Droga Szamana. Etap 6: Nowy początek - Wasilij Machanienko - ebook + audiobook

Droga Szamana. Etap 6: Nowy początek ebook i audiobook

Wasilij Machanienko

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Zapraszamy do wirtualnego świata Barliony! Tak doskonałego, że nie dałoby się go odróżnić od rzeczywistości, gdyby nie to, że jest istną krainą marzeń: czeka tu na ciebie nie tylko zatrzęsienie niesamowitych przygód, ale także szansa bardzo przyzwoitego zarobku.

Zajmij więc miejsce w podtrzymującej życie kapsule, pozwól, by kontrolę nad funkcjami życiowymi twojego ciała przejął system, i zanurz się w fantastycznym świecie o wiele lepszym niż ten, od którego robisz sobie przerwę. Poczujesz prawdziwą wolność… pod warunkiem że nie odsiadujesz tu kary. Bo więźniowie zesłani do Barliony mają gorzej niż dobrowolni gracze. I to o wiele gorzej.

Dmitrij Machan, owiany legendą Szaman ze świata Barliony, odsiedział już swój wyrok w wirtualnej rzeczywistości. Przeżył jedenaście miesięcy niesamowitych przygód i potyczek – to chyba lepiej niż osiem lat ciężkiego więzienia?

Tymczasem Barliona nie chce łatwo wypuścić Szamana i ma na to sposób: granica między dwiema rzeczywistościami, w których przebywa Machan, zaciera się… Wygląda na to, że wyjście z kapsuły nie jest takie proste – zanim to nastąpi, trzeba ukończyć Drogę.

***

Wejdź do niezwykłego, pasjonującego, hybrydowego świata literatury LitRPG, łączącego to, co najlepsze w książkach i grach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 27 min

Lektor: Wojciech Masiak
Oceny
4,8 (546 ocen)
450
78
17
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
anreff

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonałe zakończenie - bardzo dobry pomysł wybrnięcia z bardzo trudnej sytuacji i wytłumaczenia motywów postępowania postaci, które w poprzednim tomie zasłużyły na potępienie. Mam nadzieję, że kiedyś autor powróci jeszcze do świata Barliony.
10
Azrala

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna świetna część świetnej serii. super się czyta. wciąga od samego początku. każdy kolejny tom kończy się większą petardą niż poprzedni
10
Kashello

Nie oderwiesz się od lektury

Petarda
00
Wierzbik

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
Salawana

Nie oderwiesz się od lektury

i znów finał bombaaaaa 😆😆
00

Popularność




Tytuł oryginału Путь Шамана. Шаг 6: Все только начинается

Copyright © W. Machanienko 2016–2021

This book is published in collaboration with Magic Dome Books

Przekład z języka rosyjskiegoGabriela Sitkiewicz

Redaktor prowadzący książki i seriiDominika Rychel

Redakcja i korekta Justyna Charęza, Małgorzata Kłosowicz

OkładkaPiotr Sokołowski

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2021Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN pełnej wersji 978-83-66873-38-4

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

ROZDZIAŁ 1

WYJŚCIE NA WOLNOŚĆ

– Wyłaź! – rozległ się ochrypły męski głos, jakby jego właściciel cierpiał na przewlekłą anginę i próbował wyleczyć ją lodami. – Długo jeszcze będziesz tam leżeć?

Chociaż wieko mojego kokonu już dawno odsunęło się na bok, nie mogłem zebrać sił, by wstać i wrócić do prawdziwego świata. Tuż nad moją głową jarzyła się świetlówka, standardowe wyposażenie każdego biura, a w tym przypadku – ośrodka, w którym wypuszczano z kapsuł byłych więźniów. Ja jednak, gdy się w nią wpatrywałem, widziałem nieskończoność. Miałem taki mętlik w głowie, że uchwyciłem się jedynej słusznej myśli jak tonący brzytwy i trzymałem się jej kurczowo. Jestem wolny! Ja, Dmitrij Machan, który ściągnął na siebie gniew całego miasta, odzyskałem wolność! Udało mi się zamienić osiem lat więzienia na jedenaście miesięcy gry!

Tyle że ta świadomość nie dawała mi ukojenia.

W głowie kołatały okropne słowa: „Nie jesteś nam już potrzebny!”, rzucone przez Anastariję. Starałem się od nich uwolnić, lecz wydarzenia ostatnich trzydziestu minut mojego pobytu w Barlionie usilnie wdzierały się na pierwszy plan świadomości.

– Żyjesz tam w ogóle? – W głosie, który słyszałem, brzmiały nuty zaniepokojenia. Nagle zawisła nade mną brodata twarz; prawe oko mężczyzny zakrywała opaska, częściowo chowająca bliznę zaczynającą się na czole i schodzącą w formie błyskawicy w kierunku żuchwy. – Wygląda, że żyjesz, więc co tak leżysz? Zwykle więźniowie wyskakują jak z procy i całują podłogę, a ty leżysz plackiem. Coś nie tak?

– Analiza funkcji życiowych pacjenta zakończona. – Sekundę później usłyszałem metaliczny kobiecy głos. – Organizm funkcjonuje bez większych zastrzeżeń, nie stwierdzono odchyleń, stan fizyczny: osiemdziesiąt osiem procent normy.

– Słuchaj, nie mam czasu się tobą zajmować! Muszę dzisiaj wypuścić jeszcze dziewięciu więźniów, więc rusz się. Twoje wyjście było nieplanowane, dlatego przyjdą po ciebie mniej więcej za pół godziny. Na razie usiądź w poczekalni… Słyszysz mnie czy nie?! Odezwij się!

– Słyszę, słyszę – mruknąłem, w końcu oczyściwszy umysł.

Nie chciałem wyżywać się na tym człowieku – wyglądał, jakby życie już wystarczająco go ukarało – zaczekałem więc, aż zwolni się blokada ostatnich krępujących mnie zabezpieczeń, usiadłem i wziąłem głęboki oddech. Natychmiast zakręciło mi się w głowie, przed oczami zatańczyły gwiazdy, ale nadal siedziałem – wystarczy już pozwalania sobie na słabość, czas dorosnąć.

– Prysznic jest na wprost po lewej – dodał mężczyzna, odsuwając się od kokonu – znajdziesz tam ubrania. A w ogóle to nie jestem twoją niańką; sam zorientujesz się co i jak. I przy okazji: gratuluję osiągnięcia! Zwolnienie przed terminem jest jak zdobycie kolejnego poziomu w grze. Może nawet dwóch…

Z tymi słowy technik odwrócił się i zajął swoimi sprawami, więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko zsunąć nogi na podłogę i zrobić pierwszy krok w kierunku wskazanych drzwi. Niestety na krok drugi, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zabrakło mi sił…

Nie potrafiłem wyjaśnić, co działo się z moim ciałem, ale gdy tylko zrobiłem drugi krok, nogi ugięły się pode mną, przeszył mnie straszliwy ból skręcający mięśnie, a setka małych fajerwerków eksplodowała w głowie, wywołując ciekawe i dziwne myśli: „Zdobyłeś osiągnięcie za wyjście z kapsuły!”, „Otrzymujesz dwa poziomy!”. Świetnie! Tylko gdzie moja fala przyjemności?

W ciągu jedenastu miesięcy gry tak przyzwyczaiłem się do fal przyjemności płynących z nowych osiągnięć i ulepszeń statystyk, że całkowicie przestałem zwracać na nie uwagę. Dopiero szczególnie ważne przypadki, zwiększające o kilka punktów Jubilerstwo, wciąż zmuszały mnie do padania na kolana z uczuciem słodkiej rozkoszy, a ręce podświadomie przygotowywały się do stworzenia kolejnego arcydzieła. Więźniowi takiemu jak ja dopiero podobna dawka narkotyku dawała kopa.

Z głuchym jękiem upadłem na podłogę. Nie czułem własnego ciała – chęć zdobycia kolejnego poziomu wszystko przyćmiewała.

– Co, ciulowe uczucie? – Drwiący głos technika przedarł się przez moją zamgloną świadomość. – To nic, wytrzymaj, za chwilę powinno przejść. Wszystkim przechodzi…

Mięśnie miałem tak obolałe, że pozostawało tylko jęczeć i skomleć – pragnienie otrzymania „działki” było niewyobrażalne. W pewnym momencie zrozumiałem, że stary technik jest powodem, dla którego czuję się tak źle! To on nie dał mi kolejnej dawki, to on wyciągnął mnie z kapsuły, to on…

– O! Naprawdę cię wzięło! – rozległ się zdziwiony głos, gdy zacząłem groźnie pomrukiwać i czołgać się w stronę technika, żeby odgryźć mu nogę. – Dobrze, możesz dostać jeszcze odrobinę przyjemności. Ciesz się, póki możesz.

Poczułem krótkie ukłucie bólu w okolicy ramienia, po czym ciepła, przytłaczająco przyjemna fala rozkoszy rozlała się po całym moim ciele. Mięśnie się rozluźniły, kości przestały tańczyć jiga, świadomość znów zaczęła dostrzegać rzeczywistość. Przewróciłem się na plecy, zupełnie nieświadomy, że leżę nago na zimnej podłodze. Mój wzrok zatrzymał się na białym suficie ze wspomnianymi świetlówkami, po których spacerowały okazałe jednorożce, zbierające bukiety kwiatów. To dziwne, nie pamiętam, żeby Iszni miała ręce; ten jednorożec wygląda bardziej jak centaur, tylko z rogiem…

– Przecież siedziałeś tylko rok. Jakim cudem tak się uzależniłeś? – Zasłaniając centaura, który zaczął śpiewać piosenki, po raz drugi zawisła nade mną twarz jednookiego technika.

– Poziom postrzegania rzeczywistości wynosi trzydzieści pięć procent, pacjent jest w czarnej strefie uzależnienia, zalecany czas adaptacji wynosi dwa miesiące i piętnaście dni. – Podsumowała mój stan sztuczna inteligencja. Przyładowałbym w nią Duchem…

– Czarna strefa? – Jedyne oko technika rozlało się po całej twarzy, ukazując mi strasznego cyklopa. I po czymś takim spróbuj uwierzyć NPC-om! Mówili, że wszyscy cyklopi zostali zgładzeni, a jeden właśnie wisi nade mną. – Wiesz, stary, jestem nawet ciekaw, co ci się przydarzyło.

Cyklop się cofnął, odsłoniwszy radosnego centaura. Ten nadal zbierał kwiaty i śpiewał piosenki, gdy nagle przestraszony podniósł głowę, podwinął ogon i po chwili upadł na ziemię. Po niebie płynął Pan – czarny Smok.

Majestatycznie rozdzierając powietrze ogromnymi skrzydłami, Smok hipnotyzował i urzekał mocą i pięknem. Całe jego ciało przepełniała siła; on był prawdziwym panem tego świata i nikt ani nic nie mogło go zdetronizować. Nawet Syreny.

Syreny…

Anastarija…

Barliona…

Ja, Dmitrij Machan, były więzień…

Smok po raz ostatni zatrzepotał skrzydłami i zniknął, przywracając biel sufitowi.

– Poziom postrzegania rzeczywistości wynosi osiemdziesiąt pięć procent, pacjent wszedł w żółtą strefę uzależnienia, zalecany okres adaptacji wynosi piętnaście dni. – Natychmiast zareagowała aparatura.

– Ekhem – zakaszlał technik. – Przepraszam: że co? Co tu się właściwie dzieje? Strefa czarna, strefa żółta… Słuchaj, lekarze przyjdą za dziesięć minut, niech oni się tobą zajmą. Prysznic jest na wprost, znajdziesz tam też ubrania. Nie zawracaj mi głowy…

Usiadłem gwałtownie, nie czując absolutnie żadnego dyskomfortu – ani zawrotów głowy, ani słabości; żadnego pragnienia otrzymania jeszcze jednej dawki. W tej chwili cała moja świadomość przepełniona była tylko jednym – nienawiścią. Nigdy nie sądziłem, że mogę doświadczyć tego strasznego uczucia, ale właśnie teraz stało się ono siłą napędową mojego ciała złamanego nieustannym odczuwaniem przyjemności. Nienawiść, która mnie ogarnęła, była tak silna, że gdyby Nastja napatoczyła mi się teraz, nie zawahałbym się… Ale nie – nie chcę po raz drugi trafić do kopalni. Muszę działać bardziej rozważnie. Muszę… Muszę się zemścić, najważniejsze: wymyślić, jak to zrobić. To tym się zajmę zaraz po zakończeniu adaptacji.

– Poziom postrzegania rzeczywistości wynosi sto procent, pacjent wszedł do zielonej strefy uzależnienia, zalecany czas adaptacji wynosi trzy dni…

– To niemożliwe! – wykrzyknęła lekarka, zapoznawszy się z moimi wynikami. Delikatnie trzymając tablet w szczupłych palcach z długimi paznokciami pomalowanymi w misterne wzorki, kobieta nieustannie podnosiła na mnie zdziwione oczy, jakby wciąż się upewniała, że na pewno istnieję. Biały fartuch nie maskował atrakcyjnych kształtów stałej bywalczyni wirtualnych kapsuł albo siłowni. Obstawiałem to pierwsze. W dzisiejszych czasach siłownie wyszły z mody. – Dmitriju, jak pan się czuje?

– O ile dobrze rozumiem, system już za mnie odpowiedział. – Wzruszyłem tylko ramionami, starając się nie wdawać w niepotrzebną polemikę.

Nie chciałem wyjaśniać, z jakich powodów udało mi się „wrócić” do rzeczywistości – ta sprawa dotyczyła tylko mnie i klanu Feniksa. Kiedy doprowadzałem się do porządku, w mojej głowie sformułowała się ostateczna i nieodwołalna myśl: zemszczę się. Teraz nie ma znaczenia, jak to zrobię, będę działał na gorąco, ale jedno jest pewne – czyn Feniksa i moich tak zwanych przyjaciół nie może pozostać bezkarny. W przeciwnym razie przestanę uważać się za człowieka…

– Odpowiedział, ale… – zająknęła się lekarka, z zakłopotaniem spoglądając na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. – Nie da się samodzielnie opuścić czarnej strefy uzależnienia! To mi się nigdy wcześniej nie zdarzyło w ciągu dwunastu lat praktyki!

– Ktoś zawsze musi być pierwszy – zauważyłem filozoficznie, po czym zmieniłem temat: – Pani doktor, czy odrosną mi włosy? Czy może przez resztę życia będę łysy?

– Może pan mi mówić po prostu Swietłana… – westchnęła dziewczyna, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że niczego się ode mnie nie dowie. – Odrosną, proszę się nie martwić. W kapsule znajdował się specjalny roztwór, który blokował ich porost, więc… Dmitriju, chciałabym wykonać jeszcze jeden mały test, zanim udamy się do kliniki rehabilitacyjnej. Potrzebuję zgody na zbadanie bioelektrycznej czynności pana mózgu w stanie czuwania. Nie ma pan nic przeciwko?

– Skądże. Nie mam nic do ukrycia – odpowiedziałem dobrodusznie.

O ile na początku rozmowy mimowolnie skojarzyłem Swietłanę z Nastją, próbując znaleźć haczyk w każdym słowie kobiety, to teraz wydawało mi się, że znam ją od dawna, i nie chciałem jej denerwować odmową. Poza tym jest lekarką – a kto odmawia lekarzowi? Tylko bardzo chorzy ludzie…

Jak mi powiedziano, dwieście kilometrów dzielących budynek, w którym trzymano przestępców, od ośrodka rehabilitacyjnego przejedziemy w zaledwie godzinę. Według lekarza istniało siedem kolorowych stref oznaczających poziom uzależnienia od przyjemności – od najwyższego, oznaczonego kolorem czarnym, do najniższego – zielonego. Co więcej, im niższy poziom, tym dalej znajdowało się odpowiednie centrum rehabilitacji. Lekarka nawet nie zaczynała rozmów o sensie życia i moim miejscu w tym śmiertelnym świecie, więc wpatrywałem się w przemykające za oknem drzewa i obmyślałem plan zemsty.

Zatem!

Pierwszą rzeczą, którą koniecznie trzeba będzie zrobić, jest odzyskanie mojego Szamana. Niech go wyciągną z serwerów więziennych i wrzucą do publicznych. Nie miałem ochoty rozpoczynać gry od zera, kiedy miałem do dyspozycji takiego mocarza.

Po drugie, gdy tylko wejdę do gry, muszę polecieć do Anchursu i zażądać audiencji u Imperatora lub Najwyższej Żerczyni – nie wiem, kto odpowiada za małżeństwa. Zażądam rozwodu z Anastariją i zwrotu całego mojego majątku – wszystko, co Anastarija wyciągnęła z mojego worka, należy do mnie. Muszę skonsultować to z prawnikiem Barliony: czy rzeczy wyjęte z otwartego worka są łupem? Jeśli nie – pociągnę Anastariję do odpowiedzialności, jeśli tak… Lepiej o tym nie myśleć, utrata Szachów będzie bardzo bolesna.

Po trzecie muszę załatwić sprawę klanu. Mnie już nie jest potrzebny, najwyraźniej sobie z nim nie radzę. Odpowiedzialność za organizację zajmującą się graniem, nawet jeśli składa się z dziesięciu osób, nakłada pewne obowiązki, których absolutnie nie potrzebuję. Wrócę do gry, pożegnam się z wszystkimi, którzy zostali, i oficjalnie zamknę klan… Chociaż nie – po prostu zostanę jego jedynym członkiem. Utrata hologramu też nie byłaby dobra.

Po czwarte moje dwa najważniejsze aktywa to Altameda i kalmarodelfin gigantyczny. Ta dwójka z pewnością pociągnie mnie na finansowe dno. Biorąc pod uwagę, że Leyte – który ćwiczył i zarabiał na moim budżecie – nie był już w klanie, rozwiązanie kwestii pieniędzy należało do mnie. Albo musiałbym zrobić coś, czego naprawdę bym nie chciał – sprzedać Altamedę innemu klanowi. Na razie nie widzę innego wyjścia.

Swoją drogą – ile zostało mi pieniędzy? W momencie, w którym potwierdzałem wyjście z gry, przed oczami mignęła mi kwota stu czterdziestu milionów Złotych Monet. Półtora roku temu nie mogłem nawet pomarzyć o takiej sumie, ale teraz… Sto wydałem na wyjście, część pójdzie na pensje dla pozostałych graczy, dopóki ich nie wyrzucę, w każdym razie powinno mi zostać około trzydziestu. Na to liczę. Trzydzieści milionów… Może lepiej je wyciągnąć, kupić sobie wypasiony dom i żyć bez Barliony? Zrobię jakieś szkolenie, znajdę pracę i będę żył spokojnie bez tych wszystkich Anastarij, Echkilerów, Feniksów. Dlaczego nie miałbym wysłać ich wszystkich do diabła?

Fakt, że zubożała ropucha i chomik do końca moich dni nie dadzą mi spokoju. Gdybym mógł załatwić to z każdym z nich z osobna, to jeszcze bym sobie poradził, ale z dwojgiem naraz nie wygram. Chcę tego, co moje, i chcę ukarać tych, którzy mi to odebrali. A przy tym zniszczyć klan Feniksa. To rodzi dwa kolejne pytania:

Po pierwsze – jak w ogóle zniszczyć klan działający w grze?

Po drugie – jak w prawdziwym życiu uchronić się przed gniewem Anastarij i Helfajerów? Coś mi mówi, że nie najlepiej przyjmą moje próby zaszkodzenia ich klanowi i jeśli nie dojdą ze mną do porozumienia w grze, to znajdą mnie w realu. A w grze będzie im bardzo trudno się ze mną dogadać.

Może złożyć zawiadomienie do organów ścigania? Tylko co w nim napisać: „Mam zamiar zniszczyć wiodący klan Malabaru, dlatego boję się o swoje życie”? Z siedemdziesięciopięcioprocentowym prawdopodobieństwem zostanę wysłany na przymusowe leczenie psychiatryczne jako człowiek walczący z wiatrakami. Więc to nawet nie jest opcja. Trzeba będzie wszystko dokładnie przemyśleć, dlatego wracam do pierwszego pytania: jak zaszkodzić klanowi w grze?

Wysłać ich wszystkich na odrodzenie? Cóż… Bardzo surowa kara, biorąc pod uwagę różnicę naszych poziomów. Może wydać pieniądze na najemników, którzy celowo będą polować i zabijać liderów Feniksa…? Trudno wymyślić większą bzdurę. Ta możliwość od razu odpada, choć w razie potrzeby można z niej skorzystać.

Myślę, że jedyne, w co można uderzyć, są finanse. Trzeba coś zrobić z pieniędzmi Feniksa, żeby stopniały, a wtedy… Ale jak tego dokonać? Złoto jest uznawane za niezbywalną własność, włamywanie się na konta Feniksa to bezpośrednia droga do kopalni, a chcąc ukraść ich przedmioty legendarne, potrzebni są ludzie, którzy się tym zajmą. Zatem jedyny sposób, żeby faktycznie im zaszkodzić, jest nierealny – przecież nie będę szturmować ich zamków…

– Dmitriju, co się stało? – zapytała zaniepokojona lekarka, gdy podskoczyłem na swoim miejscu, prawie uderzając głową w sufit samochodu. Kobieta przystawiła mi do oczu analizator, który potwierdził, że mój poziom postrzegania rzeczywistości wciąż wynosi sto procent i jestem w zielonej strefie uzależnienia.

– Wszystko w porządku, zamyśliłem się – zapewniłem ją i znów odwróciłem się do okna. Nie muszę szturmować ich zamku! Przecież mam Altamedę!

W tej chwili wiedziałem, że cały morski majątek Anastariji stanowi jeden statek wart dziesięć milionów Złotych Monet. Biorąc pod uwagę łatwość, z jaką dziewczyna rozstała się z podobną sumą, głupie byłoby aktywowanie kalmarodelfina i płacenie za niego podatków; to mi się zwyczajnie nie opłaca. Zanim gracze na południu kontynentu zyskają pozytywną reputację wśród piratów, zanim zaczną kupować statki, upłynie sporo czasu. Nie ma też pewności, że nie znajdą się wśród nich przedstawiciele Feniksa. Więc morski plan zemsty odpada, ale… Mam Altamedę!

Przewagą mojego zamku jest fakt, że może przemieszczać się z jednego miejsca na drugie. Raz na trzy miesiące ta procedura jest bezpłatna – w innym wypadku kosztuje około dziesięciu milionów Złotych Monet. Jeśli zgromadzę grupę graczy, którzy stłumią opór ocalałych mieszkańców zamku Feniksa – po tym, jak Altameda na niego spadnie – wyślę łowców łupów, którzy rozbiorą zamek wroga na kawałki, tak jak zrobiliśmy to z Glarnisem… O ile wiem, Feniks posiada około siedmiu zamków, z których najbardziej rozwinięty ma poziom dwudziesty dziewiąty, a najsłabszy – osiemnasty. Aby zamek mógł osiągnąć taki poziom, trzeba zainwestować niemałe pieniądze, jeśli więc uda mi się obniżyć wartość ich nieruchomości do poziomu pierwszego… Taki sposób na zemstę wydaje się bardziej interesujący niż polowanie na każdego gracza z klanu z osobna.

Teraz jeszcze bardziej chcę odzyskać Szamana, ponieważ Anastarija beztrosko udostępniła mi swoją mapę, na której zaznaczony jest dobytek Feniksa. Mój Szaman zna dokładne współrzędne każdego zamku, co sprawia, że zemsta staje się bardziej realna. Pozostaje zająć się problemem braku ludzi.

I zamkiem…

Zgodnie z żądaniem Imperatora właściciel ma obowiązek spędzić w zamku trzy miesiące. Uczciwie wypełniałem ten warunek przez cały miesiąc, dopóki nie wyszedłem z gry, więc miałem kolejne pytanie do prawnika Barliony: jeśli stracę zamek, czy to będzie zgodne z prawem, biorąc pod uwagę przymusową rehabilitację? Logiczne byłoby, że bez względu na wszystko Altameda powinna pozostać moja, ale ta kwestia wymagała wyjaśnień. Nie mogę sobie pozwolić na żaden błąd.

Dalej – trzeba pozbawić graczy Feniksa ich zadań. Brak scenariuszy to brak łupów, a przecież pensje nadal trzeba płacić. Szkoda, że tego nie da się zrobić w pojedynkę – korporacja zdecydowanie potrzebuje czołowego klanu, na którym mogłaby polegać. Będę musiał współpracować z Etamsylatem lub Bezpalcym. Jestem pewien, że poprawa sytuacji finansowej klanu jest na ich liście priorytetów.

Co jeszcze mogę zrobić w grze? Nie da się na zawsze usunąć czyjejś postaci czy jakoś trwale jej zaszkodzić… Chwilunia! Artefaktor Klątw! Jest szansa, że przeklęty zestaw szachowy jest pomysłem korporacji i zostałem zmuszony do zrobienia go bez możliwości powtórzenia tego wyczynu – chociaż zawsze warto próbować. Jeśli uda mi się powiązać awatara z jakimś niewygodnym przedmiotem, który ma określone, bardzo nieprzyjemne właściwości, to będzie kolejny gwóźdź do trumny Feniksa.

Konsekwencją poprzedniego punktu jest konieczność spotkania z Kriosem i uzyskanie informacji, gdzie i jak zdobył kryształ Rogzara. Pamiętając o cechach tego przedmiotu – prędkość przemieszczania się spada o 75%; −50% wartości wszystkich parametrów; szybkość regeneracji Życia, Many i Energii −90%; wartość otrzymywanego Doświadczenia −90%; nie można sprzedać, wymienić, wyrzucić, ukraść ani zniszczyć – taki łup sam się prosi, żeby trafić do prywatnego worka Anastariji, Barsine, Leyte’a i pozostałych przedstawicieli chwalebnego klanu ognistego ptaka. Muszę uderzyć w nich wszelkimi dostępnymi środkami…

– Jesteśmy.

Głos lekarki wyrwał mnie ze słodkich rozmyślań o zemście i przywrócił do rzeczywistości. Nakreśliłem główne punkty, pozostaje kwestia ich weryfikacji, rozwinięcia, odrzucenia tych, które są nierealne, i wymyślenia w ich miejsce nowych. Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

Trudno nazwać placówkę, do której trafiłem, ośrodkiem rehabilitacyjnym. Oczyma duszy widziałem monumentalny gmach za drutem kolczastym, bo są w niej więźniowie, i z kratami na wszystkich oknach, żeby zapobiegać przeskakiwaniu adaptujących się pacjentów przez ogrodzenie – rzeczywistość uderzająco różniła się jednak od moich wyobrażeń. Zadbany las iglasty wyczyszczony do stanu idealnego, starannie przystrzyżony trawnik, małe domki, ludzie w białych strojach siedzący lub leżący na trawie, przyjemny świergot ptaków… Miałem przed oczami obraz idealnego świata. Do pełni szczęścia brakowało robotów, które latałyby pomiędzy pacjentami, dostarczały jedzenie i zaspokajały wszelkie potrzeby ciała, tak aby nie trzeba było się nadwerężać. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że kilka osób gra w tenisa na kortach za domkami, niektórzy pływają w basenie, inni zaś pracują w niewielkich warsztatach stolarskich i ceramicznych. W jednym z odległych domów dostrzegłem kowala, zaciekle tłukącego kawałek żelaza, ale nie dochodziły do mnie żadne dźwięki – pole siłowe wokół domu zapobiegło rozprzestrzenianiu się hałasu po lesie. Analogiczne pole znajdowało się nad boiskami sportowymi, zapewniając pełen spokój wypoczywającym na trawie.

– Zostanie pan tutaj przez następne pięć dni – powiedziała uśmiechnięta Swieta. – Proszę za mną, trzeba pana zameldować, wydać chip kontrolny i ustalić, gdzie pan będzie spać. Zostanie pan również zaznajomiony z listą rekomendowanych zabiegów profilaktycznych, zaleconych panu przez programy analityczne, ale daruję panu te nudne informacje. Proszę się relaksować, regenerować i robić wszystko, by stać się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa…

Pod koniec drugiego dnia w ośrodku odwykowym wyłem z nudów. Nie przypominam sobie, żebym w ciągu ostatniego roku przez kilka godzin z rzędu nic nie robił – nie licząc snu. Zawsze znajdowałem sobie jakieś zajęcia – Podziemia, levelowanie Jubilerstwa, wykonywanie zadań. Czas mijał błyskawicznie, jakby ktoś przewijał go z kilkakrotnym przyśpieszeniem. A tutaj…

Leniuchowałem na trawie, spałem, korzystałem z zabiegów, znowu leżałem na trawie, znowu spałem i znowu leżałem na trawie, kilka razy próbowałem zająć się sportem, ale ani tenis, ani piłka nożna nigdy nie były moimi ulubionymi aktywnościami, więc nie sprawiały mi żadnej przyjemności. Drzemka i jeszcze trochę leżenia na trawie, kolejne zabiegi i znowu trawa… Krzywiłem się na samą myśl, że będę wykonywał te same czynności jeszcze przez trzy dni – potrzebowałem działania…

– Zajęte! – rzucił kowal, nawet nie odwracając się w moją stronę. – Jest tu tylko jedna kuźnia, a ja nigdzie się stąd nie ruszam. Jak masz problem, idź do administracji!

– Nie potrzebuję kowadła – odparłem, marszcząc czoło z gorąca.

Po rozmowie z lekarzem i wyjaśnieniu mu swojego problemu otrzymałem dobrą radę – spróbować stworzyć coś w realu, tak jak robiłem to w Barlionie. Rano poszedłem więc do kuźni, ponieważ to tam znajdowały się wszystkie potrzebne materiały, trafiłem jednak na kowala, który zaczął bronić swojego terytorium.

– To zjeżdżaj stąd! Kręcą się tu różni…

Odnalazłem na półce zestaw narzędzi jubilerskich, będący pełnym odpowiednikiem tego, z którego miałem okazję korzystać w Barlionie, nie licząc jego wagi, i wyskoczyłem z kuźni na świeże leśne powietrze – pole siłowe zatrzymywało nie tylko dźwięki, ale także ciepło. Najwyraźniej kowal był skończonym masochistą, który postanowił odegrać się na kawałku żelaza za wszystkie lata spędzone w Barlionie. Wątpię, żeby ktoś, kto spędził w kopalni mniej niż rok, wymagał takiej rehabilitacji.

Usiadłszy pod pierwszym napotkanym świerkiem, otworzyłem zestaw jubilerski i poczułem ostre ukłucie nostalgii – choć przecież ostatnio pracowałem zaledwie kilka dni temu (stworzyłem Szachy), to tak naprawdę bardzo dawno nie trzymałem narzędzi w ręku. Nawet nie pamiętam kiedy…

Ręce, które nigdy przedtem nie dzierżyły rygli, tygli i temu podobnych -gli, chwyciły zwój miedzianego drutu i kilkoma sprawnymi, wyćwiczonymi ruchami, nie używając nawet rygla jubilerskiego, wykonały pierwszy pierścień. Przyjrzałem się krytycznie wynikowi mojej pracy, pokręciłem głową i odłożyłem pierścionek na bok – wyszła z tego jakaś tandeta bez żadnych parametrów. Prawdopodobnie powinienem pracować w trybie konstruowania…

Znajoma ciemność spowijała mnie ze wszystkich stron, a drut, który trzymałem w dłoniach, pojawił się tuż przed oczami. Aha! Tworzenie zwykłego pierścienia jest nudne, spróbuję go zapleść i inkrustować tym kamieniem – obok pierścienia zobaczyłem obraz przezroczystego kamienia, który również był w zestawie narzędzi. Jeśli po tym pierścień nie będzie miał parametrów, to nie wiem, będę musiał pójść do zwierzchnika Mistrzów i zapytać, co robię źle. Najpierw jednak wykonam ładny splot. Czy może na darmo się go tyle uczyłem?

– Pacjent wszedł do czarnej strefy uzależnienia! – Gdy tylko skończyłem pierścień, upewniając się, że efekt w pełni mnie satysfakcjonuje, przez mrok konstruktora przedostało się powtarzane w kółko: – Pacjent wszedł do czarnej strefy uzależnienia! Pacjent wszedł do czarnej strefy uzależnienia!

Hałas był tak nieznośny, że otworzyłem oczy, jak zwykle skrzywiłem się, oślepiony światłem wydobywającym się z moich rąk – skoro udało mi się stworzyć arcydzieło, to teraz powinny posypać się powiadomienia o zdobyciu kolejnego poziomu – i zobaczyłem grupę szacownych postaci, zamarłych kilka kroków ode mnie. Przede mną stali: znany mi już wcześniej krasnolud, który przegonił mnie ze swojej kuźni; dwa trolle grające w darta, dla których byłem tarczą; wielki ork w zamyśleniu drapiący się po głowie i mały gnom wciskający jakieś guziki na swojej ręce. Zwykłe zbiorowisko gapiów, którzy zebrali się, żeby obejrzeć stworzone przeze mnie dzieło.

– Szargak Larange! – powiedział gnom, zwracając się najwyraźniej do mnie.

Kręcąc głową, próbowałem pokazać, że nie znam tego języka; chciałem wyjaśnić po malabarsku, kartosku i w innych znanych mi językach, że nie rozumiem drugiej strony, gdy nagle wśród drzew ujrzałem ją, Syrenę. Dwumetrowa bestia nawet nie próbowała się ukryć, kierując swój trójząb prosto we mnie, szczerząc się obrzydliwie i rozkoszując swoją bezkarnością – grupka gapiów nie jest dla niej przeszkodą, tylko prawdziwy Smok był w stanie pokonać Anastariję.

Eee… Jaką Anastariję?

Kolejna fala emocji przetoczyła się przez moje ciało, wywołując gęsią skórkę – tę samą Anastariję, która…

– Pacjent wszedł do zielonej strefy uzależnienia! – zabrzęczał znów analizator i las pogrążył się w ciszy.

Nienawiść do Syren i ich konkretnej przedstawicielki przepełniała mnie na tyle mocno, że nie mogłem opanować drżenia rąk i upuściłem stworzony pierścień na ziemię. Cały się trząsłem, w głowie wył alarm, ale zacząłem odbierać rzeczywistość taką, jaka była naprawdę. Bez gnomów, orków i syren. Wrrr! Zabić tę wiedźmę to mało!

– Jeśli mnie słyszysz, kiwnij głową – powiedział mężczyzna, którego widziałem w postaci gnoma.

– Nie jestem twoją kukiełką, żeby kiwać głową na twoje życzenie – odparłem, próbując dojść do siebie. – Jak długo mnie to trzyma?

– Około pięciu minut – rzucił kowal. – Twój analizator tak wył, że musiałem cię przykryć kopułą, żeby nie zbiegli się lekarze.

Dopiero teraz zauważyłem, że byliśmy wewnątrz kopuły – pewnego rodzaju pola siłowego, blokującego wszystkie dźwięki.

– Dziękuję – wycedziłem, zdając sobie sprawę, że gdyby lekarze mnie takiego zobaczyli, nie wystarczyłoby pięć dni rekonwalescencji. Trzymaliby mnie w klinice przez dwa miesiące i przeprowadzali badania.

– Jeśli chcesz się stąd wydostać, przez resztę czasu nie rób nic, po prostu śpij – odezwał się kowal ponownie. – Naszych nie wydajemy, każdy ma ataki, ale jeśli lekarze to zobaczą, wyślą cię do żółtej strefy. Uwierz mi, tam jest gorzej. Nara! – Tarcza zniknęła, a cała piątka wróciła do swoich spraw, jakby nic szczególnego się nie stało.

Też coś – ktoś wszedł do czarnej strefy uzależnienia i przestał kontaktować na tym poziomie rzeczywistości. Nic wielkiego!

Podniosłem stworzony pierścień i nawet nie zastanawiając się nad jakością jego wykonania, włożyłem go do kieszeni i się zamyśliłem. Coraz mniej mi się to wszystko podobało – już dwukrotnie przekroczyłem granicę, za którą nie dostrzegałem rzeczywistości, przy czym nie widziałem obiektywnych przyczyn, dlaczego tak się działo. Gdyby nie ostatnie trzydzieści minut w Barlionie, które pewnie do końca życia naładowały mnie nienawiścią, to nie jestem pewien, czy mógłbym sam wrócić do normalnego stanu. Dla mnie Barliona stała się zupełnie realnym światem i mimowolnie próbowałem przenieść ją na ten świat – to jedyne wytłumaczenie, jakie widziałem…

Nawiasem mówiąc, od razu pojawiało się dość niewygodne pytanie – co by się ze mną stało, gdyby nie ta nienawiść, którą czułem? Załóżmy, że się wykupuję, sprzedaję zamek, szachy i Oko – czy tej złości, którą czuję, wystarczyłoby, żeby wyciągnąć mnie z czarnej strefy uzależnienia, czy może zamieniłbym się w warzywo pragnące tylko jednego: doświadczania rozkoszy i życia w świecie fantazji? Chyba nie podoba mi się odpowiedź na to pytanie – nie, cieszyłbym się lotem Smoka i nawet nie myślał o Syrenach! Fala wszechogarniającej nienawiści ponownie przeszła przez moje ciało, zaciskając wokół klatki piersiowej stalową obręcz. O, proszę! Jeszcze się okaże, że powinienem tej wiedźmie podziękować za pomoc w pozostaniu człowiekiem? Jeszcze czego!

Przez pozostałe cztery dni byłem przykładem pacjenta, który wzorowo się adaptował – żadnych gwałtownych ruchów, słów, zero wahań nastroju czy konfliktów z otaczającymi mnie ludźmi. Byłem cały w skowronkach, motylkach, kwiatkach i innych słodkich pierdołach, które dawały lekarzom do zrozumienia, że całkowicie przystosowałem się do obecnych realiów życia. Nie doświadczyłem już więcej ataków – nie pozwoliłem jednak, by moja nienawiść do Anastariji przygasła. Ciągle przypominałem sobie ostatnie trzydzieści minut w Barlionie. Tworzenie planu zemsty odeszło na boczny plan, ponieważ zdałem sobie sprawę, że wszystko, co mogłem teraz wymyślić, było tak naprawdę dziecinną zabawą. Nawet atak przy pomocy zamku… Bo kto może mi zagwarantować, że Altameda pozostanie zamkiem na poziomie dwudziestym czwartym? Nikt. Było mało prawdopodobne, aby deweloperzy oddali w ręce zwykłego gracza tak potężne narzędzie, które mogłoby wpłynąć na kondycję finansową czołowych klanów. Jeśli Altameda spadnie na zamek Feniksa, najprawdopodobniej zostanie zniszczona, ponieważ będzie sterowana przez gracza, a nie anioła. Urusajowi pozwolono zaatakować Glarnis bez zbędnych trudności, wątpię jednak, żebym ja miał taką możliwość.

– Jak się pan czuje? – zapytała lekarka, wezwawszy mnie po wypis.

Zgodnie z decyzją analizatora okres adaptacji mężczyzny o imieniu Dmitrij Machan dobiegł końca i można było bezpiecznie wypuścić go na wolność. Oficjalnie.

– Dziękuję, dobrze – zapewniłem lekarkę.

Przez wszystkie cztery dni Swietłana ciągle krążyła gdzieś w pobliżu, próbując dostrzec we mnie oznaki agresji, zbliżających się nagłych napadów lub czegoś podobnego, co pozwoliłoby jej zatrzymać mnie na czas nieokreślony – ale ja się trzymałem. Dziewczyna nie mogła zrozumieć, jak udało mi się wydostać z czarnej strefy uzależnienia; najwyraźniej uznała, że ktoś się pomylił – albo analizator, kiedy mnie zdiagnozował, albo oni, wypuszczając mnie. Naprawdę miałem nadzieję, że to pierwsze.

– Mam dla pani prezent – ciągnąłem, próbując zmienić temat. – Powiedzmy, że na pamiątkę po jednym z pacjentów.

Włożyłem rękę do kieszeni, wyciągnąłem druciany pierścień, który stworzyłem na początku pobytu tutaj, i położyłem go przed nią. W ciągu ostatnich pięciu dni miałem wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu, więc teraz w pełni rozumiałem nieopisane zdziwienie wymalowane na twarzy lekarki – leżał przed nią finezyjny pierścionek z kilkoma prostymi szkiełkami zamkniętymi w zmyślnej plecionce. Gdyby ktoś poprosił mnie, żebym to powtórzył, popatrzyłbym na niego jak na chorego. Nie da się stworzyć takiego pierścionka ręcznie; do tego potrzebny jest specjalistyczny sprzęt, którego nie było w zestawie Jubilera. Fakt jednak pozostaje faktem – w stanie całkowitego zanurzenia w grze mój mózg zrobił coś niewytłumaczalnego z rękoma, dzięki czemu powstało takie arcydzieło. Gdybym był w Barlionie, z pewnością zarobiłbym punkty do Rzemiosła…

– Dmitriju, proszę się podpisać tu, tu i tu – poprosił sanitariusz, który odwiózł mnie pod drzwi domu. Zwrócił mi wszystkie moje rzeczy i klucze do mieszkania. – No i świetnie – dodał, gdy tylko trzy zawijasy pojawiły się na formularzu. – Mam nadzieję, że nigdy więcej się już nie zobaczymy w prawdziwym życiu. Więzienie i przymusowa praca nikomu nie służą.

Odprowadziwszy wzrokiem odjeżdżający samochód z logo korporacji, westchnąłem głęboko i się rozejrzałem. Przez ten rok praktycznie nic się nie zmieniło – przytulny zielony dziedziniec z placem zabaw, na którym teraz bawiły się maluchy, matki z wózkami spacerujące pod drzewami i dyskutujące o nowym odcinku ulubionego serialu, starsze kobiety o niemiłym spojrzeniu szukające w każdym przechodniu wroga narodu – moje podwórko pozostało takie, jakim je zapamiętałem. Do pełnego obrazu brakowało jeszcze tylko Sierioży z piątego piętra, o tej porze leżącego zapewne gdzieś pod krzakiem albo zmierzającego zygzakiem w kierunku krzaka. Bezrobocie wywołane przez Symulatory załatwiło tego kiedyś poczciwego człowieka, więc teraz żył tylko z zasiłku. Raczej nie żył, tylko pił i spał, żeby następnego dnia znowu pić i spać. Władze bardzo uważnie obserwowały podobnych wyrzutków i przy pierwszych oznakach agresji natychmiast zabierały ich do kopalni Barliony, ale Siergiejowi przy takim stylu życia udawało się pozostać najbardziej nieszkodliwym stworzeniem na planecie.

– Dmitriju, dzień dobry. – Gdy tylko zbliżyłem się do drzwi wejściowych, zwrócił się do mnie młody mężczyzna siedzący na ławce przed blokiem. – Nazywam się Aleksander. Czy znajdzie pan kilka minut?

Spojrzałem z niedowierzaniem na faceta, który miał może dwadzieścia dwa lata. Pomimo ciepłej pogody ubrany był w klasyczny garnitur. Nie trzeba nawet być wróżbitą ani kimś bardzo spostrzegawczym, by zauważyć małą plakietkę na jego marynarce, żeby się domyślić, kim jest – miałem przed sobą przedstawiciela korporacji.

– Tak, znajdę. – Wzruszyłem ramionami. Nie było sensu się ukrywać, a skoro chcieli ze mną rozmawiać, to czemu by im tego nie ułatwić? – Możemy porozmawiać tutaj czy lepiej, jak pójdziemy do mnie?

– Chodźmy do pana, tu jest strasznie duszno – rzekł Aleksander i poluzował krawat, dając mi do zrozumienia, że w korporacji pracują również ludzie, a nie roboty.

Mieszkanie przywitało nas ciszą i warstwą kurzu pokrywającą praktycznie wszystkie przedmioty. Przed wyjazdem do kopalni wyłączyłem filtr powietrza, wierząc, że zostanę w grze na długo, więc moje mieszkanie przedstawiało raczej smutny obrazek. Nie mogę powiedzieć, że było nadzwyczajnie dużo kurzu, ale wystarczająco, by autograf w postaci pyłu pokrywał każdy przedmiot.

– Proszę usiąść. – Wyjąłem z szafy narzutę i przykryłem nią sofę, wygrywając tym samym małą wojnę z kurzem, po czym włączyłem filtr powietrza. Gdy tylko Aleksander wyjdzie, muszę znaleźć firmę sprzątającą, bo nie będę w stanie samodzielnie doprowadzić mieszkania do porządku. – Napije się pan wody?

– Nie odmówię. – Na twarzy przedstawiciela korporacji pojawił się nieśmiały uśmiech sprawiający wrażenie, jakby sam nie rozumiał, jakim cudem znalazł się na tej mężnej twarzy.

– W takim razie proszę poczekać kilka minut, złożę zamówienie…

Tak jak się spodziewałem, Aleksander nie odmówił również zjedzenia wspólnie obiadu – uśmiechnąłem się w duchu do siebie, że zamówiłem jedzenie dla dwojga. Jak prawdziwi dyplomaci odkładaliśmy rozmowę o powodzie naszego spotkania do końca posiłku, komentowaliśmy nadmiernie upalną pogodę, samochody i Barlionę.

– Dziękuję za posiłek. W tej pracy absolutnie nie ma czasu, żeby normalnie zjeść – rzekł Aleksander, już zupełnie przypominający człowieka, a nie maszynę. – Dmitriju, proszę powiedzieć, jakie pan ma plany na najbliższe kilka lat?

– Chyba za daleko wybiega pan w przyszłość – zaśmiałem się. – Nie wiem, co będę robił jutro, a pan mówi o planach na kilka lat.

– Zapytam inaczej: czy planuje pan zachować swoją postać, którą grał pan w Barlionie przez ostatni rok?

– Jak zgrabnie ominął pan słowa „więzienie” i „kopalnia” – zażartowałem, kiedy jednak zobaczyłem przygnębienie rozmówcy, zawstydziłem się. Chłopak nie był winny, że tam siedziałem. – Przepraszam, wyrwało mi się. Myślałem, że o takie rzeczy pyta się podczas procesu adaptacji; nie sądziłem, że ktoś jeździ po domach graczy.

– Ma pan rację, ale w pana przypadku miał miejsce pewien incydent, drobna awaria sprzętu, która z jakiegoś powodu przesłała nieprawidłowe dane do systemu śledzenia. Wydarzyła się rzecz absolutnie niewiarygodna: według naszego systemu osiągnął pan czarny poziom uzależnienia, ale po kilku minutach wrócił pan do strefy zielonej. Poziom czarny pozostał w systemie, ponieważ jest to wskaźnik nieredukowalny, dlatego zgodnie ze wszystkimi regułami powinni byli pana wypuścić nie wcześniej niż trzy miesiące później. Desynchronizacja naszych systemów spowodowała, że pan się tu znalazł i nikt z panem nie porozmawiał o pana awatarze i środkach zgromadzonych w grze. Właśnie dlatego tu jestem.

– Rozumiem. W takim razie mam odpowiedź: chciałbym odzyskać postać, którą grałem w Barlionie w czasie mojego zamknięcia. Z tą samą klasą, imieniem, osiągnięciami i reputacją. Czy to jest możliwe?

– Oczywiście, to standardowa procedura przenoszenia konta na publiczne serwery. – Aleksander wyraźnie odetchnął z ulgą i wyciągnął tablet. – Proszę się podpisać tu i tu, a proces zostanie uruchomiony.

– Wspaniale! – Złożywszy swoje podpisy, zwróciłem tablet właścicielowi. – Wobec tego dziękuję za wizytę.

– Proszę mi powiedzieć: czy pan jest tym Szamanem Machanem?

– Co to znaczy „tym”?

– O którym powstały dwa filmy; który jest jednym z najsłynniejszych graczy Barliony – powiedział Aleksander, po czym zawstydził się i dodał: – Który zdecydował się rozwiązać klan…

– Co?! – nie powstrzymałem się. – Co to znaczy, że rozwiązałem klan?

– Przecież… pan… no… Wszyscy wiedzą, że Legendy Barliony przestały istnieć… Minął już tydzień od tego czasu; od czasu, kiedy usunął pan wszystkich graczy z klanu, pozostawiając tylko siebie i Plinto, na którego teraz usilnie poluje Feniks…

– Czy mogę wiedzieć, skąd ma pan takie informacje? – zapytałem, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.

Skąd ten gość wytrzasnął takie chore pomysły? Jak mógłbym rozwiązać coś, co zostało stworzone z taką miłością?

– Na stronie Anastariji – Aleksander zawstydził się jeszcze bardziej – jest wywiad, w którym ona twierdzi, że… Ale co ja mówię, obejrzyjmy go, ma pan komputer?

– Anastarijo, dzień dobry! – powiedział gospodarz programu. Sądząc po nazwach klanów i logo unoszących się nad głowami graczy, wywiad odbył się w Barlionie. – Od razu zadam pytanie, które z pewnością nurtuje większość graczy: dlaczego wróciła pani do Feniksa? Wszyscy wiedzieli, że klan Legendy Barliony był spółką córką Feniksa, nikt jednak nie spodziewał się takiego exodusu. Czy może pani wyjaśnić, co się stało?

– Nastąpił konflikt między mną a Machanem, w którego wyniku klan przestał istnieć. Wszystkie strategiczne zasoby klanu zostały sprzedane, Machan wykorzystał większość zawartości skarbca klanu do swoich własnych celów i dostęp do klanowego zamku został zablokowany. Ma pan rację, nazywając Legendy klanem zależnym od Feniksa, dlatego zasugerowałam, aby wszyscy gracze niezadowoleni z polityki Machana opuścili Legendy i dołączyli do nas. Sam Machan najwyraźniej gdzieś przepadł, wyprowadził pieniądze do realu i użył je do własnych potrzeb, ale tego nie jestem pewna. W każdym razie nie ma ani jego, ani pieniędzy, ani zasobów, ani zamku. W rzeczywistości nie ma również klanu. Na razie nie chcę rozmawiać na ten temat, jest dla mnie wciąż zbyt trudny. Dawno nikt mnie tak nie oszukał…

– To niespodziewane stwierdzenie! Dobrze, zostawmy temat Legend. Proszę mi zdradzić, dlaczego w tym roku nie brała pani udziału w konkursie piękności.

– Pomyślałam, że chcę umożliwić innym dziewczynom…

Anastarija zaczęła zapewniać o swojej miłości do ludzkości, ale ja już jej nie słuchałem. Co za suka! Rzeczywiście nie skłamała ani jednym słowem, ale to, jak to przedstawiła! Sądząc po liczbie wyświetleń, filmik w ciągu ostatnich pięciu dni obejrzało ponad trzydzieści milionów osób, więc opinia na temat upadku klanu Legend była już ugruntowana. Bez względu na to, co powiem, bez względu na to, kogo wezwę na świadka, bez względu na to, jakie filmy pokażę, gracze staną po stronie Anastariji i Feniksa. Suka!

– Pięknie… – wycedziłem przez zęby. – Proszę powiedzieć, czy mogę dostać film z ostatnich trzydziestu minut mojego pobytu w Barlionie? Udowodnię, kto kogo zdradził…

– Oczywiście, może pan – odparł Aleksander. – Jeśli napisze pan odpowiednie podanie, to… Proszę poczekać, chce pan powiedzieć, że Anastarija kłamała? Że wszystko było inaczej, niż twierdzi?

– Właśnie o to chodzi… Dobrze, jeśli nie ma pan już do mnie żadnych spraw, to chciałbym zostać sam. Muszę pomyśleć o tym, co właśnie zobaczyłem…

Im dłużej myślałem o tym, co się stało, tym bardziej nienawidziłem Anastariji, chociaż wydawało się, że bardziej już nie można. Zagrała taktycznie – nie dość, że zostałem okradziony, zmuszony do wyjścia z gry, to jeszcze tak nastawiła opinię publiczną, że wyszło, że to ja, drań, zrujnowałem klan. Że to ja posłużyłem się moimi wojownikami, żeby odzyskać wolność, a w zasadzie żeby zgarnąć pieniądze klanu. Nawet jeśli uda mi się udowodnić, że Feniks mnie wrobił, sprawa pieniędzy sprawi, że gracze będą trzymać się z daleka – niewiele osób zechce grać z kimś, kto wykorzystuje skarbiec klanu do realizacji własnych celów. Potrzebuję porady prawnej!

Otworzyłem wyszukiwarkę i zacząłem poszukiwania…

– Niestety, nikt nie będzie w stanie panu pomóc. – Zasmucił mnie jeden z czołowych prawników zajmujących się grami w naszym mieście.

Wydałem prawie wszystkie pieniądze, które mi zostały z czasów sprzed Barliony, żeby umówić się na konsultacje i uzyskać odpowiedź na pytanie: „Ile mogę zedrzeć z Anastariji za kradzież, której się dopuściła?”. Ale zostałem wysłuchany, poproszony o szczegóły, zażądano logów od korporacji – okazuje się, że prawnicy zajmujący się grami za zgodą graczy mogą to zrobić – prawnicy obejrzeli i przeanalizowali wszystkie wątki i z żalem poinformowali mnie, że Anastarija działała zgodnie z zasadami gry.

Cały dzień zajęło mi uzyskanie odpowiedzi, którą znałem od samego początku – jestem głupcem. Nikt nie prosił mnie, abym dobrowolnie udostępnił dziewczynie mój worek, ponieważ zgodnie z podstawową zasadą Barliony – która przyciągała wielu graczy do gry – wszystko, co można było sobie przywłaszczyć, stawało się legalną własnością gracza, który daną rzecz zabrał. Dopóki torba była zamknięta, Oko, szachy i pozostałe rzeczy pozostawały moją własnością, i jeśli któraś z nich zniknęłaby za sprawą programistów lub hakerów, mogłem się oburzać. Jednak gdy tylko Anastarija uzyskała dostęp do mojej torby, moje rzeczy właściwie zyskały drugiego właściciela. Zrobiłem ten krok dobrowolnie, ówczesny zastępca szefa Feniksa oficjalnie nie wywierał na mnie presji. Więc w sumie zachowałem się jak dureń. To samo dotyczyło wywiadu Nastji – formalnie nic na nią nie mam. Czy wykorzystałem pieniądze klanu do celów osobistych? Tak. Zasoby zostały sprzedane? Tak. Czy gracze odeszli do Feniksa? Tak, niech ich jasna cholera! Nawet jeśli złożę skargę o zniesławienie, nie zdołam tego udowodnić – Anastarija bardzo starannie dobierała słowa.

Jedyną pozytywną rzeczą, jaką powiedział mi prawnik, było to, że zgodnie z jednym z punktów regulaminu obowiązującego w Barlionie, jeśli gracz wyjdzie do rzeczywistości, ale nie z własnej woli, obowiązkowa obecność w pewnych miejscach zostaje zawieszona do jego powrotu. Jeśli więc wejdę do gry i zobaczę, że Altameda nie należy już do mnie, to mam pełne prawo zwrócić się do sądu. Chociaż takiego precedensu jeszcze nie było – korporacja też ściśle przestrzega prawa. Jednocześnie władanie zamkiem, jak powiedział prawnik, pozostaje w moich rękach, a nie w rękach mojej żony czy przyszywanego brata – chodzi o Anastariję i Plinto. Przynajmniej jakieś światełko w tym mrocznym świecie.

– Dzień dobry, Dmitriju! – Aleksander zadzwonił do mnie, gdy właśnie wracałem do domu. – Mam dobrą wiadomość: transfer pana postaci został zakończony i już teraz może pan się cieszyć grą. W ramach rekompensaty za ostatnie problemy naszych systemów korporacja ma dla pana drobny upominek, który oczywiście nie wpłynie na przebieg gry, ale umili nieco pobyt w Barlionie. Chodzi o możliwość wyboru projekcji, przypisanych do pana klanu. Teraz każdy może otrzymać projekcję, którą zechce, a nie tę wygenerowaną przez Symulator. Wierzymy, że możliwość takiego wyboru będzie niezwykle przyjemnym dodatkiem zarówno dla graczy z pana klanu, jak i dla pana samego.

– Dziękuję, to bardzo miło z waszej strony – odburknąłem w odpowiedzi na tak „hojną” ofertę.

Biorąc pod uwagę, że w Legendach Barliony nie zostanie nikt poza mną, to możliwość zmiany projekcji mojego smoka jest mi potrzebna jak psu rower – teoretycznie można próbować nauczyć go jeździć, ale na swoich czterech łapach będzie bezpieczniejszy.

– Jeśli będzie miał pan jakieś pytania, proszę zadzwonić do mnie lub do moich kolegów z działu adaptacji – kontynuował Aleksander. – Życzę wszystkiego dobrego i powodzenia w podboju Barliony!

W słuchawce rozległ się krótki sygnał informujący mnie, że połączenie z korporacją zostało zakończone – jestem zrehabilitowany, pozwolili mi wrócić do domu, dali mi niepotrzebny prezent i mogą na mojej teczce przybić pieczątkę „sprawa zamknięta”. Od teraz jestem zdany na siebie.

Kiedy byłem u prawnika, firma sprzątająca doprowadziła moje mieszkanie do porządku; teraz panowała w nim szpitalna czystość. Lśniło wszystko, co tylko możliwe, nawet wysłużona tapeta wyglądała jak nowa – jakimś cudem przywrócono jej pierwotne kolory. Teraz nic nie wskazywało na to, że to mieszkanie przez około rok było kompletnie zapuszczone, przypominając raczej kawalerską norę. Czym właściwie było.

Skończywszy pozostałe prace domowe, usiadłem na łóżku i zacząłem hipnotyzować kapsułę do gry. Z jednej strony bardzo chciałem wrócić do Barliony i dowiedzieć się, co się działo z moim klanem przez ostatni tydzień. Czy zamek ocalał, ile osób zostało, jakimi środkami teraz dysponuję. Z drugiej strony był też problem – jeśli wrócę do Barliony, znowu zacznę „słyszeć” myśli Anastariji. Nie wiem, czy znajdę siłę, by spokojnie zareagować na jej głos w mojej głowie, nie chciałem się narażać się na ten stres. Zadaniem na najbliższą przyszłość jest wymyślenie sposobu, aby Feniks pożałował tego, co zrobił, i niedawanie powodu, by ponownie ze mnie zakpił. To jest dylemat, którego tak szybko nie rozwiążę.

Kapsuła nie odpowiedziała mi, czy wejść do Barliony, czy nie, więc włączyłem komputer i postanowiłem sprawdzić pocztę – już od dwóch dni jestem na wolności i nadal się za to nie zabrałem. Kiedyś nie pozwalałem sobie na taki luksus – oferty udziału w różnych konkursach miały limity czasowe i jeśli przegapiłeś termin rejestracji, to okazja przechodziła ci koło nosa.

Dzień dobry, Dmitriju! Nie znamy się, ale jest jedna rzecz, która nas łączy – Feniks. Tak jak ty, stałem się ofiarą tego klanu i teraz nie mogę się doczekać zemsty za wszystko, co wyprawiają w tej grze. Nie znam twoich planów, możliwe, że po tym, co ci zrobili, nawet nie zechcesz wracać do Barliony, ale na wszelki wypadek wysyłam ci link do filmu. Zrozumiesz, dlaczego Feniksowi zależało, żeby wysłać cię do kopalni. Obejrzyj, zastanów się, a jeśli zdecydujesz się zemścić – proponuję połączyć siły. Teraz nie ma znaczenia, kim jestem i jakie mam zasoby, wystarczy, że je mam. Podejmij decyzję, Szamanie!

Wśród setek powiadomień o konkursach i spamu, który przedostał się przez filtry, znalazła się ta dość zaskakująca wiadomość. Co więcej, to nie jej treść, która już wiele mówiła, była interesująca, a raczej sam fakt, że w ogóle ją dostałem. Wygląda na to, że ktoś doskonale wie nie tylko, co faktycznie się wydarzyło, ale również kim jest Szaman Machan, zna mój adres e-mailowy i, co wydaje mi się oczywiste, wie, gdzie mieszkam. Dziwny adres nadawcy ([email protected]) sugerował tylko jedno – to jednorazowa skrzynka pocztowa, założona tylko po to, żeby wysłać tę jedną wiadomość i odebrać odpowiedź na nią. Bardzo interesujące…

Treść e-maila była na tyle zadziwiająca, że postanowiłem zignorować pierwszą zasadę sieci – nigdy nie klikaj w nieznane linki – i uruchomiłem wideo. Natychmiast ukazała się moim oczom scena ostatnich chwil Szamana Machana w Barlionie. Serce zadrżało, gdy znów usłyszałem słowa Anastariji – fala nienawiści do tej dziewczyny i Leyte’a, który odegrał jedną z głównych ról w zdradzie, ponownie przeszła przez moje ciało i opanowała je od stóp do głów, ale nawet przez buzujące emocje wyraźnie widziałem obraz moralnego unicestwienia Szamana. Mnie. Gdybym teraz spotkał Anastariję, nie mógłbym dać stuprocentowej gwarancji, że uszłaby z życiem, nawet pod groźbą spędzenia reszty życia w kopalni. Wreszcie zobaczyłem na nagraniu, jak oszołomiony siadam na kamieniu, czekając na odliczanie, po czym rozpływam się w otaczającej przestrzeni. Szaman Machan przestał istnieć w Barlionie. Przynajmniej chwilowo.

Kamera przemieściła się i pokazała widok na otwierające się przejście. Ogromna płyta, której Anastarija nie zdołała pokonać, z łatwością odsunęła się na bok, odsłaniając standardowe wejście do Podziemia. Jednak gdy tylko przejście się otworzyło, a gracze zrobili pierwsze kroki w jego kierunku, z nieba spadła gwiazda, zamieniając się w dwa anioły – czarnego i białego.

– Twórca otworzył grobowiec! – ogłosił donośnie czarny anioł, który, co było nietypowe dla Barliony, nie miał nawet imienia.

– Od teraz to Podziemie otrzymuje status „Prymarnego”! – dodał biały anioł. – Każdy łup zdobyty w tej lokalizacji będzie Unikalny lub jeszcze znamienitszy! Jednak ten status dotyczy wyłącznie samego Twórcy!

– Gdzie on jest? – zapytał czarny anioł. – Gdzie jest ten, któremu przekażemy oryginalny klucz do najbardziej poszukiwanego miejsca w Barlionie?

– Nie ma go tutaj, strażnicy – odparła Anastarija, pochylając głowę. – Otworzywszy grobowiec, Twórca zapałał gniewem i nienawiścią do tego świata i opuścił go na zawsze. Nie możecie mu przekazać klucza…

– W twoich słowach nie ma fałszu! – wykrzyknął zdziwiony biały anioł. – Jak Twórca mógł rozgniewać się na cały świat, ledwo otworzywszy wejście? Kto zamiast niego otrzyma klucz? Czy otwarcie grobowca było daremne?

– Jest tu ta, której pozwolono odebrać klucz – kontynuowała Anastarija i wskazała na Barsine. – Oto ona! Możecie powierzyć go jej! Ona zastąpi Twórcę.

– To potwierdzone! – rzekł czarny anioł. – Barsine ma prawo odebrać klucz. Ale my jesteśmy cierpliwi! Jeśli w ciągu miesiąca Twórca nie zgłosi się do nas, klucz zostanie przekazany Barsine i wolni obywatele będą mogli wejść do środka. Ale każdy, kto zechce prześlizgnąć się obok nas przed tym czasem, zostanie zgładzony! To wszystko, co mamy do powiedzenia!

– Wybaczcie proszę moją zuchwałość – powiedziała Anastarija. – Jeśli Twórca nie pojawi się na czas, czy Podziemie utraci swój status?

– Jeśli sam Twórca się do nas nie zgłosi, ogłosimy Barsine godną miana Twórcy! Podziemie nie zmieni swojego statusu i dwudziestu rozumnych, w tym Barsine, będzie mogło wejść do Podziemia.

Aniołowie zamilkli, blokując wejście do grobowca swoimi ogromnymi ciałami, i nagle Anastarija i Helfajer, stojący obok nich, polecieli w stronę przejścia. Co więcej, polecieli tam wbrew własnej woli, jakby zostali popchnięci przez kogoś niewidzialnego, a jednocześnie na tyle silnego, by posłać w powietrze dwóch graczy najwyższego poziomu. Plinto!

Dwa krótkie uderzenia czarno-białych skrzydeł rozpuściły Anastariję i Helfajera, wysyłając ich na odrodzenie, a Łotrzyk, który wyszedł na chwilę z ukrycia, krwiożerczo spojrzał na osłupiałych graczy stłoczonych przed wejściem i rzekł: „I co, ścierwa, zatańczymy?”.

Nigdy nie widziałem tak szalonego spojrzenia Plinto, co w połączeniu z jaskrawoczerwonymi oczami i czarnymi skrzydłami czyniło go niezwykle podobnym do Patriarchy w jego najgorszych momentach. Łotrzyk – choć bardziej już Wampir – rozpłynął się w powietrzu, gracze zaczęli jeden po drugim znikać z płaskowyżu. Plinto rozpoczął odwet za swojego lidera. Koniec filmu.

Wpatrując się tępo w monitor, próbowałem dojść do siebie po tym, co zobaczyłem. Po chwili zauważyłem ze zdziwieniem, że trzęsą mi się ręce, i chciałem osobiście, jak Plinto, złapać każdego z obecnych na płaskowyżu za gardło, wydłubać oczy i po prostu patrzeć, jak krew wytryska z pustych oczodołów, a ciało w tym samym czasie zamienia się w wysuszoną mumię. Nie obchodzi mnie, że w Barlionie nie ma krwi – sam bym sobie ją wyobraził… Hmm… Nigdy nie uważałem się za żądnego krwi, ale to, co zrobił Feniks, zasługuje tylko na takie traktowanie.

Kiedy znowu mogłem trzeźwo myśleć i pierwsza fala emocji opadła, spróbowałem przeanalizować to, co zobaczyłem.

Zatem!

Anastarija chciała, żebym opuścił płaskowyż, gdy tylko rozpocznie się proces otwierania przejścia. Można było mnie usunąć na różne sposoby, ale wybrano najbardziej radykalny – chcieli mnie odesłać z powrotem do kopalni. Gdybym nie zachował spokoju, z pewnością rzuciłbym się na dziewczynę, która mnie zdradziła, aby za chwilę wpaść w ręce Zwiastunów. Plan Feniksa był doskonały i gdyby wszystko poszło tak, jak planowali, musiałbym siedzieć w kopalni przez następne siedem lat, otrzymując raporty, że wielcy ludzie z Feniksa przeszli grobowiec Stwórcy. Powodzenia!

Opędziwszy się na chwilę od emocji do Nastji, zadałem sobie kolejne równie ważne pytanie – kim był tajemniczy operator, który nakręcił to wideo? Wielokrotne oglądanie filmu nie odpowiedziało na to pytanie – wszyscy, których pamiętałem, byli w kadrze: Ciapa, Leyte, Magdiej, rajderzy. Wyglądało na to, że operator był jednym z graczy, którzy przybyli na płaskowyż z Feniksa. Natychmiast pojawiła się cała lista pytań, na które nikt nie udzieli mi teraz odpowiedzi. A raczej może udzielić, jeśli zgodzę się na zjednoczenie sił… Jednocześnie nie jest jasne – czy tego potrzebuję? Czy naprawdę chcę sprzymierzyć się z kimś, żeby zemścić się na Feniksie? Czy chcę zmarnować część mojego życia, żeby wyrządzić komuś krzywdę? Szybki rzut oka na powtórkę wideo, w którym Szaman Machan – o! mówię o sobie w trzeciej osobie! – opuścił grę, pomógł mi odpowiedzieć na te pytania. Tak! Chcę tego!

Witaj! Spodobał mi się pokaz twoich możliwości – film został nagrany przez jednego z graczy Feniksa, znasz mój adres e-mail, znasz moje prawdziwe imię. Wszystko to sugeruje, że poświęciłeś sporo czasu lub pieniędzy, chcąc jednej rzeczy – po prostu porozmawiać. Jestem otwarty na rozmowę i ze swojej strony zapewniam, że zemsta na Feniksie jest moim najwyższym priorytetem. W tej chwili nie mam pojęcia, jak mogę im w jakikolwiek sposób zaszkodzić, wszystkie moje pomysły wydają się nie mieć sensu. Jeśli masz konkretne rozwiązania, jestem gotów je omówić i zrealizować. Głosuję obiema rękami, żeby pozbawić ich hegemonii w Barlionie.

Po napisaniu e-maila już wiedziałem, co zrobię dalej. Nie będę już musiał sam stawiać czoła Anastariji. Przekonajmy się, kim jest ten tajemniczy człowiek i jakie są jego prawdziwe zamiary. W każdym razie mogłem być pewien, że Szaman Machan wróci do Barliony w ciągu najbliższych pięciu minut! Już nigdy żadna Anastarija nie sprawi, że będę się wahał.

– Trwa transfer postaci – oznajmił przyjemny kobiecy głos. W przeciwieństwie do ostrego metalicznego skrzeku, do którego przyzwyczaiłem się w kapsule więziennej, ten głos nie powodował gęsiej skórki na całym ciele. – Modelowanie obiektów zakończone. Dane gracza zsynchronizowane z kapsułą. Ustawiono lokalizację startową: rynek główny Anchursu. Trwa aktywacja ustawień postaci…

Pasek ładowania błysnął mi przed oczami, a ja wyświetliłem okno ustawień. Stałem, uśmiechając się do świata na tle ogromnej góry wypluwającej lawę we wszystkich kierunkach. Odzież od Trójlistników korzystnie podkreślała moją przynależność do klasy Szamanów, a w rękach trzymałem laskę Almisa, której wierzchołek oślepiał jasnym światłem. Mała projekcja smoka latała wokół mojego awatara, a za plecami, między mną a płonącą górą, stał ogromny ciemnoniebieski smok. Drako. Jeszcze tydzień temu był po prostu dużym – miał około trzech metrów długości – ale wciąż kompaktowym zwierzakiem. Teraz zza moich pleców patrzył majestatycznie na świat dorosły Smok, który samego tylko wzrostu miał ze cztery metry. Ile mierzy w całości ten mój Totem, nawet bałem się pomyśleć. Zastanawiam się, czy tak bardzo urósł w ciągu ostatniego tygodnia, czy też pokazali mi ostateczny wariant jego rozwoju? Nawet jeśli zamienię się w Smoka, na tle mojego Totemu będę wyglądać jak malec.

Ekran ustawień przypomniał mi o moich pięciuset dziewięćdziesięciu pięciu nieprzydzielonych punktach statystyk i zalecił, żebym natychmiast załatał lukę w rozwoju postaci, ale w tej kwestii całkowicie zgadzałem się z Anastariją – im wyższy poziom, tym trudniej jest się rozwijać. Gdyby był jakiś kłopot lub konieczność, wystarczy kilka sekund, żeby przenieść wszystko do Intelektu, ale w tej chwili lepiej byłoby pozostawić te punkty nietknięte. Nie pali się.

Nie zawracałem sobie głowy analizowaniem moich ustawień – znałem je, ale przed wejściem do Barliony otworzyłem zakładkę z majątkiem. Było tu wszystko, co należało do mnie jako gracza, w tym nieruchomości. Jestem ciekaw, z czym będę musiał pracować…

Miałem 6,6 miliona Złotych w gotówce i 36,4 miliona w skarbcu klanu – te liczby sprawiły, że serce ścisnęło mi się w piersi. Będąc w Barlionie jako więzień, w ogóle nie myślałem o pieniądzach, nawet o sprawdzeniu wysokości kaucji – sto milionów wydawało mi się przytłaczającym ciężarem. Nie mogłem uwierzyć, że gdybym sprzedał Oko, zamek, szachy i w ogóle wszystko, co mam, zgromadziłbym taką sumę. Zgadzam się, sam zamek, według wszystkich zasad, kosztowałby znacznie więcej niż sto milionów Złotych Monet, jednak znalezienie kupca, który jest gotów rozstać się z takimi pieniędzmi…

Miałem wątpliwości, czy mógłbym opchnąć zamek za nieco ponad pięćdziesiąt milionów. Ludzie, którzy mogą zapłacić taką kwotę, od dawna mają już swoje zamki, a początkujący gracze raczej nie będą mogli pozwolić sobie na wydanie takiej kasy. Oto ja, Richie milioner, zamaszystym ruchem ręki wyrzuciłem prawie dwadzieścia milionów na zatrudnienie personelu do zamku. Dla mnie w tamtym momencie Barliona była rzeczywistością, a złoto tylko walutą w grze, a nie prawdziwymi pieniędzmi. Teraz mając czterdzieści trzy pełnowartościowe miliony, które można wyprowadzić do realu i na zawsze zapomnieć o pracy, trudnościach i innych negatywnych aspektach życia, poczułem ogromny przypływ sił. Nie muszę szukać pracy, chodzić po firmach i udowadniać, że trafiłem do kopalni przypadkiem i to się nie powtórzy – przynajmniej jeden z moich celów zrealizowałem, nawet dwa – wyszedłem z więzienia i posiadam wystarczająco środków do życia. Mam więc wszelkie moralne i finansowe prawo, żeby przez kilka miesięcy próbować porozmawiać z Feniksem od serca.

Zamek nadal należał do mnie i znajdował się teraz – otworzyłem nawet mapę, próbując zorientować się, gdzie go zaniosło – tuż przy granicy z Imperium Ciemności, niedaleko śródlądowego morza Barliony. Najwyraźniej Wiltras przestraszył się nie na żarty, skoro wysłał Altamedę na drugi koniec kontynentu. Dobra, poczekam trzy miesiące i przeniosę go w bardziej zaludnione miejsce – najważniejsze jest zapewnienie mu bezpieczeństwa. Tutaj, cokolwiek by nie powiedzieć, sami NPC-e nie wystarczą, trzeba będzie gdzieś znaleźć graczy.

A skoro o graczach mowa!

Jeszcze raz sprawdziłem, czy w moim worku nie ma już szachów, Oka i łusek kalmarodelfina, które zdobyłem w Odmętach Oceanu, i otworzyłem zakładkę „Klan”. Spojrzałem na nią, zachichotałem ze zdziwieniem, ponownie spojrzałem na opis i znów zachichotałem, ponieważ obecny obraz świata wydawał mi się nie do końca adekwatny do tego, co spodziewałem się zobaczyć.

Obecnie klan liczy 4388 graczy, z których większość miała tytuł „Rekrut”. Około czterystu graczy było wydobywcami, stu pięćdziesięciu dowodzonych przez Eryka – rzemieślnikami, pięćdziesięciu – na czele z Ciapą – rajderami i, niczym naczelnik w zakładzie dla obłąkanych, zastępcą szefa klanu pozostawał Plinto. W Legendach nie było ani Barsine, ani Anastariji, ani Leyte’a, jednak nie potrafiłem wyjaśnić, skąd w klanie, który tydzień temu miał co najwyżej czterystu graczy, znajdowało się ponad cztery tysiące osób średnio na sto pięćdziesiątym piątym poziomie. To jakieś szaleństwo…

Kolejna zakładka w sekcji „Klan” pokazała, że mechanizm finansowy uruchomiony przez Leyte’a działał jak w zegarku nawet pod jego nieobecność. Magazyny Altamedy były nadal wynajmowane do przechowywania różności, trwał aktywny handel surowcami i towarami, a według raportu zysk klanu z ostatniego tygodnia wyniósł 1,8 mln Złotych. Należy dodać, że Leyte doliczał tygodniowe opłaty za zamek i zatrudnionych NPC-ów do obowiązkowych wydatków. I klan wciąż był na plusie!

Szaleństwo do kwadratu!

Klikałem w różne ustawienia, całkowicie zdezorientowany, bo nie takiego obrazu sytuacji się spodziewałem, aż wreszcie trafiłem do zakładki „Stan posiadania”. Tu musiałem się zatrzymać, bo przyszło mi do głowy, że wszystko, co się dzieje, jest tylko wytworem mojej nadmiernie pobudzonej wyobraźni i tak naprawdę leżę obok kapsuły, ślinię się i mam czarny poziom uzależnienia. Nie da się bowiem logicznie wytłumaczyć, w jaki sposób zostałem właścicielem osiedla typu miejskiego o nazwie Kaliszcze, położonego w prowincji Lestran. Zgodnie z opisem zaproponowana przez Leyte’a reforma trzech wsi, które oddano w moje ręce, przyniosła owoce – w ciągu zaledwie dwóch miesięcy wsie trzykrotnie się rozrosły, a kilka tygodni temu podjęto decyzję, że zostaną połączone i utworzą nową jednostkę terytorialną. Cztery dni temu Gubernator prowincji, w której miałem Uwielbienie, zatwierdził wniosek i trzy wsie zniknęły z mapy Barliony. W ich miejscu powstało osiedle typu miejskiego, będące jednym z głównych miejsc wytapiania stali w Imperium – Elma znajdowała się zaledwie kilka kroków od Kaliszcza. Opis kończył się w tym miejscu, ale było oczywiste, że spośród miejscowych pilnie należało wybrać urzędnika i zająć się kwestiami podatków, mających wpływać zarówno do skarbca Lestranu, jak i klanu. Albo pogodzić się ze stratą dodatkowego źródła dochodów…

Jasna cholera! Co działo się w Barlionie w ciągu tego tygodnia, kiedy mnie nie było?

– Witamy w Barlionie – ogłosił system, gdy tylko nacisnąłem przycisk „Wejście”.

Nie mogłem wyjaśnić tego wszystkiego, co się wydarzyło, nie będąc w grze, więc nie chciałem już dłużej zastanawiać się nad sensem życia. Czas działać. Widok ustawień zniknął, a moim oczom ukazał się główny rynek Anchursu.

Szaman Machan powrócił. Na złość całemu światu.

ROZDZIAŁ 2

POWRÓT DO BARLIONY

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 3

SPOTKANIE I NOWE INFORMACJE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 4

NIEBIESKIE MCHY

Pamiętam dziwne zachwycenie:Niespodziewanie cię ujrzałemJak nieuchwytne przywidzenie,Jak piękne bóstwa doskonałe.

Wiadomość wysłana…

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5

ERGREJS

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6

ZNIKNIĘCIE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

AKWARIZAMAKS

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 8

PRZECZUCIE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 9

PODZIEMIE CIEMNOŚCI

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 10

WEJŚCIE DO ARMARDU

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 11

ŁZY HARRASZESSA

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 12

PRZEBUDZENIE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

EPILOG

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

O Autorze

Wasilij Michajłowicz Machanienko urodził się 20 kwietnia 1981 roku w Siewierodwińsku w Rosji. W 2004 roku ukończył studia na wydziale fizyki i matematyki Biełgorodzkiego Narodowego Uniwersytetu Badawczego. Następnie przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w branży IT.

Obecnie koncentruje się na twórczości literackiej, a w szczególności na LitRPG – nowym, dynamicznie rozwijającym się podgatunku fantasy i science fiction. Jest też zapalonym graczem i wielkim fanem World of Warcraft – gra oczywiście Szamanem, podobnie jak główny bohater jego powieści.

Swoją pierwszą książkę – o perypetiach Szamana i jego towarzyszy, którzy utknęli w surowym, nieznającym litości wirtualnym świecie Barliony – opublikował w 2012 roku na stronie Samizdat. Droga Szamana dała początek całej serii, która liczy obecnie siedem tytułów i jest tłumaczona na angielski, niemiecki, czeski, koreański i polski.

Machanienko opublikował także dwie części cyklu Tiomnyj paładin (ang. The Dark Paladin) oraz zapoczątkował serię LitRPG o tematyce science fiction zatytułowaną Galaktiona.