Opis

Włoski milioner Rocco D’Angelo nie uznaje poważnych związków. Kobiety są dla niego przelotną rozrywką. Kiedy poznaje piękną Emmę, postanawia ją uwieść. Zaprasza ją do swojej willi w Portofino. Jednak dziewczyna, która wydawała się łatwym kąskiem, niespodziewanie stawia opór...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Chantelle Shaw

Długie lato w Portofino

Tłumaczenie: Kamil Maksymiuk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Na Northumbrię przez cały dzień sypał śnieg. Pokrył rozległe wrzosowiska grubym, białym kocem i zamroził wierzchołki wzgórz Cheviot Hills. Szalenie malowniczy widok, ale jazda autem po śliskiej jak szklanka szosie to koszmar, pomyślała Emma, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy i w żółwim tempie zbliżając się do ostrego zakrętu.

Zimą na północno-wschodnim krańcu Anglii często pada śnieg, ale pod koniec marca jest jednak rzadkością. Na szczęście stary, terenowy samochód Emmy, który niegdyś służył na położonej na wzgórzu szkockiej farmie rodziców, świetnie się spisywał w tak ekstremalnych warunkach pogodowych. Wóz nie powalał elegancją ani urodą, ale był wytrzymały i praktyczny. To trochę tak jak ja, pomyślała Emma, zerkając na swoje odbicie w przednim lusterku. Gruba kurtka narciarska, wełniana czapka i zamotany wokół twarzy szalik sprawiały, że wyglądała jak otyły mieszkaniec Bieguna Północnego, ale przynajmniej było jej ciepło, a na tym teraz najbardziej jej zależało.

Wąską drogę z obu stron otaczał wysoki, śnieżny mur, który wyrósł po tym, jak po południu jeden z farmerów przejechał tędy traktorem, by udrożnić tę trasę. Do Nunstead Hall zostało jeszcze pięć kilometrów. Emma zaczęła się martwić, że nawet jeśli wreszcie dotrze do położonego na odludziu domu pani Symmonds, to istnieje ryzyko, że zostanie w nim uwięziona. Może powinna zawrócić? Nie, od razu odsunęła od siebie tę myśl. Nie zaglądała do Cordelii od dwóch dni. Musiała sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku.

Spochmurniała, rozmyślając o swojej pacjentce. Mimo że Cordelia Symmonds miała już osiemdziesiąt parę lat, nadal zaciekle broniła swojej niezależności. Problem w tym, że w przeciwieństwie do wciąż sprawnego i bystrego umysłu, jej ciało się starzało. Pół roku temu upadła i złamała biodro. Niedawno miała groźny wypadek w kuchni; paskudnie poparzyła sobie rękę. Prawda była brutalna – wbrew temu, co Cordelia o sobie myślała, stawała się coraz bardziej krucha i niedołężna. Nie powinna mieszkać sama w tym wielkim, starym domu. Uparcie jednak odmawiała przeprowadzki bliżej miasteczka.

Wielka szkoda, że wnuk Cordelii nie poświęca jej więcej uwagi, pomyślała Emma bardziej ze złością niż z żalem. Mieszkał za granicą, we Włoszech. Wiecznie pochłonięty prowadzeniem swojego biznesu, nie mógł – lub nie chciał – częściej zaglądać do babci. Gdy Cordelia o nim mówiła, a robiła to bardzo często, w jej głosie słychać było wielką dumę i autentyczne uczucie, jakby nie przeszkadzało jej to, że została właściwie porzucona przez swojego jedynego żyjącego krewnego.

Emma miała inne zdanie; była oburzona. Kwestia opieki nad starszymi osobami była bardzo bliska jej sercu, zwłaszcza po tym, co stało się tuż po Nowym Roku. Pewnego dnia, jadąc do jednego ze swoich pacjentów, postanowiła przy okazji złożyć wizytę dziewięćdziesięcioletniemu panu Jeffriesowi. Weszła do domu i odkryła, że staruszek zmarł, siedząc w fotelu w wyziębionym domu. Jego rodzina wyjechała na święta Bożego Narodzenia i nie zadbała o to, aby ktoś do niego zaglądał podczas ich nieobecności. Myśl o straszliwej śmierci pana Jeffriesa prześladowała Emmę na jawie i we śnie. Jego nieruchome, lodowate ciało w środku wielkiego, pustego domu…

Emma nie chciała, aby jakąkolwiek znaną jej osobę spotkał podobny makabryczny los. Znowu doszła do wniosku, że jeśli chodzi o Cordelię Symmonds, niezbędna jest szybka i skuteczna interwencja. Może uda jej się jakoś skontaktować z wnukiem Cordelii i przekonać go, że musi wziąć na siebie odpowiedzialność za babcię?

Samochód sunął powoli po oblodzonej szosie. Emma skupiła się na kierowaniu wozem w coraz silniejszej śnieżycy. To był bardzo długi i ciężki dzień, głównie z powodu upiornej pogody. Pocieszała się, że to już ostatnia wizyta, a potem odbierze Holly od opiekunki do dzieci, wróci do domu i ugotuje kolację.

Zaczęła nerwowo przygryzać wargę, myśląc o zdrowiu swojej córeczki. Holly kaszlała rano. Wirus grypy, który się do niej przyplątał, był wyjątkowo ostry, a długa zima jedynie pogarszała sprawę. Emma w napięciu wyczekiwała wiosny. Ciepłe słońce i zabawa w ogrodzie wyjdą Holly na zdrowie i może wreszcie znowu zarumienią się jej blade policzki.

Emma ostrożnie wzięła kolejny zakręt, lecz nagle krzyknęła przerażona, widząc tuż przed sobą światła innego samochodu. Natychmiast wcisnęła hamulec. Odetchnęła z ulgą, widząc, że drugi samochód stoi w miejscu. Wytężyła wzrok i doszła do wniosku, że auto zapewne wpadło w poślizg, zakręciło się na szosie i uderzyło w ścianę śniegu na poboczu.

Z auta wyskoczył kierowca i trzasnął drzwiami. Nie wyglądał na rannego.

Emma opuściła okno i zapytała:

– Nic panu nie jest?

– Mnie nie, ale mój wóz miał mniej szczęścia – odparł ze złością, wpatrując się w swój luksusowy, srebrny samochód, którego tył wbił się w górę śniegu.

Głos mężczyzny był bardzo głęboki, z wyraźną egzotyczną nutą. Akcent, którego Emma nie umiała umiejscowić, ale od którego przeszedł ją lekki dreszcz. To był bardzo seksowny głos, zmysłowy i ciemny jak roztopiona gorzka czekolada. Zdumiała ją ta myśl, jakby należała do kogoś innego. Uważała, że jest praktyczną, może nawet przyziemną osobą, której nigdy nie przychodzą do głowy tego typu poetyckie skojarzenia. Co w nią wstąpiło?

Mężczyzna stał obok swojego wozu. Nie podświetlał go blask przednich świateł, więc Emma nie widziała dokładnie jego twarzy. W oczy rzucił jej się jednak jego wyjątkowy wzrost. Na pewno miał prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów. Jego nienagannie skrojony spłaszcz z owczej skóry podkreślał szerokie barki. Emanował aurą bogactwa i wyrafinowania. Zastanawiała się, skąd taki egzotyczny przybysz nagle znalazł się w tym oddalonym od cywilizacji miejscu. Najbliższa wioska położona była kilka kilometrów stąd, a dalej rozciągały się głównie bezkresne wrzosowiska. Zerknęła na jego pokryte śniegiem buty i od razu wykluczyła możliwość, że jest turystą, który lubi długie wędrówki na łonie natury.

Wyjął z kieszeni komórkę. Po chwili warknął z irytacją.

– Brak zasięgu. Dziwię się ludziom, którzy z własnej woli mieszkają na tym przeklętym, dzikim pustkowiu.

– Northumbria słynie z nietkniętego cywilizacją piękna – wtrąciła Emma urażonym tonem.

Jej zdaniem każdy, kto postanowił w środku zamieci śnieżnej przedzierać się autem przez wrzosowiska, powinien mieć na tyle zdrowego rozsądku, aby zabrać ze sobą łopatę i inne niezbędne w takich krytycznych warunkach narzędzia. Jeśli chodziło o „dzikie pustkowie”, uwielbiała tę malowniczą, nastrojową krainę. W czasie małżeństwa z Jackiem wynajmowali mieszkanie w Newcastle, ale nie podobało jej się życie w dużym mieście. Tęskniła za pięknem i spokojem Northumbrii.

– W parku narodowym można się udać na wspaniałe spacery, chociaż w zimie to nie jest łatwa wyprawa – ciągnęła. Wyczuwając zniecierpliwienie nieznajomego, dodała: – Obawiam się, że mój telefon również nie działa. Musi pan dotrzeć do wioski, by zamówić pomoc drogową, ale sądzę, że dopiero jutro kogoś tu przyślą.

Usłyszała jego stłumione przekleństwo. Postawiła się w jego sytuacji. Ten człowiek potrzebował pomocy. Bała się zapraszać zupełnie obcego mężczyznę do swojego samochodu. Głos sumienia wygrał jednak z głosem zdrowego rozsądku.

– Została mi już tylko jedna wizyta, a potem wracam do Little Compton. Chce się pan ze mną zabrać?

Do diabła, chyba nie mam wyboru, pomyślał, gdy obszedł swoje auto i odkrył, że tylne koła są całe zanurzone w wodzie. Nawet gdyby odkopał tylną połowę samochodu ze śniegu, i tak nie byłby w stanie wyjechać z rowu. Koła kręciłyby się w miejscu, ślizgając na lodzie. Musiał znaleźć jakiś hotel i z samego rana przysłać tu ekipę fachowców. Otworzył tylne drzwi i wyjął swoją torbę podróżną.

Zerknął na kobietę siedzącą za kierownicą solidnego, ale starego samochodu terenowego z napędem na cztery koła. Jej wygląd wskazywał na to, że mieszkała na jednej z okolicznych farm. Może wyjechała w teren, aby sprawdzić żywy inwentarz? Z jakiego innego powodu ktoś miałby pchać się w te wrzosowiska, na których szalała ta koszmarna śnieżyca?

Usiadł obok niej na fotelu pasażera i przyjrzał jej się kątem oka. Była dobrze zbudowana, prawie jak mężczyzna. Wełniana czapka nasunięta na czoło i gruby szalik, który zakrywał dolną połowę jej twarzy, uniemożliwiał mu odgadnięcie jej wieku.

– Dziękuję – mruknął, zatrzaskując drzwi. Poczuł, jak owiewa go przyjemna fala ciepłego powietrza z dmuchawy grzejnika.

Dopiero teraz dotarło do niego, że w sumie miał ogromne szczęście. Po pierwsze, nie ucierpiał w wypadku, a po drugie, trafiła mu się ta wieśniaczka. Nie musiał na piechotę brnąć przez zamieć w poszukiwaniu cywilizacji.

– Miałem farta, że pani akurat tędy przejeżdżała.

Emma zwolniła hamulec ręczny i ostrożnie ruszyła do przodu. Zacisnęła ręce na kierownicy, bo wóz od razu zaczął się lekko ślizgać na szosie. Gdy nad nim zapanowała, wyciągnęła rękę, by wrzucić drugi bieg. Zamarła nagle, przez przypadek muskając dłonią udo nieznajomego. Zdawał się wypełniać całym sobą wnętrze wozu. Był tak potężny i wysoki, że głową niemal szurał o dach. Postawiony kołnierz płaszcza zakrywał jego twarz. Zerkając na niego, Emma widziała głównie ciemne włosy opadające na opalone czoło.

Ostre, korzenne nuty jego wody kolońskiej drażniły jej zmysły. To był niezwykle męski zapach, który obudził w niej wspomnienia o Jacku. Zacisnęła usta, przypominając sobie przystojną twarz męża, szopę jasnych włosów i uwodzicielski uśmiech. Jack był urodzonym uwodzicielem, który lubił ładne i drogie rzeczy. W ostatnie święta Bożego Narodzenia, które wspólnie spędzili, podarowała mu w prezencie jego ulubiony, horrendalnie drogi płyn po goleniu. Och, gdyby wtedy wiedziała, że używał go zapewne przed randkami z innymi kobietami…

Ocknęła się, czując na sobie intensywny wzrok nieznajomego.

– O jakiej „wizycie” pani wspominała? To chyba kiepska noc na spotkania towarzyskie – mruknął, omiatając wzrokiem zaśnieżony, niemal księżycowy krajobraz.

Znał na pamięć te okolice. Wiedział, że lada moment miną stary, stojący na poboczu dom, w którym kiedyś mieszkało pewne bezdzietne małżeństwo, a potem droga zacznie się wić i piąć w górę po pofalowanym wrzosowisku. Uznał to niemal za cud, że ta kobieta jechała akurat w tę samą stronę co on.

Emma znowu poczuła, jak po jej kręgosłupie przebiega lekki dreszcz. Nic nie mogła na to poradzić. Tak działał na nią seksowny akcent tego mężczyzny. Zdecydowała, że to nie może być Francuz. Może Hiszpan? Albo Włoch? Zastanawiała się, kim jest i co tutaj robi. Dobre maniery zabraniały jej zadawania tak wścibskich pytań.

– Jestem pielęgniarką – wyjaśniła. – Jedna z moich pacjentek mieszka w tej okolicy, na wrzosowiskach.

Kątem oka dostrzegła, jak nieznajomy otwiera usta, by coś powiedzieć, lecz po chwili je zamyka. Po kilku minutach ujrzeli, jak z ciemności wyłania się przed nimi kamienna brama.

– Oto Nunstead Hall – oznajmiła, odczuwając ulgę, że udało jej się bezpiecznie dotrzeć na miejsce. – To wielka, piękna posiadłość. Na terenie posesji znajduje się nawet małe jeziorko.

Przejechała powoli przez podjazd i spojrzała na imponujący, stary budynek, którego wnętrze tonęło w mroku. Światło paliło się tylko w jednym oknie. Emma przeniosła wzrok na nieznajomego, próbując rozgryźć, dlaczego czuje się przy nim tak nieswojo. Siedział ze zmarszczonym czołem, emanując wyraźnym wewnętrznym napięciem.

– Tutaj mieszka pani pacjent? – zapytał dziwnym, ostrym tonem.

– Tak. Mam nadzieję, że działa telefon stacjonarny – odparła, zakładając, że nieznajomy martwi się o swoje auto. – Proszę tu zostać, a ja zapytam panią Symmonds, czy może pan skorzystać z telefonu i zadzwonić po pomoc drogową.

Sięgnęła na tylne siedzenie po swoją torbę lekarską, gdy nagle uderzył ją w twarz podmuch lodowatego powietrza. Odwróciła głowę i dostrzegła, że nieznajomy wysiadł z samochodu.

– Chwileczkę! – zawołała z irytacją, ale mężczyzna nie słuchał. Kroczył w stronę drzwi wejściowych, brnąc przez wysoką warstwę śniegu. – Niech pan zostanie w samochodzie! Moja pacjentka to starsza kobieta. Widok nieznajomego człowieka przed drzwiami może nią wstrząsnąć.

– Mam nadzieję, że nie jestem taki straszny – odparł z nutą rozbawienia. Strzepnął śnieg, który zaczął zbierać się już na jego ramionach. – Jeśli się pani nie pospieszy, zamienię się w yeti i wtedy faktycznie będę wyglądał przerażająco.

– To nie jest śmieszne – burknęła, a po chwili jęknęła głośno, gdy mężczyzna wyrwał jej z rąk klucze i wsadził je do zamka. Złość ustąpiła miejsca niepokojowi. Przecież ten facet mógł być przestępcą albo psychopatą!

– Nalegam, żeby wrócił pan do samochodu – oświadczyła stanowczo. – Nie może się pan zachowywać tak, jakby ten dom był pana własnością.

– Tak się składa, że jest – odparł chłodno i wkroczył do środka.

Emma przez kilka chwil stała z rozdziawionymi ustami, wpatrując się w mężczyznę. Wreszcie przestąpiła próg i odzyskała władzę nad mową.

– Jak to? Kim pan jest?

W korytarzu pojawiła się malutka, srebrnowłosa sylwetka Cordelii Symmonds. Bojąc się, że starsza pani przerazi się widokiem obcego mężczyzny w swoim domu, Emma czym prędzej zabrała głos:

– Cordelio, przepraszam, ale ten pan wjechał w zaspę i…

Cordelia nawet jej nie słuchała. Spojrzała na nieznajomego. Jej pokrytą siateczką zmarszczek twarz rozjaśnił promienny uśmiech.

– Och, Rocco, mój kochany! Dlaczego nie powiedziałeś, że do mnie przyjedziesz?

– Chciałem ci zrobić niespodziankę. – Nagle głos mężczyzny stał się miękki niczym aksamit. – Mój samochód wpadł w poślizg na oblodzonej szosie, ale na szczęście pani pielęgniarka mnie podwiozła – wyjaśnił, zerkając na Emmę.

– Emmo, moja droga, jesteś wspaniałą osobą! Uratowałaś mojego wnuka.

Wnuka?! Oczy Emmy zrobiły się okrągłe ze zdumienia. W jasno oświetlonym holu wreszcie mogła się przyjrzeć nieznajomemu. Od razu go rozpoznała! Jego twarz regularnie pojawiała się na zdjęciach w kolorowej prasie. Był prezesem słynnej włoskiej firmy Eleganza produkującej sportowe auta, multimilionerem, playboyem oraz jednym z najbardziej pożądanych kawalerów w Europie. Ponadto, jak się okazuje, wnukiem Cordelii Symmonds.

Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? – zachodziła w głowę Emma. Przecież wystarczyło połączyć wszystko w jedną całość: drogie auto, zagraniczny akcent oraz aura bogactwa. Dlaczego on sam się nie przyznał, kim jest?

– Wejdźcie. Oboje – zapraszała Cordelia, wracając do salonu.

Emma zrobiła kilka kroków do przodu, lecz drogę tarasował jej nieznajomy. Nadal była w szoku i jeszcze nie dotarło do niej, że jest wnukiem Cordelii.

– Chwileczkę. Chciałem zamienić z panią kilka słów – oświadczył, przymykając drzwi do salonu, by nie usłyszała go babcia. – Dlaczego pani tu przyjeżdża? Cordelia wygląda na zdrową i zadowoloną. Po co jej wizyty pielęgniarki?

Wyniosły ton jego głosu irytował Emmę i znowu przypomniał jej o panu Jeffriesie, który przez bezmyślność rodziny zmarł w samotności.

– Gdyby choć odrobinę interesował się pan swoją babcią, to to pytanie by nie padło – odparła ostrym tonem. – Cordelia kilka miesięcy temu złamała biodro. Wiedział pan o tym? Nadal odzyskuje siły po operacji.

– Oczywiście, że o tym wiedziałem. Myślałem jednak, że wraca do zdrowia.

– Cordelia ma ponad osiemdziesiąt lat. Nie powinna mieszkać sama w tym oddalonym od reszty świata domu. Dowodem na to jest jej ostatni wypadek, kiedy poparzyła sobie rękę. Wielka szkoda, że pan jest zbyt pochłonięty własnym życiem, by zwracać więcej uwagi na Cordelię – rzuciła Emma oskarżycielskim tonem, dodając do tego krytyczne spojrzenie. – Z tego, co wiem, jest pan jej jedynym żyjącym krewnym. Powinien się pan bardziej angażować w życie swojej babci. – Wyminęła go i ruszyła do przodu. – Proszę wybaczyć. Muszę zobaczyć się z pacjentką.

W salonie było gorąco jak w piekarniku. Przynajmniej nie ma ryzyka, że umrze z wyziębienia, pomyślała Emma, kątem oka dostrzegając, że Rocco również wszedł do pokoju i od razu zdjął płaszcz. Poczuła, że jej serce zaczyna bić mocniej i szybciej. Rocco był obłędnie przystojnym mężczyzną. Czarne dżinsy i wełniany sweter opinały i podkreślały jego doskonałą sylwetkę. Odgarnął ręką kruczoczarne włosy, odsłaniając idealnie symetryczne, mistrzowsko wyrzeźbione rysy twarzy, wydatne kości policzkowe i kwadratową szczękę. Srogie, męskie piękno.

Obdarzony tak nieprzeciętną aparycją, mógłby zrobić karierę jako aktor lub model. Zarumieniła się, gdy przyłapał ją na gapieniu się na niego. Zlustrował ją niezwykłymi, czarnymi oczami. Zapewne uznał, że jest niegodna jego uwagi, i odwrócił się. Emma wiedziała, że nie jest równie piękna, szczupła ani elegancka jak, dajmy na to, ta francuska modelka, Juliette Pascal, z którą obecnie Rocco podobno się spotykał. Już dawno temu pogodziła się z tym, że nigdy nie osiągnie rozmiaru zero, nawet jeśli będzie na permanentnej diecie. Wiedziała też, że w tej chwili, w swoich grubych, zimowych ubraniach, wygląda zapewne jak zawodnik sumo.

Wdzięczność, którą Rocco czuł do pielęgniarki za to, że udzieliła mu pomocy, szybko zniknęła, gdy zaatakowała go, twierdząc, że nie troszczy się o babcię. Nie miała zielonego pojęcia o jego relacjach z Cordelią! Nie ma prawa mnie oceniać, pomyślał z furią.

Uwielbiał swoją babcię. Zarzuty pielęgniarki były niedorzeczne. Nawet gdy był szalenie zapracowany, zawsze znajdował czas, by raz w tygodniu zadzwonić do babci. To prawda, że od świąt Bożego Narodzenia nie udało mu się jej osobiście odwiedzić. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że minęły już trzy miesiące! Ogarnęło go poczucie winy.

Ale przecież Cordelia nie mieszkała sama. Zanim w grudniu wrócił do Włoch, zatrudnił gosposię, by opiekowała się zarówno domem, jak i babcią.

Znowu zgromił spojrzeniem Emmę, której twarz nadal była w połowie zakryta szalikiem. Pierwszy raz w życiu widział kobietę, która nosiłaby tak nietwarzową czapkę. Z dziwną fascynacją spoglądał na to wełniane czerwone szkaradzieństwo na jej głowie, naciągnięte aż do brwi. Teraz jednak już się na niego nie gapiła. Przeniosła wzrok na stopy Cordelii.

– Dlaczego na twoich kapciach jest śnieg? – zapytała, dostrzegając, że starsza pani dygocze. – Tylko nie mów mi, że wychodziłaś do ogrodu. Na dworze jest siarczysty mróz. Mogłaś się pośliznąć na lodzie.

– Och, przeszłam tylko kilka kroczków po ścieżce. – Twarz Cordelii nagle posmutniała. – Thomas zaginął. Nigdzie nie mogę go znaleźć.

– Poszukam go, a potem zaparzę herbatę. Siedź przy kominku i rozgrzej się – nakazała stanowczo.

W kuchni napełniła czajnik wodą i otworzyła tylne drzwi. Ogród wyglądał jak magiczna śnieżna kraina podświetlana srebrnym blaskiem księżyca. Ujrzała na śniegu ślady stóp i zacisnęła usta. Całe szczęście, że Cordelia nie upadła.

Zza krzaczka błysnęły zielone oczy.

– Thomas, chodź tutaj, ty mały chuliganie.

Podeszła bliżej. Rudy kotek rzucił się do ucieczki, lecz Emma chwyciła go mocno i syknęła, gdy jego ostre jak igła pazury wbiły się w jej rękę.

– Gdyby Cordelia się pośliznęła, to byłaby twoja wina, szkodniku! – wyjaśniła kotu ze srogą miną, jednocześnie głaszcząc jego główkę.

Wiedziała, że sytuacja nie może tak dłużej wyglądać. Dla własnego dobra Cordelia będzie musiała się przeprowadzić bliżej wioski. No, chyba że jej arogancki wnuk wreszcie weźmie na siebie odpowiedzialność za babcię i zatrudni personel w Nunstead Hall.

Gdy wróciła do kuchni, wchodził do niej akurat Rocco D’Angelo. Mimo że pomieszczenie nie należało do małych, teraz jakby się skurczyło. Włoch wypełniał je swoim ciałem i aurą. Poruszał się niczym czarna pantera. Emma poczuła, jak jej puls przyspiesza i przeklęła siebie za taką reakcję. Zatrzymał się tuż przed nią, zatopił w niej mroczne spojrzenie i zapytał:

– Kim jest Thomas? I dlaczego pani przygotowuje herbatę? Od czego jest gosposia?

– Oto Thomas – odpowiedziała, stawiając kota na podłodze. – Kilka tygodni temu przybłąkał się tutaj. Cordelia go przygarnęła. Prawdopodobnie porzucili go poprzedni właściciele. Pewnie przez jakiś czas błąkał się po okolicy, ale kiedy pogoda się pogorszyła, zaczął szukać schronienia. Nie jest do końca oswojony. Na razie lubi tylko pana babcię. – Spojrzała na zadrapanie na swojej ręce. Skrzywiła się, widząc, jak kot ociera się o nogawkę Włocha i cichutko mruczy. – Gosposi, jak zapewne pan wie, nie ma. Prawdę mówiąc, nie mogę pojąć, jak mógł pan do tego dopuścić. Zostawić tu Cordelię na pastwę losu. Nie ma jej kto robić zakupów, gotować, opiekować się nią. – Z każdym słowem jej ton głosu był coraz ostrzejszy. – Wiem, że jest pan bardzo zapracowanym biznesmenem, panie D’Angelo…

– Gdy ostatni raz tu byłem, zatrudniłem gosposię – przerwał jej, zanim zdążyła wygłosić kazanie, którego nie miał ochoty słuchać.

I bez tego miał sobie wiele do zarzucenia. Wizyta w Nunstead Hall zawsze przypominała mu o Giovannim. Minęło już dwadzieścia lat od dnia, w którym jego brat utopił się w jeziorze na terenie tej posesji. Dwadzieścia lat… a mimo to Rocco nie potrafił wymazać z pamięci słów, które wówczas wypowiedziała, a raczej wykrzyczała, jego matka.

„Kazałam ci się nim opiekować! Gio nie żyje przez ciebie! Jesteś tak samo nieodpowiedzialny jak twój przeklęty ojciec”.

Nie mógł się uwolnić od tamtego obrazu: bezwładne ciało brata, z którego uleciało życie. Gio miał wtedy zaledwie siedem lat, a Rocco piętnaście. Był już na tyle dorosły, żeby odpowiednio zaopiekować się bratem. Powinien go uratować. Ale tego nie zrobił.

Zacisnął zęby. Poczucie winy z powodu śmierci Gia mieszało się teraz z innymi wyrzutami sumienia, które również bez przerwy go dręczyły. Rok temu młoda aktorka, Rosalinda Barinelli, przedawkowała tabletki nasenne po tym, jak Rocco zakończył ich romans. Cudem została odratowana – znalazł ją przyjaciel i zadzwonił po karetkę. Rosalinda przyznała potem, że chciała się zabić, ponieważ nie mogła znieść życia bez Rocca.

„Zawsze chciałam czegoś więcej niż romansu – powiedziała mu, gdy odwiedził ją w szpitalu. – Udawałam, że jestem szczęśliwa jako twoja kochanka, ale bez przerwy miałam nadzieję, że zakochasz się we mnie…”

O dziwo, rodzice Rosalindy okazali mu zrozumienie, gdy wyjaśnił, że nie miał pojęcia o uczuciach ich córki i nigdy nie obiecywał jej poważnego związku. Powiedzieli, że ich córka tak samo mocno – zbyt mocno – zaangażowała się w związek ze swoim poprzednim chłopakiem. Choć państwo Barinelli nie obwiniali Rocca za próbę samobójczą Rosalindy, on sam jednak siebie winił.

Teraz, patrząc na Emmę, znowu czuł wyrzuty sumienia. Może miała rację. Może ostatnio zaniedbywał babcię. Nie rozumiał, dlaczego Cordelia mieszka sama w tym ogromnym domu. I miał zamiar za chwilę się tego dowiedzieć.

Tytuł oryginału: A Dangerous Infatuation

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2011

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2011 by Chantelle Shaw

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3258-6

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.