44,90 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 487
Data ważności licencji: 8/29/2030
Książka ta opowiada o tym, jak nauczyłem się słuchać koni i porozumiewać się z nimi mimo naturalnej różnicy dzielącej nasze gatunki. Pomysł opisania mych odkryć przyszedł mi do głowy po dość szczególnym wydarzeniu, które miało miejsce pewnego grudniowego wieczoru w 1988 roku, kiedy miałem pięćdziesiąt trzy lata.
Odebrałem wtedy telefon od mojego przyjaciela i sąsiada, Johna Bowlesa.
– Monty? – zapytał ze swoim charakterystycznym, południowym akcentem.
– Tak.
– Wiesz co, królowa Anglii chce się z tobą spotkać.
Po tym wstępie zaczął opowiadać, jak to Jej Królewska Mość pragnie poznać moje metody pracy z końmi i, być może, osobiście stwierdzić, czy moje twierdzenia o tym, że potrafię się z nimi porozumiewać, są prawdziwe.
John Bowles jest człowiekiem, który lubi od czasu do czasu spłatać figla przyjaciołom, pomyślałem zatem, naturalnie, że tym razem postanowił zażartować ze mnie. Zapytałem go, jak to możliwe, aby on, niczym niewyróżniający się obywatel, przekazywał mi wiadomości od Jej Królewskiej Mości. Odpowiedział, że jego angielski przyjaciel, niejaki sir John Miller, który jest byłym koniuszym królowej – to znaczy zarządcą jej stajni – otrzymał od niej polecenie odszukania mnie. Jej Królewska Mość przeczytała artykuły wydrukowane w The Blood Horse oraz Florida Horse, w których opisano moje pokazy, i te relacje ją zaintrygowały.
John Bowles mówił dalej, że zadanie odszukania kogoś, kto mieszka w odległości pięciu mil od niego, było najłatwiejszym z tych, jakie mu kiedykolwiek postawiono i jeszcze raz powtórzył pytanie, czy zechcę się spotkać z wysłannikiem królowej.
Niedługo potem sir John Miller przybył na moją farmę w Kalifornii, aby mnie poznać i zobaczyć, co potrafię.
Mój pokaz wprawił go w wielkie podniecenie i kiedy wracaliśmy do domu na lunch, a także podczas posiłku, zaczął wymieniać konkretne daty z przyszłorocznego planu podróży Jej Królewskiej Mości. Doszedłem do wniosku, że zamierza jakoś dopasować mnie do tego planu.
I rzeczywiście, powiadomił mnie, że Jej Królewska Mość prześle mi zaproszenie do przyjazdu do Anglii i spędzenia w Zamku Windsor tygodnia w kwietniu 1989 roku w charakterze jej gościa. Zapytał mnie jeszcze tym swoim arystokratycznym głosem:
– Zastanawiam się, czy pokaz, jakiego byłem świadkiem, może być powtórzony w stajniach Jej Królewskiej Mości, w jej obecności?
Zapewniłem go, że jakoś sobie z tym poradzę.
Na zakończenie powiedział jeszcze, że jeśli królowa przekona się, iż moja praca jest tego warta, przygotuje mi objazd kilku angielskich miast. Przede wszystkim zaś będzie chciała, żeby częścią tej trasy pokazowej były Newmarket oraz Gleneagles w Szkocji.
Dwa tygodnie później otrzymałem oficjalny list z zaproszeniem z Pałacu Buckingham. Teraz byłem już pewny, że to się stanie naprawdę – poznam królową Anglii!
Dla wielu różnych powodów, które wyjaśnię później, przez większość życia utrzymywałem moje osiągnięcia w tajemnicy. Już od wczesnej młodości byłem bity, obrzucany obelgami i oskarżany o oszustwo, gdy tylko zdecydowałem się pokazać ludziom, co potrafię zrobić i czego się nauczyłem. Nikt nie chciał zrozumieć, że moje osiągnięcia są wynikiem wielu godzin, które spędziłem na obserwacji dzikich koni, że są w gruncie rzeczy czymś prostym do zrozumienia, opartym na zdrowym rozsądku. Jest w tym coś magicznego, to prawda, ale mówimy tu o magii nieodkrytego języka – prymitywnego, precyzyjnego i łatwego do odczytania. Kiedy się go pozna, możliwe staje się porozumienie między ludźmi i końmi. Nie ma w tym nic niezwykłego i nie jest to wyłącznie moją specjalnością – zupełnie niedawno mój weterynarz osiągnął w kilka minut podobne rezultaty.
Biorąc to wszystko pod uwagę, uznałem, że gdyby udało mi się przekonać Jej Królewską Mość, iż moja praca jest wiarygodna i ważna, a co za tym idzie, zwrócić uwagę szerokiej publiczności na moje metody, byłoby to dla mnie największą możliwą nagrodą.
Piątego kwietnia 1989 roku wylądowałem na lotnisku Heathrow, gdzie czekał już na mnie sir John Miller. Pojechaliśmy razem prosto do odległego o zaledwie dziesięć lub piętnaście mil Zamku Windsor. Na podwórcu zamku stało kilka pojazdów przypominających bardziej czołgi niż samochody pasażerskie. Sir John wyjaśnił mi, że królowa je lunch w towarzystwie pierwszego sekretarza KPZR Michaiła Gorbaczowa oraz jego żony Raisy, którzy przybyli na to spotkanie w swoich własnych wehikułach.
Oglądając wnętrza Zamku Windsor, byłem głęboko poruszony. Za tymi drzwiami i na tych korytarzach, które teraz przemierzałem, przez setki lat rozwiązywano najważniejsze sprawy wielkiego państwa. Ta rodzina – rodzina królewska – słynęła z posiadania najlepszych koni wyścigowych na stulecia przed tym, zanim powstał mój kraj.
Powiedzmy sobie po prostu, że dla wiejskiego chłopaka z Kalifornii, który długo i ciężko pracował z końmi, był to z niczym nieporównywalny zaszczyt. Wiedziałem, że nie mogło mnie już spotkać większe wyróżnienie.
Sir John zaprowadził mnie na łąkę przed frontem Zamku Windsor i pokazał mi piętnaście koni najrozmaitszych maści, kształtów i rozmiarów. Na osobnym padoku zobaczyłem jeszcze źrebicę pełnej krwi1, która powiększała liczbę wierzchowców do szesnastu.
Żaden z nich nie znał jeszcze jeźdźca. Wszystkie były zielone i surowe, ale przyzwyczajono je już do noszenia kantarów. Z tymi to właśnie końmi miałem się porozumiewać podczas serii pokazów, jakie powinienem przedstawić w następnym tygodniu.
Sir John zaprowadził mnie następnie do stajni, które znajdowały się obok samego zamku, a potem do krytej ujeżdżalni. Ta ostatnia budowla, z uwagi na swoje gotyckie okna i wysokie sklepienie, wyglądała jak kaplica. Po jednej jej stronie ciągnął się oszklony, drewniany balkon. Była to dźwiękoszczelna platforma widokowa dla rodziny królewskiej.
Na środku ujeżdżalni znajdował się okrągły wybieg o średnicy pięćdziesięciu stóp2, otoczony drucianą siatką, którą na moje oraz sir Johna zamówienie dostarczyła i zmontowała firma Lodden Equipment.
Była to zgrabna konstrukcja, ale nigdy przedtem nie demonstrowałem mojej metody na wybiegu otoczonym drucianą siatką i nie byłem pewny reakcji koni. Wiedziałem, że będą widziały poprzez nią to, co dzieje się na zewnątrz, a to znaczyło, iż nie będą w stanie tak się koncentrować na przesyłanych przeze mnie sygnałach, jakbym sobie tego życzył.
Nie było jednak innej możliwości. Musiałem wierzyć, że siatka wystarczająco dobrze spełni rolę bariery i nie rozproszy zbytnio uwagi zwierząt.
Sir John powiedział mi, że królowa zaprosiła około dwieście osób, które w czasie tego tygodnia obejrzą moje pokazy. Ona sam spędzi ze mną tylko jedną godzinę w poniedziałek rano – wcześniejsze zajęcia uniemożliwiają jej poświęcenie na to więcej czasu – ale najprawdopodobniej każdego wieczoru będzie oglądała magnetowidowy zapis tego, co wydarzyło się w ciągu dnia.
Po zakończeniu naszego obchodu, wróciliśmy wraz z sir Johnem do Zamku Windsor. Ponieważ Michaił Gorbaczow i jego żona Raisa przygotowywali się właśnie do wyjścia, wpadliśmy w sam środek zakrojonej na szeroką skalę operacji sił bezpieczeństwa, która była konieczna, aby mogli opuścić salę jadalną.
Widok rosyjskich ochroniarzy mieszających się z oficerami brytyjskiej służby bezpieczeństwa wywoływał dość dziwne uczucie. Wszędzie na murach zamku widać było mężczyzn z karabinami maszynowymi w rękach.
W pewnej chwili, po jakimś starciu między nimi, jeden z brytyjskich wyższych oficerów zszedł na dół i zmierzając do sir Johna, krzyknął:
– Na Boga, zatrzymaliśmy ich na Krymie, zatrzymamy w Zamku Windsor!
Facet rzeczywiście potrafił długo chować urazę.
Wkrótce po tym Gorbaczow i Raisa wyszli na podwórzec i odjechali. Ich samochód poprzedzało kilka pojazdów, a kilka jechało za nimi. Okazywało się, że wycieczka do Anglii będzie dla mnie niezmiernie ciekawym doświadczeniem pod więcej niż jednym względem.
O dziewiątej rano następnego ranka byliśmy już z powrotem w Zamku Windsor. Tego dnia, w niedzielę, miałem zamiar zacząć przyzwyczajać konie do okrągłego wybiegu. Po wielu latach doświadczeń przekonałem się, że moje metody są skuteczniejsze, jeśli otoczenie nie rozprasza zbytnio uwagi zwierzęcia. Jak łatwo można sobie wyobrazić, dla zupełnie nieobytego z ludźmi konia zabranie go z pastwiska i wprowadzenie na oczach setek widzów do zamkniętej zagrody o średnicy pięćdziesięciu stóp jest doprawdy wielkim krokiem naprzód. Musi się to odbić na zdolności zwierzęcia do koncentracji. Przeprowadzenie pokazu jest nadal możliwe, ale wszystko trwa o mniej więcej dziesięć procent dłużej. Wynika to z tego, że od czasu do czasu cały proces zakłócają niespodziewane przerwy, podczas których koń przygląda się zebranym za siatką nieprzyjaciołom.
Tak czy owak, kiedy zjawiłem się w stajniach, wyczułem natychmiast chłód i niechęć bijącą od pracujących tam stajennych – w większości dziewcząt. Szybko też zauważyłem, że to szczególnie główny stajenny uważał, iż depczę mu po palcach.
Poprosiłem kilka razy o pomoc w wyprowadzeniu tych koni na wybieg, aby mogły się do niego przyzwyczaić. Zamierzałem łapać je kolejno i doprowadzać na miejsce, a że były w mniejszym lub większym stopniu dzikie, chętnie widziałbym jakąś pomoc.
Krążyłem zatem po stajniach, próbując znaleźć kogoś, kto zechciałby się do mnie przyłączyć, kiedy w pewnej chwili zobaczyłem damę w przepięknym stroju jeździeckim, która szła w stronę ujeżdżalni.
Podeszła do sir Johna i zaczęła z nim rozmawiać. Przemiana, której uległ, była czymś nadzwyczajnym. Nagle stał się zupełnie innym człowiekiem. Zmieniła się jego postawa, a także jego głos.
Rozmawiał z królową.
Od pewnego już czasu zastanawiałem się, w jaki sposób powinienem się do niej zwracać, kiedy ją spotkam. Miałem do wyboru „Waszą Królewską Wysokość” lub „Waszą Królewską Mość”, ale nie byłem pewny, który z tych zwrotów jest właściwy. Zastanawiałem się, czy powinienem się ukłonić, czy też wystarczy uścisk dłoni. Co więcej, nigdy nie zostałem oficjalnie poinformowany, że w ogóle spotkam się z nią osobiście.
Szła teraz prosto ku mnie, a ja nie byłem na to przygotowany, nie znałem wymaganego w takiej sytuacji sposobu zachowania się. Znalazłszy się z dala od domu, będąc gościem innego narodu, bardzo chciałem postąpić właściwie.
Ona jednak po prostu podała mi rękę, sprawiając, że wszystko stało się łatwe. Uścisnąłem jej dłoń, powiedziałem „Wasza Królewska Mość” i na tym poprzestałem.
Nie zauważyłem, by moje powitanie jakoś szczególnie zdziwiło obecnych, w przeciwieństwie do tego, co nastąpiło potem.
Królowa szybko rozwiała gnębiące mnie uczucie skrępowania, mówiąc:
– Chodźmy, panie Roberts, niech pan mi pokaże tę lwią klatkę na środku ujeżdżalni. Chcę, żeby mi pan o tym opowiedział.
Weszliśmy razem do budynku ujeżdżalni i zbliżyliśmy się do otoczonego drucianą siatką wybiegu.
– To wygląda jak jedna z tych klatek, do których wchodzi się z batem i krzesełkiem – powiedziała.
Zgodziłem się z nią, chociaż nigdy przedtem nie zwróciłem uwagi na to podobieństwo.
Opowiedziałem jej potem w skrócie o tym, co zamierzałem zrobić następnego ranka. Jej wyraźne zainteresowanie moją pracą oraz to, że chciała z góry poznać maksymalnie dużo szczegółów, pochlebiło mi i sprawiło ogromną przyjemność.
Kiedy skończyłem moją opowieść, pożegnaliśmy się i królowa odeszła.
Czułem, że podczas tego pierwszego spotkania wypadłem zupełnie dobrze. Nasza znajomość była względnie nieformalna, a królowa sprawiła na mnie wrażenie szczerej, otwartej kobiety, która potrafi tak kierować wydarzeniami, by toczyły się po jej myśli.
W niedzielę po południu do Zamku Windsor przyjechali moja żona Pat, mój syn Marty oraz mój pomocnik, Sean McCarthy.
Z Pat byliśmy małżeństwem od czasu, gdy skończyłem dwadzieścia jeden lat. Sean McCarthy był moim głównym ujeżdżaczem od dziewięciu lat i w tym czasie dosiadł ponad 1400 koni, dla których był pierwszym jeźdźcem w ich życiu. Miło było mieć świadomość, że przybyły posiłki – ludzie stojący po mojej stronie.
Sean i ja sprawdziliśmy najpierw na wybiegu nasz sprzęt, a potem zaprowadziłem go na łąkę, aby pokazać mu pasące się tam konie.
Zaskoczyła go rozmaitość tych zwierząt. Były wśród nich dwa lub trzy, które można uznać za prawie pełnej krwi i jedna klaczka pełnej krwi angielskiej, stojąca na osobnym padoku. Dwa bardzo duże wierzchowce rasy Shire Piebalds miały być w przyszłości końmi noszącymi bębny w czasie uroczystych parad kawalerii. Oprócz tych, które już wymieniłem, były tam jeszcze dwa inne duże ogiery, kilka gorącokrwistych krzyżówek oraz kilka mniejszych koni wywodzących się od kuców ras Fell i Haflinger.
Mimo tej całej rozmaitości ras i rozmiarów zwierząt, byłem dość pewny, że żadne z nich mnie nie zabije.
Po zakończeniu naszych przygotowań pojechaliśmy spędzić wieczór w Shotover House, domu sir Johna, który należał do jego rodziny od ponad stu lat.
Wraz z majorem Dickiem Hearnem – który przez wiele lat był trenerem koni wyścigowych Jej Królewskiej Mości – i jego żoną Sheilą zjedliśmy wspaniałą kolację, która w dużej mierze pomogła uspokoić mi nerwy przed czekającą mnie następnego dnia próbą.
Następnego ranka, o dziewiątej, mieliśmy się spotkać w ujeżdżalni z królową, księciem Filipem i królową matką.
Kiedy przybyli, atmosfera uległa radykalnej zmianie. Nagle stało się to oficjalnym wydarzeniem dworskim. Kobieta w stroju do konnej jazdy, z którą rozmawiałem poprzedniego dnia, była teraz królową Anglii. Ona oraz towarzyszący jej ludzie byli otoczeni przez funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa i musieli postępować zgodnie z zasadami protokołu.
Sir John przedstawił nas, jakbyśmy wcale nie rozmawiali ze sobą dzień wcześniej. Oszklona galeria widokowa została wskazana jako miejsce, skąd królewscy widzowie będą oglądali mój pokaz, jakbyśmy nie omawiali tego przez ostatnie dwa dni.
Muszę przyznać, że byłem zdenerwowany. Z reguły jestem spokojnym człowiekiem – to warunek konieczny w pracy, którą wykonuję. Wtedy jednak czułem, że serce bije mi coraz szybciej, a zdolność do koncentracji maleje i bardzo mnie to zaniepokoiło.
Członkowie rodziny królewskiej, którym towarzyszyli Pat i nasz syn, Marty, weszli na galerię widokową i zajęli swoje miejsca. Był to znak, że powinienem rozpocząć pokaz.
Pierwszym zadaniem, które mi postawiono, było ułożenie klaczki pełnej krwi, będącej własnością samej królowej matki, która, co oczywiste, miała bardzo uważnie obserwować moje poczynania.
Kiedy wkroczyłem na wybieg, uświadomiłem sobie, że jeśli nie zdołam się odprężyć, nie będę w stanie porozumieć się z koniem, jak to normalnie robię. Klaczka nie będzie podatna na moje sygnały, a ten dzień stanie się dniem największej kompromitacji w moim życiu. Zamykając za sobą bramkę, wyobraziłem sobie, jak w upokorzeniu opuszczam królewską ujeżdżalnię, i ogarnęło mnie przerażenie.
Chwilę później trener klaczki przyprowadził ją i wpuścił do środka. Była młoda, płochliwa i patrzyła wokół siebie oczami szeroko otwartymi ze strachu.
Dostrzegłem w niej stworzenie bardziej przerażone ode mnie i potrzebujące mojej pomocy. To ja powinienem dodać jej ducha w sytuacji, w której oboje się znaleźliśmy. Gdy tylko sobie to uświadomiłem, obecność tego młodego, nieułożonego jeszcze zwierzęcia szybko mnie uspokoiła i przystąpiłem do pracy.
Po upływie zaledwie minuty lub dwóch poczułem, że sprawy przybierają dobry obrót. Klaczka zaczęła przekazywać mi sygnały, na które czekałem. Nagle nabrałem pewności, że możemy przejść do następnych etapów mojego pokazu.
Nie będę się teraz wdawał w szczegóły mojej metody porozumiewania się z końmi, ponieważ zrobię to później. Celem tej książki jest przedstawienie, jak stopniowo, na przestrzeni lat, rozwijałem w sobie zdolność rozumienia języka tych zwierząt, w nadziei, że pojęcie, jakie na ten temat uzyska czytelnik, będzie równie mocno oparte na faktach i obserwacjach, co moje.
Wystarczy powiedzieć, że ta młoda, nieznająca jeszcze jeźdźca klaczka reagowała dokładnie tak, jak to przewidziałem. Mimo że nie założyłem jej żadnego uwiązu ani uzdy, już po siedmiu minutach podążała za mną dookoła areny wyznaczonej przez ogrodzenie. Jeśli zawracałem i szedłem w drugą stronę, ona robiła to samo, a jej nos przez cały czas był w odległości stopy lub dwóch od mojego ramienia. Zaufała mi. W tej ciężkiej sytuacji, w jakiej ze swojego punktu widzenia się znalazła, ja byłem jej pocieszycielem.
Rodzina królewska obserwowała to wszystko z galerii widokowej.
Po piętnastu minutach ta początkowo ogromnie wystraszona i spięta klaczka, której przez całe jej życie nikt nie próbował jeszcze siodłać ani kiełznać, stała nieruchomo jak skała, podczas gdy ja dopasowywałem jej siodło. Wciąż jeszcze nie nałożyłem niczego na jej głowę.
Po zaledwie dwudziestu pięciu minutach spokojnie zaakceptowała uzdę i wędzidło, po czym Sean wsiadł na nią i zaczął jeździć dookoła wybiegu. Wyglądało to tak, jakby robiła coś, na co czekała przez całe życie.
W końcu Sean zeskoczył na ziemię i klaczkę wyprowadzono na zewnątrz.
Kiedy wyszedłem poza ogrodzenie, zobaczyłem, że królowa, książę Filip i królowa matka wstali już ze swych miejsc i schodzą na dół, aby się do mnie przyłączyć. Wraz z nimi schodzili funkcjonariusze służb bezpieczeństwa, wśród których zapanowało wyraźne poruszenie, oraz Pat i Marty.
Królowa jako pierwsza wyszła zza drzwi prowadzących na galerię. Z ciepłym uśmiechem na ustach uścisnęła mi dłoń i powiedziała:
– To było piękne.
Powiedziała jeszcze, że jest pod wrażeniem tego, co zobaczyła, że reakcje klaczki wprawiły ją w najwyższe zdumienie i zapewniła mnie, iż powinienem być dumny z mojej pracy.
Uświadomiłem sobie nagle, jak długo czekałem na takie słowa, na to, by ktoś tak pozytywnie ocenił moje wysiłki. W domu mój wybieg otoczony jest wysokimi ścianami i nie ma platformy widokowej. Zbudowałem go w ten sposób właśnie po to, aby przeszkodzić ludziom w oglądaniu tego, co robię, i wyrażaniu swego sceptycyzmu.
Chwilę później podszedł do mnie książę Filip. Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym zapytał mnie, czy mógłbym popracować trochę z młodymi ludźmi, którzy mają w tym tygodniu przygotować pod siodło kilka z jego kuców rasy Fell.
Byłem zachwycony tym, jak na mój pokaz zareagowali królowa oraz książę Filip, ale muszę wyznać, że szczególnie interesowało mnie to, co powie właścicielka klaczki, królowa matka.
Po kilku minutach ona także wyszła przez drzwi i zostałem nagrodzony najcieplejszymi słowami uznania, na jakie mogłem mieć nadzieję. Miała łzy w oczach, gdy cicho, ale zdecydowanie powiedziała do mnie:
– To była jedna z najpiękniejszych scen, jakie widziałam w życiu.
Była wyraźnie wzruszona zachowaniem swojej klaczki, a także samym faktem, że na własne oczy widziała, ile można osiągnąć na drodze porozumienia między człowiekiem i koniem.
Jej emocjonalna reakcja sprawiła, że zapomniałem na moment, kim ona jest i gdzie się znajdujemy. Wydało mi się, że właściwą rzeczą będzie objęcie jej i delikatne uściskanie.
Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa zesztywnieli ze zdumienia, po czym kilku z nich ruszyło w naszym kierunku. Uświadomiwszy sobie, że nikomu nie wolno dotykać członków rodziny królewskiej, opuściłem natychmiast ręce i cofnąłem się o krok.
Ona jednak nie wydawała się w najmniejszym nawet stopniu obrażona. Wciąż mówiąc swoim cichym, miłym głosem, powiedziała mi, że ma nadzieję, iż będę kontynuował moją pracę i przyczynię się do powstania nowych, bardziej humanitarnych stosunków między ludźmi i końmi. Często wracam myślą do słów, które wtedy wypowiedziała i niezmiennie sądzę, że będą one dla mnie źródłem satysfakcji do końca mojego życia.
Moja relacja o pobycie w Zamku Windsor ma dalszy ciąg, ale dotarliśmy właśnie do miejsca, w którym chciałbym ją na jakiś czas przerwać.
Jest jeszcze wiele do opowiedzenia: w ten sam poniedziałek, po południu, miała miejsce próba zdyskredytowania tego, co udało mi się osiągnąć, ale tę historię także przedstawię później.
To Jej Królewska Mość zasugerowała, żebym napisał książkę o moich doświadczeniach oraz metodach porozumiewania się z końmi, i w dużej mierze właśnie dzięki jej sugestii rozpocząłem długi oraz trudny proces przypominania sobie wydarzeń, które ukształtowały moje życie, a także tego, jak to się stało, że pokochałem konie tak bardzo, iż spróbowałem dotrzeć do nich poprzez dzielącą nasze gatunki przepaść.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Konie pełnej krwi angielskiej nazywa się także folblutami [przyp. tłum.].
2 Około 15 metrów (stopa to 30,48 cm) [przyp. red.].
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Urodziłem się w środku wielkiego kryzysu, 14 maja 1935 roku, w małym kalifornijskim miasteczku o nazwie Salinas.
Okolica ta była tłem wielu klasycznych powieści Steinbecka, który tworząc postacie swoich bohaterów, mógł się wzorować na moich przodkach, typowych imigrantach, dawnych i zupełnie świeżej daty, osiedlających się w rajskiej Kalifornii.
Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem, kiedy wyniesiono mnie przed dom, było 2300 akrów3 pierwszorzędnej ziemi usytuowanej w rejonie zwanym Amerykańską Miską Sałaty – żyznej gleby pobłogosławionej łagodnym klimatem.
Jednakże nie był to obszar typowo rolniczy. Umiejscowiony na obrzeżach miasta, był w gruncie rzeczy terenem zabudowanym – ale różniącym się pod pewnym względem od innych. Wszystkie budynki i inne obiekty miały związek z końmi, od stajni z boksami po otoczony trybunami plac konkursowy czy też zagrody i stodoły. Był to teren jeździecki.
I tam właśnie pracowali moi rodzice.
Jeszcze zanim skończyłem pierwszy rok życia, zacząłem towarzyszyć mojej matce w siodle, siedząc przed nią. Nie zdarzało to się tylko od czasu do czasu i nie było zaplanowaną rozrywką, jak to mogło być w przypadku innych niemowląt – siedziałem tam godzinami, podczas gdy ona prowadziła lekcje jazdy. Ruchliwe uszy konia, jego szyja widoczna tuż przede mną, podskakująca w takt kroków grzywa – wszystko to było mi tak znane jak widok i głos ludzi.
W wieku dwóch lat większość każdego dnia spędzałem na koniu, stałem się bowiem w międzyczasie posiadaczem własnego wierzchowca. Była to z pewnością rzadka, wręcz jedyna w swoim rodzaju sytuacja: niewiele osób może powiedzieć o sobie, że urodzili się i wychowali na obszarze Terenów Jeździeckich w Salinas (Salinas Rodeo Competition Grounds).
Te tereny powstały dzięki niejakiemu panu Sherwoodowi, który po śmierci zostawił miastu Salinas 2300 akrów ziemi. W testamencie zażądał, żeby były w całości przeznaczone na cele związane z hodowlą i treningiem koni.
Władze miasta Salinas zaproponowały mojemu ojcu objęcie stanowiska zarządcy tej ziemi. Ten wyraził zgodę i w krótkim czasie rozpoczęły się prace przy budowie ponad ośmiuset boksów oraz placu konkursowego z trybunami dla dwudziestu tysięcy widzów. Wszystko to istnieje do dzisiaj.
Oprócz wypełniania obowiązków zarządcy całego terenu, ojciec prowadził tam także swoją własną szkółkę jeździecką. Każdego dnia moja matka objeżdżała miejscowe szkoły wielkim samochodem osobowo-towarowym, przywożąc uczniów na lekcje i odstawiając ich potem z powrotem do klas. W programach szkół podstawowych i średnich w Salinas znajdowało się wychowanie fizyczne, w ramach którego przewidziano naukę jazdy konnej, i uczniowie zapisywali się do akademii jeździeckiej mojego ojca.
Oprócz tego ojciec trenował i utrzymywał wierzchowce prywatnych klientów, a także umożliwiał różnym trenerom koni odpłatne korzystanie z Terenów Jeździeckich, dzięki czemu mogli wykonywać tam swoją pracę, jak tego żądał w testamencie pan Sherwood. Moi rodzice zarządzali zatem prezentem, który pan Sherwood sprawił miastu Salinas, jak również prowadzili interesy na własne konto.
Pierwszy koń, którego dostałem, nazywał się Ginger4. Miał siedemnaście lat i był dobrze ułożonym kowbojskim koniem z Rancza Uhl, swego czasu całkiem dobrym w popularnych na Zachodzie konkurencjach jeździeckich. Teraz, kiedy przeszedł na emeryturę, oddano go w ręce małego dziecka. Miał idealny temperament: był zdyscyplinowany, pewny i dlatego wyznaczono mu rolę mojego pierwszego wierzchowca, a także nauczyciela czy wręcz opiekuna.
Przez wiele lat brał udział w kowbojskich konkursach ujeżdżenia i znał to wszystko na wylot. Nie mógł jednak nic poradzić, jeśli dzieciak na jego grzbiecie myślał, że potrafi coś wykonać lepiej. Ginger wykazywał dużo cierpliwości wobec trzylatka podskakującego na jego kłębie i wymachującego we wszystkich kierunkach rękami oraz nogami. Nie była to dla niego godna i spokojna emerytura, ale myślę, że on też dobrze się bawił.
Byłem oczywiście głęboko przekonany, że nie mógłby popełnić żadnego błędu. Był moim przyjacielem.
Dostrzeżenie faktu, że moje jeździeckie umiejętności są wyższe niż przeciętne, nie zabrało ojcu zbyt wiele czasu. Potrafiłem jechać stępem, kłusować i galopować. Bez większych trudności wykonywałem ósemkę lub lotną zmianę nogi w galopie5. Wtedy taki poziom umiejętności wydawał mi się czymś normalnym, ale pamiętam ludzi mówiących: „Ten chłopiec ma dopiero trzy lata”.
Ojciec postanowił wykorzystać moje zdolności do swoich własnych celów. Nie osiągnąłem jeszcze wieku przedszkolnego, kiedy usłyszałem, że muszę zacząć ćwiczyć intensywniej i spędzać na koniu więcej czasu niż do tej pory. Skupił swoją uwagę na mnie, a nie na moim bracie Larrym, ponieważ Larry był młodszy i od urodzenia często chorował, co uczyniło go bardziej słabowitym ode mnie. Larry’ego należało otaczać opieką, mnie można było maksymalnie popędzać.
Regularnie brałem udział w zawodach jeździeckich i prawie co weekend musiałem współzawodniczyć z na ogół starszymi ode mnie przeciwnikami.
Wciąż mam pewien stary, trzęsący się film przedstawiający Larry’ego i mnie (wówczas czterolatka) biorących udział w konkursie ujeżdżenia koni kowbojskich dla młodzieży. Ziarniste, migoczące obrazy pokazują nas jeżdżących po okręgu na naszych koniach, osadzających je na miejscu, wykonujących piruety oraz galopujących do przodu i do tyłu jak miniaturowe wersje kowbojów, którzy nas tego nauczyli – wszystko to w niesamowitej ciszy filmów nakręcanych w tamtych latach.
Kiedy teraz patrzę na siebie i na Gingera, i widzę, jak szarpałem jego pysk, jak źle się z nim obchodziłem – tylko na skutek ignorancji – ogarnia mnie smutek i mogę tylko mieć nadzieję, że on rozumiał, iż byłem wtedy małym dzieckiem, które nie wiedziało, co robi.
Większość dzieciaków biorących udział w tych zawodach była ode mnie starsza, ale ja miałem po swojej stronie Gingera, a on lepiej od wszystkich wiedział, jak zdobywa się wysokie oceny na takich imprezach. Robił to przecież od wielu lat i to zmagając się ze znacznie mocniejszymi przeciwnikami niż ci, z którymi przyszło nam konkurować. Jestem przekonany, że całkowicie sam zdecydował, iż byłoby miło, gdyby udało nam się zabrać trofeum do domu – i tak zrobił. Wygrałem zawody.
Czteroletni Monty na Gingerze po zwycięstwie w konkursie ujeżdżenia dla młodzieży do lat szesnastu
Popularność, którą przyniosło mojej rodzinie to niespodziewane zwycięstwo, miała upajający wpływ na moich rodziców. Liczba uczniów w ich szkółce jeździeckiej nagle wzrosła. Dla wszystkich stało się oczywiste, że pan i pani Roberts muszą być najlepszymi nauczycielami, skoro ich czteroletni syn zdobył to trofeum.
Potwierdziło to także wiarę mojego ojca w to, że jestem dzieckiem, które uczyni nazwisko Robertsów sławnym w świecie ludzi zajmujących się końmi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
3 Około 930 hektarów (akr to w przybliżeniu 0,4 hektara) [przyp. red.].
4 Ginger – z ang. imbir [przyp. red.].
5 Lotna zmiana nogi w galopie – jeden z trudniejszych elementów ujeżdżenia. Koń musi zmienić położenie kończyn w fazie lotu, nie zwalniając rytmu biegu i ruchu do przodu [przyp. tłum.].
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Prolog
I. Dorastając wśród koni
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki