Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
„Przez »polowanie« rozporządzenie niniejsze rozumie przywłaszczenie zwierzyny oraz jej części użytecznych i płodów, tropienie, ściganie, łowienie zwierzyny, strzelanie do niej i inne czynności podobne, zmierzające do jej przywłaszczenia”.
Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 3 grudnia 1927 r. o prawie łowieckiem, Dz.U. 1927 nr 110 poz. 934, art. 2
Żadne żyjące w Polsce zwierzę nie budziło w człowieku takiej niechęci. Rabuś, bandyta, zabójca, bestia, nienażarty drapieżca – nasza wyobraźnia od zawsze widzi w wilku zło. Samego diabła.
W latach dwudziestych XX wieku wilka uznano za szkodnika i zalecono jego zabijanie. W rozpoczętą w PRL-u akcję wilczą, czyli masową eliminację gatunku na terenie kraju, zaangażowali się nie tylko myśliwi, ale i zwykli ludzie. Wilka trzeba było wytępić. Dla łowców stanowił on trofeum. Dla mieszkańców wsi i miasteczek – problem. Dla polityków z Warszawy – sport.
Krzysztof Potaczała wraca do Bieszczadów tamtego okresu, by ukazać relację łączącą Homo sapiens i Canis lupus – wyrosłą z niezrozumienia, bazującą na strachu i rywalizacji. Czy dziś nadszedł czas, by przestać się bać „wilka złego”?
Nigdy nie czytałem tak staranie udokumentowanej i tak dobrze podanej historii prześladowania wilków w Polsce. Ta przejmująca i świetnie napisana książka powinna być lekturą obowiązkową nie tylko dla miłośników wilków, ale też dla każdego, komu zależy na naszej przyrodzie.
Adam Wajrak
Krzysztof Potaczała zabiera nas w fascynującą, choć miejscami dość straszną, podróż do czasów, gdy państwo polskie wytoczyło gatunkowi Canis lupus wojnę totalną, a przedstawiciele Homo sapiens ochoczo do niej przystali – polska władza ludowa uznała bowiem, że wilk to nie tylko drapieżnik, lecz także „wróg klasowy”. To też historia mitu wilka, który współcześnie wraca w mediach – i w naszych głowach – jak refren piosenki. Albo wyrzut sumienia.
Marek Maruszczak
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 340
Data ważności licencji: 2/25/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki
Kira Pietrek
Zdjęcie na okładce
© Stan Tekiela Author/Naturalist/Wildlife Photographer/Moment/Getty Images
Redaktor nabywający
Krzysztof Chaba
Redaktorka prowadząca
Magdalena Kowalewska
Opieka promocyjna
Maria Adamik-Kubala
Redaktorka językowa
Agnieszka Mąka
Adiustacja
Kinga Kosiba
Korekta
Paweł Denkowski
Joanna Kłos
Wybór ilustracji
Krzysztof Potaczała
Magdalena Kowalewska
Copyright © by Krzysztof Potaczała
Copyright © for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-547-4
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected] I (IV), Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
*
Dwa uderzenia siekierą – zamaszyste i pewne. Gdy po krótkim jęku zapadła cisza, mężczyzna zacisnął linkę na karku ofiary i powlókł ją do drogi.
Działo się to w 1957 roku, choć równie dobrze mogło się zdarzyć w roku 1964 albo 1971. Szczegółowa data jest bez znaczenia, chodzi jedynie o przybliżenie ram czasowych morderczej operacji, trwającej przez dekady PRL-u. Prowadzono ją przeciwko – jak podkreślano w oficjalnych zarządzeniach – szczególnie niebezpiecznemu, wyjętemu spod prawa rywalowi.
Podobnie brutalne działania zaplanowano w tamtym czasie nie tylko w Polsce, lecz także w Związku Radzieckim i Czechosłowacji. Nikt przeciwko nim nie protestował, a jeśli nawet ktoś miał taki zamiar, to brakowało mu odwagi lub przekonania, że jego głos będzie słyszalny.
Współcześnie media informują o sprawach znacznie mniejszego kalibru, ale wtedy, dziesięć lat po wojnie, relacją człowieka z przyrodą zajmowały się rzadko. Chyba że chodziło o poparcie akcji eksterminacyjnej. Zaangażowano w nią setki ludzi na wyżu i niżu, opracowano precyzyjne plany, powołano komisarzy, wydrukowano instrukcje. I wyruszono w teren.
*
Tak, wystarczyły dwa uderzenia. Gdyby nie pies, pewnie nic by z tego nie wyszło, ale w mroźne wigilijne przedpołudnie owczarek Stanisława Mleczki z Lisznej koło Sanoka zerwał się ze smyczy i z ujadaniem pognał w gęstwinę. Chwilę później „rozgorzała walka psa z wilkiem. Walka na śmierć i życie. Mleczko, nie tracąc zimnej krwi, obuchem siekiery ogłuszył wilka, a następnie silnym ciosem – zabił”1, jak sensacyjnie donosiła prasa. Z tym większym zadowoleniem, że zwierz okazał się basiorem rzadko spotykanych rozmiarów.
W nadleśnictwie wybałuszyli oczy, gdy wskazówka wagi doszła do sześćdziesięciu ośmiu kilogramów! Z takim samcem jeszcze się nie spotkali. Ktoś pobiegł po aparat, zrobiono pamiątkową fotografię i wysłano ją do „Łowca Polskiego” z prośbą o publikację.
Wkrótce wyprawiona skóra basiora trafiła do Muzeum Łowieckiego w Rzeszowie, a „pogromca” zwierzęcia otrzymał tysiąc złotych nagrody. W 1957 roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie w Polsce wynosiło tysiąc dwieście siedemdziesiąt dziewięć złotych, zatem Stanisław Mleczko zainkasował prawie drugą wypłatę. Był już wtedy jednym z wielu, którzy odebrali podobne gratyfikacje. Za tę kwotę mogli kupić rower, za jej trzykrotność telewizor, a jeśli postarali się bardziej – nawet wymarzonego Junaka albo sztucer z imponującą lunetą.
Pieniądze szeleściły w kieszeniach i w wyobraźni. Kto żyw – szedł na wilka.
1 jen, Siekierą zabił wilka, „Nowiny Rzeszowskie”, 1–2.01.1957, s. 3.
W pogoni za „wrogiem”
29 stycznia 1955 roku rząd PRL-u przyjął uchwałę w sprawie tępienia wilków na obszarze całego kraju. Władze uznały, że trzeba położyć kres regularnym wilczym atakom na zwierzęta leśne i gospodarskie. Oraz – o czym mawiano tylko w kuluarach, by nie wywołać paniki – zapobiec możliwej agresji wobec ludzi. Liczebność gatunku Canis lupus w Polsce szacowano wówczas na około półtora tysiąca, a niesława „czarnego” wilczego charakteru tkwiła w ludzkich głowach tak samo mocno jak w średniowieczu. Jeśli mówiło się o wilku, to najczęściej źle.
Niespełna miesiąc później, 26 lutego, minister leśnictwa Jan Dąb-Kocioł zarządził, by prezydia rad narodowych wydzieliły pieniądze na „budowę pułapek, podwody (…), wynagrodzenie dla tropicieli, wykładanie padliny, nagrody za ubicie wilków oraz wybranie wilczych szczeniąt z gniazd i ich zniszczenie”1. A także na kupno i konserwacje fladr – około czterdziestocentymetrowych chorągiewek, zwykle czerwonych lub pomarańczowych, nanizanych na sznury i rozciągniętych wokół leśnego obszaru, w którym otropiono wilki. Zwierzęta te panicznie się ich bały – zapewne kojarzyły je z ogniem – dlatego często nie mogły wydostać się z takiej pułapki. Tylko w województwie rzeszowskim na wszystkie wymienione zadania przeznaczono trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. W kolejnych trzech latach było identycznie.
W odpowiedzi na apel rzeszowskich władz regionalnych jeszcze w tym samym roku dla chętnych zorganizowano grupowe wyjazdy w Bieszczady, gdzie żyło najwięcej wilków. Równie dużo widywano ich w Górach Sanocko-Turczańskich, Beskidzie Niskim i na Pogórzu Przemyskim. Mimo że miejscowych myśliwych nie brakowało, to nie potrafili oni poradzić sobie choćby z trzecią częścią licznych watah. Dlatego podobne wypady, zwykle kilkudniowe, urządzano także później. A następnie szumnie rozgłaszano, ile wilków udało się ustrzelić lub – znacznie częściej – ile szkodników zdołano wytępić. Słowa miały znaczenie i wpływały na postawy społeczne.
*
Podobno bieszczadzka Wołkowyja, powstała w XV wieku, wzięła nazwę stąd, że w okolicznych lasach żyło bez liku szarych drapieżników. Najpierw nazwano ją „Wilki-wyją”.
To nie fragment baśni, lecz wstęp do niewielkiego artykułu prasowego o krwiożerczości wilków, które jesienią i zimą 1956 roku zagryzły w trzech wioskach – Baligrodzie, Cisnej i Wołkowyi – ponad trzysta owiec. Ponadto zdziesiątkowały stado krów, a na deser dobrały się do psa w Górzance. Atak dostrzegł gospodarz i „przy pomocy grubego kija ubił wilka”. Dziennikarz ubolewa, że w opisywanym rejonie myśliwi są mało skuteczni i wolą urządzać polowania na dziki. Na koniec z wyrzutem dodaje: „Dotychczas nie zorganizowano ani jednej obławy na wilki”2.
– Eee tam… – wspominał przed kilku laty z uśmiechem Piotr Domański, sędziwy łowca z Górzanki. – U nas wilków wcale nie było tak dużo, bardziej w wysokich Bieszczadach, to po co mieliśmy robić obławy? Czasami ktoś strzelił na polowaniu zbiorowym, innym razem z zasiadki. W tym drugim przypadku pod warunkiem, że miał siłę na wielogodzinne trwanie na ambonie. Nie takiej jak dzisiaj, ocieplonej puchem, z wyrkiem i kuchenką gazową w środku, ale zupełnie gołej, w której hulał wiatr, a szron oblepiał myśliwemu rzęsy i brwi. Kiedy rankiem schodził z trudem po drabinie na ziemię, był prawie sztywny z przemarznięcia, a bywało, że trafiał do szpitala z zapaleniem płuc.
Najwięksi twardziele ryzykowali zdrowie, ponieważ umieli liczyć pieniądze. Według oficjalnego taryfikatora z lat pięćdziesiątych za likwidację wilka na polowaniu indywidualnym państwo wypłacało łowcy tysiąc złotych. Kiedy zwierzę padło od śrutu na zbiorówce – pięćset złotych, a jeśli odnaleziono wilcze gniazdo i wybrano młode – dwieście złotych. Ale żeby zabijać nielubiane drapieżniki, nie trzeba było mieć uprawnień myśliwskich. Według przepisów mógł to robić zarówno każdy dorosły obywatel PRL-u, jak i goście z innych demoludów i Europy Zachodniej, którzy na wieść o potężnej operacji chętnie zapisywali się na taką przygodę. Ci ostatni nie dla zarobku – sami płacili za tę możliwość – lecz po to, by zdobyć trofeum. We Francji, w Szwajcarii czy w Niemczech wilków było jak na lekarstwo, tymczasem w Polsce – zatrzęsienie.
Gajowi alarmowali lokalnych włodarzy: wilki opanowały rozległe górskie lasy, ale coraz odważniej podchodzą też do opłotków wsi. Jakby na potwierdzenie ich słów w Stefkowej, w powiecie leskim, drapieżniki starły się z rolnikiem:
Jan Krzyszczuk usiłował zadusić waderę, która napadła na jego krowy, (…) ale jej skowyt usłyszał samiec i ruszył partnerce na pomoc. (…) Z miejsca rzucił się na człowieka, zadając mu rany kłami i pazurami. Walka trwała kilka minut. Dopiero psy odpędziły wilki do lasu. Gdy Krzyszczuk po częściowym wyleczeniu się z ran udał się na miejsce walki z wilkami, opłaciło mu się to sowicie. Opodal (…) w krzakach leżała wilczyca, którą za pomocą psów uśmiercił. Otrzyma za to tysiąc złotych nagrody3.
Dziwna relacja, mało wiarygodna. Dziennikarz nie precyzuje, w jaki sposób doszło do walki człowieka z waderą, gdzie wtedy były psy i jak to się stało, że odpędziły wilki do lasu, a mimo to zdołały jednego zagryźć w zaroślach na łące. Podobnych informacji – nie zawsze rzetelnych, często rozdmuchanych – ukazywało się w ówczesnej prasie więcej. Wilki były tematem dyżurnym, a czytelników obficie raczono bardziej lub mniej krwawymi doniesieniami. Można nawet uznać, że media wręcz patronowały akcji tępienia wilków.
– Pewnie zdarzały się nadinterpretacje, ale to z emocji – usprawiedliwia się emerytowany podkarpacki reporter. – Kiedy co pewien czas wyjeżdżałem w Bieszczady, miałem możność oglądania zmasakrowanych jeleni, zjedzonych niemal doszczętnie koni i bydła. Tropy wilków prowadziły do ludzkich siedzib, a wyobraźnia podpowiadała, że za chwilę nienasycone watahy dobiorą się do ludzi.
– Wilki atakowały wszystko, co się ruszało – potwierdza Franciszek Kaźmierczyk, leśnik i myśliwy, od połowy lat pięćdziesiątych mieszkaniec Chmiela. – Wchodziły do kurnika jak lisy, chociaż wcześniej gardziły pierzastym. W niektórych wioskach dorośli w obawie przed wilczymi watahami odprowadzali dzieci do szkoły, a po lekcjach przyprowadzali je do domu. Po zmroku nikt nie wychodził poza furtkę. Jeśli już musiał, to z widłami.
Nie inaczej było w Beskidzie Niskim. Z Wisłoka Wielkiego do szkoły w Komańczy uczniowie zmierzali zawsze w towarzystwie dorosłych. Jedni i drudzy tak samo obawiali się wilków, bo niemal codziennie słyszeli ich przeciągłe wycie. Drapieżniki nie zawsze podchodziły blisko nielicznych zagród, ale gdy już to zrobiły – nie rezygnowały łatwo z upatrzonej zdobyczy, najczęściej łańcuchowego psa, gęsi albo kury. Kiedyś jednak zdobyły się na większą odwagę: wparowały do niedomkniętego chlewu i rozpruły maciorę.
*
Zanim ludzkie masy ruszyły na wojnę z wilkami, najpierw zasypano urzędników w Warszawie stosem skarg – od osadników, włodarzy gmin, zarządów państwowych gospodarstw rolnych (PGR-ów) i spółdzielni produkcyjnych. Jedna z takich spółdzielni hodowała w dolinie Tworylnego – zdziczałej po akcji „Wisła”, leżącej nad malowniczo wijącym się Sanem – bydło na eksport wołowiny. Państwowe stada, złożone z pięciuset i więcej sztuk, wypasali tu pierwsi bieszczadzcy kowboje: Henryk Victorini i Mariusz Merski. Niemal od pierwszego dnia pobytu na zmianę trzymali nocne warty przy zagrodzie z żerdzi, w której odpoczywały powierzone im zwierzęta. Wilki jeszcze bezpośrednio nie atakowały, ale już szukały sposobu na pokonanie przeszkody i dobranie się do bydła.
Któregoś letniego wieczoru odważyły się pójść o krok dalej – kilka z nich pokonało susem drewnianą barierę i wpadło między ryczące ze strachu bydlęta.
– Mogliśmy jedynie krzyczeć i strzelać z karbidu, w który sami się wyposażyliśmy – opowiadał Mariusz Merski – ale efekt okazał się marny. Tej nocy drapieżniki zabiły nam trzy cielęta, a był to dopiero początek kłopotów. Latem i wczesną jesienią watahy jeszcze parokrotnie atakowały nasz żywy inwentarz, także w dzień. Za każdym razem traciliśmy sztukę lub dwie i musieliśmy się tłumaczyć przełożonym, dlaczego nie zapobiegliśmy stratom.
Pasterze pytali samych siebie: czy także dawniej – w międzywojniu i później – tubylcy musieli toczyć nieustanne boje z wilkami i jakie sposoby na ujarzmianie zapędów drapieżników znajdowali? Ile rocznie ginęło im krów i owiec, jak takie straty odbijały się na ich życiu, gdzie szukali pomocy? Czy tylko we dworze, czy może gdzieś dalej – u kogoś ważniejszego? Teraz sami musieli stawiać czoła wilkom wyposażeni jedynie w drągi, pochodnie, karbid i białawego wyżła. Raf nie był zbyt duży, ale nadzwyczaj odważny. Ze zwarć z wilkami wracał pokaleczony, a później tygodniami lizał rany. Najpewniej nie miałby szans w owych konfrontacjach, gdyby nie chroniąca jego szyję szeroka kolczasta obroża. Jej ostre szpikulce zraniły niejednego napastnika.
Częste wilcze podchody niebezpiecznie zmniejszyły dystans między dzikim zwierzęciem a człowiekiem. Canis lupus nie decydował się jeszcze na przekroczenie granicy, ale stał w pobliżu, patrzył na kowbojów i merdał przy tym ogonem. Jakby chciał pokazać, że nikogo się nie boi i tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy zawładnie całym tym obszarem.
Henryk Victorini tak wspomina tamten czas:
– Sytuacja stała się groźna, więc napisałem do władz podanie o wydanie pozwolenia na broń. Argumentowałem, że w związku z powtarzającymi się napadami wilków na państwowe bydło dubeltówka do jego obrony jest mi niezbędna. Miałem przekonanie, że otrzymam zgodę, bo rok wcześniej zdałem egzamin łowiecki, ale po paru tygodniach nadeszła odmowa. Bez uzasadnienia. Wystosowałem drugą prośbę, tym razem z adnotacją, że posiadaniem dwururki nie zaszkodzę Polsce Ludowej, lecz skutek był identyczny. Wtedy odpuściłem, choć nigdy nie wyzbyłem się przekonania, że odrzucili mój wniosek, gdyż uznali mnie za jednostkę niepewną. Takich samotników jak ja i Mariusz, żyjących na rubieżach i po swojemu, kojarzonych z niezależnością i wolnością, nie lubiano. Ale znaleźliśmy sposób na odstraszanie wilków: strzelaliśmy ze znalezionej w ruinach poukraińskiej piwnicy strzelby. Mariusz własnoręcznie, z niemałym wsparciem zaprzyjaźnionego z nami żołnierza, produkował pociski. Nie padł od nich ani jeden wilk, a byliśmy w Tworylnem i sąsiednim Krywem trzy sezony z rzędu. Ta broń nie była zbyt celna, w dodatku nie zależało nam na trofeach i pieniądzach, a jedynie na zachowaniu bydła przy życiu.
*
Rada Ministrów nie od razu zatwierdziła plan zniszczenia w Polsce gatunku Canis lupus. Stało się to dopiero po tym, jak z Podkarpacia oraz z północno-wschodnich obszarów kraju napłynęły alarmujące wieści, że w lasach już prawie nie ma zwierzyny płowej, a wilczy ród rozmnaża się w błyskawicznym tempie i bez kontroli. Skoro brakuje naturalnego wroga – podkreślano – który mógłby wilka przetrzebić, takim wrogiem musi stać się człowiek.
W czerwcu 1957 roku mieszkaniec wsi Szwedy koło Niska na Rzeszowszczyźnie szedł przez las. W pewnym momencie usłyszał skomlenie szczeniąt. Był pewien, że to małe wilczki, dlatego wyciął z leszczyny gruby kij i ruszył na poszukiwania. Kiedy znalazł się w pobliżu gniazda, drogę zastąpiła mu wilczyca. Gospodarz nie spanikował, przeciwnie – rąbnął waderę w głowę raz i drugi, aż ta skuliła się i uciekła w zarośla. Według przekazanej dziennikarzom relacji dalej było tak: chłop z pomocą kolegi, który nagle z nieznanych powodów znalazł się w miejscu akcji, dotarł do wilczego legowiska, wybrał z niego pięć szczeniaków, a następnie po kolei je zatłukł. Zwłoki dostarczył do Muzeum Łowieckiego w Rzeszowie, gdzie podpisał kwit potwierdzający odbiór nagrody finansowej. Od Wojewódzkiej Rady Łowieckiej otrzymał pisemne podziękowanie za nienaganną postawę.
Wyczyn mieszkańca Szwedów nie mógł się jednak równać z tym, który dwa miesiące wcześniej był udziałem Kazimierza Krzakowskiego, kierownika PGR-u w Chotylubiu pod Lubaczowem. Rankiem wybrał się, ze strzelbą na ramieniu, na obchód gospodarstwa. Kwadrans później napotkał w zagajniku wilka. Błyskawicznie odbezpieczył broń i wypalił. Jak się okazało – do ciężarnej wilczycy. Samica padła w ogniu, a jej osiem nienarodzonych szczeniąt, uśmierconych ludzkimi rękami, trafiło do słojów z formaliną, ustawionych na regałach wspomnianego już muzeum łowiectwa. Skórę wadery pięknie wyprawiono i ozdobiono nią podłogę pegeerowskiej kancelarii.
Ponad dwieście kilometrów na południowy wschód od Szwedów miejscowy nadleśniczy każdego wieczoru wychodził z domu w Stuposianach i zasadzał się na wilka. Nie zawsze z powodzeniem. Był jednak nieustępliwy i wytrwały. Chciał wziąć odwet – jak powtarzał – za pożarte na swoim podwórzu psy, dlatego częściej spędzał samotnie czas w lesie niż z rodziną. Władysław Pepera, uznany później przez kolegów po flincie za jednego z najwybitniejszych myśliwych, prawie nie widywał małych synów, bo był albo w pracy, albo na łowach. Kiedy bladym świtem dzieci jeszcze spały, on znowu szedł na wilka. Najczęściej udawał się na porośnięte krzakami wzniesienie w pobliżu wyboistej jeszcze drogi w kierunku Mucznego, przejezdnej tylko dla koni i ruskich ciężarówek. Drapieżniki często żerowały tam na padlinie wykładanej przez robotników leśnych, niekiedy też dawały wielogłosowe nocne koncerty. Ich echo odbijało się od zalesionych masywów, a potem cichło gdzieś w dolinie.
To tam, na Wilczej Górze, jak z czasem okrzyknięto to miejsce – a nazwę tę naniesiono na mapy – Pepera odstrzeli najwięcej wader i basiorów. Zaweźmie się na wilki, a z czasem naliczy ich na rozkładzie pół setki. W wydanych drukiem wspomnieniach napisze jednak, że określanie go zapiekłym wrogiem wilków, jak niektórzy o nim mawiali, to nadużycie:
Ktoś może mi zarzucić, że (…) tępiłem je przy każdej okazji. Kierowałem się tym, że wilków było bardzo dużo, (…) że wilk jest bezwzględnym mordercą i nieprawdą jest, że wybiera on tylko słabe i chore zwierzęta. Jego populację musi kontrolować człowiek, inaczej zagrozi on innym gatunkom4.
O Peperze i innych łowcach tropiących wilki przeczytał pewnego dnia na uczelnianej tablicy ogłoszeń Tadeusz Zając, student leśnictwa i początkujący myśliwy. Znał Bieszczady od wczesnej młodości. Pochodził z nieodległego Przemyśla, ale uczył się w Poznaniu i zrazu nie wiązał zawodowego życia z rubieżami Polski. Po uzyskaniu dyplomu planował zostać w Wielkopolsce – bez trudu znalazłby tam pracę. Intuicja podpowiadała mu jednak, by wracał w rodzinne strony. Na razie na chwilę.
W zimowej przerwie spakował plecak i sfatygowaną dubeltówkę.
– Strzelała celnie nie dalej niż na czterdzieści metrów, więc kilka razy spudłowałem – opowiada. – Dopiero gdy dostałem sztucer od wojska, które udostępniało cywilom z uprawnieniami łowieckimi broń do walki z wilkami, ustrzeliłem pierwszego basiora.
Nieco wcześniej, w wakacje 1959 roku, wypasał bydło w Bieszczadach i widział, na co stać wilki.
– Wpadały nocą między krowy i zaczynała się masakra – mówi. – Ogrodzenie z żerdzi w żaden sposób nie chroniło podległego mi stada, a dwie blade lampy naftowe zawieszone na słupach były chyba tylko po to, żebym poczuł się pewniej. Mimo że jakiś czas wcześniej uzyskałem pozwolenie na broń myśliwską, to w bazie, nomen omen o nazwie Wilcza Dolina, jej nie miałem. Po wschodzie słońca liczyłem straty: zabite i zjedzone w połowie cielęta lub takie z tylko wygryzionym zadem. Gdy wilki urządzały rzeź, niektóre byczki uciekały na oślep, taranując ogrodzenie, ale była to ucieczka po śmierć. Przez kilka dni z rzędu znajdowałem w potokach resztki rozbebeszonych zwierząt. Zawsze naprowadzały mnie na nie kruki.
Po studiach Zając osiadł w górach już na stałe. Jemu podobnych było więcej i prawie każdy chciał mieć udział w likwidowaniu wilków.
– Kiedy się walczy z tak przebiegłym i groźnym przeciwnikiem – tłumaczono – człowiek musi odrzucić sentymenty. Jedynym celem staje się likwidacja wroga, tego dużego i tego najmniejszego, z którego kiedyś wyrośnie nieobliczalny przeciwnik. To jak wojna: bezkompromisowa, brudna, ale konieczna, by oczyścić las ze szkodnika i przywrócić go innym zwierzętom.
Tak samo myślał Stanisław Ziembowski z Polany.
Będąc w okolicy nadleśnictwa Lutowiska, usłyszał skomlenie wilczych szczeniąt. Nazajutrz (…) udał się na to samo miejsce. Drogę zastąpiła mu wilczyca. Ziembowski, nie tracąc zimnej krwi, zastrzelił waderę, która należała do rzadko spotykanych okazów, gdyż ważyła aż… 45 kg. Opodal myśliwy odkrył wilcze gniazdo, w którym znajdowało się 7 szczeniąt5.
Za swój wyczyn mężczyzna otrzymał pochwałę od przełożonych z łowiectwa i – rzecz jasna – nagrodę. Tysiąc złotych za waderę i tysiąc czterysta za jej potomstwo.
Czy wszystkie bezbronne maluchy zabijano? Według Stanisława Kwaśniewskiego, wojewódzkiego komisarza do walki z wilkami w Rzeszowskiem, w pierwszych dwóch latach akcji dużo szczeniąt oddawano do ogrodów zoologicznych, ale kiedy te się nasyciły, kolejne wilczki znalezione w jamach likwidowano. Robiono to jednym sprawnym uderzeniem kołkiem w głowę, co potwierdzają sami wykonawcy, bądź też gołymi rękami – przez uduszenie.
Ale nie uogólniajmy – nie wszyscy byli zdolni do takiej roboty. Niektórzy nie szczędzili śrutu na dorosłe wilki, lecz nie potrafili w bestialski sposób pozbawiać życia młodych, nierzadko jeszcze ślepych. Władysław Podraza pod Rosochatem wyciągnął z nory pięć skamlących szczeniąt. Zgodnie z wytycznymi powinien je zabić, ale sumienie mu podpowiedziało, że to rozwiązanie niegodne prawdziwego myśliwego – takie postępowanie bardziej pasuje do wyzutego z uczuć kłusownika niż do kogoś, kto przyrzekał, gdy wstępował w szeregi łowieckie, że będzie okazywał szacunek zwierzętom. Nie tym przez siebie wybranym, szczególnie lubianym – wszystkim.
Wilczych nor szukano na różne sposoby. Pisano o tym zarówno w wewnętrznych raportach urzędowych, jak i w dostępnych dla wszystkich gazetach:
Gniazda są zakładane przez wadery w miejscach dla człowieka najmniej spodziewanych, w tych niedostępnych i w pobliżu uczęszczanych dróg. (…) Obserwacja potoków i wykrycie wydeptanych ścieżek naprowadzały na znajdujące się w pobliżu gniazdo. (…) W drugiej połowie lipca, po wyprowadzeniu szczeniąt z gniazd, następowało odzywanie się wilków przez wycie, co wskazywało, że znajduje się tam nora. W tym wypadku fladrowano miot lub polowano tzw. cichym pędzeniem. Wilki odzywały się również na odgłos syreny. Kiedy np. w Ustrzykach Dolnych o godzinie 6 rano i wieczór odzywała się syrena tartaczna, wokół Ustrzyk wyły wilki bądź gniazdowe, bądź pojedyncze sztuki. Na odgłos syreny pożarniczej wilki nie reagowały6.
Nie zawsze przy okazji odkrycia nory zabijano matkę. Czasami nie było jej przy młodych, bo akurat szukała dla nich pożywienia. Po powrocie i zwęszeniu ludzkiego zapachu wpadała w panikę. Biegała jak w amoku wokół jamy, zaglądała pod pniaki, w zagłębienia terenu. W milczącej rozpaczy opuszczała w końcu siedzibę i odchodziła gdzieś dalej – z pozostałymi członkami rodziny, w której były wilki zeszłoroczne, bądź samotnie, skazana na nieustanny lęk i ciągłą walkę o przeżycie. Do czasu, aż znowu pokrył ją dominujący samiec i po dwóch miesiącach powiła nowe szczenięta.
*
W usankcjonowane prawem zabijanie wilków angażowały się całe rodziny. Zakup lin i czerwonego płótna był obowiązkiem wydziału leśnego każdej wojewódzkiej rady narodowej, w praktyce jednak nie zawsze realizowano zamówienia na czas, a nierzadko w ogóle nie wywiązywano się z tego obowiązku. Z konieczności sami myśliwi załatwiali materiał. Kiedy szli do lasu, ich żony i córki szyły fladry.
– Ciężka, monotonna praca, od której bolały dłonie i sztywniały palce – wspomina wdowa po myśliwym. – Co kilkadziesiąt centymetrów pocięty na paski materiał należało przyszywać na maszynie do grubego sznura. Siedziałam przy tym dniami i nocami, z przerwami na oporządzenie gospodarstwa. Tak samo moje znajome, które miały mężów myśliwych. Nie brałyśmy wprawdzie udziału w polowaniach, ale pośrednio przyczyniałyśmy się do zmniejszenia liczebności wilków.
Komplet fladr to cztery tysiące dwieście metrów bieżących. Ile mógł ważyć?
– Osiemdziesięciometrowy motek sznura równał się mniej więcej trzydziestu kilogramom – tłumaczy Stefan Dyrda z Polany. – Taszczyliśmy ten ciężar na plecach w parę osób, często w kopnym śniegu, kilometrami. Minus dwadzieścia, a my spoceni, zgrzani, serce w gardle. Mieliśmy średnio po trzydzieści lat i tylko dlatego dawaliśmy radę.
Wychodzili świtem na luźno, żeby odnaleźć wilczy matecznik. Wybierali kawał lasu, sto lub sto pięćdziesiąt hektarów, sprawdzali tropy i szukali ofiar drapieżców. Gdy już wiedzieli, że w danym rejonie odpoczywa wataha, ktoś wracał do doliny i ściągał pomocników do fladrowania.
– Zwykle udawało się przechytrzyć przeciwników, padali jeden po drugim, ale notowaliśmy też porażki – przyznaje Franciszek Kaźmierczyk. – Zwłaszcza wtedy, gdy ledwo ogrodziliśmy teren, a z zarośli od razu wyskakiwały spłoszone wilki. Ręce mieliśmy tak przeciążone od dźwigania sznurów, że nie wszystkie strzały były celne.
Problemy sprawiała też pogoda. Stefan Dyrda wspomina:
– Kiedyś w lesie nieopodal granicy z ZSRR dopadła nas burza śnieżna. Musieliśmy uciekać. Byliśmy pewni, że śnieg przysypie fladry, a wilki umkną. Rankiem, już po zawierusze, kolega leśnik wziął psa i poszedł sprawdzić. Patrzy, fladry porwane, przysypane, ale nagle pies się wyrwał i pognał przed siebie. Zatrzymał się z ujadaniem na skraju młodnika, za nic nie chciał odejść. Kiedy jego opiekun podniósł zwisającą nisko gałąź świerka, ze zdumieniem zobaczył pod nim wilcze łapy. Tak potężnie wiało, że nawet wilki skryły się w gęstwinie i długo nie chciały jej opuścić. Ale potem nas wykolegowały. Zanim na nowo wyruszyliśmy przeciw nim, przeszły przez San na radziecką stronę.
Mimo niepowodzeń łowy w ofladrowanych uroczyskach były najskuteczniejsze. Nierzadko jednorazowo wybijano pełną wilczą rodzinę, złożoną z sześciu–ośmiu osobników.
*
„Lubelszczyźnie grozi plaga krwiożerczych bestii”, „Czas rozprawić się z leśnymi bandytami” – krzyczały wielką, tłustą czcionką tytuły w regionalnej prasie. Walka z wilkami na tym obszarze wyglądała podobnie jak na innych terenach, ale już w grudniu 1957 roku do pomocy myśliwym na krótko zaangażowano śmigłowce.
Liczebność gatunku Canis lupus szacowano wówczas w województwie lubelskim na około stu siedemdziesięciu sztuk. Niby nie tak dużo, a jednak – jak skrzętnie policzono – drapieżniki w ciągu trzech miesięcy „porwały i pożarły 116 owiec, 4 jałówki i świnię”7. Liczby ofiar w lesie nie podano, za to pisano z niepokojem, że w bieżącym roku ubito zaledwie pięćdziesiąt jeden wilków. Być może dlatego – spekulowano – że ich siedliskiem na Lubelszczyźnie są obszary Krowiego Bagna w powiecie włodawskim, prawie nigdy niezamarzającego, co znacznie utrudnia tropienie.
Wkrótce w mediach ogłoszono z hukiem, że lubelscy myśliwi tylko w styczniu zabili – bez wsparcia z powietrza – dwadzieścia sześć wilków, co dało im pierwsze miejsce w kraju w statystyce miesięcznej. W dodatku Mieczysław Mazepa, wojewódzki komisarz do zwalczania wilczego rodu, zlikwidował basiora samotnika o wadze siedemdziesięciu kilogramów! Za pozbawienie życia dwudziestu sześciu – jak stwierdzono – groźnych rabusiów myśliwi otrzymali premię w wysokości czterdziestu tysięcy złotych.
Początkiem lutego 1958 roku na nadbużańskie bagna wyleciały samoloty z aeroklubów lubelskiego i łódzkiego. Kilka dni patrolowały obszar, a piloci przez radiostacje informowali łowców o zauważonych tropach drapieżników. Myśliwi natychmiast fladrowali dany rejon i czekali, aż zwierzęta wejdą pod lufy. Chociaż wcześniej w Lubelskiem udało się uśmiercić kilkadziesiąt wilków, to wciąż żyła ich tam ponad setka, zagrażająca – jak przestrzegano we wsiach i w miastach – bezpieczeństwu zwierząt i ludzi. Polowanie z ziemi już nie wystarczało; decydenci uznali, że nastąpi ponownie także z powietrza, a wtedy z karabinów myśliwych siedzących w kukuruźnikach „spłynie na wilki grad ołowiu”.
Słowa zamieniły się w czyn, lecz i tak – ku niezadowoleniu tropicieli – część drapieżników zdołała umknąć z Polski do ZSRR, a te, które zostały, zaszyły się w niedostępnym gąszczu. Te pierwsze najpewniej spotkał szybszy wyrok, niżby je czekał w rewirze, z którego uciekły. Radzieccy myśliwi mieli duże doświadczenie w tępieniu wilków i robili to nadzwyczaj skutecznie. Wojna z wilkami, która w Polsce dopiero się zaczynała, w Kraju Rad trwała od dawna.
Jeszcze w 1958 roku nad Bugiem musiano zaprzestać patrolowania i strzelania z samolotów. W połowie lutego nadeszły gwałtowne roztopy, a wraz z nimi rozpłynęły się wilcze ślady. Łowy z powietrza były brutalne i niemal nie dawały szans próbującym umknąć zwierzętom, zwłaszcza jeśli akcji nie prowadzono w obszarze przygranicznym, a teren nie był gęsto zalesiony. Takie barbarzyńskie polowania prowadzono od dawna również w innych krajach tak zwanej demokracji ludowej, głównie w Związku Radzieckim, gdzie wilki padały setkami pod deszczem pocisków. Ale nie inaczej było na drugiej półkuli – w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Barry Lopez, amerykański eseista i powieściopisarz, autor znakomitej książki o wilkach, pisze, że trudno pojąć polowania na te zwierzęta prowadzone w XX wieku z pokładów helikopterów czy samolotów.
Wydają się takie okrutne i niesprawiedliwe. Myśliwi lecący niedużym samolotem, którym łatwo manewrować, zaskakują stado wilków na otwartej przestrzeni arktycznej tundry albo na powierzchni zamarzniętego jeziora i strzelają do nich z broni automatycznej. Potem samolot ląduje i żądny trofeów myśliwy odbiera swoją nagrodę. Na Alasce, gdzie polowania tego rodzaju były bardzo popularne aż do 1972 roku, kiedy ich zakazano, często zdarzało się, iż dwaj mężczyźni w samolocie zaskakiwali dziesięć albo piętnaście wilków – czyli całe stado – na otwartym terenie, gdzie zwierzęta nie miały gdzie się skryć, i metodycznie zabijali jedno po drugim8.
*
W eksterminację znienawidzonych przez wielu – często bez przyczyny – drapieżników włączyli się myśliwi ze wszystkich regionów, również takich, w których nie notowano wilków lub żyło ich tam niewiele. W ramach urlopu w Bieszczady przyjeżdżali goście z Wielkopolski, Śląska, Mazowsza, z województw krakowskiego i kieleckiego. Letni wypoczynek mieli łączyć z obławami i zasiadkami na wilki, dlatego kwaterowano ich w leśniczówkach i gajówkach czy w pobliżu góralskich bacówek, gęsto rozsianych w bieszczadzkich dolinach. Były to osoby, które – jak je publicznie przedstawiano – nie zważając na trudy długiej podróży i niewygody, zaoferowały swą pomoc w tępieniu zwierząt uciążliwych dla tutejszej społeczności. O tym, że robiły to za sowite wynagrodzenie – a może przede wszystkim z tego powodu – przezornie nie wspominano.
Wyruszano w las na wczasach, po godzinach pracy, ale też w ramach pełnionych obowiązków w państwowych zakładach i instytucjach. Ich szefostwo na prośbę rejonowych komisarzy do walki z wilkami, lokalnych władz oraz komitetów PZPR chętnie zwalniało z powinności służbowej polujących podwładnych, a nawet wysyłało ich na trzymiesięczne płatne urlopy. Otrzymywali oni pensję oraz tysiąc złotych za uczestnictwo w polowaniach niezależnie od wyników. A jeśli udało się im odstrzelić choćby jednego wilka, inkasowali kolejne pieniądze. Za wilkiem szli ramię w ramię inteligenci, robotnicy i chłopi – ci ostatni jednak nie zawsze chętnie. Jednego dnia w pewnej wsi pod Przemyślem wszyscy odmówili udziału w nagance. Za chodzenie po lesie i płoszenie wilków zażądali zapłaty, której organizatorzy obławy nie mogli im zapewnić.
Takie solidarne bunty zdarzały się sporadycznie. Niechęć do wilków była silniejsza niż żądza pieniędzy.
*
Media nie ustawały w informowaniu o wilczych atakach, a wydźwięk tekstów – oprócz tego, że szukały one sensacji, by zwiększyć sprzedaż gazet – był silnie propagandowy. Pokazywano, że wydawcy i dziennikarze solidaryzują się z myśliwymi. A skoro tak, to i czytelnicy powinni trzymać ich stronę.
„Owce pasące się w Trójcy zostały zaatakowane przez watahę wilków. (…) Uciekając przed napastnikami, napotkały na przeszkodę – głęboki wąwóz. Kilkadziesiąt (…) zabiło się, spadając w przepaść”9 – donosiły „Nowiny Rzeszowskie”.
Parę dni później w tej samej wsi młody myśliwy dwoma precyzyjnymi strzałami zlikwidował dorodnego basiora. Zwierz – jak podano do wiadomości – ważył aż pięćdziesiąt dwa kilogramy, więc wszyscy w okolicy chcieli zrobić sobie przy nim pamiątkowe zdjęcie. Najpierw pozował jego pogromca, potem – za jego zgodą – również osoby z najbliższego otoczenia. Martwy wilk na krótko stał się największą atrakcją w pobliskim nadleśnictwie, gdzie dokładnie zmierzono długość jego ciała oraz obwód czaszki. Gdyby spreparowana trafiła na międzynarodową wystawę, bez wątpliwości zasłużyłaby na złoty medal – przynajmniej tak ocenili fachowcy. Łeb samca był wielki jak sagan. Zęby, zdrowe i mocne, mogły zmiażdżyć jeszcze niejedną jelenią czy końską kość. Na szczęście – powtarzano z ulgą, spoglądając bestii w paszczę – ten osobnik jest już tylko niechlubnym wspomnieniem. Kolejnym, jak wielu przed nim.
Wilki gęsto padały trupem. Antoni Tomków z Koła Łowieckiego numer 34 w Lesku czuwał na ambonie całą noc. Wczesną wiosną o drugiej w nocy oddał strzał, ale mimo że świecił księżyc, a na ziemi leżały resztki śniegu, przez co było dość widno, tylko zranił drapieżnika przy padlinie. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Dopiero tydzień później psy myśliwego odnalazły trzy kilometry od miejsca zasiadki martwą waderę. Ważyła, choć początkowo nie chciano w to wierzyć, sześćdziesiąt kilogramów! Jak na wilka z Europy Środkowej – kolos. Potem okazało się, że nosiła w brzuchu siedem szczeniąt…
W 1956 roku w województwie rzeszowskim myśliwi zabili – według oficjalnych danych – siedemdziesiąt cztery wilki. Rok później było to już osiemdziesiąt pięć osobników, a w 1958 roku – aż sto jeden. Do lipca 1959 roku udało im się pozbawić życia trzydzieści jeden wader, dwadzieścia cztery basiory oraz dziewięć szczeniąt wybranych z gniazd. Martwych wilków, ubitych w różny sposób, było jednak w tym okresie więcej – statystyka nie objęła działalności tych, którzy nie dysponowali strzelbami, a w tępieniu wilków widzieli szansę na zasilenie domowego budżetu. Skoro państwo zachęcało do pozbywania się szkodników – jak określono wilki – i jeszcze za to płaciło, to dlaczego mieliby nie korzystać? Takie myślenie było dość powszechne wśród zarówno mieszkańców wsi, jak i ludzi z miasta.
Oto Józef Dziara, kierowca Żuka, pewnego popołudnia zobaczył na bocznej drodze koło Lutowisk biegnącego poboczem wilka. Przycisnął mocniej pedał gazu, po czym najechał na zwierzę. Wilk jeszcze kawałek się przeczołgał, ale chwilę później zginął od uderzenia łomem. Szofer „od zawsze” woził żelazne narzędzie na pace, lecz nigdy nie przypuszczał – co wyznał znajomym – że posłuży mu do unicestwienia „leśnego rabusia”.
Nie wszyscy przeciwnicy wilków pochwalali stosowanie barbarzyńskich metod. Niektórzy twierdzili, że nawet zwierzę najbardziej nielubiane przez człowieka i nieakceptowane przez społeczeństwo zasługuje na humanitarną śmierć.
Jak czytamy we fragmencie tekstu zamieszczonego w albumie fotograficznym Wilk:
Od prawdziwego polowania, które zawiera w sobie mimo wszystko pierwiastek przygody i walki, ponieważ jest swoistym pojedynkiem pomiędzy wiedzą i techniką człowieka a zmysłami i instynktem wilka, odróżnić trzeba bezwzględne tępienie tych zwierząt, prowadzone za pomocą niegodnych metod, takich jak trucie, wybieranie z gniazda młodych czy stawianie żelaz, paści i pułapek10.
– Mieliśmy dylemat moralny – przyznaje Tadeusz Zając. – Z jednej strony rozumieliśmy, że dla ratowania jelenia szlachetnego i dla bezpieczeństwa ludzi oraz ich inwentarza musimy mocno ograniczyć liczebność wilków, a z drugiej nie pochwalaliśmy zabijania wszelkimi metodami. My, to znaczy ci myśliwi, dla których łowiectwo stanowiło rodzaj współistnienia z przyrodą, rozsądnego gospodarowania populacjami. Uważaliśmy, że eliminowaniem nadmiaru drapieżników powinni się zająć wyłącznie myśliwi, nie zaś każdy, komu przyjdzie na to ochota. Ale państwo uznało inaczej. W pewnym momencie nikt z postronnych już nie rozróżniał, kto na wilka poluje, a kto go bestialsko morduje. Z tego punktu widzenia akcja wilcza zaszkodziła wizerunkowi polskiego łowiectwa.
Przekonano się o tym dopiero dekady później. Na razie był schyłek lat pięćdziesiątych, a komisarze do walki z wilkami nie byli zadowoleni z efektów akcji. Nakłaniali myśliwych do większego zaangażowania i podawali przykłady z innych województw, w których prowadzono równie zaciekłą walkę z szarymi drapieżcami. Zwłaszcza z Białostocczyzny, gdzie wedle szacunków wilczych rodzin było nie mniej niż na Rzeszowszczyźnie.
– Myśmy sobie wypruwali żyły, lecz było niepodobieństwem, by w trzy–cztery lata wystrzelać choćby połowę stanu wilków – tłumaczy Stefan Dyrda. – Jako leśnik obowiązkowo brałem udział w polowaniach zbiorowych, a dodatkowo indywidualnie. Najpierw musiałem z czyjąś pomocą zaciągnąć na górę kilkaset kilogramów padliny, potem zaś siedzieć całą noc na ambonie, bez względu na pogodę. To nie było tak, że jak miałeś kaprys, to o dowolnej godzinie wracałeś do domu. Wytyczne wojewódzkiego komisarza precyzowały, że myśliwy mógł opuścić miejsce zasiadki dopiero rano. Jeśli ktoś wieczorem ustrzelił wilka przy ambonie, musiał czekać z jego podniesieniem aż do świtu. Dlaczego? Bo wcześniej mógł przyjść na kolację następny wilk. Z daleka wyczułby ludzki zapach i nawet nie zbliżyłby się do przynęty.
Ktoś powie, że taki mężczyzna siedział w budzie kilka metrów nad ziemią, od czasu do czasu otwierał lufcik, a gdy zobaczył ucztującego wilka, naciskał spust – i po wszystkim. Dyrda denerwuje się na „takie gadanie” i przypomina, że niektórzy zanim mogli się poszczycić udaną zasiadką, koczowali w czatowniach po kilkanaście nocy, z krótką przerwą na wizytę w domu, by się umyć i uzupełnić prowiant.
– Słaniali się z niewyspania, kostnieli z zimna, zapadli na zapalenie płuc – wylicza.
Ktoś znowu powie, że robili to na własne życzenie. Bo tak chcieli, bo to lubili, bo pragnęli mieć pierwszego lub kolejnego wilka na rozkładzie. A myśliwi zripostują, że przede wszystkim występowali w obronie ludzi i ich zwierząt gospodarskich. I że przez intensywne polowania na szare drapieżniki próbowali przywrócić zachwianą równowagę w lesie, choć rozumieli ją po swojemu.
Świadomość potrzeby współistnienia wilka i innych dzikich gatunków była znikoma. Wilkowi nie dawano prawa do życia, ponieważ nie tylko myśliwi, lecz także duża część reszty społeczeństwa postrzegała go wyłącznie jako szkodnika – zwierzę o najpodlejszych instynktach, nastawione wyłącznie na zabijanie i zaspokajanie żądzy krwi. Taka opinia utrzymywała się przez dziesięciolecia powojnia i była nieodłącznie związana z przekazami kulturowymi, silnie funkcjonującymi we wszystkich grupach wiekowych. Kręgi ekologiczne jeszcze się w Polsce szerzej nie uaktywniły, a pojedyncze słabe głosy sprzeciwu ginęły w zalewie poparcia dla akcji wyniszczania wilczych rodzin.
*
Jak sprawić, by na padlinie koni i krów żerowały wilki, nie zaś kuny, orły i kruki?
„Zakopywano ją [padlinę] jesienią w doły dwumetrowej głębokości, przykrywano okrąglakami i ziemią, z pozostawieniem wietrzników. Wilki chętnie podkopywały się, żeby dostać się do padliny, i wtedy bywały odstrzeliwane”11 – podaje w raporcie rzeszowski komisarz do walki z tymi drapieżnikami. I uzupełnia, że pozytywne wyniki osiągali wyłącznie odporni na zimno myśliwi, którzy podczas pełnienia dyżurów na ambonach lub w ziemiankach nie palili papierosów, zachowywali bezwzględną ciszę, nie strzelali do lisów czy kun, a przy dobrej widoczności używali kuli bądź też pięciomilimetrowego śrutu. Komisarz nie zdradza, w jaki sposób łowcy załatwiali potrzeby fizjologiczne, ale prawie żaden nie wchodził do ambony bez litrowej butelki na mocz. Gdyby wysikał się na zewnątrz, w pobliżu zwyżki, mógłby od razu zrezygnować z dalszej zasiadki.
– Czuwałem w budzie dwa na dwa metry całą noc, a potem prosto do pracy – wspomina Franciszek Kaźmierczyk. – Przed zmrokiem znowu szedłem na wilczy dyżur i tak w kółko, nieraz przez tydzień z rzędu. Jak to wytrzymywałem, cholera wie. Nigdy nie było tak, że wywoziłem jakieś truchło pod las i od razu wchodziłem do czatowni. Najpierw przez parę dni musiałem wilki tylko nęcić. Tak robili wszyscy łowcy. Dopiero później umyślny transportował myśliwego podwodą pod ambonę, a ten wskakiwał prosto na drabinę, żeby nie zostawić śladu. Nieustanne zasiadki powodowały, że w pewnych okresach w domu byłem gościem, a żona musiała ciężej pracować w gospodarstwie.
Kobiety, jak wynika z ich opowiadań, rozumiały mężów myśliwych. Po latach Rozalia Pepera w rozmowach z przyjaciółmi męża wspominała, że nie sposób było mieć dla wilków serce, skoro nagminnie atakowały hodowane przez nią i sąsiadów zwierzęta. Według niej i tych kobiet, które na co dzień widywały owce lub cielęta zagryzione przez drapieżniki, wilki nie zasługiwały na litość – jedynie na to, by je ubijać i żywić do nich pogardę. W taki sam sposób żony myśliwych postrzegały wilcze łowy na zwierzęta leśne – nie rozpatrywały ich w kategoriach natury, odwiecznego porządku rzeczy. Nie miały nic przeciwko temu, że ich mężowie i synowie odbierali życie zwierzynie płowej, z której one przyrządzały później rozmaite potrawy. W rozumieniu wielu ludzi człowiek mógł zabijać i jeść, ale już wilk nie miał takiego prawa. Kiedy atakował, by zdobyć pożywienie, stawał się żądnym krwi zabójcą. To przekonanie – wraz z niepostrzeganiem wilka jako pełnoprawnego elementu dzikiej przyrody, ze wszystkimi jego wadami i zaletami – sprawiało, że przez dziesięciolecia Canis lupus był numerem jeden wśród zwierzęcych wrogów człowieka w Polsce. Zresztą nie tylko tu – zarówno w innych krajach Europy, jak i w Stanach Zjednoczonych wilczy ród tępiono jak żaden inny. I żadnego innego nie wybito w takich ilościach.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Fragment zarządzenia ministra leśnictwa Jana Dąba-Kocioła, opublikowanego 26 lutego 1955 roku w „Monitorze Polskim” 1955, nr 24, poz. 242, https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WMP19550240242/O/M19550242.pdf, dostęp: 17.09.2025.
2 J.J., Dlaczego Wołkowyja? Wilki zagryzły 320 sztuk owiec. Przypominamy myśliwym, „Nowiny Rzeszowskie”, 14.02.1956, s. 6.
3Dramatyczna walka człowieka z wilkami, „Nowiny Rzeszowskie”, 16.07.1956, s. 5.
4 W. Pepera, Wśród lasów i zwierząt Bieszczad, wyd. 3, uzup. i popr., Gorlice: Drukarnia Glinik, 2014, s. 206.
5 tap, Celnym strzałem zabił wilczycę i wybrał z gniazda 7 szczeniąt, „Nowiny Rzeszowskie”, 18.06.1958, s. 4.
6Akcja wilcza w województwie rzeszowskim w latach 1952–1971, kopia maszynopisu w zbiorach autora.
7 R. Sadurski, Helikoptery i radiostacje w walce z wilkami, „Kurier Lubelski”, 21.12.1957, s. 1.
8 B. Lopez, O wilkach i ludziach, przeł. J. Mikos, Warszawa: Marginesy, 2021, s. 201.
9 en, Watahy wilków w Przemyskiem, „Nowiny Rzeszowskie”, 4.10.1957, s. 1.
10 T. Konarski, Wilk, w: T. Budziński i in., Wilk, Olszanica: Bosz, 2004, b.n.
11Akcja wilcza w województwie rzeszowskim w latach 1952–1971, kopia maszynopisu w zbiorach autora.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdział I. W pogoni za „wrogiem”
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
