Demony Normandii - Graham Masterton - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Demony Normandii ebook i audiobook

Graham Masterton,

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

W lipcu 1944 roku, przy moście w Le Vey, trzynaście czarnych czołgów przełamało niemieckie linie w niepowstrzymanym, niszczycielskim szale, pozostawiając po sobie setki makabrycznie poległych żołnierzy Hitlera.

Trzydzieści pięć lat później Dan McCook przybywa do Normandii by zbadać miejsce bitwy, gdzie natrafia na szczelnie zamknięty, zardzewiały czołg z ochronnym krucyfiksem umieszczonym na wieżycy. Chęć poznania prawdy okazuje się silniejsza od zdrowego rozsądku. Otwierając pokrywę włazu, Dan ściąga śmiertelne niebezpieczeństwo nie tylko na siebie, ale na każdego, kto próbuje mu pomóc. Dawny koszmar wraca do świata żywych – głodny i niepowstrzymany…

Zupełnie nowe tłumaczenie: Karolina Mogielska

Sam Graham Masterton tak mówi o tłumaczeniach swojej współautorki:
Nobody translates my devils better! Or scarier!
Nikt nie tłumaczy moich demonów lepiej!
Ani straszniej!

Grafika okładkowa: Maciek Klimek @klimkovitz

Okładka nowego wydania „Demonów Normandii” została zaprojektowana na podstawie grafiki Maćka, którego prace można podziwiać zarówno w książkach polskich, jak i zagranicznych pisarzy, ale również w swoich autorskich albumach („Księga Krzyku” Wyd. Arkadiusz Siejda).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 234

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 23 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kamil Dawid Gałuszka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GRAHAMMASTERTONDEMONYNORMANDII

Z ANGIELSKIEGO PRZEŁOŻYŁA

KAROLINA MOGIELSKA

ODAUTORA

Mówi się, że „diabeł tkwi w szczegółach” – co oznacza, że pomysł, który z początku wydaje się być prosty i oczywisty, może kryć w sobie pułapki prowadzące ostatecznie do katastrofy.

Taka właśnie myśl przyszła mi do głowy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem rdzewiejący czołg z czasów drugiej wojny światowej, uwięziony w ciernistych zaroślach przy drodze w Normandii. Byłem swego czasu reporterem prasowym, dlatego nigdy nie przyjmuję niczego bezkrytycznie. Zawsze pytam: „Dlaczego tak się stało? Co ta osoba albo ta rzecz tutaj robi?”. I dokładnie to przemknęło mi przez myśl, kiedy ujrzałem ten czołg. W porządku, od zakończenia wojny minęło ponad trzydzieści lat, ale dlaczego ten czołg zostawiono w tych krzakach, żeby zżarła go rdza? Dlaczego nie zabrano go do muzeum i nie odrestaurowano na pamiątkę tamtych czerwcowych dni 1944 roku, kiedy alianccy żołnierze torowali sobie drogę przez normandzkie bocages?

Bocage to określenie pola otoczonego wysokim wałem ziemnym. Francuscy rolnicy wykorzystywali je przy wypasie bydła, do ochrony zwierząt przed porywistymi wiatrami od strony Atlantyku oraz do oznaczania granic swoich posiadłości. Dla wojsk alianckich stanowiły one jednak ogromne wyzwanie i drastycznie spowalniały marsz typowych, jak na tamte czasy, czołgów. W końcu aliantom udało się odeprzeć Niemców, a ja pomyślałem sobie: „A co, jeśli dokonali tego dzięki stworzeniu oddziału czołgów dysponujących sekretną mocą – mocą znacznie potężniejszą niż ta, którą miały brytyjskie Cromwelle czy amerykańskie Shermany?”.

Powodem, dla którego znalazłem się w Normandii, była podróż poślubna z moją zmarłą już żoną. Zatrzymaliśmy się w Moulin du Vey, małym hotelu nad rzeką Orne w Clécy, ponieważ Wiescka odwiedziła to miejsce jako młoda dziewczyna i zachowała stamtąd ciepłe wspomnienia. Gdy dotarliśmy na miejsce, porozmawiałem z właścicielem o czołgu i zapytałem, czy wie, dlaczego pozostawiono go w krzakach. Przyłożył palec do ust i powiedział: „C’est un sujet dont personne ne parle par ici. Le char de combat est scellé et personne n’y touche. Cela porte malheur”. Innymi słowy: „Tutaj nikt o tym nie rozmawia. Czołg jest zapieczętowany i nikt go nie dotyka. To przynosi nieszczęście”. Jak po czymś takim mogłem się oprzeć napisaniu o tym przerażającej historii?

Był też inny powód. Akcję moich horrorów zawsze osadzam w prawdziwych miejscach, a jako fundamentów opowieści używam autentycznych wydarzeń. Wierzę, że dzięki temu są one bardziej zatrważające, a morał każdej z nich staje się bliższy prawdziwemu życiu.

Nie mam pewności, czy czołg wciąż stoi tam, w tych zaroślach, ale możecie odwiedzić Normandię i na własne oczy zobaczyć wszystkie opisane w książce miejsca. Wciąż możecie wybrać się na posiłek do Moulin du Vey i posiedzieć nad rzeką Orne pod wierzbami. Wciąż możecie spróbować podpytać właściciela o czołg, który po wojnie zostawiono zapieczętowany i rdzewiejący. Może wam odpowie, i może jego słowa przyprawią was o ciarki.

Muszę podziękować Karolinie Mogielskiej za nowe tłumaczenie „Demonów Normandii”. Jest dla mnie inspiracją przy wskrzeszaniu moich klasycznych horrorów. Dziękuję również Sławkowi Jarząbowi za wydanie tak pięknej nowej edycji oraz Krzyśkowi za jego nieocenioną pomoc i za to, że mówi ciągłym, złowrogim warkotem, który przypomina mi o tym, co zostało zamknięte w tamtym czołgu.

Teraz sami możecie odkryć, co kryło się w środku!

Graham Masterton

Najgorsze demony to te,

Które rozsmakowują się w wojnach i rozlewie krwi

Sprowadzając na ludzi cierpienia,

I zadając najbardziej okrutne ciosy.

Francis Barret

ROZDZIAŁ1

Widziałem ich zbliżających się już z odległości ponad półtora kilometra: dwie niewyraźne postacie na rowerach, z szalikami ciasno owiniętymi wokół twarzy, pedałujące pośród ośnieżonych drzew. W miarę jak się przybliżali, słyszałem też dźwięk ich rozmów i widziałem małe obłoczki pary unoszące się z ich ust. Tak właśnie prezentował się krajobraz Normandii w grudniowy dzień – szary, mglisty i niewyraźny niczym stara fotografia, z czerwonawym, posępnie wyglądającym słońcem, nurkującym za zalesionym horyzontem. Nie licząc tych dwóch francuskich robotników jadących na rowerach, byłem na drodze zupełnie sam wraz ze swoim geodezyjnym statywem i nogami zanurzonymi w chrzęszczącej od mrozu trawie. Mój wypożyczony żółty Citroën 2CV stał zaparkowany koślawo na pobliskim zboczu. Było tak cholernie zimno, że prawie nie czułem nosa i dłoni. Bałem się mocniej tupnąć nogą, żeby nie odpadły mi palce u stóp.

Mężczyźni przybliżali się. Byli starzy, mieli na sobie ciężkie, grube, robocze kurtki oraz berety. Jeden z nich miał sfatygowany wojskowy plecak, z którego wystawała długa bagietka francuska. Opony ich rowerów zostawiały puchate ślady na szronie, który pokrywał drogę. Tutaj, w wiejskich zakątkach Normandzkiej Szwajcarii nie było zbyt wielkiego ruchu poza pojawiającymi się od czasu do czasu traktorami oraz jeszcze rzadziej widywanymi Citroënami SM, mknącymi sto czterdzieści kilometrów na godzinę i zostawiającymi za sobą deszcz lodowych kryształków.

– Bonjour, messieurs! – krzyknąłem, a wtedy jeden z mężczyzn zwolnił i zszedł z roweru, podprowadzając go niemal pod mój statyw.

– Bonjour, monsieur. Qu’est-ce que vous faites?1

– Obawiam się, że mój francuski nie jest najlepszy. Czy mówi pan po angielsku?

Mężczyzna kiwnął głową.

– Cóż – rzuciłem, wskazując palcem punkt znajdujący się po drugiej stronie doliny, wprost ku skutym srebrnym lodem wzgórzom. – Tworzę mapę tej okolicy. Une carte.

– Ah, oui – skwitował starzec. – Une carte.

Drugi z mężczyzn, wciąż siedzący okrakiem na swoim rowerze, opuścił nieco swój szalik, by wysmarkać nos.

– To z powodu tej nowej autostrady? – zapytał. – Tak?

– Nie, nie. Dostałem zlecenie na potrzeby książki historycznej. Chodzi o mapę całego tego obszaru do książki o drugiej wojnie światowej.

– Ah, la guerre – przytaknął pierwszy z mężczyzn. – Une carte de la guerre, hunh?

Jeden z nich wydobył niebieską paczkę Gitanesów i poczęstował mnie jednym. Nie gustowałem we francuskich papierosach, częściowo ze względu na wysoką zawartość substancji smolistych, a przede wszystkim dlatego, że śmierdziały jak palone końskie włosie, ale nie chciałem wyjść na niegrzecznego, nie po zaledwie dwóch dniach pobytu w północnej Francji. Poza tym, byłem wdzięczny za tę namiastkę ciepełka wydobywającą się z tlącej się końcówki papierosa.

Paliliśmy tak przez chwilę, uśmiechając się do siebie niemo, dokładnie tak, jak robią to ludzie, którzy nie znają zbyt dobrze nawzajem swoich języków.

– Walczyli w całej dolinie, a także wzdłuż rzeki Orne – powiedział niespodziewanie staruszek z bagietką. – Pamiętam to bardzo dobrze.

– Czołgi, wie pan? Tu i tam – dodał ten drugi. – Amerykanie przybyli od strony Clecy, a Niemcy z kolei wycofali się w górę doliny rzeki Orne. Bardzo zażarta walka rozgrywała się o tutaj, tuż przy Pont-D’Ouilly, wie pan? Niemcy nie mieli wtedy szans. Te czołgi amerykańskie nadjechały mostem w Le Vey i odcięły im drogę ucieczki. Nocą, nawet stąd, było widać płonące niemieckie maszyny, ciągnące się aż do zakola rzeki.

Wydmuchnąłem kłąb dymu i pary. Było już tak ciemno i ponuro, że ledwo mogłem dojrzeć ciężkie, granitowe zarysy skał w Ouilly, tam gdzie rzeka Orne poszerzała się i zakręcała, by zaraz móc prześliznąć się przez tamę w Le Vey, kłębiąc się wściekle i pieniąc, płynąc na północ w tę upiorną grudniową noc. Jedynym dźwiękiem był ledwie słyszalny szum wody i smętny dźwięk kościelnych dzwonów niosący się z pobliskiej wsi. Tutaj, wśród wszechogarniającego zimna i mrozu, wydawaliśmy się być tak osamotnieni, jakbyśmy byli zupełnie sami na całym europejskim kontynencie.

– Ta bitwa była niezwykle zażarta – odezwał się staruszek z bagietką. – Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Bez większego problemu pojmaliśmy trzech Niemców. W zasadzie to oni sami oddali się w nasze ręce i widać było, że przyniosło im to ulgę. Pamiętam, że jeden z nich powiedział coś w stylu: „Dziś walczyłem z samym diabłem”.

Ten drugi po raz kolejny przytaknął.

– Tak dokładnie powiedział: der Teufel, diabeł. Byłem tam i pamiętam. On zresztą też. Jesteśmy kuzynami.

Posłałem im obu uśmiech, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć.

– Cóż – uprzedził mnie ten z bagietką. – Musimy wracać, pora coś zjeść.

– Dziękuję, że poświęciliście mi chwilkę – wyznałem. – Przebywanie tu samemu strasznie potęguje poczucie osamotnienia.

– Interesuje się pan tematyką wojny? – zapytał ten drugi.

– Niezbyt. Jestem tylko zwykłym kartografem. Wykonuję mapy na zlecenie. – Wzruszyłem ramionami.

– Wokół wojny krąży wiele anegdot i opowiastek. Niektóre z nich to po prostu zwykłe bzdury. Ale nie trzeba szukać daleko, w tych okolicach ludzie również opowiadają różne rzeczy. Na przykład takie, iż nieopodal, jakiś kilometr od Pont-D’Ouilly, w zaroślach, znajduje się stary amerykański czołg, w którego pobliże ludzie boją się zapuszczać nocą, bo podobno słychać tam wtedy głosy tych, którzy zginęli.

– Brzmi raczej upiornie.

Jeden z mężczyzn szczelniej owinął szalem twarz, tak że teraz wystawały mu tylko czujne oczy. Jego wygląd przywodził na myśl arabskiego proroka lub kogoś, kto pragnie ukryć paskudnie poranioną twarz. Naciągnąwszy mocniej wełniane rękawiczki, rzucił stłumionym głosem:

– To są tylko historyjki. Wszystkie pola bitewne mają swoje upiory, wie pan. Tak sądzę. W każdym razie, le potage s’attend2.

Dwójka kuzynów pomachała mi równocześnie na pożegnanie, po czym z wolna odjechała ciągnącą się przed nimi drogą, by zaledwie po chwili zniknąć za znajdującymi się za zakrętem i spowitymi mgłą drzewami, zostawiając mnie ponownie zupełnie samego – zdrętwiałego z zimna i zdecydowanie gotowego pozbierać cały swój sprzęt, by udać się na obiad. Gasnące słońce znikało za białym klinem okrywającej wszystko mgły i ledwo byłem w stanie dostrzec własne, trzymane tuż przy twarzy dłonie, nie mówiąc już o szczytach odległych skał.

Upchnąłem cały sprzęt na tyłach swojego 2CV i wgramoliłem się na siedzenie kierowcy, spędzając kolejne pięć minut na próbach odpalenia tego grata. Cholerstwo rzęziło jak koń i byłem już o krok od tego, by wysiąść i kopnąć go tak, jak na to zasługiwał, kiedy silnik niespodziewanie zakaszlał i ożył. Włączyłem światła, zawróciłem na środku szosy i ruszyłem w drogę powrotną do Falaise, do mojego obskurnego hoteliku.

Ujechałem jednak niespełna kilometr, kiedy zobaczyłem znak głoszący „Pont-D’Ouilly, 4 km”. Spojrzałem na zegarek. Było dopiero wpół do piątej i zacząłem się zastanawiać, czy nie warto byłoby nadłożyć trochę drogi, żeby rzucić okiem ten nawiedzony czołg, o którym mówili starzy kuzyni. Gdyby okazał się ciekawy, mógłbym jutro zrobić mu zdjęcie w świetle dnia; Rogerowi mogłoby się to przydać do książki. Roger Kellman był gościem, który napisał książkę historyczną, do której rysowałem te wszystkie mapy – Dni po D-Day – i na widok wszystkiego, co wiązało się z pamiątkami wojennymi, ślinił się jak kot Sylwester z Looney Tunes.

Skręciłem w lewo i niemal natychmiast tego pożałowałem. Droga opadała stromo w dół, wijąc się między drzewami i skałami; była śliska od lodu, błota i na wpół zamarzniętego krowiego łajna. Mały Citroën wierzgał i kołysał się na boki, a przednia szyba zaparowała od mojego nerwowego oddechu tak mocno, że musiałem otworzyć boczne okno i wychylić się na zewnątrz. Nie była to żadna przyjemność, biorąc pod uwagę, iż temperatura na dworze spadła grubo poniżej zera.

Mijałem ciche, zamknięte na głucho, podupadłe gospodarstwa z niszczejącymi stodołami. Zostawiałem za sobą szare pola, na których stały umorusane krowy, przywodząc na myśl brązowo-białe puzzle, a z ich włochatych warg zwisała zamarznięta ślina. Mijałem domy z pozamykanymi okiennicami i pola opadające w dół aż do ciemnej, zimowej rzeki. Jedyną oznaką życia, jaką dostrzegłem, był stojący na poboczu traktor z włączonym silnikiem, którego koła były tak oblepione gliną w kolorze ochry, że wydawały się dwukrotnie większe niż zwykle. W środku jednak nikogo nie było.

W końcu kręta droga powiodła mnie w dół, między mury z surowego kamienia, pod splątanym sklepieniem bezlistnych drzew, aż na most w Ouilly. Wypatrywałem czołgu, o którym mówili mężczyźni, ale za pierwszym razem zupełnie go przeoczyłem. Spędziłem więc pięć minut, siłując się z tym głupim gruchotem, by zawrócić tam, skąd przyjechałem, przy czym silnik zgasł mi dwa razy i omal nie zaklinowałem się w bramie jakiegoś gospodarstwa. Na pełnym błota podwórzu dojrzałem starą kobietę o poszarzałej twarzy, w białym czepku, stojącą w otwartych drzwiach stajni i przyglądającą mi się podejrzliwie. Po chwili drzwi znów się zamknęły, a ja wbiłem w 2CV coś przypominającego drugi bieg i z rykiem pomknąłem z powrotem drogą.

Ten czołg można było przegapić nawet w biały dzień, a co dopiero o zmierzchu, w samym środku mroźnej, normandzkiej zimy. Dostrzegłem go, gdy tylko wyjechałem zza zakrętu; zdołałem zatrzymać się kilka metrów dalej, przy akompaniamencie jęków zawieszenia Citroëna. Wysiadłem z auta prosto w na wpół zamarznięty krowi placek, który na szczęście przynajmniej nie cuchnął. Wytarłem but o kamień na poboczu i cofnąłem się, by przyjrzeć się czołgowi.

Był ciemny i zwalisty, ale zaskakująco mały.Chyba tak bardzo przywykliśmy dziś do ogromnych czołgów wojskowych, że zapominamy, jak malutkie w rzeczywistości były czołgi w czasach drugiej wojny światowej.

Jego powierzchnia była czarna i łuskowata od rdzy. Był tak mocno wpleciony w żywopłot, że wyglądał jak żywcem wyjęty z bajki o Śpiącej Królewnie – ciernie i pędy jeżyn oplatały wieżyczkę, przeplatały się przez gąsienice i owijały wokół krótkiej lufy działa. Nie wiedziałem, co to za model, ale strzelałem, że może Sherman albo coś w tym stylu. Był ewidentnie amerykański: na boku miał wyblakłą, pordzewiałą białą gwiazdę i jakieś malowidło, niemal całkowicie zatarte przez czas i pogodę. Kopnąłem w niego, a on odpowiedział głuchym, pustym dudnieniem.

Drogą z wolna nadchodziła kobieta niosąca aluminiową bańkę na mleko. W miarę jak się zbliżała, przyglądała mi się bacznie i czujnie – jakby się czegoś bała – ale gdy podeszła bliżej, zatrzymała się i odstawiła naczynie. Była całkiem młoda, miała nie więcej niż dwadzieścia trzy lub dwadzieścia cztery lata. Na głowie nosiła czerwoną chustkę w grochy. Z pewnością była to córka gospodarza. Dłonie miała szorstkie od dojenia krów o świcie w zimnych stodołach, a policzki ogorzałe jak u malowanej, wiejskiej lalki.

– Bonjour, mademoiselle – powiedziałem, a ona skinęła głową z rezerwą.

– Jest pan Amerykaninem? – zapytała.

– Zgadza się.

– Tak myślałam. Tylko Amerykanie się zatrzymują, aby przyjrzeć się tej maszynie.

– Nieźle pani sobie radzi z angielskim.

Nie uśmiechnęła się.

– Byłam opiekunką w Anglii, w Pinner, przez trzy lata, w ramach au pair.

– Ale potem wróciła pani na gospodarstwo? – zapytałem.

– Tak, kiedy zmarła moja matka i ojciec został zupełnie sam.

– Ma oddaną córkę, jak widzę – powiedziałem.

– Tak – odparła, spuszczając wzrok. – Ale myślę, że pewnego dnia znowu stąd wyjadę. Nic ma tu zupełnie nic, poza wielkim pustkowiem i samotnością.

Odwróciłem się z powrotem w stronę ponurej, złowrogiej bryły porzuconego czołgu.

– Powiedziano mi, że ten czołg jest nawiedzony – rzuciłem. – I że nocami słychać rozmowy zmarłej załogi.

Dziewczyna milczała. Odczekałem chwilę, po czym znów się odwróciłem i spojrzałem na nią.

– Myśli pani, że to prawda? – zapytałem. – Że jest nawiedzony?

– Nie wolno mi o tym mówić – odpowiedziała. – Jeśli się o tym mówi, mleko kwaśnieje.

Zerknąłem na jej aluminiową bańkę.

– Mówi pani poważnie? Że jeśli mówi się o duchach w czołgu, to mleko kwaśnieje?

– Tak – wyszeptała.

Wydawało mi się, że słyszałem już wszystko, ale to było niesamowite. Oto tutaj, we współczesnej Francji, inteligentna, młoda kobieta szeptała w obecności starego, sfatygowanego Shermana z obawy, by nie zwarzyło jej się świeże mleko. Oparłem dłoń na zimnym, zardzewiałym błotniku czołgu i poczułem, że trafiłem na coś naprawdę wyjątkowego. Roger byłby zachwycony.

– Czy pani też słyszała te duchy? – drążyłem.

Zaprzeczyła, gwałtownie potrząsając głową.

– A zna pani kogoś, kto je słyszał? Kogoś, z kim mógłbym porozmawiać?

Bez słowa podniosła bańkę i ruszyła w dół drogi. Przeszedłem jednak na drugą stronę, starając się dotrzymać jej kroku, choć nie chciała na mnie ani patrzeć, ani odpowiadać.

– Nie chcę być wścibski, mademoiselle, ale pracujemy nad książką o Lądowaniu w Normandii i o tym, co wydarzyło się potem. A to wygląda na historię, która naprawdę by mi się przydała. Mówię poważnie. Przecież ktoś musiał słyszeć te głosy, skoro są prawdziwe?

Zatrzymała się i wbiła we mnie harde spojrzenie. Była całkiem ładna jak na normandzką wieśniaczkę. Miała ten prosty nos, jaki widuje się u kobiet z jedenastego wieku na tkaninie z Bayeux, oraz opalizujące, zielone oczy. Ubłocony kubrak, praktyczna spódnica i gumowce skrywały całkiem niezłą figurę.

– Nie rozumiem, czemu jest pani taka przewrażliwiona – powiedziałem. – To tylko historyjka, prawda? Przecież duchy nie istnieją.

Wciąż wpatrywała się we mnie. W końcu powiedziała:

– To nie jest duch. To coś innego.

– Co ma pani na myśli? W jakim sensie „coś innego”?

– Nie mogę panu powiedzieć.

Znów ruszyła z miejsca, ale tym razem szła tak szybko, że z trudem dotrzymywałem jej kroku. Domyślam się, że jeśli dwa razy dziennie pokonuje się pięć kilometrów do obory i z powrotem, mięśnie nóg muszą się nieźle wyrobić. Zanim dotarliśmy do omszałej, kamiennej bramy, gdzie wcześniej zawracałem, sapałem już ciężko, a gardło piekło mnie od zimnego, mglistego powietrza.

– To moje gospodarstwo – powiedziała. – Muszę już wejść do środka.

– Nic więcej mi pani nie powie?

– Nie ma o czym mówić. Ten czołg stoi tam od czasów wojny. To już ponad trzydzieści lat, prawda? Jak można słyszeć głosy w czołgu po trzydziestu latach?

– Właśnie o to panią pytam – powiedziałem.

Odwróciła twarz, ukazując mi swój profil. Miała smutne, kształtne usta, a z tym prostym, arystokratycznym nosem była niemal piękna.

– Zdradzi mi pani swoje imię? – zapytałem.

Obdarzyła mnie drobnym, ulotnym uśmiechem.

– Madeleine Passerelle. A pan?

– Dan, skrót od Daniela. Dan McCook.

Dziewczyna wyciągnęła rękę i uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Miło mi pana poznać – powiedziała. – A teraz muszę już iść.

– Czy mogę się z panią znowu zobaczyć? Będę tutaj jutro. Muszę dokończyć mapę.

Potrząsnęła głową.

– Nie próbuję pani podrywać ani nic z tych rzeczy – zapewniłem ją. – Może po prostu poszlibyśmy się czegoś napić? Jest tu w okolicy jakiś bar? – Obrzuciłem wzrokiem zimną, rozmokłą okolicę i smętne krowy gromadzące się przy płocie po drugiej stronie drogi. – No to może mały hotel? – poprawiłem się.

Madeleine zakołysała bańką z mlekiem.

– Chyba jestem zbyt zajęta – powiedziała. – A poza tym mój ojciec wymaga mnóstwa uwagi i opieki.

– A kim jest ta starsza kobieta?

– Jaka starsza kobieta?

– Ta, którą widziałem w drzwiach stajni, kiedy zawracałem. Miała na sobie biały, koronkowy czepek.

– A… to Eloise. Mieszka w tym gospodarstwie całe życie. Opiekowała się moją matką w czasie choroby. Jeśli interesują pana opowieści o czołgu, to właśnie z nią powinien pan porozmawiać. Wierzy w każdy zabobon.

1 Dzień dobry panu. Co pan robi? – tłum. własne.

2 Zupa czeka, zupa stygnie – tłum. własne. W tym przypadku francuski odpowiednik określenia „czas już na nas” – przyp. red.