Detektywi z klasztornego wzgórza - Zuzanna Orlińska - ebook
Opis

Jerzyk ma sokoli wzrok i tęgi umysł, dzięki którym w mig rozwiązuje każdą zagadkę. Ale czy da sobie radę, gdy trafi na historię godną samego Sherlocka Holmesa? Szczególnie że podejrzany przybysz jest uzbrojony. Na szczęście młodociany detektyw może liczyć na pomoc nieustraszonej Bronki i samego… Kornela Makuszyńskiego!

Cała trójka zrobi wszystko, by zapobiec zbliżającemu się zamachowi na prezydenta. Nie wiedzą tylko, że rozwiązanie zagadki leży zupełnie gdzie indziej i związane jest z pewnym zakonnikiem, który odwiedził Czerwińsk ponad sześćset lat temu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Zuzanna Orlińska

Detektywi z klasztornego wzgórza

Strona redakcyjna

Zuzanna Orlińska

Detektywi z klasztornego wzgórza

© by Zuzanna Orlińska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Mikołaj Kamler

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Aleksandra Różanek

Wydanie V

ISBN 978-83-7672-406-5

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

OD AUTORKI

Pisanie książki detektywistyczno-historycznej to świetna zabawa. Należy nie tylko wymyślić wartką, sensacyjną akcję, ale także wpleść ją pomiędzy wydarzenia historyczne tak sprytnie, żeby Czytelnik nie potrafił odróżnić, co jest prawdą, a co fikcją. Są jednak Czytelnicy szczególnie dociekliwi, którzy nie spoczną, póki nie dowiedzą się, jak było naprawdę. Tych chciałabym zapewnić, że bardzo starałam się, by do świata powieści przedostało się jak najwięcej prawdziwych osób i wydarzeń.

Hipotezę mówiącą o związkach Czerwińska z templariuszami zaczerpnęłam z książki Zdzisława Skroka Skarby Polski. Dzieje czerwińskiego opactwa, objazd prezydenta Mościckiego po Mazowszu w roku 1930 – to wszystko fakty. Prawdziwa jest także historia antaby z głową lwa, wywiezionej z klasztoru w 1940 roku przez profesora Dagoberta Freya. Kornel Makuszyński zapewne nigdy Czerwińska nie odwiedził, jednak opisy małych miejscowości z wielu jego powieści pasują jak ulał także do tego miasteczka nad Wisłą.

Pisząc, korzystałam z mnóstwa książek, dzienników, wspomnień, fotografii, stron internetowych i z ówczesnej prasy. Zdarzało mi się sprawdzać w gazetach z maja 1930 roku prognozę pogody na kolejne dni – tak bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało jak w rzeczywistości.

Szczególne podziękowania należą się mojemu tacie i jego braciom – bez ich barwnych opowieści nie udałoby się odtworzyć atmosfery przedwojennego i okupacyjnego Czerwińska. Bardzo dziękuję także Stanisławowi Grabowskiemu za zdjęcia. Nieocenionej pomocy, znacznie wykraczającej poza zwykłą konsultację filologiczną, udzieliła mi Aleksandra Ejsmont zwana Żuczkiem. Z całego serca chciałabym również podziękować Pani Profesor Bognie Braś, która uczyła mnie historii w liceum Czackiego – po latach okazuje się, że warto było wykuć na pamięć całego Ajnenkiela wraz z tabelkami cen żywności i produktów przemysłowych, chociaż wtedy nie byłam o tym przekonana!

Zuzanna Orlińska

PROLOG 1310

Ojciec Maciej, opat klasztoru kanoników regularnych w Czerwińsku, stał na szczycie wzgórza. Za jego plecami wznosiły się masywne obronne mury świątyni, zbudowanej z wielkich granitowych ciosów. U jego stóp, w szarofioletowej mgiełce zapadającego zmierzchu, leżała cicha, senna osada – zaledwie kilka małych domków przycupniętych nad brzegiem szeroko rozlanej rzeki.

To właśnie w tym kierunku, na rzekę, spoglądał ze wzgórza opat, tam czegoś wypatrywał, wytężał starcze oczy, by dostrzec wyłaniający się z mroku kształt, który spodziewał się zobaczyć. Ale dopiero kiedy słońce całkiem się skryło, stary opat ujrzał ciemny, smukły cień przesuwający się po powierzchni wody. Wąska, długa łódź nadpłynęła od zachodu niemal bezszelestnie, choć wioślarze musieli pracować w pocie czoła, bo ładunek był ciężki.

Opat skinął na kilku mnichów z pochodniami w dłoniach i zaczął schodzić po kamiennych schodach ku brzegowi rzeki. Stąd widział już wyraźnie biały żagiel z czerwonym krzyżem. Przyspieszył kroku i szeroko otworzył ramiona na widok wysokiego, odzianego w biały płaszcz mnicha, który właśnie wysiadał z łodzi.

– Bracie! – zawołał wzruszony.

– Witaj, bracie! – odpowiedział tamten i uścisnął go mocno.

Stali obaj na brzegu, przyglądając się, jak bracia służebni w brązowych habitach wyładowują z łodzi okutą skrzynię. Potem opat ujął przybysza w białym płaszczu pod ramię i poprowadził go uroczyście w stronę ogromnego kamiennego gmaszyska na wzgórzu. Za nimi podążyli mnisi z pochodniami, oświetlając drogę sługom, którzy dźwigali z mozołem ciężki kufer.

Opat Maciej i jego gość pokonali tę drogę w milczeniu. Dopiero za bramą na klasztornym dziedzińcu zaczęli swobodnie rozmawiać. Opat uprzejmie wypytywał o podróż, gość w białym płaszczu odpowiadał krótkimi, zwięzłymi zdaniami, a w jego nienagannej łacinie można było dosłyszeć lekki francuski akcent. Ponownie uściskał starego opata i żarliwie zapewnił o swojej dozgonnej wdzięczności.

– Czuję, że nasz czas się kończy – powiedział ze smutkiem. – Złe chwile przyszły na Zakon Ubogich Rycerzy... Widać Bóg chciał, żeby świat się od nas odwrócił.

– Odwagi! – opat znów serdecznie uścisnął dłoń przybysza. – Wszak mówi Pismo: „Wtedy będą was uciskać i zabijać, i z powodu mojego imienia będą was nienawidzić wszystkie narody”.

– Tak – zakonnik pokiwał głową. – A jeszcze czytamy w Ewangelii: „Gdziekolwiek jest padlina, tam zbiorą się i sępy”. - Pochylił się ku opatowi i dodał gorączkowym szeptem:

– Bracie... sępy latają nad naszymi głowami. Czuję, że pada już na nas cień ich skrzydeł! Błogosławieni, którzy się nie ulękną i pozostaną naszymi przyjaciółmi! Komandor Królestwa prosił, aby ci przekazać, świątobliwy opacie, że twoje miłosierdzie zostanie wynagrodzone...

– ...Na Sądzie Ostatecznym, w co ufam i co niech Bóg dopuści! – gromkim głosem zawołał ojciec Maciej, a echo tego okrzyku odbiło się od klasztornych murów, jakby cała budowla łączyła się z opatem w tej samej nadziei. – Pójdź, bracie, za mną, ofiarujesz swe troski Panu w jego świątyni.

Pchnął ciężkie okute odrzwia i pierwszy wszedł do kościoła. Przybysz rzucił jeszcze tylko kilka poleceń sługom i podążył za gospodarzem. Przechodząc pod łukowatym sklepieniem, pochylił się, a jego dłoń pogładziła brązową kołatkę w kształcie głowy lwa.

I 1930

Czasami Wisła wydawała się szara, czasem siwa jak piórko mewy, rzadziej niebieska niczym gołębie skrzydło. W wietrzne dni fale połyskiwały bladą barwą rybiego brzucha. Woda zmieniała kolor w zależności od pory dnia, zachmurzenia, wiatru. Bywało, że odwróciłeś głowę, a potem spojrzałeś znowu – i już przed tobą jakby zupełnie inna rzeka. W słoneczne dni widać było dokładnie każde drzewo na drugim brzegu, każdą rybitwę, która przysiadła na piaskowej łasze. Zwykle jednak nad wodą unosiła się sinoróżowa mgiełka, rozmywająca zarysy tego, co w oddali.

A zapach rzeki! Słodkawa woń gnijących przy brzegu resztek roślin, ryb, wysuszonego wiatrem drewna i smoły, którą uszczelniano łodzie. Dopiero wciągając ten zapach głęboko do płuc, człowiek czuł, że oddycha.

Jerzykowi nigdy nie było dość Wisły. A tyle się na niej działo! Wiosną i latem panował ruch jak na zatłoczonej miejskiej ulicy. Pływały po rzece długie smukłe baty, towarowe berlinki, wielkie holowniki i zwykłe łódki-pychówki. Pływały tratwy, żaglówki i kajaki. Ale najważniejsze oczywiście były parowce. Jerzyk nie musiał spoglądać na rozkład rejsów wywieszony na tablicy koło przystani. Znał go przecież na pamięć. Wiedział, o której przypływa Goniec, a o której Bajka. Rozróżniał je po sylwetce i po ilości kominów. Obojętne, gdzie był: na rynku, w domu czy na klasztorku – wystarczyło pomiędzy drzewami wypatrzyć smużkę dymu i usłyszeć charakterystyczny sygnał okrętowej syreny. Każdy statek miał własną śpiewkę – jeden buczał basem, drugi zawodził cieniej, jeszcze inny wydawał przerywane pobekiwanie. Na ten dźwięk każdy czerwiński chłopak, choćby właśnie kradł jabłka w klasztornym sadzie albo toczył przed sobą fajerkę po ulicy, rzucał swoje ważne zajęcie i biegł w te pędy do przystani. A Jerzyk zawsze był pierwszy. Mały i zwinny, umiał sobie utorować drogę w tłumku zgromadzonym na brzegu pomiędzy wiejskimi babami z koszami pełnymi jaj, Żydami w chałatach, eleganckimi pasażerami, którzy pragnęli zwiedzić zabytkowy klasztor, zanim dalsza trasa wycieczki powiedzie ich w inne strony, a zwykłymi gapiami, których przy takich okazjach najwięcej.

– Uważaj, smarkaczu, jak leziesz! – ofuknął go jakiś gruby, wąsaty jegomość, który, ostrożnie stąpając, zszedł z pomostu i w swoich tenisowych pantoflach poślizgnął się na przybrzeżnych kamieniach.

– A pójdziesz stąd, łobuzie! – dorzuciła swoje trzy grosze przekupka w czerwonej chustce. Pod pachą trzymała żywą gęś, która łypała na chłopca okiem błyszczącym jak koralik i nieżyczliwym, wypisz wymaluj takim samym, jakim spoglądała na niego jej właścicielka.

Jerzyk pokazał jej język (gęsi, a nie kobiecie, był przecież dobrze wychowany) i pobiegł dalej wzdłuż brzegu.

Rozglądał się w poszukiwaniu wuja Jana. Nie musiał długo wypatrywać. Wkrótce ujrzał znajomą sylwetkę przystaniowego. Wuj pomachał do niego i na migi pokazał mu, żeby chwilę zaczekał. Jerzyk przycupnął na grubym, okorowanym pniu, przygotowanym na brzegu do spławiania. Przypatrywał się pasażerom. Po opuszczeniu budynku przystani (nazwa ta brzmiała dumnie, była to jednak tylko zwykła barka zabudowana czymś w rodzaju szopy z desek) wszyscy pojedynczo lub grupkami kierowali się w stronę miasteczka. Przeważali wśród nich okoliczni chłopi, którzy chcieli tu coś sprzedać lub w coś się zaopatrzyć. Oprócz tego bystre oko chłopca wyłowiło z tłumku wesołe, eleganckie towarzystwo – z pewnością grupę turystów.

Powinienem dać znać ojcu! – pomyślał, bo wiedział, że takie piękne panie w modnych kapeluszach i panowie w białych, letnich garniturach na pewno będą chcieli po zwiedzaniu zjeść sute śniadanie, a może i zakropić czymś mocniejszym, w najlepszej (a po prawdzie także jedynej) restauracji w miasteczku.

Już chciał wyprzedzić rozbawioną gromadkę, kiedy dostrzegł samotnego pasażera, który opuścił statek jako ostatni.

Mężczyzna nie pasował Jerzykowi do żadnej kategorii przyjezdnych. Nie był to nikt z mieszkańców – chłopak przecież znał wszystkich. Sądząc po ubraniu, nie był to także okoliczny rolnik. Na pewno nie Żyd – ci wyróżniali się czarnymi chałatami, wysokimi kapeluszami i długimi pejsami. Nie wyglądał także na uczestnika krajoznawczej wycieczki, oni bowiem o tej porze roku mieli na sobie lżejsze, bardziej sportowe stroje. Ten przybysz ubrany był dość dziwacznie – w ciemne spodnie i butelkowozieloną aksamitną marynarkę, mocno wytartą na łokciach. Szyję miał okręconą brudnożółtym fularem. Na plecach dźwigał niewielki tobołek, a w ręku niósł czarną walizkę pokrytą plamami kolorowych farb.

Jak na jedenastoletniego chłopaka Jerzyk był naprawdę niezłym obserwatorem. Marzył o tym, by, kiedy dorośnie, zostać detektywem podobnym do Sherlocka Holmesa (o ile wcześ niej nie zostanie kapitanem wiślanego statku). Z pasją czytywał broszurowe powieści sensacyjne, które można było za parę groszy kupić w sklepie ciotki Pauliny. Czerpał z nich bezcenną wiedzę o dedukcji i metodach prowadzenia dochodzenia.

Dziwnie odziany mężczyzna niepewnie ruszył pod górę.

Jest tutaj pierwszy raz. Nie wie, dokąd iść – wywnioskował Jerzyk.

– A, tuś mi, wisusie! – usłyszał wesoły głos wuja Jana i natychmiast zapomniał o tajemniczym podróżnym. Zerwał się na równe nogi i pozwolił, żeby wuj dłonią zwichrzył mu włosy, czego zwykle, jako urodzony elegant, nie cierpiał. Ale dla wuja Jana dałby się nawet pokroić.

Przystań opustoszała, tylko paru rybaków uwijało się jeszcze przy łodziach. Jerzyk i wuj Jan poszli rozdeptanym przez wiele par nóg brzegiem. Nieopodal wuj miał swoje ulubione miejsce. Siadywał tu często z fajeczką w zębach, na wysokim pagórku nad samiutką wodą, oparty plecami o pień rosochatej wierzby. Siedział w milczeniu i patrzył na rzekę, a jego oczy, ukryte pod siwymi brwiami, miały kolor wiślanej fali.

Jerzyk bardzo lubił siedzieć przy jego boku. Co jakiś czas wuj pykał z fajeczki, a jeśli siedziało się wystarczająco cicho i cierpliwie, można było doczekać się opowieści. Wuj Jan spędził całą młodość na Wiśle. Tu, w Czerwińsku, mówiło się o takim człowieku „wodniak”.

– Czego to ja na Wiśle nie robiłem! – wspominał, przymrużywszy oczy. – I towary różne woziłem, i retmaniłem za młodu, i wydobywałem z dna rzeki kamienie, żwir albo piasek. Ciężko się człowiek napracował, ot co! – wuj zakurzył fajkę i zaniósł się głośnym kaszlem. – Jeszcze nawet wiele lat po ślubie z twoją ciotką, ledwo przyszła wiosna, ledwo rzeka ruszyła, a my już do łodzi i tak aż do jesieni... Dzieci nam się porodziły i też się na Wiśle chowały... Dopiero jak się płuca od tej wilgoci popsuły, musiał człowiek pomyśleć o życiu na stałym lądzie. Co było począć? Przyszło się z rzeką pożegnać! – wuj westchnął ciężko i znowu zakaszlał.

– Nie tak bardzo znowu się wuj pożegnał – uśmiechnął się Jerzyk. – Pracuje wuj na przystani i nawet mieszka na górce nad samą wodą.

– No tak, tak – potwierdził przystaniowy. – Bo wiesz, smyku, ja muszę ją widzieć przez okno od razu, kiedy się budzę. Muszę wiedzieć, czy jest w dobrym humorze, czy zagniewana, wesoła czy smutna...

Stary wodniak zapatrzył się przed siebie i przez chwilę obaj milczeli. Wreszcie Jerzyk ostrożnie wyciągnął rękę i szarpnął wuja Jana za rękaw.

– Niech wuj opowie... – wyszeptał błagalnie.

– A o czym byś chciał posłuchać?

– O topielcu! – poprosił Jerzyk żarliwie.

– A nie będziesz się bał? – zapytał wuj, chociaż chłopak tyle razy już słyszał tę historię, że znał ją niemal na pamięć.

– Nie! – zapewnił Jerzyk z zapałem.

– No, to było wtedy, kiedyśmy z twoją ciotką Ewą wozili krypą owoce do Torunia. Pewnego razu, trochę za Wyszogrodem, rzuciliśmy na noc kotwicę i poszliśmy spać na tył, pod budę. Ciasno było, ale ciepło – wuj uśmiechnął się pod wąsem. – Wszyscy na kupie spali, żona, ja, dwaj mali synkowie. Nagle, w środku nocy słyszę jakiś rumor, jakby kroki. Wystawiłem głowę spod budy – ciemno, choć oko wykol! – nic nie widać. Cicho. Położyłem się z powrotem i zasnąłem. Po chwili budzi mnie żona. „Idź – powiada – zobacz, co się tam dzieje, bo ktoś chodzi koło masztu”. Wstałem, namacałem burtę i idę po omacku, noga za nogą po belce wzdłuż łodzi. Idę i słyszę – ktoś stąpa przede mną. Kroki doszły do kołowrotu kotwicy i ucichły. Postałem tak chwilkę, nic więcej nie usłyszałem i wróciłem. Ledwo się położyłem, a tu – tup, tup, tup – znowu słychać, że ktoś chodzi! I tak aż do rana! Przez całą noc szurało po pokładzie. Zawsze tak samo – jakby niewidzialny człowiek prowadził mnie na dziób statku, a tam znikał. O pierwszym brzasku postanowiłem uciekać z tego przeklętego miejsca. Idę na dziób podnieść kotwicę. Ciągnę i ciągnę, ale jakoś ciężko idzie. Wołam żonę, ciągniemy wspólnie, nagle patrzymy – razem z kotwicą z wody wyciągamy ludzkie ciało! Topielec zaplątał się nam w kotwiczny łańcuch! Pewnie nieszczęsna dusza chciała nam pokazać, gdzie trzeba szukać, i dlatego całą noc robiła taki harmider.

Jerzyka za każdym razem, gdy słyszał tę opowieść, przechodziły dreszcze.

Usłyszał szelest i wzdrygnął się. Ktoś schodził ku nim po stromym zboczu, coś białego zamajaczyło w zaroślach.

– Wiedziałam, że was tu znajdę! – usłyszeli głos ciotki Ewy i za chwilę spomiędzy porastających brzeg chaszczy wyszła szczupła kobieta w ciemnej sukni i białym fartuchu. – Znowu tu przesiadujesz? – zwróciła się do wuja. – Chcesz, żeby cię zaczęło łamać w kościach?

Wuj w zakłopotaniu potarmosił siwego wąsa.

– Już, już idę... Na chwilkę tylko z Jureczkiem przysiadłem...

– Śniadanie na stole, a ty wędrujesz Bóg wie gdzie! – strofowała go ciotka. – A ciebie, kawalerze, przypadkiem w domu nie potrzebują? – zapytała chłopca.

– Ciociu, niech się ciocia nie gniewa... – zaczął się tłumaczyć Jerzyk, ale energiczna kobieta już go nie słuchała. Chwyciła męża pod ramię i poszli razem ścieżką ukrytą w zaroślach.

Jerzyk popatrzył za nimi, a potem puścił się biegiem z powrotem, wzdłuż rzeki.

Od przystani na brzegu Wisły mała błotnista uliczka wiodła prosto jak strzelił pod same drzwi restauracji. Jerzyk błys kawicznie pokonał tę drogę i frontowymi drzwiami wpadł do sali jadalnej. Było tu pusto i przyjemnie chłodno. W głębi, przy bufecie, na tle ogromnego ciemnego kredensu, w którym za kryształowymi szybkami kryły się rozmaitych kształtów i kolorów butelki z nalewkami, stał ojciec Jerzyka, jak zawsze w nieskazitelnie białej koszuli i czarnym krawacie. Zza drzwi po lewej, wiodących do mniejszej sali, dobiegał gwar podochoconych głosów – zapewne wesołe towarzystwo ze statku już zasiadło do biesiady. Tutaj tymczasem panowała cisza. Tylko jakaś przebiegła mucha, której udało się uniknąć porozwieszanych tu i ówdzie lepów, pobzykiwała na szybie wąskiego okienka przy drzwiach.

Jakiś mężczyzna stał tyłem do Jerzyka, oparty o bufet oklejony reklamami Piwa Skierniewickiego Władysława Strakacza i wyrobów browaru Haberbusch i Schiele. Gdy chłopiec podszedł bliżej, rozpoznał dziwnego przyjezdnego w zielonej marynarce, którego widział rankiem na przystani. Przygarbiony nad bufetem, obojętnie sączył piwo z wysokiej szklanki. Jerzyk zauważył, że nigdzie w pobliżu nie widać ani tłumoka, ani poplamionej walizy.

– Z drogi! – Tomasz wyskoczył zza lady, fachowo, po kelnersku balansując wielką tacą pełną talerzy. Najwyraźniej państwo w drugiej sali miało duży apetyt.

– Tomek! – szepnął Jerzyk, łapiąc brata za biały, wykrochmalony mankiet. – Nie wiesz, co to za jeden? – nieznacznym ruchem głowy wskazał mężczyznę przy bufecie.

– Nie wiem – powiedział Tomasz. – Jakiś nowy gość. Szukał noclegu.

– U nas będzie mieszkał? – zainteresował się Jerzyk.

– A gdzieżby indziej? No, puszczaj mnie, smyku, bo mi tu zupa stygnie! – wywinął się z uchwytu Jerzyka i, nie uroniwszy nawet kropli z pełnej po brzegi parującej wazy, lekkim krokiem wbiegł do bocznej sali, gdzie przywitał go radosny okrzyk wygłodniałych wycieczkowiczów.

Jerzyk przez kuchnię wydostał się na podwórze, a stamtąd po drewnianych schodach wdrapał na galeryjkę prowadzącą do mieszkania.

– Jerzyk, bój się Boga, gdzie ty biegasz od rana? – usłyszał głos matki.

Ludwika Grabowska była podobna do swojej siostry Ewy nie tyle z wyglądu, co z charakteru: tak samo stanowcza i energiczna. Krótko trzymała całą liczną rodzinę i domowników. Jerzyk dobrze wiedział, że z nią żartów nie ma.

– Poszedłem zobaczyć bocznokołowiec – powiedział.

– Co dzień biegasz na przystań i co dzień ten sam statek przypływa! Nie wiem, co tam jest do oglądania... – cierpko skomentowała matka.

– Jakiś obcy dzisiaj przyjechał.

– Wiem – pokiwała głową. – Będzie u nas nocował.

– Długo zostanie?

– Nie powiedział. Zanieś no, synku, świeżą pościel do pokoju. Ja zaraz przyjdę i mu pierzynę powlekę.

Jerzyk wziął od matki płócienne powłoczki. Po obu stronach mrocznego korytarzyka znajdowały się drzwi prowadzące do pokojów. Jedne z nich były uchylone.

Najwyraźniej przybysz nie zdążył jeszcze na dobre rozgościć się w maleńkim, przytulnym pokoiku, zwanym przez ojca „kajutą”. Rzucił tylko swoje rzeczy na łóżko i zszedł na dół, do restauracji.

Z bliska czarna waliza wydała się schludnemu Jerzykowi niemożliwie brudna, pokryta błotem i zaschniętą farbą. Skrzywił się na myśl, że zaplami czystą narzutę. Ależ matka będzie narzekać! Bez zastanowienia chwycił walizkę, żeby postawić ją na podłodze. Nie zauważył, że była niedomknięta. W chwili, kiedy ją podnosił, coś z niej wyleciało i spadło na ziemię, hurgocząc o metalową ramę łóżka. Jerzyk rzucił się na kolana. Gość nie powinien zauważyć, że ktoś ruszał jego rzeczy.

Gdzie to jest, u diabła? – myślał, szukając gorączkowo. – Ach tam, pod łóżkiem – coś ciemnego połyskiwało metalicznie spoza frędzli. Chwycił czarny przedmiot, podniósł do oczu i natychmiast znów upuścił, tłumiąc okrzyk przerażenia.

Pod jego stopy upadł wielki, lśniący rewolwer.

II

Bronisława Szmigierówna nie była ideałem dobrze ułożonej panienki – co do tego zgadzały się wszystkie czerwińskie matrony. Bo kto to widział, żeby dziewczynka ganiała w portkach zamiast w sukience? A kiedy już na wyraźne polecenie ojca do kościoła lub na wizytę wkładała plisowaną spódniczkę i lakierowane pantofelki, cały efekt psuły wystające spod spódniczki podrapane i posiniaczone kolana. Takie kolana, zdaniem pani aptekarzowej, mógł mieć wiejski łobuziak, ale na pewno nie młoda dystyngowana panna.

Włosy Bronki, czarne i kędzierzawe, nigdy nie dawały się gładko uczesać – nie pomagały tu żadne wstążki i kokardy, więc po jakimś czasie dziewczyna poniechała wszelkich prób ułożenia fryzury, pozwalając, by bujna czupryna rosła dziko i swobodnie.

Zachowanie panny Szmigierówny również pozostawiało wiele do życzenia. Ani chwili nie usiedziała spokojnie. Wszędzie było jej pełno. A już triumfalny przejazd przez miasto na ogromnym czarnym koźle rzeźnika Chila przepełnił czarę goryczy. Delegacja pań wybrała się wtedy na skargę do księdza proboszcza.

Ta pamiętna scena, w następstwie której zacne panie czerwińskie ostatecznie uznały Szmigierównę za nieodpowiednie towarzystwo dla swych córek, sprawiła, że Jerzyk Grabowski zakochał się w niej na wieki. Oczywiście Bronka nie miała się o tym nigdy dowiedzieć. Jerzyk był realistą i swoje szanse u warszawskiej panny, w dodatku dwa lata starszej, oceniał jako niewielkie. Nic nie mógł jednak na to poradzić, że widząc ją galopującą przez rynek na starym capie Chila, w przekrzywionym wianku z kaczeńców na głowie, zrozumiał, że nigdy w życiu nie spotka bardziej niezwykłej istoty.

Wydarzenie to miało miejsce dwa lata temu, podczas pierwszego pobytu Bronki w Czerwińsku. Ojciec dziewczyny, profesor Szmigier, znany konserwator zabytków, wybitny specjalista od romańskiej i gotyckiej rzeźby, podjął się wówczas udziału w renowacji czerwińskiego klasztoru. W ciągu roku akademickiego był zwykle bardzo zajęty w Warszawie, gdzie mieszkał. Wykładał na architekturze i w Szkole Sztuk Pięknych, publikował artykuły w fachowej prasie. Dopiero latem miał czas, żeby przyjechać do Czerwińska. Wraz z nim zjechała ukochana córka.

Z ulgą zrzuciła pensjonarski mundurek, wdziała portki i już pierwszego dnia przeleciała przez miasteczko jak trąba powietrzna. W ciągu miesiąca poznała każdy, nawet najmniejszy zakamarek zabudowań klasztornych. Potrafiła nazwać z imienia każdą krowę i kurę w zakonnym gospodarstwie. Jadła niedojrzałe jabłka z każdego sadu, wdrapywała się na wszystkie drzewa, dwa razy topiła się w Wiśle (na szczęście nieskutecznie), a cała armia bosonogich, szczerbatych łapserdaków oddała się dobrowolnie pod jej dowództwo. Ojcowie salezjanie, rezydujący w wiekowym klasztorze, mieli zwyczaj na jej widok żegnać się znakiem krzyża i czym prędzej schodzili jej z drogi.

Przejazd na koźle stanowił zwieńczenie pierwszego pobytu Bronisławy w miasteczku. Zwierzak został zdybany, kiedy pasł się pod murem cmentarza. Stamtąd, w otoczeniu rados nego pochodu dzieciaków, panna Szmigierówna zdołała galopem przejechać przez rynek i dalej, aż pod kościół, pokonując tym samym w przeciwną stronę drogę, którą z konduktem pogrzebowym musiał przebyć każdy czerwiński nieboszczyk.

Przed kościołem, gdzie właśnie kończyła się suma, na oczach odświętnie ubranych szacownych mieszczan, okolicznych ziemian i gospodarzy, Bronia zeskoczyła z grzbietu kozła z gracją woltyżerki, chwyciła zwierzę za rogi i, przyginając do ziemi jego wielki łeb, sama dygnęła wdzięcznie, szurając bosą nogą i szczerząc zęby w olśniewającym uśmiechu. Wianek z kaczeńców zsunął się z jej czarnych włosów, lecz zanim spadł na ziemię, pochwycił go kozioł Chila i pospiesznie zeżarł, myśląc zapewne, że coś mu się należy za udział w tej szalonej eskapadzie.

Tego samego wieczora, po rozmowie z delegacją zbulwersowanych czerwińskich dam, ksiądz proboszcz odbył naradę z magistrem nowicjatu.

– Jak też ksiądz myśli, czy ta panienka nie zbiesi nam kleryków? – spytał, patrząc uważnie w mądre oczy ojca Pawła.

– Skądże znowu! – roześmiał się zakonnik. – Jakżeby mogła, taka kruszyna? Oni będą musieli przez całe życie walczyć z pokusami samego szatana. Zresztą nie wiem, czy ksiądz pamięta, lecz przecież założyciel naszego zgromadzenia, błogosławiony Jan Bosko, był linoskoczkiem i zabawiał młodzież pokazywaniem magicznych sztuczek!

Ksiądz proboszcz pamiętał, ale wątpił, by ta wiadomość dotarła do którejś z oburzonych matron. Podejrzewał, że gdyby się o tym dowiedziały, byłyby zgorszone i mogłyby zaprzestać składania ofiar na klasztor.

– Ludzie się skarżą! – westchnął.

Ksiądz Paweł bezradnie rozłożył ręce.

– Lepszego specjalisty od konserwacji niż profesor Szmigier nie znajdziemy. A prędzej sam by rzucił robotę, niż odesłał córeczkę do domu. Zakochany w niej po uszy. Nic dziwnego – jedyne dziecko, a on wdowiec...

– Ależ ja wcale nie chcę, żeby ją odsyłał. Może mógłby przemówić jej do rozumu? Raz czy drugi przełożyć przez kolano i dziewczynie od razu by się odechciało psocić...

– Księże proboszczu! – oburzył się magister nowicjatu. – Nasz założyciel kategorycznie zabraniał bicia! „Wychowanie jest sprawą serca” – nauczał. Między nami mówiąc – tu ojciec Paweł pochylił się do ucha proboszcza – ja myślę, że ksiądz Bosko nieźle by się uśmiał na widok tej panienki jadącej na kozie. Zawsze uważał, że radość i zabawa są naturalną potrzebą młodego wieku.

Ksiądz proboszcz chrząknął z powątpiewaniem.

– Cóż, w takim razie trzeba tę pannę Szmigierównę potraktować jako dopust boży.

– Dopust boży, ot co, drogi księże proboszczu! – zgodził się mistrz nowicjatu, figlarnie mrużąc oko.

I tak też ją potraktowano. Jak wichurę, która zrywa dachy i pozostawia za sobą połamane drzewa. Jak powódź, która, tak jak pobyt Bronki, przytrafiała się w Czerwińsku raz na jakiś czas, a potem wszyscy już mieli święty spokój. A profesor Szmigier skrobał ze starej farby i patyny zniszczone kamienne gzymsy, omiatał delikatnym pędzelkiem malowidła na sklepieniach, wykonywał swą dokładną, mrówczą pracę od świtu do nocy i nadal o niczym nie wiedział.

* * *

Kolejne lato Jerzyk spędził w towarzystwie Bronki. Okazało się, że mają ze sobą wiele wspólnego. Oboje lubili czytać – Jerzyk był właścicielem całkiem pokaźnej biblioteczki odziedziczonej po czterech starszych braciach, a Bronka zawsze przywoziła z Warszawy mnóstwo książek. I to jakich! Pachnących świeżą farbą drukarską, kolorowych nowości prosto z księgarni Arcta lub Gebethnera i Wolffa, ale także apetycznie grubych, zaczytanych powieści wyszperanych w antykwariatach na Świętokrzyskiej.

Tak się doskonale złożyło, że Bronia, która wcześniej stołowała się wraz z ojcem w klasztorze, zaczęła przychodzić na obiady do restauracji rodziców Jerzyka. Czy salezjanie zadecydowali, że maniery panny Szmigierówny mogą jednak gorszyć nowicjuszy, czy też ojciec Broni uznał dania z jadłodajni Grabowskich za smaczniejsze i zdrowsze niż skromny wikt klasztorny – tego Jerzyk nie wiedział. Mało go to zresztą obchodziło. Cieszył się każdą chwilą spędzaną z przyjaciółką.

Najbardziej lubił siedzieć wraz z nią na starej jabłoni – rosnącej na granicy ogrodu Grabowskich z klasztornym sadem – i czytać. Każde z nich miało swój ulubiony konar. Ileż książek tam razem przeczytali! Ducha puszczy, Podróże Guliwera, Wyspę skarbów i Bezgrzeszne lata Makuszyńskiego. A kiedy zmęczyło ich czytanie, Bronka potrafiła wymyślić tak niezwykłe zabawy, że Jerzyk czasem dopiero na dźwięk kościelnej sygnaturki przytomniał i orientował się, że czas wracać do domu.

W lipcu przeszła po Wiśle wysoka fala, podmywając brzegi, wdzierając się do niżej położonych gospodarstw, zalewając nieskoszone pola i łąki. Bronia i Jerzyk brodzili jak bociany wzdłuż brzegów, wyławiając to, co niosła ze sobą rzeka: zerwane rybackie więcierze, połamane wiosła, sztachety płotów, drzwi i dachy chałup. Marzeniem Broni było, by ze zdobytego w ten sposób drewna zbudować domek na ulubionej jabłoni.

W czasie jednej z takich wypraw usłyszeli wycie psa dobiegające z opuszczonego, zalanego gospodarstwa. Nie myśląc wiele, Bronka sporządziła tratwę z kilku wyłowionych desek i, ku przerażeniu Jerzyka, rzuciła się na ratunek. Z daleka chłopiec widział sylwetkę wychudzonego kundla stojącego na dachu budy i Bronię, która podpłynęła do niego na swojej tratwie, wiosłując kołkiem od płotu. Obserwował, jak wyciąga ręce i ostrożnie bierze wystraszone zwierzę w ramiona, jak bezradnie szarpie żelazny łańcuch, na którym pies był uwiązany.

– Panie Boże, niech jej się uda! – zbielałymi ustami powtarzał wciąż tę samą modlitwę. – Panie Boże, niech jej się uda! Pa-nie Bo-że...

Wreszcie dziewczyna jakimś cudem odczepiła łańcuch. Jak? Tego Jerzyk nie mógł dostrzec z daleka. Płynęła teraz powoli w jego stronę, a pies kulił się na tratwie za jej plecami. Kudłate psisko całe się trzęsło, kiedy wysadziła je na ląd tuż obok bladego i drżącego Jerzyka.

Kundel-pokraka jakoś się odżywił na resztkach z restauracyjnej i klasztornej kuchni. Było to bezczelne bydlę, niezgrabna mieszanina wielu ras pokryta skołtunioną sierścią, z czarną grzywą spadającą na małe, sprytne węgielki oczu. Bronka dała mu na imię Indus.

Pies stał się jej nieodłącznym towarzyszem przez resztę lata. Kiedy gnał przez miasteczko u jej boku, wydawało się, że należą do tego samego gatunku – oboje chudzi, czarni, rozczochrani, wiecznie zziajani, straszliwie uparci i piekielnie odważni, z dzikim błyskiem w oku.

Jerzyk w niczym nie był podobny do tej dobranej zbójeckiej parki. Ładny chłopiec o delikatnej, szczupłej twarzy. Zawsze czysto ubrany, uczesany, zawsze w bucikach. Grzeczny i spokojny. W dzieciństwie chorowity, nadal był wątłego zdrowia. Raczej ostrożny, nie rzucał się na łeb, na szyję w każdą awanturę.

– No i doczekała się pani, pani Grabowska – mówiła sąsiadka do matki Jerzyka, obserwując, jak układny chłopczyna pędzi za Bronką przez rynek, ścigany szczekaniem czarnej kudłatej bestii. – To małe licho pani Jurka całkiem zaczarowało! Jakby szatan w niego wstąpił!

– Jaki tam z niego szatan! – uśmiechała się wyrozumiale pani Ludwika. – Przez cały rok nic, tylko nabija głowę książkami. Kaszle od zimy. Trochę ruchu dzieciakowi nie zaszkodzi. Niech sobie polata.

– Tylko żeby się w jakie kłopoty nie wpakował.

– Niech się pani nie obawia, pani Pielacińska, to bardzo mądry chłopak.

Istotnie, Jerzyk cieszył się w miasteczku opinią wybitnie inteligentnego, a sławą mędrca przewyższał go chyba tylko rabin Natan. Nauczyciel twierdził, że nie ma takiego zadania, którego zdolny chłopak nie umiałby rozwiązać w okamgnieniu. Wrodzona bystrość umysłu pozwalała mu odnosić sukcesy nie tylko w szkole.

Wśród opowieści, przekazywanych przez kumoszki, można było usłyszeć między innymi o tym, jak Jerzyk odnalazł zaginione listy pana doktora. Miejscowy lekarz miał bowiem zwyczaj co jakiś czas listownie zapraszać na karty przedstawicieli lokalnej elity: aptekarza, proboszcza i właściciela restauracji. Pewnego dnia wzburzony doktor zwrócił się do pana Grabowskiego z wymówkami, że ten nie tylko nie przyszedł w umówionym terminie, ale nawet nie raczył odpisać. Ojciec Jerzyka zaklinał się, że żadnego listu nie otrzymał. Okazało się, że również ksiądz proboszcz i aptekarz nie dowiedzieli się o planowanym spotkaniu. Obecny przy rozmowie Jerzyk odkrył, że żaden z listów nie mógł dojść do adresata, gdyż roztargniony lekarz w ogóle ich nie wysłał. Trzeba było widzieć minę doktora, gdy wyciągnął z kieszeni trzy zapomniane koperty!

To wydarzenie ugruntowało sławę Jerzyka.

– Kto by pomyślał? – dziwili się niektórzy, patrząc na chuderlawego malca. – Że też w tym wątłym ciałku kryje się taki umysł!

Jerzyk jednak nie zwracał uwagi na to, co myślą o nim inni. Liczyła się dla niego wyłącznie opinia jednej osoby. Przychylny uśmiech Bronki, jej uznanie – tylko na tym mu zależało. A tej dziewczynie niełatwo było zaimponować.

Kiedy Bronka odjeżdżała do Warszawy, Jerzykowi mało serce nie pękło. Indusowi, którego zostawiła pod opieką pani Grabowskiej, chyba też. Pies miał jednak swoje sposoby na smutek – należało do nich polowanie na kury i kaczki, łażące swobodnie po czerwińskich opłotkach, a także staczanie walk ze wszystkimi miasteczkowymi psami, które nieopatrznie weszły mu w drogę. Ze zrozumiałych względów żaden z tych psich sposobów nie był dostępny dla Jerzyka.

Przez całą jesień i zimę chłopak na przemian to myślał o tych wszystkich przygodach, które latem wraz z Bronką przeżył, to snuł plany na następne lato. Kiedy wreszcie nadeszła wiosna roku 1930, okazała się łaskawa zarówno dla Jerzyka, jak i dla Czerwińska. Dla Czerwińska, bo z dwóch nawiedzających go kataklizmów powódź tym razem miasteczko ominęła. Dla Jerzyka – bo Bronka nawiedziła Czerwińsk wcześniej niż zwykle. Podobno zimą ciężko chorowała, więc ojciec, który pracował właśnie nad renowacją gotyckiego refektarza w klasztorze, zwolnił ją ze szkoły i przywiózł ze sobą. Przy pierwszym spotkaniu Jerzyk był trochę onieśmielony. Jego przyjaciółka bardzo zmieniła się w ciągu tych kilku miesięcy – urosła, wydoroślała. Zaczęła nosić sukienki, chociaż nadal chodziła zamaszystym krokiem ułana. Obcięła splątane warkocze i jej twarz wyglądała trochę obco w obramowaniu krótkiej, geometrycznej fryzury. Początkowa bladość ustąpiła po paru dniach, a wkrótce jej opalone nogi na nowo pokryły się siniakami i zadrapaniami. Jerzyk i Indus byli uszczęśliwieni.

Przyjazd Bronki przywrócił życiu Jerzyka właściwy porządek, a także dostarczył nowej lektury: przyjaciółka przywiozła mu w prezencie O dwóch takich, co ukradli księżyc Makuszyńskiego. Chłopak uznał ten tytuł za znaczący – był pewien, że oni dwoje, gdyby bardzo chcieli, mogliby ukraść nie tylko księżyc, ale i całą Drogę Mleczną.

Kiedy wracał ze szkoły, Bronka już na niego czekała z gotowym na wszystko, wiernym Indusem. Płynęli łódką na kępę, piaszczystą wysepkę na Wiśle, albo buszowali po okolicznych sadach i parowach.

Nic dziwnego, że pierwszą myślą Jerzyka, gdy tak stał z rewolwerem przybysza w ręku, było: „Muszę o tym zaraz opowiedzieć Bronce”.

* * *

– Baaaczność! W prawo patrz! – Jerzyk z daleka usłyszał komendę i pędem skierował się w stronę, z której dobiegał głos.

Nie zdążył spotkać się z Bronką przed pójściem do szkoły. Kilka godzin przesiedział w klasie jak na rozżarzonych węglach, nie mogąc doczekać się chwili, kiedy podzieli się z nią elektryzującą wiadomością o dziwnym przybyszu z rewolwerem.

Zdyszany wpadł na klasztorek, gdzie pod ceglanym murem generał Bronisława musztrowała swoją armię. Od strony długiego i niskiego budynku gospodarczego przemarszowi wojsk przyglądało się kilka brązowych kur. Wyciągały szyje, przekrzywiały małe główki i wydawały z siebie pełne aprobaty gdakanie, co oznaczało, że tak udanej defilady jeszcze nie widziały.

– Bronka! – zawołał Jerzyk tak głośno, że aż kury podniosły rwetes i pochowały się po krzakach. Znudzony Indus, drzemiący na piasku pod kasztanami, otworzył oczy i dwa razy od niechcenia machnął ogonem, co miało oznaczać, że zauważył pojawienie się przyjaciela. – Bronka, muszę ci coś powiedzieć!

– Oddział, spocznij! – zakomenderowała Bronka, a jej wojsko natychmiast wykonało rozkaz.

Żołnierzy miała niewielu, za to gotowych na wszystko – dwaj rośli bracia Ciećwierzowie, Pielaciński, chudy Szpetulski i malutki czarnooki Chiluś, najmłodszy syn rzeźnika – nazwiska tych dzielnych wojowników złotymi zgłoskami zapisały się w czerwińskich annałach. To oni właśnie, najodważniejsi z odważnych, odnosili najwięcej ran w bojach (nie wspominając o tym, że mały Chiluś stracił aż trzy zęby w walce z chłopakami z Wilkowuj). Zwykle wynajmowali się na żołd tej okolicznej bandy, która oferowała najlepsze warunki, jednak kiedy przyjeżdżała Bronka i obejmowała dowództwo, chętnie powracali pod rodzime sztandary.

– Co się stało? – Bronia zamaszystym krokiem podeszła do Jerzyka.

– Muszę ci coś powiedzieć! – powtórzył.

Uniosła brwi.

– Słucham.

– Nie tutaj, na osobności! To bardzo ważna sprawa!

Bronka odwróciła się do swoich żołnierzy, w swobodnych pozach oczekujących na dalsze rozkazy.

– Na dzisiaj koniec! Rozejść się! – poleciła.

– Ale Broniu... – jęknął chudy Szpetulski. – Mówiłaś, że będziemy się bawić w przeprawę Jagiełły pod Grunwald!

Ta zabawa była jedną z najulubieńszych. Bronka umiała świetnie opowiadać, a od ojca, który spędzał wiele godzin z nosem w starych księgach, dowiadywała się mnóstwa ciekawych rzeczy. Co prawda chłopcy już kiedyś w szkole słyszeli, że król Władysław Jagiełło, zmierzając pod Grunwald, modlił się w Czerwińsku, a następnie po specjalnie zbudowanym łyżwowym moście przeprawił się na drugi brzeg Wisły, lecz dopiero Bronka opowiedziała im tę historię tak zajmująco, z tyloma ciekawymi szczegółami, że stworzyła wymarzony scenariusz zabawy. Wszystko odbywało się kropka w kropkę zgodnie z opisem w kronice Jana Długosza:

W poniedziałek, nazajutrz po święcie ŚŚ Piotra i Pawła, ruszywszy król Władysław obozem ze wsi Kozłowa, zdążył nad Wisłę powyżej klasztoru Czerwińska do przybrzeża, gdzie już most sporządzony pod Kozienicami na łyżwach ustawiono i w tym samym dniu przeprawił się król przez rzekę, po tym moście, prowadząc ze sobą wszystkie wojsko w ścieśnionych szykach wraz z działami, taborami, żywnością i innymi pociągi.

Rolę Jagiełły, rzecz jasna, Bronka zarezerwowała dla siebie. W księcia Witolda wcielał się starszy Ciećwierz. Jerzyk najczęściej odgrywał Jakuba, biskupa płockiego, który „jako pasterz diecezji miał kazanie w polskim języku do całego wojska, licznemi tłumy do kościoła zgromadzonego”. A że Jerzyk, podobnie jak jego pierwowzór, był to „mąż uczony i wymowny”, kazania te nie miały sobie równych i całe rycerstwo czerwińskie uważało zgodnie, że nawet ksiądz proboszcz mógłby ich słuchać z niemałą korzyścią dla siebie.

Pozostali chłopcy wcielali się w królewskich rycerzy, a Chiluś specjalizował się w roli inżyniera doglądającego montażu przeprawy. Most łyżwowy udawały tratwy z powiązanych bali, przycumowane w pobliżu przyczółka.

Bronia początkowo chciała znów wykorzystać Chilowego kozła, by tym razem wcielił się w królewskiego rumaka, ale sprytny zwierzak od czasu pierwszego pamiętnego spotkania na jej widok zawsze bojowo nadstawiał rogi. Ostatecznie zbiorową rolę konnicy, taboru, dział i „innych pociągów” zgodził się przyjąć wierny Indus.

– To prawda, Bronka, miał być Grunwald – potwierdził starszy Ciećwierz, znany też jako Witold Kiejstutowicz.

– Po pierwsze: nie Bronka, tylko panie generale – odcięła się dziewczyna. – A po drugie: Grunwald nie ucieknie. Możemy go zrobić wieczorem.

Wojsko posarkało trochę między sobą, ale że przywykło już do niepodważalnego autorytetu swojej dowódczyni, rozeszło się niespiesznie do swoich spraw.

– Chodź! – Bronka skinęła na Jerzyka.

Przez niedomkniętą bramę wśliznęli się na rozległy taras, z którego roztaczał się malowniczy widok na miasteczko i Wisłę. Po tym tarasie w czasie rekreacji spacerowali salezjańscy klerycy, ale o tej porze było tam zwykle całkiem pusto.

Bronka usiadła na kamiennej balustradce i podwinęła pod siebie nogi. Indus ułożył się u jej stóp.

– Mów! – poleciła chłopakowi.

– Po co komuś pistolet w takiej małej, bezpiecznej mieścinie? – Bronka wysłuchała nieco chaotycznej opowieści Jerzyka, podparła pięścią brodę i zapatrzyła się w dal.

– No widzisz! Od razu mnie to zastanowiło – potwierdził Jerzyk. – Nie wiem nawet, czy nasz komendant policji ma taki rewolwer. Do czego miałby go tutaj używać?

Bronka spojrzała na niego bystro.

– Może właśnie o to chodzi.

– O co?

– Tam, gdzie każdy ma broń i ludzie się pilnują, nie wystarczy jeden rewolwer, żeby narobić szkody. A w miasteczku, w którym wszyscy czują się bezpiecznie...

– Myślisz, że to bandyta? Złodziej? – zaniepokoił się Jerzyk.

– Złodziej? Raczej nie... – Bronka z powątpiewaniem pokręciła głową. – Tu nie mieszkają bogacze, których można by obrabować. No, powiedz, kto tutaj ma jaki majątek? – lekceważąco machnęła ręką w kierunku pochyłych dachów, ceglanych kominów i koślawych drewnianych przybudówek, widocznych w dole pomiędzy drzewami.

– Ciotka Hinkelmannowa... – zaczął wyliczać Jerzyk. – Ma sklep. I domy. I place.

– Sklepu, domów i placów jej raczej nie ukradną! Nawet z pistoletem w dłoni! – roześmiała się Bronka. – Musiałaby mieć pieniądze. Ma pieniądze?

– Ma... chyba tyle, co wszyscy – zawahał się Jerzyk. Wiedział o pieniądzach ciotki Hinkelmannowej tylko tyle, że trzymała je w pancernej kasie – takiej samej, jaką miał w restauracji jego ojciec.

– No właśnie – Bronka znów się zamyśliła. – Takich ciotek jak twoja, z takimi samymi sklepikami, w których można kupić mydło i powidło, jest w całej Polsce, we wszystkich jej miasteczkach, tysiące, a może i setki tysięcy. A ten dziwny człowiek z rewolwerem przypłynął statkiem specjalnie tutaj. Do Czerwińska. Co jeszcze jest w Czerwińsku, czego nie ma w innym miasteczku?

Jerzyk wytężył wszystkie siły swego nieprzeciętnego umysłu, ale nic nie przyszło mu do głowy. Czerwińsk był tak bardzo niewyjątkowy... Można tu było znaleźć taki sam rynek, jak w każdej małej polskiej mieścinie, takie same niskie domki, chylące się ku ziemi, takie samo błoto, w którym taplały się świnie i kaczki, takich samych biednych, zapracowanych ludzi, z trudem wiążących koniec z końcem. Ach, nie, jednak było coś wyjątkowego!

– Wiem! – zawołała Bronka, zanim Jerzyk zdążył wypowiedzieć swoją myśl. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło, jakby chciała ukarać się za własną głupotę. – Nie chodzi o to, co w Czerwińsku jest! To jasne jak słońce! Ach, jaka jestem niemądra, że od razu na to nie wpadłam!

– Co?! Mów, o co chodzi? – Jerzyk był tak zaintrygowany, że zapomniał, co sam chciał powiedzieć.

– Nie chodzi o to, co w Czerwińsku jest – powtórzyła Bronia wolno i wyraźnie. – Chodzi o to, co w Czerwińsku będzie!

– A co będzie? – Jerzyk nadal niczego się nie domyślał.

– Co będzie? Co będzie? – przedrzeźniała go Bronia. – To ty nie wiesz? A o czym to nieustannie rozprawia całe miasto? W jakiej sprawie gmina wydaje zalecenia porządkowe? Po co robotnicy od tygodni układają bruk na drodze dojazdowej do klasztoru? Dlaczego maluje się domy i sadzi kwiaty w rynku? Po co w szkole uczysz się patriotycznych wierszyków i pieśni? Wreszcie, po co mój ojciec tak się spieszy z remontem refektarza?

– Myślisz o...?

– Tak jest. Myślę o tym, że za trzy tygodnie przyjedzie tu...

– Prezydent!

– Ignacy Mościcki! – ostatnie słowa wypowiedzieli równocześnie i nagle umilkli. Spojrzeli sobie w oczy z obawą i niedowierzaniem.

– O rety – wyszeptał Jerzyk. Poczuł suchość w gardle.

– Wygląda na to, że panu prezydentowi może grozić niebezpieczeństwo – poważnie powiedziała Bronka.