10 osób interesuje się tą książką

Opis

Istnieją pragnienia, ale istnieje też przeznaczenie…
Przepowiednia mówi, że Alex stworzona jest do wielkich rzeczy, co wcale nie jest fajne, zwłaszcza, że Seth, z którym jest w dziwny sposób połączona, pojawia się wszędzie tam, gdzie ona. Na sali treningowej, przed klasą, a także notorycznie w jej pokoju – co zupełnie jej się nie podoba.
Istnieją również dobre strony ich więzi, która na przykład blokuje jej koszmary, gdy ponownie przeżywa straszne wydarzenia z udziałem matki. Nie ma jednak wpływu na zakazane uczucie, jakim Alex darzy czystokrwistego Aidena.
Kiedy daimony infiltrują Przymierze i atakują uczniów, bogowie wysyłają zabójcze furie, wyznaczając im zadanie, aby pozbyć się wszelkiego zagrożenia dla samych siebie, szkoły  i… Alex. Wszędzie panoszą się hordy mrocznych stworzeń, w dodatku Sethowi zagraża tajemnicza, śmiercionośna siła.
Jeśli w sprawy mieszają się bogowie, niektórych decyzji nie uda się cofnąć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 473

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla rodziny i Loki

(tak, dedykuję tę książkę mojej suczce)

Rozdział 1

Wpatrywałam się w sufit sali gimnastycznej, a przed oczami tańczyły mi małe czarne plamki. Rety, ale bolał mnie tyłek. Nic dziwnego, skoro wylądowałam na nim już chyba z pięćdziesiąt razy. Jedyne, co nie pulsowało bólem, to moja twarz, choć ta płonęła z całkiem innego powodu.

Zajęcia walki wręcz nie szły mi za dobrze.

Taki styl nie leżał w mojej naturze. Gdy podniosłam się z maty, mięśnie mnie zapiekły. Stanęłam twarzą do instruktora Romviego, który patrząc z niesmakiem na całą klasę, przeczesywał palcami przerzedzone włosy.

– Gdybym był daimonem, bylibyście martwi. Rozumiecie? Martwi, nieżywi, panno Andros.

Jakby istniała jakaś inna definicja śmierci. Zacisnęłam zęby i pokiwałam głową.

Romvi posłał mi kolejne groźne spojrzenie.

– Trudno uwierzyć, że jest w tobie choćby odrobina eteru, panno Andros. Esencja bogów w twoim przypadku została zmarnowana. Walczysz jak śmiertelnik.

A czy nie zabiłam trzech łaknących eteru daimonów? To też nic nie znaczy?

– Przygotować się do walki. Skupić się na ruchach mięśni. Znacie schemat – polecił.

Obróciłam się do Jacksona Manosa, obiektu westchnień wielu dziewcząt w Przymierzu i mojego obecnego przeciwnika. Jego śniada cera i ciemne, seksowne oczy mogły naprawdę skutecznie rozproszyć.

Jackson mrugnął do mnie.

Zmrużyłam oczy. Nie wolno nam było rozmawiać podczas sparingu. Instruktor Romvi dbał o autentyczność walki. Ale nawet Jackson w całej swojej chwale,nie był powodem, przez który przepuszczałam jego kopniaki z pięty i obrotu.

Źródło moich porażek opierało się o ścianę sali treningowej. Ciemne falowane włosy opadały mu na czoło i przysłaniały stalowoszare oczy. Ktoś mógłby stwierdzić, że AidenSt. Delphi potrzebował fryzjera, ale ja uwielbiałam ten jego dziki wygląd.

Chwilę później nasze spojrzenia się spotkały. Aiden wrócił do postawy, którą tak dobrze znałam – stanął na szeroko rozstawionych nogach i skrzyżował umięśnione ręce na piersi. Obserwował, zawsze bacznie się przyglądał. W tej chwili przekazywał mi spojrzeniem, że powinnam zwracać uwagę na przeciwnika, a nie na niego.

Poczułam ucisk w brzuchu – kolejna rzecz, do której przywykłam. Działo się tak, ilekroć na niego patrzyłam. I nie chodziło o idealny kształt jego policzków czy sposób, w jaki jego uśmiech doprowadzał do pojawienia się dołeczków. Ani nie o to niesamowicie wytrenowane ciało…

Z zamyślenia wyrwał mnie początek sparingu. Mocnym ruchem ręki zablokowałam kolano Jacksona, po czym postawiłam na uderzenie w szyję. Przeciwnik z łatwością to skontrował. Krążyliśmy wokół siebie, wymieniając ciosy, robiąc uniki. Wreszcie nadarzyła się okazja. Obróciłam się i uniosłam kolano, celując w jego brzuch. Jackson uskoczył, ale nie był wystarczająco szybki. Trafiłam go mocno.

Co zadziwiające, instruktor Romvi zaczął klaskać.

– Dobrze…

– O kurde – jęknął Caleb Nicolo, mój przyjaciel, który stał w grupie innych uczniów pod ścianą.

W wyprowadzaniu ciosów obronnych, gdy nawiązało się już kontakt z przeciwnikiem, chodziło o to, by ruszyć po nich do ataku albo się wycofać. Ale ja nie zrobiłam niczego takiego. Jackson zgiął się wpół przy moim kolanie. Kiedy upadał, zabrał mnie ze sobą. Wylądowaliśmy na macie i w jakiś sposób –a wątpiłam, by było to przypadkowe – chłopak wylądował rozłożony na mnie. Jego masa sprawiła, że odchyliłam głowę do tyłu i z trudem łapałam powietrze.

Instruktor krzyknął w jakimś innym języku, może rumuńskim lub podobnym. Tak czy inaczej, cokolwiek powiedział, brzmiało jak przekleństwo.

Jackson uniósł głowę, a długie do ramion włosy zasłoniły jego uśmiech przed klasą.

– Zawsze na plecach, co?

– Tak, podobnie jak twoja dziewczyna. Złaź. – Popchnęłam go. Zaśmiał się, odsunął ode mnie i wstał. Nie dogadywałam się z nim, odkąd moja matka zabiła rodziców jego dziewczyny. Właściwie przez mamę, która teraz nie żyje, ale wcześniej była daimonem, nie dogadywałam się z większością uczniów Przymierza. I bądź tu mądry.

Zaczerwieniona ze wstydu, pozbierałam się na nogi i zerknęłam przelotnie na Aidena. Wyraz jego twarzy mógł być pusty, ale wiedziałam, że kompletował listę moich przewinień. Jednak to nie on stanowił mój bezpośredni problem.

Instruktor Romvi przeszedł po matach i zatrzymał się wprost przede mną i Jacksonem.

– To całkowicie nie do przyjęcia! Masz się odsunąć lub atakować przeciwnika.

Aby podkreślić swoje słowa, uderzył mnie prosto w klatkę piersiową. Cofnęłam się odrobinę i zacisnęłam zęby. Każda komórka mojego ciała domagała się, abym odpowiedziała tym samym.

– I nie czekać! A ty? – Obrócił się do Jacksona. – Zamierzasz dla zabawy wylegiwać się na daimonach? Daj znać, kiedy to zadziała.

Jackson zaczerwienił się, ale nie odpowiedział. Nie odzywaliśmy się na zajęciach instruktora Romviego.

– Zejść z mat, z wyjątkiem panny Andros!

Zatrzymałam się, patrząc błagalnie na Caleba i Olivię. Odpowiedzieli takimi samymi minami. Zrezygnowana odwróciłam się do instruktora i czekałam na legendarne skopanie tyłka. Wiedziałam, co zaraz się wydarzy, gdyż było tak na każdych lekcjach Romviego.

– Wielu z was nie jest gotowych na ukończenie zajęć. – Romvi przeszedł na skraj maty. – Wielu z was zginie w pierwszym tygodniu pracy, ale ty, panno Andros? Ty przynosisz wstyd całemu Przymierzu.

Facet był wstydem dla całego męskiego gatunku, ale nie narzekałam głośno.

Okrążał mnie powoli.

– Dziwię się, że stawiłaś czoła daimonom i wciąż tu jesteś. Niektórym może się wydawać, że masz potencjał, ale ja go do tej pory nie widziałem.

Kątem oka zauważyłam Aidena. Zesztywniał i zmrużył oczy. Również wiedział, co się stanie, ale nie mógł nic zrobić, nawet gdyby chciał.

– Udowodnij mi, że tutaj jest twoje miejsce – oznajmił. – Udowodnij, że zasługujesz na powrót do Przymierza dzięki umiejętnościom, a nie rodzinnym koneksjom.

Romvi był nie tylko najpodlejszym ze wszystkich instruktorów, lecz także czystokrwistym. Wybrał karierę protektora, zamiast utrzymywać się z pieniędzy zgromadzonych przez przodków. Jak Aiden, Hematoi, którzy wybrali tę ścieżkę byli rzadkością, ale w tym miejscu podobieństwa między obydwoma mężczyznami się kończyły. Romvi nienawidził mnie od pierwszego dnia zajęć, a lubiłam wierzyć, że Aiden wręcz przeciwnie.

Romvi zaatakował.

Jak na kogoś w tym wieku z pewnością był szybki. Cofnęłam się, próbując przypomnieć sobie wszystko, czego przez lato nauczył mnie Aiden. Instruktor obrócił się i wycelował piętą w mój brzuch. Wzięłam zamach nogą i wyprowadziłam cios, jakbym zamierzała naprawdę mocno kopnąć. Zablokował mnie. Wymieniliśmy kilka kolejnych ciosów. Napierał na mnie coraz bardziej, spychając w stronę krawędzi maty.

Z każdym zamachem i kopnięciem stawał się brutalniejszy. Było to niczym walka z daimonem, ponieważ wierzyłam, że instruktor naprawdę chciał zrobić mi krzywdę. Dawałam radę, póki trampek nie ześlizgnął mi się z maty. Popełniłam błąd taktyczny.

Pozwoliłam sobie na rozproszenie.

Romvi to wykorzystał. Złapał mnie za kucyk i pociągnął.

– Nie powinnaś tak pielęgnować swojej próżności – skarcił mnie, obracając tyłem do drzwi. – Zetnij włosy.

Uderzyłam go w brzuch, jednak nic to nie dało. Wykorzystał mój rozpęd – i moją fryzurę – aby popchnąć mnie na matę. Obróciłam się, padając, odrobinę wdzięczna, że to już koniec. Nie przejmowałam się nawet tym, że skopał mi tyłek przed całą klasą. Przynajmniej póki…

Złapał mnie za rękę i podciągnął na kolana.

– Słuchaj, półkrwista. Śmierć w walce nie jest już twoim największym koszmarem…

Wytrzeszczyłam oczy. O nie. Nie, nie, nie. Nie ośmieliłby się…

Odsunął mi rękaw koszulki, odsłaniając rękę do łokcia.

– To nim jest. Przyjrzyj się, co się dzieje, jeśli zawiedziesz. Zmienią cię w potwora.

Zaczerwieniłam się mocno, a mój umysł opustoszał. Próbowałam, naprawdę się starałam nie pokazywać blizn innym uczniom. Skupiłam się na wszystkim innym, tylko nie na ich twarzach, gdy Romvi pokazywał moje znaki. Spojrzałam na jego szorstką, starą dłoń i na jego naznaczoną śladami walk rękę. Podwinął mu się rękaw, odsłaniając tatuaż zwróconej w dół pochodni.

Instruktor Romvi nie wydawał mi się gościem, który lubiłby tatuaże.

Puścił mój nadgarstek i mogłam obciągnąć rękaw. Miałam nadzieję, że tego gościa pożrą wygłodniałe daimony. Być może wyglądałam jak pokryte bliznami dziwadło, ale nie zawiodłam. Zabiłam odpowiedzialnego bezpośrednio za mój stan daimona – moją matkę.

– Żadne z was nie jest gotowe, by zostać protektorem i stawić czoła półkrwistemu daimonowi, który przeszedł wcześniej taki sam trening. – Głos instruktora poniósł się po sali. – Nie oczekuję, by któreś z was pokazało jutro jakąkolwiek poprawę. Koniec lekcji.

Walczyłam z pokusą, aby wskoczyć mu na plecy i skręcić kark. Nie przysporzyłoby mi to fanów, ale chore poczucie satysfakcji byłoby niemal tego warte.

Jackson wpadł na mnie, kiedy wychodziłam.

– Twoja ręka wygląda jak szachownica. Jest naprawdę seksowna.

– Tak, to samo musi mówić twoja dziewczyna o twoim fiu…

Instruktor wyciągnął rękę i złapał mnie za podbródek.

– Twój język, panno Andros, z pewnością mógłby się poprawić.

– Ale Jackson…

– Nie interesuje mnie to. – Opuścił rękę, piorunując mnie wzrokiem. – Nie będę tolerował takiego słownictwa na moich zajęciach. To ostatnie ostrzeżenie. Następnym razem pomaszerujesz do gabinetu dziekana.

Niewiarygodne. Obserwowałam go, dopóki nie wyszedł z sali.

Podszedł do mnie Caleb, trzymając torbę Olivii. W oczach o barwie jasnego nieba widać było współczucie.

– To kutas, Alex.

Machnęłam lekceważąco ręką niepewna, czy mówił o Romvim, czy Jacksonie. Traktowałam ich jednakowo.

– Pewnego dnia coś w tobie pęknie i zabijesz. – Luke przeczesał palcami brązowe loki.

– Którego? – zapytałam.

– Obu. – Z uśmiechem postukał mnie w ramię. – Mam tylko nadzieję, że to zobaczę.

– Ja też chcę. – Olivia objęła Caleba. Udawali, że to, co między nimi było, to nic takiego, ale wiedziałam lepiej. Ilekroć on ją dotykał, a dość często miało to miejsce, całkowicie zapominał o wszystkim, co się wokół działo, a na jego twarzy pojawiał się głupkowaty uśmieszek.

Jednak wielu chłopaków półkrwi miało w jej obecności tak samo. Olivia była oszałamiająca. Miała karmelową skórę, której zazdrościła jej większość półkrwistych. Tak samo jak szafy. Zabiłabym za jej ciuchy.

Na naszą niewielką grupkę padł cień, który szybko nas rozproszył. Nie musiałam unosić głowy, żeby wiedzieć, że to Aiden. Tylko on potrafił sprawić, aby każdy zwiewał gdzie pieprz rośnie. Tak działał szacunek i strach.

– Na razie – zawołał Caleb.

Pokiwałam sztywno głową, patrząc na sportowe buty Aidena. Wstyd po nieudanej walce sprawiał, że trudno mi było spojrzeć mu w twarz. Ciężko pracowałam na jego szacunek. Chciałam udowodnić, że miałam potencjał, w który wierzył wraz z Leonem w dzień, kiedy Marcus próbował wyrzucić mnie z Przymierza.

Zabawne, że jedna osoba mogła to zniszczyć w zaledwie kilka sekund.

– Spójrz na mnie, Alex.

Wbrew sobie spełniłam polecenie. Kiedy mówił w ten sposób, nie mogłam nie słuchać. Stał przede mną, pochylając swoją wysoką, szczupłą sylwetkę. Obecnie udawaliśmy, że nie próbowałam oddać mu dziewictwa w noc, gdy dowiedziałam się, że będę drugim apolionem. Aiden zdawał się świetnie sobie z tym radzić. Ja jednak nie potrafiłam wyrzucić z głowy obsesyjnych myśli.

– Nie zawiodłaś.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie wygląda na to, co?

– Przez czas, który straciłaś i dlatego, że twój wuj jest dziekanem, instruktorzy mocniej na ciebie naciskają. Wszyscy patrzą ci na ręce, a także zwracają uwagę na twoje zachowanie.

– A mój ojczym jest prezydentem rady. Rozumiem, Aidenie. Słuchaj, miejmy to już z głowy. – Mój głos był nieco ostrzejszy, niż zamierzałam, ale mój towarzysz wiedział, jak upokarzające były te zajęcia. Nie musiałam z nim tego omawiać.

Złapał mnie za rękę i podwinął rękaw. Wywarło to na mnie zupełnie inne odczucie. Poczułam trzepotanie w piersi i po moim ciele rozeszło się ciepło. Czystokrwiści byli zakazani dla półkrwistych, co oznaczało, że było to niedopuszczalne jak miłość do papieża czy podanie Gandhiemu kanapki z wołowiną.

– Nigdy nie powinnaś wstydzić się tych blizn, Alex. Przenigdy. – Puścił moją rękę i wskazał na środek podłogi. – Chodźmy, żebyś mogła odpocząć.

Poszłam za nim.

– A co z twoim odpoczynkiem? Nie idziesz dziś na patrol? – Aiden miał podwójne obowiązki, ponieważ nie tylko mnie szkolił, lecz także wypełniał powinność protektora.

Był wyjątkowy. Wybrał sobie taki los, a teraz zdecydował się również na pracę ze mną, żebym nie pozostawała w tyle. Nie musiał tego robić, ale poczucie sprawiedliwości pchnęło go na drogę protektora. Dzieliliśmy to pragnienie. Co nim kierowało, dlaczego chciał mi pomóc? Lubiłam myśleć, że czuł do mnie niezaprzeczalny pociąg, który i ja do niego odczuwałam.

Okrążył mnie i zatrzymał się, by ustawić moje ręce.

– Trzymasz je źle, dlatego Jackson nieustannie cię trafiał.

– A co z twoim odpoczynkiem? – nalegałam.

– Mną się nie przejmuj. – Przygotował się do walki i jedną dłonią nakazał mi atak. – Bardziej martw się o siebie, Alex. To będzie dla ciebie trudny rok, a trenujesz już trzykrotnie ciężej.

– Miałabym więcej wolnego czasu, gdybym nie musiała ćwiczyć z Sethem.

Aiden zaatakował tak szybko, że ledwie zablokowałam jego cios.

– Rozmawialiśmy o tym.

– Wiem. – Powstrzymałam jego atak. Co drugi dzień ćwiczyłam z Aidenem, a co drugi z Sethem, podobnie było z weekendami. Czułam się, jakby dzielili się opieką nade mną, choć nie widziałam dziś jeszcze mojej drugiej połówki. Dziwne, bo zazwyczaj apolion kręcił się gdzieś w pobliżu.

– Alex. – Aiden przestał nacierać, tylko zaczął mi się uważnie przyglądać.

– Co? – Opuściłam ręce.

Otworzył usta, ale zdawało się, że rozważał słowa.

– Ostatnio wyglądasz na zmęczoną. Odpoczywasz należycie?

Poczułam, że się zarumieniłam.

– Na bogów, kiepsko wyglądam czy coś?

Nabrał powietrza i wypuścił je powoli. Wyraz jego twarzy złagodniał.

– Alex, wcale nie wyglądasz kiepsko. Chodzi tylko o to, że wiele przeszłaś… i wydajesz się zmęczona.

– Nic mi nie jest.

Położył rękę na moim ramieniu.

– Alex?

W odpowiedzi na jego dotyk serce zabiło mi mocniej.

– Wszystko dobrze.

– Ciągle to powtarzasz. – Omiótł wzrokiem moją twarz. – Zawsze tak mówisz.

– Ponieważ wszystko ze mną w porządku! – Chciałam strącić jego dłoń, ale złapał mnie za drugie ramię, skutecznie unieruchamiając. – Nic złego się ze mną nie dzieje – powtórzyłam, ale nieco ciszej. – Wszystko okej. Całkowicie, stuprocentowo dobrze.

Aiden otworzył usta, prawdopodobnie aby powiedzieć coś kojącego, ale milczał. Wpatrywał się we mnie, po czym zacisnął palce na moich ramionach. Wiedział, że kłamałam.

Nic nie było dobrze.

Koszmary, w których przeżywałam to, co wydarzyło się w Gatlinburgu, nie dawały mi nocami spać. Prawie wszyscy w tej szkole mnie nienawidzili, bo wierzyli, że to przeze mnie nastąpił w lecie atak daimonów w Lake Lure. Ciągłe nękanie przez Setha tylko podsycało ich podejrzenia. Spośród wszystkich półkrwistych tylko Caleb wiedział, że moim przeznaczeniem było stać się drugim apolionem, aby dopełnić Setha, jakbym była jego nadprzyrodzoną superładowarką czy czymś podobnym. Jego nieustanna uwaga nie zjednywała mi przyjaciół pośród półkrwistych dziewczyn. Wszystkie chciały go dla siebie, podczas gdy ja pragnęłam się go pozbyć.

Ale kiedy Aiden patrzył na mnie tak jak teraz, zapominałam o całym świecie. Nie potrafiłam zbyt wiele wyczytać z jego wyrazu twarzy, ale jego oczy… Cóż, jego oczy podpowiadały mi, że nie radził sobie za dobrze z tą grą w udawanie, że niemal nie doszło między nami do czegoś więcej. Wciąż o tym myślał. Do diabła, zapewne i teraz. Może wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby Leon nam nie przeszkodził – może zastanawiał się nad tym częściej niż ja. Może leżał w łóżku wieczorami, rozmyślając o tym, jak nasze ciała do siebie pasowały.

Ja z pewnością tak robiłam.

Napięcie wzrosło i poczułam cudowne ciepło. To chwile, dla których warto żyć. Zastanawiałam się, co by zrobił, gdybym się przysunęła. Nie potrzebowałabym do tego znacznego wysiłku. Czy pomyślałby, że potrzebowałam ukojenia? Taki właśnie był – pocieszyłby mnie. A później, gdybym odchyliła głowę, pocałowałby mnie? Wyglądał, jakby miał na to ochotę – tuliłby mnie, całował i robił inne cudowne, choć zakazane rzeczy.

Zbliżyłam się.

Poruszyły się jego dłonie na moich ramionach, a na twarzy odmalowało się wahanie. Przez chwilę – zaledwie przez sekundę – wydawało mi się, że naprawdę to rozważał. Ale zaraz napiął ręce, które stanowiły trzymającą mnie na dystans barierę.

Drzwi za nami otworzyły się i Aiden zabrał ręce. Obróciłam się, czekając, aby uderzyć nowo przybyłego w twarz. Byłam już tak blisko tego, czego pragnęłam…

W wejściu pojawił się Leon, ubrany w typowy dla protektorów czarny uniform.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale to nie może czekać.

Leon zawsze miał do powiedzenia Aidenowi coś ważnego. Ostatnim razem, gdy nam przeszkodził, byłam dwie sekundy przed pozwoleniem Aidenowi na wszystko. Protektor miał najgorsze na świecie wyczucie czasu.

Oczywiście ostatnim razem, gdy nam przeszkodził, sprawy miały się naprawdę kiepsko. Znaleziono żywego Kaina. Półkrwisty protektor pomagał Aidenowi w trenowaniu mnie. Weekendowa wycieczka do Lake Lure skończyła się fatalnie dla wszystkich uczestników. Chłopak przeżył atak daimonów, ale wrócił do Przymierza jako coś, co nie sądziliśmy, że byłoby możliwe – półkrwisty daimon.

Teraz nie żył, a ja widziałam, jak do tego doszło. Lubiłam go i tęskniłam za nim, mimo że zabił kilku czystokrwistych i rzucał mną po sali. Ale to nie był Kain, którego znałam. Jak mama zmienił się w potworną wersję tego, kim naprawdę był.

Leon się zbliżył. Był wielki, wyglądał jak napakowany od sterydów.

– Daimony zaatakowały.

Aiden się spiął.

– Gdzie?

– Tu, w Przymierzu.

Rozdział 2

Odwołano ćwiczenia.

– Idź prosto do internatu i tam zostań, Alex – polecił Aiden, nim opuścił matę.

Zamiast tego poszłam do stołówki.

Nie było mowy, żebym siedziała w pokoju, gdy daimony przypuszczały atak na szkołę. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie iść za dwójką protektorów, ale moje umiejętności ninja nie były na wysokim poziomie.

Kiedy przechodziłam przez dziedziniec, niebo było już ciemne i wyglądało złowieszczo. Przyspieszyłam, mając się na baczności. Wrzesień był w tej części kraju miesiącem huraganów. Mogło to też oznaczać, że Seth się wkurzył, bo jego nastroje miały zdumiewający wpływ na pogodę.

Na stołówce wszyscy trzymali się w małych grupach, a na ich twarzach malowało się ożywienie. Wzięłam jabłko i napój. Rozejrzałam się po sali, ale nie dostrzegłam nikogo czystej krwi. Usiadłam obok Caleba.

Uniósł głowę i spojrzał na mnie jasnymi oczami.

– Słyszałaś?

– Tak, ćwiczyłam z Aidenem, gdy przyszedł po niego Leon. – Spojrzałam na Olivię. – Znasz jakieś szczegóły?

– Słyszałam, że jedna z młodszych uczennic, Melissa Callao, nie pojawiła się dziś na lekcjach. Jej znajomi byli zaniepokojeni i sprawdzili jej pokój w internacie. Znaleźli ją w łóżku przy otwartym oknie.

Oparłam się, tłumiąc rodzący się we mnie niepokój.

– Żyje?

Olivia wbiła widelec w pizzę. Jej czystokrwista matka współpracowała z radą. Na szczęście o wszystkim opowiadała córce.

– Niemal osuszono ją z krwi, ale żyje. Nie wiem, jakim cudem jej współlokatorka się nie zorientowała, ani dlaczego jej też nie zaatakowano.

– Jak, na Hades, mógł dostać się tu daimon? – Luke uniósł rękę, a na jego twarzy widniało zdziwienie. – Jak którykolwiek mógłby się prześlizgnąć obok strażników?

– Musiał być to półkrwisty – dodała siedząca nieco dalej Elena. Wyglądała jak wyjątkowo wysoki Dzwoneczek, bo miała krótkie włosy i duże zielone oczy.

Do tego lata wierzyliśmy, że półkrwiści nie mogli zostać zmienieni w daimony. Czystokrwiści przepełnieni byli eterem, a daimon gryzł i zabijał, aby dostać tę esencję, niczym uzależniony narkoman. Kiedy wysuszył eter, mógł pozwolić Hematoi umrzeć lub go przemienić, powiększając tym samym hordę potworów. Nikt nie pomyślałby, że półkrwiści mieli w sobie wystarczającą ilość eteru, żeby można było przeciągnąć ich na ciemną stronę, ale dla cierpliwego daimona, którego bardziej interesowało stworzenie sobie armii niż posilenie się, byliśmy równie dobrzy jak czystokrwiści.

Do bani, że byliśmy z nimi równi tylko w jednej sytuacji, a mianowicie, gdy chodziło o los gorszy od śmierci.

– Półkrwiści nie przemieniają się tak, jak ci czystej krwi. – Olivia poruszyła widelcem w smukłych palcach. – Są odporni na tytan, prawda? – Spojrzała na mnie.

Pokiwałam głową.

– Tak, trzeba uciąć im głowę. Wiem, ohyda. – Albo Seth mógł wykorzystać moce apoliona. Rzucił w Kaina akaśą – piątym żywiołem – i to załatwiło sprawę.

Caleb potarł miejsce na ręce, gdzie został naznaczony przez daimona. Przestał dopiero, kiedy zobaczył, że na niego patrzyłam. Posłałam mu wymuszony uśmiech.

– Jeśli to półkrwisty, może to być każdy. – Luke rozsiadł się i skrzyżował ręce na piersi. – Pomyślcie tylko o tym. Nie potrzebują magii żywiołów, aby ukryć swój prawdziwy wygląd. To naprawdę może być każdy.

Kiedy Hematoi zmieniali się w potwory, półkrwiści zauważali ich prawdziwe oblicza – puste czarne oczodoły, bladą skórę i usta pełne ostrych jak brzytwa zębów. Z takim wyglądem nie mieli szans zniknąć w tłumie. Półkrwiści posiadali dziwną zdolność przejrzenia przez magię żywiołów używaną przez daimona, który niegdyś był czystej krwi, chociaż te półkrwi wyglądały po przemianie dokładnie tak samo. A przynajmniej było tak w przypadku Kaina.

– Cóż, musiałby być to półkrwisty zaatakowany przez daimona – wtrącił gardłowy, ochrypły głos. – Tylko kto? Przecież tacy nie rosną tu na drzewach.

Uniosłam głowę i zobaczyłam Leę Samos oraz Jacksona. Była połowa września, a ona wciąż miała obłędną opaleniznę – wyglądała z nią tak pięknie, że miałam ochotę dźgnąć ją w oko plastikowym widelcem.

– Tak, to logiczne – odparłam spokojnym głosem.

Spojrzała na mnie ametystowymi oczami.

– Ilu naszych półkrwistych znajomych zostało ostatnio zaatakowanych?

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem i jednocześnie walczyłam z pragnieniem, żeby czymś w nią nie rzucić.

– Daj spokój, Lea. Nie mam dziś ochoty słuchać twoich głupot.

Jej pełne usta rozciągnęły się w okrutnym uśmieszku.

– Znam takich dwoje.

Caleb poderwał się z miejsca, a jego krzesło uderzyło o podłogę.

– Co ty mówisz?

Strażnicy, którzy stali przy drzwiach, zbliżyli się i z zaciekawieniem zaczęli przyglądać się sytuacji. Olivia złapała Caleba za rękę, ale ten ją zignorował.

– No dalej, Lea. Powiedz to wprost.

Zarzuciła gęste miedziane włosy za ramię.

– Spokojnie, Calebie. Ile razy cię naznaczono? Dwa? Trzy? Potrzeba znacznie więcej, by zmienić półkrwistego. – Spojrzała na mnie znacząco. – Czyż nie? Przynajmniej tak słyszałam od strażników. Półkrwiści muszą być powoli osuszani, a potem daimon musi dać im pocałunek śmierci.

Odetchnęłam głęboko. Lea i ja byłyśmy wrogami. Po śmierci jej rodziców czułam wobec niej żal, ale wydawało się to być wieki temu.

– Nie jestem daimonem, ty gnido.

Lea przechyliła głowę na bok.

– Jeśli coś wygląda jak daimon…

– Lea, idź się opalać i wkurzać kogoś innego, w dowolnej kolejności. – Caleb ponownie zajął miejsce. – Nikt tu nie chce wysłuchiwać twoich głupot. I co zabawniejsze, Lea, sądzisz, że wszystkich obchodzi to, co masz do powiedzenia, ale tak naprawdę myślą tylko o tym, jak w łatwy sposób cię zaliczyć.

– Mówi się też o tym, że instruktorzy znaleźli w zeszłym tygodniu w twoim pokoju butelkę z afrodyzjakiem – dodała Olivia, uśmiechając się półgębkiem. – Nie wiedziałam, że kręcą cię takie porąbane rzeczy. A może to w taki sposób zwabiasz do siebie facetów?

Prychnęłam. Udałam, że tego nie słyszałam.

– Wow. Odurzasz chłopaków, żeby przespali się z tobą? Nieźle. To chyba dlatego na dzisiejszych zajęciach Jackson tak się o mnie ocierał.

Na policzkach dziewczyny wykwitł dziwny bordowy rumieniec.

– Ty głupia dziwko! To przez ciebie nie żyje mój ojciec, wielbicielko daimonów! Powinnaś…

Poruszyło się naraz kilka osób. Olivia i Caleb rzucili się przez stolik, żeby mnie przytrzymać, ale kiedy chciałam to potrafiłam być szybka.

Zadziałałam instynktownie, po prostu rzuciłam lśniącym czerwonym jabłkiem prosto w jej twarz. Takim rzutem zmieniłam owoc w prawdziwą broń, która dosięgnęła celu z głośnym trzaskiem.

Lea zatoczyła się do tyłu, chwytając się za twarz. Spomiędzy jej palców popłynęła krew, która odcieniem pasowała do jej paznokci.

– Złamałaś mi nos!

Wszyscy w stołówce zamarli. Nawet ponurzy półkrwiści słudzy, którzy czyścili stoliki. Nikt nie krzyczał ani nie wydawał się zaskoczony. Wszakże byliśmy tu wszyscy półkrwistymi –dość brutalnym gatunkiem – a słudzy byli zbyt otumanieni eliksirem, by się przejmować.

W jakiś sposób udało mi się zapomnieć o strażnikach, gdy zaatakowałam dziewczynę. Pisnęłam więc, gdy jeden z nich objął mnie w talii i przeciągnął po stole. Rozlały się napoje, jedzenie pospadało na podłogę, a tajemnicze mięso rozsmarowało się na moich spodniach dresowych.

– Odpuść i to natychmiast!

– Znowu złamała mi nos! – Lea odjęła ręce od twarzy. – Nie możecie pozwolić, żeby uszło jej to płazem!

– Zamknij się. Lekarz to naprawi. I tak połowa twojej twarzy to plastik. – Walczyłam ze strażnikiem, aż wykręcił mi rękę do tyłu tak mocno, że ilekroć próbowałam się ruszyć, krzyczałam z bólu.

– Chciała się dostać do mojego eteru. – Lea wskazała na mnie zakrwawionym palcem. – Jej matka zabiła moich rodziców, a teraz to ona chce zabić mnie!

Parsknęłam śmiechem.

– Och, na miłość…

– Zamilcz. – Strażnik syknął mi do ucha. – Zamknij się, nim ja ci w tym pomogę.

Nie można było lekceważyć gróźb półkrwistych strażników. Umilkłam, a drugi mężczyzna złapał Leę. Krew szumiała mi w uszach, a ja wciąż czułam wściekłość. Wtedy uświadomiłam sobie, że mogłam trochę przesadzić.

I miałam mieć przez to poważne kłopoty.

***

Bójka półkrwistych nie była wielką sprawą. Agresja i kontrolowana przemoc ciągle przenosiły się z sal treningowych na stołówkę. Ilekroć półkrwisty wpadł w kłopoty z powodu bójki, kończył z instruktorami, którzy radzili sobie z nieposłuszeństwem.

Każde piętro w internacie miało przypisanego opiekuna. Na moim była nim instruktorka Gaia Telis, niezła laska, która nie była zbyt surowa ani irytująca. Ale nie trafiłam do niej. Pięć minut po ponownym złamaniu Lei nosa wylądowałam w gabinecie dziekana.

To była tylko jedna z wad posiadania wujka, który zarządzał całą szkołą.

Wpatrując się w barwną rybkę pływającą w akwarium, bawiłam się sznurkiem od spodni i czekałam na przybycie Marcusa. Czasami czułam się jak taka ryba – uwięziona przez niewidzialne ściany.

Drzwi stanęły otworem, a ja się skrzywiłam. To miało być do bani jak tyłek daimona.

– Jeśli odkryjecie coś nowego, natychmiast dajcie mi znać. To wszystko. – Głęboki głos Marcusa poniósł się po pomieszczeniu. Strażnicy pilnujący gabinetu wyglądali jak pomniki greckich wojowników.

Marcus trzasnął drzwiami.

Wzdrygnęłam się.

Przemierzył gabinet, ubrany jakby większość dnia spędził na polu golfowym. Spodziewałam się, że zajmie miejsce za biurkiem, jak powinien zrobić to dziekan. Kiedy stanął bezpośrednio przede mną i chwycił za podłokietniki mojego fotela, nieco się zdziwiłam.

– Jestem pewien, że wiesz o dzisiejszych wydarzeniach. – Ton jego głosu był jednocześnie chłodny i kulturalny. Większość Hematoi tak brzmiała – klasycznie, wyrafinowanie. – W nocy zaatakowano dziewczynę czystej krwi.

Cofnęłam się, ile tylko mogłam i wbiłam spojrzenie w akwarium.

– Tak…

– Nie odwracaj wzroku, Alexandrio.

Przygryzłam dolną wargę i spojrzałam na niego. Miał takie same oczy jak mama, zanim zmieniła się w daimona – żywo zielone, niczym błyszczące szmaragdy.

– Tak, słyszałam.

– W takim razie rozumiesz, z czym mam teraz do czynienia. – Opuścił głowę, więc nasze oczy znalazły się na tym samym poziomie. – Po moim kampusie grasuje daimon półkrwi i poluje na moich uczniów.

– A więc to półkrwisty, który został przemieniony?

– Chyba już o tym wiesz, Alexandrio. Można powiedzieć o tobie wiele rzeczy – że jesteś impulsywna, nieodpowiedzialna, źle wychowana – ale głupota nie należy do twoich cech.

Chciałam posłuchać bardziej o tym daimonie niż o swoim charakterze.

– Kim był ten półkrwisty? Złapaliście go, prawda?

Marcus zignorował moje pytania.

– Odciągnięto mnie od dochodzenia, które pomoże mojej karierze lub ją przerwie, tylko dlatego, że moja półkrwista siostrzenica złamała koleżance nos na stołówce… za pomocą jabłka.

– Oskarżyła mnie o bycie daimonem!

– Więc postanowiłaś rzucić w nią owocem na tyle mocno, żeby uszkodzić jej twarz? – Ściszył głos do zwodniczo łagodnego. Marcus był Chuckiem Norrisem w różowej koszulce polo. Nauczyłam się go nie lekceważyć.

– Powiedziała, że to przeze mnie zabito jej rodziców.

– Zapytam ponownie: więc postanowiłaś rzucić w nią owocem na tyle mocno, żeby uszkodzić jej twarz?

Zaczęłam kręcić się ze zdenerwowania.

– Tak, chyba tak.

Odetchnął powoli.

– Tylko tyle masz do powiedzenia?

Rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale miałam pustkę w głowie. Powiedziałam na głos to, co jako pierwsze się w niej pojawiło.

– Nie sądziłam, że to jabłko złamie jej nos.

Odsunął się od fotela i wyprostował się. Górował teraz nade mną.

– Oczekuję od ciebie czegoś więcej. Ale nie dlatego, że jesteś moją siostrzenicą, Alexandrio, i nawet nie dlatego, że masz więcej doświadczenia z daimonami niż jakikolwiek uczeń w tej szkole.

Zmarszczyłam brwi.

– Wszyscy będą cię obserwować, wszystkie ważne osoby. Dasz Sethowi niespotykaną moc. Nie możemy pozwolić sobie na twoje niepoprawne zachowanie, Alexandrio. Seth również.

Odczułam irytację. Kiedy skończę osiemnaście lat, dopadnie mnie coś zwanego palingenezą, co będzie oznaczać natychmiastowy nadprzyrodzony okres dojrzewania. Zostanę przebudzona i moja moc przeniesie się do Setha. Nie miałam pojęcia, o jaką moc chodzi, ale ponoć stanie się on wtedy zabójcą boga. Wszyscy się nim przejmowali. A ja? Zdawało się, że nikogo nie interesowało to, co się ze mną stanie.

– Wysoko postawieni mają w stosunku do ciebie oczekiwania. Będą cię obserwować z powodu tego, czym się staniesz, Alexandrio.

Nie zgadzałam się. Obserwowali mnie, ponieważ obawiali się, że cały scenariusz się powtórzy. Tylko raz w historii mieliśmy dwoje apolionów w tym samym pokoleniu, a Pierwszy zwrócił się przeciwko radzie. Oboje zostali straceni. Rada i bogowie uważali współistnienie pary apolionów za zagrożenie. To właśnie dlatego trzy lata temu mama zabrała mnie z Przymierza. Sądziła, że zapewni mi bezpieczeństwo, gdy ukryje mnie pośród śmiertelników.

– Nie możesz się tak zachowywać na sesji najwyższej rady. Nie możesz wszczynać bójek i wyzywać innych – ciągnął. – Istnieją normy społeczne, których musisz przestrzegać! Nie będą się zastanawiać, tylko zrobią z ciebie służącą i to bez względu na to, z kim jesteś spokrewniona. Rozumiesz?

Odetchnęłam powoli, a potem uniosłam głowę i zobaczyłam, że Marcus wpatrywał się w akwarium. Stał do mnie tyłem.

– Tak, rozumiem.

Przeczesał włosy palcami.

– Będziesz wychodziła z internatu tylko na lekcje, treningi i obiad – wszystko w wyznaczonym czasie. I tyle. Od teraz nie masz przyjaciół.

Zmrużyłam oczy.

– To jakiś szlaban czy coś?

Zerknął na mnie przez ramię, zaciskając usta.

– Do odwołania i nawet nie myśl, żeby się ze mną kłócić. Nie możesz pozostać bezkarna.

– Ale jak możesz nakładać na mnie szlaban?

Marcus obrócił się powoli.

– Złamałaś jabłkiem tej dziewczynie nos.

Nagle nie miałam ochoty się spierać. Kara nie była taka wielka. Ten szlaban nic nie oznaczał. Przecież nie posiadałam kalendarza zapełnionego imprezami.

– Dobrze, ale powiesz mi, czy znaleźliście daimona?

Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę.

– Nie. Jeszcze go nie mamy.

Przytrzymałam się fotela.

– Więc… nadal gdzieś tu jest?

– Tak. – Machnął ręką, nakazując mi wstać. Poszłam za nim do drzwi. Zwrócił się do jednego ze strażników: – Clive, odprowadź pannę Andros do jej pokoju.

Jęknęłam w duchu. Clive był jednym z tych, których podejrzewałam o schadzki z Leą. Każde słowo wypowiedziane w gabinecie wuja jakimś cudem trafiało do dziewczyny. Biorąc pod uwagę to, że ten konkretny ochroniarz leciał na młode dziewczyny, które nosiły buty będące podróbkami Prady, uważałam, że był najbardziej prawdopodobnym podejrzanym.

– Tak jest. – Skłonił się.

– Pamiętaj o naszej rozmowie – powiedział Marcus.

– Ale co z…

Zamknął drzwi.

Którą część dokładnie miałam pamiętać? Kiedy go upokorzyłam, czy gdy mówił o biegającym po kampusie daimonie? Clive złapał mnie za rękę, mocno wbijając palce w moją skórę. Skrzywiłam się i spróbowałam wyrwać, ale chwycił mnie mocniej. Dotkliwie poczułam uścisk na bliznach po zębach daimonów.

– Chyba ci się to podoba. – Zacisnęłam usta.

– Możesz mieć rację. – Clive popchnął mnie na schody. Hematoi byli bogaci i mam tu na myśli fortunę, której nikt nie zdołałby wydać. Mimo to na całym kampusie nie istniała ani jedna winda.

– Myślisz, że wszystko ujdzie ci płazem, co? Jesteś siostrzenicą dziekana, pasierbicą prezydenta i następnym apolionem. Jesteś tak bardzo wyjątkowa, co?

Istniała spora szansa, że mogę mu przywalić, ale tym razem pięścią zamiast jabłka. Wyrwałam rękę.

– Tak, jestem cholernie wyjątkowa.

– Tylko pamiętaj, że wciąż jesteś półkrwistą, Alex.

– A ty pamiętaj, że jestem siostrzenicą dziekana, pasierbicą prezydenta i następnym apolionem.

Clive się zbliżył, jego nos niemal dotknął mojego.

– Grozisz mi?

Nie chciałam się cofnąć.

– Nie. Przypominam ci tylko, jaka naprawdę jestem wyjątkowa.

Wpatrywał się we mnie przez chwilę, po czym parsknął śmiechem.

– Może będziemy mieli szczęście i kiedy samotnie będziesz wracać do internatu, zostaniesz przekąską daimona. Dobrej nocy.

Zaśmiałam się tak głośno jak potrafiłam, za co zostałam nagrodzona trzaśnięciem drzwi. Schodząc po schodach, zapomniałam o Clivie. Na kampusie przebywał daimon – zaatakował już czystokrwistą i niemal pozbawił ją życia. Któż mógł wiedzieć, ile czasu minie, zanim półkrwisty daimon będzie potrzebował kolejnej działki? Mama mówiła, że Hematoi wystarczy tym potworom na kilka dni, ale jak było w przypadku potwora, który był wcześniej półkrwistym?

Nic o tym nie wspominała, ale kiedy byłam w Gatlinburgu, sporo mówiła o planach obalenia rady i czystokrwistych. Mama i Eric, który jako jedyny przeżył tamte wydarzenia, zamierzali początkowo przemienić półkrwistych, po czym wysłać ich z powrotem, aby zinfiltrowali Przymierze. Brzmiało to tak, jakby plan był w toku… A może był to tylko przypadkowy atak?

Jakoś w to wątpiłam.

Przez to, czego dowiedziałam się w Gatlinburgu miałam uczestniczyć w listopadowej sesji najwyższej rady, ale moje zeznania zdawały się teraz bezsensowne.

Na poziomie pierwszego piętra zatrzymałam się gwałtownie. Przeszył mnie dreszcz strachu, budząc niesamowity zmysł, który mój gatunek miał we krwi. Zerknęłam przez ramię, spodziewając się, że zastanę za sobą seryjnego mordercę półkrwistych, a przynajmniej Clive’a, który będzie chciał zepchnąć mnie ze schodów.

Ale nie było nikogo.

Szkolona, żeby nie ignorować dziwnego szóstego zmysłu, który dawał znać o wszystkich pokręconych sprawach, musiałam przyznać, że być może nie powinnam wkurzać strażnika. Mimo wszystko po kampusie grasował daimon. Zbiegłam, biorąc po dwa stopnie naraz, i otworzyłam drzwi na parterze.

Strach mnie nie opuszczał, mrowiąc w palce. Nie pomagało też to, że długi korytarz oświetlony był jedynie migoczącymi górnymi lampami, które dodawały mu upiorności. Gdzie podziali się wszyscy instruktorzy i strażnicy? Panowała tu grobowa cisza.

– Clive? – Rozejrzałam się po wszystkich pustych kątach korytarza. – Jeśli to ty się zgrywasz, naprawdę złamię ci nos.

Odpowiedziała mi cisza.

Poczułam, jak niewielkie włoski na moim ciele stanęły ostrzegawczo. Przede mną posągi muz rzucały długie cienie na frontowe lobby. Przeszłam korytarzem, przeszukując każdy zakamarek pod kątem ewentualnego zagrożenia. Moje kroki rozbrzmiewały głośnym echem, jakby sam dźwięk ze mnie drwił. Zatrzymałam się gwałtownie i opadła mi szczęka. W holu akademii pojawił się nowy dodatek, którego nie było, gdy eskortowano mnie do gabinetu Marcusa.

Pośrodku stały nowe marmurowe posągi. Były to anielskie, piękne kobiety zebrane blisko siebie, z rękami złożonymi blisko ciała i skrzydłami uniesionymi ponad pochylone głowy.

Na bogów.

W Przymierzu znajdowały się furie.

Choć były uśpione, ich przybycie stanowiło znak od bardzo niezadowolonych bogów. Obeszłam je powoli, jakby w każdej chwili mogły wyrwać się ze swoich skorup i rozerwać mnie na strzępy. Wyobrażałam sobie, że czekały, ostrząc pazury, za pomocą których ujawnią się w swojej prawdziwej postaci.

Furie były starożytnymi przerażającymi boginiami, które chwytały niegdyś złoczyńców i wymierzały im należną sprawiedliwość. W tej chwili pojawiały się wszędzie, gdzie istniało zagrożenie dla czystokrwistych i… dla całej ludzkości.

Coś niedobrego miało się wydarzyć. Albo już się stało.

Oderwałam wzrok od ich spokojnych twarzy i otworzyłam ciężkie drzwi. Jakaś ręka wylądowała na moim ramieniu. Sapnęłam zaskoczona, co zabrzmiało prawie jak pisk, odchyliłam się i uniosłam nogę, by mocno kopnąć. Spojrzałam za siebie, na sekundę przed wykonaniem ruchu.

– Cholera! – jęknęłam.

Aiden zablokował moje kolano i uniósł brwi.

– Z pewnością poprawił ci się refleks.

Z mocno bijącym sercem zamknęłam oczy.

– Na bogów, przestraszyłeś mnie.

– No widzę. – Puścił mnie i popatrzył na moje spodnie. – Zatem to prawda.

– Co takiego? – Wciąż nie potrafiłam zapanować nad sercem. Naprawdę myślałam, że to daimon, który chciał mi urwać lewą rękę.

– Wdałaś się w bójkę z Leą Samos i złamałaś jej nos.

– O. – Wyprostowałam się i zacisnęłam usta. – Nazwała mnie wielbicielką daimonów…

– Słowa, Alex. To tylko słowa. – Przechylił głowę na bok. – Czyż nie rozmawialiśmy już o tym?

– Nie znasz Lei. Nie wiesz, jaka ona jest.

– Czy to ma znaczenie? Nie możesz walczyć ze wszystkimi, którzy powiedzą ci coś złego. Gdybym podchodził do tego tak jak ty, walczyłbym nieustannie.

Przewróciłam oczami.

– Nikt tu źle o tobie nie mówi, Aidenie. Wszyscy cię szanują. Jesteś idealny. Nie uważają cię za daimona. Tak czy inaczej, w holu znajduje się nowa szczęśliwa rodzinka.

Zmarszczył brwi.

– Są tam furie, a przynajmniej ich posągi.

Aiden przeciągnął dłonią po głowie, wzdychając.

– Obawialiśmy się, że tak będzie.

– Dlaczego tu są?

– Przymierze zostało naruszone, czego rada nigdy się nie spodziewała. Wieki temu stanowiło to część umowy z bogami, kiedy to ustanowiono pierwsze Przymierze. Bogowie wiedzą o tym ataku oraz o tym, że rada nie jest w stanie uporać się z problemem daimona.

Żołądek mi się skurczył.

– A co to dokładnie oznacza?

Skrzywił się.

– Oznacza to, że jeśli bogowie uznają, że czystokrwiści stracili kontrolę, uwolnią furie. A to nie jest coś, czego wszyscy pragną. Furie rzucą się na wszystko, co uznają za zagrożenie: daimona, półkrwistego lub…

– Apoliona? – szepnęłam. Aiden nie odpowiedział, co uznałam za potwierdzenie. Jęknęłam. – Super. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie.

– Zgadzam się.

Zesztywniałam zdenerwowana. Mój umysł nie był w stanie przetworzyć nowego zagrożenia.

– Co ty tu w ogóle robisz?

Aiden posłał mi posępne spojrzenie.

– Szedłem do Marcusa. A ty? Dlaczego szwendasz się tu sama?

– Clive miał mnie odprowadzić do internatu, ale jakoś mu to nie wyszło.

Zmrużył oczy i westchnął. Wkładając ręce do kieszeni ciemnych bojówek, ruchem głowy wskazał w kierunku internatów.

– Chodź, odprowadzę cię. Nie powinnaś być tu sama.

Odsunęłam się od drzwi.

– Ponieważ po kampusie wciąż wałęsa się daimon? A furie przygotowują się do ataku?

Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.

– Wiem, że twoja beztroska jest tylko udawana. Zapewne to właśnie ona doprowadziła do zmiany jabłka w śmiercionośną broń. Jako jedyna rozumiesz sytuację na tyle, aby wiedzieć, jak bardzo jest poważna.

Zarumieniłam się na tę reprymendę. Żołądek mi się ścisnął od wyrzutów sumienia. Spojrzałam pod nogi.

– Przepraszam.

– To nie mnie powinnaś przepraszać.

– Z pewnością nie przeproszę Lei. Możesz o tym zapomnieć.

Pokręcił głową.

– Wiem, że jej słowa cię zdenerwowały. Mogę nawet… zrozumieć twoją reakcję, ale musisz być ostrożna. Niektórzy…

– Tak, wiem. Obserwują mnie, bla, bla, bla. – Zmrużyłam oczy, patrząc na cienie patrolujących strażników. Panował zmierzch, a zaraz miała nadejść noc, jednak latarnie nadal się nie włączyły. Duże budynki – te, które mieściły szkołę, sale treningowe i internaty – rzucały ciemne cienie na chodnik. – A tak w ogóle podejrzewacie, gdzie może przebywaćdaimon?

– Nie. Szukaliśmy wszędzie, wciąż trwają działania w tej sprawie. W tej chwili koncentrujemy się na zapewnieniu uczniom bezpieczeństwa.

Zatrzymaliśmy się przy schodach mojego internatu. Weranda była pusta, co oznaczało, że wszyscy byli zaniepokojeni. Dziewczyny przeważnie spędzały tu czas, mając nadzieję, że napatoczy się jakiś chłopak.

– Czy Melissa widziała daimona? Była w stanie podać jakiś rysopis?

Aiden podrapał się po czole.

– Ledwie pamięta atak. Lekarze… uważają, że to trauma. Jeden ze sposobów na ochronę samej siebie.

Odwróciłam wzrok, wdzięczna, że było ciemno. Dlaczego sama nie mogłam zapomnieć tego, co stało się w Gatlinburgu?

– Chodzi prawdopodobnie o coś więcej. Jest czystokrwistą. Nas – półkrwistych – szkoli się, żebyśmy zwracali uwagę na szczegóły i zbierali jak najwięcej informacji, ale ich nie. Jest jak… normalna dziewczyna, a wczorajszy atak uważa za najgorszy koszmar. Taka pobudka? Nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. – Zatrzymałam się, bo patrzył na mnie w dziwny sposób. – No co?

– To, że poprawnie myślisz.

Nie potrafiłam powstrzymać się od głupkowatego uśmieszku.

– Jestem niesamowita, wiesz?

Kąciki jego ust drgnęły, jakby chciał się uśmiechnąć.

– Jak wielkie masz kłopoty?

– Mam szlaban, ale chyba to nic strasznego. – Wciąż szczerzyłam zęby jak idiotka.

– Tak. – Wyglądał, jakby mu ulżyło. – Postaraj się już w nic nie wpakować i proszę, nie wymykaj się z internatu. Wątpię, by daimon wciąż tu był, ale nigdy nic nie wiadomo.

Odetchnęłam głęboko i skrzyżowałam ręce na piersiach.

– Aidenie?

– Hmm?

Patrzyłam na jego lśniące, zadbane buty.

– Zaczyna się, prawda?

– Masz na myśli to, o czym mówiła ci matka, tak?

– Powiedziała, że to właśnie zrobią. A Eric wciąż gdzieś tam jest. Co, jeśli to on za tym stoi i…

– Alex. – Przysunął się do mnie. Znajdowaliśmy się blisko, ale nie tak jak na sali gimnastycznej. – Nieważne czy to Eric, czy ktoś inny. Dopilnujemy, żeby to się nie powtórzyło. Nie masz się czym martwić.

– Nie boję się.

Aiden wyciągnął rękę i dotknął moich palców. Był to przelotny gest, ale poczułam mrowienie.

– Nie powiedziałem, że się boisz. Jeśli już, to że jesteś zbyt odważna.

Popatrzyłam mu w oczy.

– Wszystko się zmienia.

– Wszystko już się zmieniło.

***

Nocą wierciłam się w łóżku. Umysł nie chciał mi się wyłączyć. Atak daimona, wydarzenia z jabłkiem, furie, zbliżająca się sesja najwyższej rady i wszystko inne zlało się w jedną gigantyczną niekończącą się zbitkę. Za każdym razem, gdy się obracałam, wkurzałam się jeszcze bardziej na myśl o kolejnej bezsennej nocy.

Problemy ze snem pojawiły się jakiś tydzień po powrocie z Gatlinburga. Zasypiałam na godzinę, nim do moich snów wkradały się koszmary. Zazwyczaj widziałam w nich mamę. Czasami odtwarzałam walkę w lesie, niekiedy nie zabijałam matki, a innym razem byłam tylko ja i Daniel – daimon ze zbyt chciwymi rączkami.

Pojawiały się również sny, w których pragnęłam zostać przemieniona w potwora.

Obróciłam się na brzuch, wepchnęłam twarz w poduszkę i poczułam dziwne mrowienie w podbrzuszu – jakby motyle tuż przed pierwszym pocałunkiem, choć uczucie zdawało się o wiele silniejsze.

Podniosłam się i spojrzałam na zegarek. Było po pierwszej, a ja wciąż nie spałam. I było mi ciepło, wręcz gorąco. Chyba temperatura znowu powariowała, dlatego postanowiłam otworzyć okno przy łóżku. Chłodne wilgotne powietrze znad oceanu przyniosło nieco ulgi. Nie czułam się już tak, jakbym zaraz miała wyjść ze skóry, ale wciąż byłam rozpalona na całym ciele. Przetarłam twarz, odczuwając dyskomfort, który przypomniał mi o czasie spędzonym z Aidenem. Nie trening, o nie, tylko noc, nim znalazłam Kaina, kiedy to leżałam naga w łóżku mojego trenera.

Ale pamiętałam więcej, niż tylko sam pociąg fizyczny. Słowa, których nie zapomnę nawet za milion lat. „Pociągałaś mnie, zauroczyłaś. Stałaś się częścią mnie”. Nikt nigdy niczego takiego mi nie powiedział. Nikt.

Ponownie popatrzyłam na zegar i westchnęłam. Najpierw minął kwadrans, potem dwadzieścia minut i pół godziny. W końcu przestałam pilnować czasu. Serce nadal pędziło, więc zamknęłam oczy. Niemal widziałam Aidena, czułam jego miękkie palce i znów usłyszałam te słowa. Zaraz jednak, zupełnie bez ostrzeżenia, mrowienie zniknęło. Chłodne powietrze wpadające przez okno zrobiło się okropne.

– Co u licha? – Opadłam na plecy. – Uderzenia gorąca? Serio?

Minęło jeszcze bardzo dużo czasu, zanim zasnęłam.

Rozdział 3

Następnego dnia wszystko się zmieniło.

Skupiałyśmy się z Olivią nad jedną książką do trygonometrii i próbowałyśmy zrozumieć różnicę pomiędzy sinusem a kosinusem. Biorąc pod uwagę, że spędzimy większość naszego dorosłego życia, ścigając i zabijając daimony, nauka matematyki zdawała się całkiem bezcelowa, dlatego naprawdę nie wchodziła nam do głów.

W wolnym miejscu ponad wzorami narysowałam wielkie cycki i podpisałam „Olivia”. Koleżanka natychmiast przekreśliła swoje imię i napisała „Alex”.

Parsknęłam śmiechem i uniosłam głowę w chwili, żeby zobaczyć, że pani Kateris – czystokrwista z dyplomami umożliwiającymi jej wykładanie na Yale – obróciła się ku nam i zmarszczyła brwi.

– Super – mruknęła Olivia pod dłonią. – Umrę, jeśli weźmie tę książkę i zapyta, co robimy. Poważnie.

Ziewnęłam głośno.

– Jak chcesz.

Pani Kateris odłożyła kredę i klasnęła.

– Panna Andros i panna Panagopoulos. – Umilkła na tyle, by przednie rzędy zdążyły się obrócić, aby na nas spojrzeć. – Zechciałybyście się podzielić…

– Podoba mi się, jak wypowiada moje nazwisko – mruknęła Olivia, ale w tej samej chwili drzwi klasy otworzyły się i do środka weszła grupa strażników.

– Co jest? – Olivia usiadła prosto.

Pani Kateris odsunęła się i wygładziła spódnicę.

Strażnicy skłonili przed nią głowy – był to zwyczaj okazywania szacunku czystokrwistym elitom, choć na świecie należał do nich chyba każdy o niezmieszanej krwi.

– Przepraszamy, że przerywamy lekcję, pani Kateris – powiedział jeden ze strażników. Niemal go nie rozpoznałam. Był tym z mostu, który poszedł za mną przez wyspę – Crede Linard. Cóż, najwyraźniej go awansowano.

Pani Kateris posłała mu nerwowy uśmiech.

– Przeprosiny są zbyteczne. Jak mogę wam pomóc?

– Dziekan Andros życzy sobie obecności półkrwistych. Przyszliśmy, żeby ich eskortować.

Półkrwiści rozejrzeli się po sali, na ich twarzach odmalowały się dezorientacja i czujność. Czy miał miejsce kolejny atak?

Ponownie się przesuwając, pani Kateris klasnęła. Strażnik Linard ustawił się przodem do uczniów, jego twarz pozostawała bez wyrazu.

– Proszę za nami.

Olivia zamknęła podręcznik, a cała krew odpłynęła z jej policzków.

– Co się dzieje?

Wzięłam plecak z podłogi, myśląc o furiach. Rankiem wszyscy już o nich rozmawiali, uważając, że wyglądały spoko. Nikt nie wydawał się zwracać uwagi na to, kim były.

– Nie wiem.

Kilku półkrwistych zaczęło zadawać pytania, gdy wychodziliśmy z klasy, ale strażnik tylko zmarszczył brwi.

– Żadnych rozmów.

To samo działo się w innych salach. Drzwi były otwarte, strażnicy prowadzili półkrwistych korytarzem. Na górze za naszą grupą również niósł się dźwięk kroków. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam Caleba i Luke’a.

Obróciłam się i odetchnęłam płytko. Poważna sprawa, czego wszyscy byliśmy świadomi. W powietrzu dało się wyczuć napięcie, które powodowało mrowienie na skórze, gdy szliśmy na parter. Przemierzenie schodów zajęło niedorzeczną ilość czasu, więc ponownie zapragnęłam wytknąć fakt, że potrzebowaliśmy wind.

Przeszliśmy hol, minęliśmy pomieszczenia administracyjne i środek Przymierza, aż dotarliśmy do krytego amfiteatru. Było to jedyne na tyle duże miejsce, by wszystkich nas pomieścić.

W pomieszczeniu, które uczniowie nazywali po prostu salą, polecono nam, byśmy zajęli miejsca, trzymając się dotychczasowych klas. Usiadłyśmy z Olivią w trzecim rzędzie. Caleb i Luke znajdowali się w co najmniej jedenastym, co było do bani. Wolałabym siedzieć blisko Caleba, gdy ogłoszą nowinę, którą mieli zaraz przedstawić, a wiedziałam, że Olivia czuła się podobnie.

Krzywiąc się, poruszałam kolanem. Siedzenia, które były najbardziej niewygodnymi na całym świecie, zrobiono tu z jakiegoś piaskowca.

Olivia też się wierciła.

– Czy…

Stojący przed nami strażnik Linard obrócił się.

– Żadnych rozmów.

Olivia uniosła brwi, a ja zastanawiałam się, czy mężczyzna rzuciłby się na mnie, gdybym zapytała, kto strzegł teraz mostu. Odetchnęłam głośno, rozglądając się po morzu półkrwistych ubranych w zielone stroje treningowe. Widziałam również garstkę ubranych w niebieskie uniformy strażników, ale nie widziałam tych w czarnych, czyli protektorów, łowców daimonów.

Spojrzałam na wysokiego blondyna opierającego się o ścianę i od razu rozpoznałam tę umięśnioną sylwetkę i wąskie biodra. Uginał jedną długą nogę w kolanie, a but opierał na przedstawiającej Zeusa mozaice.

Seth.

Włosy jak zawsze miał spięte z tyłu rzemykiem, krótsze pasma okalały jego podbródek. Miał idealnie ukształtowaną twarz, złotą cerę i dziwne bursztynowe oczy o egzotycznym kształcie. Czasami zastanawiałam się, czy bogowie specjalnie stworzyli te jego wysokie kości policzkowe i wyglądające na zadowolone z siebie usta oraz dołeczek w podbródku i żuchwę, która prawie była z granitu. Nikt tak nie wyglądał.

Mimo wszystko chłopak był pierwszym apolionem w naszym pokoleniu. Według mojego ojczyma, przeznaczony był nam jakiś dziwny, związany z przekazaniem mocy związek. Według mnie, Seth był tylko wrzodem na…

Pochylił głowę w moją stronę i puścił do mnie oko. Odwróciłam się i skupiłam na strażniku poniżej. Ostatnio nie lubiłam Setha. Na naszym ostatnim treningu „niechcący” uderzył mnie czystą mocą, a ja „przypadkowo” rzuciłam kamieniem w jego głowę.

Być może naprawdę miałam problem z rzucaniem przedmiotami.

Minęła chyba cała wieczność, nim Marcus wszedł do sali. Wszyscy uczniowie zwrócili się w jego stronę. Były nas tu jakieś dwie setki, w wieku od siedmiu do osiemnastu lat. Maluchy siedziały ciasno na podłodze.

Marcus nie był sam. Przybyli za nim ubrani na biało strażnicy naszych władz. Rada, przypominająca starogrecki olimpijski panteon, składała się z dwunastu czystokrwistych, w tym dwójki prezydentów – kobiety i mężczyzny. Tylko niektóre Przymierza posiadały radę – ta w Karolinie Północnej, na północy Nowego Jorku, w Dakocie Południowej i na dzikich terenach Tennessee. Rada zachowywała się jak rząd, który ustanawiał prawa i wyznaczał kary. Prezydenci byli jedynymi, którzy komunikowali się z bogami, a jeśli to, co w lecie powiedział Lucian, było prawdą, bogowie nie odzywali się do nich od wieków.

Sporo przepychu jak dla jednego prezydenta. Przecież nie gościła tu cała rada – tylko Lucian i jego niesamowita fryzura. Proste czarne włosy spływały luźno do jego pasa. Piękne kosmyki były jedynym pozytywem u mojego ojczyma. No i to, że wysyłał mi kupę kasy.

Strażnicy skłonili się i powoli wyprostowali. Zauważyłam, że Seth nie ruszył się nawet o centymetr. Lucian wysunął się do przodu i złączył ręce. Ubrany był cały na biało, w coś, co przypominało tunikę. Pomyślałam, że wyglądał niedorzecznie.

– Na terenie Przymierza nastąpił wczoraj atak daimona. – Po cichej sali poniósł się jego czysty głos. – To bezprecedensowe wydarzenie, więc musimy wyeliminować zagrażający nam czynnik. Na tę chwilę wierzymy, że nie będzie dalszych… naruszeń bezpieczeństwa.

Tak, też musiał widzieć furie. Przypuszczałam, że liczył, iż nie będzie więcej zakłócania spokoju.

– Ale – ciągnął – musimy działać dalej i skupić się na zapobieganiu takim sytuacjom.

Niczym gwałtowna fala na oceanie obmyły nas obawy. Wstrzymałam oddech.

– Rada i Przymierze uzgodniły, że należy przedsięwziąć środki ostrożności, aby upewnić się, że nie nastąpi kolejny atak.

Marcus przysunął się do niego, uśmiechając się w sposób, od którego miałam ciarki.

– W następnym tygodniu będzie miało miejsce kilka rzeczy. Wprowadzimy nowe zasady, które będą bezwarunkowe i natychmiastowe.

No i się zaczyna, pomyślałam ze złością. Jeden z półkrwistych stał się zły, więc należało ukarać resztę. Rozumiałam powagę problemu, a mimo to nie było mi łatwiej się z tym pogodzić.

Marcus rozejrzał się po zebranych, patrząc uczniom w oczy. Popatrzył i na mnie, nim przeniósł wzrok dalej.

– Dla wszystkich półkrwistych godzina zbiórki w internatach to siódma wieczór… – Po sali poniosło się sapanie. Opadła mi szczęka. – …chyba że półkrwisty bierze udział w zajęciach związanych z zadaną szkolną pracą lub towarzyszy mu strażnik. Nie będzie od tego innych wyjątków. Półkrwiści nie będą wpuszczani do pomieszczeń, w których przebywają czystokrwiści – chyba że w obecności instruktora lub strażnika. Żaden półkrwisty nie będzie mógł opuścić bez pozwolenia kontrolowanej przez Przymierze wyspy, a jeśli je dostanie, będzie musiał towarzyszyć mu strażnik lub protektor.

– Na bogów – mruknęła Olivia, trąc dłońmi o uda. – Mogą to zrobić?

Nie odpowiedziałam. Hematoi mogli robić, co chcieli. Miałam przeczucie, że wkrótce będzie o wiele gorzej.

– Protektorzy zostaną rozlokowani przed internatami wraz ze strażnikami Przymierza. Oprócz tego wszyscy półkrwiści zobowiązani zostaną do poddania się badaniom. Te… – Urwał i spojrzał do góry, skąd popłynęło kilka stłumionych przekleństw. – …badania będą obowiązkowe. Kiedy poddadzą się im już wszyscy, będą kontynuowane w zależności od potrzeb.

Żołądek mi się skurczył, a żyły skuł lód. Oczywiście, że będą badania.

Jak inaczej mieliby odkryć, czy nie zmieniono któregoś półkrwistego? Ich ciała, podobnie jak moje, będą miały wiele naznaczeń na skórze. Był to jedyny ślad po przemianie kogoś półkrwi.

Zrobiło mi się niedobrze.

– Badania rozpoczną się już jutro i przebiegać będą w porządku alfabetycznym. – Marcus cofnął się i pozwolił Lucianowi ponownie zająć środek sceny.

– Nie cieszy nas pomysł ograniczania waszej wolności lub stawiania was w potencjalnie nieprzyjemnych sytuacjach. – Lucian rozłożył przed sobą ręce. – Troszczymy się o naszych półkrwistych, tak samo jak o uczniów czystej krwi. Robimy to wszystko dla waszego dobra.

Zakryłam usta w obawie, że coś powiem. Ograniczają nam możliwość wychodzenia z internatów i zmuszają do poddania się badaniom? Dla naszego dobra? Nie było różnicy między nami a półkrwistymi, którzy im służyli, poza tym, że ominęła nas przyjemność naćpania się eliksirem, abyśmy nie wiedzieli, co się z nami działo.

Odwróciłam spojrzenie od Luciana i ponownie popatrzyłam na Setha. Na jego twarzy widniała dezaprobata, a jego oczy jaśniały jak słońce. Czułam jego gniew, jakby był moim własnym.

Po przedstawieniu kolejnych kilku zasad uwzględniających to, gdzie wolno nam było wchodzić, i nadmienieniu czegoś o niezapowiedzianych kontrolach w internatach, zebranie dobiegło końca. Nie potrafiłam przetworzyć tego, co powiedzieli Marcus i Lucian. Wrzał we mnie gniew, a moją uwagę zwróciła szalejąca na zewnątrz burza.

Polecono nam wyjść z sali w ten sam sposób, w jaki tu weszliśmy: w ciszy i kolejno. Przez chwilę widziałam twarz Caleba. Widniało na niej niedowierzanie i złość, przez co chłopak wyglądał na dużo starszego. Nikt nie wziął pod uwagę tego, co będzie to oznaczało dla niego i dla mnie. Lekarze znajdą dowody ataku daimonów. I co dalej? Podstawią nam pod nos krwawiącego czystokrwistego i sprawdzą, czy się na niego rzucimy? Spojrzałam przez ramię, szukając Setha. Stał z Lucianem z dala od ubranych na biało strażników Rady. Wyglądali, jakby się kłócili.

***

Podczas lunchu zapoznaliśmy się w ciszy z nowymi zasadami. Po stołówce kręciło się znacznie więcej strażników, na stanowiskach dało się zauważyć nawet kilku protektorów, co ograniczało to, co mogliśmy powiedzieć. Zastanawiałam się, o czym myśleli półkrwiści protektorzy, wiedząc, że oni również będą musieli poddać się badaniom.

Czystokrwiści zazwyczaj spotykali się z nami o tej porze dnia, choć dziś było inaczej. Ci półkrwi zajęli jedną część stołówki, podczas gdy ci czystej krwi usiedli od nas jak najdalej się dało. Spojrzałam na Cody’ego Hale’a i jego kumpli. Chłopak zadawał się czasem z półkrwistymi, gdy nie miał lepszych rzeczy do roboty. Podczas lata wielokrotnie miałam ochotę mu przywalić, ale uderzenie Hematoi oznaczało wydalenie ze szkoły i służbę.

W tej chwili cała grupa siedziała z pochylonymi głowami. Co jakiś czas Cody przesuwał ręką po starannie przyciętych brązowych włosach, patrząc na nasz stolik i parskając śmiechem. Nie tylko ja to zauważyłam.

Dało się wyczuć gniew Caleba. Od incydentu w Gatlinburgu nie widywałam się z nim za często. Moje wolne chwile pochłonięte były przez treningi, a on spędzał swoje z Olivią. Patrząc z perspektywy czasu, żałowałam, że nie spotykałam się z nim częściej. Może wtedy zauważyłabym zachodzące w nim subtelne zmiany, pewien mrok, który zdawał się wokół niego unosić, oraz to, jak szybko wpadał we wściekłość.

– Zignoruj ich, kochanie. – Olivia ruchem głowy wskazała na stolik Cody’ego, posyłając Calebowi wymuszony uśmiech. – To kretyn.

– Ale to nie tylko Cody. – Parsknął krótkim śmiechem. – Widziałaś, jak inni czystokrwiści na nas patrzą? Jakbyśmy zaraz mieli ich zaatakować?

– Są po prostu wystraszeni. – Olivia ścisnęła jego dłoń. – Nie bierz tego do siebie.

– Caleb ma rację. – Luke przysunął się i ściszył głos. – Dziś na lekcji Hematoi, którego znam od lat, zażądał zmiany miejsca. Nie chciał siedzieć obok mnie ani obok żadnego innego półkrwistego. Na bogów, wyglądał, jakby nie chciał z nami przebywać w tym samym pomieszczeniu.

Potarłam skronie, gdy przeszedł mi apetyt na jedzenie.

– Wszyscy się boją. Nigdy wcześniej na terenie kampusu nie było daimona.

– To nie nasza wina. – Luke popatrzył mi w oczy. – No i czego mają się obawiać? Prezydent mówił, jakby tego daimona już tu nie było.

– Nikt nie ma pewności. – Wzięłam napój, obserwując Caleba. Nie odzywał się przez cały lunch. Kiedy wychodziliśmy ze stołówki, odciągnęłam go na bok. – Dobrze się czujesz?

Pokiwał głową.

– Nic mi nie jest.

Objęłam go, ignorując to, że się spiął.

– Nie wygląda mi na to. Rozumiem…

– Rozumiesz, że jesteśmy na szczycie listy podejrzanych, Alex? – Odsunął się. – Że to nie jest fair? Nie chcę, żeby rozbierali ciebie czy Olivię, szukając jakichś śladów tego, że w wolnym czasie pożywiamy się esencją czystokrwistych. A ty… – Umilkł, rozglądając się po korytarzu przed stołówką. Luke i Olivia poszli, ale przyglądali nam się dwaj strażnicy – ci sami, co dzień wcześniej. – Lea zachowywała się wczoraj jak zdzira, ale inni…

– Zaczęli gadać? Calebie, mówią o mnie, odkąd dowiedzieli się, że moja matka była daimonem. No i co? Kogo to obchodzi? – Ścisnęłam jego dłoń jak wcześniej Olivia. – Może przemkniesz się dziś do mnie z filmem?

Caleb odsunął się i pokręcił głową.

– Muszę się czymś zająć.

– Olivią? – zażartowałam.

Uśmiechnął się słabo.

– Chodź, bo spóźnisz się na zajęcia. Masz trening z Sethem…

Jęknęłam głośno.

– Błagam, nie wymawiaj jego imienia. Rzucił we mnie mocą, jakby to była jakaś gra.

– Podczas zebrania wyglądał na wkurzonego.

– Tak. – Pomyślałam o tym, że kłócił się z Lucianem. Tylko bogowie wiedzieli, o co. – Tak czy inaczej, na pewno nie chcesz przyjść?

– Nie dzisiaj. Poza tym unikanie normalnych straży jest trudne, a podwojonych? Nawet ja mogę mieć z tym problem.

Nadąsałam się, ale odpuściłam, gdy się rozeszliśmy. Reszta popołudnia mi się wlokła, ale ucieszyłam się, gdy pod koniec zajęć walki wręcz zobaczyłam wchodzącego do sali gimnastycznej Aidena. Próbowałam zapanować nad tą ekscytacją, ale poległam.

– Gdzie jest Seth? – Podbiegłam do protektora, którego oczy błyszczały z rozbawienia.

– Z prezydentem. Wolałabyś jego?

– Nie! – rzuciłam zbyt ochoczo. – Co on robi z Lucianem?

Wzruszywszy ramionami, Aiden poprowadził mnie na środek mat.

– Nie pytałem. Gotowa?

Pokiwałam głową, a Aiden podał mi atrapy noży. Jakiś tydzień temu pozwolił mi ćwiczyć z prawdziwymi. Niestety, dreszczyk emocji związany z ćwiczeniem z nimi został przyćmiony przez fakt, że korzystałam już z nich w prawdziwej walce. Znałam wagę smukłego sztyletu w dłoni, odczucie, gdy ciął ciało daimona. Używanie w walce zabiło ekscytację na sali treningowej.

Aiden pokazywał mi kilka technik, które poznaliśmy na treningu silat. Rozdzieliliśmy się, bo poszedł ustawić manekiny. Obracałam plastikowymi nożami, jakby były pałkami.

– Te nowe zasady dla nas są do bani. Wiesz o tym, prawda? Badania i kontrole w pokojach?

Aiden wyciągnął rękę i ostrożnie założył mi włosy za ucho. Zawsze wykonywał te małe gesty, choć nie powinien tego robić.

– Nie zgadzam się ze wszystkimi, ale czasami trzeba coś zrobić. Nie możemy żyć, jakby nic się nie stało.

– Wiem o tym, ale nie oznacza to, że czystokrwiści mają prawo poniżać każdego półkrwi.

– Nie poniżamy półkrwistych. Zasady wprowadzono, aby was również chronić.

– Żeby nas chronić? – Wpatrywałam się w niego. – Ale przez cały dzień słyszałam o zakazach, które ograniczają naszą wolność. Nie słyszałam niczego o tym, aby Hematoi mieli się poddać poniżającym badaniom lub powiedziano im, że nie mogą odwiedzać głównej wyspy.

– Nie było cię na zebraniu, gdy wyłożono nowe zasady dla czystokrwistych, co? – Zaczął marszczyć czarne brwi.

– No nie, ale nie słyszałam, by ktoś czystej krwi na nie narzekał.

Aiden odetchnął głęboko.

– Więc nie słuchałaś. Nie wolno im nigdzie chodzić, chyba że w grupie. Nie mogą opuszczać wyspy, chyba że ze strażnikiem czy protektorem…

– Kurczę. – Parsknęłam oschłym śmiechem. – Biedni Hematoi muszą mieć niańki? Przynajmniej nie potrzebują pozwolenia na wyjście. My nie mamy nawet tego.

– A czy i tak nie miałaś szlabanu? A zakaz opuszczania wyspy nałożony na półkrwistych ma służyć ich bezpieczeństwu.

Zacisnęłam palce na sztylecie tak mocno, iż zdawało się, że pęknie.

– Nowe zasady nie są sprawiedliwe, Aidenie. Musisz to widzieć. Wiem, że jesteś czystej krwi, ale przy mnie nie musisz udawać. Nie możesz powiedzieć, że się z nimi zgadzasz, ponieważ tego od ciebie oczekują.

– Nie udaję, Alex. To nie ma nic wspólnego z moim pochodzeniem. Zgadzam się, że należy przedsięwziąć drastyczne środki. Jeśli półkrwiści przez kilka tygodni odpuszczą sobie imprezy i zakradanie się do nie swoich internatów, aby pozostać…

– Odpuszczą sobie imprezy? Mówisz poważnie? Myślisz, że to nas właśnie zdenerwowało?

Podszedł do mnie.

– Jesteś zdenerwowana, bo jesteś irracjonalna i uparta. Pozwalasz, aby emocje wpływały na twoją logikę, Alex. Jeśli zatrzymasz się na pięć sekund i pomyślisz, zobaczysz, że te zasady musiały zostać wprowadzone.

Odsunęłam się o krok. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni tak do mnie mówił. Poczułam w piersi coś złego, co rozprzestrzeniło się po całym moim ciele.

–