Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
22 osoby interesują się tą książką
Dni w Luizjanie pachną magnolią, kreolską kuchnią i marzeniami o uczuciu, które rozkwitło niespodziewanie i dało siłę, by zmieniać świat na lepszy…
Życie Anny Marii Rostow od najmłodszych lat osnute jest rozstaniami i tęsknotą. Kiedy jej rodzina wyjeżdża do Moskwy, gdzie ojciec Rosjanin robi karierę wojskową, ona zostaje z dziadkami w dworku w Pieścidłach. Lata później z powodu zaangażowania w antycarskie manifestacje dziewczyna musi uciekać z Polski, by uniknąć surowej kary. Kolejnym przystankiem w jej podróży okazuje się Nowy Jork – miasto, które wita ją nowymi nadziejami i miłością wicehrabiego Tornhilla. Wkrótce jednak babka Elwira podejmuje decyzję o wyjeździe do krewnych, którzy mieszkają w Luizjanie.
Początkowo wszystko wydaje się inne niż w ojczyźnie Anny, a los pracujących na plantacji niewolników momentalnie budzi jej sprzeciw. Przewodniczką po fascynującym i niekiedy niepokojącym amerykańskim świecie staje się jej nowa przyjaciółka – Dolly Adams. Dzięki tej znajomości kolejne tygodnie byłyby pewnie pasmem zachwytów, gdyby nie pewien przystojny młody mężczyzna o chmurnym spojrzeniu i mrocznych tajemnicach. Dopiero gdy Anna poznaje Michaela bliżej, zyskuje pewność, że chciałaby zbudować z nim swój nowy dom na obcej ziemi. Wkrótce dochodzi jednak do bratobójczej wojny, a nieco później z Luizjany docierają do Anny wieści straszniejsze niż obrazy, których naoglądała się jako pielęgniarka na polach bitew…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Anna Seweryn
Korekta
Urszula Bańcerek
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© FourLeafLover, peacefy, Sharmin, Unchalee | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Wiktoria Gische, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-09-9
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Pensylwania, Gettysburg, 1863
Często budziła się w środku nocy. Zapomniała już, co to jest spokojny, długi odpoczynek. Czasami w ogóle nie potrafiła zmrużyć oka, dręczona nie tylko lękiem, który skrywała głęboko w sobie, ale również obawami o przyszłość tego kraju i tych ludzi. Od tygodni wyrzucała sobie, że była zbyt zaślepiona, aby ogarnąć nadciągający kataklizm. A przecież powinna go czuć, była z tym oswojona. Jednak wszystko się zmieniło, kiedy zostawiła za sobą rodzinny dom. Chciała odetchnąć od dramatów, kłopotów i walki, dlatego kiedy przyjechały tu z babką, zatraciła się w nowym otoczeniu. Rzuciła się w wir poznawania. I z tego powodu umknęło jej najważniejsze… Napięcie. Nie zwracała uwagi na podziały, na polityczne przepychanki. Możliwe, że podskórnie wyczuwała nadchodzącą burzę, ale mimo to napawała się pełnym słońcem.
Możliwe, że słyszała ostrzeżenia wypowiadane przez babkę, szczególnie kiedy znalazły się w Luizjanie, ale i na nie była głucha, ponieważ samolubnie koncentrowała się na sobie i swoich uczuciach. A przecież nie żyła w mydlanej bańce. Otaczali ją prawdziwi ludzie. Ludzie, którzy martwili się o swoją teraźniejszość i przyszłość.
Na Północy nie dopuszczano myśli, że niewolnictwo mogłoby rozlać się na cały kraj. Na Południu sen z powiek spędzało plantatorom widmo utraty wpływów politycznych i bunty ludzi, którzy chcieli zawalczyć o swoją wolność, ale tym samym zmieniali dotychczasowy porządek rzeczy. Kraj był rozdarty. Kościół i partie polityczne podzieliły się na te popierające jednych albo drugich. Z każdym dniem nasilały się konflikty. I chociaż Annę Marię oburzało niewolnictwo, gdzieś umykał jej ogólny problem, coś, na co powinna zwrócić uwagę… Że zamarło zaufanie. Że ludzie, którzy powinni traktować się jak rodacy, zaczęli patrzeć na siebie jak na wrogów.
To wszystko zaprowadziło ją tu, na te pola, w które wsiąkała braterska krew. Gdzie przyjaciele stawali naprzeciw siebie. Gdzie zatracały się rodzinne więzi, a do głosu dochodziła nienawiść, napędzająca to szaleństwo.
Poruszyła się na niewygodnym posłaniu. Który to już raz budziła się podczas tej nocy? Który to już raz musiała się zastanawiać, gdzie się znajduje? Ale kiedy wspomnienia wracały, wtedy nie czuła strachu, tylko spokój. Potrzebowała samotności i ciszy. Musiała odgrodzić się od świata, a w szczególności od babki Elwiry, ale – tak po prawdzie – to nie był główny powód, dla którego tu się znalazła.
Przez długi czas leżała, wpatrując się w czarną przestrzeń, tak ciemną, że nie była w stanie rozpoznać nawet konturów stodoły, w której przyszło jej się położyć po wyczerpującym dniu. Zaburczało jej w brzuchu. Nie jadła już od kilkunastu godzin. Nie miała na to ani czasu, ani ochoty. Była także spragniona, o czym świadczyło wyschnięte gardło. A jednak wolała jeszcze odpocząć kilka chwil nim znowu stawi się na służbie.
Odetchnęła pełną piersią. Wsłuchała się w odgłosy wokół niej. Nie była tutaj sama. Obok spało kilka innych dziewcząt i kobiet, które przyjechały, aby nieść pomoc żołnierzom obu stron konfliktu. Nie rozróżniały ich według koloru munduru. Dla nich nie było dobrych i złych. Tych, którzy walczyli o słuszną sprawę, i tych, którzy opowiadali się przeciwko. Pomagały każdemu.
Zamknęła oczy. Czuła napierający na powieki sen. Najchętniej odpłynęłaby w niebyt na kolejne długie godziny, ale nie mogła pozwolić sobie na taki komfort, dlatego postanowiła poleżeć jeszcze, oddychając miarowo.
Było tylko kwestią czasu, aby wspomnienia, które nawiedzały ją, od kiedy znalazła się w Nowym Jorku po pożegnaniu z młodym Adamsem, pojawiły się same. Pod powiekami uformował się wyraźny obraz. Znikła ciemność, umilkły odgłosy rannych i umierających. Czerń odchodzącej nocy zamieniła się w zieleń. Na twarzy poczuła powiew ciepłego wiatru, który niósł za sobą nie zapach stajni i koni, ale nadciągającego deszczu…
***
*
Znowu była na polach, ale nie tych pod Gettysburgiem, ale należących do plantacji Oak Alley.
Odwróciła się w stronę Dolly, która zatrzymała wierzchowca na wysokości jednego z dwóch drzew, jakie znajdowały się w okolicy. Panna Adams pojawiła się w Rosewood następnego dnia po tym, gdy Anna pokłóciła się z Michaelem, który w gniewie wyznał jej swoje uczucia.
Poważna mina dziewczyny nie zdradzała planu, jaki zrodził się już wczoraj w głowie Anny, dlatego Elwira, niczego nieświadoma, bez wahania zgodziła się na przejażdżkę obu panien. W końcu niebawem miały się pożegnać, dlatego babcia nie zabroniła im spędzenia całego dnia razem. Pakowanie kufrów mogło poczekać, szczególnie że Pawłowska nie chciała dodatkowo zrażać wnuczki do pomysłu wyjazdu do Nowego Jorku, na który dziewczyna zgodziła się dopiero po długiej i gorącej dyspucie.
Czym prędzej osiodłano klacz Rostówny. Pomknęły do miejsca, które Anna wyznaczyła na miejsce spotkania z bratem Dolly. Michael już na nie czekał. Niedaleko drzew, na tle pola trzciny cukrowej, tego samego, które było swego czasu świadkiem ich słownej przepychanki.
– Nie mogę uwierzyć, że niebawem cię nie będzie – odezwała się Dolly. Mówiła szeptem, jakby przekazywała jakiś sekret. – Miałam świadomość, że twoja wizyta kiedyś dobiegnie końca, ale nie przypuszczałam, że stanie się to już teraz. Teraz, kiedy… – Urwała w pół słowa. Bez dalszych wyjaśnień jej wzrok podążył w stronę brata. – Wiesz, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam was razem, pomyślałam, że to będzie całkiem romantyczna historia. Czułam to i wierzyłam, nawet wtedy, kiedy nic tego nie zapowiadało.
Zaśmiała się, tak samo cicho, jak mówiła. Podjechała do wierzchowca, na którym siedziała Anna. Położyła swoją drobną dłoń na ręce przyjaciółki, trzymającej cugle. Oczy Dolly lśniły od łez.
– Proszę, obiecaj, że będziesz pisać. Że o mnie nie zapomnisz i że gdy tylko będziesz miała okazję, to przyjedziesz znowu. Jeśli nie dla mnie, to dla niego – mówiąc to, odwróciła się w stronę czekającego Michaela. – Zawsze byliśmy blisko. Znam go bardzo dobrze, chociaż jemu się wydaje, że jest tajemniczy i zamknięty w sobie. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby zależało mu na kimś tak, jak na tobie. Zgrywa odważnego i buńczucznego. Ba, zgrywa łotra i gbura, ale to wrażliwy człowiek. Twój wyjazd bardzo go dotknie, chociaż namawia was, żebyście opuściły Luizjanę jak najszybciej. Pewnie ma rację. Tu nie będzie bezpiecznie…
– Jedź z nami – Anna weszła Dolly w słowo.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała, ale chcieć a móc to dwie różne sprawy. Nie mogę zostawić Mike’a zupełnie samego. Nie, to niemożliwe… – Na chwilę pomiędzy dziewczętami zapadła cisza. W końcu Dolly pochyliła się i przytuliła Annę. – Pożegnam się tu i teraz. To zbyt trudne dla mnie, bym chciała to przeciągać. Obiecaj, że będziesz pisać. – Przyjaciółka skinęła głową. Gardło miała ściśnięte wzruszeniem. – I, na Boga, powiedz mu, że go kochasz. – Zaśmiała się, wycierając wierzchem dłoni mokre od łez policzki.
Parę minut później Anna stała już pod drzewem zupełnie sama. Sylwetka Dolly zniknęła za horyzontem. Zsiadła z konia, zostawiając go samopas, i podeszła do Adamsa. Drżała z niepewności i swoistej obawy o to, co miało się wydarzyć. Myślała, że Michael przywita się z nią oficjalnie, zagubiony po tym, co stało się wczoraj, ale on nie powiedział ani słowa. Zamiast tego przyciągnął ją do siebie i zamknął w ciasnym uścisku. Jego pocałunek był pełen żaru i tęsknoty. Oddała mu go z taką samą siłą. Zapomnieli o otaczającym ich świecie. O niebie ciemniejącym z powodu nadchodzącej burzy. O ptakach, które zamilkły, jakby zawstydzone ich pasją. O szumiącej coraz mocniej i głośniej trawie.
W końcu Michael odsunął Annę od siebie, na tyle, aby spojrzeć w jej oczy.
– To zbyt wiele – wyszeptał. – I zbyt mało. Chciałbym więcej… Znacznie więcej. – Jego spojrzenie przepełnione było namiętnością. Zresztą to samo pożądanie malowało się na twarzy Anny.
– Więc na co czekasz? – zapytała, kładąc ręce na jego piersi, która unosiła się coraz szybciej, wypełniona emocjami.
Zamierzał coś powiedzieć, zapewne zaprotestować, ale Anna mu nie pozwoliła. Położyła palce na jego ciepłych ustach, które jeszcze przed chwilą dotykały jej warg, a potem przysunęła się bliżej, wtulając się w niego. Chciała mu pokazać, jak bardzo go pragnie. Tak samo, jak on pragnął jej. Pierwsze krople spadły, kiedy ich ramiona splotły się ze sobą. Grzmot, który przeszedł nad okolicą, zagłuszył jęk Anny i przyspieszony oddech Michaela. Błysk pioruna oświetlił ich perlącą się od potu skórę. A potem, wraz z ostatnim westchnieniem kochanków, wszystko ucichło. Burza przeszła obok, zraszając ich nagie ciała ciepłym, delikatnym deszczem.
***
Teraz, leżąc nie w ramionach mężczyzny, za którym tęskniła i którego kochała, a na sianie w ciemnej stodole, gdzieś w pobliżu krwawego dramatu, jakim była rozgrywająca się tutaj bratobójcza walka, zrozumiała, że na razie zostały jej tylko wspomnienia. To one oraz uczucie, które ją przepełniało, sprawiły, że bez wahania wyjechała z ciepłego domu ciotki Pauliny w Nowym Jorku. Decyzja, aby dołączyć do panien Woolsey, poróżniła ją z babką, jednak nie ugięła się pod naciskiem jej żądań. Za każdym razem, kiedy myślała o tym, że pożegnała się z nią w gniewie, w oczach Anny pojawiały się łzy. Żałowała, że właśnie tak się stało, ale nie potrafiła wycofać się ze swoich postanowień.
Sięgnęła do kieszeni fartucha, który nosiła od wczoraj. Nie miała nawet siły, aby go zmienić, a przecież był umazany krwią rannych. Nadstawiła uszu. Krzątanina już trwała. Przygotowania do walki również. Całe szczęście pielęgniarek i ochotniczek było na tyle, że mogła jeszcze chwilę odpocząć. Postanowiła, że dokończy czytanie swojej korespondencji do Filipy. Nie pisała do niej od miesięcy.
Wciąż mam przed oczami dzień, kiedy przyszedł list od Dolly. Nie jakiś tam, ale ten jeden, najważniejszy. List, który zmienił całe moje życie. Który sprawił, że świat się zatrzymał. List, z którego się dowiedziałam, że Michael zaginął.
Wciąż nie wiem, jak to rozumieć. Dosłownie gdzieś się zagubił? A jeżeli tak, to czy ktoś go szuka? A może w ten sposób chciano mi przekazać informację o jego śmierci… Nie, nie wierzę w to. Może jestem naiwna, może głupia, ale czułabym, gdyby już go z nami nie było. Czułabym, że straciłam część własnego serca, a jest dokładnie na odwrót – przepełnia mnie nadzieja. Dlatego pomimo ostrego sprzeciwu Babki wyjechałam. Nie wiem, czy Adamsowie powzięli jakieś kroki, żeby odszukać syna, ale ja nie zamierzałam tkwić bezczynnie w Nowym Jorku. W końcu znasz mnie, Filipo. Jestem pierwsza do podejmowania działań. Czasami robię to bezmyślnie, na łapu-capu, jak mawia Babka, ale nie umiem siedzieć z założonymi rękami. Wszak obiecaliśmy sobie z Michaelem, że spotkanie na tamtej łące nie było naszym ostatnim.
Szukam go na własną rękę. Jako pielęgniarka. Gdzież ja już nie byłam i gdzie nie pomagałam… Pola bitwy, statki szpitalne. Widziałam ogrom cierpienia. Na razie odgradzam te wspomnienia grubym murem, chociaż wiem, że kiedyś dopadną mnie w najmniej odpowiednim momencie i będę musiała zmierzyć się z tymi wszystkimi okropnościami, ale gdybym ponownie miała wybrać, nie zawahałabym się ani chwili.
Zaczynałam w Sanitary Commission, ale zbiórki funduszy nie były tym, czego chciałam i czego oczekiwałam. Na szczęście dowiedziałam się – nie od kogo innego, a od cioci Pauliny, która po cichu bardzo mi kibicuje i pomaga – o pannach Woolsey. To dwie młode kobiety pochodzące z bogatej i bardzo wypływowej nowojorskiej rodziny, które postanowiły nieść pomoc nie z ciepłych, bezpiecznych salonów, ale bezpośrednio na polu walki. Razem z innymi dołączyłam do nich.
Wiele panien nie wytrzymywało zderzenia z rzeczywistością. Nie, nie będę udawać, że dla mnie to codzienność czy pierwszyzna, ale, Filipo, my jesteśmy twardsze. Miejsce, w którym się wychowałyśmy, i jego historia nieco nas zahartowały. I wdzięczna jestem za to, w szczególności dziadkowi Józefowi, że nie chował mnie w cieplarnianych warunkach. Nauczył mnie odporności, zaradności i umiejętności radzenia sobie z trudami życia. Dzięki temu nie martwią mnie głód czy wielogodzinny dzień pracy albo brak snu i bezustanne zmęczenie. Jestem na nie gotowa i chociaż zmagam się z wyczerpaniem, jak wszyscy, nie poddam się, dopóki nie odnajdę ukochanego.
Martwi mnie tylko stan mojego umysłu, bo ten płata mi figle. Widzę Michaela w każdym kącie. Wśród walczących. Wśród rannych i wśród poległych. Ileż to już razy myślałam, że dopisało mi szczęście, że wreszcie go odnalazłam, całego i żywego. Zaraz jednak się okazywało, że to tylko moje pobożne życzenia.
Wciąż czekam…
I będę czekać.
I będę wstawać każdego dnia skoro świt. Będę do nocy zmieniać opatrunki, karmić rannych, pisać za nich listy, czytać im książki i zmagać się z niechęcią lekarzy, którzy chociaż powinni okazywać nam szacunek, często traktują nas lekceważąco, bo mam do wypełnienia obietnicę.
Chciałabym Ci tyle napisać, ale muszę powoli kończyć. Wiem, że lada moment zostanę wezwana. Wczoraj, w drugim dniu bitwy, trwały intensywne walki. Tylu ucierpiało… Tyle niepotrzebnie straconych żyć… Ale to jeszcze nie koniec. Dziś szykują się do kolejnego starcia. Boję się go. Na samą myśl drżę, ale zaciskam zęby i robię, co do mnie należy.
Dobrze się przygotowaliśmy. Zaadaptowaliśmy na szpitale prawie wszystkie lokalne farmy, stodoły, kościoły, a nawet szkoły. Będą potrzebne. Nie liczę poszkodowanych, ale są ich tysiące. Ziemia jest mokra od krwi. Mam wrażenie, że trawa na tym polu już nigdy nie będzie zielona.
Spotkałam tu dziewczynę, która znała Cecilię Parsons i Dorotheę Dix*. Ponoć to właśnie ta ostatnia odrzuciła kandydaturę Cornelii na pielęgniarkę, bo – jak wyraziła się panna Dix – Cornelia była „zbyt młoda i miała zbyt różowe policzki”.
Dziewczęta nazywają Dix Smoczycą, a panna Hancock, ta od różowych policzków, jest uparta, zresztą jak większość z nas. Nic sobie nie zrobiła ze słów Dorothei. Wsiadła do pociągu i przyjechała na pole bitwy na własną rękę. Często pracujemy razem. W wolnych chwilach, które zdarzają nam się rzadko, chodzimy od żołnierza do żołnierza, aby spisywać ich listy do bliskich. Kto wie, czy nie są ich ostatnimi słowami…
Drżę w takich momentach. Boję się, że spotkam Michaela. Że będzie jednym z tych, którzy wypowiadają ostatnie słowa. Że nie będzie już dla niego… dla nas nadziei.
Przepraszam, że Cię zasmucam, ale potrzebowałam wyrzucić z siebie te wszystkie emocje. Módl się za mnie i miej nadzieję, że kiedy napiszę do Ciebie następnym razem, usłyszysz same dobre wieści.
Twoja przyjaciółka
Anna Maria
*Dorothea Dix (1802–1887) – amerykańska reformatorka społeczna, która prowadziła szeroko zakrojoną kampanię na rzecz poprawy warunków w szpitalach psychiatrycznych i przytułkach. W latach 40. i 50. XIX wieku wizytowała instytucje opiekuńcze w wielu stanach, przygotowując raporty dla legislatur stanowych. Jej działania doprowadziły do powstania lub rozbudowy kilkudziesięciu szpitali dla osób chorych psychicznie. W czasie wojny secesyjnej pełniła funkcję naczelnej superintendentki pielęgniarek armii Unii.
Luizjana, Vacherie, 1855
– Mój drogi, to typowe objawy Katzenjammera, jakby powiedział nasz rodzinny lekarz, Herr Gritz. – Samuel, najstarszy syn Abrahama Stelly’ego i przyjaciel Michaela Adamsa, rozsiadł się wygodnie na szezlongu w salonie. – Matka dostałaby spazmów, gdyby zobaczyła, że zwracasz krewetki na jej ulubioną rabatkę kwiatową przed wejściem. A ojciec, nie bacząc na zabójczego kaca, nie omieszkałby nam zrobić z samego rana połajanki, podczas której powiedziałby, że on to wszystko rozumie, też był młody, a młodość musi się wyszumieć, ale mimo tego potrafił zachować się z godnością. – Ostatnie słowa Samuel wypowiedział zmienionym głosem, naśladując swego ojca.
– Powiedzieć, że łeb mi pęka, to jakby nic nie powiedzieć – jęknął Adams.
Wreszcie otworzył oczy. Na jego poważnej do tej pory twarzy, bladej i z mocno podkrążonymi oczami, co znacząco odbierało mu urodę, pojawił się zawadiacki uśmiech, tak dobrze znany Samowi.
– Ale nawet gdybym miał świadomość konsekwencji wczorajszych wybryków, powtórzyłbym je z przyjemnością. Tak dawno nie byłem w mieście. Siedzę ciągle w naszej poczciwej Vacherie, zajmując się tylko nauką oraz słuchając wykładów ojca o zarządzaniu naszą plantacją, więc niemal zapomniałem, jak pięknym miejscem jest Nowy Orlean. Nie tylko cieszy oko malowniczymi zaułkami, ale także zapewnia wszelakie uciechy dla duszy i przede wszystkim ciała.
– Nie zaprzeczę. A nawet przyznam ci rację. – Samuel przeciągnął się, prostując obolałe kości. – Od dawna planowałem się tam wybrać. Owszem, okazji było bez liku, wszak mój ojciec, zresztą w towarzystwie twojego, jeździ tam regularnie. Do niedawna żyłem w błogiej naiwności, że pędzą konie przez tyle kilometrów w interesach, a potem siedzą gdzieś w ciemnych pokojach, zamknięci z buchalterami, głowiąc się nad coraz nowszymi rozwiązaniami zasiewu i zbioru bawełny oraz trzciny, a tymczasem jedyne, co zapewne zbierali, to suknie z tamtejszych panienek.
Michael skrzywił się na ostatnie słowa przyjaciela. Widoczny grymas nie uszedł uwadze Samuela, uniósł się więc na łokciu, zwracając się w stronę Adamsa.
– Cóż, przepraszam, że rozwiewam twój wyidealizowany obraz ojca, ale taka zapewne jest prawda. A mówię tak, ponieważ słyszałem, jak mój tatko opowiadał o swoich wypadach na, jak to ujął, „miłosne łowy”, jednemu ze znajomych. Pozwala to podejrzewać, że wszyscy nasi zacni plantatorzy zażywają tam uciech. Przez długi czas dusiłem w sobie poczucie winy, że ukrywam prawdę o tych ekscesach przed niczego nieświadomą matką, ale potem zdałem sobie sprawę, że ona doskonale o wszystkim wie. Przecież jest najlepiej poinformowaną osobą w tym domu, a nawet w okolicy. Musi więc wiedzieć i godzić się na to. W zamian za święty spokój, życie w luksusie, niepohamowane zakupy i wystawne przyjęcia, które zapewnia jej majątek szacownego małżonka. Proszę cię więc, Mike, nie zawracaj sobie głowy moralnością swego papy, bo trudno kogoś odsądzać od czci i wiary, kiedy samemu ma się sporo do ukrycia.
Młody Adams nie miał zamiaru polemizować z przyjacielem. Zgadzał się ze wszystkim, co przed chwilą usłyszał, także tym, że sam w ostatnich dniach nagrzeszył za dwóch, a może i za trzech, ale miał ku temu dobrą wymówkę. Zaproszenie do Stellych zbiegło się ze zbliżającym się wyjazdem na studia. Wiadome było, że będą z Samuelem świętować z okazji rozpoczęcia kolejnego etapu w życiu Michaela. Wybrali się więc do Nowego Orleanu. Zatrzymali się tam w Hotelu Planters, może nienajokazalszym, ale za to usytuowanym bardzo blisko Bourbon Street, którą wieczorem tamtego dnia wzięli we władanie. Nie było baru, do którego by nie zajrzeli. Pili, grali i oglądali rozbierające się panienki. Bawili się przednio i do upadłego.
– Podobały mi się dziewczęta podrygujące w rytm skocznej muzyki, unoszące nogi wysoko i zadzierające spódnice, pod którymi, o zgrozo, nie miały bielizny. – Samuel zarechotał na wspomnienie ponętnych widoków. – Chociaż gdybym miał wybierać, to najbardziej przypadło mi do gustu ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy. Mimo że byłem już mocno wstawiony, to zapamiętałem nazwę tego domu uciech. Jeszcze nieraz zamierzam z niego skorzystać. Nie wiem, jak twoja panienka, ale moja wykazała się prawdziwą maestrią. Cóż ona potrafiła zrobić ustami… Żałuję, że niebawem musisz wracać, bo… – zaczął, ale Michael nie dał mu dokończyć.
– Najpóźniej jutro z samego rana muszę się stawić w Oak Alley, ale najlepiej by było, gdybym zjawił się w domu jeszcze dziś wieczorem. Wspominałem ci, że matka wzięła sobie za punkt honoru wyprawić stosowne przyjęcie. Nie może odżałować, że twoich rodziców nie będzie, ale ty masz się na nim pojawić obowiązkowo, więc radzę, abyśmy zaprzestali snucia wizji kolejnych igraszek, a zaczęli robić coś, co postawi nas na nogi. Matka nie okaże nam litości. Powiem nawet, że widząc, do jakiego stanu się doprowadziliśmy, uskuteczni jeszcze swoje tortury, zapędzając nas do realizowania obowiązków towarzyskich, do rozmów i tańców z okolicznymi pannami. A, zapomniałbym! – Michael nieco się ożywił, ale nie było w tym ani odrobiny radości. – Ojciec napomknął coś o oświadczynach. Zresztą nie pierwszy raz, ale staje się coraz bardziej stanowczy. Mówiłem ci o niej… – Zerknął na Samuela, który skinął głową. – Widziałem Veronicę raptem kilka razy, wymieniłem z nią tylko parę kurtuazyjnych zdań, ale i to wystarczyło, abym się przekonał, że nie ma w tej dziewczynie niczego, co by mnie interesowało. Jednak ojciec dał mi do zrozumienia, że warto rozważyć taki mariaż. Nie chciałem mydlić mu oczu, dlatego od razu stwierdziłem, że to wykluczone. Łagodnie mówiąc, nie był zadowolony.
– Zasmucasz mnie, przyjacielu. Współczuję ci z całego serca. I to nie sarkazm, a szczera prawda. Nie wiem, jak sam zachowałbym się w takiej sytuacji, ale może… warto grać na zwłokę? W końcu przed tobą kilka lat studiów, w tym czasie wszystko może się zmienić. A nuż rodzice zapomną albo znajdą ci nową kandydatkę. Może nawet sam sobie jakąś przygruchasz. Na razie jednak, odkładając na bok bolączki świata dojrzałych i odpowiedzialnych dziedziców, planowałem zaproponować naruszenie barku mojego ojca. A wierz mi, jest w czym wybierać. Do tego na podkręcenie smaku i żeby się nam nie nudziło, chciałem zaprosić te dwie młode pokojówki, które przed kwadransem kręciły się po jadalni. Całkiem miłe dla oka i, jak mniemam, w ich towarzystwie już poprawiał sobie nastrój pan tego domu. Kto wie, kiedy znowu nadarzy ci się taka okazja…
– Pohamuj swoje zapędy, przyjacielu – jęknął Michael. – Nie dość, że głowa zaraz mi eksploduje, to tego typu oferty są nie do zaakceptowania. I proszę, nie wspominaj już o przyjęciach, dziewczynach, igraszkach i oświadczynach. Bądź choć raz poważny.
– Zawsze wiedziałem, że nudziarz z ciebie. Rozwiałeś wczoraj nieco moje obawy, ale, jak się okazuje, tylko na chwilę. Już kiedy byliśmy dziećmi, potrafiłeś zepsuć najlepsze zabawy. Jednak dziś, chociaż niechętnie, przyznam ci rację. Kurujmy się. Chodź… – Mówiąc to, Samuel wstał z szezlonga.
Adams z trudem uniósł powiekę. Na samą myśl, że miałby wstać, dostał mdłości.
– Byłem w niebie, ale, oczywiście, musiałeś mnie wyrwać z tego błogiego stanu. – Z niechęcią spojrzał na pochylającego się nad nim przyjaciela.
– Za chwilę mi podziękujesz.
Michael zerknął na tacę, którą Stelly postawił na najbliższym stoliku.
– Co to? – zapytał z trudem. Ból głowy wciąż nie odpuszczał.
– Lekarstwo na kaca, bardzo skuteczne. Uszczknąłem już nieco w kuchni, czekając na napełnienie karafek, i muszę przyznać, że z minuty na minutę czuję się coraz lepiej. Jak tak dalej pójdzie, to niebawem będę jak nowo narodzony. Co wolisz: sok pomidorowy, miętowo-imbirowy tonik czy wodę z cytryną? Kiedy będzie ci lepiej, zjemy coś lekkiego. Najlepiej rosół albo tost z awokado, co może pomóc zwalczyć nudności, bo widzę, że wciąż mocno dają ci się we znaki. Wyglądasz fatalnie, żeby nie powiedzieć paskudnie. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że widzę ducha. Jesteś wręcz przezroczysty. Chociaż… może to i lepiej? Widząc taką paskudę, panna Veronica ucieknie gdzie pieprz rośnie i kłopot sam się rozwiąże… Sądzę bowiem, że aby nie urazić uczuć dziewczyny i jej rodziców, państwo Adamsowie nie zamierzają zdradzać, że wiedzą o twojej stanowczej odmowie. Biedna panna wciąż będzie robić sobie nadzieję, wpatrując się w ciebie jak w obrazek.
– Sok z pomidorów. – Młody Adams wyciągnął rękę, prosząc w ten sposób przyjaciela, aby podał mu szklankę z napojem. Nie skomentował nic ponad to. – A potem, przed posiłkiem, jeszcze napar z kory wierzby. Na ból głowy, bo, jak mi Bóg miły, jeżeli to łupanie zaraz nie przejdzie, poproszę cię, abyś mi ją odrąbał.
– Byłbym ostrożny w wypowiadaniu życzeń, nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się spełnić.
***
Obudził się już jakiś czas temu, ale nadal leżał nieruchomo, wsłuchując się w swoje ciało. Do Oak Alley dotarli z Samuelem wczoraj wieczorem i chociaż czuł się znacznie lepiej po zaaplikowanych mu miksturach, to dziś rano, po dobrze przespanej nocy, wydarzenia z poprzednich dni nagle przestały być już tak klarowne. Wydawało mu się, że kiedy wczoraj zmagał się z potężnym kacem, pamiętał więcej niż teraz, gdy wytrzeźwiał. Tak po prawdzie, dopiero drugi raz w życiu upił się tak bardzo, że pojawiła się czarna plama na wydarzeniach dnia poprzedniego.
Musiał wreszcie wstać z łóżka. W domu już od dłuższego czasu panowała gorąca, żeby nie powiedzieć nerwowa atmosfera. Wszak dziś wieczorem miało się odbyć przyjęcie na jego cześć. Ostrożnie uniósł powieki. O dziwo, światło nie stanowiło dziś swoistej tortury, a jedynie dawało przyjemność oglądania promieni słonecznych wpadających do pokoju przez niewielką szparę w zasłoniętych storach, w których lubowała się jego matka. Odetchnął z ulgą. Straszliwy kac, z którym borykał się wczoraj prawie przez cały dzień, był już tylko wspomnieniem, tak samo, jak niemiłosierny ból głowy.
Zerknął na zegarek, który wysunął z kieszeni przerzuconej przez oparcie krzesła marynarki. Dochodziła dziesiąta trzydzieści. Było już dawno po śniadaniu, ale miał nadzieję, że kucharka zlituje się nad nim i przygotuje coś ciepłego na ząb, szczególnie jeżeli razem z nim do stołu zasiądzie Samuel. Na wspomnienie przyjaciela młody Adams uśmiechnął się szeroko. Był przekonany, że ten wciąż wylegiwał się w łóżku. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zastał go w jadalni.
– No, nareszcie. Mieliśmy obawy, czy zdołasz się wykurować do wieczora, ale najwyraźniej byliśmy z twoją mamą w błędzie. – Sam zwrócił się w stronę kobiety siedzącej u szczytu stołu. Pani Adams poważnie, bez cienia uśmiechu, taksowała syna surowym wzrokiem. – Ja już zaspokoiłem apetyt. Za pozwoleniem, oddalę się teraz. Nieco świeżego powietrza dobrze mi zrobi. Wprawdzie czuję się już doskonale, ale dodatkowy zastrzyk energii nigdy nie zaszkodzi. Pani Adams, Michaelu… – Skłonił się przyjacielowi i jego matce, aby po chwili opuścić jadalnię.
W pokoju zapadła głucha cisza, przerywana jedynie stukaniem sztućców o zastawę. Michael nałożył sobie słuszną porcję jajecznicy, którą uwielbiał. Samo spojrzenie na talerz wystarczyło, aby do ust napłynęła mu ślinka, a w brzuchu zaczęło burczeć. Na drugim talerzu ułożył kilka chrupiących tostów, dodał świeże owoce, ale zanim zaczął jeść, wziął na rozbudzenie porządny łyk mocnej, gorzkiej kawy. Amelia Adams nadal milczała, jedynie bacznie obserwując syna.
– A gdzie ojciec? – zapytał Michael, odgryzając potężny kęs chleba.
Czekał na burę, ponieważ matka zawsze powtarzała, aby nie mówić z pełnymi ustami. Nie mógł się jednak powstrzymać.
– Jakbyś nie wiedział – prychnęła, ale nie dodała nic więcej.
Michael odłożył tost. Faktycznie, tym pytaniem zrobił z siebie głupca, ale kilkudniowa libacja w domu Samuela wpłynęła na niego otępiająco.
– Przepraszam – zmitygował się. – Nie wiem, jak to się stało, ale zapomniałem, że niedawno zaczęły się zbiory.
– Ojciec, wyłącznie dla własnej satysfakcji i poczucia kontroli, wstaje skoro świt i udaje się na obchód włości, chociaż wszyscy dobrze wiemy, że jest tam jedynie ozdobą – burknęła, a Michael nie mógł zaprzeczyć tym słowom. – Nasi niewolnicy są w tym bardzo sprawni. Śmiem twierdzić, że to właśnie dla tego spektaklu ich umiejętności ojciec fatyguje się na pola. To jest swoiste uzależnienie, które zaszczepił w nim twój dziadek. Gdybym na to pozwoliła, Adam zabierałby i ciebie, ale stanowczo się temu sprzeciwiłam. Owszem, nie widziałam niczego złego, aby zapoznawać cię z funkcjonowaniem plantacji, ale wystawanie tam przez długie godziny i przyglądanie się tej czasochłonnej orce było nieporozumieniem. A skoro jesteśmy już przy zbiorach… – Amelia zrobiła krótką pauzę. Miała to w zwyczaju, kiedy chciała podkreślić wagę swojej wypowiedzi. – Ojciec jeszcze z tobą o tym nie rozmawiał, zrobi to zapewne jutro, po przyjęciu… Chodzi o zakup odziarniarki. Postanowił, że ta inwestycja bardzo nam się opłaci. Jak wiesz, niektórzy z naszych sąsiadów stosują je od dawna i wszyscy są zadowoleni. Przecież zależy nam na wzroście produkcji… Nie żebym miała o tym jakieś pojęcie. Powtarzam jedynie to, co usłyszałam od Adama, a trudno mu zarzucić brak intuicji. Wierzę zatem, że to doskonały pomysł, chociaż jeszcze w ubiegłym roku mówił coś o ograniczeniu pól bawełny na rzecz tych z trzciną. Ale któż za nim nadąży…
– Czy mama chciała ze mną porozmawiać o uprawach? – zapytał Michael, który w trakcie długiego monologu pani Adams zdążył pochłonąć całe śniadanie.
– Ten sarkazm jest nie na miejscu, szczególnie po tym, czego się dowiedziałam. Wydaje się wam z Samuelem, że jesteście tacy sprytni, ale zapominacie, że plotki rozchodzą się tutaj lotem błyskawicy. Wiedziałam o waszych wybrykach, jeszcze zanim pojawiliście się w domu. Nie tylko o hulankach w domu Stellych, ale także o bezecnej wyprawie do Nowego Orleanu. Od informacji na temat tego, co tam robiliście, huczy cała okolica. Nie muszę ci chyba przypominać, że jako dziedzic plantacji powinieneś dbać o swoją reputację? Niby wszyscy wiedzą, jak się bawią młodzi mężczyźni, ale opowieści o tym w dniu twojego przyjęcia są mocno niefortunnym zbiegiem okoliczności.
– Jeżeli mama martwi się o opinię panny Galloway, to zapewniam, że niezależnie od moich ekscesów ochoczo zgodzi się przyjąć oświadczyny, gdybym zdecydował się prosić o jej rękę, ale oboje z ojcem wiecie przecież doskonale, że nie zamierzam tego robić. Wypowiedziałem już swoje zdanie w tej materii i nie planuję go zmieniać.
– Jak mi Bóg miły, synu, jesteś strasznym bufonem. – Na ustach Amelii po raz pierwszy pojawił się lekki uśmiech. – Nie byłam, nie jestem i zapewne jeszcze długo nie będę ślepa. Wiem, że Veronica wypatruje za tobą oczy. Zawsze miała do ciebie słabość.
– To chyba oczywiste… – wtrącił młodzieniec, czym rozśmieszył matkę.
– Jakbym słyszała ojca. Ten narcyzm jest dziedziczny. Jak to dobrze, że Dolly ma charakter po mnie.
– To na pewno nie jest dobra informacja, szczególnie dla jej przyszłego męża.
– Nie pozwalaj sobie zanadto, Michaelu. – Mimo pozornie poważnego tonu pani Adams drżał od powstrzymywanego śmiechu. Aby odgonić ogarniającą ją wesołość, zaczerpnęła powietrza. – Masz rację, chciałam z tobą porozmawiać, i z pewnością tematem nie jest bawełna, a, jak się słusznie domyślasz, Veronica i jej rodzina. Od dziecka byłeś stanowczy i rzadko zmieniałeś podjętą decyzję, ale proszę cię, żebyś się zastanowił. Gallowayowie są plantatorami od pokoleń. Połączenie naszych majątków byłoby doskonałym posunięciem, stanowilibyśmy siłę, z którą musieliby się liczyć najwięksi. – Michael skrzywił się na te słowa, jednak Amelia kontynuowała, udając, że nie dostrzega niechęci syna: – Jesteście w podobnym wieku. Veronica jest ładną młodą kobietą. Nie zaprzeczysz, że jest urodziwa. Wiem, że trudno zdecydować się na oświadczyny, kiedy prawie się kogoś nie zna, ale nie byłbyś odosobnionym przypadkiem. My z ojcem tak naprawdę poznaliśmy się dopiero po ślubie i spójrz na nas, tworzymy zgodne stadło i jesteśmy szczęśliwi.
Michael miał zamiar zaśmiać się sarkastycznie. W małżeństwie jego rodziców było wszystko: spokój, szacunek, pieniądze, ale nie prawdziwe szczęście.
– Oczekujemy zatem, że jednak oświadczysz się Veronice, ale zdecydowaliśmy z Adamem, że damy ci trochę czasu. Nie musisz tego robić na tym przyjęciu. – Michael zmierzył matkę wzrokiem, jakby chciał powiedzieć, że wobec tego będą czekali bardzo długo, bo on nie zamierzał się ugiąć pod ich presją, ale Amelia ponownie go zignorowała. – Kiedy przyjedziesz z uczelni na przerwę świąteczną, wówczas o tym pomyślimy. Nie zapominaj, że pokładamy w tobie ogromne nadzieje, ale, jak wspomniałam, masz jeszcze chwilę kawalerskiego oddechu… Chciałam ci o tym powiedzieć, żebyś przestał się frasować na zapas. To będzie miły wieczór, synu. – Po tych słowach, nie czekając na odpowiedź, opuściła jadalnię.
– Niedoczekanie – mruknął pod nosem, a potem obejrzał się za siebie, upewniając się, że matka zdążyła zostawić go samego.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
