Człowiek, który wymyślił Amerykę. George Washington i narodziny nowego świata - Ron Chernow - ebook + książka

Człowiek, który wymyślił Amerykę. George Washington i narodziny nowego świata ebook

Ron Chernow

0,0
149,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Miłośnik wolności i właściciel niewolników. Wycofany dżentelmen i porywający przywódca. Człowiek głęboko religijny, ale uchodzący za deistę. George Washington to postać pełna paradoksów i równie skomplikowana jak Stany Zjednoczone Ameryki, których był współtwórcą i pierwszym prezydentem.

Ron Chernow w swojej nagrodzonej Pulitzerem książce oprowadza nas po XVIII-wiecznej Ameryce – najpierw brytyjskiej kolonii, a następnie młodym, niepodległym państwie. Na tym tle autor maluje fascynujący portret Washingtona – opisuje jego bitwy, miłości, nietypowe zwyczaje, a nawet… problemy dentystyczne. Monumentalne dzieło Chernowa czyta się niczym powieść historyczną pełną intryg politycznych, niezwykłych postaci, przełomowych wydarzeń oraz opisów życia codziennego amerykańskiej elity.

Washington to znakomite wprowadzenie do skomplikowanej historii USA, a także jedna z najbarwniejszych biografii historycznych, które powstały w XXI wieku.

Ron Chernow – wielokrotnie nagradzany amerykanki dziennikarz, historyk i biograf. Na podstawie jego bestsellerowej biografii Alexandra Hamiltona, bliskiego współpracownika Washingtona, powstał głośny musical Hamilton w reżyserii Lin-Manuela Mirandy.

Wspaniałe osiągnięcie. „The Washington Post”

Znakomicie tłumaczy rewolucję amerykańską, fundament tego kraju. „USA Today”

Chernow ma nadzwyczajne zrozumienie ludzkiej natury i to sprawia, że jego biografia jest tak poruszająca. „The New York Review of Books”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1818

Data ważności licencji: 2/23/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuWashington: A LifeCopyright © 2010 by Ron Chernow

Polish translation rights arranged with Melanie Jackson Agency, LLC through AJA Anna Jarota Agency

Projekt okładkiTomasz Majewski

Ilustracje na okładce

Gilbert Charles Stuart, Jerzy Washington (Athenaeum), DKart/iStock by Getty Images

Emanuel Leutze, Washington przekraczający Delaware, TonyBaggett/iStock by Getty Images

Redaktorzy inicjującyKarolina PawlikBartłomiej Nawrocki

Redaktorzy prowadzącyAdam ZechenterUrszula Ilnicka-Gębarowska

Koordynacja procesu wydawniczegoAgata Błasiak

Redakcja i indeksBogumiła Ziembla / Wydawnictwo JAK

KorektaAneta Tkaczyk, Maria Armata / Wydawnictwo JAK

© Copyright for the translation by Jan Dzierzgowski© Copyright for the Polish edition by SIW Znak sp. z o. o., 2026

ISBN 978-83-8427-528-3

Znak Horyzontwww.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected] I (IV), Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Valerie, in memoriam

Proste fakty będą mu najlepszą, najwspanialszą mową pogrzebową.

Abigail Adams, po śmierci George’a Washingtona

Uwaga na temat cytatów

Wielokrotnie cytuję w książce korespondencję George’a Washingtona, pozwoliłem więc sobie unowocześnić oryginalną ortografię i interpunkcję. Biografowie niechętnie rezygnują z rozmaitych dziwactw dawnego języka, gdyż traci się przez to jego specyfikę. Niestety, wyrazisty styl Washingtona często wydaje się współczesnym czytelnikom niezręczny, choćby z powodu źle stawianych przecinków. Jeśli poprawić interpunkcję, cytaty nabierają płynności. Niekiedy zachowywałem specyficzną oryginalną pisownię, by podkreślić ekscentryczność lub brak wykształcenia cytowanej osoby. Poza tym w żaden sposób nie ingerowałem w treść przywoływanych materiałów źródłowych.

Wstęp

Portrecista

W marcu 1793 roku Gilbert Stuart przepłynął północny Atlantyk, aby zabiegać o zamówienie, które każdy ambitny portrecista tamtej epoki uznałby za największy triumf zawodowy: pragnął namalować George’a Washingtona. Urodził się na Rhode Island, dorastał w Newport, lecz podczas wojny uciekł do Londynu, zwabiony jego kosmopolitycznym urokiem, przez następne osiemnaście lat tworzył więc głównie portrety brytyjskich i irlandzkich dostojników. Ze względu na przesadne zamiłowanie do alkoholu, konieczność utrzymania nielichej gromadki dzieci i skłonność do szastania pieniędzmi w 1789 roku wylądował w więzieniu Marshalsea w Dublinie, najprawdopodobniej z powodu długów. W tym samym roku Washington został pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Stuart, człowiek impulsywny i niespolegliwy, miał na koncie wiele nieukończonych portretów i zatargi z rozmaitymi niezadowolonymi zleceniodawcami. Pokładał ogromne nadzieje w Washingtonie, uznał, że jeśli zdoła wkraść się w jego łaski, raz na zawsze uwolni się od coraz bardziej zniecierpliwionych wierzycieli. „Gdy tylko uskładam stosowną sumkę na podróż do Ameryki, wracam do ojczyzny”, zwierzał się z entuzjazmem przyjacielowi. „Spodziewam się, że dzięki Washingtonowi zbiję tam majątek. Będę zabiegał o to, by zamówił u mnie kilka portretów […], jeśli mi się poszczęści, zdołam spłacić długi w Anglii i Irlandii”1. Na namalowanym kilkanaście lat wcześniej autoportrecie przedstawił siebie jako człowieka o niespokojnej duszy. Świadczyły o tym choćby zmierzwione rude włosy, błękitne oczy o przenikliwym spojrzeniu, wydatny nos i podbródek wysunięty zadziornie do przodu. Trudno było oczekiwać, że tak pobudliwy, a co gorsza, niechlujny osobnik przypadnie do gustu George’owi Washingtonowi, który zawsze charakteryzował się nienagannymi manierami i przykładał do nich ogromną wagę.

Zadomowiwszy się w Nowym Jorku, Stuart rozpoczął starania, by wkraść się w łaski prezydenta, wykazując przy tym skrupulatność godną stratega planującego kampanię wojskową. Na początek przekonał do siebie Johna Jaya, pierwszego przewodniczącego Sądu Najwyższego, a zarazem zaufanego przyjaciela Washingtona. Jay zgodził się mu pozować i Stuart namalował wspaniały portret – przedstawił Jaya w majestatycznej sędziowskiej todze. Wkrótce spełniło się jego największe pragnienie: Jay wręczył mu list polecający, dzięki któremu drzwi rezydencji Washingtona w Filadelfii, tymczasowej stolicy kraju, miały stanąć otworem przed ambitnym portrecistą.

Stuart po mistrzowsku zjednywał sobie ludzi, których malował. Był rozbrajający, opowiadał liczne anegdoty ze swojego życia, rzucał lekko bezczelnymi dowcipami, w nadziei że portretowany się odpręży, a wówczas nieco się odsłoni i ukaże swe prawdziwe oblicze. Ale George Washington, człowiek o żelaznej samokontroli, pozbawiony krzty spontaniczności, okazał się arcytrudnym przeciwnikiem. Od dzieciństwa dokładał starań, by skrywać swoje najgłębsze emocje. Gdy pewnego razu żona brytyjskiego ambasadora powiedziała Washingtonowi, że na jego twarzy maluje się wyraźna radość z powodu nadchodzącego końca sprawowania urzędu prezydenta, usłyszała szorstką odpowiedź: „Jest pani w błędzie. Twarz moja nigdy jeszcze nie zdradziła tego, co czuję w sercu!”2. Starał się panować nie tylko nad mimiką, ale także nad tym, co mówi. „Zawsze kierowałem się następującą maksymą: jedynym wyrazem moich zamiarów winny być moje czyny, a nie deklaracje”3.

Gdy Stuart pierwszy raz ujrzał Washingtona na własne oczy – wysokiego, władczego – oniemiał z wrażenia. Jak nietrudno się domyślić, im usilniej próbował się przebić przez pancerz prezydenta, tym bardziej Washington zamykał się w sobie. „A teraz, szanowny panie – oznajmił Stuart – musi pan pozwolić, abym zapomniał, że jest pan czcigodnym generałem Washingtonem, a ja zwykłym portrecistą”. Na co Washington odparował chłodno: „Przeciwnie, lepiej, aby pan Stuart pamiętał, kim jest generał Washington”4.

Jako że po mistrzowsku potrafił ocenić charakter każdego, z kim się stykał, w obecności Stuarta z pewnością czuł lekkie obrzydzenie. Drażniła go przymilność portrecisty, nie wspominając o jego gadatliwości oraz zamiłowaniu do trunków i tabaki. Na zaufanie George’a Washingtona trzeba było sobie zasłużyć, co wymagało sporo czasu, a próby spoufalania się z nim zawsze przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast więc otworzyć się przed Stuartem, Washington zmienił swoją twarz w maskę. Czyniło go to prawdziwą zmorą artystów: stawał się nieprzystępny, kamienny niczym pomnik, który później postawiono mu w stolicy kraju.

Stuart jednak wykazał się geniuszem, zdołał bowiem przedstawić najważniejszą cechę Washingtona, a mianowicie napięcie między jego pozornym spokojem a silnymi emocjami, które nim targały. Usta: zaciśnięte mimo sztucznej szczęki będącej wiecznym utrapieniem. Twarz: stężała, o pergaminowej cerze – ale oczy i tak płoną ogniem. Wspaniały portret stworzony przez Stuarta przeszedł do historii, doczekał się nawet reprodukcji na banknocie jednodolarowym. Ukazuje Washingtona jako wizjonera, człowieka o niepodważalnej moralności, zarazem jednak malarz uchwycił podejrzliwość, niemal bezwzględność w spojrzeniu jego oczu o ciężkich powiekach.

Niezwykły instynkt artystyczny niemal od razu podpowiedział Stuartowi, że Washington bynajmniej nie jest człowiekiem spokojnym i niewzruszonym, choć z pewnością za takiego pragnie uchodzić. Znajomy malarza i prezydenta wspominał: „Stuart mówił, że twarz [Washingtona] ma pewne właściwości, jakich nie zaobserwował wcześniej u żadnego człowieka. Nigdy na przykład nie widział tak dużych oczodołów ani tak szerokiej nasady nosa. Wszystkie cechy tej twarzy świadczyły, wedle Stuarta, o silnych, nieposkromionych namiętnościach duszy, przeto gdyby Washington urodził się w leśnych ostępach wśród dzikusów, byłby najbardziej wojowniczym członkiem plemienia”. Faktycznie, ciągnął ten sam autor, ludzie, którzy dobrze znali Washingtona, „uważali go za męża z natury drażliwego i nieustępliwego, atoli jego przenikliwość, godna samego Sokratesa, oraz zdolność panowania nad sobą czyniły go w oczach świata nieprzeciętną jednostką”5.

Wielu współczesnych dało się nabrać i wierzyło, że Washington w każdych okolicznościach zachowuje zimną krew i trzeźwy umysł, lecz ludzie, którzy znali go najlepiej, wtórowali Stuartowi. Dostrzegali, jak wiele tłumionych namiętności skrywa prezydent, zdawali sobie sprawę, że ma on nadzwyczaj skomplikowaną osobowość. „Z natury nerwowy, lecz stanowczość i samowiedza pozwalały mu odruchowo powściągać porywczy temperament”, pisał Thomas Jefferson. „Jeśli jednak owe pęta się zrywały, ukazywał swe straszliwe, gniewne oblicze”6. John Adams wypowiadał się w podobnym tonie. „Był to człek niezwykłego samoopanowania […], lecz zachowanie niewzruszonego spokoju, który przejawiał, wymagało odeń doprawdy wielkiego wysiłku. Gdy wpadał w gniew, co mu się czasem zdarzało, najbliżsi, czy to z miłości, czy ze strachu, dokładali starań, aby ukryć ową chwilę słabości przed światem”7. Zdaniem Gouverneura Morrisa Washingtonem „targały burzliwe namiętności, które idą w parze z prawdziwą wielkością, lecz zarazem nierzadko ją nadwątlają. Ilekroć zatem stawał przed jakim wyzwaniem, siebie samego musiał wpierw pokonać. […] Ci, którzy widzieli Washingtona wzburzonego, zaświadczą, że budził wonczas trwogę, a w piersi jego kłębiły się emocje tak potężne, że najsilniejszy człowiek ledwie mógłby je znieść”8.

Washington do tego stopnia opanował sztukę ukrywania swojego burzliwego temperamentu za fasadą spokoju, że zasługuje na miano najbardziej enigmatycznej postaci w dziejach Stanów Zjednoczonych. Nieprzystępny, pełen rezerwy, zawsze był darzony czcią i szacunkiem, ale nie miłością. Brak mu swojskości i uroku, dzięki któremu Abraham Lincoln zjednywał sobie ludzi, brak mu werwy Teddy’ego Roosevelta, brak mu wytworności innego Roosevelta, Franklina. W naszej zbiorowej pamięci George Washington funkcjonuje jako sztywny i nieprzystępny heros, żywy posąg z marmuru, a nie człowiek z krwi i kości. Dla większości Amerykanów jest właściwie zagadką, jak to się stało, że ów na pozór nudny flegmatyk dokonał nieprawdopodobnych czynów w dziele budowy nowego narodu, poprowadził Armię Kontynentalną do zwycięstwa i ukształtował instytucję prezydentury. Potomni najwyraźniej stracili z oczu coś arcyistotnego, przeoczyli najważniejsze szczegóły i dlatego Washingtona uważa się obecnie za mało interesującego człowieka, który dziwnym zrządzeniem losu zapisał na swoim koncie wielkie triumfy.

Godna pochwały chęć oddawania mu czci sprawiła, że postawiliśmy go na cokole, przez co niełatwo dostrzec go takim, jaki był naprawdę. Zapomnieliśmy o różnych trudnych, skomplikowanych cechach jego osobowości. Sam zresztą się do tego przyczynił. Większość ojców założycieli chętnie popisywała się swoim intelektem, Washington tymczasem przyjął odwrotną strategię: uważał, że im mniej ludzie o nim wiedzą, tym więcej zdoła osiągnąć. Nieprzystępność stanowiła dlań środek skutecznego sprawowania władzy i wpływania na bieg wydarzeń. Franklin, Hamilton i Adams nieustannie wykazywali się nieprzeciętną błyskotliwością, czy to w swoich pismach, czy w bezpośrednim kontakcie, Washington jednak nie zamierzał wystawiać na pokaz swoich cnót i zalet, jeśli zaś podczas rozmowy zapadała cisza, nie zależało mu na tym, by natychmiast zapełnić ją słowami. Chciał, by rodacy znali go wyłącznie jako osobę publiczną, zatroskaną o sprawy państwa, wolną od wszelkich egoistycznych odruchów.

Trwające całe życie starania, by panować nad emocjami, miały duży wpływ na sposób, w jaki odgrywał role przywódcy, polityka, żołnierza, plantatora, a nawet właściciela niewolników. Ludzie, którzy się z nim stykali, wyczuwali jego wewnętrzną moc. Gdy studiuje się życie Washingtona, tym, co zaskakuje najbardziej, są nie tylko wybuchy nieprawdopodobnie silnego gniewu, lecz także obecność innych, łagodnych emocji. Mówimy tu o człowieku nadzwyczaj wrażliwym, wyczulonym na niuanse relacji międzyludzkich, łatwo wpadającym we wściekłość, ale i skorym do łez wzruszenia. Nauczył się wykorzystywać siłę swoich tłumionych uczuć, by motywować ludzi, inspirować ich i narzucać im swą wolę. Powszechnemu podziwowi, który bez wątpienia budził, towarzyszyła nierzadko doza strachu. Współcześni podziwiali go nie ze względu na mundur i posągowość. Historyk W.W. Abbot podkreślał: „Istotnym elementem jego przywództwa, zarówno w armii, jak i w okresie sprawowania urzędu prezydenta, był sposób bycia, zwłaszcza ostentacyjne dostojeństwo, wręcz wyniosłość, Washington bowiem świadomie trzymał niemal wszystkich ludzi na dystans”9.

Celem niniejszej biografii jest stworzenie nowego portretu Washingtona, uczynienie go bardziej ludzkim i prawdziwym, przypomnienie o jego charyzmie – słowem, przedstawienie go takim, jakim widzieli go współcześni. Wykorzystuję anegdoty i cytaty z niezliczonych źródeł, a zwłaszcza z setek relacji naocznych świadków, ponieważ chcę, by przestał być eksponatem z gabinetu figur woskowych i na powrót stał się człowiekiem, i to człowiekiem o niezwykłych talentach przywódczych, których sekret zapragnąłem zgłębić. Do cnót Washingtona bez wątpienia zaliczały się roztropność, siła charakteru, prawość, patriotyzm, troska o dobro publiczne i obowiązkowość, trzeba jednak wiedzieć, że osiągnął owe cnoty wyłącznie dzięki ciężkiej pracy, dzięki zdolności panowania nad gwałtownym temperamentem i wykorzystywania wszystkich cech umysłu, którymi został obdarzony, zarówno dobrych, jak i złych.

Jako człowiek zdolny nieustannie pracować nad sobą, rozwijał się przez całe życie. Zmiany te zachodziły pomału, bywały wręcz niedostrzegalne. Rzecz jasna, nie zamierzał się z nimi obnosić, jak przystało na najbardziej zamkniętego w sobie ze wszystkich ojców założycieli. Sprawy, które naprawdę leżały mu na sercu, oraz przekonania, nierzadko żarliwe, omawiał zazwyczaj w prywatnych listach, nie wypowiadał się o nich publicznie. W czasie wojny o niepodległość i w okresie sprawowania prezydentury starał się podnosić ludzi na duchu i inspirować, tego bowiem wymagały okoliczności, sam jednak często popadał w przygnębienie, bywał kąśliwy, gwałtowny lub posępny.

Nowa edycja jego listów i pism, rozpoczęta w 1968 roku i będąca jednym z najwybitniejszych projektów naukowych naszej epoki, dała nam niezwykły wgląd w umysł Washingtona. Grupa niestrudzonych badaczy z Uniwersytetu Wirginii sprawiła, że monumentalne biografie pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych napisane w połowie XX wieku – mam tu na myśli siedem tomów (1948–1957) Douglasa Southalla Freemana i cztery tomy (1965–1972) Jamesa T. Flexnera – domagają się uzupełnień. Moja książka opiera się na niezwykle starannej lekturze sześćdziesięciu opublikowanych dotąd tomów nowej edycji listów i dzienników oraz siedemnastu tomów starszych wydań, pozwalających uzupełnić pewne luki historyczne. Nigdy dotąd nie mieliśmy dostępu do tak ogromnego materiału na temat prywatnego i publicznego życia Washingtona.

W ostatnich dekadach ukazało się wiele znakomitych krótkich biografii, a także niezwykle wnikliwych prac poświęconych konkretnym wydarzeniom, zagadnieniom i okresom jego życia. Moim zamiarem było jednak napisanie obszernej jednotomowej książki relacjonującej losy Washingtona od narodzin do śmierci; zależało mi przy tym zarówno na rzetelności, jak i na dramaturgii, a także na wykorzystaniu gigantycznej liczby nowych badań i odkryć historycznych, dzięki którym rozumiemy go lepiej niż kiedykolwiek. Zakładam, że większość czytelników biorących moją książkę do ręki darzy Washingtona chłodnym szacunkiem, mam jednak nadzieję, że po lekturze całym sercem docenią jej bohatera, najpierwszego z Amerykanów i człowieka, który osiągnął szczyty politycznej wielkości.

Część pierwsza

Syn pogranicza

Najwcześniejszy znany portret Washingtona przedstawiający go w starym mundurze z czasów wojny z Francuzami i Indianami, namalowany przez Charlesa Willsona Peale’a w 1772 roku

1

Krótkowieczna rodzina

Natłok wydarzeń w życiu i karierze George’a Washingtona spowodował, że nigdy nie znalazł on dość czasu, by zaspokoić ciekawość – a może próżność – i odtworzyć drzewo genealogiczne swojej rodziny. Już po objęciu urzędu prezydenta tłumaczył nieco zawstydzony: „Kwestii tej, przyznaję, poświęciłem niewiele uwagi. Od wczesnych lat zajmowały mnie najróżniejsze zatrudnienia i sprawy, przeto nie mogłem pozwolić sobie na podobne badania”1.

Ironia losu sprawiła, że pierwszy z Washingtonów, który zwrócił na siebie uwagę historyków, padł ofiarą rebelii przeciwko władzy królewskiej. Podczas angielskiej wojny domowej pastor Lawrence Washington, prapradziadek George’a, został wypędzony ze swojej parafii przez purytanów w ramach czystek zarządzonych przez Olivera Cromwella. Wcześniej życie Lawrence’a było wygodne, przede wszystkim za sprawą niewielkiego majątku, który posiadał. Spędził dzieciństwo w rodzinnej rezydencji Sulgrave Manor opodal Banbury w Oxfordshire, uzyskał dwa dyplomy w kolegium Brasenose w Oksfordzie, później objął posadę wykładowcy i proktora. Dobre lata dobiegły końca, gdy uwzięli się na niego purytanie. Zaliczyli go do grona „księży budzących odrazę a niecnych”, oskarżyli ponadto o „częste odwiedzanie karczem”, zapewne niesłusznie2. Niewykluczone, że owe nieprzyjemności skłoniły jego syna Johna do szukania szczęścia w Ameryce. Pod koniec 1656 roku John Washington przeprawił się przez Atlantyk i wylądował w Tidewater w Wirginii, wkrótce zaś osiedlił się w Bridges Creek nad Potomakiem w hrabstwie Westmoreland i zaczął handlować tytoniem. Traktował to jako tymczasowe zajęcie: nie zamierzał bynajmniej spędzić całego życia w Ameryce, nie interesował go udział w dziele budowy nowych kolonii, musiał jednak zrewidować plany, gdy w jego statek uderzył silny szkwał, wskutek czego cenny ładunek kompletnie zamókł. Johnowi nie pozostawało nic innego, niż zostać w Wirginii na dłużej.

Zdumiewająco szybko stanął na nogi, a nawet odniósł sukces. Przejawiał cechy, które można uznać za zwiastun niezwykłej kariery jego prawnuka: nigdy nie dość mu było ziemi, chętnie piastował urzędy, palił się do pogranicznych walk, awans społeczny zaś osiągnął dzięki wybitnej służbie wojskowej, wziął bowiem udział w wojnie z Indianami w Marylandzie, co ostatecznie przyniosło mu stopień pułkownika. Nie stronił od okrucieństwa typowego dla ówczesnych konfliktów – oskarżano go o zabicie pięciu indiańskich posłów i o podstępne odbieranie ziemi rdzennym Amerykanom, wskutek czego ci ostatni nadali mu niewesoły przydomek Conotocarious, dosłownie „Niszczyciel Wiosek” lub „Pożeracz Miast”3. John znalazł też nieco czasu na smalenie cholewek do Anne Pope, która zgodziła się zostać jego żoną. Ojciec panny młodej przekazał nowożeńcom nie lada prezent – dwieście osiemdziesiąt hektarów ziemi. Lista urzędów sprawowanych przez Johna była długa i świadczyła o jego wysokiej pozycji w Wirginii: pradziadek pierwszego prezydenta został sędzią pokoju, członkiem Zgromadzenia Ogólnego, czyli legislatury kolonii, a także podpułkownikiem milicji hrabstwa. Najbardziej jednak liczyła się dla niego ziemia, jego apetyt w tym względzie nie znał granic. Sprowadził sześćdziesięciu trzech służących kontraktowych z Anglii i wykorzystał brytyjskie prawo, na mocy którego każdy imigrant otrzymywał dwudziestohektarową działkę. W ten sposób stał się właścicielem przeszło dwóch tysięcy hektarów. Największa z jego posiadłości znajdowała się w Little Hunting Creek nad Potomakiem, gdzie w przyszłości miała stanąć rezydencja Mount Vernon.

Gdy Anne zmarła, John Washington ożenił się po raz drugi, potem zaś po raz trzeci. Jego wybrankami były dwie rozwiązłe siostry: pierwszą oskarżano dawniej o prowadzenie burdelu, drugą o cudzołożenie z gubernatorem. Przypadek sprawił, że John poznał obie niewiasty przy okazji pełnienia obowiązków sędziego pokoju. Zmarł w 1677 roku, prawdopodobnie na dur brzuszny. Miał zaledwie czterdzieści sześć lat – skądinąd mężczyźni z amerykańskiej odnogi rodu Washingtonów z reguły odchodzili przedwcześnie – zdążył jednak, dzięki swym usilnym staraniom, wejść w szeregi niższej gentry. Była to specyficzna warstwa społeczna: jej członkowie nigdy nie mieli pewności, czy zdołają utrzymać status, czy też, wskutek niepomyślnych zdarzeń, wrócą w szeregi pospólstwa. George Washington odziedziczył po pradziadku nieco pieniędzy, ale i pragnienie awansu społecznego. Już od młodych lat chciał dołączyć do grona najznakomitszych wirginijskich dostojników.

Większa część majątku Johna przypadła jego najstarszemu synowi z pierwszego małżeństwa, Lawrence’owi, dziadkowi przyszłego prezydenta. W Anglii nadszedł okres restauracji, przywrócono monarchię, Lawrence wyjechał tam więc, by odbyć edukację, po czym wrócił do Wirginii. Praktykował jako prawnik, ponadto wzorem ojca piastował liczne urzędy (sędzia pokoju, członek legislatury, szeryf). Umocnił pozycję rodziny w świecie gentry, poślubił bowiem Mildred Warner, córkę członka prestiżowej Rady Gubernatora. W 1698 roku poszedł w ślady Johna i umarł młodo, w wieku zaledwie trzydziestu ośmiu lat.

Drugi syn Lawrence’a, Augustine – przyszły ojciec George’a Washingtona – miał wówczas zaledwie trzy albo cztery lata. Mildred, wdowa po Lawrensie, wyszła za mąż za George’a Gale’a, brytyjskiego kapitana z Whitehaven, miasteczka leżącego na wybrzeżu, w hrabstwie Cumberland, i pod koniec maja 1700 roku przeniosła się tam z trójką dzieci. Była już wówczas w ciąży, zmarła w styczniu roku 1701, a więc zaledwie kilka miesięcy po przybyciu do Anglii. Jej nowo narodzona córka odeszła wkrótce potem. Gale umieścił Augustine’a i jego starszego brata Johna w szkole Appleby w malowniczym hrabstwie Westmoreland, sąsiadującym od wschodu z Krainą Jezior. Szkoła dawała klasyczne wykształcenie – przykładano w niej ogromną wagę do nauki łaciny. Chłopcy spędzili tam dwa lub trzy lata, potem jednak zostali uwikłani w długotrwały spór dotyczący spadku po matce i na mocy nakazu sądowego musieli wrócić do Wirginii.

Augustine Washington, dobrze zbudowany i jowialny, pozostaje zagadkową postacią, a większość informacji na jego temat zawdzięczamy cokolwiek mglistym wspomnieniom jego sławnego syna. Miał jasną cerę, był potężny – metr osiemdziesiąt trzy wzrostu – i tak mocarny, że stał się bohaterem lokalnych legend. Jedyne współczesne mu źródło podaje, że potrafił „dźwignąć i umieścić na wozie ładunek żelaza, który dwaj ludzie ledwie zdołaliby unieść z ziemi”. Nie był jednak nieokrzesanym osiłkiem, lecz człowiekiem o dobrych manierach, które – w połączeniu z nieprzeciętną krzepą – czyniły go nad wyraz atrakcyjnym4. Sprawy publiczne leżały mu na sercu tak samo jak jego przodkom, został więc sędzią pokoju, orzekał także w sądzie hrabstwa.

Z nielicznych materiałów źródłowych na jego temat można wnioskować, że w interesach wykazywał się stanowczością, a wręcz bezwzględnością. Zaczął z odziedziczonymi czterystoma czterdziestoma pięcioma hektarami ziemi nad Potomakiem, następnie dołożył do tego siedemset hektarów, które wniosła w posagu pierwsza żona, Jane Butler. Specjalizował się w uprawie tytoniu, potem jednak zaczął skupować działki z potężnymi złożami rudy żelaza nad rzeczką Accokeek Creek opodal Fredericksburga. W 1729 roku pojechał do Anglii, aby podpisać kontrakt z Principio Company, posiadającą huty żelaza w Wirginii i Marylandzie. Pod jego nieobecność Jane zmarła i Augustine został sam z trojgiem dzieci: Lawrence’em, Augustine’em juniorem (na którego mówiono Austin) oraz córką Jane. Nie wchodziło w grę, by wdowiec zajmujący się interesami wziął na siebie obowiązek opieki nad potomstwem, Augustine musiał zatem czym prędzej znaleźć sobie nową małżonkę. Nie był wybredny: 6 marca 1731 roku w wieku trzydziestu siedmiu lat poślubił Mary Johnson Ball, pobożną, hardą kobietę, która odcisnęła później silne piętno na życiu swego syna George’a. Miała dwadzieścia trzy lata, a więc zaliczała się już do starych panien. Powodem, dla którego nie znalazła do tej pory męża, był zapewne jej trudny charakter, Augustine liczył jednak, że zdoła ją poskromić.

Mary Ball przyszła na świat w roku 1708 w okolicznościach ocierających się o skandal. Jej ojciec Joseph, biznesmen urodzony w Anglii, osiadł nad Potomakiem, ożenił się i spłodził gromadkę dzieci. Wiodło mu się znakomicie. Gdy jego żona zmarła, pięćdziesięcioośmioletni Joseph poczuł, że doskwiera mu samotność, postanowił zatem ożenić się ponownie. Ku powszechnemu zgorszeniu jego wybranką została niepiśmienna Mary Johnson. Ich córka, Mary Ball, miała zaledwie trzy lata, kiedy Joseph opuścił ziemski padół. Pozostawił jej w spadku sto sześćdziesiąt hektarów ziemi, piętnaście sztuk bydła, trzech niewolników i worek pierza na materac. Mary Johnson ponownie wyszła za mąż, potem umarła i tak oto w wieku dwunastu lat Mary Ball została sierotą. Zamieszkała u przyjaciela rodziny George’a Eskridge’a, który okazał jej wiele serca – tak wiele, że po latach na jego cześć dała swemu pierworodnemu na imię George. Prawdopodobnie to właśnie Eskridge pośredniczył w negocjacjach małżeńskich Mary i Augustine’a Washingtona.

Zrzędliwa i uparta Mary Ball Washington nie przykładała większej wagi do konwenansów, ponadto niełatwo przychodziło jej adaptowanie się do nowych sytuacji i – co odziedziczył po niej George – nie podporządkowywała się woli innych osób. Twardo trzymała się własnych zasad i standardów. Możemy się jedynie domyślać, że smutne dzieciństwo i utrata rodziców pozostawiły po sobie wiele blizn i kompleksów, wskutek czego Mary wyrosła na wiecznie rozdrażnioną i podejrzliwą kobietę. Żywiła przekonanie, że może polegać wyłącznie na sobie, hołdowała żelaznej dyscyplinie. W domu rządziła twardą ręką, skąpiła pochwał i czułych słów, za to bez wahania wyrażała nadzwyczaj kategoryczne opinie. Była prosta, nie interesowała się światem rozciągającym się za ogrodzeniem jej rodzinnej farmy, trzymała się z dala od wirginijskiej socjety. Niewykluczone, że paliła fajkę, ponadto zapewne odebrała bardzo skromne wykształcenie – jej matka była przecież analfabetką. W nielicznych listach pisanych ręką Mary roi się od błędów ortograficznych, gramatycznych i interpunkcyjnych, co stanowi dodatkowy dowód, że mówimy tu o niewykształconej wieśniaczce.

W grubej rodzinnej Biblii przechowywanej w Mount Vernon zapisano, że George Washington urodził się około dziesiątej rano 11 lutego 1732 roku w Pope’s Creek, sielskim zakątku hrabstwa Westmoreland, około półtora kilometra od Potomaku. Washingtonowie mieli tam skromny dom, strawiony później przez pożar. Mówiono, że George był nieprzeciętnie dużym noworodkiem. Jego datę urodzenia zapisano według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Wielkiej Brytanii i jej koloniach do połowy XVIII wieku. Według kalendarza gregoriańskiego Washington przyszedł na świat 22 lutego, lecz w Alexandrii co bardziej uparci wielbiciele pierwszego prezydenta zawsze świętowali jego urodziny jedenaście dni wcześniej.

Ochrzczono go na początku kwietnia. Dorastał wśród żyznych, zamożnych farm w regionie Tidewater na wschodzie Wirginii, opływanym przez cztery potężne rzeki: James, York, Rappahannock i Potomak. Plantacje tytoniu ciągnęły się jak okiem sięgnąć na zalewowych równinach, z rzadka tylko ustępując miejsca nielicznym miasteczkom. Był to świat prostych zasad i sztywnych hierarchii, rządzony przez odległego monarchę w Londynie. Gdyby w latach trzydziestych XVIII wieku okolicznym mieszkańcom powiedziano, że mały George, skromny plebejusz, odegra w dziejach świata donioślejszą rolę niż dostojny Jerzy II zasiadający wówczas na królewskim tronie, uznaliby to za brednie. Wierni poddani brytyjskiej korony zamieszkujący wschodnie wybrzeże Ameryki Północnej byli, jak się wówczas zdawało, nierozerwalnie związani z dalekim Londynem, choćby z powodu więzi kulturowej i stosunków handlowych. Wszechpotężni, lecz prowincjonalni właściciele plantacji małpowali swych angielskich kuzynów, którzy uchodzili za niekwestionowany wzór wszystkiego, co słuszne, eleganckie i kosmopolityczne. Niewolnictwo stanowiło gospodarczy fundament Nowego Świata, instytucję tę uważano za najzupełniej naturalną i niekontrowersyjną. Nikt nie postulował jej zniesienia, zwłaszcza że pozwalała młodym zamożnym Wirgińczykom wieść życie leniwe i pełne swawoli. Pewien Niemiec, który odwiedził tamte strony, kreślił następujący, nieprzychylny portret miejscowej młodzieży: „Gdy chłopak kończy piętnaście lat, dostaje od ojca konia i Murzyna, dzięki czemu może jeździć po okolicy, brać udział w każdym polowaniu, każdym wyścigu, każdej walce kogutów i próżnować do woli”5.

George, najstarszy syn z drugiego małżeństwa Augustine’a Washingtona, był pomostem między dwiema rodzinami, co już w młodości zmusiło go do wykształcenia talentów dyplomatycznych. Gdy przyszedł na świat, jego starszy przyrodni brat Lawrence uczył się w Anglii w szkole Appleby. Wkrótce wysłano tam również Augustine’a juniora. Niedługo przed trzecimi urodzinami George’a śmierć pierwszy raz ukazała mu swe oblicze i zabrała jego przyrodnią siostrę Jane. Prawdopodobnie musiał pomagać matce w opiece nad młodszym rodzeństwem, rozrastającą się gromadką, której ostateczny skład przedstawiał się następująco: Betty, Samuel, John Augustine, Charles i Mildred. Augustine dochował się łącznie dziewiątki pociech. Tylko dwoje z nich zmarło, a przecież mowa tu o epoce, w której śmiertelność dzieci była bardzo wysoka. Niewątpliwie odziedziczyły dobre geny, zapewniające im siłę i zdrowie.

Wiele lat później Nathaniel Hawthorne, nie mogąc znieść moralizatorskich i świętoszkowatych hagiografii Washingtona, napisał kpiąco, że pierwszy prezydent „urodził się w ubraniu i w pudrowanej peruce, a gdy tylko przecięto pępowinę, skłonił się z gracją”6. Szyderstwo było uzasadnione: dzieciństwo przyszłego prezydenta upływało na prowincji, z dala od dworów, gnuśnych arystokratów i rozpieszczonej socjety. Surowa Mary Washington nie tolerowałaby lenistwa u swoich pociech. Wpajała im, że pracowitość i gospodarność to arcyistotne cnoty, kazała wstawać wcześnie, o wschodzie słońca, jak przystało na farmerów. Nawyk ten wszedł George’owi w krew i pozostał z nim na resztę życia.

Washingtonowie często przenosili się z miejsca na miejsce. W 1735 roku, gdy George miał trzy latka, Augustine zgotował rodzinie przeprowadzkę o sto kilometrów, do należącej do niego posiadłości w Little Hunting Creek nad Potomakiem, położonej na tysiącu hektarów pośród wspaniałych dziewiczych lasów. Zbudował tam dom na wzgórzu, nad malowniczym zakolem rzeki, znacznie większy od poprzedniego: na parterze cztery pokoje przedzielone centralnym holem, na górze szereg sypialni, zdolnych pomieścić rozrastający się klan. Budynek był nadzwyczaj solidny. Jego parter stał się później częścią Mount Vernon, rezydencji George’a.

W 1736 roku Augustine popłynął do Anglii i wynegocjował dla siebie jedną dwunastą udziałów w Principio Company. Zarządzał jedną z należących do niej wirginijskich hut żelaza. Ze względu na ową funkcję postanowił raz jeszcze przeprowadzić się z całą rodziną, Washingtonowie przenieśli się zatem na południe i zamieszkali na lesistej, przeszło stuhektarowej farmie nad rzeką Rappahannock, dokładnie naprzeciwko Fredericksburga, niedaleko Accokeek Creek. Nie brakowało tam drewna na opał ani pól, na których można było uprawiać tytoń, pszenicę i kukurydzę. Wodę brało się z jednego z kilku okolicznych strumieni. Później, gdy przez teren posiadłości poprowadzono ścieżkę do promu – ku irytacji George’a, którego drażniły tłumy wędrujące tamtędy, ilekroć we Fredericksburgu obradował sąd lub odbywał się jarmark – dom zyskał nazwę Ferry Farm (Farma przy Promie).

W gazecie reklamowano go jako „gustowny dom mieszkalny”. Miał dwie kondygnacje, był zbudowany z ciemnorudych desek i kryty gontem, z obu bocznych ścian wyrastały ceglane kominy7. Siedem pokoi – cztery na dole, trzy na górze – czyniło go całkiem okazałym. Podczas niedawnych prac archeologicznych natrafiono na zaskakujące znaleziska, nieomylnie świadczące o zamożności mieszkańców, między innymi wałki do peruk, szczoteczki do zębów o kościanych trzonkach i serwis do herbaty Wedgwooda. Washingtonowie najwyraźniej regularnie przyjmowali gości, wyposażyli bowiem pokoje w łóżka z baldachimami. Inne informacje na temat dobytku rodziny – trzynaście obrusów, trzydzieści jeden serwetek, dwadzieścia sześć srebrnych łyżek – dodatkowo potwierdzają, że mówimy tu o zasobnej i towarzyskiej rodzinie. Augustine Washington kupił niespełna pięćdziesięciu niewolników i cztery tysiące hektarów ziemi, dzięki czemu ostatecznie potwierdził, że należy do gentry. Nie był może bogaczem, lecz niewątpliwie człowiekiem na tyle majętnym, że jego syn George nie zasługiwał na miano Amerykanina, który odniósł sukces wyłącznie dzięki własnej ciężkiej pracy.

Przeprowadzka do Ferry Farm dała George’owi szansę ujrzenia innego świata, jakże różnego od pól i lasów, w których bawił się jako mały chłopiec. Fredericksburg, osada obejmująca sąd i więzienie o kamiennych murach, był ważnym portem i przyczółkiem nowoczesności. Spoglądając ku przeciwległemu brzegowi rzeki, młody George Washington mógł podziwiać statki wyładowane tytoniem, zbożem i żelazem, reprezentujące imperium brytyjskie i transatlantycki handel, któremu kolonia zawdzięczała dobrą koniunkturę gospodarczą.

Mniej więcej w tym samym czasie gdy Washingtonowie zamieszkali w Ferry Farm, w rodzinie zaszły zmiany. Urodziła się Mildred, młodsza siostra George’a – niestety, szybko zmarła. Ponadto do Wirginii nieoczekiwanie wrócił Lawrence, przyrodni brat przyszłego prezydenta, starszy odeń o czternaście lat. Był wysoki, elegancki, pobytowi w szkole Appleby zawdzięczał nie lada ogładę. Uczył się tam aż do dwudziestego roku życia, co oznacza, że pod koniec prawdopodobnie został asystentem nauczyciela. George, który od małego słuchał opowieści o Lawrensie i jego osiągnięciach, uważał go za nieomal mityczną postać. Teraz zyskał przyjaciela i autorytet, wzór wytwornego światowca. W okresie wczesnej dorosłości gorliwie go naśladował. Kiedy Augustine powierzył Lawrence’owi nadzór nad rodzinną posiadłością Little Hunting Creek nad Potomakiem, George od razu zapragnął tam wrócić.

Od brata, którego idealizował, usłyszał pierwsze opowieści o wojnie. W 1739 roku Wielka Brytania starła się z Hiszpanią na Karaibach – konflikt ten przeszedł do historii jako wojna o ucho Jenkinsa, za sprawą części ciała obciętej rzekomo brytyjskiemu kapitanowi przez Hiszpanów. Rok później, aby wzmocnić swoje siły, król Anglii zwerbował poddanych z kolonii i stworzył amerykański regiment. Lawrence otrzymał zaszczytny stopień kapitana w kompanii wirginijskiej. Miał wziąć udział w ofensywie pod dowództwem admirała Edwarda Vernona, który wraz z dziewięcioma tysiącami podkomendnych próbował zdobyć portowe miasto Cartagena w Ameryce Południowej. Skończyło się krwawą klęską. Ani Lawrence, ani jego ludzie nawet nie zeszli na ląd, gdyż żółta febra i inne choroby tropikalne szalejące na ich statku okazały się bardziej śmiercionośne niż hiszpańscy żołnierze. Niektórzy koloniści umarli z powodu udaru słonecznego. W pełnym makabrycznych szczegółów liście wysłanym do rodziny Lawrence pisał: „Wróg zabił sześciuset naszych […], tymczasem klimat tutejszy zebrał znacznie większe żniwo. […] Straciliśmy wielu oficerów. […] Rzeczywistość wojny jest straszliwa, a jeszcze okropniejsze są wyobrażenia na jej temat”. Mimo ponurego nastroju wykazywał się pewną nonszalancją, którą George naśladował wiele lat później. „Nauczyliśmy się poprzestawać na skromnym jadłospisie, obserwować i lekceważyć hałas kul armatnich”8.

Z ekscytujących, choć krwawych opowieści wojennych Lawrence’a można było dowiedzieć się co nieco o niechęci brytyjskich oficerów do kolonistów. Lawrence musiał tolerować zachowanie generała brygady Thomasa Wentwortha, który tak nisko oceniał zdolności rekrutów z Nowego Świata, że nie pozwolił im zejść na ląd i wziąć udziału w walkach. Podziw młodego Washingtona zaskarbił sobie za to admirał Vernon – właśnie dlatego rodzinna posiadłość Little Hunting Creek została później nazwana na jego cześć, a jego portret zawisł tam na honorowym miejscu. Zapomniany brytyjski admirał stał się ojcem chrzestnym Mount Vernon, świeckiej świątyni Stanów Zjednoczonych, upamiętniającej bunt przeciwko królowi i zwycięską wojnę o niepodległość. Choć Lawrence czuł frustrację z powodu zachowania przełożonych, zdołał się wykazać, dzięki czemu otrzymał wyróżnienie, o którym jego młodszy brat marzył później – daremnie – przez wiele lat: stopień oficera w królewskiej armii. Powierzono mu też odpowiedzialną misję przekształcenia wirginijskiej milicji w wojsko z prawdziwego zdarzenia.

W czerwcu 1742 roku drugi brat przyrodni George’a, Augustine junior, wrócił z Wielkiej Brytanii, gdzie przez dłuższy czas pobierał nauki w Appleby. George sądził zapewne, że wkrótce sam zostanie wysłany do szkoły, której jego bracia zawdzięczali tak znakomite wykształcenie, lecz niespełna rok później jego nadzieje zostały brutalnie przekreślone. Bawił akurat w odwiedzinach u kuzynostwa, gdy otrzymał list wzywający go do domu: jego ojciec poważnie zaniemógł. Augustine Washington wydał ostatnie tchnienie 12 kwietnia 1743 roku w wieku czterdziestu dziewięciu lat. Przyczyną było przeziębienie złapane podczas burzy – dziwnym trafem sam Washington umarł w bardzo podobnych okolicznościach przeszło pół wieku później. Przedwczesne odejście Augustine’a przypomina o niezwykle istotnym paradoksie: co prawda, Washington był człowiekiem nieprzeciętnej siły i postury, lecz zawsze zadręczał się myślą, że zapewne umrze młodo, podobnie jak jego przodkowie. „Los pobłogosławił mnie tężyzną, atoli pochodzę z krótkowiecznej rodziny”, pisał później9.

Największą część spadku otrzymał Lawrence: odziedziczył Mount Vernon i kopalnię rudy żelaza. Rodzinna farma w Pope’s Creek, gdzie urodził się George i gdzie zamieszkał na dłużej po śmierci ojca, przypadła Austi­nowi, zaś przyszły prezydent dostał Ferry Farm, połowę udziałów w posiadłości Deep Run i rozmaite parcele we Fredericksburgu. Ponadto stał się właścicielem dziesięciu niewolników. Miał jedenaście lat, musiał więc zaczekać do pełnoletniości, aby zarządzać odziedziczonym majątkiem – na razie był zdany na łaskę swej nieprzejednanej matki, która zachowała kontrolę nad Ferry Farm na następne trzy dekady. Wczesna śmierć Augustine’a odebrała George’owi szansę na zdobycie klasycznego wykształcenia, którym mogli się pochwalić jego starsi bracia. Zawsze miał z tego powodu kompleksy: uważał, że jego edukacja była niewystarczająca. Musiał też zapomnieć o młodzieńczej beztrosce. Gdy ojciec umarł, Washingtonowi przyszło wykazać się zaradnością. Szybko przywykł do brania na siebie odpowiedzialności za rodzinne sprawy. Jego matka nie wyszła ponownie za mąż – rzadki przypadek w osadniczym społeczeństwie, w którym panował wieczny niedobór kobiet – więc George od chłopięctwa musiał mierzyć się z dorosłymi obowiązkami, przez co zyskał hart ducha, jak wiele dzieci w takiej sytuacji. Odkrył w sobie liczne zdolności, zapewne jednak nigdy nie zapomniał okrutnego, nagłego strachu, który poczuł, gdy zrozumiał, co oznacza strata ojca chroniącego go do tej pory przed wszelkimi kłopotami. Ciekawe, czy wyrzucał matce, że nie znalazła sobie kolejnego małżonka – wszak z pewnością uwolniłoby go to od niejednego ciężkiego brzemienia. Jest też całkiem oczywiste, dlaczego w późniejszych latach szukał sobie różnych patronów i doskonalił umiejętność wkradania się w łaski starszych wysoko postawionych i wpływowych jegomościów.

Z rozmaitych źródeł wynika, że Mary Ball Washington była uparta, wręcz jędzowata, warto jednak wyobrazić sobie, jak silny strach musiał ją trawić, gdy owdowiała w połowie czwartej dekady życia. Spadł na nią teraz obowiązek prowadzenia farmy, opiekowania się piątką dzieci, z których najstarsze miało jedenaście, a najmłodsze sześć lat, a także zarządzania dziesiątkami niewolników. Śmierć męża zmusiła Mary do zapomnienia o wszelkich przyjemnościach. Rodzinne ciepło stało się luksusem, na który wdowa nie mogła sobie pozwolić. Wiodła odtąd spartańskie życie, skupione przede wszystkim na wydajnym gospodarowaniu, co miało ogromny wpływ na jej najstarszego syna. „Surowo obchodziła się ze służbą”, pisał Douglas Southall Freeman. „Domagała się, aby wszyscy pracowali równie ciężko jak ona i aby bez dyskusji wypełniali każde polecenie”10. Niejeden oficer mógłby jej pozazdrościć umiejętności dowodzenia ludźmi; trudno nie ulec wrażeniu, że pierwszym generałem z prawdziwego zdarzenia, z którym zetknął się George Washington, była jego matka.

Ze względu na trudny charakter budziła lęk u przyjaciół syna. „Często spędzałem czas z George’em, w młodzieńczych latach łączyła nas serdeczna więź, razem się bawiliśmy, razem chodziliśmy do szkoły”, wspominał jego daleki kuzyn Lawrence Washington z Chotank. „Matki jego bałem się o wiele bardziej aniżeli moich rodziców, choć okazywała mi dobroć, bo w istocie była dobrą kobietą”11. Tak czy inaczej, nie należało oczekiwać od niej ani odrobiny matczynego ciepła. Augustine zapewne łagodził napięcia między Mary a jej równie charakternym najstarszym synem. Gdy umarł, ich stosunki uległy ochłodzeniu. George nigdy się nie buntował, nigdy nie sprzeciwiał się matce, ale też nie próbował okazywać jej czułości. Poprzestawał na oziębłych uprzejmościach. W listach zawsze zwracał się do Mary „Czcigodna Pani”, kończył zaś oficjalnym: „Twój posłuszny syn, George Washington”. Ostentacyjnie poprawny ton, prawdopodobnie podszyty tłumionym gniewem, świadczy, że George nie kochał matki.

Ich relacja nigdy się nie polepszyła. Zrzędliwa matka wychowała syna na człowieka zbyt wrażliwego na krytykę i wiecznie spragnionego uznania. Prawdopodobnie właśnie z powodu Mary George nauczył się aż do przesady powściągać swoje emocje i gryźć się w język. Bał się tego, co mogłoby się stać, gdyby jego uczucia – nadzwyczaj silne – doszły do głosu, uznał zatem, że potrzeba mu skrajnej samokontroli. Wszystko, co miało związek z Mary Ball Washington, sprawiało, że w sercu jej syna rozpętywała się gwałtowna burza. George musiał się wysilać, by nad tym zapanować. Nigdy nie mógł wyrażać zakazanego gniewu, nauczył się więc utożsamiać milczenie i męskie opanowanie z siłą charakteru. Tego rodzaju zmagania z samym sobą ukształtowały jego osobowość, odpowiadały za legendarny stoicyzm, na który zwracali uwagę współcześni Washingtona.

Długo można by wymieniać podobieństwa między Mary i George’em. Matka pierwszego prezydenta znakomicie jeździła konno, lubiła tańczyć, była niezwykle silna, miała obsesję na punkcie pieniędzy, prowadziła farmę żelazną ręką, wykazywała się uporem i niezależnością. Podobnie jak jej syn, nie pozwalała, by ktokolwiek narzucił jej swoją wolę. Oboje byli ludźmi pełnymi energii, przedsiębiorczymi, wymagającymi. Zarazem George Washington dokładał starań, by dowieść samemu sobie, że jest przeciwieństwem matki. Ponieważ Mary była prostą, ograniczoną kobietą, zależało mu na tym, by nieustannie się uczyć i rozwijać dzięki lekturze książek. Mary skupiała się głównie na sobie, George tymczasem poświęcał się dla dobra kraju. Mary była niechlujna, George przykładał ogromną wagę do schludnego wyglądu. Mary trzymała się z dala od socjety, jej syn robił wszystko, by zaskarbić sobie przychylność ważnych, dobrze urodzonych ludzi. Jeśli chodzi o praktykowanie religii, wykazywał się umiarem, chciał bowiem unikać tradycyjnej żarliwej pobożności swojej matki. Poza tym nigdy się nie skarżył i nie narzekał – zbyt często musiał słuchać marudzenia Mary.

Choć nie miała ona pieniędzy, żeby posłać dzieci do drogich szkół, starała się im wpajać najważniejsze zasady moralne. Codziennie czytała im fragmenty książki sir Matthew Hale’a Contemplations Moral and Divine (Rozważania o moralności i wierze). Krążyło wiele spekulacji na temat tego, jaką edukację odebrał Washington. Niewykluczone, że przed śmiercią ojca uczył się rachunków, czytania i pisania w szkole pana Hobby, jednego z dzierżawców Augustine’a. Pan Hobby chwalił się później, że to on „położył podwaliny wielkości” George’a Washingtona12. Możliwe też, że przyszły prezydent uczęszczał do szkoły we Fredericksburgu, prowadzonej przez wielebnego Jamesa Marye’a, rektora Parafii Świętego Jerzego. Według jednego z rówieśników George pilnie uczył się matematyki, podczas gdy inni woleli uprawiać sporty zespołowe. Raz tylko zszedł na złą drogę, przyłapano go bowiem na „igraszkach z jedną ze starszych koleżanek”13. Poza tym, gdy George mieszkał u Austina na farmie Pope’s Creek, miał zapewne okazję uczyć się podstaw geometrii i geodezji u Henry’ego Williamsa. Co dziwne, w późniejszych latach nigdy nie wspominał o żadnym mentorze z prawdziwego zdarzenia, co sugeruje, że jego wczesna edukacja była nudna. Pozostawił po sobie przeszło dwieście kartek zapełnionych ćwiczeniami, wiadomo zatem, że uczył się geometrii, miar, wag, a także prowadzenia ksiąg rachunkowych. Z mozołem przepisywał ponadto dokumenty prawne i sądowe oraz umowy i kontrakty, by w ten sposób, niemal przez osmozę, przyswoić sobie nieco wiedzy z zakresu prawa i ekonomii. Zapełniał umysł praktycznymi informacjami. Wykazywał się pilnością, do tego nieustannie tliła się w nim ambicja.

Włożył dużo wysiłku w opanowanie kaligrafii. Jego pismu brak może elegancji, lecz jest nadzwyczaj czytelne. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim nauczył się układać poprawne i zgrabne zdania – w nastoletniości jego styl był nieznośnie podniosły, do tego Washingtonowi często zdarzały się błędy gramatyczne – w końcu jednak dzięki ciężkiej pracy nabrał nie lada zdolności pisarskich, co pozwalało mu precyzyjnie formułować myśli i polecenia. Ponieważ dostrzegał u siebie najróżniejsze wady i niedostatki, uważał, że powinien pracować dwakroć ciężej od innych. Leżało to w jego naturze. David Ramsay, biograf Washingtona, pisał w 1807 roku, że młody George był „poważny, cichy i zamyślony, pilny i staranny, zawsze schludny, zawsze obyczajny”14.

Jego życie z pewnością potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby odbył studia. Nie odebrał wykształcenia w zakresie sztuk wyzwolonych, przez co różnił się od swoich wybitnych współczesnych: Jeffersona, Hamiltona, Adamsa i Madisona. Na tle innych ojców założycieli zawsze sprawiał wrażenie człowieka prowincjonalnego; było oczywiste, że jego wiedza na temat kultury europejskiej pochodzi z drugiej ręki. Edukacja uniwersytecka zapewne ustrzegłaby go przed kompleksami. Wiemy, że żałował nieznajomości łaciny, greki i francuskiego, gdyż wielokrotnie pouczał młodych ludzi, jak ważne są to języki. Ogromnie cenił porządne wykształcenie, bo nie było mu ono dane. Jako prezydent instruował młodego członka rodziny, który miał wkrótce podjąć studia: „Każda źle wykorzystana godzina przepada na zawsze. […] W przyszłości nawet przez wiele lat nie nadrobisz dni zmarnowanych w tym okresie życia”15.

Ze względu na braki w edukacji niektórzy współcześni traktowali go później z góry, zwłaszcza John Adams, mający tendencję do snobizmu. „Zbyt mało oczytany, zbyt licho władający piórem, zbyt słabo wykształcony jak na człowieka o takiej reputacji i takiej pozycji”16, podsumowywał Adams. Washington bez wątpienia wypadał kiepsko w porównaniu z innymi ojcami założycielami, wśród których nie brakowało wybitnych samouków, ale wedle wszelkich standardów był niezwykle inteligentnym i bystrym człowiekiem. Potrafił szybko zgłębiać skomplikowane zagadnienia, ponadto przy każdej sposobności uczył się nowych rzeczy, wykazując zdolność przyswajania użytecznej wiedzy. Przez całe życie ciężko pracował nad sobą, dokładał starań, by zyskać szacunek. W.W. Abbot miał rację, gdy stwierdził: „Biografia Washingtona to przede wszystkim historia człowieka, który nieustannie formował samego siebie”17.

Jako nastolatek Washington czytał literaturę piękną, a także książki poświęcone historii, filozofii i geografii. Chętnie sięgał do periodyków – gdy miał szesnaście lat, pierwszy raz wpadło mu w ręce czasopismo „The Spectator”. Był to czas rozkwitu nowej formy literackiej: powieści. W późniejszych latach Washington kupił między innymi Historię życiaToma JonesaHenry’ego Fieldinga i Peregryna Pickle’a Tobiasa Smolletta, ponadto pociągała go historia wojskowości. Zafascynowawszy się teatrem, przeczytał sztukę Cato (Katon)Josepha Addisona, pean na cześć cnót republikańskich. Do końca życia cytował jej fragmenty. Często powiada się – nie bez racji – że uczył się w działaniu, a nie z książek, mimo to zgromadził ogromną bibliotekę i lubił rozprawiać o literaturze. Gdy jego adoptowany wnuk podjął studia, Washington instruował go: „Błahe lektury – mam tu na myśli książki pozbawione większej wartości – sprawią ci może krótkotrwałą przyjemność, lecz nie pozostawią po sobie nic trwałego”18.

Nie był intelektualistą, a ściśle mówiąc, nie czerpał przyjemności z filozofowania wyłącznie dla zabawy. W książkach szukał przede wszystkim praktycznej wiedzy, uwielbiał przydatne aforyzmy. Gdy miał siedemnaście lat, zdobył angielskie wydanie Dialogów Seneki Młodszego i wziął sobie do serca jego zalecenia: „Pogarda wobec śmierci czyni wszelkie życiowe nieszczęścia znośnymi” albo „Odważny jest ten […], kto umie spojrzeć śmierci w twarz bez lęku czy zaskoczenia”19. Zawsze dochowywał wierności stoickim ideałom. Nawet w najtrudniejszych okolicznościach panował nad swymi emocjami, a ilekroć groziła mu śmierć, zachowywał spokój i opanowanie.

Próbując przeistoczyć się w angielskiego dżentelmena z prowincji, młody Washington stosował strategię typową dla outsiderów: uważnie obserwował ludzi stojących wyżej w hierarchii i starał się ich naśladować. Pewnego razu podjął się nad wyraz żmudnego zadania, przepisał bowiem sto dziesięć maksym z poradnika The Rules of Civility and Decent Behavior in Company and Conversation (Zasady grzeczności i stosownego zachowania w towarzystwie i podczas rozmowy), sporządzonego na podstawie szesnastowiecznej książki autorstwa francuskich jezuitów. Może chciał poćwiczyć charakter pisma, a może zlecił mu to nauczyciel – nie wiemy. Poradnik, ponury i pozbawiony humoru, przestrzegał przed najrozmaitszymi straszliwymi gafami, które można popełnić w dobrym towarzystwie. Z pewnością śniły się one w nocnych koszmarach młodemu Washingtonowi, pozbawionemu pewności siebie, a zrazem marzącemu o salonach. Zalecenie numer cztery brzmiało: „W obecności innych nie śpiewaj pod nosem, nie nuć, nie wybijaj rytmu stopami, palcami po stole nie bębnij”. Zalecenie numer jedenaście: „Nie wierć się, nie obgryzaj paznokci”. Numer dwanaście: „Gdy z kimś rozmawiasz, nie podchodź zbyt blisko, ażeby nie zrosić jego twarzy śliną”20. Numer sto: „Nie czyść zębów obrusem ani serwetką, nie dłub w nich nożem ani widelcem. Dozwala się użyć wykałaczek, jeśli towarzysze twoi również po nie sięgnęli”21.

Wiele reguł z poradnika dotyczyło okazywania szacunku wysoko postawionym osobom. Zalecano pokorę, a niekiedy wręcz uniżoność. Numer trzydzieści siedem: „Rozmawiając z człowiekiem wysokiego stanu, nie nachylaj się, nie patrz mu prosto w twarz, nie podchodź zbyt blisko – stój co najmniej o krok od niego”22. Numer trzydzieści dziewięć: „Gdy o kimś mówisz lub piszesz, używaj wszystkich jego tytułów”23. Książka uczyła poruszania się w świecie klasowych hierarchii, w którym ludzie czuli silny, głęboko zakorzeniony lęk przed urażeniem kogoś ważnego. „Wpajała skromność i szacunek dla władzy”, pisał William Guthrie Sayen i dodawał, że poradnik posłużył Washingtonowi do ćwiczeń mających na celu powściąganie emocji i kontrolowanie „ruchów, gestów, mimiki, tonu głosu i nastroju”24. Washington z natury przywiązywał dużą wagę do zasad etykiety, The Rules of Civility przypadły mu więc do gustu i pomagały uśmierzyć młodzieńcze obawy przed przypadkowym faux pas. Człowiek konsekwentnie przestrzegający wszystkich reguł przedstawionych w książce sprawiał wrażenie spokojnego, opanowanego, pragmatycznego. Jego manierom nie można było nic zarzucić. Właśnie o takim wizerunku, pozwalającym ukryć burzę wewnętrznych emocji, marzył George Washington.

Cenił wprawdzie wykształcenie, nie był jednak molem książkowym. Uwielbiał pływać w spokojnej, głębokiej rzece Rappahannock, znakomicie jeździł konno, lubił polować, w późniejszym okresie nauczył się szermierki, chodził też do szkoły tańca. Chętnie grywał w bilard, zdarzało mu się oglądać walki kogutów, niekiedy wybierał się na wyścigi konne. Podejmował pierwsze ostrożne eksperymenty z flirtowaniem. Mimo odrobiny nieokrzesania opanował sztukę przebywania w dobrym towarzystwie. Jednocześnie był młodzieńcem nadzwyczaj wstrzemięźliwym i poważnym. W późniejszych latach nieustannie przypominał w listach młodszym krewnym, że na człowieka nastoletniego czyhają najrozmaitsze niebezpieczeństwa. „Wkraczasz w wiek, w którym wykształcą się Twoje dobre i złe nawyki. Umysł Twój zwróci się albo ku rzeczom pożytecznym a godnym pochwały, albo też ku występkom i rozpuście”25. Ostrzegał przed towarzystwem młodzieńców, którzy „zbyt często mylą rubaszność z dowcipem, a przeklinanie, pijaństwo, hazard i awanturnictwo z męskością”26. Młody George Washington rzadko kiedy zbaczał na manowce. Mogło się wydawać, że już wówczas szykował się do wielkich czynów.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

Skróty zastosowane w przypisach

Diaries – The Diaries of George Washington, t. 1–6, red. Donald Jackson, Dorothy Twohig, University of Virginia Press, Charlottesville 1976–1979.

DiariesA – George Washington’s Diaries. An Abridgment, red. Dorothy Twohig, University of Virginia Press, Charlottesville 1999.

MTV – Library of the Mount Vernon Ladies’ Association, Mount Vernon.

PWC – The Papers of George Washington. Colonial Series, t. 1–10, red. W.W. Abbot, Dorothy Twohig, Philander D. Chase, University of Virginia Press, Charlottesville 1983–1995.

PWCF – The Papers of George Washington. Confederation Series, t. 1–6, red. W.W. Abbot, Dorothy Twohig, University of Virginia Press, Charlottesville 1992–1997.

PWP – The Papers of George Washington. Presidential Series, t. 1–15, red. W.W. Abbot, Dorothy Twohig, Philander D. Chase, David R. Hoth, Christine Sternberg Patrick, Theodore J. Crackel, University of Virginia Press, Charlottesville 1987–.

PWR – The Papers of George Washington. Revolutionary War Series, t. 1–18, red. W.W. Abbot, Dorothy Twohig, Philander D. Chase, Edward G. Lengel, Theodore J. Crackel, David R. Hoth, University of Virginia Press, Charlottesville 1985–.

PWRT – The Papers of George Washington. Retirement Series, t. 1–4, red. W.W. Abbot, Dorothy Twohig, University of Virginia Press, Charlottesville 1998–1999.

WWF – The Writings of George Washington, t. 1–39, red. John C. Fitzpatrick, U.S. Government Printing Office, Washington 1931–1944.

WWR – George Washington. Writings, red. John Rhodehamel, Library of America, New York 1997.

Wstęp. Portrecista

1 Carrie Rebora Barratt, Ellen G. Miles, Gilbert Stuart, Metropolitan Museum of Art, Yale University Press, New York–New Haven 2004, s. 78–79.

2 Paul K. Longmore, The Invention of George Washington, University of California Press, Berkeley 1988, s. 181.

3 Ron Chernow, Alexander Hamilton, Penguin Press, New York 2004, s. 89.

4 James MacGregor Burns, Susan Dunn, George Washington, Times Books / Henry Holt, New York 2004, s. 58.

5 Carrie Rebora Barratt, Ellen G. Miles, dz. cyt., 137.

6 Thomas Jefferson, Writings, red. Merrill D. Peterson, Library of America, New York 1984, s. 1319.

7The Spur of Fame. Dialogues of John Adams and Benjamin Rush, 1805–1813, red. John A. Schutz, Douglass Adair, Huntington Library, San Marino 1966, s. 98.

8 George Washington Parke Custis, Recollections and Private Memoirs of Washington, Derby & Jackson, New York 1860, s. 418.

9George Washington Reconsidered, red. Don Higginbotham, University of Virginia Press, Charlottesville 2001, s. 282.

1. Krótkowieczna rodzina

1PWP, t. 10, s. 333.

2George Washington Reconsidered, red. Don Higginbotham, University of Virginia Press, Charlottesville 2001, s. 20.

3 Fred Anderson, George Washington Remembers. Reflections on the French and Indian War, Rowman & Littlefield, Lanham 2004, s. 31.

4 Henry Wiencek, An Imperfect God. George Washington, His Slaves, and the Creation of America, Farrar, Straus & Giroux, New York 2003, s. 31.

5 Tamże, s. 34.

6 Garry Wills, Cincinnatus. George Washington and the Enlightenment, Doubleday, Garden City 1984, s. 68.

7 Douglas Southall Freeman, George Washington. A Biography, t. 1, Charles Scribner’s Sons, New York 1948, s. 58.

8 Tamże, s. 69.

9PWCF, t. 2, s. 175, list do markiza de La Fayette, 8 grudnia 1784.

10 Douglas Southall Freeman, dz. cyt., s. 193.

11 Margaret C. Conkling, Memoirs of the Mother and Wife of Washington, Derby, Miller, Auburn 1850, s. 22.

12 N. Hervey, The Memory of Washington with Biographical Sketches of His Mother and Wife, James Munroe, Boston 1852, s. 45.

13 Paula S. Felder, Fielding Lewis and the Washington Family. A Chronicle of 18th Century Fredericksburg, The American History Company, Fredericksburg 1998, s. 34.

14 David Ramsay, The Life of George Washington, T. Cadell & W. Davies, London 1807, s. 3.

15PWP, t. 7, s. 32, list do George’a Steptoe Washingtona, 5 grudnia 1790.

16 Richard Brookhiser, Founding Father. Rediscovering George Washington, Free Press, New York 1996, s. 137.

17 W.W. Abbot, An Uncommon Awareness of Self. The Papers of George Washington, „Prologue. Quarterly of the National Archives”, wiosna 1989.

18WWF, t. 35, s. 341, list do George’a Washingtona Parke’a Custisa, 19 grudnia 1796.

19 Peter R. Henriques, Realistic Visionary. A Portrait of George Washington, University of Virginia Press, Charlottesville 2006, s. 188.

20WWR, s. 3, Rules of Civility, 1747.

21 Tamże, s. 10.

22 Tamże, s. 5.

23 Tamże, s. 6.

24 William Guthrie Sayen, George Washington’s „Unmannerly” Behavior. The Clash between Civility and Honor, „Virginia Magazine of History and Biography”, zima 1999, t. 107, nr 1.

25WWF, t. 35, s. 295, list do George’a Washingtona Parke’a Custisa, 28 listopada 1796.

26PWRT, t. 1, s. 169, list do George’a Washingtona Parke’a Custisa, 4 czerwca 1797.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Uwaga na temat cytatów

Wstęp. Portrecista

Część pierwsza. Syn pogranicza

1. Krótkowieczna rodzina

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji

Przypisy