Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Pruszkowska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 1990
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jan Szczepański
Dopóki trawa rośnie, dopóki rzeki płyną
Dzieje plemienia Czejenów1835—1880
Ilustrował S. Rozwadowski
Czytelnik
Warszawa 1990
© Copyright by Jan Szczepański, Warszawa 1972
ISBN 83-07-02120-0
„Czytelnik”, Warszawa 1990, Wydanie II.
Ark. wyd. 9,4; ark. druk. 12,5.
Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca w Krakowie.
Zam. wyd. 812; druk. 9515/89
Printed in Poland
Ludzie Czerwonej Mowy
Na rozległych preriach na południowy zachód od rzeki Missouri pojawili się dopiero około 1676 r. Tak przynajmniej mówił Czarny Mokasyn, stary wojownik obejmujący pamięcią dzieje plemienia, strażnik, który przekazał tradycję przodków następnym pokoleniom.
Kiedy więc pojawili się na preriach, mieszkający tam Indianie Sioux (Siuksowie) powitali ich niezbyt przychylnie. Nie rozumieli mowy przybyszów. Nazwali ich więc w swoim języku Szahiena, co znaczy dosłownie: „ludzie czerwonej mowy”, czyli „ludzie mówiący niezrozumiałym językiem”*. Siuksowie bowiem mowę zrozumiałą nazywali mową białą, a niezrozumiałą – mową czerwoną.
Do historii Ameryki Czejenowie weszli jako najwięksi wojownicy wśród walecznych ludów, dla których śmierć na polu bitwy była śmiercią najbardziej zaszczytną. Wszyscy Indianie prerii byli wojownikami. Nawet spokojni Mandanowie, mieszkający w dużych domach krytych ziemią i uprawiający pola, umieli w razie potrzeby chwycić za broń. W wielu plemionach młody chłopiec stawał się mężczyzną dopiero po pierwszej zwycięskiej walce. Lecz spośród tych sławnych plemion, których nazwy uwieńczone zostały na pomnikach, sztandarach i w kronikach pułków amerykańskiej kawalerii, tylko Czejenowie zdobyli sobie przydomek „walczących” (the fighting Cheyennes). Niektórzy historycy mówią o nich także „nieszczęśliwi Czejenowie” – i nie bez racji, gdyż dzieje ich były tragiczne. Chcemy opowiedzieć o tych tragicznych dziejach walecznego ludu, o jego życiu i wojnach z innymi plemionami, które na rozległych równinach prerii polowały na bizony, walczyły o tereny myśliwskie, o sławę, o konie. O konie, których pojawienie się odmieniło życie wszystkich Indian. Dla Czejenów stanowiły one wielką wartość – rangę wojownika mierzono między innymi liczebnością jego stada.
Przywieźli je tu biali ludzie z dalekiej Europy. Już od 1540 roku ekspedycje hiszpańskie przemierzały konno południowe prerie. Stada koni, porzuconych lub zbiegłych po bitwach, po gwałtownych nocnych burzach czy starciach ze stadami bizonów, pod koniec XVII wieku stawały się własnością plemion indiańskich. Schwytane i ponownie oswajane przez Indian, rozmnażały się szybko w sprzyjającym klimacie, przy obfitości paszy. Indianie, dotychczas wędrujący pieszo szlakami stad bizonów, dosiadali teraz wierzchowców. Było to wielkim ułatwieniem w ich koczowniczym trybie życia. Koń zapewniał szybkość, pozwalał upolować tyle mięsa, że uprawa ziemi i inne sposoby zdobywania żywności stały się niepotrzebne. A walka, podczas której wojownik galopował na grzbiecie szybkiego pony, nabrała nowego charakteru.
Właśnie w okresie tych wielkich przemian przywędrowali na prerie Czejenowie. Przywędrowali pieszo. Jedynym zwierzęciem pełniącym rolę stróża i siły pociągowej oraz dostarczającym pożywienia – był pies. Czejenowie uprawiali kukurydzę i fasolę, nie mogli więc opuszczać ziemi od wiosny aż do zbiorów. Dopiero na jesieni wyruszali tropem bizonów, by do zapasów zebranych z pól dodać suszone mięso oraz zdobyć skóry – na ubrania, na pościel, na budowę tipi, które wznoszono na wysokich palach. Uzbrojenie ich stanowiły łuki i strzały o ostrzach z krzemienia, kamienne noże, maczugi i topory. Pod koniec XVII wieku zaczęli używać przedmioty z żelaza i stali: toporki produkowane i sprzedawane przez Hudson Bay Company oraz inne towarzystwa skupujące futra od Indian.
Czejenowie wiedzieli oczywiście o istnieniu białych, ale unikali ich, bo stary mądry szaman ostrzegał przed białymi twarzami, wróżąc, że spotkanie z nimi przyniesie śmierć i zagładę. Toteż do połowy XIX wieku przezornie nie spotykali się z białymi. Słynni podróżnicy Lewis i Clark nie mogli zrozumieć, dlaczego z taką trwogą uciekają przed nimi.
Ponieważ Czejenowie nie utrzymywali żadnych kontaktów z białymi i nie posiadali broni palnej, dlatego wypierani byli przez inne plemiona, zwłaszcza przez północnych Assiniboinów, uzbrojonych w strzelby przez Anglików z Kanady. W końcu jednak i Czejenowie zdobyli broń palną. Czarny Mokasyn tak opowiadał o tym białemu historykowi:
Pewnego roku późną jesienią plemię rozbiło obóz na urwistym brzegu rzeki płynącej wśród czerwonych skał. Nad rzekę wieczorami przychodziły stada bizonów i wkrótce wszystkie namioty i ziemianki pełne były suszonego mięsa.
Po pewnym czasie zauważono podejrzane ślady – Assiniboinowie musieli być gdzieś blisko. Plemię przeniosło więc swój obóz na inne miejsce, poniżej zakrętu rzeki. Tylko jedna stara kobieta, zajęta tłuczeniem kości i wydobywaniem smakowitego szpiku, pozostała w obozie, żeby skończyć pracę. Wieczorem, gdy ciemność okryła kolorowe skały i nad prerią zgasła zorza zachodu, kobieta zapaliła w swoim tipi łuczywo, nie przerywając roboty. Nagle uniosła się zasłona tipi – kobieta ujrzała zbrojnych w strzelby Assiniboinów. Zamarła z przerażenia wiedząc, że czeka ją niechybna śmierć. Lecz przybysze byli głodni i przede wszystkim rzucili się na zapasy mięsa. Tymczasem stara Indianka rozpaczliwie obmyślała sposoby ratunku. Wreszcie zdecydowała się: zatknęła na drąg kawał bizoniego łoju, wsadziła w płomień, a kiedy tłuszcz zaczął się palić, chwyciła drąg obiema rękami i z całej siły zatoczyła nim krąg przed twarzami wrogów. Rozżarzony tłuszcz skwiercząc rozprysnął się dokoła, a kobieta co tchu wybiegła z namiotu. Dopadła urwiska, rzuciła płonącą pochodnię w przepaść, sama zaś, niewidoczna w ciemnościach, przemknęła w bok. Rozwścieczeni Assiniboinowie zamroczeni bólem puścili się w pogoń. Nie znając terenu, pobiegli za światłem i wpadli do otchłani. Indianka szczęśliwie dotarła do obozu Czejenów, a o świcie sprowadziła ich nad brzeg przepaści. Na dnie wśród urwistych skał leżeli martwi Assiniboinowie. Czejenowie zabrali ich broń i w ten sposób zdobyli pierwsze strzelby.
Tradycja plemienna sławiła pamięć dzielnej kobiety, która nie tylko ustrzegła obóz przed napadem wroga i sama jedna zniszczyła napastników, lecz ponadto zdobyła dla plemienia tak pożądaną broń.
Uzbrojeni w „kije ogniste” przekroczyli Czejenowie Missouri. Na nowych terenach zetknęli się z plemionami posiadającymi konie, a dzięki pomocy i przyjaźni napotkanych Arapahów mogli się tu utrzymać i po upływie kilkudziesięciu lat mieli już własne stada. Polowali więc konno na bizony i wyruszali na wyprawy konne przeciwko wrogim plemionom Kiowów i Komanczów – na południe, Utom – na zachód, a Crow – na północ.
Życie Indian prerii odmierzały okresy polowań, zwłaszcza letnich – organizowanych podobnie jak wyprawy wojenne, które skupiały całe plemiona – okresy plemiennych uroczystości oraz pory spokoju zimowego, kiedy plemiona dzieliły się na mniejsze grupy, aby przetrwać zimę w miejscach osłoniętych, w możliwie najbardziej sprzyjających warunkach. Lecz między tymi okresami – zgodnie z respektowanym obyczajem – małe grupy młodych wojowników, którzy pragnęli się odznaczyć, a przede wszystkim zdobyć konie, urządzały wypady na tereny wrogich plemion. Wśród Indian prerii sztuka wykradania koni była równie wysoko ceniona, jak dzielność w walce.
Podstawą bytu Indian były polowania na bizony. Mięso tych zwierząt dostarczało żywności, skóra – odzieży i materiału na budowę tipi, ścięgna i kości – surowca do wyrobu przedmiotów użytkowych. Polowanie na bizony przed „epoką konia” polegało na płoszeniu stada i wpędzaniu go do wąwozu, do przygotowanego przedtem ogrodzenia lub do wody, gdzie wojownicy zabijali pojedyncze sztuki nożami. Gdy jednak Indianie dosiedli koni, technika polowania zupełnie się zmieniła. Zwiadowcy na szybkich rumakach przebiegali setki mil, a po wytropieniu stada wyruszali na polowanie zarówno mężczyźni, jak kobiety. Pod wodzą doświadczonych myśliwych otaczali stado, zaciskali pierścień i strzelali do bizonów z łuków, mierząc pod łopatki. Wymagało to doskonałego opanowania sztuki jeździeckiej, prowadzenia konia kolanami, niesłychanej zręczności i siły rąk. Trzeba było w biegu tak napiąć potężny łuk, aby strzała nie chybiła celu; zdarzało się, że przebijała zwierzę na wylot.
Gdy tylko wojownicy wyruszający na polowanie skryli się w tumanach kurzu wzbijanego kopytami pędzącego stada, kobiety spieszyły konno ich śladem, by zająć się oporządzaniem zdobyczy swoich mężów. Rozpoznawały ją po odmiennie znaczonych strzałach. Trzeba było ściągnąć skóry z zabitych zwierząt, pokrajać mięso na długie pasy, wycinać przydatne kości – po czym załadować wszystko na konie i przywieźć do obozu. Mięso – często zanurzane przedtem na kilka minut we wrzącej wodzie – wieszano na specjalnych rusztowaniach, aby schło na słońcu. Tak wysuszone można było przechowywać przez długi czas.
Polowania na bizony, organizowane przez całe plemiona, połączone były z wieloma ceremoniami. Traktowano je nie tylko jako okazję do zdobycia żywności, lecz także, dla wspólnych spotkań, ucztowania, tańców, przekazywania sobie opowieści o wielkich czynach. Były one również popisem siły, zręczności, umiejętności myśliwskich – słowem, dostarczały bogatych przeżyć i emocji. Wojownicy pędzący za stadami bizonów, niejednokrotnie dziesiątki mil, musieli bacznie uważać, by rozwścieczony czy ranny byk nie rzucił się na konia i nie rozpruł mu brzucha uderzeniem rogów. W takiej sytuacji jeźdźca uratować mogły tylko zręczność, odwaga i błyskawiczny refleks. Polowania były więc także znakomitą zaprawą do walki.
Umiejętności zdobyte podczas łowów Indianie wykorzystywali w potyczkach i bitwach z wrogimi sobie plemionami. Jeźdźcy szarżowali na siebie, kryjąc się za grzbietem lub pod brzuchem konia, starali się przeszyć wroga strzałą lub ugodzić dzidą. Pierwsi biali świadkowie walk indiańskich na preriach urzeczeni byli tym niezwykle barwnym widowiskiem: konie pomalowane na jaskrawe kolory, twarze i torsy prawie nagich wojowników również zdobione barwami wojny, w kruczoczarnych włosach długie pióra, na plecach wyszywane kołczany ze skór, w rękach łuki lub dzidy również zdobione piórami. Barwne grupy jeźdźców uderzały na siebie z krzykiem i wyciem, rozpraszały się po prerii, wzgórzach i wąwozach, by powracać znów i krążyć wokół siebie. Niekiedy wojownicy staczali między sobą pojedynki, ale miały one raczej charakter turniejów zręczności i odwagi; pokonany przeciwnik często ratował się ucieczką.
Plemiona były nieliczne, śmiertelność niemowląt wysoka, przyrost naturalny bardzo mały, toteż Indianie cenili sobie życie. Niemniej prowadzili ciągle walki i śmierć w walce uważali za najwyższy zaszczyt, zwłaszcza – w obronie własnego obozu, kobiet i dzieci. Czasami kilka plemion jednoczyło się, aby wyruszyć przeciw wspólnemu wrogowi. Przygotowaniom do takiej wyprawy towarzyszyły uroczyste obrzędy.
Zanim Indianie zdobyli broń palną, uzbrojenie ich składało się z łuku i strzał, maczugi lub kamiennego topora, noża, dzidy i okrągłej tarczy z bawolej skóry, ozdobionej piórami i rysunkami. Tarcza ta służyła raczej celom magicznym, była bowiem symbolem słońca. Przed atakiem na nieprzyjaciela wojownicy potrząsali nią, zwróceni twarzą do słońca, wzywając jego magicznej opieki.
Indianie prerii walczyli na ogół konno, ubrani jedynie w przepaski na biodrach, mokasyny i nieodłączne ozdoby z piór we włosach. Tylko niektóre plemiona używały jakby pancerzy ze skór bawoła lub antylopy, łączonych warstwami za pomocą kleju zmieszanego z piaskiem. Wśród Komanczów spotykano czasem pancerze zdobyte w XVII wieku na konkwistadorach hiszpańskich, a wśród innych plemion, między innymi Czejenów – kolczugi pochodzące z tego samego źródła.
Plemiona prerii posiadały swoistą organizację oraz ustalony wewnętrzny ład i dyscyplinę, której strzegła specjalnie wyznaczona straż. Składała się ona z doświadczonych wojowników, którzy pilnować mieli porządku i dbać o to, by przestrzegano poleceń i rozkazów wydawanych przez wodzów i radę plemienia. Czejenowie posiadali czterech wodzów równych sobie rangą i radę złożoną z czterdziestu wybieranych wojowników. Do jej obowiązków należało podejmowanie ważnych decyzji dotyczących całego plemienia – między innymi decydowała o tym, jak i gdzie powinny być rozbijane obozy. Miały one zazwyczaj kształt koła, a poszczególne rody stawiały swoje tipi na wyznaczonych im odcinkach. Pośrodku pozostawiano wolne miejsce dla przepędzania koni na pastwisko poza obrębem obozu. W samym centrum stał wielki namiot, w którym spotykała się rada.
Plemię indiańskie dzieliło się na gromady – które czasami nazywano klanami – łączące kilka rodów. Każda gromada miała własnego wodza. Oprócz gromad istniały specjalne organizacje wojowników, zwane niekiedy „braterstwami”. Miały one charakter bądź urzędowy, bądź militarny. W pierwszym przypadku przysługiwał im przywilej wykonywania pewnych obrzędów, np. specjalnych tańców przed polowaniem itp. W drugim przypadku – z organizacji tych wywodzili się przywódcy, którzy prowadzili grupy do walki w czasie wojny. Niektóre z tych militarnych związków ograniczały wiek przyjmowanych w swe szeregi wojowników. Jak zobaczymy później, odegrały one ważną rolę w historii Czejenów.
Wielkim poważaniem cieszyli się Indianie, którzy zdobyli sławę jako wojownicy. Najbardziej szanowane były tak zwane coup, to znaczy dotknięcie przeciwnika w walce, czasami nawet wyżej cenione niż zdobycie skalpu. Największym uznaniem cieszyły się wśród Indian te czyny, które świadczyły o odwadze, sile i zręczności. A więc zdobycie strzelby na wrogu, wykradanie koni, wreszcie sukcesy podczas polowań. Sztuka przemawiania i przekonywania była również wysoko ceniona, zwłaszcza u wodzów i członków rady. O zróżnicowaniu społecznym Indian decydował także posiadany majątek, a przede wszystkim liczba koni. Każda rodzina miała po kilka lub kilkanaście koni przeznaczonych do przewożenia dobytku, do polowania, a najlepsze służyły do wypraw wojennych.
Plemię posiadało dwie największe świętości: cztery strzały magiczne i kask wojenny ze skóry zdartej z rogatego łba bizona, ozdobiony piórami. Strzały zostały przekazane plemieniu przez Tais-tsis’tas, legendarnego bohatera, który w dalekiej przeszłości skupił plemię jako odrębną jednostkę. Wyposażone w wielką moc magiczną, miały chronić przed niebezpieczeństwem. Znajdowały się pod opieką specjalnego strażnika, a pełnienie tej funkcji było największym wyróżnieniem. Strzały i kask z pióropuszem zawinięte w skórę kojota trzymano w osobnym namiocie; pokazywano je tylko w czasie uroczystych ceremonii, gdy ich moc magiczna była specjalnie potrzebna, a więc przed wyprawami wojennymi, bitwami lub przy wyjątkowo ważnych okazjach. Kobietom nie wolno było na nie nawet spojrzeć. Niekiedy, gdy strzały zostały sprofanowane, dokonywano długich ceremonii ich odnowienia, polegających na tym, że ich kamienne groty przywiązywano nowymi ścięgnami i ozdabiano nowymi piórami. Niektórzy antropologowie sądzili, że święty kask zrobiony był ze skóry krowy i że stanowił raczej świętość kobiet, a używano go w ceremoniach związanych z polowaniem. Zachowały się jednak opisy, że posługiwano się nim w czasie walk, kiedy wódz kierujący bitwą wkładał go na głowę.
Strzały i kask, największe świętości plemienia, otoczone były kultem, wiązały się z nimi rozmaite obrzędy, na nie składano przysięgi. Utrata ich była traktowana jako zapowiedź zagłady plemienia. Skuteczność działania tych przedmiotów zależała od skrupulatnego przestrzegania reguł magicznych obrzędów. Niecierpliwi i zapalczywi wojownicy często jednak nie przestrzegali tych reguł, pozbawiając się w ten sposób korzyści płynących z ich mocy.
Czejenowie byli wprawdzie plemieniem wędrownym, ale nie zrezygnowali z uprawiania ziemi.
Po przybyciu na środkowe prerie urządzali polowania, przemierzając ogromne obszary nad rzeką Cheyenne (która od nich wzięła nazwę), nad północnym i południowym ramieniem Platte i nad Arkansas River, stanowiącą granicę ich wędrówek na południe. Z tych właśnie terenów po długich walkach wyparli na południe plemiona Kiowów i Komanczów, na północ zaś – Indian Crow, utrzymując zawsze przyjazne stosunki ze swoimi wypróbowanymi przyjaciółmi, Arapahami. Tutaj stawili czoło inwazji białych osadników i tu rozegrała się słynna wojna Czejenów w latach 1854—1878.
Nie byli oni plemieniem jednolitym: dzielili się na Czejenów południowych, żyjących na południe od Platte, i północnych, koczujących nad brzegami Cheyenne. Stale jednak utrzymywali łączność, zwłaszcza w okresach wielkich polowań, wypraw wojennych, wspólnych obrzędów i ceremonii.
Tyle ogólnych informacji o Czejenach, których dzieje chcemy opowiedzieć. A zaczniemy od czasów, kiedy żaden biały kronikarz nie zajął się jeszcze spisywaniem historii tego plemienia. Pamięć o nich przetrwała jedynie dzięki tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
Gdy nadszedł rok 1880, kiedy plemię zostało rozbite przez białych żołnierzy, a resztki jego zapędzone do rezerwatów, Czarny Mokasyn obawiając się, że nie będzie już miał komu przekazać opowieści o dawnych dziejach, postanowił opowiedzieć wszystko białym ludziom. A ich niepojęte czary sprawiły, że słowa jego ożywały w dziwacznych znakach na papierze. Otóż powiedział on białym, że jego plemię przed dwustu czterdziestoma zimami przeprawiło się po raz pierwszy poza mętne, rwące wody Missouri. Biali uwierzyli jego słowom, gdyż dokładność jego informacji potwierdzały prace Lewisa i Clarka, którzy w 1805 roku odbyli swą słynną wyprawę przez Północną Amerykę. Wierzyli więc biali słowom starca, a on przekazywał im tajemnice plemienia Czejenów, które po ostatecznej klęsce uległo zagładzie.
* Nazwę tę przyjęli potem Amerykanie, nazywając bohaterów naszej opowieści Cheyennes (wymowa: Sząjenne), skąd wywodzi się polska nazwa: Czejenowie.
Na ścieżkach wojny
Czarny Mokasyn opowiadał o latach swego dzieciństwa – o latach czterdziestych XIX w. Sam dobrze pamiętał zdarzenia z tych czasów, a poza tym przez wiele zim słuchał wciąż na nowo powtarzanych opowieści o czynach wojowników walczących z plemionami Komanczów, Kiowów, Paunisów i Crow.
Kiedy Czejenowie po raz pierwszy przekroczyli Missouri i zaczęli posuwać się na południe, tereny te opanowane były przez plemiona Komanczów i Kiowów. Kiowowie żyli i polowali w okolicach Black Hills nad rzekami Little Missouri, Powder i Tongue. Komańcze zajmowali tereny położone bardziej na południe. Pierwsze spotkania Czejenów z obu plemionami były przyjazne. Wkrótce jednak doszło między nimi do zatargów w czasie polowań na bizony i antylopy. Zdarzały się też starcia o konie, które Komańcze i Kiowowie zdobywali na południowych terenach, zajętych wcześniej przez Hiszpanów.
Tak czy inaczej – około roku 1835 Kiowowie i Komańcze zostali przez Czejenów wyparci na południe od Arkansas. Stąd, wraz ze sprzymierzonymi plemionami Apaczów, zapuszczali się na polowania aż po równiny Teksasu i Rio Grandę, a na wyprawy wojenne – nieraz aż do odległego Meksyku. Miały one na celu zagarnięcie koni, które pasły się tam wielkimi stadami. Konie zdobyte przez południowych sąsiadów były z kolei celem wojennych wypraw Czejenów. Czejenom natomiast konie kradli Indianie z plemion mieszkających na północy i zachodzie. Oczywiście były one również przedmiotem handlu, ale zdobycie, a także kradzież konia uważano za czyn honorowy i chwalebny, przynoszący młodemu wojownikowi nie mniejszą sławę niż zabicie wroga.
Pamięć o walkach z Indianami Crow, z którymi Czejenowie mieli wiele porachunków, zachowała się w plemieniu jako pamięć o wielkich zwycięstwach. Zaczęło się od wyprawy wojowników Związku Krzywej Lancy około roku 1835.
Pewnego dnia późnym latem trzydziestu dwu spośród nich wyruszyło na północ, by zdobyć konie, może nawet broń palną, którą północne plemiona otrzymywały od kupców angielskich w zamian za futra. Młodzi wojownicy pomalowali swe ciała barwami wojny; wyjeżdżając z obozu na szybkich mustangach, potrząsali tarczami w stronę słońca. Kobiety i dzieci patrzyły, jak znikają wśród wzgórz, jak tuman kurzu, wzbity kopytami, rozpływa się w szarej mgiełce wiszącej nad prerią.
Zwiadowcy jak zwykle – dwaj daleko na przedzie, dwaj inni po bokach – wypatrywali śladów obozu wroga. Co pewien czas pojawiali się gdzieś na szczycie wzgórza i umówionym sygnałem, powiewając derkami, dawali znać, że nie widać nic podejrzanego. Minęło kilka dni. Wyprawa znalazła się w górach. Porozumiewanie się ze zwiadowcami było teraz utrudnione. Czejenowie ostrożnie posuwali się dolinami, pilnie nasłuchując i śledząc każde poruszenie: lot ptaków, zachowanie zwierząt, z którego starali się wywnioskować, czy w pobliżu nie ma ludzi. Zwiadowcy zniknęli gdzieś na zboczach. Słońce mieli za plecami; jechali czujnie, byli przecież w kraju wroga, a instynkt mówił im, że wróg jest blisko.
Wyłaniając się zza zakrętu doliny, zobaczyli go przez chwilę tylko, lecz wyraźnie – o jakieś sto metrów przed nimi wojownik Crow osadził konia, gwałtownie zawrócił i ruszył galopem. Czejenowie natychmiast przeszli w cwał,świsnęły strzały i wojownik Crow zwalił się z konia. Otoczyli go podnieceni, rozgrzani pościgiem. Mieli nadzieję zasięgnąć języka, lecz było już za późno. Wojownik nie żył. Stłoczeni wokół niego, nie zauważyli, że zwiadowca stojący wysoko na zboczu daje im rozpaczliwe sygnały. A gdy wreszcie je spostrzegli, jednocześnie posłyszeli tętent setek kopyt i zrozumieli, że wąwozem górskim posuwa się cały obóz Indian Crow, zaalarmowany krzykiem i odgłosami pościgu.
Szybko na koń! Gnali z powrotem, na łeb, na szyję, dnem doliny, wśród krzaków, głazów, pod drzewami, leżąc płasko na grzbietach wierzchowców i od czasu do czasu oglądając się za siebie – w tętencie nieprzyjacielskich koni słyszeli śmierć. Już wyłaniają się zza zakrętu, już słychać wycie i głosy wołające o zemstę. Konie Czejenów są bardzo zmęczone, od wielu dni w drodze. Konie przeciwnika niedawno widocznie zeszły z pastwiska, są świeże i rwą szybko. Przywódca Czejenów, Jednooka Antylopa – nazywany tak na pamiątkę antylopy z wybitym okiem, którą upolował w młodości – bacznie rozejrzał się dokoła, szukając ratunku. Wyjście z doliny zamknięte było skalistym wzgórzem. Wódz zdecydował szybko: na tym wzgórzu, wśród skał, będą się bronić, może nawet uda im się wymknąć nocą. Krzyknął więc na swoich wskazując wzgórze i popędził wierzchowca dobywając z niego resztki sił, by wspiąć się na strome zbocze. Wojownicy posuwali się za nim zdyszani, z płonącymi oczami, gotowi na wszystko.
Szczyt wzgórza, nastroszony skałami i krzakami, górował wyraźnie nad okolicą. W lot zeskoczyli z koni, przywiązali je do krzaków, porwali łuki i strzały, a Jednooka Antylopa chwycił jedyną strzelbę, jaką posiadał ich oddział. Wojownicy wrogiego plemienia byli tuż-tuż. Wisząc u boku koni o rozdętych chrapach i rozwianych grzywach, z łukami lub lancami w ręku, parli z okrzykiem wojennym na zbocze. Czejenowie rozproszyli się wśród skał, przywarli do ziemi i z łukami w pogotowiu czekali cierpliwie na znak wodza. Jednooka Antylopa przyłożył kolbę do policzka. Gdy konie wrogów zaczęły wspinać się na zbocze, nacisnął cyngiel. A wraz z jego kulą rój strzał ugodził w napierających z bliska, ze śmiertelną precyzją. Czejenowie szybko napinali łuki. (Dobry łucznik, wypuściwszy do góry strzałę, mógł wystrzelić osiem następnych, zanim pierwsza spadła na ziemię). Napastnicy pod tym uderzeniem zawrócili w miejscu. Konie przewracały się, stawały dęba, szarpane dłońmi spadających jeźdźców. Fala wojowników odpłynęła i rozpierzchła się.
Ale wzgórze zostało otoczone. Wysoko na przeciwległych zboczach dwaj zwiadowcy Czejenów porozumieli się ukradkiem i po kilku godzinach, klucząc ostrożnie, spotkali się w miejscu, skąd można było obserwować okolicę. Sprawa wydawała się beznadziejna – obóz oddalony o wiele dni drogi, a oni tu, na wzgórzu, odcięci od wody, pozbawieni żywności. Pozostało im tylko walczyć do końca, by drogo sprzedać swoje życie.
Odparcie pierwszego ataku Czejenowie powitali triumfalnym okrzykiem. Lecz po kilku godzinach sytuacja stała się jasna. Indianie Crow atakowali ze wszystkich stron, zza krzaków i skał. Konie Czejenów padały jeden po drugim od ich strzał i kul. O ucieczce nie było mowy.
Wzeszedł już księżyc i oświetlił dolinę wśród gór, a walka wciąż toczyła się zajadle, w zupełnej ciszy. Ale czyż zręczność, chytrość i wytrwałość mogły się na co jeszcze przydać? Wojownicy Związku Krzywej Lancy nie spali całą noc, obawiając się zaskoczenia. Indianie Crow natomiast odpoczywali, pozostawiwszy tylko kilku swoich, aby niepokoili wroga.
Jeszcze o zmroku któryś z nich podpełzł do skały u szczytu wzgórza i ukryty za zębatym grzbietem celnymi strzałami zaczął o świcie kłaść Czejenów jednego po drugim. Gdy Jednooka Antylopa dostrzegł, skąd padają śmiertelne strzały, zaczaił się ze strzelbą gotową do strzału i kazał jednemu z Czejenów wysunąć pęk piór ponad krzak. Wojownik Crow, sądząc, że za piórami pojawi się głowa, uniósł się zamierzając strzelić – i w tej samej chwili kula Jednookiej Antylopy przebiła mu czoło. Czejenowie walczyli zażarcie przez cały następny dzień. Pod wieczór zabrakło im strzał, a Jednooka Antylopa miał już tylko cztery naboje. Potrafił jednak dokonać potężnych czarów. Zwrócił się twarzą ku słońcu zwisającemu nad horyzontem i wymawiając zaklęcia wystrzelił ostatnie naboje w stronę słonecznej tarczy. Każdemu strzałowi odpowiadał krzyk trafionego przeciwnika. Wielkie były czary Jednookiej Antylopy... Lecz nie mógł on stworzyć ani strzał do łuków, ani nabojów do swojej strzelby.
Krąg nacierających zacieśniał się coraz bardziej. Jednooka Antylopa zebrał pozostałych przy życiu Czejenów i zaśpiewał pieśń umierającego wojownika. Jego towarzysze zrozumieli. Przewiązali włosy nad czołem białymi rzemykami, zdjęli koszule ze skóry antylopy i leginy osłaniające nogi, pozostawiając tylko opaski na biodrach, odrzucili bezużyteczne już łuki i wyciągnęli noże. Zwiadowcy daleko na zboczu usłyszeli ich śpiew, spojrzeli po sobie i podeszli do koni. A wtedy ze szczytu wzgórza kilka brązowych postaci ogromnymi susami skoczyło na wrogów. Straszne było to starcie. Wkrótce zwycięski wrzask Crow zagłuszył ostatnią pieśń umierającego Czejena.
W wiosce plemienia Crow bębny huczały przez całą noc i brzmiała dzika pieśń tańczących nad trzydziestoma skalpami. Dwaj zwiadowcy Czejenów zaś mknęli jednostajnym galopem na południe, by zanieść ponurą wieść do swego obozu.
Przybyli o świcie. Nad białymi tipi nisko snuły się dymy. Powietrze było rzeźwe, na zeschłych trawach leżała rosa. Konie dobywały resztek sił. Wjechali w środek wielkiego kręgu i zatrzymali się przed namiotem rady. Bębny wezwały wodzów związków wojennych oraz wodzów poszczególnych rodów, rozpalono ognisko i zwiadowcy zdali relację z tego, co widzieli. Kobiety – matki, żony i córki zabitych wojowników – rozpuściły włosy i posypały je popiołem, ponacinały nożami ramiona i odeszły z ogromnym lamentem. Wodzowie zaś odbyli naradę. Nadchodziła jesień i trzeba było rozpocząć wielkie łowy, żeby zebrać zapasy żywności na zimę. Zemsta w sercu Indianina żyje długo, postanowiono więc wyprawę odłożyć do przyszłego roku, gdy prerie pokryje świeża trawa i konie znowu nabiorą sił.
Minęły zimowe miesiące, przyszła wiosna zemsty. Plemię uroczyście odnowiło cztery święte strzały. Zebrały się rozproszone rody i wyruszyły na północ, nad Powder River, gdzie rozbito obóz.
Indianie Crow spodziewali się ataku. Wiedzieli, że ciała trzydziestu wojowników wołają o zemstę i myśl o niej żyje w sercach Czejenów. Gdy tylko śniegi spłynęły z prerii, zwiadowcy zaczęli przebiegać południowe obszary, wypatrując nadciągających Czejenów. Wkrótce wyśledzili ich obóz. Na podstawie relacji zwiadowców wodzowie mogli wnioskować, że nie jest zbyt duży i wystarczy jeden silny oddział, by go zniszczyć.
Postanowili więc uprzedzić Czejenów i pewnego dnia wczesnym rankiem wielka gromada zbrojnych wojowników ruszyła w kierunku ich obozu. Jechali możliwie najciszej, by zaskoczyć wroga. Jeden z wojowników, znacznie opóźniony w stosunku do głównej grupy, która miała już za sobą spory szmat drogi, mknął wydłużonym kłusem, kierując się jej śladem – wyraźnym w świeżej trawie.
Zwiadowcy Czejenów też uwijali się po okolicy. Jeden z nich, Świszczący Łoś, posłyszał we mgle tętent konnego oddziału. Ruszył za nim ostrożnie, szukając okazji, by zlustrować i ocenić siłę Crow. Nagle usłyszał stukot kopyt biegnącego w pojedynkę konia. Przystanął wpatrując się uważnie w mgłę, a kiedy zamajaczył przed nim cień kłusującego wojownika, spiął wierzchowca, dopadł zaskoczonego wroga i jednym ciosem tomahawka zwalił go na ziemię. Potem chwycił cugle jego konia i zawrócił do swoich. Indianie Crow jechali powoli i ostrożnie, nie wiedząc, czy Czejenowie nad ranem nie zmienili miejsca obozowania. Zwiadowca Czejenów natomiast wiedział, dokąd jechać, i gnał co tchu. Wpadł do obozu, gdy wojownicy mieli właśnie wyruszyć na wyprawę, i zdał wodzom sprawę z sytuacji. Opowiedział, że Crow wyszli ze swego obozu, pozostawiwszy go bez ochrony. Natychmiast padły rozkazy: kobiety i dzieci mają zwinąć obóz i przenieść na drugi brzeg rzeki, by nie można go było łatwo odnaleźć, a całe siły wojenne Czejenów wyruszą w stronę obozu wroga.
Tymczasem wojownik Crow, ogłuszony tylko przez Świszczącego Łosia, po pewnym czasie odzyskał przytomność. Pamiętając, że został niespodziewanie zaatakowany przez Czejena, szybko popędził z powrotem, by ostrzec starców, kobiety i dzieci. Lecz w obozie nie dano mu wiary. Sądzono, że to pewnie ktoś ze swoich uderzył go we mgle przez pomyłkę. Gdyby zaatakował go Czejen, już by na pewno nie żył. Czejenów nie ma w pobliżu, a gdyby się tu nawet pokazali, wojownicy Crow napotkaliby ich i rozbili.
– Róbcie jak uważacie – odpowiedział wojownik. – Ja ostrzegałem, do was należy decyzja.
Po czym odszedł do swego namiotu, kazał go zwinąć, spakować dobytek i odjechał, a wraz z nim krewni, którzy uwierzyli jego słowom.
Tymczasem pod wieczór Czejenowie zbliżyli się do obozu plemienia Crow i w nocy go otoczyli. Był to duży obóz, liczący ponad sto tipi. Pozostało w nim niewielu wojowników, poza tym starcy, kobiety i dzieci.
Setki Czejenów owiniętych w derki, trzymając krótko konie, czekały z niecierpliwością świtu i hasła do ataku. Noc wlokła się długo. Było zimno i wyły kojoty. Gwiazdy wędrowały powoli, aż wreszcie na horyzoncie zarysowała się jasna smuga. Szarzało. Wodzowie dali znak. Z różnych stron zawyły nagle wilki – było to umówione hasło. Wycie szerokim kręgiem obiegło uśpiony obóz. Wojownicy otrząsnęli z siebie rosę, zwinęli derki, wskoczyli na konie, chwycili za broń. Preria zatętniła od huku kopyt.
Spadli na obóz jak lawina. Właściwie nie było walki. Mężczyzn wybito, kobiety i dzieci zabrano do niewoli, dobytek zrabowano. Czejenowie wyłapali także pasące się w pobliżu konie. Obóz Crow przestał istnieć. Tylko pewien wyrostek zdołał przemknąć się wśród napastników, dosiąść konia i pocwałować do swoich, którzy przez cały dzień bezskutecznie szukali obozu Czejenów. Dowiedziawszy się o napadzie i klęsce, wojownicy Crow zawrócili, ale na miejscu swojego obozu zastali tylko zgliszcza i ciała zabitych. Na prerii spotkali gromadę starych kobiet, które Czejenowie oszczędzili – nie zabili ich ani nie zabrali do niewoli. Tymczasem Ludzie Czerwonej Mowy byli już daleko. W triumfie wracali na południe.
Wieść o tej wyprawie obiegła prerię, a nawet została zanotowana przez białych kronikarzy. Niektórzy z nich, jak na przykład porucznik J. H. Bradley, pisząc o dziejach plemienia Crow twierdzili, że zginęło ich wówczas kilka tysięcy. Była to jednak przesada, gdyż nie starły się zasadnicze siły obu plemion. Crow nie stracili wielu wojowników, ciężkim natomiast ciosem dla egzystencji plemienia była utrata kobiet i dzieci. Nic więc dziwnego, że pragnęli odwetu. Toteż przygotowywali go starannie.
W obozie Czejenów było niemało jeńców, w wielu tipi nawet po czterech. Niektórym udało się zbiec i wrócić do swoich. Małe grupki Indian Crow ciągle krążyły na szybkich koniach w pobliżu obozu Czejenów. Było rzeczą oczywistą, że wojna nie jest zakończona.
Na płaskiej prerii nad Platte, niedaleko miejsca gdzie potem Amerykanie zbudowali sławny w dziejach Zachodu fort Laramie, wyrósł wielki krąg białych tipi należących do Czejenów. Na północy, w niewielkiej odległości od obozu, wznosiło się pasmo pagórków. W pobliżu nich rozbili namioty wojownicy Związku Psów, stojącego najwyżej w hierarchii związków wojennych plemienia Czejenów.
Pewnego dnia na grzbiecie wzgórza zauważono samotnego jeźdźca, który krążył po wzniesieniu i śpiewał. Czejenowie wylegli przed namioty i przyglądali mu się ze zdziwieniem, słuchając jego pieśni.
