Pianie kogutów, płacz psów - Wojciech Tochman - ebook + audiobook
Opis

Wojciech Tochman POWRACA Z NOWĄ REPORTERSKĄ OPOWIEŚCIĄ

Świat po ludobójstwie. Kambodża po Pol Pocie. Przez lata dręczyli i mordowali, swoi swoich, Khmerzy Khmerów. Ci, którym udało się przeżyć, zostali bez domów, bez bliskich, z traumą, chorobą, obłędem… Bywa, że ich niewola trwa od dziesięcioleci. Samotność, ciemność i pustka. Udaje się dotrzeć tylko do nielicznych i rozpocząć leczenie. Dokoła widać bogactwo, które karmi się biedą i strachem. Nieopodal stoją świątynie Angkoru, odwiedzane przez miliony turystów z całego świata…

Wojciech Tochman, z chłodną precyzją i ujmującą wrażliwością, opowiada o ludziach, których odwaga została na zawsze złamana. O bólu, którego nie dało się ukoić. O lęku, który nie odszedł i wciąż sprzyja przemocy. O nieufności, która zabija wspólnotę. Także o bezradności wobec uczuć i wobec choroby.

W książce Tochmana dzisiejsza Kambodża to lustro, w którym odbija się cały świat.

Na domowe więzienie skazani przez własne rodziny są ci chorzy, którzy kogoś zaatakowali, stale coś niszczyli, kradli sąsiadom. Strach przed agresją to powód uwięzienia. Niejedyny. Bo jest i drugi. Chodzi o kobiety. Niekoniecznie te groźne. Rodziny boją się, że chorej nie upilnują: odejdzie zbyt daleko od domu, zostanie zgwałcona. To raczej pewne – tak twierdzą i lekarka, i psycholog, i bliscy chorych. Bywa, że gwałt nie wydaje się rodzinom tak straszny, jak to, co z gwałtu może wynikać. Dziecko, mówią, wydane na świat przez zgwałconą obłąkaną, będzie rosło z piętnem. Więc, by naznaczonego dziecka uniknąć, lepiej chorą zatrzasnąć w klatce, skuć łańcuchem, zamknąć w chlewie.

(fragment książki)

Wojciech Tochman (ur. 1969) – jeden z najważniejszych polskich reporterów i autorów literatury faktu. Jego książki, wśród nich m.in. Jakbyś kamień jadła, Dzisiaj narysujemy śmierć i Wściekły pies, wywołują ożywione dyskusje i niemal natychmiast wchodzą do kanonu reportażu. Dwukrotny finalista Nagrody Nike oraz Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Laureat Premio Kapuściński przyznawanej w Rzymie oraz Pióra Nadziei – wyróżnienia Amnesty International. Pianie kogutów, płacz psów to kontynuacja głośnych książek Jakbyś kamień jadła i Dzisiaj narysujemy śmierć – o codziennym życiu po ludobójstwach w Bośni i Rwandzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 216

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 37 min

Lektor: Marcin Dorociński

Popularność


Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Redakcja: MAGDALENA PETRYŃSKA
Korekta: HENRYKA SALAWA, JACEK BŁACH
Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Zdjęcia w książce i na okładce: MICHAŁ FIAŁKOWSKI
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Nordic Style
© Copyright by Wojciech Tochman © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-06744-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

SYNDROM ZŁAMANEJ ODWAGI

Stare kino

Stolica rozkłada się na mapie szeroko i nieprecyzyjnie. Jej granice są płynne, co należy rozumieć dosłownie, bo miasto leży poniżej niebieskiej plamy o nazwie Tonle Sap. To jezioro, z którego woda gna z północy w kierunku metropolii rzeką o tym samym imieniu. I przed pałacem króla wbija się w nurt rzeki jeszcze szerszej, jeszcze potężniejszej, największej. Do aorty Indochin – tak ją określają w książkach. Do Matki Wody – tak ją nazywają tutaj. To Mekong, który jak każda rzeka otwiera swoim dopływom nieskrępowane wejście. Kiedy jego wody są niskie. Bo kiedy pora sucha przechodzi w ulewy, jakich świat gdzie indziej nie widział, kiedy upalny maj przechodzi w jeszcze gorętszy czerwiec, wielka rzeka na moment, na kilka dni, staje bez ruchu, milknie, rośnie, podnosi się nawet o dziesięć metrów, by w końcu z hukiem zawrócić. Mekong wpycha z powrotem wodę do swoich dopływów, głównie do rzeki Tonle Sap, która znowu rozlewa się w jezioro, jego powierzchnia rośnie wtedy z pięć razy, sięga stołecznych przedmieść, metrowa płycizna staje się głębią. Rdzawy, krwisty, żyzny bełt zalewa kawał kraju. Tak co roku.

Nad Mekongiem i nad Tonle Sap żyje większość z szesnastu milionów Kambodżan. Wszyscy, poza milionem, są Khmerami.

Co trzeci ma mniej niż piętnaście lat.

Średnia wieku – dwadzieścia pięć.

Ludzie powyżej sześćdziesięciu pięciu to niewiele ponad cztery procent wszystkich.

Blisko połowa kobiet w ciąży ma anemię, bo jedzą zwykle mniej niż przed ciążą. Będzie duże dziecko, myślą, będzie trudny poród. Wiele kobiet rodzi nie w szpitalach, tylko w wiejskich ośrodkach zdrowia. Albo w domach.

Na sto tysięcy rodzących umiera sto sześćdziesiąt.

Spośród dzieci młodszych niż pięcioletnie co piąte cierpi na niedożywienie. Co trzecie jest za małe.

Ponad dziewięćdziesiąt procent dzieci otrzymuje konieczne szczepienia.

Przed piątymi urodzinami umiera trzydzieścioro dzieci na tysiąc urodzonych.

Co czwartemu człowiekowi grozi bieda, ale według światowych norm biedny nie jest.

Biedny jest co siódmy: jego dzienny budżet to mniej niż dwa dolary.

Blisko połowa biednych nie rejestruje narodzin dzieci.

Bogaci to margines. Na wydanie dwudziestu pięciu dolarów każdego dnia pozwolić sobie może półtora procent populacji.

Średnia płaca – sto dwadzieścia dolarów. W Phnom Penh dwa razy więcej. Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni.

Pracuje dwie trzecie obywateli powyżej piętnastego roku życia.

Większość bez umowy.

Co drugi w rolnictwie. Co trzeci w handlu i usługach. Co piąty w przemyśle, najczęściej odzieżowym albo obuwniczym.

Połowa dorosłych ma wykształcenie podstawowe lub nie ma żadnego.

Wykształcenie wyższe – cztery procent. Dlatego kadra kierownicza to często cudzoziemcy.

Co piąty Kambodżanin nie umie pisać ani czytać.

Co dziesiąty jest ubezpieczony.

Co trzeci ma dostęp do kranu z wodą.

Co drugi wypróżnia się poza mieszkaniem.

Co piąty mieszka w mieście.

W stolicy ponad dwa miliony. Może nawet trzy.

Wszyscy produkują śmieci. Ich stosy w Phnom Penh rosną od upalnego rana do upalnego wieczora. Warzywa, owoce, ryż, kluski, zepsute mięso, wszystko gnije. Pierwszy stos, piąty, dziesiąty. Wysoki na metr lub więcej. Każdy gotuje się powoli, niczym gulasz. Doprawiany w ciągu dnia uryną kierowców tuk-tuków, wrzeć zaczyna po zmroku. Rusza się jak wielkie mrowisko. A wiatru nie ma. Ani latarni w pobliżu. Opakowania po żarciu, butelki, papier, styropian, wszystko żywe, wszystko chodzi w ciszy, mieni się w mroku. Głodne psy? Szczury? Karaluchy? Pewnie! Gdzie ich tutaj nie ma.

W świetle dnia pałac króla patrzy na ujście Tonle Sap do Mekongu. Między pałacem a rzeką – pusty wielki plac, rozgrzana patelnia. Miejscowi kupują od handlarzy ziarno w plastikowych kubeczkach, karmią z dziećmi gołębie. Poza rzeką to jedyna tutaj szeroka, otwarta przestrzeń. Cieszy oczy. Bo cała dzielnica jest zwarta, ciasna, wysoka najwyżej na cztery, pięć pięter. Dom stoi przy domu, kamienice zbudowane jeszcze przez Francuzów, kiedyś piękne, teraz najczęściej zaniedbane, niepodobne do niczego. Tanie i drogie hotele, restauracje, puby, kawiarnie, winiarnie, kluby, bazar dzienny, targ nocny. Burdele. Inne dzielnice turysty zwykle nie ciekawią. Poza Riverside niczego więcej w stolicy się nie spodziewa. Muzeum Ludobójstwa? To więzienie S-21 w dawnej szkole Tuol Sleng. Turystyczna atrakcja Phnom Penh, kawałek od nadrzecznej dzielnicy. Jedzie się tam tuk-tukiem kwadrans, za trzy dolary, trzy godziny patrzenia w setki oczu sfotografowanych chwilę przed końcem i trzy dolary za powrót. Jeszcze dalej są pola śmierci. Tam kurs wychodzi drożej, bo Pol Pot zabijał hurtowo na przedmieściach. Kto wyruszył znad rzeki popatrzeć na czaszki, wraca po południu. Turyści kręcą się tam i z powrotem, fotografują mnichów (co jest wbrew dobrym obyczajom), zachód słońca nad rzeką, jedzą, piją, jeszcze trzeźwi, już pijani, jest zioło do palenia albo chemia, co kto chce, co kto lubi, są dziewczyny, są chłopcy, są dzieci. Mister, mister, do you want a kiss?

W Phnom Penh można kupić wszystko: każde życie, każdą śmierć.

Pełzanie ciepłych śmietnisk. Dzieci odpadożercy. Szare, bure, w ciemnościach niewidoczne. Skoncentrowane na pracy, na segregacji. Co, zanim przyjedzie poranna śmieciarka, można jeszcze ze stosu odzyskać? Co sprzedać, co zjeść? Gdzie one wszystkie mieszkają? Wszystkie? Nie wiemy. Niektóre na pewno mają dom w kinie. Tak jak ci, co przed pałacem sprzedają ziarno dla gołębi. I ci, co zamiatają ulice, konstruktorzy pulsujących stosów.

Kino stoi przy Sto Trzydziestej Ulicy, pnie się wysoko na pięć pięter i od lat nie jest już kinem. To tykająca bomba, przekonują eksperci, a ci, których sprawa dotyczy, udają, że nic ich nie obchodzi. O zagrożeniu nie wiedzą, o niczym nie słyszeli, niczego nie widzą. Jak matka tego, co utonął w rzece nieopodal, w miejscu, gdzie Sto Trzydziesta wpada prostopadle do Pierwszej.

Syn miał osiemnaście lat, pracował dla firmy sprzątającej miasto, w drużynie razem z matką i innymi kobietami. One zamiatały ulice, zbierały śmieci do wózka, on go prowadził i opróżniał tam, gdzie przyjeżdżają śmieciarki. Codziennie od czwartej nad ranem do dziewiątej i od południa do trzeciej. Codziennie te same pięć przecznic, te same skrzyżowania, te same dzieci. Tamtego dnia po robocie syn poszedł się wykąpać do rzeki – opowiada matka. – Ludzie patrzyli, śmiali się, myśleli, że żartuje, a on krzyczał, bo się topił.

Woda porwała syna. Nigdy nie oddała. Choć matka do poszukiwań zatrudniła najlepszych, czyli Wietnamczyków. Żyją nad rzeką, znają jej wiry jak nikt inny. Brali po pięćset dolarów za dzień poszukiwań. Gdy wydała pożyczone trzy i pół tysiąca, powiedziała: stop! Dalej syna szukać nie mogę.

Choć nie znalazła ciała, musiała urządzić pogrzeb: tysiąc dolarów dla pagody za wszystkie żałobne rekwizyty, dymy, zapachy, święte mnisie obrzędy. I prawie drugie tyle na przyjęcie dla sąsiadów. Widać w pagodzie zostawiła za mało, syn do niej wraca co noc, mamo, woła, mamo, najwyraźniej nie odszedł daleko, włóczy się mokry po tych ulicach, które zamiatał, także za dnia, zmarznięty, bo go mrozi słońce, zagląda do kina, ciągle ma tutaj jakieś sprawy, wspina się do matki aż na sam dach, ale nigdzie się nie zatrzymuje, nie odpoczywa. W rocznicę śmierci trzeba będzie znowu prosić mnichów, może tym razem synowi dalszą drogę ułatwią. Może odejdzie, by w lepszym życiu powrócić.

Jak każda matka na świecie, która straciła syna, również lokatorka dachu mówi dziś, że był dobrym dzieckiem, wiadomo, pracowitym, nie pił, nie palił, nawet pisać umiał, bo skończył podstawówkę. Siedem lat mija, jak poszedł w odmęty. Bieda. Matka już nie zamiata ulic. Handluje jajkami na najbliższym rogu. Jej mąż, ojciec zaginionego w rzece, za dolara pożycza na siedem godzin rikszę. Wozi turystów, którzy się zawsze targują. Wszystko, co rodzice utopionego zarobią, idzie na spłatę długów. Ich blaszany domek na dachu kina to najbardziej luksusowe miejsce w budynku. Czasem wieje tu od rzeki. Jest i toaleta. Ścieki płyną gdzieś na dół, a gdzie mają płynąć?

Jaki to luksus?! Deszcz cieknie na głowę, nie ma za co załatać sufitu blaszanego domku. Bo jeszcze młodszą córkę trzeba leczyć. Na co? Kto by tu lekarzy tak odpytywał? Kto by śmiał? Lekarze niczego nie wyjaśnili, tylko kazali robić transfuzję co kilka dni. Dwieście dolarów za jedną. W kinie wszyscy są chorzy. Nikt nie ma na doktorów. W kinie wszystkim brakuje na wszystko. Kino, z ulicy widzimy tylko jego przednią elewację, wygląda, jakby było kinem. A to slums.

Budynek w stylu khmerskiego brutalizmu pochodzi z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Nazwa kina: Hemakcheat. Sala na pierwszym piętrze była ogromna, podobno mieściła tysiąc foteli. W latach sześćdziesiątych, zwanych często złotymi latami kultury khmerskiej, mieszkańcy Phnom Penh masowo chodzili do kin. Oglądali produkcje amerykańskie, francuskie, ale i kambodżańskie. Setki filmów tutaj wtedy kręcono. Kilka w reżyserii samego króla Sihanouka. Aż kino przy Sto Trzydziestej zamknięto, kiedy zamknięto stolicę: w kwietniu 1975 roku.

Po czterech latach Czerwoni Khmerzy odeszli, ludzie wrócili do miasta. Przyszli tu i wieśniacy, bo ich ziemię zryły bomby. W mieście szukali lepszego życia, znaleźli kino. Wynieśli z widowni fotele. Zamieszkali w głównej sali. Ci sprytniejsi wyżej, w pokojach biurowych. Każdy pokój miał wejście z zewnętrznej galerii.

Tak jest i dzisiaj. Na parterze, za dawnym wejściem wprost ze Sto Trzydziestej, kiedyś był hall główny, kasy. Dziś kas nie ma. I tamtych ludzi nie ma. Nikt na projekcję się nie spieszy. W miejscu hallu na swoich właścicieli czekają motocykle, w równych rzędach, ciasno, za każdy pięćset rieli dla parkingowego. I my zostawiamy tu skuter, kiedy idziemy do kina, które nie jest już kinem. Wychodzimy znowu na ulicę i ruszamy wzdłuż lewej strony budynku. Ostrożnie stawiamy kroki na wąskim, mokrym betonie, który prowadzi w coraz mroczniejszy korytarz na całej długości bocznej ściany. Mamy ją po prawej ręce. Po lewej – druga kamienica, jak to na Riverside, blisko, najwyżej trzy metry od kina. Bo ciągle jesteśmy na zewnątrz, między budynkami. W kinowej ścianie – wciąż jesteśmy na poziomie ulicy – kilkoro otwartych drzwi do warsztatów krawieckich. Tu, w tych ciemnych norach, przy słabych żarówkach pracują szwaczki. Idziemy prosto, aż do tylnej ściany. Tam korytarz kończy się klatką schodową. Z oknem, więc robi się jaśniej. Wszystko brudne, tłuste, każdy stopień się lepi. Wchodzimy do środka.

Na półpiętrze: pierwsze drzwi, pierwsze mieszkanie wysokie na półtora metra. Tu żyje młoda kobieta z dzieckiem. Wyżej zbiorowa toaleta i koniec klatki schodowej. Teraz musimy wyjść na wąską zewnętrzną galerię, balkon rozpięty wzdłuż całej bocznej ściany budynku. Na galerii plątanina niebieskich plastikowych rurek, kilka niebieskich plastikowych hydrantów, ludzie się tutaj kąpią, więc ciągle jest głośno, mokro, ślisko. Woda kapie na głowy tych, którzy wchodzą z ulicy. Na lewo od hydrantów wąskie drzwi do sali głównej, ciemnej jak jaskinia bez dna. W dzień pojedyncze promienie wpadają tu przez niewielkie dziury w murze. To także wentylacja. Niewystarczająca. Cuchnie w tym kinie jak w świeżym masowym grobie. Tutaj żyją najbiedniejsi. Gorzej już mieszkać się nie da. Małe chatki, szałasy. W każdym jedna rodzina. Dwa pokolenia, trzy. Choć trzy to rzadko, bo w kinie nie żyje się długo. Coś ludzie gotują, coś jedzą, udają, że góry nie widzą.

A czarna góra stoi obok.

Rośnie każdego dnia od czterdziestu lat, żyje, tętni. Budują ją lokatorzy, odkąd tutaj mieszkają: śmieci, kości, a jakby dobrze pogrzebać, to i płody ludzkie, szczątki dzieci, szczątki dorosłych. Góra rośnie w siłę, zabiera życie, narzuca reguły, skłania do zła. Schowa się w niej każdą rozpacz, każdy kryminał, obcy do tej groty nie wejdzie. Żaden prokurator, żaden policjant. Wszędzie ślisko, cała podłoga pulsuje, karaluchy, szczury biegają po nogach albo w porze deszczu między nogami pływają. I tu cieknie ludziom na głowy. A nad głowami nietoperze, latają zawsze tak samo, niezależnie od pory roku. Strop, który dźwiga żywą górę, może w każdej chwili runąć na kobietę, która z dzieckiem mieszka półpiętro niżej. I na parking motocykli.

Przed drzwiami do sali głównej znowu trochę powietrza, wracamy na galerię. Koło niebieskich plastikowych hydrantów zewnętrzne metalowe schody, wąskie na jednego człowieka, przerdzewiałe, dziurawe, niektóre stopnie trzeba przeskakiwać. Idziemy wyżej, na drugie piętro. I tam podłużny balkon, ale zamiast jednego wejścia do sali głównej rząd drzwi, pokój za pokojem. I znowu takie same pożarowe schody, takie samo piętro trzecie. I czwarte. Każdy pokój to mroczna jama, światło wpada do niej jedynie przez drzwi i okno tuż obok. Jeśli w oknie jest szyba, bo zwykle są deski. Tutaj żyje się łatwiej niż w sali głównej. Przed drzwiami świeci słońce, leży się na kre, oddycha w cieniu, przechodzą sąsiedzi, coś dadzą zapalić, przyniosą jakąś plotkę z ulicy. A i do kibla po schodach zbiegać nie trzeba. Niemal w każdym pokoju mieszkańcy zbudowali toaletę. Rurę wbili w strop. Ścieki? Lecą do sali głównej, na górę śmieci, na głowy sąsiadów.

Ostatnio władze miasta poprosiły czeską organizację pozarządową o sprawdzenie, czy góra stworzona z wszystkiego, co po ludziach zostaje, jest dla ludzi bezpieczna.

Kino, jak każda wieś w Kambodży, każde ludzkie osiedle, ma swojego szefa. Szef kina nazywa się Srey Chhan, skończył siedemdziesiątkę, połowę życia mieszka tutaj. Był o połowę młodszy, kiedy Pol Pot uciekł z Phnom Penh do dżungli. Wtedy Srey Chhan zajął kawałek głównej sali przy murze, wybił w nim spory otwór, oddzielił się od sąsiadów dyktą, dziś już całkiem spleśniałą. Cieszy się powietrzem. Ma czworo dorosłych dzieci, córki wydane, synowie śpią tutaj, cała czwórka pracuje na budowach. Żona? Umarła dwa lata temu, ciśnienie miała za duże. Najpierw leżała przez chwilę w szpitalu, ale musiała tu wrócić, bo doktorzy byli za drodzy. I tutaj umarła – opowiada wdowiec – wszyscy tutaj umieramy, starzy i młodzi, i całkiem maleńcy. Czasem w budynku słychać zawodzenie matek, bo dziecko im przy piersi zrobiło się zimne, sztywne. Reszta? Zwykle ludzi męczą biegunki, kaszel, duszą się krwią, puchną jak świeże trupy. Jedni szybciej, drudzy wolniej, jasne, że przez górę, a przez co – szef wspólnoty nie ma w tej sprawie wątpliwości. – Góra razi nas śmiercią, promieniuje, wszyscy przez górę tu powymieramy.

Eksperci? Weszli do kina jakiś czas temu, w maskach, rozmawiali z ludźmi, robili zdjęcia, poszli i tyle ich tu widzieli. Wiadomo, górę trzeba usunąć, tylko jak to zrobić? Blisko sto rodzin tu żyje, ponad trzysta osób. Kino należy do nich. Są dokumenty, jest urzędowa własność.

Dlaczego władze miasta interesują się kinem? Chcą ludzi ustrzec przed katastrofą? W dobre intencje władzy nikt w Kambodży nie wierzy. Każda władza jest przeciwko człowiekowi. Władza wyciągnie od człowieka ostatniego centa. Człowiek ma siedzieć cicho. Bo jak się postawi, władza zrobi z nim porządek. Władzy chodzi o ziemię, która w tym miejscu jest najdroższa w mieście. A pewnie i w całym państwie. Ktoś ważny już sobie to miejsce upatrzył, już chce na krzywdzie biedaków zarobić. Da im pewnie po kilka tysięcy dolarów, pozory dbałości o ludzi są w Kambodży ważne, podpiszcie papiery i idźcie stąd, byle prędzej. To znaczy: spierdalajcie. Kilku tysięcy dolarów naraz ludzie w życiu tu nie widzieli, więc je wezmą chętnie, podpiszą, co trzeba, a potem będą myśleć, gdzie w mieście za takie pieniądze znaleźć kawałek podłogi, ściany albo przynajmniej słupa pod dachem, żeby hamak powiesić.

Czeska organizacja poprosiła trzy firmy budowlane o sporządzenie ekspertyz. Eksperci napisali, że góra w sali kina jest ciężka, toksyczna, stale emituje metan. Katastrofa może nastąpić za chwilę. Jedni radzili górę usunąć, inni, by jej nie ruszać, tylko budynek razem z górą zburzyć. Tak czy inaczej ludzi stąd trzeba pilnie wyprowadzić.

Na razie ludzie o tym nie wiedzą. Albo tylko tak mówią. Jak ta bezdzietna starsza para z czwartego piętra. Przybłąkali się tutaj, kiedy Pol Pot upadł. Zajęli pokój z drzwiami na galerię. On skombinował rower i podwoził ludzi. Ona miała kram z cudzymi limonkami. Tak zarabiali na ryż. Teraz? Zbierają plastikowe butelki. Chodzą po całej dzielnicy we dwoje, przez cały wieczór uzbierają piętnaście kilo butelek wypełnionych powietrzem. Wór wyższy od człowieka przywiązują do liny i wciągają na czwarte piętro. Rano go spuszczają na parter, zanoszą do skupu, dostają niecałe dwa dolary. Mają za co zjeść.

Ze zdrowiem u nich różnie. Dwa lata temu on spał i spał, już się żegnał z życiem, ona poprosiła sąsiadów o pomoc. Zawieźli go do tradycyjnego doktora. Po co mi tu martwe ciało przynosicie – krzywił się znachor, nie wiedział, jak pomóc. Co było robić, pojechali do wietnamskiego szpitala. Doktorzy zabrali chorego do emergency room (w Kambodży często używa się także angielskich nazw), zrobili punkcję kręgosłupa, stwierdzili zapalenie opon mózgowych. Za pierwszy dzień wzięli pięćset dolarów, za drugi czterysta, za trzeci trzysta sześćdziesiąt. Pacjent się obudził, więc warto było zostać i na czwarty dzień – dwieście dwadzieścia dolarów. Potem piąty i każdy następny – po sto dziewięćdziesiąt. Leżał tam aż dwa tygodnie i w końcu wstał. Lekarz ostrzegł żonę, że mogą się z mężem dziać dziwne rzeczy, żona musi się przyzwyczaić, że będzie robił coś nienormalnego albo mówił od rzeczy. I tak jest: czasem bredzi. Głośno, bo głuchy jest. Ale jeszcze ma siłę zbierać co wieczór butelki. Jak długo tak będzie? Aż zabraknie oddechu, by wejść na czwarte piętro. Pójdą wtedy do pagody, jak wszyscy starzy ludzie, którzy nie mają dzieci albo dzieci ich opuściły. W świątyni im mnisi pomogą, za umycie podłóg dadzą po misce ryżu, może choć tam na chwilę przed śmiercią opuści ich strach.

Strach, który nie znika nigdy: jutro ktoś zabroni zbierania butelek, jakaś władza przyjdzie i powie, że nie wolno. To obawa przed innymi ludźmi. Przyjdą i będą krzyczeć: zamknij mordę! Nie mów, jak cię nikt nie pyta! I wynoś się stąd, won!

Boją się góry, która rośnie trzy piętra niżej? Nie – mówią starsi państwo – góra to nie człowiek. Boimy się powtórki.

Żona liczy najbliższych zabitych przez Amerykanów, przez Pol Pota, trwa to kilka minut, wymienia imię po imieniu. To strach przed skrępowanymi z tyłu rękami, zawiązanymi oczami, przed nagłym wybuchem. Wzmaga się, kiedy nad miastem leci helikopter. Albo kiedy w telewizji pokazują bombardowania. W kinie ludzie mają kilka telewizorów. Wtedy ci starsi odwracają wzrok od ekranów, podnoszą się, wychodzą na powietrze, patrzą w niebo, sprawdzają, czy nie lecą samoloty. Bo pamiętają, że bomby spadają cicho. Tak cicho, jak czarna góra w starym kinie rośnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki