Dobre uczynki - Agnieszka Krawczyk - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

 

Podobno Dobre uczynki wracają do nas po stokroć.

Dlaczego więc tak bardzo o nie trudno? Zwłaszcza, gdy uwagę zaprzątają własne sprawy:  zdrowie, rodzina, praca czy miłość. Nawet mieszkańcy Kamienicy pod Szczęśliwą Gwiazdą muszą się zmierzyć z nowymi wyzwaniami. Dla Heleny nie jest to łatwy rok: boryka się z problemami zdrowotnymi, kłopotami z mydlarnią i sytuacją rodzinną. Na jaw wychodzi szokująca tajemnica, która już na zawsze odmieni los bohaterki. Zbliża się moment próby dla wszystkich lokatorów – czy wyjdą z niego zwycięsko? Na pewno odkryją prawdę o sobie, której wcześniej nawet się nie spodziewali.

Dobre uczynki” to pełna magii opowieść o sile rodzinnych więzi, sąsiedzkiej pomocy i odzyskanej przyjaźni. A także o miłości, która cierpliwie czeka na swój czas, by rozświetlić nam życie.

Drugi tom sagi „Uśmiech losu", opisującej perypetie lokatorów Kamienicy pod Szczęśliwą Gwiazdą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 479

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


1.

Helena ocknęła się i przez chwilę nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Potem zobaczyła nad sobą bladą twarz Inki Plechy, a właściwie – doktor Balbiny Lewińskiej.

Jestem w szpitalu, a Inka obcięła mi cycek – przemknęło jej przez myśl i natychmiast wykonała nerwowy ruch dłonią, żeby się upewnić. Lekarka przytrzymała jej rękę.

– Nie ruszaj się. Wszystko jest w porządku. Operacja przebiegła zgodnie z planem, wykonałam zabieg oszczędzający i przesłałam już wycinek do badań.

– Akurat. Na pewno przy okazji urżnęłaś mi nogę. Słyszało się o różnych wybrykach chirurgów, wy to podobno lubicie – mruknęła pacjentka, a ulga zalała ją niczym fala ciepłego oceanu. Pozbyła się tego świństwa raz na zawsze. Już żaden obcy nie będzie w nieproszony sposób penetrował jej organizmu.

– Tak, oczywiście. Obcięłam ci jedną, ale na jej miejsce przyszyłam inną, tylko zgrabniejszą, albo od razu dwie, bo co sobie będę żałować – prychnęła Balbina, odgarniając blond grzywkę z oczu. – Jak się czujesz?

– Dobrze, zważywszy na okoliczności – westchnęła koleżanka, usiłując poprawić się na łóżku, ale było to niemożliwe. – Jestem słaba jak pluskwiak – poskarżyła się.

– To normalne po narkozie i operacji, musisz dojść do siebie. Porozmawiamy o wszystkim później, na razie wypoczywaj. Ofelia chce wejść na chwilę…

– Jasne, wpuść ją, na pewno zachowywała się niemożliwie i próbowała cię pouczać.

– Absolutnie nie. Po prostu niepokoiła się o ciebie, to chyba całkiem zrozumiałe.

Lekarka wyszła na korytarz i po chwili wróciła z Felą. Siostra miała przestraszoną, poszarzałą twarz i pełne lęku oczy. Helenie zrobiło się jej bardzo żal.

– Wszystko gra – uspokoiła ją. – Wciąż mam wrażenie, że doświadczam świata zza warstwy grubej waty, ale da się wytrzymać. Doktor, który mnie usypiał, był znakomity – cały czas żartował.

– Mamy świetnych anestezjologów – potwierdziła Inka.

– Dusicieli – uzupełniła pacjentka.

Siostra spojrzała na nią z przyganą.

– Hela, co ty w ogóle mówisz! Chyba wciąż bredzisz po narkozie.

– No co? To on tak powiedział. W ogóle facet w dechę. Nawet się nie zdążyłam przestraszyć.

– Właśnie o to chodzi. Zostawiam was, ale, Ofelio, nie siedź za długo, Lena musi odpocząć – poinstruowała Balbina. Starsza siostra skinęła głową. Chwilę wpatrywała się w młodszą z troską.

– Już dobrze? – spytała, a Helena potwierdziła.

– Mam wrażenie, że pozbyłam się tego dziadostwa, czuję taką lekkość, choć to może wyda ci się dziwne – przyznała z pewnym zażenowaniem. Jej rozmówczyni pokręciła głową na znak, że rozumie doskonale.

– Inka mówi, że wszystko się udało i nie było żadnych niespodzianek. Jest bardzo zadowolona. – Pocieszająco dotknęła dłoni chorej.

– Nie oszukujesz mnie? – Pacjentka zmierzyła ją wzrokiem.

– No coś ty!

Siostra wyglądała na zmęczoną. Oczy miała podkrążone, a twarz ściągniętą jakimś nerwowym grymasem.

– Ty też powinnaś odpocząć – rzuciła Lena. – Nie zamartwiaj się o mnie, najgorsze mamy już za sobą.

– Oby – mruknęła Fela i od razu ugryzła się w język, ale młodsza kobieta puściła to mimo uszu. Myślała o ciągłych bólach głowy starszej siostry i że właściwie powinna ją namówić, żeby poszła z tym do lekarza, a nie brała jakieś dziwne ziółka od zakonników z Podgórza. Zachciało się jej jednak spać i przymknęła oczy. To stanowczo nie był moment na takie rozmowy.

Ofelia poklepała ją dziarsko po ręce.

– Prześpij się teraz. Ja zadzwonię do mamy i Mirandy, bo na pewno tam już chodzą na rzęsach. Wszystko będzie dobrze. Jesteś dzielna dziewczyna.

– Teraz tak mówisz – odparła sennie pacjentka. – A jutro będziesz mnie sztorcować jak dawniej… Pamiętasz, Fela? Kiedy byłam mała, to jak chorowałam, zawsze byłaś dla mnie taka miła…

Helena zasnęła, a siostra chwilę jeszcze wpatrywała się w nią ze zmarszczonymi brwiami. Potem westchnęła i wyszła z sali zatelefonować do domu.

***

– Mirandziu, podaj mi krople! – zarządziła Sylwia zaraz po zakończeniu rozmowy. – Albo nie, moje dziecko. Lepiej otwórz kredens, tam na dole, i wyjmij koniak.

– Koniak, babciu? – zdumiała się dziewczyna.

– Tak, kochanie, to znakomicie wzmacnia serce. Nalej mi kieliszek. I sobie też przy okazji. Jesteś bardzo mizerna.

– Nigdy w życiu! Nie znoszę samego zapachu koniaku, nie mówiąc o piciu go. No i gdyby kierowniczka poczuła ode mnie alkohol… Wolę nie myśleć, co by się stało.

Miranda grzebała z zaangażowaniem w przepaścistym kredensie, ale mimo wysiłków nie mogła znaleźć trunku.

– Chyba nie ma – stwierdziła z rezygnacją, jednak zanurkowała raz jeszcze.

– Jest, jest. Kupiłam kiedyś na święta, więc na pewno został – zapewniała ją babcia.

Wnuczka wyciągnęła wreszcie butelkę, a wraz z nią wypadło jakieś pudełko. Była to stara bombonierka na okolicznościowe czekoladki, bo na wieczku widniał przewiązany odświętną wstążką bukiet czerwonych róż i napis: „Z powinszowaniem imienin”. Kartonik otwarł się, a jego zawartość wysypała na dywan. Młoda kobieta natychmiast zaczęła ją zbierać. Gdy tylko wzięła do ręki to, co wypadło z opakowania, spojrzała na babcię zdumionym wzrokiem.

– Listy? Do mamy? Wszystkie nieotwarte? – Chwilę obracała koperty w rękach, gdy Sylwia dopadła do niej i z niespotykaną energią wyrwała dokumenty.

– Zostaw to w tej chwili! Nie ruszaj! Znalazłaś ten koniak? To przynieś kieliszek, przecież prosiłam – strofowała babcia gderliwym tonem, zupełnie do niej niepodobnym.

Miranda posłusznie ruszyła w stronę witryny, w której przechowywały szkło, ale odwróciła się jeszcze. Starsza pani nerwowymi ruchami pakowała zawartość pudełka i chowała wszystko w głąb kredensu.

– Babciu… – zaczęła dziewczyna, ale Sylwia od razu się najeżyła.

– Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. Nic tam nie było! Zrozumiałaś?

Nawet Miranda wiedziała, że lepiej nie drążyć tematu. Obiecała sobie jednak przy najbliższej nadarzającej się okazji dokładnie przetrząsnąć kredens i obejrzeć tę bombonierkę. Co to były za listy i od kogo? Koperty wyglądały na strasznie stare i na pewno nigdy nierozcinane.

Babcia zmierzyła ją wzrokiem.

– Nawet nie próbuj mi tu grzebać. Zrozumiano? – powiedziała groźnie, a wnuczka potulnie kiwnęła głową, ustawiając na stole kryształowy kieliszek obok butelki. Sylwia opadła na krzesło i nalała sobie sporą lampkę.

– Postaraj się dzisiaj wcześniej wyjść z pracy. Pojedziemy do Helenki – poprosiła.

Miranda przytaknęła z zaangażowaniem. Bardzo chciała zobaczyć ciotkę. Poczuła niesłychaną ulgę, gdy matka zadzwoniła, że operacja się udała. W głębi duszy dziewczyna miała trochę żalu do Ofelii, że trzymała je z dala od szpitala. Obie z Sylwią tak się denerwowały i siedziały w domu jak na szpilkach. Miranda wyrywała się wprost z Gwiaździstej, gotowa warować pod drzwiami sali operacyjnej, byle tylko być na miejscu. Mama jednak kazała jej czekać i opiekować się babcią. Oczywiście, seniorka rodu miała problemy ze zdrowiem i należało oszczędzać jej wzruszeń, ale Ofelia zachowywała się tutaj zbyt kategorycznie. Przecież nic by się nie stało, gdyby wszystkie zjawiły się w szpitalu.

Dziewczyna westchnęła. Dyskusje z matką prowadziły donikąd. W niektórych sprawach (a może lepiej byłoby powiedzieć – w większości?) nie warto się było z nią spierać. Lepiej zrobić tak jak chciała, niż wdawać się w męczące awantury.

Sylwia zinterpretowała to westchnienie po swojemu.

– Mnie też bardzo ulżyło – stwierdziła, gładząc wnuczkę po dłoni. – Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam, kochanie. Nie jestem dzisiaj do końca sobą.

– Nic się nie stało. – Miranda zbagatelizowała sprawę. Chciała jeszcze coś dodać, ale rozległo się ciche stukanie do drzwi. Gdy je otwarła, ze zdumieniem ujrzała na progu matkę Zuzy.

Łucja Lorenc mieszkała w kamienicy przy Gwiaździstej od niedawna, a już zdążyła wzbudzić zainteresowanie prawie wszystkich lokatorów. Była kobietą, obok której nie dało się przejść obojętnie. Dystyngowana i piękna, o osobowości gwiazdy sceny, przyciągającej w sposób magnetyczny. Nawet Jacek Nowacki uległ jej urokowi i schlebiał na każdym kroku. Łucja miała w sobie coś zniewalającego, a jednocześnie jakąś władczość, która zmuszała innych do folgowania jej zachciankom. W każdym razie Nowacki poddał się całkowicie bez walki. Wystarczyło, że Lorenc spojrzała na niego swoim wymownym wzrokiem, a topniał jak wosk i był już na każdy rozkaz. Jak wyjaśniła Zuza zdumionej Mirandzie, matka tak właśnie działa na mężczyzn – owija ich sobie wokół palca, gdy oczywiście ma taki kaprys.

Nawet niezwykle krytyczna wobec wszystkich Ofelia musiała niechętnie przyznać, że Łucja jest nietuzinkową osobą. Z klasą i światowym obyciem.

– Przepraszam, że przychodzę o tej porze – powiedziała tymczasem matka Zuzanny z najmilszym ze scenicznych uśmiechów. – Wyłączyli chyba prąd. Czy mogłaby pani sprawdzić, co się dzieje?

Młoda kobieta pstryknęła kontakt i wszystko działało.

– Może to korki? – zastanowiła się głośno. – Zobaczę u pani na piętrze.

– Byłabym zobowiązana. Zuzia poszła na lekcje, a ja się kompletnie na tym nie znam.

– Babciu! Wychodzę na chwilę na górę – rzuciła Miranda do wnętrza mieszkania i ruszyła po schodach na poddasze. Pracownia profesora Stanisławskiego, byłego męża Łucji i ojczyma Zuzanny, wyglądała po remoncie naprawdę przytulnie. Sąsiadka nie mogła się napatrzeć na zmiany, jakie tutaj zaszły. Rafał Grudziński, współpracownik profesora w firmie budowlanej, dołożył wszelkich starań, żeby młodej matce z bliźniętami mieszkało się tu wygodnie i komfortowo. Niewielki lokal przerobiono więc funkcjonalnie i ze smakiem. Profesor, znany architekt i wykładowca uczelni, robiąc projekt, zostawił wszystkie elementy, które nadawały pracowni jej niepowtarzalny styl, a więc ozdobne belki podtrzymujące sufit i prześliczny kominek otoczony metalową kratownicą, ale znacznie unowocześnił wnętrze.

– Ależ śliczne miejsce – zachwyciła się jak zwykle Miranda.

– To prawda – z pewnym ociąganiem przyświadczyła Łucja. – To mieszkanko ma swój charakter. Ja co prawda wolę bardziej nowoczesne budownictwo, takie stare kamienice zawsze kojarzą mi się z grzybem, liszajem i wieczną wilgocią. No, ale tutaj jest naprawdę uroczo.

Mówiła tak, ale widać było, że nie jest przekonana do lokum córki. Miranda przysięgłaby, że artystka nie nawykła do takiego stylu życia. Adaptowany stryszek, choćby i najpiękniejszy, nie był spełnieniem jej marzeń. Ona na pewno gustowała w obszernych apartamentach w industrialnym stylu, gdzie nie ma ani jednego niepotrzebnego sprzętu czy kurzącego się bibelotu. Tak właśnie widziała nową sąsiadkę – jako kobietę wymagającą pewnych standardów, pobłażliwie podchodzącą do zachwytów innych, a przy tym nieco zimną i pozbawioną uczuć.

Już sobie wyobrażam, co powiedziałaby na nasze mieszkanie – pomyślała z humorem młoda kobieta i odwróciła się w kierunku skrzynki z korkami. Szybkim ruchem wcisnęła bezpiecznik i w kuchni rozległ się szum czajnika.

– O, już działa – ucieszyła się Łucja. – Naprawiła pani. Bardzo dziękuję.

– Nie było nic do naprawiania. Po prostu korek wyskoczył – wyjaśniła sąsiadka.

– Bardzo pani zdolna. Ja zupełnie się nie orientuję w tych sprawach. Kiedy mieszkałam w Gdańsku, musiałam zawsze wołać portiera. Wie pani, w moim budynku była recepcja i zawsze można było skorzystać z fachowej pomocy. Tutaj to co innego…

– Tutaj ma pani sąsiadów – podkreśliła Miranda. – To co prawda nie to samo co portier, ale także służymy wsparciem.

Widać było, że Łucji zrobiło się trochę nieprzyjemnie, ale nie skomentowała słów sąsiadki. Miranda ponownie rozejrzała się po pracowni.

– Przyjechała pani na dłużej? – spytała, jak to ona, mało dyskretnie, a śpiewaczka się obruszyła.

– Jeszcze nie wiem, nie skonkretyzowałam swoich planów. Chcę pomóc Zuzi.

– Dostała taką świetną propozycję pracy. Uważam, że to bardzo ładnie z pani strony – zapewniła młoda sąsiadka. – Zuza bardzo panią kocha – dodała po chwili, a Łucja aż uniosła głowę ze zdziwieniem.

– Tak powiedziała? – spytała niepewnie, a Miranda przytaknęła z zaangażowaniem.

– Często o pani mówi. Myślę, że jest do pani bardzo przywiązana.

– Przywiązana… – powtórzyła śpiewaczka i zerwała się od stołu, jakby sobie o czymś nagle przypomniała.

– Może napije się pani ze mną herbaty? Albo kawy?

– Nie, nie. Przepraszam, ale będę już lecieć. Może innym razem. Moja ciotka, Helena, miała dzisiaj operację i chcemy jechać z babcią do szpitala. Muszę iść jeszcze do pracy, zwolnić się na popołudnie i wszystko pozałatwiać.

– Operację? Czy to coś poważnego? Nie chcę naciskać, ale może mi pani powiedzieć, jestem dyskretna.

– To nie jest tajemnica, Zuza wie o wszystkim. Hela miała operację guza piersi. Lekarze zapewniają, że wszystko się udało bez powikłań. Teraz trzeba tylko czekać na wyniki badania wycinka, to z pewnością będzie nerwowy czas.

– O, nie miałam o tym pojęcia. Cieszę się jednak, że zabieg zakończył się powodzeniem. Trzymam kciuki, żeby było dobrze. Proszę pozdrowić ciocię.

– Dziękuję. Może pani przekazać Zuzi, jak wróci, że Helena już jest po zabiegu i dobrze się czuje. Jesteśmy pozytywnie nastawione.

– Słusznie. Nie należy do siebie nawet dopuszczać myśli o porażce – stwierdziła Łucja, a Miranda spojrzała na nią bystro.

Dlaczego w takim razie Lorenc przestała śpiewać? Skoro ma na zawołanie takie znakomite recepty, czemu sama ich nie stosuje? – przemknęło przez głowę dziewczyny, ale się nie odezwała. Uśmiechnęła się tylko miło i zeszła na dół.

Matka Zuzanny zaparzyła sobie mocną kawę i zapaliła papierosa. Niby wiedziała, że nie powinna tego robić w domu, ale szybko się rozgrzeszyła. Dzieci przebywały w żłobku, a do ich powrotu zdąży wywietrzyć. To mieszkanie naprawdę jest absurdalne – ani tarasu, ani nawet porządnego balkonu. Zaledwie jedno okno z dużym przeszkleniem. Ciemna nora. Nie przywykła do takich spartańskich warunków. Trzeba będzie stanowczo coś z tym zrobić.

Rozmowa z gadatliwą i dosyć bezceremonialną sąsiadką uzmysłowiła jej, że pora podjąć ważne decyzje. Sytuacja, jaką zastała w Krakowie, przerosła jej oczekiwania. Przyjechała tu z postanowieniem, że pomoże Zuzi, bo jest jej coś winna. Nie spodziewała się jednak, że tak to wygląda.

Przede wszystkim, w Centrum Koncertowym dyrektorem był Leon Dworak, o czym nie miała wcześniej pojęcia. Łucja nie na żarty obawiała się, czy córka nie przyjęła tej propozycji ze względu na byłego kochanka. Jeżeli będzie chciała do niego wrócić? Śpiewaczka wykorzystała swoje kontakty w branży artystycznej i zdołała ustalić, że mężczyzna nie rozwiedzie się z angielską żoną. Taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę. Łucja nie przyznała się do tego swej jedynaczce, ale spotkała się z nim w tajemnicy, by wybadać sytuację. Leon nie pozostawił złudzeń w tej kwestii. Będzie łożył na dzieci, ale jego sytuacja rodzinna pozostanie bez zmian. To Belinda Carson jest jego żoną. Artystce ciarki chodziły po plecach na myśl o tym, że jej latorośl mogłaby drugi raz wplątać się w równie okropną historię. Miała prosty plan – namówić Zuzannę do rzucenia tej pracy i przeprowadzki z dziećmi do Gdańska. A jeśli nie do Gdańska, to może do Warszawy? Matka zaczęła już badać grunt w stolicy. Może dałoby się załatwić dla młodej pianistki jakieś miejsce w zespole? Najwyraźniej dojrzała już do tego, żeby wrócić do pracy, do koncertowania. Dla dzieci można by wziąć opiekunkę, jeżeli Dworak dotrzyma słowa i będzie pokrywał część kosztów, na pewno uda się to wszystko załatwić. Łucja także dysponuje sporym majątkiem, no i przecież znajdzie zajęcie w Warszawie…

Tak to sobie obmyśliła i liczyła, że młoda kobieta, po pewnych wahaniach i delikatnych perswazjach, w końcu się zgodzi. Bo to przecież była najlepsza opcja. Zamierzała jednak przeprowadzić wszystko przebiegle i chytrze, aby dziewczyna nie czuła się do niczego przymuszana, a wręcz przyjęła ten plan jak swój. Śpiewaczka nauczyła się już bowiem – i było to dla niej nowe doświadczenie, bo rzadko brała pod uwagę zachcianki innych – że Zuza jest uparta jak osioł. Nie znosi żadnych nacisków, gorliwego namawiania i rozkazów.

Niestety, wyglądało na to, że jej cudowny pomysł spalił właśnie na panewce. Wynikła bowiem sprawa tego dobrego uczynku. Idiotycznego dobrego uczynku – jak podkreśliła w myślach Łucja.

Cała historia wydawała się jej absurdalna. Jak z jakiegoś filmu czy powieści. Wprost nie mogła uwierzyć, że jest prawdziwa, ale zobaczyła dokumenty, które podpisała Zuza, no i Edmund. Właśnie to wydało się jej najdziwniejsze – że były mąż wyraził zgodę na coś tak groteskowego.

Dobre uczynki! Po prostu śmieszne. Śpiewaczka zaciągnęła się papierosem i po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, jak to właściwie ma wyglądać. Lokatorzy kamienicy przy Gwiaździstej – jej były mąż i córka, te biedne kobiety z pierwszego piętra (w tym ta nieszczęśnica chora na raka), bufonowaty gburek z parteru, zwariowana starowinka oraz para zarozumialców z pieskiem – będą na wyścigi szukać jakichś ofiar losu, dla których zrobią coś dobrego? Wątpliwe, czy ktoś im w ogóle za to podziękuje. Takie wymuszone szlachetne czyny raczej nie spotykają się z miłym przyjęciem. Temu donatorowi chyba brak piątej klepki – podsumowała, gasząc papierosa i biorąc do ręki filiżankę z kawą.

Ja bym się nigdy na to nie zdecydowała, nawet gdybym miała dostać w zamian mieszkanie – powiedziała do siebie. Obrzuciła pracownię krytycznym spojrzeniem i po raz kolejny przyznała, że dziwi się Edmundowi. Zgodził się chyba wyłącznie dlatego, że to miejsce miało związek z jego opozycyjną przeszłością. Nie potrafiła sobie tego inaczej wytłumaczyć.

Ciekawe, jaki szczytny postępek zamierza zrobić jej były mąż? Ogromnie ją to intrygowało. Nie żeby uważała Stanisławskiego za złego człowieka. Uczciwie musiała przyznać, że był szlachetny i dobry. Przez cały czas trwania ich małżeństwa czuła jednak jakąś pustkę. Trudno jej właściwie było stwierdzić, co tak naprawdę tworzyło tę barierę między nimi, która nie pozwalała im się zbliżyć. Brak ciepła? Wspólnych zainteresowań i dążeń? Może to straszne, ale Łucja uświadomiła sobie, jak niewiele ich łączyło, jak mało o sobie wiedzieli. Nie dbali o swoje potrzeby, każde miało własny świat. Smutne.

Chyba po raz pierwszy w życiu, na strychu dawnej pracowni byłego męża, śpiewaczka zdała sobie sprawę, jak jałową pustynią było do tej pory jej życie. Niby pełne ludzi, blasku sławy i podziwu tłumu, a jednak miałkie. Gdy podsumowała wszystkie dotychczasowe chwile, nie zostało z nich wiele. Jak woda przepływająca przez palce. Garstka mało istotnych wspomnień, które już właściwie zacierały się w pamięci, nie pozostawiając żadnych pozytywnych odczuć. Adoracja widowni, oklaski i pochwalne recenzje to nie jest coś, z czego można czerpać – uświadomiła sobie. To są sprawy ulotne i krótkotrwałe. Przynoszą dumę i zadowolenie, owszem, ale nie trwają wiecznie. Nie można na nich budować swego szczęścia i poczucia spełnienia. Tak naprawdę nie miała nic i przeraziło ją to.

Pomyślała, że właściwie rozumie pomysłodawcę tego dziwnego wyzwania. A jeśli i on także zrozumiał, że niczego nie posiada? I w tej ostatecznej chwili zapragnął zrobić coś znaczącego. Zapoczątkować łańcuch dobra? Od jednego dobrego uczynku narodzi się drugi, a od niego inny i w ten sposób powstanie sztafeta, która przebiegnie przez świat. Może to zapełni próżnię i da ludziom radość? Sklei się pęknięte naczynie, którego naprawy zaniedbało się we właściwym czasie. Bo nigdy nie jest za późno, aby zrobić coś szlachetnego?

Zmiany w świecie należy zacząć do siebie – mruknęła Łucja nad resztką kawy. – Ile razy to powtarzałam innym, ale sama w to nie wierzyłam. Chyba wreszcie czas zacząć żyć wedle własnych maksym. Łatwo jest dawać dobre rady innym. Trudniej samemu je zastosować, a najtrudniej – przekonać się do nich, uwierzyć, że mają sens.

Westchnęła. Szlachetne postępki… Czy to wszystko nie okaże się bardziej uciążliwe, niż się z pozoru wydawało? Gra, w którą wciągnął mieszkańców kamienicy tajemniczy dobroczyńca, mogła tak naprawdę okazać się groźną pułapką. Niebezpieczną, bo odsłaniającą prawdę o nich samych, taką, której nie chcieli wcale znać. I nie byli na nią gotowi.

2.

– Listy? Jakie listy? – Helena nie rozumiała. Po trzech dniach została wypisana ze szpitala. Jak wyjaśniła jej przy wyjściu Balbina, musiała teraz czekać na wynik badania histopatologicznego i przygotować się do radioterapii. Najpierw miała mieć tomografię z udziałem fizyków medycznych, których zadaniem było obliczenie rozkładu dawki promieniowania. Mogło minąć nawet kilka tygodni, zanim zaczną się napromienienia. Na razie trzeba było więc uzbroić się w cierpliwość. A Lena się denerwowała, że w tym momencie nic się nie dzieje. Chciała rozpocząć leczenie już, natychmiast, żeby nowotwór nie powrócił. Balbina uspokajała ją, że harmonogram, który jej przedstawiła, to normalna i standardowa procedura.

Po operacji oszczędzającej niepotrzebna była nawet rehabilitacja ręki, Helena mogła więc zająć się wyłącznie rekonwalescencją i zbieraniem sił przed dalszą terapią. Siedziała jednak jak na szpilkach, kreśląc w myślach najróżniejsze scenariusze. Dlatego właśnie Miranda powiedziała ciotce o dziwnym znalezisku. Żeby oderwać jej myśli od choroby, rokowań i kolejnych etapów działania.

– Leżały w bombonierce – tłumaczyła.

– Co ty w ogóle gadasz? – obruszyła się rozmówczyni.

– Wypadły, gdy szukałam koniaku. Były tutaj. Pudełko miało na wieczku róże. Przetrząsnęłam potem kredens wzdłuż i wszerz, gdy babcia poszła spać, ale kamień w wodę. Musiała zabrać, gdy byłam w pracy. Schowała je przede mną.

– Zaraz, zaraz. – Helena zmarszczyła brwi. – Jakie listy? Do Ofelii? Dobrze widziałaś?

– Znakomicie. Wypadł cały plik listów do mamy, bardzo starych. Koperty były już pożółknięte. Nikt ich nie otwierał, sprawdziłam dokładnie, bo odwróciłam ten pakiet, zanim babcia mi wyrwała.

– Mama wyrwała ci te listy? – zdumiała się ciotka.

– No właśnie. Była zdenerwowana jak nigdy. Ona się w ogóle tak nie zachowuje. Potem mnie nawet przepraszała.

– Dziwne. A nie wiesz przypadkiem, skąd była ta korespondencja? – Helena zmarszczyła brwi.

– Nie miałam czasu się przyjrzeć, ale znaczki na pewno były zagraniczne. I powiem ci coś jeszcze… – Urwała niespodziewanie.

Helena wlepiła w nią ciekawe spojrzenie.

– No! – popędziła. – Strzelaj!

– Moim zdaniem one pochodziły z Francji. Zorientowałam się po znaczkach właśnie, bo stempli nie zdążyłam odczytać.

– Ciekawe – mruknęła ciotka.

– Prawda? Tylko dlaczego te koperty były zaklejone? Mama nie chciała przeczytać listów?

– Jesteś pewna, że wszystkie były zalepione? Może skleiły się przypadkiem, ze starości – zastanawiała się starsza z kobiet. Siostrzenica gwałtownie pokręciła głową.

– Na pewno nikt ich nie otwierał. Dobrze widziałam. One były nietknięte. Ciekawe, dlaczego babcia trzymała je tyle lat i czemu zareagowała tak gwałtownie, gdy wypadły?

Na to pytanie właścicielka mydlarni nie znalazła odpowiedzi, więc obie milczały chwilę.

– Interesuje mnie co innego – powiedziała ciotka po pauzie. – Pamiętasz, jak Ofelia wypytywała notariusza, czy nasz dobroczyńca mieszka w Paryżu?

Miranda zmarszczyła brwi.

– Tak! Faktycznie, pytała o to. Też byłam zdziwiona, skąd przyszedł jej do głowy taki pomysł. Czemu akurat Paryż.

– Może dlatego, że Tymon Ilnerski osiadł w tym mieście, a ona podejrzewa, że to właśnie on jest naszym tajemniczym donatorem.

– Myślisz, że to mogą być listy od niego? – wtrąciła siostrzenica podekscytowanym głosem. – Też o tym pomyślałam! Ale w takim razie, czemu nie były otwarte? – Kręciła głową w zdumieniu.

– Może o nich nie wiedziała? – rzuciła Helena.

Ta oczywista prawda była jedynym wytłumaczeniem i podświadomie obie skłaniały się do takiego rozwiązania. Korespondencja była zatajana przed Ofelią, a listy w jakiś sposób przejmowane, zanim trafiły do jej rąk.

– No, ale… – zaczęła Miranda.

– To oznacza, że ktoś je przed nią chował. Mama lub ojciec – uzupełniła Lena. – Pytanie tylko – dlaczego to robił?

– Bo była już mężatką? I nie chcieli jej komplikować życia? Sama słyszałaś, że Ilnerscy wyjechali w stanie wojennym – podrzuciła siostrzenica.

– Uciekli – uściśliła druga z kobiet. – Tak, mogło o to chodzić. Tymon przypomniał sobie o dawnej sąsiadce i zaczął do niej pisać, a mama uznała, że to może zamieszać Feli w głowie. W sumie dziwna historia, nie przeczę. I straszliwie niepodobna do mamy…

– Myślisz, że powinnyśmy to ujawnić? – zapytała Miranda, a ciotka wzruszyła ramionami.

– A mamy jakieś dowody? Gdzie są te listy? Poza tym tylko domyślamy się, że to Tymon Ilnerski jest nadawcą.

– Oczywiście, że to wyłącznie spekulacje, zdaję sobie sprawę. Ale korespondencję można odzyskać. Pewnie babcia schowała ją gdzieś u siebie. Gdybyśmy poszukały… – kusiła młoda kobieta.

Lena spojrzała na nią z niespotykaną surowością. Siostrzenica aż skurczyła się pod tym karcącym wzrokiem.

– Mirando, są pewne granice. Nie będziemy robiły rewizji we własnym domu – oświadczyła twardo.

– Helu, nie rozumiem, dlaczego babcia jej po prostu nie odda tych kopert. Może pogadajmy z nią o tym? – prosiła dziewczyna, ale jej rozmówczyni nie była przekonana do pomysłu.

– Już próbowałaś to robić, prawda? Ale jasne, nie zabraniam ci tego, byle jej tylko nie zdenerwować jeszcze bardziej. – Ciotka wzruszyła ramionami.

Miranda nie rozumiała.

– Chcesz to tak zostawić?

– A co nam innego pozostaje? Jeżeli mama nie będzie chciała nic z tym zrobić, to w jaki sposób możemy ją zmusić? Wyobrażasz sobie, jaka byłaby afera, gdybyśmy wywlekły tę historię przy niedzielnym obiadku? Mama ukrywa jakieś stare listy, Fela dostaje szału. A może to wcale nie ma znaczenia?

– A jeśli ma? – Siostrzenica się upierała.

– Tego przecież nie wiesz. – Helena zachowywała się tak, jakby chciała zbagatelizować całą sprawę. Zdumiało to Mirandę, uważającą ciotkę za osobę ciekawą świata, która nie spocznie, zanim nie rozwiąże zagadki.

– Naprawdę ci na tym nie zależy? – zdziwiła się więc głośno.

Kobieta westchnęła.

– Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale odkąd zachorowałam, widzę pewne rzeczy inaczej. Nie chcę uszczęśliwiać ludzi na siłę. Rozumiem, że mamą kierują jakieś osobiste racje. Nie wiem, jakie, ale nie zamierzam ich tak ostro oceniać, skoro nie znam kontekstu. Zaczekajmy, niech się same ujawnią. Liczę na to, że mama zechce jakoś zareagować, skoro ty już znalazłaś tę bombonierkę i mleko się samo wylało.

– Wcale nie jestem pewna. Jeśli przez tyle lat utrzymywała tajemnicę, to może nie chcieć tego wyciągać na światło dzienne. Myślę, że w związku z tym trzeba powiedzieć mamie. A w każdym razie spróbować namówić babcię…

– To namawiaj – przerwała Helena. – Ale odradzam grzebanie w jej rzeczach. Jeśli zadała sobie trud i przeniosła to pudełko, to widać ma powód. Zapewne lepiej nie ruszać całej tej sprawy.

– Nie poznaję cię, Hela. Ty, zawsze taka bezkompromisowa, nagle chowasz głowę w piasek – zirytowała się siostrzenica.

– Chowam głowę w piasek? Z powodu kilku starych listów z bombonierki? Co ty w ogóle mówisz? Bo nie chcę prowadzić jakiegoś dziwnego dochodzenia?

– Normalnie byś chciała. Ciekawiłoby cię to. Wyskakiwałabyś ze skóry, dociekając, o co właściwie chodzi. – Miranda patrzyła na nią zawiedzionym spojrzeniem.

Helena się zawahała. Jak miała wyjaśnić młodej krewnej to, co było tak oczywiste? Ona sama ukrywała swoją przypadłość przed rodziną. Bała się ich reakcji, ocen, a także – i może przede wszystkim – dobrych rad. Nie chciała jeszcze i z tym się zmagać, skonfrontowana z ciężką dolegliwością. A przecież nie wstydziła się choroby, nie bała się o niej mówić. Pragnęła jedynie przejść to po swojemu, bez niepotrzebnych wzruszeń, i dlatego zwlekała. Może matka ma podobne opory? Nauczona własnym doświadczeniem, przyrzekła sobie nie oceniać zbyt szybko innych, nie komentować krytycznie ich wyborów.

Westchnęła teraz i powiedziała pojednawczo:

– Nie ukrywam, że jestem ciekawa, dlaczego mama ukryła przed Felą te listy. Czy uważała tę znajomość za niestosowną i o co właściwie chodziło. Ale, Mira, minęło już tyle lat. Wydaje ci się to w tej chwili tak istotne?

– Uważam, że owszem. A jeżeli to Ilnerski jest właścicielem naszego domu? – przekonywała siostrzenica.

– To co? Łatwiej będzie spełnić szlachetny uczynek? Znajdziesz w tych nierozpieczętowanych listach jakąś wskazówkę? Poza tym w jaki sposób Ilnerski może być właścicielem? Oni mieszkali tutaj na takich samych zasadach jak my – mieli przydział od miasta – tłumaczyła spokojnie ciotka, ale Miranda nie przyjmowała tego do wiadomości.

– A jeżeli pochodzili z rodziny tego kuzyna, o którym mówił stary Blajerski? Tego, który miał przechować w czasie wojny dziecko Mincerów w zamian za dom. – Wstała i zaczęła chodzić wokół stołu, wymachując rękami, co czyniła zawsze w zdenerwowaniu.

Helena pokręciła głową w zadumie.

– Czy ty nie formułujesz zbyt daleko idących wniosków na podstawie kilku listów, które przypadkiem wypadły ze starego pudełka? Nie masz wrażenia, że to naciągane domysły?

– A ja wciąż nie rozumiem, czemu ciebie to kompletnie nie interesuje. – Młodsza kobieta zirytowała się nie na żarty.

– Bo nabrałam wstrętu do wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Mówiąc otwarcie, nie chcę bardziej martwić mamy. Obawiam się, że jeśli zaczniemy ją wypytywać o te listy, drążyć sprawę, to się zdenerwuje i będzie się zadręczać. Nie wiem, jak mogłybyśmy to zrobić dyskretnie, a przeszukiwanie jej pokoju nie wchodzi moim zdaniem w grę. To jest granica, której ja nie przekroczę, Mirando, i tobie też nie radzę.

– Nie zamierzam tego robić – zapewniła ją siostrzenica. – Myślałam, że może leżą tam gdzieś, no wiesz, na wierzchu…

Ciotka popatrzyła na nią przeciągle.

– Mira, mamy mnóstwo zmartwień. Moja choroba, ta sprawa z kamienicą. Powiem ci szczerze – nie chcę, żeby mama przypłaciła to zdrowiem albo i życiem. Z tego, co opowiadałaś, wynika, że bardzo się przejęła, gdy te koperty wypadły z bombonierki, a ty zaczęłaś wypytywać…

– Chcesz udawać, że nic się nie stało? – Siostrzenica była niesamowicie rozczarowana, a Helena przytaknęła.

– No dobrze – powiedziała z ociąganiem Miranda. Postanowiła jednak nie odpuszczać. Miała swój plan i chciała wprowadzić go w życie.

– O czym tak dyskutujecie? – spytała Sylwia, wchodząc do salonu, jakby na zawołanie.

– Obgadujemy Olesińskich – wypaliła natychmiast wnuczka. – Marta podała mi rano grafik prac ogrodowych. Proszę, tutaj jest. – Wyciągnęła kartkę w kierunku babci.

– Pokaż no – zażądała Helena, zanim starsza pani zdążyła się przyjrzeć. – Może to i dobrze, że mamy jakiś harmonogram. Ja się w sumie na tym nie znam, ale takie zajęcia wymagają systematyczności.

Sylwia spojrzała na nią spod oka, jakby chcąc zauważyć: „i kto to mówi?”, bo Lena raczej dotąd nie grzeszyła konsekwencją. Nie odezwała się jednak. Córka uważnie badała plan sporządzony przez sąsiadkę.

– Choć nie lubię Olesińskiej i sądzę, że ma źle w głowie, to trzeba uczciwie przyznać, że rozdzieliła wszystko sprawiedliwie – oceniła Helena. – Nikt nie jest poszkodowany.

– Za chwilę ty będziesz poszkodowana – mruknęła Miranda. – Słyszałam od Klary Pieniążkiewicz, że do rejenta Zawilskiego wpłynęło kilka podań o lokal w podwórku.

– Aż kilka? – zaniepokoiła się zagadnięta. – Myślałam, że tylko Marta i Jacek się zgłosili.

– A ty napisałaś, córeczko? – zatroskała się Sylwia, która dobrze wiedziała, jak młodej kobiecie zależy na tym pomieszczeniu.

– No tak, wysłałam pismo, zanim poszłam do szpitala. Cóż ja mogłam więcej w nim zawrzeć, poza tym, co oczywiste. Czarno widzę moje szanse, mamo. Nie jestem w stanie zaoferować czynszu poza opłaceniem zwykłych rachunków, remontu też jakiegoś szalonego nie zrobię. Gdy zastanawiałam się, co umieścić w tym podaniu, w sumie wyszło mi, że jedyne, co jestem w stanie uczciwie napisać, to obietnica, iż wszyscy będą się dzięki mnie dobrze bawić i stworzę tam urocze miejsce. Nic więcej.

– Moim zdaniem to bardzo dużo – uznała matka.

– Nie pocieszaj mnie. To raczej kiepski biznesplan – westchnęła właścicielka mydlarni.

– Przynajmniej wyraziłaś się szczerze i od serca – poparła babcię Miranda. – Oni będą sadzić jakieś banialuki o niewiarygodnych zyskach dla właściciela i perspektywach dla okolicy, które są moim zdaniem iluzoryczne. Swoją drogą, jestem ciekawa, jak ten nasz donator się do tego odniesie. Czy jest łasy na zyski i daje się nabrać na takie słodkie i przymilne słówka.

– Nie wiemy, czy usiłują go podejść pochlebstwami – westchnęła Helena. – W każdym razie Szarotka obiecał, że spróbuje znaleźć mi inny lokal. Pewnie nie będzie tak korzystnie finansowo, ale mówił, że to się da podciągnąć pod jakąś działalność przynoszącą umiarkowany zysk i koszty spadną. Zobaczymy, może wszystko się ułoży.

Jej myśli automatycznie popłynęły w kierunku kolegi z klasy. Mikołaj chciał ją odwiedzić w szpitalu, lecz była tam tak krótko, że nie miał nawet okazji. Postanowiła się z nim spotkać i podziękować za troskę. Naprawdę wykazał się szlachetnością i dobrymi chęciami. Należała mu się wdzięczność. Jak to mówią: „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, i to był właśnie ten przypadek.

– Muszę iść do pracowni – stwierdziła, a Miranda także zaczęła się zbierać. Miała popołudniową zmianę w bibliotece. Wyszły razem. Helena chciała jeszcze raz przestrzec siostrzenicę przed myszkowaniem w rzeczach Sylwii, ale w ostatniej chwili się powstrzymała, nie zamierzała moralizować niczym Fela.

– Nawet cię nie zapytałam, jak stoją sprawy z bankiem czasu Szarotki? Przez ten pobyt w szpitalu całkiem o tym zapomniałam – zagadnęła na schodach.

Siostrzenica wyraźnie się rozchmurzyła i zaczęła z zaangażowaniem opowiadać o tworzącym się właśnie pomyśle.

– Mikołaj mówił, że jest już trochę zgłoszeń. Wiesz, taka wymiana dobrosąsiedzka: cerowanie za drobną naprawę, korepetycje za przewiezienia mebla… W każdym razie moim zdaniem idea chwyciła i będzie się rozwijać – mówiła z wielkim entuzjazmem.

Ciotka przytaknęła z uśmiechem. Tak, ważne, że w okolicy działo się coś dobrego. Była szansa na zmiany, a to ją cieszyło.

Rozstały się przed bramą. Helena przeszła przez podwórko, wspólne dla obu sąsiadujących kamienic, gdzie od razu natknęła się na Blajerskiego. Postanowiła wykorzystać okazję.

– Dzień dobry, panie Henryku – zaczęła przyjacielsko, a stary woźny spojrzał na nią podejrzliwie.

– Podobno była pani w szpitalu – zaczął od razu zaczepnie, jak to miał w zwyczaju. – Ale, jak widzę, to chyba nic poważnego, skoro już pani śmiga jak ta młoda kozica.

– Mam nadzieję. To rutynowy zabieg. – Właścicielka mydlarni nie zamierzała wtajemniczać go w swoje sprawy, zdziwiona, że tak się to rozniosło. No, ale cóż – kto, jeśli nie dawny woźny ze szkoły miałby tu wszystko wiedzieć? To nawet dobrze rokowało dla jej osobistego planu.

– Chciałam o coś pana zapytać – zagaiła łagodnym tonem, a on się od razu najeżył.

– Jeżeli o Mincerów, to już mówiłem, że nic nie wiem. Mały byłem i nie pamiętam. Nic nie wiem – podkreślił z naciskiem, a ona postanowiła bardziej już nie drążyć i odezwała się pojednawczo:

– Panie Blajerski, mnie zupełnie o coś innego chodzi, niech się pan nie denerwuje.

– O coś innego? Niby o co? – Henryk nie wyglądał na uspokojonego, a wręcz przeciwnie.

– O rodzinę Ilnerskich, pamięta pan, oni tu na parterze mieszkali…

– Wiem doskonale. Ale nie byłem przy tym, jak uciekli. Wyjechałem wtedy na Śląsk do pracy, ale mi się nie spodobało, robota ciężka, to wróciłem. Mamusia mi tylko mówiła.

– Rozumiem. A kojarzy pan tego chłopaka, Tymona Ilnerskiego? On się przyjaźnił z moją siostrą, chodzili razem do klasy w podstawówce.

Blajerski spojrzał na nią spod oka.

– A tak, lubili się z pani siostrzyczką, ale chłopaka mam pamiętać? Jego ojca doskonale znałem! To był pistolet. Ludzie różne rzeczy o nim opowiadali. Że za Niemca wyroki wykonywał, kolaborantom w łeb strzelał. Niektórzy się tu go bali. Myślałem, że przez to uciekli. Zresztą to dawne dzieje. Po co to pani? Najpierw ta rodzina Mincerów, teraz Ilnerscy. Czemu to ruszać, rozdrapywać? Nie lepiej zostawić jak jest? Żeby ludzie w spokoju żyli i w spokoju umarli? Zawsze się znajdzie ktoś, kto będzie mącił i problemy robił – zaczął gderać i się irytować. Helena zrozumiała, że więcej od niego nie wyciągnie. Próbowała jeszcze udobruchać starego, ale on naburmuszony ruszył do swego mieszkania. Młoda kobieta weszła do pracowni i usiadła przy stole.

Dlaczego to wszystko szło jak po grudzie? Czemu nie mogła się niczego dowiedzieć? Najpierw o Sarze Mincer, a teraz o Ilnerskich. To drugie wydawało się jej dużo łatwiejsze. Tymon chodził do klasy z Ofelią, mogła zapytać o niego choćby siostrę. Miała jednak opory. Bała się, że Miranda wywlecze przy okazji sprawę zapieczętowanych listów, a tego tematu na razie nie chciała poruszać. Był jeszcze w końcu Bartek Szarocki, który się z nim przyjaźnił, no i Anna Mrowińska. Nauczycielka, która przekreśliła szkolną karierę Tymona i zmusiła go do wyjazdu wraz z całą rodziną. Na wspomnienie tego faktu Helenę przechodził dreszcz. Jakaż ta sprawa musiała być koszmarna. Jak się dowiedzieć, co właściwie się wtedy stało? Czy brat Mikołaja to jeszcze dokładnie pamięta? Czy zna szczegóły? I czy będzie chciał opowiedzieć, skoro wszyscy są w tej historii tacy tajemniczy? A może istnieją jakieś akta, do których da się dotrzeć? Lena od razu pomyślała o dawnym koledze ze szkoły, czyli prokuratorze Mierczyńskim. Kiedyś wyrzucał co prawda szkielety przez okno, ale może teraz zechce udzielić jakichś wskazówek. Dokonała szybkich obliczeń. No tak, od tej sprawy minęło już ponad trzydzieści pięć lat. Na pewno uległa przedawnieniu i jak to się mówi – zatarciu. Może nawet przejęło ją jakieś archiwum, kto to wie. Nie znała się zupełnie na takich kwestiach. Chyba to nie jest żadna tajemnica i takie dane są po prostu dla historyka? Zresztą można zwyczajnie zapytać. Jeżeli akta są tajne, nie otrzyma dostępu, a jest szansa na rozwiązanie tej zagadki. Co tu się właściwie stało te trzydzieści pięć lat temu? Mało brakowało, a sama uczestniczyłaby w tych wydarzeniach, bo urodziła się niedługo później. Uśmiechnęła się na samą myśl o idiotyzmie, który przyszedł jej do głowy: niemowlę biorące udział w całej tej sprawie.

Mama musiała chyba to przeżywać – pomyślała. Nie wiedziała, jak bardzo zaangażowana była Ofelia w akcję z ulotkami, ale na pewno był to niezwykle nerwowy czas. Zatrzymanie sąsiada, potem ta ucieczka. A przecież Sylwia spodziewała się wówczas dziecka. Trudne chwile dla całej rodziny.

No i tata jakiś czas później zachorował, a potem umarł, a ja nawet nie zdążyłam go poznać – powiedziała do siebie ze smutkiem. Fela była bardzo związana z ojcem i po jego śmierci się kompletnie załamała. Musiała zmienić szkołę i leczyła się u psychologa. To był niełatwy czas, ale jakoś sobie poradziły. Teraz też musimy wziąć się w garść – podsumowała.

Obrzuciła spojrzeniem swoje małe królestwo. Wiedziała, że niedługo może je stracić, ale nie zamierzała się poddawać. Wręcz przeciwnie, poczuła chęć do walki. Przypomniała sobie słowa lekarki z ośrodka, te, że w życiu na wszystko trzeba mieć plan. Musiała sobie stworzyć plan na tę pracownię. Tajemniczy donator powinien w najbliższym czasie zwołać zebranie w sprawie tego lokalu, a ona będzie przygotowana. Przekona komisję od dobrych uczynków, że w pralni na podwórku powinna być manufaktura mydła.

– Choćbym miała stanąć na głowie, udowodnię im, że żadna inna działalność nie ma tutaj racji bytu – powiedziała na głos. Od razu poczuła się lepiej. Wiedziała, co ma robić, i wszystko zaczęło się układać.

3.

Mieszkanie z matką nie było wcale łatwe. Jeżeli Zuzannie wydawało się, że to rozwiąże jej problemy, bardzo się pomyliła. Łucja nie sprawiała rzecz jasna kłopotów jako lokatorka. Urządziła się w niewielkiej sypialni swej jedynaczki, powstrzymując się od narzekania na niewygody. Zuza miała wrażenie, że matkę z miejsca przerosła sytuacja, w której się znalazła. Jakby od razu pożałowała swego szlachetnego gestu, tylko sama nie chciała się do tego przyznać.

Córka bardzo doceniła starania. Łucja chyba nigdy nie zrobiła dla niej tak wiele. Zadeklarowała pomoc w opiece nad bliźniętami i dla Zuzanny była to ogromna wyręka. Kiedy szła na próby do Centrum Koncertowego, nie musiała się martwić, kto odbierze dzieci ze żłobka i da im popołudniowy posiłek. Była jednak przekonana, że ten układ nie zadziała, matka nie zostanie z nią na dłużej. Poza tym podejrzewała, że w tym wszystkim chodzi o coś jeszcze. Może Łucja chce się spotkać z Edmundem? Wyjaśnić sprawy, jakie zaszły podczas ich małżeństwa? Podobno separacja dobrze robi i dystans pozwala ujrzeć problemy w nowym świetle. Młoda kobieta miała nadzieję, że właśnie tak jest. Byłoby dobrze, gdyby doszli do porozumienia.

Dni mijały, a matka nie tylko nie zamierzała zobaczyć się z ojczymem, a wyraźnie unikała nawet rozmowy na jego temat.

– Edmund czasami mnie odwiedza – zaczęła więc Zuza. – To nieuniknione, że się w końcu spotkacie.

– Wtedy ja po prostu wyjdę. Nie mam ochoty się z nim widywać. – Łucja wzruszyła ramionami.

– Mamo, proszę cię… Zachowujmy się normalnie.

– Teraz, jak rozumiem, zachowujemy się nienormalnie? – sarkastycznie rzuciła śpiewaczka. – Co w tym dziwnego, że nie widzę sensu w dyskusjach z byłym mężem? Już się z nim nagadałam przy okazji rozwodu.

– Wydawało mi się, że rozstaliście się po przyjacielsku.

– To ci się źle wydawało – ucięła matka, która wyraźnie nie chciała poruszać tej kwestii.

Poza tym Zuzanna miała wrażenie, że Łucja nudzi się w nowym miejscu. Stanowczo brakowało jej wyzwań, a Dębniki nie stanowiły pożywki dla jej artystycznej natury.

– To zbyt podmiejska okolica, taka peryferyjna – tłumaczyła matka. – Jakbym nie mieszkała w Krakowie. Spokój, cisza, zatrzymanie w czasie. Brakuje mi ruchu.

– Może powinnaś zainteresować się ośrodkiem Soni Piskorz. Nawet w nazwie ma „Szkoła Ruchu” – zażartowała córka. – Właścicielka nieustannie poszukuje kadry. Mogłabyś prowadzić zajęcia z emisji głosu.

Matka zmierzyła ją pełnym wyższości spojrzeniem.

– Miałabym uczyć w osiedlowym ognisku muzycznym? Ja?

– Mamo, daj spokój. To nie jest żaden dyshonor. Te dzieciaki są naprawdę zdolne, a właścicielka – urocza. Moim zdaniem ta szkoła ma ogromny potencjał i zrobi jeszcze sporo szumu w branży.

– Mówisz, jakbyś cytowała reklamowy folder. – Artystka się skrzywiła.

– Ale naprawdę tak jest. Gdybyś tylko zechciała dać szansę nowej inicjatywie, sama zobaczyłabyś, jakie ma możliwości. Zawsze powtarzałaś, że trzeba wierzyć w marzenia i zmierzać do ich realizacji. Nawet gdy okoliczności wydają się niesprzyjające, a ludzie kpią z naszych pragnień. Bo podążanie z prądem to tchórzostwo. To twoje słowa, nie zaprzeczysz.

Łucji zrobiło się nieprzyjemnie. Po raz kolejny poczuła się przyłapana. Znowu głosiła złotą myśl, do której sama się nie stosowała. Odchrząknęła.

– Możliwe, że mówiłam ogólnie. Nie miałam na myśli niczego konkretnego.

Córka patrzyła na nią tak badawczo, że w końcu skapitulowała.

– No dobrze, mogę się przyjrzeć tej szkole. Niczego jednak nie obiecuję, bo mam dosyć zajęć. Opieka nad dziećmi jest absorbująca, a i dom wymaga mojej uwagi.

Tak naprawdę nie miała żadnych obowiązków. Pochłaniało ją przede wszystkim obserwowanie mieszkańców kamienicy przy Gwiaździstej. I poddawanie ich bardzo krytycznej ocenie. Zuza uświadomiła sobie, że obecność matki w mieszkaniu wpłynęła również na nią – rzadziej ćwiczyła na fortepianie w domu. Kiedyś często siadała do instrumentu, żeby po prostu wyrazić stan swojej duszy. Gdy ojczym remontował tę pracownię, a ona z dziećmi przeniosła się na pierwsze piętro do mieszkania Heleny, często dawała tam koncerty dla sąsiadek. Chyba wszystkie to lubiły, bo przychodziły chętnie. Teraz praktycznie zawiesiła te występy i nagle zaczęła żałować. Muzyka była sposobem na uporządkowanie myśli, odzyskanie harmonii pomiędzy umysłem a sercem. Obecnie niezbyt często chciało się jej grać ot tak – dla przyjemności. Była z tego powodu smutna. Nie tak to wszystko miało wyglądać, inaczej to sobie wyobrażała.

– Pójdę po dzieci do żłobka – rzuciła, przerywając swoje rozważania. Pomyślała, że mogłaby po drodze zajrzeć do sąsiadek z pierwszego piętra. Cieszyła się, że Helena jest już w domu i dobrze się czuje. Choroba dobrej znajomej podziałała na młodą matkę stymulująco – umówiła się do lekarza i zrobiła komplet badań. Miała w związku z tym pewne poczucie wstydu. Dlaczego zaczynamy dbać o swoje zdrowie, ba – w ogóle o nim myśleć, gdy ktoś w naszym otoczeniu zachoruje? Do tego momentu wydaje się nam, że jesteśmy niezniszczalni, a może nawet nieśmiertelni. Zuza przypomniała sobie napis, który kiedyś widziała w formie graffiti na murze: „Trzeba natychmiast żyć. Jest później, niż się wydaje”[1]. Słowa te wydały się jej niezwykle celne. Ciągle na coś czekamy, odkładamy nasze marzenia, a żyć trzeba od razu, bez zwłoki – tu i teraz, nie marnując czasu na wątpliwości.

Zbiegła schodami na dół i zapukała do drzwi na piętrze. Miranda wystawiła rozczochraną głowę.

– Lena jest w pracowni.

– Pójdziemy?

– Jasne. Babciu! – krzyknęła w głąb mieszkania. – Idę z Zuzą na chwilę do Heli, do mydlarni.

– Dobrze, kochanie, tylko zamknij na klucz, ja się trochę zdrzemnę. – Rozległ się przytłumiony głos.

– Poczekaj. Zobaczę, czy czegoś nie potrzebuje. – Miranda poszła do Sylwii i wróciła po niedługiej chwili.

– W porządku, możemy lecieć.

– Mam trochę czasu, a potem muszę odebrać dzieci – wyjaśniła Zuzia, a sąsiadka skinęła głową.

– Ja także mam pracę. Zamieniłam się godzinami i teraz więcej chodzę na popołudnia, tak mi wygodniej.

– Cześć, fajnie, że wpadłyście – ucieszyła się Helena, gdy weszły do manufaktury.

– Ojej, masz nowe mydła. – Zuza nie mogła ukryć zachwytu.

– Po tym szpitalu nie mogę usiedzieć spokojnie. Codziennie robię coś innego. Żeby tylko nie myśleć o wynikach badań i czekających mnie napromienianiach. Pewnie nie wiesz, Zuzia, że nie mówi się wcale „naświetlania”, tylko właśnie tak. Balbina mnie pouczyła. Teraz jestem już ekspertem od tego wszystkiego – westchnęła właścicielka mydlarni. Przysiadła na sosnowym stole i zaczęła obgryzać paznokcie.

– Nie zamartwiaj się – zaczęła młoda matka i od razu zamilkła, bo zrozumiała, jak głupio to brzmi. – To znaczy, nie chciałam tak idiotycznie powiedzieć. Chodziło mi bardziej o to, że przecież najgorsze masz za sobą. Teraz będzie tylko lepiej.

– Ja też mam taką nadzieję – westchnęła Helena. – Jednak wiecie, dziewczyny, ja się napatrzyłam w tym szpitalu na różne przypadki… No, rozmaite… I jeśli ja się szczęśliwie wywinę… To rozumiecie… Życie jest jednak nie fair…

– Co masz na myśli? – Miranda nie pojmowała. – Choroba przecież nie wybiera, raczej rozdziela ciosy na oślep. Trudno mówić, że coś jest fair lub nie.

– Dlatego to było bardziej w przenośni. Mam dużo pretensji do siebie. Że wcześniej byłam taka miękka gąbka. Życie mnie uwierało jak to ziarnko grochu księżniczkę. To mi nie pasuje, tamto kaleczy moje wrażliwe ego, mam nadzieję, że chwytacie, co chcę wam powiedzieć.

– Nie do końca – przyznała Zuza.

Hela westchnęła jeszcze głębiej, próbując wyrazić się jaśniej.

– Mam wrażenie, że brak trosk nas wydelikaca. Mówię przynajmniej o sobie, bo nie chcę generalizować, każdy ma inną konstrukcję psychiczną. Fela mi kiedyś powiedziała, że ja nieustannie poszukuję, nigdy niczego nie kończę, w pewnym sensie obrażam się na swoje plany, gdy nie spełniają moich oczekiwań. Brak mi wytrwałości. Wielu ludzi tak ma – porzucają marzenia, kiedy robi się za trudno lub niewygodnie.

Zuzanna kiwnęła głową, bo właśnie o czymś takim dzisiaj także pomyślała.

– Racja – przytaknęła. – Ciągle nam się wydaje, że jeszcze zdążymy, prawda? Jeśli nie ten pomysł, to zrealizujemy jakiś inny. A może trzeba się jednak trzymać pierwotnego projektu, doprowadzić coś do końca? Uwierzyć w marzenia i zrealizować je na maksa?

– Otóż to, Zuziu – poparła ją właścicielka mydlarni. – Przyglądałam się w szpitalu pacjentkom. Te dziewczyny i kobiety, jak myślicie, czego one tak naprawdę chcą? Wszystkie pragną żyć. Nie po to, żeby chodzić do pracy i na przykład zarabiać na utrzymanie czy nawet na piękne ciuchy, podróże i dobre kolacje. Nie, marzą o wschodach słońca, zachodach, uśmiechach swoich dzieci, spacerach z mężem czy pocałunkach z chłopakiem. Myślą o tym, żeby się zakochać, jeśli jeszcze tego nie zrobiły, lub pojechać nad morze i chodzić boso po piasku. Nadrobić stracony czas. Potrzebują go. Zależy im, aby odzyskać swoje zwyczajne życie.

– Rozumiem – mruknęła Miranda. – Ale do czego zmierzasz?

– Do tego, że powinnam przestać się mazać i ciągle szukać. Muszę wyznaczyć sobie cele i je realizować. Pierwszym jest zdobycie tej pracowni. – Zatoczyła ręką koło.

– No, a jeśli Nowacki lub Olesińska cię stąd wyrzucą? Nie chcę być negatywna, ale sama wiesz, że może być różnie – zastrzegła się siostrzenica.

– Wtedy znajdę coś innego. Szarotka obiecał mi pomóc z lokalem. Uważasz, że powinnam się poddać?

– Absolutnie nie. Mydła są wspaniałe – poparła ją Zuza. – Nigdy nie widziałam nic równie pięknego. Jak najszybciej trzeba je zacząć sprzedawać. To okropne, że nikt ich nie ogląda, tylko kiszą się w pracowni na podwórku, gdzie podziwiają je wyłącznie myszy.

Miranda i Helena roześmiały się wesoło.

– Dobrze, że myszy nie jedzą mydła – skomentowała siostrzenica.

– Gryzą za to gąbkę, zdziwiłabyś się, co potrafią tymi swoimi małymi ząbkami – dodała ciotka. – Zamierzam też zrobić coś dla tych pacjentek ze szpitala. Nie można być takim sobkiem.

– Tylko co? Chyba nie znasz się na leczeniu? W każdym razie nie w takim zakresie jak Balbina – rzuciła Miranda, mrugając okiem.

– Mówiłam poważnie. Może jakieś warsztaty? Z doświadczenia wiem, że najgorsze jest bezczynne oczekiwanie i trzeba jakoś oderwać myśli. Muszę pogadać z Inką.

– Hela, ty najpierw sama się wylecz, dobrze? – Siostrzenica przywołała ciotkę do porządku. – Jak zwykle masz tysiąc pomysłów na minutę, a sama przed chwilą mówiłaś, że należy zrealizować jeden, a porządnie i do końca.

– Zrealizuję. Zobaczysz. Teraz wszystko się zmieni. Będę już zupełnie inną osobą. Inną Heleną.

– Wolałabym, żebyś była taką jak dawniej. Możesz być trochę rozsądniejsza, ale tak znowu diametralnie się nie zmieniaj – poprosiła Miranda.

– Właśnie. Kochamy starą Helę – potwierdziła Zuzanna. – Brakowałoby nam jej.

– No, skoro prosicie. Jak to mówią: Vox populi, vox Dei[2]. Niech no tylko wygrzebię się z tej choroby. Bo mam nadzieję, że to nastąpi… Nie zakładam nawet, że będzie inaczej. Uważacie, że jestem głupia?

– Jesteśmy przekonane, że się nie mylisz.

– I nie powinnaś wątpić. – Miranda wsparła Zuzę. – Lepiej nie zawracać z pozytywnej drogi, no nie?

– Macie rację. Pokażę wam moje prace. Jak mi było smutno w szpitalu, oglądałam sobie na komórce filmiki z produkcji ciekawych mydeł. No co tak patrzycie? Każdy ma jakiś sposób na stres, ja mam taki.

– Nic nie mówimy – zapewniła ją matka bliźniąt. – Ja, kiedy się denerwuję, to próbuję wystukać obcasami gamy równoległe.

– I udaje ci się? – zdumiała się Miranda.

– Trudno powiedzieć, w każdym razie to odwraca moją uwagę od powodu stresu – roześmiała się pianistka.

– Postanowiłam robić mydła związane z porami roku. Patrzcie, te są zimowe, z niebieską miką. – Helena rozłożyła przed nimi całą serię niezwykłych kostek. Pachniały delikatnie i orzeźwiająco. Każde z nich miało zatopiony wewnątrz jakiś kwiatowy motyw lub było ozdobione ornamentem na wierzchu. Miranda wzięła do ręki mydełko z przyczepioną do kostki ośmiornicą.

– Boskie jest – westchnęła. – Aż żal go używać.

– Daj spokój. Właśnie trzeba to robić – zaprotestowała ciotka. – Mam takie z rozgwiazdami, muszlami, konikami morskimi. Pasują do każdej łazienki. W lecie będą motyle i ważki. Co myślicie?

– Są śliczne. Masz talent i pomysły. A te kolory wyglądają po prostu bajecznie. – Zuza dotknęła mydła mieniącego się wszystkimi odcieniami błękitu, od bardzo jasnego po głęboki granat.

– Nie wiem, jak ty to robisz – przyznała Miranda.

– Trochę czasu i wprawa – zbagatelizowała Helena. – Wszystko jest trudne, zanim stanie się łatwe, jak mówi popularne porzekadło.

– Wiem jedno, Helu. Za żadne skarby nie powinnaś rezygnować z tego sklepu. – Zuza odłożyła kostkę i zwróciła się do właścicielki. – Musi powstać w tym miejscu, bo ono jest po prostu idealne. Troszeczkę na uboczu, ale jestem pewna, że ludzie tu trafią. Zresztą możesz też sprzedawać przez internet.

– Też tak uważam. Ta dawna pralnia ma jakąś mydlaną energię – roześmiała się Lena. – Wszystko tu idzie bardzo sprawnie. Wierzcie lub nie, ale prawie słyszę, jak praczki trą w swoje tary i czuję miłą woń świeżo prasowanej bielizny.

– Kiedyś tu musiało być fajnie. – Miranda się rozmarzyła. – Pomyślcie tylko. Na podwórku pralnia i magiel. Ja chyba nigdy w życiu nie widziałam magla. Co to właściwie było? Jakiś rodzaj prasowalni?

– Tak. Ja jeszcze pamiętam to urządzenie, teraz chyba dużo rzadziej spotykane. Długi gorący walec, który się bardzo wolno obracał, a podkładano pod niego świeżo wypraną pościel. Trzeba ją było odrobinę namoczyć, żeby się równo wyprasowała. Kiedy o tym myślę, to przypomina mi się zapach tego magla – przed chwilą prane, krochmalone prześcieradła i obrusy. Zawsze mi się to kojarzyło z czystością i porządkiem – uśmiechnęła się Helena.

Miranda i Zuza słuchały jej z zaciekawieniem.

– Fajne wspomnienia. Szkoda trochę tego zakładu – podsumowała siostrzenica.

– No właśnie. Żal by też było twojego sklepu. Ani Olesińscy, ani Jacek nie mogą go dostać – dodała pianistka. – Muszę lecieć po dzieci, ale potem powinnyśmy się zastanowić…

– Niby nad czym. – Właścicielka manufaktury wzruszyła ramionami. – Teraz decyzja należy do naszego donatora. Nie mogę mu niczego narzucić.

Obie rozmówczynie spojrzały na nią z wyczekiwaniem.

– Ale… – zaczęła Miranda.

– Nie ma żadnego „ale”. Wiecie, pomyślałam sobie, że sprawa mojej mydlarni to też taki trochę test dla naszego dobroczyńcy.

– Test? – zdziwiła się Zuza.

– No tak. Bo my wszyscy zakładamy, że on jest taki szlachetny, prawda? Chce zrobić coś dla innych, oddać za darmo te mieszkania…

– W sumie nie całkiem za darmo. Te dobre uczynki mogą nas drogo kosztować – wtrąciła się siostrzenica. – Może nie finansowo, ale na pewno moralnie.

– Mniejsza o nasze koszty emocjonalne. Chodzi mi o to, że on wcale nie musi być taką świetlaną postacią, jak nam się wydaje.

– Moim zdaniem prawie na pewno nie jest – potwierdziła Zuzia, a obie kobiety popatrzyły na nią ze zdziwieniem.

– No, ja myślę, że on, mówiąc górnolotnie, próbuje odkupić jakieś swoje grzechy. Ludzie czasami robią takie rzeczy. Wiecie, gdy są starzy i rozliczają się z przeszłością albo kiedy w ich życiu wydarzy się coś przełomowego. Dochodzą wówczas do wniosku, że muszą załatwić swoje rachunki, bo inaczej spadnie na nich jakaś kara, albo wręcz przeciwnie – krzywda, którą wyrządzili, jest rodzajem fatum ciążącego nad ich losem. Jeżeli zdejmie się tę klątwę, zadośćuczyni przeszłości, wszystko się ułoży w teraźniejszym losie.

Helena przytaknęła.

– Właśnie. Ja też o tym myślałam w szpitalu. Że on może być po prostu przesądny. A jeśli mu to jakaś wróżka przepowiedziała z kart lub ze szklanej kuli? „Musisz oddać to, co zdobyłeś nieuczciwie”, albo „Powinieneś wynagrodzić przykrości ludziom, których zawiodłeś”.

– Tylko że my go w ogóle nie znamy i to się kupy nie trzyma – sprzeciwiła się Miranda.

– Prawdopodobnie on to rozumie symbolicznie. W każdym razie chodzi mi o to, że teraz, przy tej sprawie z lokalem w podwórku, będziemy w stanie się przekonać co do jego prawdziwych intencji. Czy naprawdę starannie to analizuje i rozważa w swoim sumieniu, czy też właściwie nie dba o całą tę sprawę? Być może dowiemy się, jakim on jest człowiekiem.

– No tak, ale przecież decyzję podejmuje ten komitet uczynkowy – przypomniała Miranda.

– W sprawie mieszkań tak, ale czy również w sprawie pralni? Pewnie wszyscy się wypowiedzą i zaczną kłócić, bo tutaj każdy ma sprzeczne interesy. – Helena wzruszyła ramionami. – No i donator będzie musiał wkroczyć do gry. Jestem ciekawa, jakie stanowisko zajmie, a wy nie?

– Ja to się bardziej boję o mój dobry uczynek – westchnęła Zuzanna. – Jak tak dalej pójdzie, pokłócę się z mamą i skończą się wszelkie moje nadzieje.

– Nie upadaj na duchu. Może właśnie wspólne mieszkanie was do siebie zbliży? Moja choroba sprawiła, że przestałam się tak żreć z Felą i nawet jeśli to jest tylko chwilowe zawieszenie broni, to jestem zadowolona. To chyba jedyna dobra strona tego choróbska – roześmiała się Helena.

Miranda zerknęła na zegarek.

– Ojej, jak późno! Muszę biec do pracy.

– Ja też. Zbliża się godzina, o której miałam odebrać Jasia i Basię. Do zobaczenia, dziewczyny.

– Trzymajcie się. Macie tutaj po zimowym mydełku. Zuzia, tylko obiecaj mi, że będziesz go używać, a nie wyłącznie na nie patrzeć. To są produkty toaletowe, a nie dzieła sztuki. Mam tego, jak widzisz, pod sufit i nie chcę, żeby stało gdzieś u ciebie na półce. Dostaniesz kolejne, jak ci zabraknie.

– Dobrze. – Pianistka obejrzała jeszcze raz kostkę, zanim schowała ją do torby. Potem razem z Mirandą wyszły na podwórko i dalej na ulicę Gwiaździstą.

[1] B. Beaulieu, Pacjentka z sali numer 7, tłum. A. Podolska, Warszawa 2014, s. 224.

[2]Vox populi, vox Dei (łac.) – „głos ludu (to) głos Boga”, cytat z Listu do Karola Wielkiego pióra średniowiecznego mnicha Alkuina. Oznacza, iż jednomyślna zgoda była sygnałem boskiego przyzwolenia – stosowano taki zabieg we wczesnych wiekach przy wyborach biskupów, papieży i podczas kanonizacji.

4.

Niespodziewanie prace w ogródku przerodziły się w spotkanie komitetu blokowego. Miranda z Martą plewiły coś w grządkach koło tarasu, kiedy pojawił się na nim zaaferowany Jacek Nowacki.

– Świetnie, że pan jest – rzuciła przez nos Olesińska, co zazwyczaj oznaczało jej wzburzenie i niezadowolenie. – Trzeba wykopać dół pod nowe nasadzenia.

– Jaki dół? – odezwał się sąsiad, który myślami był daleko. – Proszę zostawić te prace działkowe, zapraszam na kawę.

– To ja się pana pytam, o czym pan mówi? – podniosła głos Marta. – Chyba dostał pan grafik z wykazem prac, jakie mamy wykonać? No właśnie. Dzisiaj robimy nasadzenia i plewimy. Pani Mira mi pomaga, a pani Helena pojechała z moim mężem po rośliny. Tylko pan się obija.

– Może pani Pieniążkiewicz jakoś się włączy – zażartował Jacek. – Zresztą dobrze, mogę później wykopać dołek. Ale sama pani wie, Marto – kto pod kim dołki kopie…

Olesińska zmierzyła go wrogim spojrzeniem i Jacek posłusznie zamknął usta. Odchrząknął.

– No właśnie, bo ja też mam ważną sprawę. Wręcz niecierpiącą zwłoki. Dlatego zapraszam na kawę. To coś dużo ważniejszego niż ogródek i te skądinąd śliczne drzewka. Chciałem przy okazji bardzo podziękować, bo mój taras wygląda naprawdę uroczo. Wreszcie można z niego skorzystać, zgodnie z przewidywaniem Leny. Zapraszam, wejdźcie, panie, naprawiłem schody.

Odsunął zabezpieczającą barierkę i wpuścił je do środka.

– Chcę jeszcze wymienić posadzkę – wyjaśnił, gdy zaczęły rozglądać się wokół siebie. – Teraz jest okropna. Trudno, wiem, że nie cały balkon należy do mnie, ale cóż robić – poniosę te dodatkowe koszty, żeby było bardziej elegancko. Może wejdziemy do środka?

– Nie. Jest ciepło, chętnie porozmawiamy tutaj. – Marta rozsiadła się na wygodnej ogrodowej kanapie, którą Nowacki ustawił wzdłuż bariery. – Ładne meble, w dobrym gatunku.

– Lubię wytworne rzeczy. Nie interesuje mnie tandeta z katalogów. Te są robione na zamówienie, nikt nie ma podobnych – pochwalił się.

Miranda opadła na fotel po drugiej stronie stołu. Jacek wszedł do mieszkania, żeby przynieść obiecany napój.

– Straszny snob – oceniła Olesińska, a sąsiadka rzuciła jej rozbawione spojrzenie.

– Trzeba mu jednak przyznać, że zna się na stylistyce. Też nie lubię seryjnych mebli. Są takie pospolite.

– A nikt nie chciałby być pospolity – ironicznie dopowiedziała rozmówczyni. Ponieważ Jacek wrócił z kawą, Marta nie zdążyła już zaripostować.

– Co się stało? – zagadnęła go, przyjmując filiżankę.

– Jak panie wiedzą, śledzę cały czas inwestycje w okolicy, bo czuję się odpowiedzialny za nasz dom – powiedział to takim tonem, jakby chciał dać do zrozumienia, że jest co najmniej szefem tego całego komitetu blokowego, a wręcz – rady dobrych uczynków, bo Klara Pieniążkiewicz kompletnie się nie liczy.

– Jedyną inwestycją jest park planowany w miejsce dawnej fabryki Niedźwieckiego. – Miranda wzruszyła ramionami. – Hela o tym mówiła, jej kolega z klasy, Mikołaj Szarocki, jest przewodniczącym rady, pan też chyba go zna, prawda?

– Otóż nie jedyną! – triumfalnie oświadczył Jacek, całkowicie pomijając uwagę o Szarotce. – Będzie inwestycja w budynku pod numerem trzecim.

– Tam nikt nie mieszka. To ruina – oświadczyła zdecydowanym tonem Marta.

Tak było w istocie. Niewysoka kamieniczka z trójką była w zasadzie piętrową willą, przerobioną w okresie socjalistycznym na szereg mieszkań. Stan budynku stopniowo się pogarszał, toteż miasto sukcesywnie załatwiało lokatorom przydziały w nowych blokach. Obiekt niszczał, pustostany okresowo zasiedlali bezdomni, co powodowało konflikty i konieczność interwencji. Wreszcie, żeby uniknąć niechcianych mieszkańców, zabezpieczono okna i drzwi deskami. Od tej pory dom zaczął wyglądać bardzo nieatrakcyjne, choć ze względu na ciekawą architekturę i duży ogród mógłby być naprawdę ładny.

– Miasto oddało go jakiejś fundacji i niedługo zacznie się remont – wyjaśnił Jacek.

– Tak? Skąd pan wie? – zaciekawiła się Miranda.

– Mój prawnik trzyma rękę na pulsie. Jak tylko w urzędzie coś zaczyna się mówić o naszym sąsiedztwie, daje mi znać – chełpliwie rzucił Nowacki.

–