Dlatego od ciebie odeszłam - Agata Przybyłek - ebook
Opis

Po wspaniale przyjętym, wzruszającym bestsellerze „Bądź przy mnie zawsze”, Agata Przybyłek przedstawia nową powieść o wielkiej miłości i trudnych wyborach.

W „Dlatego od ciebie odeszłam” splatają się losy dwóch różnych kobiet, stojących przed uniwersalnym dylematem: rozum czy serce?

Poznajcie dramatyczną historię Marianny, której wojna pokrzyżowała życiowe ścieżki oraz współczesną historię miłosnego trójkąta – pomiędzy młodą, pełną życia studentką z Gdańska, jej byłym chłopakiem zmagającym się z problemami oraz pozornie wymarzonym partnerem.

Czasami miłość, która rodzi się między dwojgiem ludzi, nie wystarcza, by wszystko mogło potoczyć się szczęśliwie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agata Przybyłek, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Barbara Kaszubowska

Projekt typograficzny i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografia na okładce: © Drunaa / Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-784-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dedykuję tę książkę mojemu tacie.

Dziękuję, że rozbudziłeś

we mnie miłość do historii.

Bardzocię kocham.

Prolog

Muszę odejść. I myślę, że Ty też o tym wiesz. Chociaż serce mi pęka, nie mogę postąpić inaczej. Spędziliśmy razem wiele cudownych chwil. Potrafiłeś uszczęśliwić mnie jak nikt inny i rozśmieszyć do łez. Zacałowywałeś każdy mój smutek. Sprawiałeś, że życie płynęło niespiesznie, spokojnie…

Byłeś dla mnie kimś naprawdę ważnym. Bratnią duszą, wspaniałym kochankiem i przyjacielem. W pewien sposób już zawsze będę Twoja. Nie wymażę tego, co nas łączyło. Ani z serca, ani z głowy. Na zawsze będziesz częścią mojej historii i nikt Cię z niej nie wyrwie. Tak samo jak ja będę częścią Twojej.

Ale sam wiesz, że to, co jest między nami, to za mało. Uczucie, którym się darzymy, nie wystarcza. Czasami tak bywa. Czasami życie układa się inaczej.

Jesteś dla mnie niesamowicie ważny, nie chcę już dłużej cię krzywdzić.

I wiedz, że właśnie dlatego odeszłam.

Przedtem

Olga

Olga szła chodnikiem, szamocząc się z niezapiętym płaszczem. Było już zupełnie ciemno, a ona dopiero wracała do mieszkania. Robienie prezentacji na zajęcia pochłonęło trochę więcej czasu, niż planowała. Przemierzała Kołobrzeską, starając się nie myśleć o tym, że nie lubi włóczyć się sama po nocy. A na dodatek mokła. I chociaż miała w torebce składaną parasolkę, to wyjęcie jej było pozbawione sensu. Złamała ich na wietrze już tyle, że wolała zarzucić na głowę kaptur, niż robić z siebie pośmiewisko i przyciągać pełne litości spojrzenia przechodniów.

– Dlaczego tu zawsze musi być tak mokro i zimno? Gdybym wiedziała o tym wcześniej, to na pewno wybrałabym uczelnię w… Nie wiem. W Turcji albo Tunezji. Gdzieś z dala od polskiego morza, zimna i wiatru. Przynajmniej świeciłoby tam słońce – mówiła do trzymanego przy uchu telefonu, za Chiny Ludowe nie mogąc zapiąć suwaka. W dodatku o mały włos nie ochlapał jej przejeżdżający obok samochód.

Czasami z całego serca nie znosiła Gdańska. Ciągły wiatr i zmienna pogoda sprawiały, że miała tego miasta po dziurki w nosie. Pomimo tego, że studiowała tu już któryś rok, nadal nie przywykła do nieustannego moknięcia i kupowania kropel na zapalenie ucha. A cierpiała na nie średnio raz na dwa miesiące.

– Po prostu wkładaj czapkę, jeśli widzisz, że za oknem jest brzydka pogoda – powiedziała do telefonu jej matka, która, jak poinformowała Olgę kilka minut temu, stała właśnie przy zlewie w ich domu na Mazowszu i obierała marchewkę.

Olga poprawiła przewieszoną przez ramię torebkę i podjęła kolejną próbę ujarzmienia rozpiętego suwaka. Ponieważ miała wolną tylko jedną rękę, okazało się to piekielnie trudne. W dodatku zmarznięte i mokre palce nie chciały z nią współpracować. Temperatura oscylowała tego dnia w okolicach zera, chociaż był dopiero październik. A ona, jak na złość, nie wzięła z mieszkania rękawiczek.

– Ale mamo! – jęknęła do telefonu, niemal przycinając sobie palce suwakiem. – Jak wychodzę na zajęcia, to zwykle za oknem świeci słońce. Tu po prostu wszystko szybko się zmienia. Jak w kalejdoskopie.

– Zawsze możesz rzucić te studia i wrócić do domu.

Olga uśmiechnęła się, słysząc te słowa, i od razu zrobiło jej się lepiej. Powtarzała to matce z uporem za każdym razem, kiedy wsiadała do autobusu powrotnego po spędzonym w domu weekendzie. Nie starała się przed nikim ukrywać, że wolałaby ciągle mieszkać z matką, niż moknąć co drugi dzień, gdy przemierzała gdańskie chodniki. Naprawdę kochała swoje rodzinne strony i dom, w którym popołudniami pachniało obiadem. Tym bardziej że po tym, jak odszedł od nich ojciec, a później Olga wyjechała na studia, matka mieszkała zupełnie sama.

– Tak – przytaknęła i udało jej się w końcu zasunąć suwak. – To nie jest taki głupi pomysł. Ale za trzy lata, dobrze? Jak już zrobię tego magistra – zażartowała, a potem wyciągnęła z kieszeni słuchawki i podłączyła je do telefonu.

Głos matki zabrzmiał o wiele wyraźniej, gdy włożyła je sobie do uszu, więc przypięła do szalika niewielki mikrofon.

– W końcu mogę schować ręce w kieszenie. Nie czuję już palców – mruknęła sama do siebie i  przyspieszyła kroku.

– Może powinnaś na wszelki wypadek wziąć przed snem coś na przeziębienie – poradziła matka.

– Wiem, wiem. Zadbam o siebie, nie martw się. Mam jakieś leki w mieszkaniu.

– Chodzisz chociaż w tych swoich nowych ocieplanych kaloszach? Nogi ci nie marzną?

– Chodzę. Nie musisz się aż tak martwić.

– Jesteś moim dzieckiem.

– Tak, wiem. I nie zrozumiem twojej troski, dopóki sama nie zostanę matką. Chciałabym ci tylko przypomnieć, że jestem dorosła – zaznaczyła i znów uchyliła się przed wodą bryzgającą spod kół przejeżdżającego ulicą auta.

– A ja tobie, że cię kocham – odparła mama i sądząc po dźwięku w słuchawce, wrzuciła obrane warzywa do garnka.

Olga zmrużyła oczy, gdy oślepił ją jadący z naprzeciwka samochód. Kierowca musiał przez pomyłkę włączyć długie światła.

– Zamiast prawić mi morały, powiedz lepiej, co u ciebie słychać? – rzuciła do telefonu.

– Wszystko dobrze kochanie, naprawdę.

– Wychodzisz czasem z domu czy spędzasz całe popołudnia przed telewizorem, oglądając seriale?

– Po tej twojej ostatniej rozmowie z sąsiadką niemal codziennie mam gości. Coś ty nagadała tej kobiecie?

– Nic. – Olga udała niewiniątko. – Tylko poprosiłam ją, żeby miała na ciebie oko. Ostatnio, gdy byłam w domu, wyglądałaś na smutną.

– I kto tu jest nadopiekuńczy?

– To dlatego, że dorośli nie są zbyt odpowiedzialni.

Matka roześmiała się, słysząc jej słowa.

– Za to dzieci z dnia na dzień stają się coraz bardziej wygadane.

Na usta Olgi też wypłynął szeroki uśmiech.

– To te studia tak na mnie działają. Każą mi tutaj mówić i mówić.

– Będę się potem chwaliła koleżankom, że mam córkę dziennikarkę, która czyta wieczorami wiadomości w telewizji. Taki prestiż, kochanie! To warte nawet twojego zdartego gardła.

Olga wywróciła oczami i znowu się uśmiechnęła.

– Tylko szkoda, że mnie bardziej pociąga pisanie, nie?

– Pomarzyć zawsze można. Zresztą wiesz przecież, że żartuję.

Olga wyjęła ręce z kieszeni i poprawiła kaptur. Przez ten wiatr nie chciał trzymać jej się na głowie.

– Wiem, mamo – mruknęła, ocierając przy okazji mokre policzki. – Ale powiem ci na pocieszenie, że może jeszcze mi się zmieni. Chociaż raczej w to wątpię – dodała żartobliwym tonem.

Matka chyba włączyła wiszący nad kuchenką okap, bo w słuchawce rozległ się cichy szum.

– A właśnie! – przypomniało jej się nagle. – Zapomniałabym! Wyprałam ci dzisiaj dywan. Jak przyjedziesz do domu na święta, to będzie pachnący i czysty.

– Jesteś niezastąpiona.

– Po prostu dbam o swoje jedyne dziecko. Poza tym faktycznie ostatnio nie bardzo wiem, jak zagospodarować wolny czas. Jesienne wieczory mnie przytłaczają.

– Może wrócisz do robienia na drutach?

– Może… – Zamyśliła się na chwilę. – Ale musiałabym kupić wełnę.

– W czym problem? Jedziesz do sklepu i jest. – Olga znów poprawiła kaptur. Puszek, którym był obszyty, teraz nieprzyjemnie nasiąkł zimną wodą i pod wpływem jego dotyku aż się wzdrygnęła.

– Mogłabym zrobić ci szalik.

– I jakąś ładną czapkę. Nikt takiej nie będzie miał.

– Pomyślę o tym. To kiedy teraz wracasz do domu?

– Nie wiem, mamo. W ten weekend zamierzam robić prezentację na zajęcia, a wolę zająć się nią tutaj. Przynajmniej nic mnie nie będzie rozpraszać. W domu wszystko jest ważniejsze. Wiesz o tym.

– No wiem… Po prostu nie ma cię już drugi tydzień, to się trochę za tobą stęskniłam. – Matka wyraźnie się zasmuciła. – Pusto tu bez ciebie.

Mimo wiatru i deszczu Olga przybrała pogodny wyraz twarzy.

– Ja też za tobą tęsknię, mamuś, ale wiesz, jak jest. Studia i obowiązki – powiedziała, a potem odsunęła się lekko, żeby nie zderzyć się z pędzącym z naprzeciwka przechodniem.

Dokładnie w momencie, w którym jej wzrok padł na leżący obok wielkiej kałuży dziecięcy bucik.

Ada

– To nieludzkie wychodzić z uczelni w czwartek o dwudziestej – mruknęła, wkładając płaszcz. Szara, miękka tkanina od razu przylgnęła do jej ciała, uwypuklając dość spore wcięcie w talii. – Zero czasu na naukę, życie towarzyskie i w ogóle na nic. Ja się pytam, jak żyć!

Stała właśnie ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi na długim, pachnącym chemikaliami korytarzu i zbierała się do wyjścia. Jej długie, brązowe włosy związane były w koński ogon na czubku głowy, a z policzków zniknął już niemal cały róż, który rano udało jej się na nie nałożyć.

– Nie narzekaj. Niektórzy mają gorzej. – Stojący obok Igor podał jej bladoróżowy szalik i lekko się uśmiechnął. Dolna część jego twarzy pokryta była kilkudniowym zarostem, a w oczach malowało się zmęczenie po całym dniu nauki. Mimo wszystko niejedna kobieta padłaby z wrażenia na jego widok. W tęczówkach chłopaka czaił się swego rodzaju mrok, który przyciągał przedstawicielki płci przeciwnej.

Może dlatego przypominał Adzie bohaterów powieści dla nastolatek?

– Tak – odpowiedziała mu z ironią, owijając szyję szalikiem. – Na przykład górnicy pracujący w kopalni. Albo więźniowie sowieccy w kamieniołomach. Na trzecim roku fizjoterapii uczelnia nie powinna już robić studentom pod górkę. Co ci nasi wykładowcy sobie myślą? że nie mamy życia prywatnego?

Zrobiła strapioną minę, a wtedy Igor wybuchł gromkim śmiechem.

– Ale marudzisz. I nie wiedziałem, że taka z ciebie miłośniczka historii. Sowieci? Kamieniołomy?

– O dwudziestej na uczelni kocham wszystko poza studiami. – Posłała mu rozbawione spojrzenie i wtuliła szyję w miękki materiał. – Mój mózg przestał już działać. Wszedł w fazę czuwania, więc bredzę. I jeszcze to koło w przyszłym tygodniu… Dramat. A przecież jest dopiero październik.

– Trzeba się będzie razem pouczyć, co? – zaproponował stojący po prawej stronie Paweł. Podał jej rękawiczki.

– Jak zawsze – zgodziła się od razu. – Zapraszam do mnie.

– Brzmi dobrze.

–  Ja ogarnę notatki i książki, a wy zadbajcie o prowiant.

– Jak dla mnie to świetny układ. A na deser jakieś dobre winko. Co ty na to? – Igor posłał jej zalotne spojrzenie.

– Czytasz mi w myślach. – Szturchnęła go w ramię, zadowolona na myśl o tak spędzonym weekendzie.

Odkąd poznali się na pierwszym roku, właśnie w taki sposób podchodzili do przygotowań do egzaminów i kół. Leżeli na kanapie czy podłodze w jej mieszkaniu, wkuwali materiał, a potem opijali świeżo nabytą wiedzę. To był taki ich mały rytuał.

– To co, kolacja w mieście, żeby się rozbudzić? – rzucił Paweł, dostrzegając jej senne spojrzenie.

Wsunęła palce w puchowe rękawiczki i spojrzała na Igora.

– Która jest dokładnie godzina? – zapytała.

– Dziesięć po – odpowiedział niemal natychmiast.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– I tak nie zrobię już dzisiaj nic konstruktywnego. Bioway w Galerii Bałtyckiej? Zjadłabym sałatkę. Albo wiem! Naleśnika ze szpinakiem. Mam ochotę na szpinak.

Igor z Pawłem posłali sobie rozbawione spojrzenia.

– Dla ciebie zielenina, a dla nas mięso. Nie odbieraj nam resztek męskości. – Paweł złapał leżący na parapecie plecak i ruszyli w stronę wyjścia. Przyjaźnili się już od prawie trzech lat, więc mogli czuć się w swoim towarzystwie na tyle swobodnie, by dogryzać sobie bez nieprzyjemnych konsekwencji.

Właściwie to przyjaźnili się tak bardzo, że chyba nic nie byłoby w stanie tej ich przyjaźni zniszczyć. Odkąd poznali się na korytarzu przed pierwszymi zajęciami, byli niemalże nierozłączni. Mieli podobne zainteresowania i pasje, a z czasem dzielili ze sobą większość znajomych. Nie dość, że wspólnie spędzali całe dnie na uczelni, to także prawie wszystkie weekendy. Oczywiście czasami ktoś z nierozłącznego trio wracał do domu na sobotę i niedzielę, jednak zdarzało się to o wiele rzadziej niż podczas trwania pierwszego semestru nauki.

– Jeśli wolicie się truć, to proszę bardzo. Chciałam wam tylko przypomnieć, że olej jest niezdrowy. – Ada uśmiechnęła się lekko i zwolniła kroku, dając Igorowi szansę na otworzenie przed nią drzwi.

Grupka stojących pod ścianą znajomych z roku pomachała do nich, życząc dobrej nocy.

– Wzajemnie! – odkrzyknęła, a potem uderzyło ją zimne, wieczorne powietrze.

Wzięła głęboki oddech, poddając się cudownemu uczuciu, gdy zimno przenikało jej gardło i płuca. Uwielbiała jesień w Gdańsku. Choć wielu ludzi uskarżało się na niepewną pogodę, jej ona nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie. We względnie poukładanym życiu potrzebowała odrobiny szaleństwa, a zmienna pogoda na Pomorzu nie pozwalała się nudzić.

– Ponieść ci torbę? – zaproponował Igor, gdy powoli szli w kierunku parkingu.

– Nie jest taka ciężka. – Uśmiechnęła się do niego i potrząsnęła głową. Biała czapka z futerkowym pomponem przy tym ruchu zsunęła się, niemal zakrywając jej oczy.

– Może i nie, ale ty ostatnio schudłaś.

– Właśnie – podchwycił temat Paweł. – Może odpuściłabyś sobie zdrowe jedzenie i dała namówić się na pizzę. Na moje oko też potrzebujesz dodatkowych kalorii.

– Fu! – Ada wykrzywiła twarz w grymasie. – Nie, nie i jeszcze raz nie. A zresztą… – Popatrzyła na nich z wyrzutem. – Przestańcie mi matkować! Co to ma być? Zmasowany atak na moją talię?! Dwóch na jednego. Nawet jedną. Ja i mój płaski brzuch jesteśmy bez szans.

Paweł otworzył przed nią drzwi do swojego samochodu. O tej porze na parkingu było już niemal pusto, więc w powietrzu rozległo się ciche kliknięcie, gdy nacisnął klamkę.

– Ty i twój brzuch powinniście przede wszystkim mniej gadać – powiedział, kiedy wsiadała do środka.

– Jesteś bez serca! – Roześmiała się głośno, nim zamknął za nią drzwi. Dopiero po położeniu sobie torby na kolana zapięła pas.

– Ale zimno, co? – Igor natomiast rozsiadł się na tylnym siedzeniu.

– Jeszcze październik, a tu zaraz będzie trzeba wyciągać z szafy zimowe kurtki i kozaki. Kto to słyszał! A zaczęłam już mieć nadzieję, że globalne ocieplenie coś zmieni.

– Na co narzekacie? – zapytał Paweł, który zajął miejsce za kierownicą.

– Na pogodę.

– Jak stare, dobre małżeństwo.

– Daruj sobie. – Ada zadziornie szturchnęła go w bok.

Spojrzał na nią przelotnie, a potem się uśmiechnął.

– Oj, wiesz, że to z sympatii – mruknął, wkładając klucz do stacyjki. – No to radyjko!

– Dasz głośniej? – poprosił Igor, gdy samochód wypełniła muzyka.

Ada pokiwała głową i nieco pogłośniła.

– À propos muzyki! – Przypomniało jej się nagle. – Zdecydowaliście już, co z tym jutrzejszym koncertem? Idziecie czy nie? Czas leci, a trzeba zarezerwować bilety. Na miejscu na pewno sprzedają je drożej.

Paweł włączył kierunkowskaz i wyjechał na zatłoczoną ulicę.

– Ja chyba nie mogę. Starzy mają wpaść w weekend. Nie wiem dokładnie kiedy, więc muszę spasować. Następnym razem. – Sprawnie włączył się do ruchu.

– Sprzątanko i te sprawy… Pewnie, rozumiem. – Ada spojrzała do tyłu. – A ty, casanova? Jak z twoim grafikiem?

– Pewnie będzie obracał jakąś laskę, nie męcz go. Widzisz, jaki jest samotny i biedny. – Paweł roześmiał się, patrząc w lusterko, w którym odbijała się twarz Igora.

– Bardzo śmieszne. – Chłopak posłał Pawłowi niezbyt miłe spojrzenie i zwrócił się do niej: – Podtrzymuję, że mam czas i mogę iść. Przecież od dawna umawiamy się na to wyjście. O której jest ten koncert?

– O dwudziestej.

– Mogę przelać ci pieniądze za bilet na konto? Nie chce mi się ostatnio wypłacać gotówki.

– Pewnie, nie ma sprawy. Numer konta ten sam, co zwykle – zażartowała. – Będziesz z kimś czy sam?

– Sam – odpowiedział automatycznie.

Na usta Ady od razu wypłynął uśmiech. Nie lubiła tych jego panienek na jedną noc. Nawet nie dlatego, że były głupie czy nudne. Przeważnie Igor przyprowadzał naprawdę fajne dziewczyny i mogłaby je polubić. Przebywając z nimi, czuła się po prostu dosyć niezręcznie. Doskonale wiedziała, iż goszczą w życiu Igora tylko na chwilę. Dlatego gdy śmiała się i żartowała z kolejnymi wybrankami najlepszego przyjaciela, czuła, że jest wobec nich nie fair. Była jak zła wróżka, która doskonale wie, co zaraz będzie. I choć z zapartym tchem słuchała opowieści o tym, jaki to Igor nie jest wspaniały i czego im nie naobiecywał, zawsze miała gdzieś z tyłu głowy myśl, że to przecież nie tak, że to tylko puste słowa…

Dlatego wolała, gdy przychodził sam. Nie miała wtedy poczucia winy.

– No i fajnie. – Uśmiechnęła się do niego. – W takim razie zarezerwuję ci dzisiaj bilet.

– Cztery dychy, nie?

– Tak.

– Olga też będzie?

– Będzie – zdążyła odpowiedzieć, nim rozdzwonił się jej telefon. – Przepraszam na moment, to Damian – mruknęła, wyciągając komórkę z kieszeni. Przyłożyła ją do ucha i zapytała: –Tak?

– Cześć, gdzie jesteś? – powiedział zamiast przywitania. – Czekam właśnie na ciebie i wpatruję się w zamknięte drzwi do twojego mieszkania

– Na mnie? Gdzie? Zapomniałam o czymś? – Na dźwięk jego słów poruszyła się niespokojnie.

– Nie, nie! – uspokoił ją niemal natychmiast. – Wróciłem wcześniej i postanowiłem zrobić ci niespodziankę. Myślałem, że będziesz w domu, ale pocałowałem klamkę.

– Wiesz, bo ja dopiero wyszłam z uczelni…

– Cholera, zapomniałem, że masz w czwartki zajęcia do późna. Podjechać po ciebie czy jesteś autem?

– Nie jestem, to znaczy… Nie, nie przyjeżdżaj. Paweł mnie odwiezie. Zaraz będę.

Paweł z Igorem popatrzyli po sobie.

– Aha – mruknął natomiast Damian. – No to dobrze.

– Będę na miejscu za jakieś dziesięć minut.

– Świetnie. W takim razie czekam na ciebie – powiedział jeszcze, a potem pożegnał się z nią i rozłączył.

– Co, zmiana planów? – Paweł popatrzył na nią wyraźnie rozczarowany, gdy skończyła rozmawiać.

Pokiwała głową, chowając telefon do kieszeni.

– Niestety tak. Damian wrócił wcześniej.

Igor znowu pochylił się do przodu.

– Jakie tam „niestety”. Obaj wiemy, że masz ochotę na wieczór w jego towarzystwie.

Ada posłała mu wrogie spojrzenie.

– Ty się lepiej skup na tej swojej – rzuciła złośliwie. – Jak jej było? Justynce?

Chłopak wzruszył ramionami i oparł się o zagłówek.

– A cholera ją wie. Już nawet nie pamiętam – mruknął zdawkowo i zapatrzył się w boczną szybę. W oknach mijanych przez nich bloków odbijały się światła latarni oraz przejeżdżających pojazdów.

Ada patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, ale w końcu wyprostowała się i wbiła wzrok w przednią szybę samochodu. Reszta drogi upłynęła im w milczeniu.

– Wielkie dzięki – odezwała się dopiero, gdy zaparkowali pod kamienicą, w której mieszkała. Odpięła pas i posłała Pawłowi wdzięczne spojrzenie. – Bawcie się dobrze beze mnie.

– Nie ma sprawy. – Kiwnął do niej głową, zanim wysiadła.

– Do jutra! – Machnęła ręką i zatrzasnęła drzwi.

Tak samo jak po wyjściu z uczelni uderzyło ją mroźne powietrze, więc wtuliła policzki w ciepły szalik i pobiegła w stronę klatki.

Olga

Olga trzymała w ręku znaleziony dziecięcy bucik. Po chwili namysłu weszła do kolejnego ze sklepów w pasażu handlowym znajdującym się przy mijanym właśnie hipermarkecie.

– Przepraszam bardzo… – zagadnęła składającą ubrania ekspedientkę. – Znalazłam na chodniku dziecięcy buciki, o ten. – Pokazała jej swoje znalezisko. – Nie wie pani, do kogo może należeć?

Wychudzona ekspedientka odłożyła trzymaną w dłoni bluzkę na półkę za plecami i spojrzała na dziewczynę jak na wariatkę.

– Z choinki się pani urwała? – odezwała się, patrząc na Olgę spod byka, po czym wzięła do ręki kolejną wygniecioną bluzkę i zaczęła ją składać.

– Myślałam może, że widziała go pani na nodze dziecka jakiejś klientki… – Olga przekręciła głowę w bok i wbiła spojrzenie w brązowe oczy kobiety.

– Pani kochana, my tu mamy taki ruch, że Bóg jeden raczy tych wszystkich ludzi spamiętać! Zresztą nawet gdybym widziała, to ja przecież klientów nie znam, a pani mnie pyta o jakiś dziecięcy but! W życiu trzeba być realistą, droga pani! Niech go pani położy w jakimś widocznym miejscu, to może ktoś weźmie zgubę, jak będzie przechodził – huknęła donośnym głosem, a potem odwróciła się na pięcie i wróciła do swoich spraw.

– Cóż… Dziękuję. – Olga mimo jej niemiłej reakcji uśmiechnęła się ciepło, a potem włożyła bucik do kieszeni i wyszła ze sklepu.

W słuchawce, którą przez cały ten czas miała w uchu, rozległ się głos jej matki:

– I co?

Olga wzruszyła ramionami, schodząc z drogi jakiejś idącej o lasce staruszce.

– I nic. Tutaj też nikt nic nie wie. – Wyjęła z wiszącej na ramieniu torebki rękawiczki. – Obeszłam chyba wszystkie możliwe sklepy i pytałam przechodniów. W sumie ekspedientki mają rację, że to jak szukanie igły w stogu siana. Ten hipermarket i pasaż odwiedza dziennie tylu ludzi, że bucik mógł zgubić dosłownie każdy.

– Przynajmniej próbowałaś.

– Wiem, mamo… – Jej wzrok padł na dwóch rosłych mężczyzn montujących właśnie pokaźnych rozmiarów plakat na jednej z witryn sklepowych.

– Ale czujesz się nieusatysfakcjonowana.

Olga pokiwała głową. Matka naprawdę dobrze ją znała.

– Tak, dokładnie. Wiesz doskonale, że wzruszają mnie takie rzeczy. Jakaś mała stopa może teraz marznąć! – Wyjęła z kieszeni bucik i przyjrzała mu się jeszcze raz. – No i on jest naprawdę śliczny.

– Może ta ostatnia sprzedawczyni miała rację, mówiąc, że powinnaś położyć go w jakimś widocznym miejscu? Jeśli należy do dziecka, którego rodzice często tam bywają, to jest szansa, że za jakiś czas wrócą i znajdą ten bucik.

– O ile nie weźmie go sobie wcześniej ktoś inny. – Nie przekonał jej pomysł matki. Nie lubiła odpuszczać. Jeśli już się w coś angażowała, to całą sobą, a sprawa z zagubionym bucikiem była wyjątkowo intrygująca.

A co, jeśli należał do kogoś ważnego? Może kryła się za tym jakaś cudowna historia, której mogła stać się bohaterką? Od najmłodszych lat miała słabość do tego typu opowieści. Była niepoprawną marzycielką.

– Olga, proszę cię, pomyśl. Na co komu pojedynczy, dziecięcy but? Gdyby chociaż para, to co innego. Samotny nikomu się do niczego nie przyda. Nie szukaj dziury w całym, tylko odłóż go najlepiej tam, gdzie leżał. – Jej matka miała jednak inne zdanie. – Właściciel sam się znajdzie.

Dziewczyna jeszcze raz z nadzieją rozejrzała się po pasażu. Po cichu liczyła na to, że w zasięgu jej wzroku pojawi się jakaś zziajana kobieta, której będzie mogła zwrócić zgubę, za co zostanie obdarzona szerokim uśmiechem.

Nic takiego się jednak nie stało, więc musiała pokiwać głową, westchnąć głośno i przyznać matce rację. Te poszukiwania nie miały sensu. Żaden z ludzi znajdujących się w zasięgu jej wzroku nie wyglądał na szukającego czegokolwiek, a już na pewno nie szedł z głową przy ziemi, wypatrując bucika.

– Tak. Powinnam zrobić, jak mówisz – powiedziała więc ze zrezygnowaniem, kierując się w stronę wyjścia. – Po prostu zawieszę zgubę na gałęzi drzewa, pod którym ją znalazłam.

– I tak zrobiłaś w tej sprawie aż nadto. Normalny człowiek minąłby ten but albo wcale go nie zauważył. Ewentualnie kopnął, żeby nie plątał mu się pod nogami.

Olga założyła kaptur na głowę i minęła wysepkę z biżuterią. Lśniące kolczyki i naszyjniki przyciągały jej wzrok za każdym razem, gdy tędy przechodziła.

– Pewnie masz rację, mamuś – zdołała tylko powiedzieć, gdy nagle poczuła na ramieniu czyjąś rękę.

Odwróciła się gwałtownie, omal nie podskakując do góry. Zobaczyła niską blondynkę. Kojarzyła ją dość dobrze, ponieważ często robiła zakupy w stoisku piekarni, przy którym ta kobieta pracowała.

– Och, przepraszam! – Dziewczyna uniosła ręce do góry i zrobiła krok w tył. – Nie chciałam pani przestraszyć.

Olga spojrzała na nią uspokajająco i chociaż serce biło jej w piersi jak szalone, zdobyła się na uśmiech. Nie lubiła, gdy obcy ludzie zaczepiali ją w ten sposób. Może z powodu wielu przeczytanych kryminałów albo swojego nasilonego neurotyzmu, nieważne. Fakt był taki, że była osobą dość lękliwą i zawsze niemal dostawała zawału, gdy ktoś niespodziewanie łapał ją od tyłu za ramię. Cóż. Teraz przynajmniej nie stał za nią wytatuowany troglodyta, bo też jej się to kiedyś zdarzyło. Tym razem już jeden rzut oka wystarczył, aby zorientowała się, że dziewczyna nie chce zrobić jej krzywdy.

– W czym mogę pomóc? – zapytała blondynkę, gdy pierwszy szok minął.

Dziewczyna wygładziła czarny fartuszek z logo pobliskiej piekarni.

– Koleżanka mi powiedziała, że szuka pani właścicielki jakiegoś bucika. Podobno rozmawiała z nią pani, gdy byłam na zapleczu. Kolega przyjechał po skrzynki po pieczywie… Zresztą, nieważne. To pani, tak?

Olga pokiwała głową, odzyskując utraconą nadzieję, i przyjrzała się dziewczynie uważniej.

– Podobno to taki beżowy kozaczek – kontynuowała tamta. – Wydaje mi się, że wiem, do kogo należy, i mogę pani pomóc, ale głowy nie dam sobie uciąć, dopóki go nie zobaczę. Tylu przychodzi tu ludzi, że buick mógł zgubić każdy. Sama pani rozumie.

– Oczywiście. Cieszę się, że mnie pani znalazła. Już pokazuję zgubę. – Olga znowu się uśmiechnęła i sięgnęła dłonią do kieszeni, z której wydobyła bucik. – To ten. Proszę. – Podała go blondynce.

Dziewczyna wzięła go do ręki i obróciła, przyglądając mu się uważnie. Przez głowę Olgi przebiegła myśl, że brakowało jej teraz tylko szkła powiększającego i białego fartucha.

– Tak, to ten – powiedziała po krótkiej chwili.

Olga przechyliła głowę w bok.

– Jest pani pewna?

– Na sto procent. To bucik córeczki mojej koleżanki. Były tu dzisiaj. Wiem, bo dość długo rozmawiałyśmy i buty małej zapadły mi w pamięć. Musi pani przyznać, że są dość charakterystyczne.

Olga znowu skinęła.

– Gośka musiała go zgubić w drodze do domu. Spieszyła się, więc pewnie nawet nie zauważyła, gdy upadł. – Blondynka oddała bucik.

– Nie weźmie go pani? – Olga spojrzała na nią zaskoczona.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie bardzo wiem, kiedy teraz zobaczę tę koleżankę. Przez najbliższe półtora tygodnia pracuję od dziesiątej do dwudziestej drugiej… Gosia też ma teraz dla mnie mało czasu. Wie pani, poza pracą jeszcze studiuję zaocznie. Muszę brać nadgodziny, a w weekend jestem na uczelni.

– No tak, rozumiem… – Olga znów popatrzyła na bucik. – To co ja mam teraz zrobić?

Przecież go sobie nie weźmie.

Blondynka zamilkła na chwilę, a potem uniosła palec do ust. Miała zadbane paznokcie.

– Nie wiem, czy Gośka będzie szczęśliwa, że szastam jej danymi na prawo i lewo, ale może podam pani adres i mogłaby jej pani go odnieść? – zaproponowała. – Nie wygląda pani na niebezpieczną – uśmiechnęła się – a to niedaleko.

– Cóż…

– Albo proszę zostawić go tutaj. Gdy Gosia przyjdzie na zakupy, a ja akurat będę w pracy, to jej go oddam. Tylko jak mówię, nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy to nastąpi… Ona rzadko tu przychodzi.

Olga obróciła bucik w dłoni. Myśl, że jakaś mała stopa może w najbliższym czasie marznąć, nie dawała jej spokoju. Była przewrażliwiona na punkcie małych dzieci.

– Dobrze – zgodziła się w końcu i sięgnęła do torebki po nieduży notes. – Niech pani poda mi ten adres.

Blondynka nachyliła się do niej i ściszając głos, podyktowała nazwę ulicy, numer domu oraz mieszkania.

– Rzeczywiście niedaleko – przyznała Olga. – Chyba nawet wiem, gdzie to jest.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niej szeroko.

– Gosia na pewno będzie pani wdzięczna.

Olga schowała notesik do torby razem z bucikiem i ponownie wsunęła dłonie w rękawiczki. Miękki materiał przyjemnie połaskotał jej palce.

– Dziękuję pani za pomoc – mruknęła.

– Och, to ja dziękuję, w imieniu swoim i Gośki. Tacy ludzie jak pani to w dzisiejszych czasach prawdziwa rzadkość. Wydaje się, że dookoła panuje znieczulica, a tu proszę – rzuciła sprzedawczyni, a potem pożegnały się krótko i każda ruszyła w swoją stronę.

– No widzisz? – zwróciła się do matki, która ciągle była na linii. – Jednak nie zawsze trzeba być pesymistą. Czasem wiara w to, co z pozoru wydaje się niemożliwe, naprawdę się przydaje – powiedziała, idąc w stronę wyjścia.

Uśmiechnęła się sama do siebie i naciągając na głowę kaptur, wyszła na dwór. Postanowiła wrócić do swojego mieszkania, a misję ratunkową z zagubionym bucikiem w roli głównej odbyć następnego dnia.

Damian

Siedział na schodach, wpatrując się w zamknięte drzwi do mieszkania Ady, i przeczesywał palcami swoje czarne włosy. Specjalnie przyjechał do dziewczyny zaraz po powrocie do Gdańska, bo chciał jej zrobić niespodziankę. Zastanawiał się tylko, dlaczego zapomniał, że ukochana ma dziś do późna zajęcia…

Chociaż w sumie przez rotacje pracowników w pensjonacie na Helu, który prowadził, jego gapiostwo można było uznać za w pełni uzasadnione. Zatrudniona przed dwoma dniami recepcjonistka okazała się skrajnie nieodpowiedzialna. Napisała mu rano zdawkowego SMS-a, że kończy współpracę, i po prostu zrobiła sobie dzień wolny. Oczywiście nie interesowało jej, że kilka dni wcześniej podpisała z nim umowę, w której zobowiązała się do złożenia wypowiedzenia z trzydziestodniowym wyprzedzeniem.

Zresztą nawet go to nie dziwiło. Takie sytuacje zdarzały się średnio raz na dwa, trzy miesiące, przez co Damian miał solidne podstawy do tego, by twierdzić, że współczesne dziewuszyska są zupełnie niesolidne i za nic mają obowiązujące w społeczeństwie zasady. Zaczynały pracę, gdy chciały, kończyły ją też zależnie od nastrojów, a umowę… No cóż. Równie dobrze mógłby ją sobie, za przeproszeniem, wsadzić do nosa, bo była tylko niepotrzebnym nikomu świstkiem.

Świat schodził na psy, a on, przez ten szalony wyjazd na Hel, był dziś naprawdę wykończony. Nie dość, że spędził cały dzień, stojąc za ladą, to jeszcze musiał znaleźć nową pracownicę, co nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że powinna zacząć pracę od jutra. Oczywiście mógł poprosić o wypełnianie tych wszystkich obowiązków poczciwą panią Henię, która sprzątała w jego pensjonacie od ponad czterech lat, ale nie chciał jej sprawiać kłopotów. Wiedział, że kobieta ma na utrzymaniu trójkę małych dzieci i po pracy powinna wrócić do domu.

Przez cały dzień zajmował się więc zapisywaniem gości. Prowadził też rozmowy rekrutacyjne, na które – dzięki Bogu! – udało mu się ściągnąć kilka względnie odpowiednich osób. Choć wcale nie musiało oznaczać to, że były odpowiedzialne…

I kiedy tak, siedząc na schodach, jeszcze raz analizował w myślach, czy dał dziś pracę właściwej osobie, usłyszał dobiegający z dołu głos Ady i natychmiast poczuł się lepiej.

– Boże, przepraszam, że musiałeś na mnie czekać. Gdybym wiedziała, że dziś wrócisz, to wyszłabym z zajęć szybciej – powiedziała, szukając w torebce kluczy, a potem podeszła do niego i przelotnie cmoknęła w usta.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się do niej, podnosząc ze schodów. – Przecież nie siedzę tu aż tak długo.

– I tak mam wyrzuty sumienia – mruknęła, znajdując w końcu klucze. – Otworzysz? – Podała mu je.

Pokiwał głową i wziął brzęczący pęk, a potem włożył odpowiedni klucz w dziurkę i przekręcił dwa razy. To samo zrobił z górnym zamkiem.

– Panie przodem.

– Dzięki – rzuciła, ściągając z szyi szalik, i weszła do ciepłego mieszkania.

Damian zamknął za nią drzwi i rzucił klucze na szafkę pod lustrem. Pomógł jej też zdjąć płaszczyk i powiesił go na wieszaku. Miała na sobie obcisłe dżinsy i pudrowy sweterek.

– Jesteś głodny? – zapytała, odstawiając na bok botki na wysokim obcasie, i odgarnęła do tyłu swoje długie włosy. – Powinnam mieć w lodówce wczorajszą zapiekankę z kurczakiem. Chociaż gdybym wiedziała, że wpadniesz, zrobiłabym coś lepszego.

– Jestem tak głodny, że zjem wszystko, co zaproponujesz.

Ada podeszła do niego i kładąc mu ręce na piersi, wspięła się na palce, a potem pocałowała czule. Lubił smak jej ust. Był słodko-gorzki.

Tak jak ich miłość.

– W takim razie ja odgrzeję jedzenie, a ty weź z barku jakieś wino i otwórz – powiedziała, robiąc krok w tył. – Po całym dniu na uczelni nie marzę o niczym więcej niż odrobinie alkoholu w dobrym towarzystwie.

Damian pokiwał głową i posłusznie poszedł za nią do połączonego z aneksem kuchennym salonu.

Mieszkanie, które na początku studiów kupili Adzie rodzice, było przytulne i przestronne, a królujące na ścianach delikatne beże za każdym razem, gdy tu przychodził, działały na niego uspokajająco. Jak gdyby wchodził do zupełnie innego świata, w którym problemy traciły na znaczeniu, a życie stawało się prostsze. Na początku ich znajomości dość często zastanawiał się nad tym, jak to się dzieje, ale w końcu sobie darował te dywagacje. Szczęście to szczęście, nie było sensu za bardzo się nad nim rozwodzić, żeby niespodziewanie nie umknęło.

– Masz ochotę na białe czy czerwone? – zapytał więc, pochylając się nad niewielkim, aczkolwiek wypełnionym trunkami po brzegi barkiem.

– Czerwone – odpowiedziała Ada, wkładając do piekarnika żaroodporne naczynie.

– Dobry wybór. W sumie ja też.

– Jesteś autem? – Odwróciła się w jego stronę i wytarła dłonie w leżącą nieopodal ściereczkę.

Pokiwał głową, stawiając wino na blat.

– Tak. Ale chyba nie zamierzam dziś wracać do siebie – odpowiedział na jej pytanie.

– Nie? – zapytała, wymownie unosząc brew.

Pokręcił głową i uśmiechnął się, patrząc jej w oczy.

– Liczyłem na to, że stęskniłaś się nie mniej niż ja i pozwolisz mi zostać – powiedział niskim głosem, robiąc krok w przód.

– Cóż… – Wydęła wargi i przyłożyła palec do ust. – Słyszałam, że jest tu niedaleko pewna noclegownia… – Zaśmiała się, a potem podeszła do niego i pociągnęła za sobą na wielką, narożną kanapę, która stała pod wychodzącymi na ulicę oknami.

Spędzili już na niej tak wiele godzin, że trudno im było je policzyć…

– Jak było na Helu? – zagadnęła go, gdy już przestali się całować, a aromat jedzenia wypełnił pomieszczenie.

Siedziała na kanapie ze skrzyżowanymi nogami i trzymała w dłoni okrągły, niebieski talerz. Co jakiś czas wkładała do ust kolejny kęs zapiekanki i popijała wino z pękatego kieliszka.

– Dobrze, choć nie bezproblemowo – odpowiedział.

– Nie podobała ci się rola uroczej dziewczynki stojącej za ladą przytulnego pensjonaciku?

– Widziałbym w tej roli bardziej ciebie niż siebie samego. – Posłał jej uśmiech. – Ale tak na poważnie, udało mi się znaleźć nową dziewczynę do pracy. Mam nadzieję, że na dłużej. Nie lubię takich spontanicznych akcji. Niby mała sprawa, ale jednak wywołuje niepotrzebny stres.

Ada pokiwała głową, upijając kolejny łyk wina.

– Też mam nadzieję, że będzie dobrze. Najważniejsze, że kogoś zatrudniłeś.

– Najważniejsze, że już jestem przy tobie. Tęskniłem. Praca to tylko praca. – Pogłaskał ją po udzie.

– Też za tobą tęskniłam. Przez cały dzień na uczelni myślałam tylko o tobie.

– Więc jestem ciekawszy niż fizjoterapia? – Uniósł brew.

– Od tej w neurochirurgii na pewno. Mam z niej w przyszłym tygodniu kolokwium, a to dopiero październik. Wykładowcy powariowali.

– Czyli będziesz się teraz sporo uczyć?

– Jestem z materiałem na bieżąco, więc potrzebuję tylko kilku godzin na powtórki. No dobra, może kilkunastu. Ale dam radę.

– W to nie wątpię. – Damian uśmiechnął się, przeżuwając kolejny kęs, i spojrzał na jej błękitne skarpetki.

Ada znowu sięgnęła po wino.

– To co, teraz będziesz przez kilka dni w Gdańsku? – zapytała.

– Miałem taką nadzieję, ale chyba nie. Umówiłem na sobotę hydraulika do pensjonatu we Władysławowie, więc pewnie muszę tam jechać. Pojawił się jakiś problem z jedną z rur w piwnicy, a nie chciałbym, żeby mi tam coś zalało. Niby jest październik i gości przyjeżdża zdecydowanie mniej, ale w przyszłym tygodniu ma się tam odbywać jakaś konferencja. Wolałbym, żeby wszystko działało, jak należy.

Ada odstawiła kieliszek na niski stolik stojący przy kanapie.

– Myślałam, że spędzimy w weekend choć jeden wieczór razem. – Spojrzała na niego z rozczarowaniem.

Popatrzył na nią przepraszająco.

– Kochanie, przecież to nie jest zależne ode mnie.

– Wiem, po prostu… – Zrobiła smutną minę.

– Ja też nie lubię niespodziewanych wyjazdów.

– Praca to praca.

– Dokładnie.

– A co z jutrzejszym koncertem? Chyba nie chcesz mi teraz powiedzieć, że cię na nim nie będzie? – Spojrzała na niego wystraszonym wzrokiem. – Zarezerwowałam już bilety.

Damian przysunął się bliżej i odstawił talerz obok kieliszka z winem. Nachylając się do Ady, odgarnął do tyłu jej włosy i lekko pocałował w szyję. Wiedział, jak bardzo jej na tym zależało. To był jej ulubiony zespół.

– Przecież pamiętam o koncercie. Jutro o dwudziestej – zamruczał.

Ada rozpromieniła się lekko.

– No, chociaż tyle… – udało jej się wydusić, gdy wsunął rękę pod jej bluzkę i zaczął całować zachłanniej.

– A wiesz co? – Odrywając się od niej po chwili, popatrzył jej w oczy. – Może pojechałabyś do Władysławowa razem ze mną? – zaproponował, nie przestając jej dotykać. – Moglibyśmy zostać tam na cały weekend i spędzić go leniwie. Na przykład do południa wylegując się w łóżku.

– Nie będę przeszkadzała ci w pracy? – Spojrzała na niego zaskoczona.

Uśmiechnął się szelmowsko i wyjął jej z dłoni talerz, a potem przysunął się do niej jeszcze bliżej i musnął kciukiem kącik jej ust.

– Ani trochę… – wyszeptał, patrząc dziewczynie w oczy, po czym ułożył ją pod sobą i nie wypuścił z ramion, dopóki nie zasnęła.

A kiedy jej oddech stał się równy i miarowy, nie budząc, przeniósł ją do łóżka i nakrył kołdrą po samą szyję. Patrzył jeszcze przez chwilę na jej rozluźnioną twarz, a potem pogasił światła w mieszkaniu i po cichu położył się obok niej na podwójnym łóżku stojącym w centralnym miejscu niedużej sypialni. Sprawnym ruchem złapał leżącą za plecami turkusową poduszkę i podłożył ją sobie pod głowę, a potem nakrył się kolorową narzutką, która leżała, zmięta, u jego stóp.

– Kocham cię. – Uśmiechnął się delikatnie, gładząc rozgrzaną dłonią rozsypane na poduszce włosy Ady. – Zawsze będę cię kochał – wyszeptał.

Zasypianie obok niej było jego największą przyjemnością. Uwielbiał patrzeć na jej odprężoną twarz, z której znikały wszystkie troski, i wsłuchiwać się w spokojny oddech dziewczyny. Sprawiała, że jego problemy rozpływały się gdzieś w odległej przestrzeni, wnosiła do jego życia ogromną dawkę słońca.

Układając się wygodnie na poduszce, którą przywłaszczał sobie za każdym razem, gdy u niej spał, pogłaskał ją po włosach. Pomyślał o szczęściu, jakie rozpanoszyło się w jego życiu od dnia, w którym ją poznał, i trudnym do opisania spokoju, jaki odczuwał, spędzając czas w jej obecności. Była pierwszą dziewczyną, jaką pokochał. Tak naprawdę, na zabój i na amen. Nigdy nie czuł wobec żadnej kobiety czegoś takiego. Choć, jak każdy, bywał czasem zakochany, Ada znaczyła dla niego o wiele więcej niż wcześniejsze, banalne miłostki.

Czuł, że chce spędzić z nią życie. Tutaj, w jej uroczym mieszkanku, do którego docierał głośny szum ulicy, albo gdziekolwiek indziej. Byleby z nią i byle na zawsze…

Uśmiechnął się sam do siebie, oddychając zapachem jej szamponu do włosów, i przymknął oczy. Był ostatnio bardzo zmęczony. Chociaż sezon wakacyjny skończył się już kilka tygodni temu, nawet i o tej porze roku prowadzenie pensjonatów w dwóch miastach potrafiło nieźle dać mu w kość. Ciągle coś się psuło, ciągle ktoś czegoś od niego chciał, dlatego ostatnio spędzał większość życia w rozjazdach. No i jeszcze biuro projektowe, które zasponsorowali mu rodzice… Uwielbiał projektować wnętrza i miał dryg do architektury (w końcu nie każdy zostaje najlepszym studentem na roku), ale spotkania z wybrednymi klientami też zabierały mu sporo czasu. Właściwie gdyby nie Ada, to chyba by go to wszystko przerosło.

Myśląc o tym, przekręcił twarz lekko w jej stronę i jeszcze raz omiótł ją wzrokiem. Pomyślał, że za nic w świecie nie chciałby stracić tej dziewczyny. Była jasną stroną jego codzienności. Tą najjaśniejszą. Była jego promyczkiem.

Paweł

Paweł odwiózł zalanego Igora do mieszkania. Przekazał kolegę i śmierdzący piwem plecak jego współlokatorowi, a potem wrócił w końcu do siebie. W przeciwieństwie do Igora nauczył się w normalny sposób reagować na wieść, że Ada spędza wieczór z Damianem, i nie musiał wlewać w siebie hektolitrów alkoholu.

Zamykając za sobą drzwi, przeszedł przez wąski korytarz i zapalił światło. Nie chcąc budzić współlokatorów, wydobył z szafy szarą piżamę i wziął szybki prysznic, a potem, na palcach, zakradł się do swojego pokoju. Po odłożeniu ubrań na stojące pod oknem biurko przekręcił klucz w drzwiach, sprawdzając przy tym dokładnie, czy aby na pewno udało mu się je zamknąć. Nacisnął klamkę trzy razy. Dwa mocniej, pociągając do siebie, a trzeci już lekko, jakby na potwierdzenie tego, że drzwi nie zamierzają drgnąć.

Jego pokój był mały, lecz przytulny, nawet pomimo tego, że po wejściu do niego w oczy raziła nieskazitelna biel ścian i wyszorowana na błysk podłoga. Paweł dbał o czystość. Aż do przesady.

W pokoju, który wynajmował w niewielkim mieszkaniu na trzecim piętrze jednego z falowców, znajdowała się też nieduża szafa, do której odłożył złożone w idealną kosteczkę ubrania, etażerka, regał, biurko i łóżko. Obok drzwi wisiało lustro, przy którym przystanął zaraz po wejściu do pokoju. Jak co wieczór ustawił się bokiem do światła i przyjrzał sobie uważnie, by upewnić się, że zapiął wszystkie guziki przy piżamowej koszuli.

– Jest dobrze – szepnął sam do siebie, uśmiechając się lekko, i wygładził błyszczący materiał piżamy. Ciągłymi, płynnymi ruchami. Trzy razy z prawej i trzy razy z lewej strony.

Następnie przeczesał włosy leżącym na biurku grzebieniem: najpierw trzy razy w tył, potem trzy razy na lewo. Na koniec jeszcze wygładził je dłonią, którą potem trzy razy wytarł w przewieszony przez oparcie krzesła ręcznik. Niebieski. Bez żadnych wzorków czy haftów, które mogłyby wprowadzać w jego życie chaos.

Kiedy już skończył swój cowieczorny rytuał, wysunął stopy z ciepłych kapci i ustawił je równo przy krawędzi biurka. Najpierw zapalił stojącą na etażerce lampkę nocną, dopiero w drugiej kolejności zgasił światło. Ściągnął z łóżka beżową narzutę w fioletowe paski, złożył i odłożył na parapet. Stanął przy oknie, po czym zaciągnął roletę, odgradzając się od świata. Dopiero wtedy wziął do ręki stojącą na parapecie ramkę ze zdjęciem. Jak każdego dnia przed zaśnięciem trzy razy pogładził fotografię palcem, nim odstawił ją na miejsce. A potem trzy razy upewnił się, że stoi prosto.

– Kocham cię, mała – szepnął bezgłośnie, składając usta niczym do modlitwy, i dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Uwielbiał patrzeć na uśmiechającą się do niego ze zdjęcia dziewczynę. Urzekały go jej rumiane policzki i idealne, pełne usta. Mógłby godzinami myśleć o tym, jak wspaniale byłoby ją całować…

Podszedł w końcu do łóżka i odgarnął kołdrę. Uważając, by nie pomiąć piżamy, ułożył się na idealnie pościelonym prześcieradle i wyciągając rękę do tyłu, nacisnął pstryczek przy lampce.

Gdy jego niewielki pokój zatonął w ciemności, trzy razy wygładził kołdrę, nim pozwolił sobie zamknąć oczy i zasnąć. Jutro czekał go kolejny długi i trudny dzień. Znów będzie musiał skupiać się do granic możliwości, by nie dać niczego po sobie poznać. A czasami wymagało to o wiele więcej wysiłku, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Wbrew pozorom naprawdę trudno być normalnym.

Olga

– I co, znalazłaś? – zapytała matka, kiedy Olga w piątek po zajęciach przechadzała się ulicami w poszukiwaniu adresu, pod którym mieszkała właścicielka zgubionego bucika. Jak zawsze, kiedy samotnie przemierzała gdańskie chodniki, rozmawiały przez telefon.

– Nie, ale to musi być niedaleko. Widzę już klatkę A. Ta cała Gośka mieszka pod D. Czyli to tutaj. – Olga z nadzieją spojrzała w górę, na okna wysokiego bloku, wzdłuż którego szła, starannie omijając kałuże.

Choć mieszkała w Gdańsku od kilku lat, nadal nie znała nazw ulic w najbliższej okolicy swojej stancji i zdarzało jej się błądzić. Zmęczenie po całym tygodniu zajęć też dawało o sobie znać. Szła tak wolno, że wolniej byłoby już chyba tylko, gdyby się zatrzymała. Nogi nie chciały jej nieść. Marzyła jedynie o wieczornym koncercie lub ciepłym łóżku.

– Mam nadzieję, że ktoś będzie w domu. I że cię wpuści – powiedziała jej matka.

Olga poprawiła przewieszoną przez ramię torebkę. Nie czuła się bezpiecznie na obcym osiedlu, więc wolała dmuchać na zimne i trzymać ją nieco mocniej.

– Nie brałam pod uwagę sytuacji, w której pocałuję klamkę – mruknęła, mijając jakiegoś nastolatka z psem, który zlustrował ją łakomym wzrokiem, mimo że była od niego o kilka lat starsza.

– Widzisz, kochanie, ty nadal myślisz trochę jak dziecko. Zakładasz, że wszystko ci się uda, będzie pięknie i dobrze się skończy. A życie to nie bajka.

Olga uśmiechnęła się, słysząc jej słowa.

– Przecież to nic złego. Życie od razu staje się piękniejsze, gdy podchodzisz do niego z optymizmem.

– Nie wątpię, kochanie, twój sposób myślenia bywa urzekający. Ja po prostu twierdzę, że mogłabyś czasem zejść na ziemię. Chociażby dlatego, żeby się nie rozczarować.

Olga wywróciła oczami i skierowała się w stronę klatki, nad którą widniało wielkie „D”. Za każdym razem gdy matka nazywała ją niepoprawną optymistką, myślała o swojej współlokatorce ze stancji, Justynie. Dziewczyna od kilku lat zmagała się z depresją. Z dwojga złego Olga wolała za dużo się śmiać, niż pogrążać w smutku.

– Kocham cię, mamo, ale chyba lubię być dzieckiem. Takim dużym dzieckiem, które już jest pełnoletnie – zaznaczyła. – A teraz bardzo cię przepraszam, ale jestem na miejscu i chyba będę kończyć. Zadzwonię, jak wyjdę, okej?

– Tylko nie zapomnij, bo będę się martwić! Nie wiadomo, co to za rodzinka i czy nie zrobią ci jakiejś krzywdy. Na wszelki wypadek trzymaj w ręce telefon.

– Może jeszcze z wbitym numerem policji. – Roześmiała się głośno. – Daj spokój, mamo, nie wszyscy ludzie są źli. Kocham cię mocno, ale nie martw się tak bardzo. Zadzwonię – pożegnała się ciepło i schowała komórkę do kieszeni. Potem podeszła do domofonu i już chciała wystukać na nim numer mieszkania, gdy jakiś mężczyzna otworzył jej drzwi od środka.

– Wchodzi pani? – Spojrzał na nią, gdy ani drgnęła.

– Chyba wolałabym zapowiedzieć się przez domofon, ale skoro jest pan tak miły, to skorzystam z okazji. – Uśmiechnęła się do niego grzecznie i weszła do środka. – Dziękuję – rzuciła, posyłając mu przelotne spojrzenie, i ruszyła schodami na trzecie piętro.

Na klatce pachniało kiszoną kapustą.

Olga znalazła właściwe mieszkanie dość szybko. Obrzuciła wzrokiem leżącą na klatce wycieraczkę. Widniał na niej wielki napis: „Wesołych Świąt”. Widocznie nikt nie zaprzątnął sobie głowy tym, by wymienić ją na inną, i leżała tutaj od zeszłej Gwiazdki.

Blok był stary i zaniedbany. Ze ścian odchodziły płaty farby, a podłoga pamiętała pewnie jeszcze czasy PRL-u. Olga miała też wrażenie, że jest w nim wyjątkowo brudno i dawno nikt tu nie sprzątał. Przy ścianach kłębiły się kurzowe koty, a okna ktoś pomazał palcami, więc teraz widniały na nich tłuste, pociągłe ślady.

Przystanęła przed właściwymi drzwiami i przez chwilę zastanawiała się, co powinna powiedzieć, gdy już zobaczy kogoś na progu. Choć była zdeterminowana, nie chciała palnąć niczego głupiego. Czy: „Dzień dobry, znalazłam na ulicy dziecięcy bucik i postanowiłam, że go podrzucę” wystarczy?

Olga westchnęła głośno. Po pierwsze, nie zamierzała prosić nikogo o rękę i myślenie o właściwej formułce wydało jej się po prostu głupie, a po drugie, było już zdecydowanie za późno na to, żeby zastanawiać się nad tym, czy dobrze postępuje. Nacisnęła dzwonek do drzwi. Właśnie wtedy stało się coś, czego za nic w świecie nie mogła przewidzieć. Drzwi do mieszkania, które były dodatkowo zabezpieczone łańcuchem, uchyliła niewysoka staruszka. Zamiast zapytać, co gościa tutaj sprowadza, od razu zaczęła krzyczeć:

– Przestań nas nachodzić! – załkała rozpaczliwie, nawet na nią nie patrząc. – Nie mamy żadnych pieniędzy, rozumiesz?! Ani pieniędzy, ani niczego innego! Idź stąd precz! Jak najdalej! – wołała tak przeraźliwym głosem, że Olga zrobiła krok w tył. – Daj nam spokój, bo ja to nie Gośka i zaraz zadzwonię po policję. Nic tu po tobie! Mówiłam ci już, że nie mamy pieniędzy! Przestań nas nachodzić – powtórzyła dobitnie, po czym trzasnęła drzwiami na tyle głośno, na ile było to możliwe.