy obserwowała tę operę mydlaną. Okazali się tacy pomocni.

– Alexandrio, zadałem ci pytanie.

Twarde drewno wbiło mi się w dłonie, gdy chwyciłam mocno za podłokietniki.

– Słyszałam. I nie, nie powiedziała mi.

Na policzku wuja drgnął mięsień, gdy ten wpatrywał się we mnie w milczeniu.

– Szkoda – oznajmił w końcu.

Nie byłam pewna, co mu odpowiedzieć, więc jedynie obserwowałam, jak otwiera teczkę na blacie i rozkłada przed sobą wyciągnięte z niej dokumenty. Przysunęłam się, próbując dostrzec, co w nich było.

Wuj odchrząknął i wziął je do rąk.

– Nie mogę pociągnąć cię do odpowiedzialności za to, co zrobiła Rachelle. Bogowie wiedzą, że poniosła za to spore konsekwencje.

– Wydaje mi się, że Alexandria świadoma jest cierpienia matki – wtrąciła kobieta. – Nie ma potrzeby tego roztrząsać.

Spojrzenie Marcusa stało się wręcz lodowate.

– Tak. Przypuszczam, że masz rację, Laadan. – Wrócił uwagą do dokumentów, które trzymał w eleganckich palcach. – Kiedy zostałem poinformowany, że się w końcu odnalazłaś, poprosiłem o przesłanie raportów z twoich postępów w szkole.

Skrzywiłam się i oparłam w fotelu. Wcale nie miało być miło.

– Wszyscy twoi instruktorzy w kwestii treningów wyrażali się o tobie w samych superlatywach.

Uśmiechnęłam się skromnie.

– Byłam cholernie dobra.

– Jednakowoż – spojrzał w górę, krótko patrząc mi w oczy – jeśli chodzi o twoje zachowanie, jestem… oszołomiony.

Uśmiech natychmiast spełzł z mojej twarzy.

– Niektóre notki tyczą się braku szacunku w stosunku do nauczycieli, innych uczniów – ciągnął. – Ta tutaj, napisana własnoręcznie przez instruktora Banksa, stwierdza, że poziom twojego szacunku do przełożonych jest znikomy i stanowi nieustający problem.

– Instruktor Banks nie ma poczucia humoru.

Marcus uniósł brwi.

– Wyobrażam więc sobie, że nie mają go również instruktorzy Richards i Octavian. Oni też napisali, że zachowywałaś się w sposób niekontrolowany i byłaś niezdyscyplinowana.

Zdusiłam protest. Nie miałam już nic do powiedzenia.

– Zdaje się, że masz problem nie tylko z brakiem szacunku. – Wziął do ręki inną kartkę i uniósł brwi. – Byłaś wielokrotnie karana za wymykanie się ze szkoły Przymierza, bójki, przeszkadzanie na zajęciach, łamanie niezliczonej liczby zasad, ach, i tak, moja ulubiona notka. – Uniósł głowę i uśmiechnął się. – Powtarzające się nagany za lekceważenie godziny powrotu do pokoju i przebywanie w męskim internacie.

Zdenerwowana przesunęłam się na krześle.

– A wszystko to przed ukończeniem czternastego roku życia. – Zacisnął usta. – Musisz być z siebie dumna.

Wytrzeszczyłam oczy, wpatrując się w jego biurko.

– Nie powiedziałabym, że jestem dumna.

– A ma to jakieś znaczenie?

Uniosłam wzrok.

– Chyba… nie?

Sztywny uśmiech powrócił na jego twarz.

– Biorąc pod uwagę twoje wcześniejsze zachowanie, obawiam się, że nie mam możliwości, by pozwolić ci wznowić treningi…

– Co? – pisnęłam. – Więc dlaczego tu jestem?

Marcus włożył kartki do teczki i zamknął ją.

– Nasza wspólnota potrzebuje sług. Rano rozmawiałem z Lucianem. Zaoferował ci miejsce w swoim domu. Powinnaś być zaszczycona.

– Nie! – Ponownie wstałam. Rozgorzały we mnie gniew i paniczny lęk. – Nie ma mowy, byście mnie odurzyli! Nie będę służącą w domu żadnego czystokrwistego!

– W takim razie co zamierzasz? – Ponownie złożył ręce na biurku i spojrzał na mnie ze spokojem. – Wrócisz do życiana ulicy? Nie pozwolę na to. Decyzja została podjęta. Nie wrócisz do Przymierza.

Rozdział 3

Milczałam, zszokowana. Marzenia o zemście zostały unicestwione. Patrzyłam na wuja z nienawiścią niemal tak wielką, jaką pałałam do daimonów.

Odchrząknął Pan Steryd.

– Jeśli mogę coś wtrącić.

Spojrzeliśmy na niego z Marcusem. Zaskoczyło mnie to, że potrafił mówić, ale wuj gestem udzielił mu głosu.

– Zabiła dwa daimony.

– Jestem tego świadomy, Leonie. – Mężczyzna, który miał zniszczyć cały mój świat, zdawał się w ogóle tym nie przejmować.

– Kiedy znaleźliśmy ją w Georgii, walczyła samodzielnie z dwiema kreaturami – ciągnął Leon. – Gdyby szkolono ją prawidłowo, wykazałaby się astronomicznym potencjałem.

Zdziwiona słowami czystokrwistego, usiadłam powoli. Marcus wciąż wyglądał na nieprzekonanego, a wielkie zielone oczy były zimne jak lód.

– Rozumiem, ale nie możemy zapomnieć o zachowaniu sprzed incydentu z matką. To szkoła, nie żłobek. Nie mam czasu ani siły, by jej nieustannie pilnować. Nie mogę pozwolić, by robiła, co chciała na tych korytarzach i wpływała tym samym na innych.

Przewróciłam oczami. Mówił o mnie, jakbym była przebiegłą kryminalistką, która mogła zniszczyć całe Przymierze.

– Więc przydziel jej kogoś – zasugerował Leon. – W lecie przebywają tu przecież instruktorzy, którzy będą mogli jej przypilnować.

– Nie potrzebuję niańki. Przecież nie podpalę całego budynku.

Wszyscy mnie zignorowali.

Marcus westchnął.

– Nawet jeśli oddamy ją w czyjeś ręce, ma mocne tyły w szkoleniu. Nie ma mowy, by dorównała rówieśnikom. Kiedy przyjdzie jesień, dziewczyna będzie boleśnie w tyle.

Tym razem odezwał się Aiden:

– Będziemy mieć całe wakacje na przygotowanie jej. Być może nadrobi materiał do tego stopnia, by chodzić na zajęcia.

– A kto ma czas na takie przedsięwzięcie? – Marcus zmarszczył brwi. – Aidenie, jesteś protektorem, nie instruktorem, Leon też nim nie jest. A Laadan zaraz wraca do Nowego Jorku. Inni mają życie, a przecież nie mogę wymagać od nich, by je porzucili dla jednej półkrwistej.

Wyraz twarzy Aidena pozostał nieczytelny, nie miałam pojęcia, co sprowokowało jego następne słowa.

– Mogę z nią pracować. Nie będzie przeszkadzało mi to w obowiązkach.

– Jesteś jednym z najlepszych protektorów. – Marcus pokręcił głową. – Byłoby to marnotrawstwem twojego talentu…

Spierali się co ze mną zrobić. Próbowałam coś dodać, ale zamilkłam po ostrzegawczych spojrzeniach, jakie posłali mi Aiden i Leon. Marcus obstawał przy swoim, twierdząc, że byłam beznadziejnym przypadkiem, choć chłopcy upierali się, że będą w stanie mnie przygotować. Bolało, że wuj był gotowy zdać mnie na łaskę Luciana. Żywot sługi nie był przyjemny. Wszyscy o tym wiedzieli. Słyszałam okropne plotki na temat tego, jak Hematoi traktowali półkrwistych – a zwłaszcza kobiety.

Laadan wyszła z cienia, kiedy Aiden i Marcus nie osiągnęli kompromisu w mojej sprawie. Przerzuciła długie włosy za ramię.

– A może dobijemy targu, dziekanie? Przecież nie mamy nic do stracenia, skoro Aiden twierdzi, że zdoła ją trenować, nie narażając na szwank swoich obowiązków. Jeśli pod koniec lata nie będzie gotowa, nie pozwolimy jej zostać.

Popatrzyłam z nadzieją na wuja, który wpatrywał się we mnie przez całą wieczność, aż w końcu rzucił:

– Dobrze. – Rozsiadł się w fotelu. – Ale wszystko będzie zależało od ciebie, Aidenie. Rozumiesz? Będziesz odpowiedzialny za naprawdę każdą rzecz, którą zrobi. A możesz mi zaufać, wywinie jakiś numer. Jest taka, jak jej matka.

Protektor nagle spojrzał na mnie z ostrożnością.

– Tak. Rozumiem.

Uśmiechnęłam się szeroko, gdy wyraz przezorności pogłębił się na jego obliczu, ale kiedy wróciłam wzrokiem do Marcusa, pod wpływem jego lodowatego spojrzenia moja wesołość całkowicie zanikła.

– Nie będę tak tolerancyjny, jak poprzedni dziekan, Alexandrio. Nie każ mi żałować tej decyzji.

Skinęłam głową, nie do końca ufając własnym słowom. Istniała spora szansa, że gdybym się odezwała, od razu bym coś zepsuła. Marcus odprawił mnie machnięciem ręki. Wstałam i wyszłam z jego gabinetu. Laadan i Leon pozostali, ale Aiden poszedł za mną.

Obróciłam się do niego.

– Dziękuję.

Wpatrywał się we mnie.

– Nie dziękuj mi jeszcze.

Stłumiłam ziewnięcie i wzruszyłam ramionami.

– Cóż, właśnie to zrobiłam. Uważam, że Marcus naprawdę wysłałby mnie do Luciana, gdyby nie wasza interwencja.

– Zrobiłby to. Ojczym jest twoim opiekunem prawnym.

Wzruszyłam ramionami.

– Pocieszające.

Zauważył moją reakcję.

– Czy to postępowanie Luciana zmusiło was do wyjazdu?

– Nie, ale ojczym… nieszczególnie mnie lubił. Jestem córeczką mamusi, wiesz? A on jest Lucianem. A tak w ogóle, to co u tego fiuta?

Aiden uniósł brwi.

– Ten fiut jest teraz prezydentem rady.

Opadła mi szczęka.

– Co takiego? Żartujesz, prawda?

– Dlaczego miałbym żartować z czegoś takiego? Może więc powstrzymasz się od publicznego wyzywania go od fiutów? Wątpię, by ci się to przysłużyło.

Wiadomość, że Lucian był teraz prezydentem rady sprawiła, że skurczył mi się żołądek, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że miał dla mnie „miejsce” w swoim domu. Pokręciłam głową i odsunęłam od siebie te myśli. Miałam wystarczająco dużo zmartwień, nie musiałam się nim przejmować.

– Powinnaś odpocząć. Trening zaczniemy już jutro… jeśli czujesz się na siłach.

– Jestem gotowa.

Aiden omiótł wzrokiem moją posiniaczoną twarz i spojrzał niżej, jakby był w stanie dostrzec wszystkie rany, których się dorobiłam, odkąd opuściłam Miami.

– Na pewno?

Przytaknęłam i spojrzałam na kosmyk, który ciągle odsuwał z czoła.

– Od czego zaczniemy? Odeszłam, zanim zaczęłam zajęcia z techniki ofensywnej czy treningu silat[2].

Pokręcił głową.

– Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale nie zaczniesz od tego stylu.

Niefajnie. Podobały mi się sztylety i wszystko, co miało ostrze, naprawdę więc chciałam wiedzieć jak skutecznie je wykorzystywać. Odeszłam w stronę internatu, ale zatrzymał mnie głos chłopaka.

– Alex. Nie… zawiedź mnie. Wszystko, co zrobisz, będzie miało na mnie wpływ. Rozumiesz?

– Tak. Nie martw się. Nie jestem taka zła, jaką przedstawił mnie Marcus.

Wyglądał, jakby powątpiewał.

– Przebywanie w męskim internacie?

Zarumieniłam się.

– Odwiedzałam przyjaciół, nie spałam z żadnym. Miałam tylko czternaście lat. Nie jestem puszczalska.

– Dobrze wiedzieć. – Odszedł.

Westchnąwszy, udałam się do swojego pokoju. Byłam zmęczona, ale i podekscytowana z powodu otrzymania drugiej szansy. Bardzo długo wgapiałam się w łóżko, po czym wyszłam z pokoju i przemierzyłam puste korytarze dziewczęcego internatu. Hematoi i półkrwiści dzielili pomieszczenia mieszkalne tylko w szkole Przymierza. W każdym innym miejscu byliśmy rozdzielani.

Próbowałam przypomnieć sobie jak tutaj było. Rygorystyczne harmonogramy treningów, niedorzeczne wykłady, podczas których nauczano śmiertelnie nudnych rzeczy, i wszystkie te gry towarzyskie, w które grali zarówno czystokrwiści, jak i my. Nie ma to jak gromada zarozumiałych nastolatków, którzy albo skopią ci mocno tyłek, albo podpalą samą myślą. Zmieniało to układ sił w walkach i sojuszach. W wyniku końcowym zawsze lepiej było mieć podpalacza po swojejstronie.

Wszyscy mieli role do odegrania. Według standardów osób półkrwi, byłam uważana za fajną, ale nie miałam pojęcia, gdzie się znajdę, gdy nadejdzie jesień.

Przemierzyłam cały internat, wyszłam na zewnątrz i udałam się do mniejszego budynku znajdującego się w pobliżu mokradeł. Jednokondygnacyjna kwadratowa budowla z kolorowym dziedzińcem mieściła stołówkę i pokoje rekreacyjne.