Dragona z Tarapatii - Joanna Wachowiak - ebook + audiobook + książka

Dragona z Tarapatii ebook i audiobook

Joanna Wachowiak

5,0

Opis

Kontynuacja przygód bohaterki książki “Ala Baba i dwóch rozbójników”. Ala znów pakuje się w kłopoty. Jej młodsi bracia zaczęli chodzić do szkoły  i zmienili się w prawdziwych spryciarzy. Zamawiają u niej opowieści o bohaterce posiadającej supermoce. Tym razem Ala niezupełnie radzi sobie z wymyślaniem historii.  Bo gdy bohaterka ma telepaton czyli urządzenie do czytania ludzkich myśli wcale nie jest jej łatwo znaleźć w sobie supermoce, które pozwolą rozwiązać zwykłe problemy, jakich pełno wokół nas.

Dla dzieci powyżej 8 lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 78

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 7 min

Lektor: Dominika Kluzniak

Popularność




Copyright © Joanna Wachowiak

Copyright © Wydawnictwo BIS 2019

ISBN 978-83-7551-656-2

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Rozdział 1Gwiazda

W łazience zastałam mamę. Nie było to miejsce, w którym spodziewałabym się jej o pierwszej w nocy, zwłaszcza że siedziała w wannie w ubraniu i stukała w klawiaturę laptopa, zerkając do książki wciśniętej za kran. W wannie nie było wody, ale i tak przez chwilę myślałam, że jeszcze śnię.

– Nie chciałam obudzić taty – wyjaśniła cicho. – Tylko tutaj mogę palić światło. Zrób siku i wracaj do łóżka. Czekaj, daj buziaka.

O siódmej, gdy wstałam, mamy już nie było w domu, za to na drzwiach lodówki znalazłam przyczepioną magnesem kartkę z napisem „Miłego dnia” i wyrysowanymi czterema serduszkami – po jednym dla każdego z nas: taty, Leona, Filipa i mnie.

– Ala, dziś ty odbierasz chłopaków. Tylko nie zapomnij. – Tata wręczył mi zawiniątko z drugim śniadaniem. Nie zdążyłam zapytać, z czym przygotował kanapki. Oby nie z białym serem.

Droga przez zieleniec, zasypana liśćmi, wyglądała jak wyłożona czerwono-złotym dywanem. O tej porze na chodnikach było sporo ludzi, wydawało się jednak, że nikt poza mną nie zwracał na to uwagi. Wyobraziłam sobie, że jestem aktorką filmową zmierzającą na rozdanie nagród. W witrynie mijanego sklepu zobaczyłam gwiazdę w sukni z cekinów i z fantazyjnie upiętymi włosami, a nie zwykłą dziewczynę z cienkimi warkoczami. Podniosłam rękę i pomachałam do siebie.

W szybie zobaczyłam, że ktoś za moimi plecami pokazuje podniesiony kciuk.

Odwróciłam się. Na ławce, na szeroko rozstawionych nogach, stała wysoka, chuda dziewczyna w kolorowej czapce z rogiem, spod której wymykały się prawie białe kosmyki. Od razu ją rozpoznałam. To ta nowa. Dziewczyna, która po wakacjach zaczęła chodzić do naszej szkoły. Patrzyła na mnie, wciąż pokazując kciuk. Nie odpowiedziałam jej. I bez takich znajomości miałam w szkole opinię dziwaczki. Zresztą ona już przestała się mną interesować. Zeskoczyła z ławki i poszła do szkoły, tak stukając obcasami brązowych buciorów, jakby pod nimi miała podkowy. Podkuty jednorożec, phi!

W przejściu pomiędzy blokami mignęła mi postać w beżowym płaszczu i czarnym berecie. Dominika. Puściłam się w jej stronę biegiem.

– Cześć! – Pociągnęłam ją za plecak. – Wiesz? Przed chwilą nadziałam się na Szpilkę.

– Ojej, biedulko… To znaczy w domu? Ukłułaś się czy na nią nadepnęłaś?

– Nie szpilka, tylko Szpilka. Dużą literą. Mówię o tej nowej z klasy Sebastiana. Wiesz, Lilka Cichowlas. Jest taka wysoka i chuda, że jakoś kojarzy mi się ze szpilką. No, nieważne, w każdym razie właśnie…

– A, Cichowlas – zamrugała Dominika. – Siostra… siostra Maksa, tak?

– Ta sama. Szłam sobie właśnie przez zieleniec, a ona stała na ławce i…

Dominika zatrzymała się nagle.

– Czekaj. Maks też szedł?

– Nie.

– Dlaczego, skoro do szkoły idą na jedną godzinę?

– A bo ja wiem? – Wzruszyłam ramionami i pociągnęłam Dominikę za sobą. – W każdym razie szłam…

– Czekaj. – Znowu się zatrzymała. – Ona chodzi do klasy z Sebastianem, nie? A może… Słuchaj, a może Sebastian zaprosiłby ją i nas dwie i wtedy, jak byśmy ją poznały, byłaby okazja, żeby Maksa…

– Jeny, Dominika…

– No co? On jest taki nieprzystępny, jak mam go lepiej poznać? Na każdej przerwie znika w ubikacji, po lekcjach od razu biegnie do domu, a jak już uda się go znaleźć i przycisnąć, na wszystkie pytania odpowiada tylko „tak” albo „nie”.

– Może po prostu nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Pomyślałaś o tym? A ja właśnie mam, chcesz posłuchać czy nie?

Dominika żartobliwie trąciła mnie łokciem.

– Chcę, chcę. Tylko się nie obrażaj.

Nabrałam już powietrza i otworzyłam usta, ale nic nie zdążyłam powiedzieć, bo zza pleców usłyszałyśmy znajomy głos:

– Cześć, dziewczyny!

– O! – ucieszyła się Dominika. – A my właśnie o tobie rozmawiałyśmy.

Sebastian zmienił się na twarzy.

– O mnie?

– Ojej, no co ty! – roześmiała się Dominika. – Przecież nie mówiłyśmy nic złego. Zastanawiałyśmy się po prostu, czy mógłbyś nas zapoznać z Lilką Cichowlas. Czy ja wiem, na przykład zaprosić ją do siebie? Bo tak się składa, że bardzo, bardzo chciałybyśmy ją poznać.

– Lilkę?

– Okej, powiem ci prawdę. Tak właściwie to chodzi o Maksa, jej brata.

– O Maksa? – Sebastian zmarszczył brwi i spojrzał uważniej.

– No tak, bo… Yyy, bo wiesz… – Wreszcie Dominika wyrzuciła z siebie: – Bo Ali bardzo zależy, żeby go bliżej poznać!

Coś takiego! Ładna mi „prawda”!

– Ej, Dominika!

Ale jej sprytny plan i tak na nic się nie zdał.

– Niestety, nie. Ostatnio jestem zajęty. Więc przykro mi, ale nie da rady. Teraz też muszę lecieć – rzucił Sebastian tonem, który nagle stal się oschły. Machnął niedbale ręką, wyminął nas i przyspieszył kroku.

– Ach – westchnęła Dominika. – Trudno, trzeba wymyślić coś innego. A swoją drogą, zauważyłaś, jak on się przez wakacje zmienił?

– Kto, Maks? – Poczułam się zmęczona. Ostatnio wszystkie rozmowy z Dominiką były związane z Maksem, a jeśli nawet dotyczyły innego tematu, w dziwny sposób i tak do Maksa prowadziły. Zupełnie jakby był morzem, w którym kończy bieg każda rzeka.

– Jaki Maks! – żachnęła się Dominika. – Ala, co z tobą? Przecież Maks chodzi z nami do klasy dopiero od września. Skąd mam wiedzieć, jaki on był przed wakacjami? O Sebastianie mówię.

Sebastian? Jasne, że się zmienił. Krótko po tym, jak skończyliśmy wspólną pracę nad projektem do konkursu o astronomii, przestał do nas przychodzić. Bliźniacy pytali nawet, czy się pokłóciliśmy. Dwa razy ja wybrałam się do niego, ale mówił, że „jest zajęty, uczy się”. Zawsze siedział z nosem w książkach, ale w wakacje? To kompletna przesada. Nagle przyszło mi do głowy coś, o czym wcześniej nie pomyślałam.

– Myślisz, że ma pretensje o to, że jednak nie wygraliśmy tamtego konkursu? Uważa, że to dlatego, że moje pomysły były kiepskie?

– Ala! Ja nie o tym mówię. Zmienił się w innym sensie. Chodzi mi o to, że…

Nim zdążyła wyjaśnić, co miała na myśli, dopadły do nas dwie dziewczyny z równoległej klasy.

– Cześć, Dominika. Cześć, eee… Nina?

– Ala – poprawiłam ją.

Druga dziewczyna nie bawiła się w żadne wstępy.

– Znacie tego chłopaka?

– Którego? Sebastiana?

Dziewczyny szybko wymieniły spojrzenia.

– OMG! – zapiszczała jedna z nich. – Więc ma na imię Sebastian!

Pociągnęła drugą za rękaw i obie, chichocząc, pobiegły za nim. Aż im plecaki podskakiwały i grzechotały.

Wlepiłam w Dominikę zdziwione spojrzenie.

– Właśnie TO miałam na myśli – stwierdziła. – Prawie wszystkie dziewczyny do niego wzdychają. Chyba to zauważyłaś?

Wyprowadziłam ją z błędu.

– Ala! Wygrał olimpiadę matematyczną, zaczął trenować karate i do tego uczy się grać na gitarze. Jest w szkole gwiazdą!

– I-i zmienił fryzurę – dorzuciłam, żeby nie było, że nie zwracam na takie szczegóły uwagi.

Dominika spojrzała na mnie tak, jakby na czubku głowy właśnie wyrosły mi czułki.

– Ala!… Akurat fryzurę to ma taką samą. Za to okularów już nie nosi. Pewnie ma szkła kontaktowe.

Rozdział 2Wielki talent

Tego dnia to do mnie należało odebranie bliźniaków ze szkolnej świetlicy. Od kiedy mama zapisała się na studia podyplomowe i więcej pracuje, dzielimy się z tatą tym i innymi obowiązkami. Na lodówce wisi nawet specjalny grafik. Mama wieczorami, a raczej nocami, czyta grubaśne książki o niemożliwie długich tytułach i pisze prace, a w co drugą sobotę i niedzielę jeździ na zajęcia. Nie wiedziałam, że dorośli ludzie – tacy, którzy pracują i mają rodziny – też jeszcze studiują. A mama wcale nie jest najstarsza w grupie. Oby cała ta nauka i dodatkowa praca się opłaciły i oby dostała ten awans, o który się stara.

– Jak było? – zagadnęłam idących obok mnie braci.

Odpowiedzieli zgodnym wzruszeniem ramion.

– Czyli w porządku? – upewniałam się.

– Oprócz tego, że Harry Portier odebrał nam kauczuk. Nie chce go oddać.

– Kto?

– Woźny. Nie wiesz, że tak na niego mówią?

– A, jasne. Wiem. – Gdzie tam. Chodziłam do tej samej szkoły, a nie miałam pojęcia.

– O, tam idzie Sebastian – zauważył Filip.

– Sebastian? Gdzie? – ucieszył się Leon.

Podążyłam wzrokiem we wskazanym kierunku. Sebastian szedł inną alejką w towarzystwie Szpilki. Zamaszyście gestykulując, coś jej opowiadał.

– Sebastian! Seba! – zawołał Leon, składając ręce w tubę.

– Ciiicho, nie wydzieraj się… – Wbiłam wzrok w ziemię. Niepotrzebnie się jednak martwiłam: Sebastian Leona wcale nie usłyszał.

Wyglądało na to, że ta parka idzie w tym samym kierunku co my, a ja nie miałam ochoty na nich wpaść. Próbowałam spowolnić chłopaków.

– Nie musimy od razu iść do domu. Nie chcecie pozbierać liści? Nie? To chociaż nacieszcie się widokami i podziwiajcie kolory.

– Widzieliście, co ta dziewczyna ma na głowie? Wygląda w tym jak jednorożec.

Nie o tych widokach i kolorach mówiłam.

– Nie pokazuj palcem!

Sebastian i Szpilka zatrzymali się przed przejściem dla pieszych, w miejscu, do którego i my zmierzaliśmy.

– Eee… Chcecie się przejść? – powiedziałam szybko. – O, tędy, wzdłuż bloku.

– Pójdziemy, jak nam po drodze coś opowiesz. Jakąś historię.

– Daj spokój, Leon. Innym razem.

– Kiedy?

– W grudniu po południu.

– Ala, opowiedz.

– Filip, nie nudź. Już jesteście za duzi na takie bajki.

– Wcale nie, z tego się nie wyrasta. – Leon zaszedł mi drogę i skrzyżował ręce na piersi. – Czemu już nie chcesz nic nam opowiadać? No, powiedz, czemu?

– Czemu, czemu. Bo nie.

Nie była to odpowiedź, która mogła zadowolić Leona. Nie zmienił pozycji i nie ruszył się o krok. On potrafi być uparty jak osioł. Zastanawiałam się już, czym go przekupić, gdy za plecami usłyszałam charakterystyczny terkot kółek i poczułam apetyczny zapach – te dwie rzeczy zwykle idą ze sobą w parze. Nie oglądając się, wiedziałam, kto się zbliża: nasza sąsiadka, pani Lucyna. Ją zawsze, jak migoczący pył wróżkę, otacza smakowity zapach.

– Dzień dobry, Alutka. Dzień dobry, chłopcy. Ze szkoły idziecie?

– Mhm. Dzień dobry. A pani do sklepu?

– Do klubu szachowego. Dzisiaj mamy rozgrywki.

– Mmm…! – pociągnął nosem Filip. – Co tak pachnie?

Sąsiadka zachichotała.

– Ciasto czekoladowe z polewą pomarańczową. – Wskazała na stojącą obok kraciastą torbę na kółkach, a my przełknęliśmy ślinę. – Pomyślałam, że w czasie turnieju ciasto się przyda.

– Dla osłody. – Pokiwałam głową. Właściwie to pomyślałam, że „na osłodę”, dla złagodzenia goryczy porażki. Zakładałam, że pani Lucynie nie pójdzie dobrze, bo przecież dopiero niedawno nauczyła się grać w szachy. Nie powiedziałam jednak tego głośno.

Pani Lucyna uśmiechnęła się filuternie i puściła oko.

– Dla