Cztery tysiące tygodni - Oliver Burkeman - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Cztery tysiące tygodni ebook i audiobook

Oliver Burkeman

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

105 osób interesuje się tą książką

Opis

A gdyby tak przestać próbować robić wszystko?

Brakuje nam czasu. Osaczają nas nieustannie wydłużające się listy spraw do załatwienia i przepełnione skrzynki odbiorcze. Mamy problemy z koncentracją. Towarzyszy nam nerwowy pośpiech i poczucie piętrzących się zaległości. Próbujemy kolejnych metod zwiększania produktywności i stosujemy przeróżne life hacki, dzięki którym rzekomo możemy zoptymalizować swój dzień. Wiele z nich tylko pogarsza sytuację.

Spróbujmy odzyskać wewnętrzny spokój, odpowiadając sobie na pytanie: jak najlepiej wykorzystać ten absurdalnie krótki czas, który został nam dany – czas naszego życia, trwającego średnio Cztery tysiące tygodni.

* * *

Od autora

Żyjemy w czasach niespełnialnych wymagań, nieskończenie szerokiego wyboru, nieustannego rozpraszania uwagi i spirali globalnych kryzysów. I jakby tego było mało, większość porad dotyczących produktywności i efektywnego wykorzystania czasu tylko pogarsza naszą sytuację. Zachęca bowiem do snucia marzeń, że pewnego dnia w końcu „wszystko zrobimy” i staniemy się w pełni zoptymalizowanymi i niezwyciężonymi panami swojego czasu. Dążenie do tego złudnego celu sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej zajęci, rozproszeni i wyobcowani. Odkładamy to, co w życiu najważniejsze, na jakąś bliżej niesprecyzowaną przyszłość, która nigdy nie chce nadejść.

Cztery tysiące tygodni to lekka, filozoficzna, a przy tym wyjątkowo praktyczna książka o alternatywnej ścieżce życia, jaką jest pogodzenie się z naszymi ograniczeniami. To próba powrotu do rzeczywistości i przeciwstawienia się kulturowej presji, która każe nam robić to, co niemożliwe, zamiast tego, co da się zrealizować. To książka o tym, jak nadać naszym działaniom sens, tu i teraz, w naszej pracy i w życiu osobistym – z pełną świadomością, że na wszystko nie starczy nam czasu i że nigdy nie wyeliminujemy z życia niepewności.

Wyjaśniam w niej, dlaczego głównym wyzwaniem w zarządzaniu własnym czasem wcale nie jest podnoszenie wydajności, lecz decyzja, czego zaniechać; dlaczego w galopującym świecie cierpliwość – która pozwala naszym sprawom biec swoim naturalnym tempem – jest supermocą; i ­dlaczego tam, gdzie stajemy przed nieograniczonym wyborem, palenie mostów jest ważniejsze od posiadania wciąż otwartych opcji. Piszę, jak próbować oprzeć się wyniszczającej pokusie zbytniej wygody i jak na nowo odkryć zalety wspólnych rytuałów.

Zacząłem pisać tę książkę jeszcze przed pandemią, ale, szczerze mówiąc, nie mogłaby być bardziej na czasie. Ostatni rok sprawił, że wielu z nas poczuło się zupełnie oderwanymi od codziennej rutyny. Wracając do normalności, mamy wyjątkową okazję, by ponownie zastanowić się, co robimy z naszym czasem, i tak przearanżować nasze życie, by jak najlepiej wykorzystać te oburzająco krótkie, ale skrzące się niesamowitymi możliwościami Cztery tysiące tygodni.

Oliver Burkeman



 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 47 min

Lektor: Kamil Pruban

Oceny
4,3 (766 ocen)
433
202
100
25
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
siostranocy

Całkiem niezła

W sumie to książka o niczym. Na początku wydawała się interesująca, z czasem stała się nużąca i miałam wrażenie, że autor w kółko wałkuje to samo, nie mając nic konkretnego do przekazania.
81
evicia49a

Z braku laku…

mnie ta książka nie przekonała do siebie . Skupić się jakoś na niej nie mogłam.
81
Sewanna

Z braku laku…

może być ciekawa dla osób, które dopiero ruszają z tematem wprowadzania zmian w swpim życiu i jeszcze nic nie czytały w tym temacie. Dla ludzi bardziej zaznajomionych z tematyką - poza dosłownie kilkoma perełkami, które faktycznie skłaniają do przemyśleń - książka pełna banałów i frazesów.
61
Panikara1

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam każdemu, żeby przeczytać/ wysłuchać z uwagą. To jedna żywych książek, która pomaga otworzyć oczy na bardziej świadomą egzystencję.
40
tuya1

Nie oderwiesz się od lektury

Dałabym 6 jeśli by była taka opcja! Początek jakby ciężki ale potem się rozkręca
30

Popularność




Tytuł oryginału Four Thousand Weeks. Time Management for Mortals

Tekst © Oliver Burkeman 2021

First published by The Bodley Head in 2021

penguin.co.uk/vintage

The Bodley Head, an imprint of Vintage, is part of the Penguin Random House group of companies whose addresses can be found at global.penguinrandomhouse.com

PrzekładMichał Jóźwiak

Redakcja i korektaKatarzyna Zegadło-Gałecka, Agnieszka Al-Jawahiri

Okładka i skład Tomasz Brzozowski

Zdjęcie na okładceBookyBuggy/iStock

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2022Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-67323-66-6

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

tiktok.com/insignis_media (@insignis_media)

Dla Heather i Rowana

To ostatnia rzecz, za którą czujemy wdzięczność, prawda? Że się przydarzyliśmy. Wiesz, nie musiałeś się przydarzyć. Nie musiałeś. A jednak ci się udało.

Douglas Harding

Tym, co sprawia, że trudno to znieść, jest twoje błędne przekonanie, że można się z tego wyleczyć.

Charlotte Joko Beck

Wprowadzenie

Na dłuższą metę wszyscy jesteśmy martwi

Przeciętne ludzkie życie jest absurdalnie, przerażająco, obraźliwie krótkie. Aby zrozumieć, jak bardzo, spójrz na nie z następującej perspektywy: pierwszy człowiek współczesny pojawił się na afrykańskiej sawannie co najmniej 200 tysięcy lat temu. Naukowcy szacują, że życie w takiej czy innej postaci przetrwa przez kolejne 1,5 miliarda lat albo dłużej, w każdym razie po dzień, w którym rosnąca ilość ciepła oddawanego przez Słońce skaże na śmierć ostatni organizm. Ale ty? Jeśli założymy, że dożyjesz osiemdziesiątki, będziesz miał dla siebie około czterech tysięcy tygodni.

Może ci się, rzecz jasna, poszczęścić. Dociągnij do dziewięćdziesiątych urodzin, a przeżyjesz prawie 4700 tygodni. Jeśli będziesz miał naprawdę ogromne szczęście, skończysz niczym najstarsza osoba w historii – Francuzka Jeanne Calment, która w 1997 roku zmarła, przeżywszy ponoć 122 lata[1]. Calment twierdziła, że za młodu poznała Vincenta van Gogha (pamiętała głównie woń alkoholu, którą roztaczał) i zdążyła doczekać narodzin pierwszego sklonowanego zwierzęcia, owcy Dolly, która przyszła na świat w 1996 roku. Biolodzy prognozują, że już niedługo długość życia zbliżona do Calment[2] nie będzie niczym wyjątkowym. Ale nawet ona miała do dyspozycji tylko około 6400 tygodni.

Kiedy wyrazi się tę kwestię w tak wstrząsający sposób, łatwo zrozumieć, dlaczego od czasów starożytnej Grecji po dziś dzień filozofowie traktują krótkotrwałość życia jako główny paradoks ludzkiej egzystencji: dano nam zdolności intelektualne pozwalające tworzyć prawie nieskończenie ambitne plany i jednocześnie znikomą ilość czasu, by wcielić je w życie. „Te krótkie dane nam lata upływają z taką zawrotną i błyskawiczną szybkością, że z wyjątkiem nielicznych wszystkich innych opuszcza życie w samym jego rozkwicie”*[3] – żalił się rzymski filozof Seneka w liście znanym dziś pod tytułem O krótkości życia. Gdy po raz pierwszy wyliczyłem, że mamy cztery tysiące tygodni, poczułem się nieswojo. Jednak gdy odzyskałem rezon, zacząłem nękać znajomych i prosić ich, żeby spróbowali zgadnąć – bez zastanawiania się i przeliczania w głowie – ilu tygodni życia może się spodziewać przeciętna osoba. Pewna znajoma podała liczbę sześciocyfrową. Poczułem się zobligowany poinformować ją, że dość skromna liczba złożona z sześciu cyfr – 310 000 – wystarcza do wyrażenia przybliżonego czasu trwania cywilizacji ludzkiej liczonego od epoki starożytnych Sumerów w Mezopotamii. W każdej rozsądnej skali czasowej jako ludzie „wszyscy umrzemy lada chwila”[4], że się posłużę słowami współczesnego filozofa Thomasa Nagela.

Logika podpowiada zatem, że najważniejszym zagadnieniem zaprzątającym nasze myśli powinno być szeroko zdefiniowane zarządzanie czasem. Stanowi ono niejako naczelny sens życia. Niestety zarządzanie czasem w obecnej postaci, pospołu ze swoją modniejszą kuzynką, produktywnością, jest dyscypliną o przygnębiająco wąskich horyzontach, skoncentrowaną na tym, w jaki sposób odbębnić maksymalną liczbę zadań, opracować idealny plan poranka albo ugotować w niedzielne popołudnie górę obiadów na cały tydzień. Są to sprawy o pewnym znaczeniu, nie przeczę. Stanowią jednak ułamek tego, co ważne. Świat jest cudowny i pełen niespodzianek, tymczasem ze świecą szukać guru produktywności, którzy w ogóle wzięli pod uwagę, że nasze gorączkowe „robienie czegoś” mogłoby mieć na celu przeżycie większego ułamka tej cudowności. Co gorsza, świat ogółem sprawia wrażenie, jakby popadał w ruinę. Kultura polityczna zeszła na psy, pandemia sparaliżowała społeczeństwo, a planeta robi się coraz gorętsza. Ale spróbuj znaleźć system zarządzania czasem, który zostawi ci choćby chwilę na konstruktywne zaangażowanie w sprawy obywatelskie, bieżące wydarzenia albo los środowiska naturalnego. Mogłoby się wydawać, że wśród książek na temat produktywności będzie kilka, które poważnie traktują brutalne fakty na temat krótkości życia, zamiast udawać, że możemy je ignorować. Ale tak nie jest.

Ta książka jest zatem próbą przywrócenia równowagi. Postanowiłem sprawdzić, czy nie dałoby się odkryć albo odzyskać sposobów myślenia o czasie, które oddają sprawiedliwość naszej sytuacji: takich, które uwzględniają zarówno skandaliczną krótkość naszych czterech tysięcy tygodni, jak i oferowane przez nie olśniewające możliwości.

Życie na taśmie produkcyjnej

Zasadniczo nie trzeba dziś nikomu mówić, że nie mamy dość czasu – to oczywiste. Fiksujemy się na przepełnionych skrzynkach odbiorczych i wydłużających się listach zadań prześladowani przez poczucie winy, które podpowiada nam, że powinniśmy robić albo więcej, albo coś innego, albo i to, i to. (Skąd mamy pewność, że ludzie są tacy zajęci? To trochę jak w tym dowcipie: „Skąd mam wiedzieć, że ktoś jest weganinem? Nie przejmuj się, powie ci”). Badania konsekwentnie wykazują, że odczuwamy większą presję czasu niż kiedykolwiek wcześniej[5]. Tymczasem w 2013 roku zespół naukowców z Holandii przedstawił zabawną hipotezę, że badania ankietowe potencjalnie zaniżają skalę epidemii przepracowania… bo ludzie uważają się za zbyt zajętych, żeby brać udział w ankietach. W ostatnich latach, wraz ze wzrostem popularności elastycznych form zatrudnienia, przepracowaniu nadano nową markę – przemianowano je na „kulturę hustle”. W tej kulturze nieustannej pracy nie postrzega się jako brzemienia, lecz uważa się ją za ekscytujący styl życia, którym warto chwalić się w mediach społecznościowych. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z ekstremalną wersją problemu starego jak świat, czyli presji, by wcisnąć wydłużającą się w nieskończoność listę zajęć w skończony i ograniczony czas, jaki mamy każdego dnia.

Co więcej, nadmiar zajęć to tylko wierzchołek góry lodowej. Przyczyną niezadowolenia z najróżniejszych aspektów życia – jeśli się nad tym zastanowić – jest w gruncie rzeczy ograniczona ilość czasu. Spójrzmy chociażby na codzienną walkę z internetowymi rozpraszaczami. Albo na niepokojące wrażenie, że nasza zdolność do skupiania uwagi zmalała w takim stopniu, że nawet ci z nas, którzy w dzieciństwie byli molami książkowymi, teraz nie potrafią przeczytać jednego akapitu tekstu, nie czując potrzeby sięgnięcia po telefon. Powodem, dla którego tak bardzo martwi nas nasze zachowanie, jest to, że stanowi ono dowód porażki w zarządzaniu ograniczoną liczbą posiadanych chwil. (Czułbyś mniejszą pogardę do samego siebie za zmarnowanie poranka na Facebooku, gdybyś dysponował niewyczerpanym zapasem poranków). Albo może w twoim przypadku problemem nie jest nadmiar zajęć, lecz ich niedostatek. Może wegetujesz w nudnej pracy albo w ogóle nie jesteś zatrudniony. To również sytuacja, której przygnębiający charakter jest potęgowany przez krótkość życia, bo zużywasz swój ograniczony czas w sposób, który ci się nie podoba. Nawet niektóre z najgorszych zjawisk naszej epoki, jak na przykład agresja dyskursu politycznego albo terroryści radykalizowani przez filmy na YouTubie, można wyjaśnić w okrężny sposób, odwołując się do tych samych faktów związanych z krótkością życia. Firmy prowadzące media społecznościowe wiedzą, że nasze zasoby są bardzo ograniczone[6]. Dlatego opłaca im się nie przebierać w środkach, byle zagarnąć jak najwięcej naszego czasu i uwagi, i pokazywać nam materiały gwarantujące wywołanie wściekłości, zamiast nudniejszych, ale bardziej zgodnych z prawdą.

I wreszcie są jeszcze te odwieczne ludzkie dylematy. Z kim wziąć ślub? Czy mieć dzieci? Jaki wybrać zawód? Gdybyśmy żyli tysiące lat, również te decyzje byłyby dużo mniej bolesne, ponieważ mielibyśmy dziesięciolecia na wypróbowanie każdego możliwego rodzaju egzystencji. Jednocześnie żaden katalog kłopotów związanych z czasem nie będzie kompletny, jeśli nie obejmie pewnego niepokojącego zjawiska znanego każdemu, kto już przekroczył trzydziestkę. Mowa o przyśpieszaniu upływu czasu w miarę starzenia się. Odbywa się to stopniowo, aż w końcu – jeśli wierzyć siedemdziesięcio- i osiemdziesięciolatkom – mamy wrażenie, że miesiące zamieniają się w minuty. Trudno sobie wyobrazić okrutniejszy układ: nie dość, że nasze cztery tysiące tygodni nieustannie upływają, to im mniej nam ich zostaje, tym szybciej je tracimy.

Nasza relacja ze skończonością życia zawsze była trudna, ale niedawne wydarzenia doprowadziły sytuację do punktu krytycznego. W 2020 roku, kiedy lockdown związany z pandemią zmusił nas do zarzucenia normalnych zwyczajów, wiele osób donosiło, że ich poczucie czasu rozpadło się zupełnie i ustąpiło miejsca dezorientującemu wrażeniu, że dni jednocześnie upływają jak z bicza strzelił i niemiłosiernie się dłużą. Czas nas podzielił jeszcze bardziej niż dawniej. Dla tych, którzy mieli pracę i dzieci w domu, było go za mało. Osoby wysłane na przymusowy urlop i niezatrudnione miały go natomiast za dużo. Ludzie pracowali w dziwnych godzinach, w oderwaniu od rytmu dnia i nocy, garbiąc się w domach przed laptopami albo narażając życie w szpitalach i magazynach firm wysyłkowych. Miało się poczucie, że przyszłość uległa spauzowaniu. Wielu z nas utknęło, jak to ujął pewien psychiatra, „w nowego rodzaju wiecznej teraźniejszości”[7]. Ogarnął nas stan nerwowego zawieszenia wypełnionego przewijaniem zawartości mediów społecznościowych, chaotycznymi spotkaniami na Zoomie i bezsennością. Stan, w którym niemożliwe wydaje się robienie jakichkolwiek sensownych planów, a nawet chociażby wyobrażenie sobie, jak będzie wyglądało życie w następnym tygodniu.

W obliczu powyższego podwójnie frustrujące jest to, jak słabo większość z nas radzi sobie z zarządzaniem ograniczonym czasem. Jak często wysiłki, które podejmujemy, nie tylko spalają na panewce, ale wręcz pogarszają sprawę. Od lat bombarduje się nas przepisami na perfekcyjnie zoptymalizowane życie zawartymi w książkach o takich tytułach, jak Extreme Productivity [Ekstremalna produktywność], 4-godzinny tydzień pracy alboMądrzej, szybciej, lepiej, i na stronach pełnych life hacków uczących, jak zaoszczędzić kilka sekund na różnych codziennych obowiązkach. (Zwróć uwagę na specyficzną sugestię mieszczącą się w terminie „life hack”. Jakby należało traktować życie niczym wadliwy mechanizm wymagający modyfikacji, dzięki którym przestanie funkcjonować nieoptymalnie). Istnieją niezliczone apki i akcesoria pozwalające maksymalizować zysk z dnia roboczego, ćwiczeń fizycznych, a nawet snu. Możemy kupić napoje zastępujące posiłki, dzięki którym nie marnuje się czasu na jedzenie obiadu. Wszystkie te produkty i usługi, od sprzętu kuchennego począwszy, na bankowości internetowej skończywszy, są reklamowane jako sposób, by wycisnąć z naszego czasu jak najwięcej. Co – jak słyszymy zewsząd – jest kluczem do powodzenia.

Kłopot w tym, że choć te techniki i produkty działają, nie przynoszą oczekiwanego efektu. Owszem, pomagają wykonać więcej zadań, zdążyć na więcej zebrań, zawieźć dzieci na więcej zajęć dodatkowych… ale paradoksalnie skutkiem tego człowiek czuje się tylko bardziej zajęty, nerwowy i pusty w środku. W jednej ze swoich książek amerykański antropolog Edward T. Hall zauważył[8], że w nowoczesnym świecie czas jest niczym niemożliwa do zatrzymania taśma produkcyjna. Podsuwa nam nowe zadania, gdy tylko zdążymy uporać się ze starymi. Jedynym rezultatem zwiększenia produktywności jest to, że taśma przesuwa się szybciej. Albo w pewnej chwili się zacina. Obecnie powszechnie słyszy się o osobach, przede wszystkim młodych dorosłych, które doświadczają całkowitego i dogłębnego wypalenia. Objawia się ono niezdolnością do wykonywania nawet podstawowych codziennych obowiązków – paraliżującym wyczerpaniem „pokolenia precyzyjnych narzędzi formowanych od stadium embrionalnego w wydajne, bezduszne maszyny produkcyjne”[9], jak napisał krytyk społeczny Malcolm Harris, sam należący do milenialsów.

Większość rad dotyczących zarządzania czasem z jakiegoś powodu pomija tę irytującą prawdę na jego temat. Czas jest niczym niesforny dzieciak. Im bardziej starasz się go kontrolować, im bardziej zmuszasz go, żeby dostosował się do twoich planów, tym szybciej tracisz nad nim panowanie. Pomyśl, jak wiele technologii w zamierzeniu miało dać nam przewagę w walce z upływem czasu. Logiczne wydawałoby się, że w świecie pełnym zmywarek, kuchenek mikrofalowych i silników odrzutowych, które oszczędzają nam niezliczone godziny, czasu będzie więcej i pod dostatkiem. A jednak nikt nie ma takiego poczucia. Jest odwrotnie, życie przyśpiesza i wszyscy robimy się coraz bardziej niecierpliwi. Czekanie dwie minuty na zakończenie programu w mikrofali jest po stokroć bardziej denerwujące niż czekanie dwie godziny, aż potrawa upiecze się w piekarniku… a dziesięć sekund opóźnienia podczas ładowania strony internetowej wścieka nas bardziej niż trzy dni wyczekiwania, żeby otrzymać tę samą wiadomość tradycyjną pocztą.

Skutek odwrotny do zamierzonego daje także większość prób poprawy wydajności pracy. Kiedy kilka lat temu tonąłem w mailach, z powodzeniem wdrożyłem system znany jako Inbox Zero**. Szybko jednak odkryłem, że gdy człowiek stanie się mistrzem odpowiadania na maile, w jego skrzynce po prostu pojawia się o wiele więcej wiadomości. Ponieważ tona nowych maili sprawiła, że czułem się bardziej zapracowany, kupiłem książkę Getting Things Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności Davida Allena, guru zarządzania czasem. Skusiła mnie obietnica, że „mimo przytłaczającej nas liczby obowiązków, możliwe jest, abyśmy funkcjonowali efektywnie”[10] i zachowali stan, który mistrzowie sztuk walki nazywają „umysł jak woda”[11]. Nie dostrzegłem jednak, że w tekście Allena kryje się pewna prawda – że zawsze będę miał za dużo do zrobienia – i obrałem za cel wykonanie niemożliwie wielkiej ilości pracy. Przyznaję, że rzeczywiście zacząłem sprawniej odhaczać zadania z mojej listy. Niestety jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęło pojawiać się ich więcej. (Tak naprawdę to nie magia, tylko zwyczajna psychologia zaprawiana kapitalizmem. Więcej na ten temat później).

Zupełnie nie tak mieliśmy czuć się w przyszłości. W roku 1930 ekonomista John Maynard Keynes wygłosił przemówienie pod tytułem Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków, w którym zawarł słynną przepowiednię: w ciągu następnego stulecia wzrost bogactwa i postęp technologii sprawi, że nikt nie będzie musiał pracować więcej niż około piętnastu godzin tygodniowo. Wyzwaniem stanie się znalezienie sposobów wypełnienia całego czasu wolnego zajęciami, żeby nie zwariować. „Po raz pierwszy od chwili stworzenia – oznajmiał Keynes słuchaczom – człowiek będzie musiał zmierzyć się ze swoim prawdziwym, niezmiennym problemem: jak korzystać ze swojej wolności od palących trosk ekonomicznych”[12]. Keynes był jednak w błędzie. Okazuje się, że kiedy ludzie zarabiają dość, żeby zaspokoić swoje potrzeby, wyszukują nowe rzeczy, które uznają za potrzebne, i zaczynają aspirować do nowych stylów życia. Nie udaje im się dorównać sąsiadom, bo za każdym razem, kiedy pojawia się zagrożenie, że ich dogonią, obierają sobie za cel poziom życia innych, lepszych Kowalskich. W rezultacie pracują coraz ciężej i wkrótce zaczynają widzieć w swoim nadmiarze pracy symbol prestiżu. Jest to ewidentnie absurdalne. Niemalże cała historia ludzkości dowodzi, że ludzie bogacili się wyłącznie po to, żeby pracować mniej. Co gorsza, pracoholizm osób, którym wiedzie się lepiej, jest zaraźliwy, ponieważ jedną z najskuteczniejszych metod zarobienia jeszcze większych pieniędzy dostępnych tym na szczycie jest ograniczenie kosztów i poprawienie wydajności ich firm i branż. Oznacza to większą niestabilność osób na niższych szczeblach drabiny, które muszą pracować ciężej, żeby w ogóle się utrzymać.

Skutki robienia nie tych rzeczy, co trzeba

Wreszcie docieramy do sedna problemu, do pewnego wrażenia, które tkwi głębiej w duszy i trudno je wyrazić słowami. Chodzi o poczucie, że mimo ogromu wykonywanej pracy nawet stosunkowo uprzywilejowanym członkom naszej społeczności rzadko udaje się robić to, co powinni. Wyczuwamy, że istnieją sposoby spędzania czasu, które są ważne i dają spełnienie, nawet jeśli nie w pełni umiemy określić, na czym polegają. Tymczasem systematycznie zużywamy nasze dni na co innego. Pragnienie, by nasze życie znaczyło coś więcej, przybiera różne postaci. Może się wyrazić, na przykład, poprzez potrzebę oddania się jakiejś sprawie, przez intuicyjne poczucie, że dany moment w historii wymaga od nas czegoś więcej niż zwykłego zarabiania i wydawania. Jest jednak tak samo obecne w uczuciu frustracji spowodowanym pracą wykonywaną tylko po to, żeby wykupić skrawki czasu, w którym będziemy mogli oddać się zajęciu, które uwielbiamy, i w zwyczajnej potrzebie, by spędzić większą część swojego krótkiego czasu na ziemi z dziećmi, wśród natury albo przynajmniej nie na dojeżdżaniu do pracy. Charles Eisenstein, ekolog i autor książek na temat duchowości, wspomina moment, w którym po raz pierwszy wyczuł ten zasadniczy błąd w sposobie, w jaki wykorzystujemy czas. Był wtedy dzieckiem wychowującym się wśród wygód materialnych w Ameryce lat siedemdziesiątych XX wieku:

Życie, byłem przekonany, miało być radośniejsze, autentyczniejsze, pełniejsze znaczenia, a świat miał być piękniejszy. Nie mieliśmy nienawidzić poniedziałków ani wyczekiwać weekendów i wakacji. Nie mieliśmy być zmuszani do podnoszenia ręki i proszenia nauczyciela o pozwolenie, żeby zrobić siku. Nie mieliśmy być zamykani, dzień za dniem, wewnątrz budynków, kiedy jest piękna pogoda[13].

Starania, które podejmujemy w celu zwiększenia produktywności, mają to do siebie, że spychają rzeczy naprawdę ważne jeszcze dalej za horyzont i pogłębiają wrażenie, że coś jest nie w porządku. Spędzamy dni, „przekopując się” przez zadania, żeby „mieć je z głowy”. Psychicznie mieszkamy więc w przyszłości, czekając na chwilę, w której nareszcie zajmiemy się tym, co ma dla nas autentyczne znaczenie. W międzyczasie zaś niepokoimy się, że jesteśmy nie dość dobrzy, że prawdopodobnie brakuje nam motywacji i wytrwałości potrzebnej, by utrzymać tempo narzucane obecnie przez życie. „Duchem naszych czasów jest ponury pośpiech”[14] – pisze eseistka Marilynne Robinson, która zauważa, że wielu z nas spędza życie, „przygotowując siebie i swoje dzieci do roli narzędzia pozwalającego osiągnąć zagadkowy cel wybrany zupełnie bez naszego udziału”. Wysiłek, który wkładamy w utrzymanie się na powierzchni, zapewne jest w czyimś interesie. Przepracowywanie większej liczby godzin i wydawanie dodatkowych zarobków na kolejne dobra konsumenckie czyni z nas sprawniejsze trybiki w maszynie gospodarczej. Nie skutkuje jednak spokojem ducha. Nie prowadzi do przeznaczania większej ilości naszego limitowanego czasu na osoby i rzeczy, na których nam samym najbardziej zależy.

Cztery tysiące tygodni to kolejna książka o tym, jak najlepiej wykorzystać czas. Przyświeca jej jednak przekonanie, że zarządzanie czasem w formie, którą znamy, poniosło porażkę na całej linii i musimy przestać udawać, że jest inaczej. Moment historyczny, w którym się znajdujemy, przepełniony osobliwym poczuciem, że czas zerwał się z cumy, stwarza idealną możliwość, by na nowo rozważyć nasz stosunek do upływu dni. Myśliciele z poprzednich epok mierzyli się z tym wyzwaniem na długo przed nami. Kiedy spojrzymy na dzisiejsze czasy przez pryzmat ich wiedzy, wychodzą na jaw pewne prawdy. Produktywność to pułapka. Jedyne, czym owocuje większa wydajność, to większy pośpiech, a im bardziej staramy się oczyścić przedpole, tym więcej mamy pracy. Ani jedna osoba w historii ludzkości nie osiągnęła mitycznej równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym i na pewno tobie też to się nie uda, nawet jeśli będziesz papugować „sześć rzeczy, które ludzie sukcesu robią przed siódmą rano”. Nie doczekasz dnia, w którym nareszcie będziesz miał wszystko pod kontrolą. Nie licz, że uda ci się opanować powódź maili, że listy zadań do wykonania przestaną się wydłużać, że zaczniesz nadążać z wykonywaniem obowiązków w pracy i życiu domowym, że ludzie przestaną złościć się na ciebie z powodu niewywiązania się z terminów albo popełniania błędów i że perfekcyjnie zoptymalizowana osoba, którą się staniesz, będzie w końcu mogła zająć się tym, co nadaje życiu sens. Zacznijmy od przyznania się do porażki: żadne z powyższych nie dojdzie do skutku.

Ale wiesz co? To wspaniała wiadomość.

* W istocie Seneka zauważa, że życie człowieka wcale nie jest krótkie – jeśli potrafi się odpowiednio z niego korzystać (wszystkie przypisy dolne pochodzą od redakcji).

** Inbox Zero – technika organizacji wiadomości e-mailowych polegająca na ich kategoryzacji. Wiadomości, które nie wymagają działania ze strony odbiorcy, przenoszone są do specjalnych folderów, dzięki czemu widzimy tylko te, które w danym momencie są dla nas istotne.

Część I

Zdecyduj się decydować o sobie

1

Życie w zgodzie z ograniczeniami

Nasz zasadniczy problem nie polega na tym, że dysponujemy ograniczoną ilością czasu. Dużo szkodliwszy – mam nadzieję, że cię przekonam – jest nieświadomie odziedziczony uciążliwy zestaw wytycznych dotyczących spędzania czasu, które zasadniczo gwarantują, że zrobimy sobie krzywdę. Aby zrozumieć, dlaczego znaleźliśmy się w tej sytuacji i w jaki sposób możemy się z niej wyrwać i nawiązać zdrowszą relację z czasem, musimy cofnąć zegar. Do czasów, w których zegary nie istniały.

Ogółem rzecz ujmując, zdecydowanie powinieneś się cieszyć, że nie urodziłeś się jako chłop we wczesnośredniowiecznej Anglii. Na przykład dużo mniej prawdopodobne byłoby, że w ogóle dożyjesz dorosłości. A nawet gdyby ci się udało, czekałoby cię życie, którego ramy wyznaczałaby służba. Cierpiałbyś biedę, uprawiając w pocie czoła ziemię, na której pozwolił ci mieszkać lokalny władca w zamian za lwią część plonów albo zarobków uzyskanych z ich sprzedaży. Także kościół wyciągałby regularnie rękę po daninę, a ty nie śmiałbyś odmówić, bo za bardzo przerażałaby cię wizja wiecznego potępienia. Na noc wracałbyś do jednoizbowej chaty. Sypiałbyś w niej nie tylko z pozostałymi członkami rodziny (którzy podobnie jak ty rzadko by się myli i szorowali zęby), ale także ze świniami i kurczakami, które na noc zabierałbyś do wnętrza. Przecież po lasach wciąż grasowały niedźwiedzie i wilki, które nie gardziły zwierzętami zostawionymi poza domem po zmierzchu. Nieodłącznym towarzyszem twojej niedoli byłyby także choroby: odra, grypa, dżuma dymienicza, a nawet ergotyzm, zwany ogniem świętego Antoniego[15], czyli rodzaj wywoływanego przez zagrzybione ziarno zatrucia pokarmowego, którego ofiary wpadały w delirium i miały wrażenie, że ich skóra płonie albo że są gryzione przez niewidzialne zęby.

Czas przed zarządzaniem czasem

Jednego rodzaju problemów prawie na pewno byś jednak nie doświadczył – tych związanych z czasem. Nawet podczas najbardziej wyczerpujących dni prawdopodobnie nie przyszłoby ci do głowy, że masz za dużo do zrobienia, musisz się śpieszyć, życie płynie za szybko, a już na pewno nie uznałbyś, że źle zrównoważyłeś pracę i życie osobiste. Z kolei w spokojniejsze dni nigdy nie odczuwałbyś nudy. I choć śmierć stale zaznaczała swoją obecność, a ludzie umierali przedwcześnie o wiele częściej niż dziś, nie miałbyś wrażenia, że twój czas jest ograniczony. Nie odczuwałbyś presji, żeby go oszczędzać. Nie gnębiłoby cię także poczucie winy związane z jego marnowaniem. Gdybyś zrobił sobie popołudniową przerwę od młócenia zboża, żeby obejrzeć walkę kogutów na wioskowym placu, nie miałbyś wrażenia, że wymigujesz się od pracy. I wcale nie wynikałoby to stąd, że życie płynęło wtedy wolniej albo że średniowieczni chłopi mniej się stresowali i chętniej godzili się z przeznaczeniem. Działo się tak dlatego, że – o ile wiemy – zasadniczo w ogóle nie odbierali czasu jako abstrakcyjnego tworu, jako czegoś.

Jeśli brzmi to zagadkowo, to dlatego, że jest w nas bardzo głęboko zakorzeniony – tak głęboko, że przestaliśmy go zauważać – współczesny sposób postrzegania czasu. Jesteśmy niczym ryby, które wody nie widzą, bo całkowicie je otacza. Wystarczy jednak odrobinę zdystansować się mentalnie, a nasza perspektywa zaczyna wyglądać dość osobliwie. Wyobrażamy sobie czas jako coś odrębnego od nas i otaczającego nas świata, „niezależny świat matematycznie mierzalnych sekwencji”[16], że posłużę się słowami amerykańskiego krytyka kultury Lewisa Mumforda. Aby zrozumieć, co miał na myśli, wyobraź sobie jakieś pytanie związane z czasem, na przykład: w jaki sposób planujesz spędzić jutrzejsze popołudnie albo co osiągnąłeś w ubiegłym roku. Najprawdopodobniej – i początkowo nie zdając sobie z tego w pełni sprawy – zwizualizujesz sobie kalendarz, liniał, miarkę taśmową, cyfry na tarczy zegara albo jakąś mglistą, bardziej abstrakcyjną linię czasu. Następnie zaczniesz mierzyć i oceniać swoje prawdziwe życie według tej wyimaginowanej miary, w myślach układając poczynania w kolejności chronologicznej. Właśnie o to chodziło Edwardowi Hallowi, kiedy obrazował czas jako taśmę, która nieustannie przesuwa się do przodu. Każda godzina, tydzień czy rok jest niczym umieszczony na pasie pojemnik, który musimy napełnić, kiedy nas mija, jeśli nie chcemy odczuć, że marnujemy czas. Jeśli mamy do zrobienia więcej, niż swobodnie mieści się w pojemnikach, czujemy się nieprzyjemnie zajęci. Kiedy zadań jest za mało, nudzimy się. Kiedy nadążamy z napełnianiem pojemników, gratulujemy sobie, że dajemy radę, i mamy poczucie, że nasza egzystencja jest usprawiedliwiona. Jeśli zbyt wiele naczyń odjedzie pustych, czujemy, że je zmarnowaliśmy. A jeśli wykorzystamy pojemniki oznaczone „czas pracy” do celów wypoczynkowych, nasz pracodawca może się zirytować. (Zapłacił za nie. Należą do niego!)

Średniowieczny chłop najzwyczajniej w świecie nie miał powodu, żeby wcielać w życie tak dziwaczną koncepcję. Wstawał skoro świt i kładł się spać o zmierzchu, a długość dni zmieniała się w zależności od pory roku. Nie było potrzeby, by traktować czas jako abstrakcyjne oddzielne zjawisko: doiło się krowy, kiedy wymagały dojenia, i zbierało plon w okresie żniw, a każdy, kto spróbowałby podporządkować te czynności zewnętrznemu harmonogramowi – na przykład wydoić miesięczną porcję mleka jednego dnia albo spowodować, że żniwa rozpoczną się szybciej – byłby słusznie traktowany, jakby brakowało mu piątej klepki. Nie występowała również stresotwórcza potrzeba „zrobienia wszystkiego”, bo praca rolnika jest nieskończona. Do końca życia będą na niego czekały krowy do wydojenia i plony do zebrania, więc nie ma sensu brać udziału w wyścigu ku hipotetycznemu końcowi. Historycy nazywają ten sposób organizacji pracy orientacją na zadanie, ze względu na to, że rytm życia jest dyktowany przez charakter zadań właśnie, a nie konieczność wpasowania się w abstrakcyjny harmonogram, która współcześnie stała się dla nas czymś naturalnym. (Jest coś kuszącego w myśleniu o średniowiecznym życiu jako toczącym się powoli. Trafniejsze jednak będzie stwierdzenie, że koncepcja życia toczącego się powoli byłaby niezrozumiała dla większości ludzi z tamtego okresu. Powoli w porównaniu z czym?) Zanim upowszechniły się zegary, aby wyjaśnić, jak długo coś miało potrwać, należało użyć porównania do czasu trwania innej czynności. W zapisach średniowiecznych z terenów dzisiejszej Anglii spotyka się sformułowanie „Miserere whyle”[17], które oznacza czas potrzebny na wyrecytowanie Psalmu 50. Znane są także odniesienia do czasu, jaki zajmuje oddanie moczu.

Można sobie wyobrazić, że życie prowadzone w ten sposób odbieralibyśmy jako pełniejsze, bardziej płynne i przesiąknięte czymś, co bez większej przesady można by nazwać magią. Możliwe, że mimo wielu realnych niedostatków trapiących naszego chłopa wyczuwał on w otaczającym go świecie coś przepięknego i godnego podziwu. Ponieważ nie dręczyła go świadomość ulatującego czasu, być może postrzegał otoczenie bardziej intensywnie, doznawał poczucia bezczasu, które współczesny franciszkanin i pisarz Richard Rohr nazywa „życiem w głębokim czasie”[18]. Możliwe, że o zmierzchu średniowieczny mieszkaniec wsi oprócz niedźwiedzi i wilków skradających się w lesie słyszał także szept duchów. A kiedy orał pola, czuł się maleńkim skrawkiem ogromnej połaci historii, w której jego dalecy przodkowie wydawali się prawie tak samo żywi jak jego własne dzieci. Możemy z dużą dozą pewności potwierdzić, że naprawdę tak było, bo do dziś napotykamy okazjonalnie wysepki głębokiego czasu. Ma to miejsce w chwilach, w których, jak napisał Gary Eberle, wślizgujemy się „do krainy, w której jest dość wszystkiego, w której nie staramy się zapełnić pustki ziejącej w nas albo w świecie”[19]. Granica pomiędzy naszym ja a resztą rzeczywistości zaciera się, a czas staje w miejscu. „Zegar, rzecz jasna, nie zatrzymuje się – pisze Eberle – ale przestajemy słyszeć jego tykanie”[20].

Niektórzy ludzie wpadają w ten stan podczas modlitwy, medytacji albo na widok oszałamiającego krajobrazu. Jestem niemal przekonany, że mój syn spędził w nim cały okres niemowlęcy i dopiero teraz zaczyna się z niego wydostawać. (Póki nie przestawimy dzieci na harmonogramy, są perfekcyjnym przykładem istot zorientowanych na zadanie. Prawdopodobnie wyjaśnia to, pospołu z niedoborem snu, nieziemskość pierwszych kilku miesięcy spędzonych z noworodkiem. Jesteśmy przeciągani z czasu zegarowego do głębokiego, czy nam się to podoba, czy nie). Również szwajcarski psycholog Carl Gustav Jung doświadczył takiego zanurzenia się w głębinach bezczasu. Stało się to w Kenii w 1925 roku, kiedy w blasku wschodzącego słońca szykował się do pieszej wycieczki:

Znalazłszy się na niskim wzgórzu, górującym nad rozległymi przestrzeniami sawanny, ujrzeliśmy – aż po horyzont – niezliczone stada zwierząt: gazele, antylopy, gnu, zebry, guźce i tak dalej. Stada płynęły, unoszone leniwym prądem, pochylone zwierzęta, potrząsając głowami, pasły się w wysokiej trawie – ledwie było słychać melancholijny krzyk ptaków drapieżnych. Była to cisza wiecznego początku – cisza świata takiego, jakim był zawsze w stanie niebytu… Oddaliłem się od moich towarzyszy, aż straciłem ich z oczu – dostatecznie daleko, bym mógł mieć uczucie, że jestem całkiem sam[21].

Koniec wieczności

Poświęcanie tak niewielkiej uwagi czasowi jako abstrakcyjnej koncepcji ma niestety jedną ogromną wadę, a mianowicie znacznie ogranicza zakres potencjalnych osiągnięć. Możesz być drobnym rolnikiem, który ustala swój harmonogram zajęć, opierając się na cyklu pór roku, ale na tym zasadniczo kończą się twoje możliwości (to samo dotyczy malutkich dzieci). Kiedy tylko pojawia się potrzeba koordynacji działań więcej niż garstki osób, w użycie musi wejść sprawdzona, wspólnie ustalona metoda mierzenia czasu. Powszechnie uważa się, że prawidłowość ta była przyczynkiem do powstania pierwszych zegarów mechanicznych. Ich twórcami byli średniowieczni mnisi, którzy musieli rozpoczynać poranne modły przed świtem i potrzebowali sposobu, by wybudzić cały klasztor o wymaganej porze. (Wcześniej, na przykład, oddelegowywano jednego mnicha do pełnienia warty i obserwowania przez całą noc ruchu gwiazd. Strategia ta nie sprawdzała się, kiedy niebo było zachmurzone albo nocny wartownik zasnął). Nieodłącznym skutkiem standaryzacji i uwidocznienia czasu było skłonienie ludzi do myślenia o nim jako abstrakcyjnym, niezależnie występującym zjawisku, odrębnym od czynności, na które można go było spożytkować. Czas stał się tym, co upływa wraz z ruchem wskazówek wokół tarczy zegara. Mumford w swoim opus magnum z 1934 roku, Technika a cywilizacja, dowodzi, że samo wynalezienie silnika parowego prawdopodobnie nie wystarczyłoby do rozpoczęcia rewolucji przemysłowej – potrzebny był także czasomierz. Pod koniec XVIII wieku do angielskich miast masowo napływała ludność wiejska, która podejmowała pracę w zakładach i fabrykach. Każde z tych miejsc pracy wymagało koordynacji setek osób pracujących w określonych godzinach, często sześć dni w tygodniu, w celu utrzymania ciągłości działania maszyn.

Naturalną wypadkową traktowania czasu jako zjawiska abstrakcyjnego jest skłonność, by postrzegać go jako zasób. Coś, co należy jak najwydajniej kupować i sprzedawać, podobnie jak węgiel, żelazo albo inny surowiec. Wcześniej pracowników wynagradzano za mało konkretnie zdefiniowany dzień pracy albo w systemie akordowym, czyli wypłacając określoną sumę za belę siana albo ubitą świnię. Stopniowo jednak upowszechniło się wynagrodzenie godzinowe. Dzięki niemu ci właściciele fabryk, którzy najskuteczniej wykorzystywali czas swoich robotników, wyciskając z niego jak najwięcej pracy, mogli liczyć na wyższe zyski niż konkurencja. W rezultacie najwięksi zdziercy wśród przemysłowców nabrali przekonania, że robotnicy, którzy nie zmuszali się do bardzo ciężkiej pracy, byli dosłownie winni kradzieży. „Różne osoby dopuściły się wobec mnie strasznych oszustw”[22] – wściekał się magnat stalowy Ambrose Crowley z angielskiego hrabstwa Durham w liście do pracowników z lat dziewięćdziesiątych XVIII wieku, w którym ogłosił wprowadzenie nowych kar w postaci potrąceń z pensji za „palenie, śpiewanie, czytanie wiadomości prasowych, spory, kłótnie, wszelkie czynności niezwiązane z działalnością mojej firmy [albo] inne podejrzane zachowania”. Z punktu widzenia Crowleya rozkojarzeni pracownicy kradli pojemniki z jego taśmociągu czasu.

Nie musisz zgadzać się z Mumfordem, który miejscami sugeruje, że wynalezienie zegara jest jedyną przyczyną wszystkich naszych obecnych kłopotów związanych z czasem. (Ja z pewnością nie opowiem się za powrotem do stylu życia średniowiecznych chłopów). Pewna granica została jednak przekroczona. Wcześniej czas był medium, w którym toczyło się życie, tworzywem, z którego życie było wykonane. Później, kiedy w umysłach większości ludzi czas i życie uległy rozdzieleniu, stał się rzeczą, którą się zużywa – i ta właśnie zmiana była warunkiem wstępnym dla wszystkich specyficznych dla obecnej epoki sposobów, w jaki czas sprawia nam kłopoty. Traktowaniu czasu jako zasobu do wykorzystania towarzyszy zewnętrzna lub wewnętrzna presja, żeby wykorzystywać go dobrze i robić sobie wyrzuty, kiedy ma się wrażenie, że się go zmarnowało. W zderzeniu z przesadnymi oczekiwaniami łatwo dojść do wniosku, że jedynym rozwiązaniem jest lepsze wykorzystanie czasu. Zwiększamy wydajność, zmuszamy się do cięższej albo dłuższej pracy – zupełnie jakbyśmy byli maszynami z epoki rewolucji przemysłowej – zamiast zadać sobie pytanie, czy to nie wymagania, które nam się stawia, są nierealistyczne. Zaczyna nas kusić wielozadaniowość, czyli wykonywanie dwóch zajęć w tym samym czasie. Jednym z pierwszych, którzy to zauważyli, był niemiecki filozof Friedrich Nietzsche. „Myśli się z zegarkiem w ręku – narzekał w rozprawie z 1887 roku* – jak się je obiad, z okiem zwróconem na gazetę giełdową”[23]. Intuicja coraz silniej nakazuje przenosić się myślami w wyimaginowaną przyszłość, przez co pogrążamy się w niepokoju o to, czy sprawy potoczą się tak, jakbyśmy chcieli. Stąd już niedaleko do sytuacji, w której poczucie własnej wartości całkowicie uzależnia się od sposobu, w jaki wykorzystujemy czas. Z wody, w której pływamy, przeistacza się on w coś, co trzeba zdominować i kontrolować, żeby nie narastało w nas poczucie winy, panika albo wrażenie przytłoczenia. Zjawisko to doskonale podsumowuje tytuł książki, która pojawiła się niedawno na moim biurku: Zapanuj nad czasem i zostań panem swojego życia[24].

Fundamentalna słabość takiego nastawienia do czasu polega na tym, że popycha nas do udziału w ustawionej grze, w której nieustannie towarzyszy nam wrażenie, że mogliśmy dać z siebie więcej. Zamiast pozwolić życiu płynąć wraz z upływem czasu – można powiedzieć: zamiast traktować je, jakby było czasem – oceniamy każdą chwilę głównie przez pryzmat użyteczności. Chcemy, żeby przybliżała nas do jednego z przyszłych celów albo do oazy relaksu, do której mamy nadzieję dotrzeć po odbębnieniu obowiązków. Wydaje się to poniekąd sensownym sposobem na życie, szczególnie gdy przesycony konkurencją klimat ekonomiczny wywołuje poczucie, że tylko rozsądne wykorzystywanie czasu pomoże nam utrzymać się na powierzchni. (Odzwierciedla także filozofię, w której została wychowana większość z nas: żeby przedkładać przyszłe korzyści ponad doraźną przyjemność). Ostatecznie jednak zwraca się przeciw nam. Wyszarpuje nas z chwili obecnej i skutkuje życiem spędzonym z głową w przyszłości, pełnym niepokoju o to, czy nam się powiedzie, każącym przeżywać wszystko pod kątem przyszłych potencjalnych korzyści. Są to warunki, w których nie można liczyć na spokój ducha. Nie sposób także doświadczyć „czasu głębokiego” – tego poczucia bezczasu, które wymaga, by oderwać się od abstrakcyjnych miar i z powrotem zanurzyć się w intensywnej rzeczywistości.

W miarę rosnącej dominacji tego nowoczesnego nastawienia, jak pisze Mumford, „wieczność stopniowo przestała pełnić rolę miary i celu ludzkich poczynań”[25]. Jej miejsce zajęła dyktatura zegara, harmonogramu i powiadomień kalendarza Google, „ponury pośpiech” Marilynne Robinson i nieustające poczucie, że powinniśmy robić więcej. Jak się okazuje, kiedy podejmujesz próbę zawładnięcia czasem, w rezultacie to czas przejmuje władzę nad tobą.

Wyznania maniaka produktywności

Pozostała część tej książki będzie poświęcona omówieniu takiego nastawienia do czasu, które uważam za zdrowsze dla psychiki. Przedstawię również wiele praktycznych narzędzi pozwalających wcielić to podejście w życie. Zaczerpnąłem je z dorobku filozofów, psychologów i przewodników duchowych, którzy odrzucili koncepcję zmagania się z czasem. Uważam, że moja filozofia kreśli ramy życia znacznie obfitszego w spokój i poczucie, że coś znaczymy – a przy okazji najprawdopodobniej bardziej sprzyjającego długofalowej produktywności. Chciałbym jednak, żebyśmy się dobrze zrozumieli: osobiście spędziłem wiele lat, starając się (bez powodzenia) zawładnąć swoim czasem. W gruncie rzeczy podgatunek, do którego należałem, wykazuje szczególnie rażące objawy patologii czasowej. Byłem maniakiem produktywności. To ktoś w pewnym sensie przypominający entuzjastę innych dziedzin, na przykład kulturystyki, mody, wspinaczki skałkowej albo poezji, ale pasjonujący się czymś nieskończenie smutniejszym – odhaczaniem pozycji z list zadań do wykonania.

Moje przygody z Inbox Zero stanowiły ledwie wierzchołek góry lodowej. Zmarnowałem niezliczone godziny (i sporo pieniędzy wydanych głównie na luksusowe notatniki i flamastry) w służbie przekonania, że jeśli tylko znajdę odpowiedni dla siebie system zarządzania czasem, wpoję sobie odpowiednie nawyki i zdyscyplinuję się w wystarczającym stopniu, to nareszcie, raz na zawsze, okiełznam czas. (Moim urojeniom sprzyjało prowadzenie cotygodniowej rubryki na temat produktywności w pewnej gazecie**. Miałem więc wymówkę, żeby eksperymentować z nowymi technikami, rzekomo w celach zawodowych. Byłem niczym alkoholik, który szczęśliwym trafem znalazł pracę jako kiper). Jednego tygodnia podzieliłem wszystkie dni na piętnastominutowe segmenty. Innego pracowałem wyłącznie w dwudziestopięciominutowych interwałach przedzielonych pięciominutowymi przerwami, odmierzając czas za pomocą minutnika kuchennego. (Podejście to ma oficjalną nazwę – technika pomodoro – i jest przedmiotem kultu w internecie). Przydzieliłem zadaniom z moich list priorytet A, B i C. (Jak sądzisz, ile zadań z kategorii B i C udało mi się wykonać?) Postarałem się dobierać codzienne zajęcia tak, by zgadzały się z moimi celami, a cele tak, by były kompatybilne z moimi wartościami. Korzystanie z tych technik często dawało mi poczucie, że jestem u progu złotej ery produktywności, pełnej spokoju, koncentracji i postępowania mającego głębszy sens. Na tym jednak się kończyło. W rezultacie byłem coraz bardziej zestresowany i nieszczęśliwy.

Pamiętam, jak pewnego zimowego poranka w 2014 roku siedziałem na ławce w parku nieopodal mojego domu w Brooklynie, niepokojąc się jeszcze bardziej niż zwykle ogromem niewykonanych zadań, i nagle zdałem sobie sprawę, że żadna z tych metod nie miała prawa zadziałać. Prawdopodobieństwo, że znajdę w sobie siły, aby być na tyle wydajnym, zdyscyplinowanym i wytrwałym, by nabrać poczucia, że panuję nad sytuacją, wypełniam wszystkie zobowiązania i nie muszę niepokoić się o przyszłość, było zerowe. Paradoksalnie, w chwili, w której zdałem sobie sprawę, że strategia, która miała mi zapewnić spokój ducha, jest bezużyteczna, ogarnął mnie właśnie ten spokój. (W końcu dużo trudniej wyrzucać sobie niepowodzenie, kiedy nabierze się przekonania, że cel jest nieosiągalny). Było jednak coś, czego wtedy jeszcze nie rozumiałem, a mianowicie – dlaczego wszystkie metody, które testowałem, były skazane na porażkę. Otóż próbowałem za ich pomocą osiągnąć coś, co miało na zawsze pozostać poza moim zasięgiem: poczucie kontroli nad swoim życiem.