Czerwona Seria. W śmiertelnym boju. Pamiętniki niemieckiego żołnierza z frontu wschodniego - Gottlob Herbert Bidermann - ebook

Czerwona Seria. W śmiertelnym boju. Pamiętniki niemieckiego żołnierza z frontu wschodniego ebook

Gottlob Herbert Bidermann

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pamiętniki Gottloba Herberta Bidermanna w literaturze wspomnieniowej z frontu wschodniego można ustawić w jednym szeregu z takim klasykami jak „Zapomniany żołnierz” Sajera, czy „Przystanek Moskwa” Happego. To, że przeżył wojnę, graniczy z cudem. Był wielokrotnie ranny, a większość jego kolegów z którymi zaczynał kampanię wschodnią spoczęła w grobach gdzieś w bezkresnej Rosji. Front wschodni, mimo że najokrutniejszy w tej wojnie, przyciągał autora jak magnes. Wracał tam zawsze, mimo że nie musiał, bo proponowano mu bezpieczniejsze stanowiska. Adrenalina, której tam doświadczał jednak uzależniała. Nie mógł być gdzieś indziej. Walczył na Krymie, gdzie brał czynny udział w zdobyciu twierdzy Sewastopol, brał też udział w walkach pod Leningradem. W końcu bronił Prus Wschodnich, mając naszyty na ramieniu legendarny dziś napis tamtejszych wojsk: „Kurland”. Wojska broniące Kurlandii nie poddały się nigdy. Dopiero kapitulacja Niemiec spowodowała, że wywieszono białe flagi. Autor po kapitulacji trafia do rosyjskich łagrów na lata. Wycieńczony, będąc na skraju życia i śmierci, powraca do Niemiec.

Wspomnienia zostały napisane po wojnie. Autor przedstawia w nich swój negatywny stosunek do Hitlera i ówczesnych rządzących w Niemczech. Na ile szczere były to wyznania? Tego już się nie dowiemy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 520

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przedmowa

Żoł­nie­rze 132 Dywi­zji Pie­choty nie­miec­kiego Wehr­machtu poma­sze­ro­wali w 1941 roku na Rosję, mając głę­bo­kie prze­ko­na­nie, iż ruszają na wielką kru­cjatę. Od mło­dych lat uczono ich, że mają obo­wią­zek uwol­nić świat od bol­sze­wi­zmu i z tym naiw­nym prze­świad­cze­niem, z pełną deter­mi­na­cją podą­żyli na wschód. Cztery lata póź­niej, resztki owej dywi­zji, zre­du­ko­wa­nej do wła­snego cie­nia, skąpo odzia­nej w wyświech­tane mun­dury i zmu­szo­nej do prze­trwa­nia na ści­śle racjo­no­wa­nym koń­skim mię­sie, pod­dały się sowiec­kiej armii.

Jako bli­ski przy­ja­ciel rodzimy Bider­man­nów, od dawna wie­dzia­łem, iż Got­tlob Bider­mann prze­słu­żył wiele lat na fron­cie wschod­nim, jed­nakże cał­ko­wi­tego zakresu tej służby nie ujrza­łem w peł­nym świe­tle aż do 1985 roku. W owym cza­sie mary­narka wojenna Repu­bliki Fede­ral­nej Nie­miec popro­siła mnie, bym słu­żył w roli tłu­ma­cza i ofi­cera łącz­ni­ko­wego komo­dora zespołu ame­ry­kań­skich okrę­tów wizy­tu­ją­cych Kilo­nię. Przy oka­zji wypeł­nia­nia tej misji mia­łem moż­li­wość zapro­sze­nia moich euro­pej­skich przy­ja­ciół na spe­cjalną wycieczkę po pokła­dach okrę­tów floty USA, sto­ją­cych w pół­noc­no­nie­miec­kim por­cie. Zapro­sze­nie do tego pokazu mocy NATO wysto­so­wa­łem także do G.H. Bider­manna, który uprzej­mie zgo­dził się je przy­jąć, doda­jąc jed­nak przy oka­zji, że dla niego owe zapro­sze­nie nade­szło „czter­dzie­ści lat za późno”. To wła­śnie dzięki tej dziw­nej odpo­wie­dzi mia­łem poznać praw­dziwy wymiar jego doświad­czeń z bojów w Kur­lan­dii w 1945 roku i usły­szeć o nie­praw­do­po­dob­nej pogło­sce, w któ­rej osa­czeni żoł­nie­rze pokła­dali swą ostat­nią nadzieję. W maju 1945 roku wśród resz­tek armii Kur­lan­dii masowo sze­rzyły się plotki, iż Stany Zjed­no­czone i Wielka Bry­ta­nia jakoby wysłały na Bał­tyk flotę w celu ewa­ku­acji dywi­zji Bider­manna i uchro­nie­nia jej przed znisz­cze­niem przez armię sowiecką. Dalej mówiło się o tym, iż wete­rani z Kur­lan­dii dołą­czą do ame­ry­kań­skiej armii nad Łabą, gdzie będą wal­czyć z Armią Czer­woną w celu wypar­cia jej ze środ­ko­wej Europy.

Wkrótce potem poje­cha­łem do Szwar­cwaldu, aby odwie­dzić Bider­manna w ści­śle okre­ślo­nym celu: zre­kon­stru­owa­nia i prze­tłu­ma­cze­nia na język angiel­ski jego wspo­mnień z okresu wojny. Przy oka­zji mojej wizyty w połu­dnio­wych Niem­czech dostar­czono mi kopię dzien­nika, który wiele lat wcze­śniej autor samo­dziel­nie opu­bli­ko­wał na uży­tek wete­ra­nów swo­jej dywi­zji.

„Krim-Kur­land mit der 132 Infan­te­rie-Divi­sion 1941–1945“ było owo­cem kil­ku­mie­sięcz­nej pracy, pod­ję­tej w 1964 roku, czyli mniej niż dwa­dzie­ścia lat po tym, jak obdarte resztki dywi­zji poma­sze­ro­wały do nie­woli i mniej niż dzie­sięć lat po zwol­nie­niu przez Sowie­tów ostat­niej grupy nie­miec­kich jeń­ców wojen­nych. Owe wspo­mnie­nia stały się fun­da­men­tem, na któ­rym oparta jest niniej­sza książka.

Wiele lat po powro­cie z labi­ryntu bez­i­mien­nych łagrów i obo­zów, leżą­cych gdzieś głę­boko na tere­nach Związku Radziec­kiego, byłych żoł­nie­rzy z Kur­lan­dii coraz bar­dziej nękały powra­ca­jące w pamięci sceny gwał­tow­nej śmierci na polu walki. Podob­nie jak wielu z tych, prze­ciwko któ­rym wal­czyli, oni także żyli w cie­niu nie­wy­po­wie­dzia­nego poczu­cia winy z powodu faktu, iż prze­trwali kata­klizm, w któ­rym stra­ciło życie tak wiele milio­nów ludzi; tym samym w coraz więk­szym stop­niu przy­szło im mie­rzyć się z nie­ule­czal­nymi, powra­ca­ją­cymi kosz­ma­rami pól bitew­nych. Noce były pełne krzy­ków umie­ra­ją­cych towa­rzy­szy, giną­cych pod ogniem pisto­le­tów maszy­no­wych lub w pło­mie­niach mio­ta­czy ognia sowiec­kich pie­chu­rów, prze­ry­wa­ją­cych skąpo obsa­dzoną linię obrony. Widoku i odgło­sów nie­przy­ja­ciel­skich żoł­nie­rzy, uwię­zio­nych w pło­ną­cym czołgu tylko kilka metrów dalej, nie można łatwo wyma­zać ze świa­do­mo­ści, a mija­jące lata nie pomo­gły w zagłu­sze­niu powra­ca­ją­cych wizji hor­roru.

Pisząc swoje wspo­mnie­nia, były ofi­cer Wehr­machtu pod­jął próbę uko­je­nia swych psy­chicz­nych ran i umiej­sco­wie­nia wojen­nych doświad­czeń w kon­tek­ście zro­zu­mia­łym dla tych, któ­rym oszczę­dzono tej walki i który byłby czy­telny dla wszyst­kich wete­ra­nów tej kon­kret­nej odsłony apo­ka­lipsy. Pole­ga­jąc na wła­snej pamięci, jak rów­nież dzie­ląc się dawno zapo­mnia­nymi doświad­cze­niami z byłymi żoł­nie­rzami jego dywi­zji, stwo­rzył ręko­pis, który z obiek­tywną dokład­no­ścią sku­tecz­nie oddaje atmos­ferę frontu wschod­niego, widzianą oczami żoł­nie­rza pie­choty.

G.H. Bider­mann zazna­czył we wstę­pie do ory­gi­nal­nego ręko­pisu, iż nie ma wiel­kiego sensu ponow­nie przed­sta­wia­nie bru­tal­nych wyda­rzeń histo­rycz­nych, które cha­rak­te­ry­zo­wały II wojnę świa­tową i do pew­nego stop­nia stały się dla niej repre­zen­ta­tywne. Pomi­nię­cia ich w tej książce nie należy poj­mo­wać nawet jako alu­zji, iż takowe wyda­rze­nia nie miały miej­sca. Celem książki nie jest także okre­śla­nie winy za przy­padki o monu­men­tal­nym zna­cze­niu i nie­go­dzi­wo­ści, które były ich wyni­kiem. Jest to opo­wieść o fron­cie, jakim widzieli go żoł­nie­rze, któ­rzy tam wal­czyli i wyda­rze­nia zamy­kają się wła­śnie w tej per­spek­ty­wie. Nie ma tu ana­lizy przy­czyn wojny. Nie znaj­dziemy tu także ukry­tego poczu­cia winy, żalu czy wyrzu­tów sumie­nia z powodu nie­za­prze­czal­nych wyda­rzeń poli­tycz­nych i kon­se­kwen­cji, które przy­szło pono­sić nie­miec­kiej armii w cza­sie jej ody­sei. Wiele lat temu puł­kow­nik Sepp Dre­xel napi­sał o „Krim-Kur­land mit der 132 Infan­te­rie-Divi­sion 1941–1945“: „Ta książka jest dedy­ko­wana pole­głym – jed­nakże została napi­sana dla żyją­cych”. I w takim wła­śnie celu niniej­sze wyda­nie manu­skryptu zostało prze­tłu­ma­czone i wydane.

Zada­nie prze­pro­wa­dze­nia wywia­dów, prze­dys­ku­to­wa­nia wyda­rzeń i sta­ran­nego prze­stu­dio­wa­nia sta­rych doku­men­tów i foto­gra­fii roz­cią­gnęło się nam z G.H. Bider­man­nem – z prze­rwami – na okres kilku lat. Jako tłu­macz i współ­re­dak­tor zapisu jego doświad­czeń oraz wyda­rzeń, któ­rych był świad­kiem, sądzę, że trafne będzie zwró­ce­nie uwagi czy­tel­nika na kilka spraw.

Uwa­ża­łem, iż naj­sto­sow­niej­sze będzie zacho­wa­nie więk­szo­ści nazew­nic­twa stopni woj­sko­wych i jed­no­stek w ory­gi­nal­nym, nie­miec­kim brzmie­niu, aby unik­nąć prze­kła­mań w ter­mi­no­lo­gii doty­czą­cej tra­dy­cyj­nej struk­tury woj­sko­wej Wehr­machtu. Pro­fe­sjo­nalni histo­rycy mogą mieć odmienne zda­nie lub też mogą doszu­kać się nie­ści­sło­ści w nazew­nic­twie miej­sco­wo­ści, okre­śle­niu sił wal­czą­cych ze sobą jed­no­stek czy też popraw­no­ści dat nie­któ­rych wyda­rzeń. Należy jed­nak pamię­tać, że pod­sta­wo­wych źró­deł infor­ma­cji do niniej­szej książki szu­kano w listach pospiesz­nie pisa­nych na polu bitwy, na pożół­kłych foto­gra­fiach, które przy­wo­ły­wały z zaka­mar­ków pamięci dawno zapo­mniane nazwi­ska poszcze­gól­nych osób i wresz­cie, w nie­któ­rych przy­pad­kach, w zacie­ra­ją­cej się pamięci samego autora i kilku jego wciąż żyją­cych towa­rzy­szy broni z okresu służby na wscho­dzie. Nie­kiedy nale­żało także się­gnąć do ofi­cjal­nych mel­dun­ków i dzien­ni­ków bojo­wych jed­no­stek w celu odszu­ka­nia infor­ma­cji o kon­kret­nych datach i miej­scach, w któ­rych zacho­dziły różne wyda­rze­nia. Wiele danych, zawar­tych w ofi­cjal­nych doku­men­tach oraz pamięt­ni­kach, miało swoje źró­dło w prze­słu­cha­niach jeń­ców i doku­men­tach zdo­by­tych na polu walki. Z tego wła­śnie powodu, ofi­cjalne źró­dła także nie mogą ucho­dzić za nie­pod­wa­żalne.

Wiele z tych ofi­cjal­nych doku­men­tów zostało udo­stęp­nione przez wdowę po gene­rale Frit­zie Lin­de­man­nie i jego syna. Ist­nie­nie tych zbio­rów i ich dostęp­ność zawdzię­czamy wyłącz­nie temu, iż Gestapo, prze­szu­ku­jące po zama­chu na Hitlera rezy­den­cję Lin­de­man­nów w pół­noc­nych Niem­czech, prze­ga­piło drugi dom rodziny, poło­żony nad Jezio­rem Bodeń­skim na połu­dniu kraju. Na kilka mie­sięcy przed zama­chem, oso­bi­ste doku­menty gene­rała zostały prze­wie­zione do dru­giej rezy­den­cji w celu ich prze­cho­wa­nia i zabez­pie­cze­nia.

Celem tej książki nie jest sta­nie się wyłącz­nym źró­dłem wie­dzy i infor­ma­cji na temat wyda­rzeń zwią­za­nych z histo­rią frontu wschod­niego. Należy ją jed­nak postrze­gać jako dokładną chro­no­lo­gię doświad­czeń i wyda­rzeń, w jakich uczest­ni­czyli i na jakie reago­wali ludzie, któ­rzy łatwo­wier­nie poma­sze­ro­wali na wezwa­nie złej ide­olo­gii. Ci, któ­rzy prze­trwali ten marsz, prze­szli ogromną drogę od najeż­dża­ją­cych zdo­byw­ców do wycień­czo­nych, odcię­tych oddzia­łów, uwią­za­nych w nie­równą walkę, zaś histo­ria skryła ich doświad­cze­nia w cie­niu. Żyjąc w mroku owego cie­nia, ci ostatni świad­ko­wie naj­więk­szego w dzie­jach kon­fliktu zbroj­nego indu­strial­nych potęg, mogą prze­ka­zać nam nie­zli­czone nauki pły­nące z prze­trwa­nia i klę­ski w zło­wro­gim świe­cie. Na nas ciąży odpo­wie­dzial­ność, aby­śmy wynie­śli z owej lek­cji sto­sowną naukę i aby­śmy zasta­no­wili się nad prze­sła­niem, które nam prze­ka­zują.

Derek S. Zumbo

Dorn­stet­ten, Niemcy

Podziękowania

Pra­gnę wyra­zić moje naj­głęb­sze podzię­ko­wa­nia Larry’emu Mal­ley, dyrek­to­rowi Uni­ver­sity of Arkan­sas Press, któ­rego nie­oce­niona, pro­fe­sjo­nalna pomoc umoż­li­wiła publi­ka­cję tej książki. Jestem także głę­boko wdzięczny Micha­elowi Brig­g­sowi, redak­to­rowi naczel­nemu Uni­ver­sity Press of Kan­sas, który wyka­zał się nie­ogra­ni­czoną cier­pli­wo­ścią i udzie­lał mi facho­wych wska­zó­wek na całym eta­pie powsta­wa­nia książki, od czy­ta­nia luźno prze­tłu­ma­czo­nych frag­men­tów do ukoń­cze­nia całej pracy nad ręko­pi­sem. Przede wszyst­kim zaś chciał­bym wyra­zić moje uzna­nie dla Got­tloba H. Bider­manna za jego goto­wość do uczest­ni­cze­nia w nie­zli­czo­nych wywia­dach, dys­ku­sjach i pisem­nej kore­spon­den­cji ze mną, pod­czas któ­rych z nie­słab­nącą ener­gią udzie­lał mi spre­cy­zo­wa­nych odpo­wie­dzi na moje liczne pyta­nia. Jestem mu rów­nież wdzięczny za udo­stęp­nie­nie pry­wat­nych foto­gra­fii i mate­ria­łów archi­wal­nych, które pomo­gły w zobra­zo­wa­niu jego żoł­nier­skiej opo­wie­ści.

Pra­gnę także podzię­ko­wać niżej wymie­nio­nym wete­ra­nom 132 Dywi­zji Pie­choty, któ­rzy bez­in­te­re­sow­nie prze­ka­zali istotne infor­ma­cje doty­czące oso­bi­stych prze­żyć, zapi­ski, mate­riały zdję­ciowe i ofi­cjalne doku­menty, będące uzu­peł­nie­niem ory­gi­nal­nego ręko­pisu G.H. Bider­manna:

Fritz Lin­de­mann

Dowódca dywi­zji. Mate­riały z jego pry­wat­nego archi­wum zostały uprzej­mie prze­ka­zane przez wdowę po Gene­rale, Panią Lin­de­mann oraz jego syna.

Josef Dre­xel „Wuja­szek Sepp”

dowódca 436 Pułku Pie­choty

Jahn (obaj bra­cia)

Dowódcy bate­rii w 132 Pułku Arty­le­rii

Erich Bolte

Dowódca bata­lionu w 132 Pułku Arty­le­rii

Hans Gas­sner

Dowódca bata­lionu w 132 Pułku Arty­le­rii

Fritz Schuh­ma­cher

Dowódca dru­żyny w 5 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów

Fritz Schmidt

Dowódca 437 Pułku Gre­na­die­rów

Her­mann Wetz­stein

Star­szy sier­żant 12 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów

Erich Volle

Adiu­tant 2 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów

Willi Bauer

Dowódca 6 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów

Erhardt Zoll

Dowódca 14 kom­pa­nii 436 i 437 Pułku Gre­na­die­rów

Hans Han­sel­mann

4 bate­ria 132 Pułku Arty­le­rii

Dr Guen­ther Weisen­see

Ofi­cer medyczny 1 bata­lionu 438 Pułku Gre­na­die­rów

Albrecht Busch

Sztab 437 Pułku Gre­na­die­rów

Otto Selle

Sztab 132 Dywi­zji Pie­choty

Franz Lober­meyer

Sztab 438 Pułku Gre­na­die­rów

Otto Reis

Sek­cja łącz­no­ści dywi­zji

Richard Bitsch

Sztab dywi­zji i dowódca bata­lionu

Ulrich Erhardt

Dowódca 1 bata­lionu 438 Pułku Gre­na­die­rów

Got­t­fried Sper­ger

2 bata­lion 437 Pułku Gre­na­die­rów

Horst Kohl

Dowódca bata­lionu 132 Pułku Arty­le­rii

Georg Geitz

Star­szy sier­żant 9 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów

Fritz Schramm

3 kom­pa­nia 436 Pułku Gre­na­die­rów

Edu­ard Wun­de­rer

Pro­te­stancki kape­lan dywi­zyjny

Fritz Thiel­mann

132 Pułk Arty­le­rii

Hans Her­rle

Sztab 437 Pułku Gre­na­die­rów

Arthur Albert Krentz

Star­szy sze­re­gowy 14 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów

Franz Ket­terl

Dowódca kom­pa­nii i bata­lionu 438 Pułku Gre­na­die­rów

Jakob Hohe­na­del

Dowódca plu­tonu 14 kom­pa­nii 438 Pułku Gre­na­die­rów

Frie­drich Moehle

Star­szy sier­żant 1 kom­pa­nii sape­rów 132 Pułku Sape­rów

Hans Ste­nit­zer

Sztab 2 i 3 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów

Guen­ther Fleck

Łącz­no­ścio­wiec 11 kom­pa­nii 437 Pułku Gre­na­die­rów

Frie­del Lang

Adiu­tant i dowódca kom­pa­nii 2 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów

Ernst Luec­ker

Sztab 1 i 2 bata­lionu 437 Pułku Gre­na­die­rów

i inni

Słowo wstępne

Każdy pamięt­nik z walk na fron­tach II wojny świa­to­wej rodzi dwa fun­da­men­talne pyta­nia: dla­czego autor robił to, co robił i w jaki spo­sób to wytrzy­mał? Got­tlob Bider­mann opo­wiada jedną z tych histo­rii, które na prze­ło­mie wie­ków są coraz mniej znane – histo­rię, która domaga się zarówno zaan­ga­żo­wa­nia inte­lek­tu­al­nego jak i emo­cjo­nal­nej reak­cji. Bider­mann był sza­rym żoł­nie­rzem. Nie był czoł­gi­stą czy pilo­tem, lecz żoł­nie­rzem pie­choty. Nie słu­żył w eli­tar­nej dywi­zji, takiej jak „Gross­deutsch­land” czy „Pan­zer Lehr”, ale w ano­ni­mo­wych for­ma­cjach, któ­rych kolejne numery przy­po­mi­nają pozy­cje w książce tele­fo­nicz­nej. Bider­manna nie nagro­dzono naj­wyż­szymi odzna­cze­niami, jed­nymi z tych, które Adolf Hitler wrę­czał oso­bi­ście. Jego dwa Żela­zne Krzyże, Odznaka Krym­ska czy Odznaka za Walkę Wręcz były mniej wię­cej stan­dar­do­wymi odzna­cze­niami u wete­rana pie­choty z frontu rosyj­skiego, który żył na tyle długo, by je nosić.

To nie ozna­cza, że otrzy­mał je za nic. W 1942 roku Bider­mann był w pierw­szym sze­regu sztur­mu­ją­cych rosyj­ską twier­dzę w Sewa­sto­polu. To sześć mie­sięcy oblę­że­nia i zacie­kłych bojów, które kosz­to­wały Wehr­macht sto tysięcy ludzi, lecz mimo tego pozo­stają w cie­niu pochodu na Sta­lin­grad. W 1943 roku Bider­mann i jego dywi­zja zostali prze­rzu­ceni na pół­noc, na front lenin­gradzki – lecz wyda­rzyło się to pod­czas ostat­nich mie­sięcy epic­kiej bata­lii o to mia­sto, kiedy kore­spon­denci wojenni i foto­gra­fo­wie w poszu­ki­wa­niu śwież­szych histo­rii roz­je­chali się w inne miej­sca. Bider­mann zakoń­czył wojnę w „kur­landz­kim worku”, czę­ści całej grupy armii uwię­zio­nej nad brze­gami Bał­tyku przez wiel­kie rosyj­skie ofen­sywy z 1944 roku. Pod­czas zażar­tych walk 132 Dywi­zji Pie­choty na bagnach i w lasach pod Lenin­gra­dem, Bider­mannowi przy­znano bar­dziej pre­sti­żowe odzna­cze­nia – Nie­miecki Krzyż w Zło­cie, złotą Odznakę za Rany i Odznakę do Wstęgi Hono­ro­wej Wojsk Lądo­wych. Póź­niej, w ostat­nich mie­sią­cach wojny, otrzyma także odznakę „Za wła­sno­ręczne znisz­cze­nie czołgu”. Najbar­dziej zna­czą­cym aspek­tem tych póź­niej­szych odzna­czeń jest to, że ich wła­ści­ciel, jako młod­szy ofi­cer pie­choty, prze­trwał liczne zra­nie­nia i mie­siące nie­zli­czo­nych bitew, wyma­ga­nych do ich nada­nia. I znów jego doświad­cze­nia stały się uzu­peł­nie­niem, tym razem do histo­rii osta­tecz­nego upadku Trze­ciej Rze­szy.

Got­tlob Bider­mann nie jest „typowy”. Nie ist­nieje arche­typ nie­miec­kiego żoł­nie­rza II wojny świa­to­wej, tak jak nie ist­nieje jego odpo­wied­nik w innych armiach. Mimo to wojenna histo­ria Bider­manna jest histo­rią ich wszyst­kich – to saga wiecz­nych star­szych sze­re­go­wych i młod­szych ofi­ce­rów, któ­rzy, jak mawia Bruce Cat­ton, nie mając nadziei na gwiazdki na nara­mien­ni­kach, mają marną szansę na gwiazdy w koro­nie.

Więk­szość auto­bio­gra­ficz­nych zapi­sów z okresu II wojny świa­to­wej, wyda­nych w języku angiel­skim, uka­zuje życie wyso­kich rangą szta­bow­ców, pilo­tów myśliw­skich Luft­waffe, mary­na­rzy U-bootów Dönitza, pan­cer­nia­ków czy człon­ków Waf­fen-SS. Johan­nes Ste­in­hoff, Guy Sajer, Michael Wit­t­mann – ich histo­rie wciąż na nowo poja­wiają się na pół­kach księ­gar­skich i w przy­pi­sach. Jed­nakże więk­szość z milio­nów żoł­nie­rzy, któ­rzy słu­żyli w siłach zbroj­nych Trze­ciej Rze­szy nie docze­kała się uczcze­nia swych doświad­czeń i poświę­ceń. Wal­czyli ano­ni­mowo i ano­ni­mowo umie­rali. Zatarto nawet ślady po gro­bach tych, któ­rzy pole­gli w Rosji. Cza­sami robił to cofa­jący się Wehr­macht, cza­sami Rosja­nie, szu­ka­jący pomsty za dwa­dzie­ścia milio­nów swo­ich zabi­tych.

Ci, któ­rym dane było prze­trwać, pró­bu­ją­cych odro­dzić się moral­nie i fizycz­nie w Niem­czech, poza krę­giem rodzin­nym nie zna­leźli wielu odbior­ców, któ­rzy mie­liby czas i ochotę na wysłu­chi­wa­nie ich opo­wie­ści. Pod koniec wieku Niemcy nie doświad­czyły znacz­nego wzro­stu liczby publi­ko­wa­nych wspo­mnień, jakiego byli­śmy świad­kami w Sta­nach Zjed­no­czo­nych czy Wiel­kiej Bry­ta­nii, kiedy to wete­rani ode­szli na eme­ry­turę i pootwie­rali swoje szu­flady i udo­stęp­nili wspo­mnie­nia lub kiedy dzieci szpe­rały w rze­czach swych ojców po ich pogrze­bach.

Te histo­rie w żad­nym razie nie tchną trium­fa­li­zmem. Mimo to opi­sują jed­nak „dobrą wojnę”, tę toczoną prze­ciwko wro­gom, z któ­rymi nale­żało wal­czyć i któ­rych trzeba było poko­nać. Co Nie­miec z tego samego poko­le­nia może opo­wie­dzieć o swo­jej woj­nie? Rela­cja Bider­manna jest ukształ­to­wana ramami armii, w któ­rej wal­czył, naturą Rze­szy, któ­rej słu­żył i, co jest nie mniej istotne, zbio­rem kul­tu­ro­wych i inte­lek­tu­al­nych kon­wen­cji, tak bar­dzo róż­nych od ich ame­ry­kań­skich lub bry­tyj­skich odpo­wied­ni­ków.

Genezą nie­miec­kiego pamięt­ni­kar­stwa wojen­nego są doświad­cze­nia z lat 1914–1918. Podob­nie jak pamięt­ni­kar­stwo bry­tyj­skie, ame­ry­kań­skie i fran­cu­skie, jest ono pro­duk­tem nie­licz­nej grupy, w głów­nej mie­rze wywo­dzą­cej się z klasy śred­niej, czyli tych, któ­rych cecho­wała samo­świa­do­mość i zdol­ność do auto­re­flek­sji. Przy oka­zji stwo­rzyli one stan­dardy, które miały silny wpływ na lite­ra­turę wspo­mnie­niową, ponie­waż więk­szość auto­rów wspo­mnień nie była pisa­rzami ani inte­lek­tu­ali­stami. Chcąc po pro­stu opo­wie­dzieć swoją histo­rię, zwy­kle robili to w ramach usta­lo­nych kon­we­nan­sów. Nie­mieccy pamięt­ni­ka­rze z lat 1914–1918 mieli ten­den­cję do patrze­nia na wojnę przez pry­zmat doświad­czeń heglow­skich, jako część pew­nego kon­ti­nuum cha­rak­te­ry­zu­ją­cego się cyklami znisz­cze­nia i odro­dze­nia. Doświad­cze­nia wojenne poje­dyn­czego czło­wieka stały się czę­ścią Bil­dungs­ge­schichte, histo­rią roz­woju poprzez dia­lek­tykę pomię­dzy oso­bi­stym zaan­ga­żo­wa­niem i orga­nicz­nymi, wspól­nymi pro­ce­sami.

Niemcy, któ­rzy zapi­sali swoje doświad­cze­nia z wojny Hitlera, w głów­nej mie­rze wywo­dzili się z poko­le­nia, które uwa­żało owe wcze­śniej­sze pamięt­niki za normę opo­wia­da­nia o tym, co autor opi­su­jący okres wojny wiet­nam­skiej, Tim O’Brien, nazywa „praw­dziwą opo­wie­ścią o woj­nie” – kon­struk­cją przed­sta­wia­jącą prawdę, na którą nie ma słów. Uży­wali przy tym rów­nież stylu, który Niemcy okre­ślają jako „hero­isch-pate­tisch”, nie w naszym rozu­mie­niu tego słowa, lecz w sen­sie sto­so­wa­nia swego rodzaju pod­nio­słej reto­ryki, łączą­cej roman­tyzm z meta­fi­zyką.

Zbyt czę­sto poj­muje się ową frazę jako formę bom­ba­stycz­nego roz­czu­la­nia się nad samym sobą, co wśród bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich czy­tel­ni­ków sprzyja ten­den­cji do inter­pre­to­wa­nia nie­miec­kiej lite­ra­tury wspo­mnie­nio­wej jako mili­ta­ry­stycz­nej i pro­fa­szy­stow­skiej. Oso­bi­ste wspo­mnie­nia fran­cu­skich i bry­tyj­skich uczest­ni­ków I wojny świa­to­wej sku­piają się na mar­no­ści i zdra­dzie, dys­junk­cji i frag­men­ta­cji. Świat anglo­ję­zyczny wiąże „praw­dziwe” wspo­mnie­nia z póź­niej­szych kon­flik­tów z roz­cza­ro­wa­niem Far­leya Mowata, rze­czową dyk­cją Audiego Mur­phy czy też z gro­te­sko­wym post­struk­tu­ra­li­zmem Tima O’Briena. Żeby jed­nak zapo­ży­czyć od O’Briena jesz­cze jeden kon­cept, wszyst­kie histo­rie wojenne są niepraw­dziwe – ale wszyst­kie wojenne histo­rie są także prawdą. „W śmier­tel­nym boju” zasłu­guje na prze­czy­ta­nie na warun­kach autora.

Zasady Bider­manna to przede wszyst­kim reguły żoł­nie­rza pie­choty z pierw­szej linii. „W śmier­tel­nym boju” nie było począt­kowo napi­sane dla szer­szego grona odbior­ców ani nawet dla nie­miec­kich wete­ra­nów, lecz powstało dla zamknię­tej, wewnętrz­nej grupy: tych żoł­nie­rzy z pułku i dywi­zji Bider­manna, któ­rzy prze­trwali wojnę. Autor nie zaprzą­tał sobie głowy wyja­śnia­niem struk­tur orga­ni­za­cyj­nych i ter­mi­no­lo­gii, z któ­rymi jego czy­tel­nicy naj­praw­do­po­dob­niej byli za pan brat. Należy także pamię­tać, że jako młod­szy ofi­cer, Bider­mann nie­ko­niecz­nie musiał na bie­żąco orien­to­wać się we wszyst­kich aspek­tach dzia­łań jego nad­rzęd­nej for­ma­cji. Jego ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik też by się nie orien­to­wał. Ostat­nie podej­rze­nia co do auten­tycz­no­ści kla­sycz­nego „Zapo­mnia­nego żoł­nie­rza” Guy Sajera oparte są głów­nie na szcze­gó­łach doty­czą­cych nazew­nic­twa, wypo­sa­że­nia, struk­tury dowo­dze­nia i pew­nych loka­li­za­cji, choć jest bar­dzo mało praw­do­po­dobne, by szary żoł­nierz mógł odno­to­wać i zapamię­tać podobne rze­czy. To samo doty­czy dowód­ców plu­to­nów czy kom­pa­nii.

Tym samym będzie tu na miej­scu przy­bli­że­nie czy­tel­ni­kowi nie­miec­kiej pie­choty okresu II wojny świa­to­wej. Podob­nie jak we wszyst­kich armiach, pod­sta­wową czę­ścią jej struk­tury była dywi­zja. Jed­nak w odróż­nie­niu od prak­tyki armii ame­ry­kań­skiej, pole­ga­ją­cej na two­rze­niu homo­ge­nicz­nych, wymien­nych for­ma­cji, nie­miec­kie dywi­zje pie­choty były orga­ni­zo­wane i wypo­sa­żane na zasa­dzie fal mobi­li­za­cyj­nych – Wel­len – któ­rych w cza­sie wojny było nie mniej niż trzy­dzie­ści pięć. 132 Dywi­zja Pie­choty Got­tloba Bider­manna była jed­nostką „jede­na­stej fali”, sfor­mo­waną we wrze­śniu 1940 roku do służby pod­czas inwa­zji Rosji, którą Hitler i Dowódz­two Naczelne już wów­czas pla­no­wali. Jed­nostka weszła do boju w cza­sie krót­kiej kam­pa­nii na Bał­ka­nach w kwiet­niu i maju 1941 roku, ale jej praw­dziwa wojna zaczęła się wraz z prze­kro­cze­niem gra­nicy rosyj­skiej w dniu 30 czerwca. To wła­śnie wtedy Bider­mann zaczyna swoją opo­wieść.

Począt­kowo dywi­zje każ­dej fali mobi­li­za­cyj­nej miały nieco inne uzbro­je­nie, w zależ­no­ści od tego, co było dostępne w arse­na­łach lub co Rze­sza była w sta­nie ścią­gnąć z ostat­nio pod­bi­tych tery­to­riów. Nie­które dywi­zje poma­sze­ro­wały na Rosję, uzbro­jone w zdo­byczne fran­cu­skie działka prze­ciw­pan­cerne i z kolum­nami zaopa­trze­nio­wymi wypo­sa­żo­nymi we fran­cu­skie pojazdy. Na przy­kład kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna, w któ­rej począt­kowo słu­żył Bider­mann, do holo­wa­nia swo­ich dzia­łek uży­wała lek­kich fran­cu­skich cią­gni­ków gąsie­ni­co­wych – Che­ni­lette Lor­ra­ine.

W porów­na­niu z wypo­sa­że­niem, sama orga­ni­za­cja była już bar­dziej ustan­da­ry­zo­wana. Nie­miecka dywi­zja pie­choty skła­dała się z trzech trzy­ba­ta­lio­no­wych puł­ków. W przy­padku 132 Dywi­zji Pie­choty były to pułki o nume­rach 436, 437 i 438. Jed­nostka miała też w skła­dzie pułk arty­le­rii, zło­żony z czte­rech bata­lio­nów ponu­me­ro­wa­nych od I do IV, w prze­ci­wień­stwie do ame­ry­kań­skiej zasady, pole­ga­ją­cej na przy­po­rząd­ko­wa­niu czte­rech samo­dziel­nych bata­lio­nów szta­bowi arty­le­rii. Co rów­nież nie­spo­ty­kane w armii ame­ry­kań­skiej, nie­miecka dywi­zja posia­dała bata­lion prze­ciw­pan­cerny i bata­lion roz­po­znaw­czy, wypo­sa­żony w konie, rowery i nie­wielką liczbę lek­kich samo­cho­dów pan­cer­nych. Zgod­nie z nie­miec­kim stan­dar­dem, pod­od­działy te miały nume­ra­cję zgodną z nume­rem macie­rzy­stej dywi­zji.

Służby medyczne, saper­skie oraz zaopa­trze­nie i łącz­ność były zor­ga­ni­zo­wane podob­nie jak w armii ame­ry­kań­skiej, choć ist­niała jedna, bar­dzo istotna róż­nica. Nie­miec­kie dywi­zje pie­choty pole­gały pra­wie wyłącz­nie na ciągu kon­nym. W 1939 roku, peł­no­eta­towa jed­nostka pierw­szej fali mobi­li­za­cyj­nej, z prio­ry­te­to­wym przy­dzia­łem sprzętu, posia­dała ponad pięć tysięcy koni, ale tylko nie­całe sześć­set cię­ża­ró­wek. Wymu­szony, cha­otyczny pro­ces dozbro­je­nia, przy­pa­da­jący za cza­sów wła­dzy nazi­stow­skiej na lata 1933–1939, nie pozwo­lił nawet na marze­nia o roz­wi­nię­ciu nie­miec­kiego prze­my­słu moto­ry­za­cyj­nego do poziomu wystar­cza­ją­cego dla zmo­to­ry­zo­wa­nia potęż­nej armii. Naczelne dowódz­two, które byłoby nikim, o ile nie pod­da­łoby się pew­nej logice, odpo­wie­działo na owe zapo­trze­bo­wa­nie opra­co­wa­niem całej gamy naj­no­wo­cze­śniej­szych wozów cią­gnię­tych przez konie – z takimi udo­sko­na­le­niami jak łoży­sko­wane koła czy gumowe opony. Dostar­czano je jed­nost­kom, które i tak miały prze­miesz­czać się na wła­snych nogach. Jedy­nym wyjąt­kiem były tu kom­pa­nie i bata­liony prze­ciw­pan­cerne, albo­wiem ocze­ki­wano od nich szyb­kiego reago­wa­nia na manewry nie­przy­ja­ciel­skiej broni pan­cer­nej. W innych przy­pad­kach, jeśli żoł­nierz jechał, było to wyjąt­kiem od ogól­nie przy­ję­tej reguły i nazbyt czę­sto sta­no­wiło oznakę sytu­acji kry­zy­so­wej.

Straty w sile żywej i sprzę­cie bojo­wym wymu­siły w cza­sie wojny kilka mody­fi­ka­cji. W 1944 roku naj­istot­niej­szą zmianą orga­ni­za­cyjną w 132 Dywi­zji Pie­choty było zre­du­ko­wa­nie każ­dego pułku pie­choty do dwóch bata­lio­nów i prze­kształ­ce­nie bata­lionu roz­po­znaw­czego w tak zwany bata­lion fizy­lie­rów, co w prak­tyce ozna­czało, iż dowódca dywi­zji miał bez­po­śred­nią zwierzch­ność nad sied­mioma bata­lionami pie­choty.

Zre­du­ko­wa­nie liczby żoł­nie­rzy było, przy­naj­mniej w teo­rii, rekom­pen­so­wane nowym uzbro­je­niem. Naj­lep­szym spo­so­bem na prze­śle­dze­nie tego pro­cesu jest nieco dokład­niej­sze prze­ana­li­zo­wa­nie struk­tury 437 Pułku Pie­choty, w któ­rym Bider­mann słu­żył przez więk­szość wojny. Ci, któ­rzy inte­re­sują się armią ame­ry­kań­ską okresu II wojny świa­to­wej, nie znajdą tu wielu nie­spo­dzia­nek. Ame­ry­kań­ski pułk pie­choty z lat 1941-1945 był, przy­naj­mniej na papie­rze, nie­malże iden­tyczny ze swym nie­miec­kim odpo­wied­ni­kiem. W rze­czy­wi­sto­ści, struk­tura orga­ni­za­cyjna przy­jęta przez Stany Zjed­no­czone w 1940 roku była świa­domą kopią nie­miec­kiego sche­matu.

Każdy nie­miecki bata­lion pie­choty posia­dał trzy kom­pa­nie i tak zwaną kom­pa­nię kara­bi­nów maszy­no­wych, choć podob­nie jak ame­ry­kań­ska kom­pa­nia broni cięż­kiej, miała ona w skła­dzie plu­ton moź­dzie­rzy. Dwa­na­ście kom­pa­nii wcho­dzą­cych w skład pułku ame­ry­kań­skiego było ozna­czo­nych lite­rami A do M, przy czym omi­jano literę J. Nie­miec­kie kom­pa­nie pie­choty były ponu­me­ro­wane od 1 do 12. Nie­miecki pułk pie­choty posia­dał także trzy­na­stą kom­pa­nię o ciągu kon­nym, wypo­sa­żoną w działka krót­kiego zasięgu, prze­zna­czone do bez­po­śred­niego wspar­cia pie­choty. Ame­ry­kań­ski pułk pie­choty dys­po­no­wał orga­niczną kom­pa­nią dział o takim samym prze­zna­cze­niu. W skład każ­dego nie­mieckiego pułku pie­choty wcho­dziła rów­nież kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna – nosząca numer 14 – wypo­sa­żona w dwa­na­ście dzia­łek.

Kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna była jedy­nym w pełni zmo­to­ry­zo­wa­nym pod­od­dzia­łem nie­miec­kiego pułku. Przez więk­szość okresu służby Bider­manna w 14 kom­pa­nii 437 Pułku Pie­choty, posia­dała ona na sta­nie tuzin 37-mili­me­tro­wych dzia­łek. Były one odpo­wied­ni­kami, lub raczej pier­wo­wzo­rami dzia­łek, które armia ame­ry­kań­ska zabie­rze ze sobą do Tune­zji pod koniec 1942 roku. Przy­jęte na uzbro­je­nie w 1936 roku, działka te były na tyle lek­kie, iż na krót­kich dystan­sach można je było prze­ta­czać ręcz­nie. W poło­wie 1941 roku było to już jed­nak ich nie­malże jedyną zaletą. Małe 37-mili­me­trowe poci­ski odbi­jały się od pan­ce­rzy rosyj­skich czoł­gów tak sku­tecz­nie, że broń doro­biła się wąt­pli­wego miana „kołatki”. Szcze­gól­nie w walce z czoł­gami T-34 oraz cięż­kimi KW, które weszły do służby w ciągu pierw­szych sze­ściu mie­sięcy kon­fliktu z Rosją, nie­miec­kie obsady dzia­łek musiały ucie­kać się do metod pole­ga­ją­cych na wstrzy­ma­niu się z ostrza­łem do ostat­niej chwili i celo­wa­niu we wraż­liwe miej­sca, takie jak pier­ścień obro­towy wieży czołgu lub też zmu­szone były do prze­pusz­cza­nia wro­gich maszyn w nadziei na uzy­ska­nie tra­fie­nia w bok lub tył pojazdu. Zarówno jedna, jak i druga metoda wią­zała się z ogrom­nym ryzy­kiem i wyma­gała sta­lo­wych ner­wów i abso­lut­nie ide­al­nego zgra­nia obsługi.

Ów aspekt tak­tyczny jest istotny, albo­wiem przez więk­szą część wojny na wscho­dzie, holo­wana arty­le­ria prze­ciw­pan­cerna była pod­sta­wo­wym środ­kiem nie­miec­kiej obrony przed opan­ce­rzo­nymi pojaz­dami nie­przy­ja­ciela. W prze­ci­wień­stwie do ame­ry­kań­skiej dywi­zji pie­choty, zwy­kle mogą­cej liczyć na wspar­cie przy­dzie­lo­nego bata­lionu pan­cer­nego lub samo­bież­nych nisz­czy­cieli czoł­gów, nie­miecka jed­nostka mogła w naj­lep­szym wypadku pole­gać na paru tuzi­nach zaim­pro­wi­zo­wa­nych dział samo­bież­nych dostęp­nych na szcze­blu dywi­zji. Reszta zale­żała od arty­le­rzy­stów i ich Pak-ów w puł­kach pie­choty. Na póź­niej­szym eta­pie wojny działka 37mm ustą­piły miej­sca naj­pierw kali­browi 50 mm, a następ­nie dzia­łom 75 mm i 76 mm, które cha­rak­te­ry­zo­wały się odpo­wied­nio więk­szą sku­tecz­no­ścią w walce z rosyj­skimi czoł­gami i dzia­łami sztur­mo­wymi. Jed­nakże spo­sób myśle­nia żoł­nie­rzy kom­pa­nii prze­ciw­pan­cer­nych i pie­choty, u boku któ­rej wal­czyli, pozo­stał nie­zmienny. Jeśli nie­miecki land­ser z II wojny świa­to­wej był w bli­skim boju rów­nie sku­teczny jak każdy żoł­nierz w histo­rii, to w znacz­nej mie­rze zawdzię­czał to temu, iż nie miał wyboru.

W 1943 roku, po powro­cie ze szko­le­nia ofi­cer­skiego, Bider­mann nie tra­fił już do broni prze­ciw­pan­cer­nej. Zamiast dział­kami, przy­szło mu dowo­dzić pod­od­dzia­łami pie­choty, któ­rych uzbro­je­nie i dyna­mika dzia­ła­nia odbie­gały znacz­nie od wzor­ców z 1941 roku. Podob­nie jak w przy­padku armii ame­ry­kań­skiej, pod­sta­wo­wym ele­men­tem kom­pa­nii pie­choty była gruppe, lub dru­żyna. Tak­tyka ame­ry­kań­skiej pie­choty zale­żała od indy­wi­du­al­nego strzelca i jego samo­pow­ta­rzal­nego kara­binu M1 Garand. Auto­ma­tyczny kara­bin, orga­niczny dla każ­dej dru­żyny, był bro­nią wspar­cia. Nato­miast nie­miecka dru­żyna zbu­do­wana była wokół swego lek­kiego kara­binu maszy­no­wego. W dru­giej czę­ści wspo­mnień Bider­manna, MG-42 odgrywa ogromną rolę. Czy to w obro­nie, czy w ataku, reszta dru­żyny ze swymi powta­rzal­nymi Mau­se­rami miała za zada­nie chro­nić obsługę kara­binu maszy­no­wego i dbać o zaopa­trze­nie jej w amu­ni­cję. Dopóki kara­bin maszy­nowy był sprawny, ist­niała dobra szansa na utrzy­ma­nie danej pozy­cji w boju z każ­dym prze­ciw­ni­kiem, poza przy­pad­kami, kiedy wróg dys­po­no­wał przy­tła­cza­jącą prze­wagą ilo­ściową – lub czoł­gami.

Ze swoją ogromną szyb­ko­strzel­no­ścią i łatwą do wymiany lufą, MG-42 przy­naj­mniej w czę­ści rekom­pen­so­wał osła­bie­nie pierw­szo­li­nio­wych jed­no­stek nie­miec­kich. Każdy żoł­nierz, który miał tylko ku temu oka­zję, zamie­niał swój kara­bin z prze­łomu wie­ków na pisto­let maszy­nowy, czy to nie­miecki MP-40, czy też któ­ryś z jego rosyj­skich odpo­wied­ni­ków. Te ostat­nie były popu­larne ze względu na swoją pro­stotę, nie­za­wod­ność, a zwłasz­cza róż­nicę w sile ognia i to pomimo ryzyka wpad­nię­cia pod ostrzał wła­snych sił ze względu na swój cha­rak­te­ry­styczny odgłos wystrza­łów. Podobny sta­tus, dokład­nie z tych samych powo­dów, osią­gnie kie­dyś wśród Ame­ry­ka­nów w Wiet­na­mie słynny AK-47.

Z począt­kiem 1943 roku, przy­ci­śnięta do muru nie­miecka pie­chota zacznie także otrzy­my­wać dostawy pierw­szego na świe­cie kara­binka sztur­mo­wego – Sturm­ge­wehr. Mając lżej­szy i mniej­szy nabój niż jego poprzed­nicy, kara­bi­nek był w sta­nie strze­lać w try­bie w pełni auto­ma­tycz­nym oraz był odporny na naj­gor­sze warunki pogo­dowe. Ni­gdy nie stał się bro­nią powszech­nie uży­waną, nie­mniej był dostępny nawet w tak naj­zwy­klej­szych for­ma­cjach jak 132 Dywi­zja Pie­choty. Choć Bider­mann tego nie mówi, można logicz­nie zało­żyć, iż sko­rzy­stał z faktu posia­da­nia stop­nia ofi­cer­skiego i zadbał o to, by przez więk­szość czasu mieć tę broń przy sobie.

Nie­miecka dywi­zja pie­choty posia­dała jesz­cze jedną jed­nostkę orga­ni­za­cyjną, nie­znaną w dywi­zji ame­ry­kań­skiej – bata­lion kadrowy czy też zapa­sowy. Było to czę­ścią prze­my­śla­nej poli­tyki. Niemcy były podzie­lone na dwa­dzie­ścia jeden okrę­gów woj­sko­wych i każda dywi­zja Wehr­machtu była przy­po­rząd­ko­wana do jed­nego z okrę­gów jako źró­dła swych uzu­peł­nień. Okręgi były na tyle małe, by zacho­wać regio­nalną odręb­ność i jed­no­cze­śnie na tyle duże, by nie dopu­ścić do sytu­acji, w któ­rej okre­ślone mia­sto czy region traci w jakiejś kata­stro­fie swych wszyst­kich mło­dych ludzi, jak to bywało w przy­padku bry­tyj­skich pals bat­ta­lions1 z 1916 roku. 132 Dywi­zja Pie­choty zaczęła swoje ist­nie­nie jako for­ma­cja bawar­ska z VII Okręgu. Następ­nie prze­nie­siono ją do Okręgu XII, w któ­rego skład wcho­dziła Saara, Pala­ty­nat Eifel, a po 1940 roku także ponow­nie przy­łą­czona do Rze­szy Lota­ryn­gia – gdzie Bider­mann zamel­do­wał się po zakoń­cze­niu kursu ofi­cer­skiego.

Ogólna zasada pole­gała na tym, iż rekruci, wyle­czeni ranni i żoł­nie­rze, któ­rzy ukoń­czyli kursy spe­cja­li­styczne, mel­do­wali się w bazie macie­rzy­stego pułku, skąd byli wysy­łani na front, zwy­kle jako zor­ga­ni­zo­wane pod­od­działy mar­szowe. Po zgło­sze­niu się w bata­lio­nie zapa­so­wym, byli roz­sy­łani zgod­nie z zapo­trze­bo­wa­niem. Lata wojny dopro­wa­dziły jed­nak do pew­nej ero­zji tego sys­temu. Dowolna baza wysy­łała ludzi do dowol­nych jed­no­stek – tam, gdzie ich aku­rat naj­bar­dziej potrze­bo­wano. Z żoł­nie­rzy tych for­mo­wano także doraźne grupy bojowe, aby reago­wać na sytu­acje kry­zy­sowe. Zatra­cała się regio­nalna toż­sa­mość puł­ków i dywi­zji, co można wyczy­tać w opo­wie­ści Bider­manna. Tak czy ina­czej, kon­cep­cja mak­sy­mal­nego zacho­wa­nia toż­sa­mo­ści poszcze­gól­nych jed­no­stek ni­gdy nie ule­gła osta­tecz­nemu roz­kła­dowi.

Do samego końca wojny owa spój­ność w zna­czący spo­sób przy­czy­niła się do utrzy­ma­nia efek­tyw­no­ści nie­miec­kich jed­no­stek na pierw­szej linii, w szcze­gól­no­ści impro­wi­zo­wa­nych for­ma­cji, jak te, któ­rymi przy­szło nie­kiedy dowo­dzić Bider­man­nowi. To, co okre­śla on mia­nem „rezerwy sztur­mo­wej” czy „kom­pa­nii alar­mo­wej” było stwo­rzoną ad hoc grupą bojową, która dzia­łała jako awa­ryjna siła ude­rze­niowa. Grupy takie, two­rzone zwy­kle wokół puł­ko­wego plu­tonu sape­rów, mogły mieć w skła­dzie pisa­rzy, kucha­rzy, mogą­cych cho­dzić ran­nych, maru­de­rów – wszyst­kich tych, któ­rych nie­wielu ame­ry­kań­skich ofi­ce­rów wybra­liby do nie­bez­piecz­nych misji, nawet gdyby byli jedy­nymi pod ręką. Jed­nakże w ostat­nich mie­sią­cach wojny ci Sad Sacks2 437 Pułku Pie­choty przy­czy­nili się do ura­to­wa­nia sytu­acji w wielu peł­nych despe­ra­cji chwi­lach.

Żoł­nie­rze ni­gdy nie wal­czyli lepiej niż Got­tlob Bider­mann, land­se­rzy ze 132 Dywi­zji Pie­choty i miliony innych żoł­nie­rzy w mun­du­rach feld­grau. I ni­gdy żad­nym żoł­nie­rzom nie przy­szło bić się o gor­szą sprawę. Czy Bider­mann i jego towa­rzy­sze broni byli, jak sami czę­sto się upie­rają, zwy­kłymi ludźmi wyko­nu­ją­cymi swój obo­wią­zek w nie­zwy­kłych cza­sach? Czy obsce­niczna rze­czy­wi­stość Nowego Ładu Adolfa Hitlera była tak odle­gła od oko­pów na pierw­szej linii frontu? Tutaj, rzecz jasna, nie ma opi­sów scen masa­kro­wa­nia jeń­ców wojen­nych czy mor­do­wa­nia cywi­lów. Wręcz prze­ciw­nie, Bider­mann dokłada sta­rań, aby opi­sać cie­płe sto­sunki z miesz­kań­cami Krymu. Wie­lo­krot­nie powta­rza, że wzięci do nie­woli Rosja­nie byli „porząd­nie” trak­to­wani. Wśród kilku odle­głych nawią­zań do holo­cau­stu znaj­dziemy opis zażar­tego boju na „żydow­skim cmen­ta­rzu” w pobliżu Lenin­gradu – iro­nii, która zapewne umknęła auto­rowi i jego ludziom pod­czas ich walki o prze­trwa­nie w oto­cze­niu, które niczego nie wyba­cza.

W tek­ście Bider­manna nie znaj­dziemy też ide­olo­gicz­nego napię­cia, które w ogól­nych zary­sach szki­cuje Ste­phen Fritz i Omer Bar­tov, jako coś cha­rak­te­ry­stycz­nego dla Wehr­machtu w miarę postępu wojny. To typowe dla wspo­mnień nace­cho­wa­nych pięć­dzie­się­cioma latami reflek­sji i czte­rema latami doświad­czeń. Byłoby nie­zwy­kłe, gdyby samo­zwań­czy „zwy­kły Nie­miec”, pró­bu­jący odszu­kać prawdę, którą zapa­mię­tał, przy­znał po tylu latach, jak ważny w życiu codzien­nym był naro­dowy socja­lizm pra­cu­jący dla utrzy­ma­nia morale i woj­sko­wej efek­tyw­no­ści. Podob­nie nie należy cał­ko­wi­cie brać za dobrą monetę licz­nych alu­zji do roz­cza­ro­wa­nia, pesy­mi­zmu i cyni­zmu.

Tam, gdzie Bider­mann zbliża się do uzna­nia ide­olo­gii, to miej­sca, w któ­rych bez­kry­tycz­nie zakłada, iż ponie­waż Niemcy są lep­szymi żoł­nie­rzami niż Rosja­nie, muszą też być lep­szymi isto­tami ludz­kimi. Zde­cy­do­wa­nie nie będąc sym­bo­lem ani punk­tem odnie­sie­nia, Adolf Hitler jest dla żoł­nie­rzy 437 Pułku rów­nie odle­gły, jak Niemcy, któ­rymi rzą­dzi. A mimo to te dwa pod­tek­sty łączą się, by opo­wie­dzieć „praw­dziwą wojenną histo­rię”. Jakim­kol­wiek połą­cze­niem inten­cji i pamięci nie byłoby „W śmier­tel­nym boju”, jest ono syn­tezą poglą­dów. Świat Bider­manna to jego oddział, jego towa­rzy­sze broni – jego „zgraja”, der Hau­fen. „Spo­łecz­ność ludowa” staje się zbio­rem obra­zów z wybla­kłych zdjęć i zaka­mar­ków gasną­cej pamięci. „Nie­miecka misja na wscho­dzie” jest zre­du­ko­wana do prze­trwa­nia w walce z prze­możną siłą.

Nawet „bra­ter­stwo” staje się kon­struk­cją. Jed­nym z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych zapi­sów w tych wspo­mnie­niach jest rela­cja Bider­manna z woj­sko­wej egze­ku­cji. Pier­wot­nym prze­stęp­stwem ofiary była kra­dzież żyw­no­ści i papie­ro­sów z prze­syłki pocz­to­wej – z pew­no­ścią nie bła­hostka w żad­nej armii żad­nego okresu w histo­rii. Jed­nak w armii Hitlera taki wystę­pek pocią­gał za sobą tak surowe kon­se­kwen­cje, że zło­dziej wolał posu­nąć się do mor­der­stwa niż ryzy­ko­wać donie­sie­nie. To, co w armii bry­tyj­skiej czy ame­ry­kań­skiej ucho­dzi­łoby za drobne prze­wi­nie­nie, w Wehr­mach­cie było czę­ścią tak bru­tal­nego sys­temu dys­cy­pli­nar­nego, że posłał on pod ścianę pięt­na­ście tysięcy wła­snych żoł­nie­rzy, a ponad sto tysięcy ska­zał na kary wię­zie­nia dłuż­sze niż jeden rok. Kolejne tysiące zesłał do bata­lio­nów kar­nych, w któ­rych warunki, według słów jed­nego z tych, któ­rzy przez nie prze­szli, były „podobne do celi śmierci”. „To”, jak powie­dział wybitny histo­ryk Man­fred Mes­ser­schimdt, „było tym, co nazi­ści nazy­wali ‘ludową wspól­notą’!”

Cha­rak­te­ry­styczną dla współ­cze­snych wojen „deper­so­na­li­za­cję” i „uprzed­mio­to­wie­nie” nie­przy­ja­ciół okre­śla się jako waru­nek wstępny do „odczło­wie­cze­nia”, które jest z kolei pierw­szym kro­kiem do zabi­ja­nia, czy to na polu wali, czy na tyłach, czy w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Ale uprzed­mio­to­wie­nie wymaga inte­rak­cji. Aby kogoś odczło­wie­czyć, trzeba go zoba­czyć. Wojna także izo­luje, stwa­rza­jąc śro­do­wi­ska, gdzie wszystko „poza” jakimś istot­nym cen­trum jest postrze­gane przez żoł­nier­ski odpo­wied­nik szkla­nego klo­sza Syl­wii Plath. Pod koniec opo­wie­ści Got­tloba Bider­manna, Rosja­nie są mniej odczło­wie­czeni niż nie­wi­doczni. Niemcy nie ule­gli demo­der­ni­za­cji, lecz zostali odcy­wi­li­zo­wani. Ci żoł­nie­rze 437 Pułku Pie­choty, któ­rzy oca­leli, przy­po­mi­nają nie­jako pre­hi­sto­ryczną zgraję ści­śnięta przy ogni­sku, ślepo wpa­trzoną w pło­mień niczym w tali­zman, mający ich ochro­nić przed nie­na­zwa­nym hor­ro­rem, który maja­czy poza małym krę­giem świa­tła.

Den­nis Sho­wal­ter

Nie­win­nym, któ­rzy zgi­nęli.

Rozdział 1 – Marsz na wschód

Roz­dział 1 Marsz na wschód

Jeśli jest coś potęż­niej­szego niż prze­zna­cze­nie,to odwaga, która mu się nie­ugię­cie prze­ciw­sta­wia.Geibel

30 CZERWCA 1941 roku. Letni żar roz­lał się po bez­kre­snych rów­ni­nach wschod­niej Pol­ski i tylko ruch lekko koły­szą­cego nami pociągu przy­no­sił ulgę od gorąca. Ciężko zała­do­wany esze­lon toczył się powoli przez roz­rzu­cone tu i ówdzie sosnowe zagaj­niki i poła­cie piasz­czy­stej, leżą­cej odło­giem ziemi. W naszej dro­dze na wschód mija­li­śmy malut­kie wio­ski i prze­kra­cza­li­śmy wijące się rzeki.

Poza dziećmi, które nie­kiedy machały do nas z zaku­rzo­nych dróg i pobo­czy, miej­scowa lud­ność w więk­szo­ści nas igno­ro­wała. Męż­czyźni i kobiety w burych ubra­niach, któ­rych obser­wo­wa­li­śmy z daleka, roz­pły­wali się w drga­ją­cym żarem powie­trzu, pod­czas gdy koła pociągu zosta­wiały ich coraz dalej w tyle. Wszyst­kie te godziny spę­dza­li­śmy sie­dząc lub leżąc, odpo­czy­wa­jąc pod bez­chmur­nym nie­bem na wago­nach-plat­for­mach pomię­dzy sta­ran­nie zamo­co­wa­nymi pojaz­dami i uzbro­je­niem.

W prze­ci­wień­stwie do prze­pi­sów czasu pokoju, które rzą­dziły naszym dotych­cza­so­wym życiem, zezwo­lono nam na roz­pię­cie gór­nego guzika naszych sza­ro­zie­lo­nych mun­du­rów i na pod­wi­nię­cie ręka­wów, aby­śmy w palą­cym upale mogli poczuć przy­naj­mniej odro­binę ulgi. Pierw­sze donie­sie­nia z frontu wojny z Rosją pocho­dziły sprzed kilku dni i nie roz­ma­wia­li­śmy wiele na temat per­spek­tyw szyb­kiego wej­ścia do boju. Wszy­scy byli pewni, że wojna ze Związ­kiem Radziec­kim, podob­nie jak kon­flikty z Pol­ską i Fran­cją, zakoń­czy się szybko.

Nad ranem uka­zały nam się mury i wieże Kra­kowa, świę­tego mia­sta Pol­ski, gdzie w kate­drze zło­żono serce Pił­sud­skiego. Poskrzy­pu­jąc hamul­cami, nasz skład zatrzy­mał się na małym, pokry­tym pyłem przy­stanku kole­jo­wym i w ciągu paru sekund oto­czył nas wia­nu­szek zanie­dba­nych dzie­cia­ków, igno­ro­wa­nych przez stró­żu­ją­cych w pobliżu żoł­nie­rzy żan­dar­me­rii o kamien­nych twa­rzach. „Bidde um bror, Herr,” wołały żało­snym tonem w łama­nym nie­miec­kim, brud­nymi rącz­kami chwy­ta­jąc łap­czy­wie smaczne kęski, które wycią­ga­li­śmy dla nich z chle­ba­ków. Pozwo­lono nam na opusz­cze­nie wago­nów i dzie­ciaki obstą­piły nas ze wszyst­kich stron.

„Biedna Pol­ska,” pomy­śla­łem w duchu. Wrę­czy­łem kawa­łek chleba spryt­nej małej dziew­czynce w zamian za wymiętą gazetę. Została wydru­ko­wana dzień wcze­śniej w języku nie­miec­kim i pol­skim i można w niej było zna­leźć pierw­sze wia­do­mo­ści o ope­ra­cji na wscho­dzie: mar­szu na Lwów. W ręce nie­miec­kie szybko wpa­dły Grid­now, Wilno, Brześć Litew­ski, Kowno i Dyne­burg. Eks­ta­tyczne nagłówki obwiesz­czały o znisz­cze­niu 2.582 sowiec­kich samo­lo­tów i 1.297 pojaz­dów pan­cer­nych. Oku­po­wana przez Sowie­tów Pol­ska była uwal­niana spod jarzma bol­sze­wi­ków.

Wkrótce żan­dar­me­ria woj­skowa oży­wiła się, za pomocą gwizd­ków, krzy­ków i gesty­ku­la­cji dając nam do zro­zu­mie­nia, iż powin­ni­śmy wra­cać do pociągu, więc ponow­nie zała­do­wa­li­śmy się na plat­formy. Wagony jęk­nęły w pro­te­ście, napięły się pod cię­ża­rem i gdy powoli zaczę­li­śmy posu­wać się do przodu, na głos odczy­ta­łem wia­do­mo­ści z gazety kole­gom z obsługi naszego działa. Wszy­scy apa­tycz­nie wyle­gi­wali się na plat­for­mie, nie prze­ja­wia­jąc więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Pod­nio­słem wzrok znad gazety i spoj­rza­łem do tyłu na peron, teraz zajęty tylko przez grupkę małych obdar­tu­sów. Nasza podróż ku nie­zna­nemu prze­zna­cze­niu trwała dalej.

1 lipca zatrzy­ma­li­śmy się dzie­sięć kilo­me­trów na zachód od wsi Peł­ki­nie, nie­da­leko Jaro­sła­wia, gdzie wyła­do­wa­li­śmy się i ruszy­li­śmy w kie­runku wschod­nim. Pie­chota wycią­gnęła się w długą kolumnę mar­szową, sma­ku­jąc nie­uchronny los każ­dego pie­cho­cińca. Nasze działko prze­ciw­pan­cerne jechało daleko przed nami, pod­cze­pione do cią­gnika gąsie­ni­co­wego Che­ni­lette, zdo­by­tego w cza­sie kam­pa­nii fran­cu­skiej.

Nasz zmysł powo­nie­nia natych­miast wychwy­cił utrzy­mu­jący się w powie­trzu zapach dymu i popiołu i wkrótce mogli­śmy ujrzeć wiel­kie leje i wypa­lone wraki pojaz­dów, będące dowo­dem na dzia­łal­ność nie­miec­kich bom­bow­ców nur­ku­ją­cych – Stu­ka­sów. Zatrzy­ma­li­śmy się na postój przy tym­cza­so­wej, przy­droż­nej kan­ty­nie, gdzie pod czuj­nym okiem wszę­do­byl­skiej żan­dar­me­rii woj­sko­wej, sio­stry nie­miec­kiego Czer­wo­nego Krzyża cho­chlami nabie­rały zimną kawę z cią­gnię­tej przez konie kuchni polo­wej i nale­wały w pod­sta­wiane przez nas kubki. Na próżno zada­wały nam pyta­nia o ostat­nie wie­ści z domu.

Kon­ty­nu­owa­li­śmy marsz długą, szarą kolumną, zosta­wia­jąc w tyle sio­stry Czer­wo­nego Krzyża i posu­wa­jąc się dalej w kie­runku wschod­nim. Kiedy zaczął zapa­dać zmierzch, odna­leź­li­śmy nasze pojazdy i działa pod drze­wami, które z rzadka pora­stały pobo­cze wąskiej drogi. Roz­ka­zano nam zama­sko­wać się przed obser­wa­cją z powie­trza, co usi­ło­wa­li­śmy zro­bić za pomocą cien­kich gałą­zek.

O świ­cie wyprze­dziły nas kolumny zaopa­trze­niowe, toczące się główną szosą w kie­runku odle­głego wschodu słońca. Kolejny dzień spę­dzi­li­śmy na mar­szu po śla­dach zaopa­trze­niow­ców, zaś póź­nym popo­łu­dniem po raz pierw­szy ujrze­li­śmy nie­przy­ja­ciela.

Pokrytą kurzem drogą w prze­ciw­nym kie­runku cią­gnęły nie­ma­jące końca kolumny rosyj­skich jeń­ców wojen­nych w wymię­tych, zie­lono-brą­zo­wych mun­du­rach. Wielu spo­śród tych żoł­nie­rzy, któ­rzy nie mieli cza­pek, osła­niało głowy przed palą­cym słoń­cem za pomocą kępek trawy lub szmat, owi­nię­tych wokół ogo­lo­nych na gładko głów. Niektó­rzy szli boso, na wpół ubrani, dając dowód szyb­ko­ści, z jaką nasze ata­ku­jące oddziały prze­ła­mały ich pozy­cje.

Z powodu owej dziw­nej pstro­ka­ci­zny ubio­rów w naszych oczach led­wie przy­po­mi­nali żoł­nie­rzy, będąc mie­sza­niną Rosjan, ciem­no­skó­rych miesz­kań­ców Kau­kazu, Kir­gi­zów, Uzbe­ków, noma­dów o mon­gol­skich rysach, przy­by­szów z dwóch kon­ty­nen­tów, na któ­rych roz­cią­gał się Zwią­zek Radziecki. Prze­cho­dzili obok nas smęt­nie, ze spusz­czo­nym wzro­kiem; gdzie­nie­gdzie można było dostrzec grupki pod­trzy­mu­jące innych, któ­rzy naj­wy­raź­niej doznali obra­żeń, byli cho­rzy lub wycień­czeni. W szkole uczono nas, że góry Uralu oddzie­lają Europę od Azji; a jed­nak tutaj widzie­li­śmy Azję w miej­scu, które uwa­ża­li­śmy za śro­dek Europy. Długa kolumna nie­szczę­ścia znik­nęła nam za ple­cami i wraz z nadej­ściem ciem­no­ści zatrzy­ma­li­śmy się na odpo­czy­nek. Pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem okrę­ci­li­śmy się masku­ją­cymi pałat­kami i spa­li­śmy do samego świtu.

14 kom­pa­nia prze­ciw­pan­cerna została prze­su­nięta do szpicy i dokład­nie o godzi­nie pią­tej rano ruszy­li­śmy w dal­szą drogę. Roz­sy­pu­jące się ruiny wypa­lo­nych domów stały, jak niemi świad­ko­wie walk, które o Jaro­sław toczono w cza­sie pol­skiej kam­pa­nii, która, choć zakoń­czona tylko dwa lata temu, teraz wyda­wała się odle­gła o całe wieki. Prze­kra­cza­jąc San w Radym­nie, posta­wi­li­śmy pierw­sze kroki na rosyj­skiej ziemi.

Minę­li­śmy duży nie­miecki cmen­tarz z I wojny świa­to­wej. Nad bramą wybla­kłe litery na drew­nia­nym tle infor­mo­wały: „Pamięci naszych towa­rzy­szy broni pole­głych pod Dubro­wicą”. Naszej kolum­nie nie pozwo­lono zatrzy­mać się na tyle długo, byśmy mogli obej­rzeć nagrobki. Wtedy nie zda­wa­li­śmy sobie jesz­cze sprawy, jak wiele naszych wła­snych cmen­tarzy pozo­sta­wimy wzdłuż dróg naszego mar­szu w głąb Rosji. Wkrótce natra­fi­li­śmy na świeże wzgórki ziemi ozna­czone cio­sa­nymi z brzozy krzy­żami i zwień­czone cha­rak­te­ry­stycz­nymi sta­lo­wymi heł­mami nie­mieckiego Wehr­machtu. Pierw­szych, mil­czą­cych i krwa­wych świad­ków przy dro­dze na wschód usta­wiono w regu­lar­nych rzę­dach i kolum­nach, a my pró­bo­wa­li­śmy odwra­cać od nich wzrok, który jed­nak cią­gle powra­cał do gro­bów. Szli­śmy dalej bez słowa, a ciche czer­wono-brą­zowe kop­czyki zda­wały się wzy­wać nas, jakby chciały powie­dzieć, „Nie zosta­wiaj­cie nas tutaj… nie porzu­caj­cie nas w tym dziw­nym miej­scu”.

Od strony Lwowa dobie­gały przy­tłu­mione odgłosy ognia arty­le­ryj­skiego. Stan dróg stop­niowo się pogar­szał i na ludziach, koniach i pojaz­dach zaczął grubą war­stwą osia­dać kurz. Gdy słońce stało w zeni­cie niczym wielka poma­rań­czowa kula, z tru­dem prze­bi­ja­jąc się przez duszące chmury kurzu, przed sobą mogli­śmy ujrzeć wyłącz­nie nie­wy­raźną syl­wetkę pojazdu naszego plu­tonu. Pot i brud łączyły się, two­rząc dzi­waczne kształty na twa­rzach pobły­sku­ją­cych spod cięż­kich, zie­lo­nych heł­mów. W pobliżu Kra­kowca ponow­nie połą­czy­li­śmy nasze pałatki w namioty i spę­dzi­li­śmy tam noc.

Nasza ody­seja doni­kąd trwała, a my podą­ża­li­śmy ku nie­zna­nemu prze­zna­cze­niu. Mija­li­śmy pry­mi­tywne wsie, sto­jące wzdłuż dróg, gdzie rosyj­skie kobiety i dzieci wpa­try­wały się w nas z zacie­nio­nych sieni i przy­glą­dały się nam zza zasłony nie­he­blo­wa­nych okien. Jed­nymi męż­czy­znami, któ­rych mogli­śmy dostrzec, byli sta­rzy wete­rani daw­nych wojen.

Pytani, miesz­kańcy wio­sek opo­wia­dali nam o bol­sze­wi­kach. Gdy mówili, w ich oczach czaił się strach i obawa przed sybe­ryj­skimi łagrami. Twier­dzili, że w szko­łach wiszą obrazy Chry­stusa i Sta­lina, a kiedy wiej­scy nauczy­ciele zada­wali pyta­nie, „Komu dzię­ku­je­cie za wasz codzienny chleb?”, dzieci zmu­szano do odpo­wia­da­nia: „Sta­li­nowi”. Z ulgą stwier­dza­li­śmy, że o skut­kach komu­ni­zmu możemy się dowie­dzieć z pierw­szej ręki, a tego, co pozna­jemy, nie można tak po pro­stu zło­żyć na karb naszej pro­pa­gandy. Nie­der­meyer zauwa­żył: „Dopiero po ujrze­niu Rosji wiemy, jakie to szczę­ście być Niem­cem”.

5 lipca prze­szli­śmy przez Lwów. W począt­ko­wym okre­sie wojny mia­sto dwu­krot­nie doznało poważ­nych znisz­czeń i z poran­nej mgły wynu­rzyły się spa­lone fabryki, zruj­no­wane domo­stwa i znisz­czone czołgi. Z ich tłu­stych, wciąż jesz­cze gorą­cych wra­ków biły w niebo kłęby czar­nego dymu. W jed­nej z czę­ściowo oca­la­łych dziel­nic długa kolejka ludzi stała przed pie­kar­nią. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy, patrzyli na nas pustym wzro­kiem.

Rosyj­skie lot­ni­sko we Lwo­wie zostało zruj­no­wane przez Stu­kasy. Poczer­niałe samo­loty i roz­bity sprzęt walały się po oko­licy. W cza­sie prze­rwy w mar­szu żoł­nie­rze wałę­sali się po wra­ko­wi­sku, foto­gra­fu­jąc się na tle znisz­czo­nych sowiec­kich samo­lo­tów i ostroż­nie grze­bali w rumo­wi­sku, pamię­ta­jąc o suro­wych roz­ka­zach zabra­nia­ją­cych rabunku i nie­le­gal­nego przy­własz­cza­nia zdo­bycz­nego sprzętu nie­przy­ja­ciela. Wojna ze Związ­kiem Radziec­kim trwała dopiero od kilku dni, więc wszystko, co miało zwią­zek z sowiecką armią, budziło nasze zacie­ka­wie­nie.

* * *

Nasze prze­mar­sze trwały przez pierw­szą połowę lipca. Nasz szlak całymi dniami wiódł pośród ogrom­nej ilo­ści znisz­czo­nych rosyj­skich czoł­gów, a wywró­cone do góry nogami cią­gniki z zaprzod­ko­wa­nymi dzia­łami polo­wymi leżały roz­rzu­cone wzdłuż dróg. Na polach można było zauwa­żyć porzu­cone sta­no­wi­ska rosyj­skiej arty­le­rii, które wyda­wały się nie­na­ru­szone, co było dowo­dem na to, jak szybko nasza ofen­sywa zła­mała sowiec­kich obroń­ców.

Byli­śmy zdu­mieni stop­niem nasy­ce­nia sowiec­kiej armii środ­kami moto­ro­wymi, pod­czas gdy nasza wła­sna arty­le­ria wciąż bazo­wała na ciągu kon­nym, przy­po­mi­na­ją­cym czasy I wojny świa­to­wej. Mogiły nie­miec­kich i rosyj­skich żoł­nie­rzy napo­ty­kało się teraz razem; nie­miec­kie, przy­ozdo­bione krzy­żami z suro­wego drewna, stały po pra­wej stro­nie drogi, rosyj­skie po lewej. Mogiły Rosjan były bez­i­mienne, ozna­czone tylko wbi­tymi w świeżą zie­mię kara­bi­nami z zatknię­tymi bagne­tami. Na nie­miec­kich gro­bach, jak zawsze, zwy­cza­jowo zatknięte były sta­lowe hełmy, a na nie­któ­rych wisiały na sznur­kach nie­śmier­tel­niki, cze­ka­jące na zebra­nie i opi­sa­nie.

8 lipca, kiedy zbli­ża­li­śmy się do Bro­dów, idąc po sze­ro­kiej, pokry­tej kole­inami dro­dze, minęły nas pojazdy zaopa­trze­niowe i wozy łącz­no­ści z 72 Dywi­zji Pie­choty 6 Armii. Tele­fo­ni­ści powie­dzieli nam, że dywi­zja wzięła Lwów przy stra­cie sze­ściu­set ludzi i z ufno­ścią donie­śli, że wojna zakoń­czy się w ciągu kilku tygo­dni.

Nasz prze­marsz wstrzy­mano na sta­rej gra­nicy rosyj­sko-gali­cyj­skiej. 6 i 17 Armia pode­szła do Linii Sta­lina, ciągu beto­no­wych umoc­nień i sil­nie bro­nio­nych punk­tów oporu. Spo­dzie­wa­li­śmy się, iż nie­przy­ja­ciel będzie się tam zażar­cie bro­nić i byli­śmy zawie­dzeni, gdy nade­szły wie­ści, że 132 Dywi­zja Pie­choty otrzy­mała roz­kaz przej­ścia do odwodu, bowiem więk­szość z nas chciała docze­kać się akcji jesz­cze przed nie­uchronną kapi­tu­la­cją Związku Radziec­kiego.

14 lipca prze­szedł bez echa. Życie wypeł­niła nuda; nasza rze­czy­wi­stość skur­czyła się do sze­ro­kiego na sto metrów traktu, kurzu, błota, palą­cego słońca, burz i nie­skoń­czo­nej, pustej prze­strzeni, gdzie tylko od czasu do czasu rzad­kie kępy drzew cią­gnęły się ku hory­zon­towi. W oddali widać było kryte słomą dachy koł­cho­zo­wych cha­łup i to na nich sku­pia­li­śmy wzrok, niczym na pal­mach na pustyni, aby zwio­dły nas ku pry­mi­tyw­nym stud­niom. Poin­for­mo­wano nas, że Armia Czer­wona w cza­sie odwrotu czę­sto zatru­wała uję­cia wody. Mar­szowi towa­rzy­szył wszę­do­byl­ski smród ze szkie­le­to­wa­tych pozo­sta­ło­ści koń­skich tru­pów, leżą­cych wzdłuż szlaku. Fetor ten zawsze już będzie nam przy­po­mi­nać o sowiec­kim raju, w który przy­szło nam teraz coraz bar­dziej się zagłę­biać.

Po minię­ciu Jam­pola nasze tempo spa­dło. Nie­kiedy mie­li­śmy na tyle szczę­ścia, by w mija­nych wio­skach zdo­być parę cebul albo mar­che­wek, rza­dziej kur­czaka czy kilka jajek, co uroz­ma­icało nieco nasze mono­tonne wyży­wie­nie z kuchni polo­wych. Z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­na­li­śmy czasy spę­dzone w Karyn­tii i Zagrze­biu, zanim jesz­cze nastą­pił atak na Rosję, gdzie raczy­li­śmy się zim­nym piwem i śli­wo­wicą.

Pie­chota kon­ty­nu­owała marsz od świtu do zachodu słońca. Pokryci kurzem, spo­ceni i lepcy, bez szans na ucieczkę przed okrut­nym kli­ma­tem, wcho­dzi­li­śmy coraz głę­biej na tery­to­rium Związku Radziec­kiego. Choć było to wbrew regu­la­mi­nowi, aby odcią­żyć nas od nie­sie­nia ple­ca­ków, rekwi­ro­wano małe fur­manki („panje”), cią­gnięte przez nie­złomne rosyj­skie koniki. Gdy cywi­li­za­cja, jaką zna­li­śmy, pozo­sta­wała coraz bar­dziej z tyłu, ten oby­czaj robił się coraz powszech­niej­szy. Nie­liczne ludz­kie osady były pry­mi­tywne i praw­do­po­dob­nie zawszone, tak więc noce spę­dza­li­śmy w namio­tach, sto­gach siana lub naj­czę­ściej na gołej ziemi, owi­ja­jąc się do snu w ćwiartkę pałatki namio­to­wej, którą przy­dzia­łowo otrzy­my­wał każdy land­ser. Żoł­nie­rze z pod­od­dzia­łów o ciągu kon­nym budzili się ran­kami, muskani nosami przez głodne i spra­gnione zwie­rzęta.

Prze­cho­dzi­li­śmy obok drew­nia­nych szkół, które były niczym innym, jak pro­stymi budyn­kami ude­ko­ro­wa­nymi cha­rak­te­ry­styczną czer­woną gwiazdą i poma­lo­wa­nymi na czer­wono mów­ni­cami, słu­żą­cymi do spo­tkań człon­ków par­tii komu­ni­stycz­nej. Postrzę­pione, pokryte kurzem por­trety Lenina i Sta­lina wisiały na ścia­nach. Sta­lin wpro­wa­dził przy­mu­sowe naucza­nie tam, gdzie uprzed­nio, w epoce caratu, alfa­bet był czymś pra­wie nie­zna­nym. Byli­śmy zasko­czeni fak­tem, że wiele dzieci w wieku szkol­nym potra­fiło poro­zu­mie­wać się łama­nym języ­kiem nie­miec­kim. Ze zdo­bycz­nych mate­ria­łów pro­pa­gan­do­wych dowie­dzie­li­śmy się, iż edu­ka­cja poli­tyczna była prio­ry­te­to­wym przed­mio­tem dla dzieci.

17 lipca, po raz pierw­szy od momentu roz­po­czę­cia naszego mar­szu, otrzy­ma­li­śmy pocztę z domu. Dzie­sięć dni póź­niej dywi­zja wkro­czyła na Ukra­inę i prze­szła przez Kozia­tyn, masze­ru­jąc na połu­dniowy wschód, w kie­runku Różyna. Ukra­ina goto­wała się w let­nim skwa­rze. Po sze­ro­kich, piasz­czy­stych i wyło­żo­nych kamie­niem dro­gach weszli­śmy w kraj bez­kre­snych hory­zon­tów.

Nie­koń­czące się sze­ro­kie stepy, pola zbóż i sło­necz­ni­ków gra­ni­czyły z dro­gami, po któ­rych szli­śmy na wschód. Hory­zont usiany był pry­mi­tyw­nymi, drew­nia­nymi wia­tra­kami, które słu­żyły nam za miej­sca postoju i odpo­czynku w tym samot­nym mar­szu przez kra­inę, która pozo­sta­wiła u nas wra­że­nie wol­no­ści, połą­czo­nej z przy­tła­cza­ją­cym poczu­ciem pustki.

Zatrzy­ma­li­śmy się w zapusz­czo­nym zagaj­niku aka­cji, który dawał odro­binę cie­nia w oce­anie traw. Kom­pa­nia na bole­śnie otar­tych i posi­nia­czo­nych nogach prze­szła sześć­dzie­siąt kilo­me­trów w cza­sie krót­szym niż dwa­dzie­ścia cztery godziny. Pokryte kurzem, w któ­rym pot poro­bił bruzdy, ogo­rzałe w słońcu i wie­trze twa­rze patrzyły spod cięż­kich heł­mów na nasze „kró­le­stwo”. Ręce śli­skie od potu chwy­ciły łopatki saper­skie, aby ryć dziury w ziemi. Padła komenda: „Oko­pać się.”

Roze­brani do pasa, w mil­cze­niu wgry­za­li­śmy się w zie­mię. Opo­dal, brzę­cze­nie psz­czół przy­po­mi­nało mi o ich wła­snym, nie­koń­czą­cym się znoju. Cle­mens i Gehr, kie­rowcy cią­gni­ków, wpa­dli na pomysł odszu­ka­nia ula w nadziei na zna­le­zie­nie miodu. Wypo­sa­żeni w menażki, celty namio­towe i maski prze­ciw­ga­zowe, znik­nęli mię­dzy zabu­do­wa­niami koł­chozu za pozy­cjami naszych dzia­łek.

Po godzi­nie pracy, po lewej stro­nie sta­no­wi­ska naszego Paka skon­stru­owa­łem praw­dziwy sza­niec, na któ­rym poło­żymy kara­biny i gra­naty; jego wyż­sza ściana zwró­cona była w stronę naszego frontu. Działko prze­ciw­pan­cerne, dokład­nie zama­sko­wane gałę­ziami i trawą, stało na skraju zagaj­nika. Przed nami, przez otwarte pole, po osi wschód-zachód bie­gła piasz­czy­sta droga. W falu­ją­cym od popo­łu­dnio­wego słońca powie­trzu, na hory­zon­cie widać było zabu­do­wa­nia odle­głej wsi.

Po lewej stro­nie drogi, na tyłach zagaj­nika, star­szy sze­re­gowy Poell usta­wił swój pojazd pół­gą­sie­ni­cowy, po czym zabrał się za masko­wa­nie swo­jego Paka. Obser­wa­to­rzy arty­le­ryj­scy z pod­od­dzia­łów arty­le­rii i moź­dzie­rzy wysu­nęli się do przodu, nio­sąc na ple­cach bębny z kablem tele­fo­nicz­nym. Ciszę pozor­nie spo­koj­nego świata zakłó­cało tylko spo­ra­dyczne pobrzę­ki­wa­nie łopa­tek saper­skich, mena­żek i manie­rek.

Wła­śnie zwi­ną­łem sobie pod głowę moją zaku­rzoną bluzę, robiąc z niej poduszkę i w popo­łu­dnio­wym słońcu zaczy­na­łem zapa­dać w drzemkę, kiedy ciszę roz­darł wystrzał z kara­binu. Jed­nym ruchem sto­czy­łem się do świeżo wyko­pa­nego dołka strze­lec­kiego, zało­ży­łem ciężki, sta­lowy hełm i przy­ło­ży­łem do ramie­nia kolbę broni. Wpa­tru­jąc się przed sie­bie, byłem w sta­nie dostrzec jedy­nie pustkę i koły­szące się trawy. W cza­sie szko­le­nia pie­choty wbi­jano nam do głowy, by strze­lać przy naj­mniej­szych ozna­kach ruchu, do każ­dego poru­sza­ją­cego się liścia i każ­dego źdźbła chwie­ją­cej się trawki. Wszystko po to, by zabić wroga. A teraz, z biją­cym ser­cem łapa­łem myśli, kłę­biące mi się w gło­wie: czy to dzi­siaj będzie ten dzień, w któ­rym będę musiał zabić innego czło­wieka? Kto strzeli pierw­szy, kto pierw­szy trafi? On czy ja? Czy będę musiał dzi­siaj zabi­jać, by oca­lić życie swoje i swo­ich towa­rzy­szy? Pamięć przy­wo­łała obrazy mija­nych po dro­dze rzę­dów mogił ze sta­ran­nie usta­wio­nymi krzy­żami i z zawie­szo­nymi na nich nie­śmier­tel­ni­kami. Pró­bo­wa­łem wyrzu­cić je z głowy.

Po lewej stro­nie, jakieś sześć­set metrów od naszych pozy­cji, ciszę prze­rwał odgłos broni ręcz­nej. Dźwięki, począt­kowo przy­po­mi­na­jące zna­jomy odgłos wystrza­łów na strzel­nicy, prze­ro­dziły się w sza­leń­cze wystrzały i nad naszymi gło­wami zagwiz­dały ryko­szety. W dal­szym ciągu wyba­łu­sza­li­śmy pie­kące oczy, ale przed naszymi sta­no­wi­skami nie dostrze­ga­li­śmy niczego nie­zwy­kłego. W oddali, poprzez ogień kara­bi­nowy prze­bił się cha­rak­te­ry­styczny trzask działka prze­ciw­pan­cer­nego.

Po kilku minu­tach wszystko się uspo­ko­iło. W powie­trzu uno­sił się kurz i słaby, draż­niący zapach spa­lo­nego pro­chu. Po naszej pra­wej stro­nie w błę­kitne popo­łu­dniowe niebo bił słup czar­nego dymu. Sku­leni, pozo­sta­li­śmy na sta­no­wi­skach; przy­ci­szo­nymi gło­sami, z ser­cami biją­cymi z nie­po­koju, pró­bo­wa­li­śmy oce­nić, co się wyda­rzyło. Jakiś czas póź­niej dowie­dzie­li­śmy się od łącz­nika, iż działko prze­ciw­pan­cerne Poella znisz­czyło sowiecki samo­chód pan­cerny oraz że odparto atak kom­pa­nii rosyj­skiej pie­choty.

Nie mogli­śmy wie­dzieć, że w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach i latach ta krótka utarczka będzie uwa­żana za nic innego, jak zwy­kłą i nie­istotną potyczkę z nie­przy­ja­cie­lem. To pierw­sze drobne star­cie pułku nie wyglą­dało na zwia­stun maka­brycz­nych lat walki, nace­cho­wa­nej wyrze­cze­niami, smut­kiem i nie­zli­czo­nymi ofia­rami. To miało dopiero nadejść. Wielu z nas miało ni­gdy nie powró­cić z tych prze­past­nych prze­strzeni, ale wtedy nikt nie zaprzą­tał sobie głowy takimi myślami.

Wró­ci­łem do mojego dzien­nika, małego, kie­szon­ko­wego notat­nika opra­wio­nego w czarną ceratę, z rogami już nieco postrzę­pio­nymi i kart­kami popla­mio­nymi potem i desz­czem, by opi­sać w nim ten incy­dent.

Nasi dwaj kie­rowcy powró­cili z menaż­kami kapią­cymi od miodu, który stał się wspa­nia­łym dodat­kiem do naszych wie­czo­ro­wych racji. Zje­dli­śmy miód z komi­śnia­kiem, cie­sząc się z odmiany i zastą­pie­nia nim zwy­cza­jo­wej pusz­ko­wa­nej kaszanki. Spłu­ka­li­śmy chleb z mio­dem zimną her­batą i przy­go­to­wa­li­śmy się do kolej­nego wymar­szu o świ­cie.

30 lipca zastał nas na postoju w Michaj­łowce. W ciągu kilku ostat­nich dni nie­które z naszych oddzia­łów doświad­czyły nalo­tów sowiec­kich bom­bow­ców i samo­lo­tów sztur­mo­wych, które jed­nak nie przy­czy­niły się do spo­wol­nie­nia tempa naszego mar­szu. Kom­pa­nie pie­choty i jed­nostki o ciągu kon­nym masze­ro­wały nocą i prze­były około sześć­dzie­się­ciu pię­ciu kilo­me­trów, docho­dząc w dniu 31 lipca do Kahar­łyka. Podano nocne hasło i roze­szły się pogło­ski o zbli­ża­ją­cym się ataku na sze­ro­kim fron­cie, który miał się roz­po­cząć o godzi­nie siód­mej następ­nego ranka. Spę­dzi­li­śmy noc zawi­nięci w nasze namio­towe „ćwiartki”, sku­leni w wyście­lo­nych trawą doł­kach strze­lec­kich.

Plotki się spraw­dziły i 1 sierp­nia, dokład­nie o godzi­nie siód­mej rano, roz­po­czę­li­śmy natar­cie w kie­runku sowiec­kich umoc­nień pod Mirowką. Przed nami roz­cią­gało się gigan­tyczne, puste pole, gdzie wzro­kiem można było ogar­nąć step, który poza łagod­nie pofał­do­wa­nym tere­nem i zagłę­bie­niami nie­wi­docz­nymi dla nie­wpraw­nego oka, nie dawał żad­nej osłony. Sowie­tom zapew­niało to dużą prze­wagę, gdyż obrońcy mogli wgryźć się w zie­mię, mając przed swymi sta­no­wi­skami czy­ste pole ostrzału. Poczy­ni­li­śmy ostat­nie przy­go­to­wa­nia do opusz­cze­nia naszych pozy­cji i do rusze­nia przez otwarty step.

Przy nie­wiel­kim wysiłku wysu­nę­li­śmy nasze działko na sta­no­wi­sko na skraju pola psze­nicy, skąd mie­li­śmy dosko­nały widok w kie­runku wschod­nim, na falu­jące, zie­lone morze, tylko gdzie­nie­gdzie z rzadka pozna­czone polet­kami ziem­nia­ków. Pierw­sze pro­mie­nie poran­nego słońca tań­czyły na źdźbłach ukra­iń­skiej psze­nicy i w mgiełce poranka mogli­śmy roz­po­znać na hory­zon­cie odle­głe syl­wetki domów dwóch wsi. Usie­dli­śmy na lawe­cie działka, popi­ja­jąc cie­płą kawę i pró­bu­jąc roz­pro­szyć uczu­cie chłodu, które się w nas zalę­gło. Każdy chciał wyglą­dać non­sza­lancko, mówiąc o rze­czach nie­zwią­za­nych z wojną, usi­łu­jąc poprzez roz­mowę ukryć nie­po­kój, dobrze widoczny na spa­lo­nych słoń­cem twa­rzach. Kil­ka­dzie­siąt metrów dalej ofi­ce­ro­wie kom­pa­nii zbili się w cia­sne gro­madki, dys­ku­tu­jąc przy­ci­szo­nymi gło­sami, spo­glą­da­jąc w stronę pozy­cji nie­przy­ja­ciela i od czasu do czasu pod­no­sząc do oczu lor­netki.

O godzi­nie szó­stej pięć­dzie­siąt nasza arty­le­ria otwo­rzyła ogień. Cięż­kie poci­ski wyły nad naszymi gło­wami w dro­dze na usta­lone cele na pozy­cjach wroga, a pie­chota, obcią­żona bro­nią, amu­ni­cją, sprzę­tem łącz­no­ści i ładun­kami wybu­cho­wymi ruszyła do przodu na sze­ro­kim fron­cie. Wyda­wało się, że natar­cie w każ­dym szcze­góle posuwa się dokład­nie tak, jak zapla­no­wano, co począt­kowo spra­wiało wra­że­nie, iż są to kolejne ćwi­cze­nia w Pffar­kir­chen czy w Dugo Selo.

Zdo­byczny fran­cu­ski cią­gnik z gło­śnym stu­ko­tem pod­je­chał na nasze sta­no­wi­sko. Pod­cze­pi­li­śmy działko, wspię­li­śmy się na pojazd i poje­cha­li­śmy, zosta­wia­jąc za sobą wielką chmurę kurzu. Minę­li­śmy zwia­dow­czy samo­chód pan­cerny, znisz­czony dzień wcze­śniej przez Poella i nasz wzrok przy­kuł wciąż jesz­cze nie­co­dzienny, maka­bryczny widok na wpół spa­lo­nego trupa z nagim tuło­wiem, zwi­sa­ją­cego z jed­nego z luków.

Dwa działka prze­ciw­pan­cerne naszego plu­tonu wyrwały przed sie­bie po pofał­do­wa­nym tere­nie, towa­rzy­sząc pod­od­dzia­łom prze­miesz­cza­ją­cym się po piasz­czy­stej dro­dze w kie­runku Kahar­łyka. Kara­biny maszy­nowe naszej wysu­nię­tej do przodu pie­choty weszły już do akcji; dobrze sły­szalne serie MG-34 nio­sły się w naszą stronę ponad kło­sami psze­nicy. Za nami, działa arty­le­ryj­skie i moź­dzie­rze tłu­kły głu­chym łomo­tem, kon­tra­stu­ją­cym z wyso­kim dźwię­kiem wyda­wa­nym przez broń mało­ka­li­brową.

Nagle zaświ­stały ryko­szety, odbi­ja­jąc się wokół nas i w poszu­ki­wa­niu ukry­cia wylą­do­wa­li­śmy pośród bruzd i kolein na dro­dze.

„Kryć się!”, krzyk­nął Hart­mann, dowódca dzia­łonu.

W coraz gło­śniej­szym huku broni wszel­kiego kali­bru widzie­li­śmy jego gesty­ku­lu­jące ramiona i poru­sza­jące się usta. Jego komendy uto­nęły w dud­nią­cym grzmo­cie. I oto nad­szedł ten moment. Przy­szła chwila, w któ­rej będziemy musieli sta­wić czoła nie­przy­ja­cie­lowi. Pomimo gnio­tą­cego nas stra­chu, to, co nie­unik­nione, przy­ję­li­śmy z głę­boką ulgą, co było dowo­dem na zmianę naszych prio­ry­te­tów od czasu roz­po­czę­cia mar­szu.

Obsługi dział rzu­ciły się do pracy auto­ma­tycz­nie, jak to robiły już nie­zli­czoną ilość razy w cza­sie ćwi­czeń. Kano­nie­rzy numer jeden i dwa polu­zo­wali łoże i zablo­ko­wali koła. Kano­nie­rzy numer trzy i cztery odcią­gnęli sze­roko na bok ogony łoża, pod­czas gdy celow­ni­czy jed­no­cze­śnie usta­wiał zasięg strzału i obni­żał lufę do poło­że­nia w pozio­mie. Ładow­ni­czy otwo­rzył zamek, a amu­ni­cyjni wyrzu­cali skrzynki z amu­ni­cją z jasz­cza. Wystar­czył jeden ruch, by płyn­nie wpro­wa­dzić pierw­szy nabój do komory. Szczęk­nął zamek i działo było gotowe do strzału. Hart­mann przy­klęk­nął obok działa z lor­netką w ręku i regu­la­mi­nowo wyda­wał roz­kazy celow­ni­czemu: „Prawy skraj żywo­płotu… odle­głość czte­ry­sta… gniazdo kara­binu maszy­no­wego. Ognia!” W odpo­wie­dzi na jego wyuczone komendy, w ciągu naj­bliż­szych kilku sekund jeden pocisk za dru­gim zaczął opusz­czać lufę.

Mogli­śmy dostrzec, jak plu­ton pie­choty z 5 kom­pa­nii zaległ w płyt­kim zagłę­bie­niu terenu, przy­gwoż­dżony cięż­kim ogniem nie­przy­ja­ciel­skich kara­bi­nów maszy­no­wych. Pod osłoną ognia z działka prze­ciw­pan­cer­nego – nasze poci­ski spa­dały teraz bez­po­śred­nio na sta­no­wi­ska wroga – plu­ton zaczął prze­su­wać się do przodu. Obju­czeni opo­rzą­dze­niem pie­chu­rzy, powoli brnący przez pole psze­nicy, byli dosko­nale widoczni. Smużki dymu wska­zy­wały miej­sca, w któ­rych suche źdźbła zostały pod­pa­lone przez serie poci­sków smu­go­wych.

Koł­choz o nazwie Mały Kahar­łyk, w któ­rym zgod­nie z donie­sie­niami znaj­do­wali się sowieccy obser­wa­to­rzy arty­le­ryj­scy, został wzięty na cel przez dru­giego Paka i ostrze­lany z odle­gło­ści sze­ściu­set metrów. Sło­miane strze­chy zabu­do­wań koł­chozu zaczęły palić się jasnym ogniem, a w czy­ste niebo pod­nio­sły się słupy gęstego, czar­nego dymu.

Otrzy­ma­li­śmy roz­kaz zmiany sta­no­wisk i prze­su­nę­li­śmy się na skrzy­żo­wa­nie dróg w stronę pło­ną­cej wsi. W huku roz­ry­wa­ją­cych się gra­na­tów moź­dzie­rzo­wych i dud­nie­niu kara­bi­nów maszy­no­wych sły­sze­li­śmy wła­sne wiwaty, wyry­wa­jące nam się ze spie­czo­nych gar­deł na widok Rosjan opusz­cza­ją­cych swoje pozy­cje. Usi­ło­wali uciec z gospo­dar­stwa wzdłuż zaku­rzo­nej drogi wio­dą­cej w kie­runku wschod­nim i wtedy oży­wiły się nasze szyb­ko­strzelne szpan­dały3 MG-34, pole­wa­jąc seriami nabo­jów, odzia­nych w pla­te­ro­wane mie­dzią łuski, umy­ka­jące grupki ludzi w zie­lono-brą­zo­wych mun­du­rach. Po pra­wej stro­nie, z prze­ra­żo­nymi spoj­rze­niami i rękoma pod­nie­sio­nymi w górę, poka­zali się pierwsi jeńcy. Szybko zdarto z nich hełmy i opo­rzą­dze­nie, oni zaś instynk­tow­nie pobie­gli truch­tem w stronę naszych tyłów, trzy­ma­jąc ręce zało­żone na tył głowy.

W cza­sie zmiany sta­no­wi­ska, nasz Che­ni­lette zgu­bił gąsie­nicę. Cią­gnik zakrę­cił się nie­for­tun­nie wokół wła­snej osi i sta­nął, bez­na­dziej­nie utknąw­szy pośrodku gołego pola na oczach nie­przy­ja­ciela. Kie­rowcy wysko­czyli z pojazdu i gorącz­kowo usi­ło­wali usu­nąć awa­rię, my zaś odcze­pi­li­śmy działko, zarzu­ci­li­śmy uprzęże i pró­bo­wa­li­śmy ręcz­nie prze­cią­gnąć je do przodu. W tym cza­sie Pak ozna­czony w naszej kom­pa­nii nume­rem 1 minął nas i zosta­wił z tyłu, pod­ska­ku­jąc na dro­dze i odda­la­jąc się w kie­runku odgło­sów wystrza­łów.

Pot prze­sią­kał nasze sza­ro­zie­lone mun­dury i zosta­wiał ślady na twa­rzach pokry­tych pyłem i bru­dem, a ukra­iń­skie słońce roz­grze­wało cięż­kie hełmy. Zmę­czeni, ciężko łapiąc powie­trze, napie­ra­li­śmy na szelki do cią­gnię­cia działka, pod­czas gdy wystrzały kara­bi­nowe trza­skały dobrze już zna­nym echem i kule dzio­bały suchą, zesko­ru­piałą nawierzch­nię drogi. Od czasu do czasu małe fon­tanny pia­sku wystrze­li­wały nie­re­gu­lar­nymi ście­gami wzdłuż drogi, gdy kule wystrze­li­wane z ceka­emu usta­wio­nego na skraju Małego Kahar­łyka ude­rzały nie­da­leko nas. Z tar­czą ochronną zwró­coną do przodu, raz jesz­cze gwał­tow­nie szarp­nę­li­śmy za uprząż, aby pod­cią­gnąć działko dalej. Na naszych twa­rzach malo­wało się znu­że­nie i strach. Nie­kiedy roz­le­gał się ostry brzęk, gdy kula niczym mło­tek ude­rzała w pan­cerną tar­czę, co w straszny spo­sób przy­po­mi­nało nam, że wciąż jeste­śmy pod ogniem poje­dyn­czych strzel­ców.

Hart­mann pobiegł przo­dem, aby zna­leźć odpo­wied­nie sta­no­wi­sko dla działka. Na szyi dyn­dał mu pisto­let maszy­nowy, w pra­wym ręku ści­skał gra­nat. Gdy zeszli­śmy z drogi, zauwa­ży­li­śmy ślady świeżo wzru­szo­nej ziemi, które ukła­dały się w kształt nie­wy­raź­nej sza­chow­nicy. Rosja­nie blo­ko­wali nam przej­ście swo­imi pudeł­ko­wa­tymi minami. Reko­ne­san­sowi Hart­manna zawdzię­czamy, że przy­pad­kowo nie zabłą­ka­li­śmy się w to miej­sce.

Zatrzy­ma­li­śmy się na chwilę, by pod skąpą osłoną tar­czy zła­pać oddech. Ni­gdzie nie było widać budynku, drzewa czy krzaczka, który mógłby zapew­nić choćby naj­lżej­szą ochronę przed palą­cym połu­dnio­wym słoń­cem. Z płu­cami pra­cu­ją­cymi jak mie­chy na chwilę zasty­głem na czwo­ra­kach. Inni padli w rowie na skraju drogi w próż­nej nadziei na zna­le­zie­nie cie­nia; nie­któ­rzy po pro­stu roz­cią­gnęli się na ukra­iń­skiej ziemi.

Wciąż mia­łem mgli­stą świa­do­mość ude­rza­ją­cych bli­sko kul z Mak­sima, ale gdy leża­łem na pia­sku łomot serca nieco się uspo­koił. Nio­sące śmier­telne zagro­że­nie kule dalej gwiz­dały nam nad gło­wami.

Rosja­nie usi­ło­wali wstrze­lać się w nasz zepsuty cią­gnik, sto­jący teraz jakieś sto metrów od miej­sca, do któ­rego dzięki naszym wysił­kom dowle­kli­śmy działko. Do góry wyska­ki­wały fon­tanny ziemi i Che­ni­lette skrył się w chmu­rze sza­rego dymu, gdy obra­mo­wały go pada­jące poci­ski. Pomimo gradu kul, dziu­ra­wią­cych powie­trze nad ich gło­wami, kie­rowcy nie zostali nawet dra­śnięci i zdo­łali zre­pe­ro­wać gąsie­nicę. Cle­mens wsko­czył na sie­dze­nie, gwał­tow­nie wrzu­cił bieg i rycząc sil­ni­kiem wyrwał do przodu, pod­ska­ku­jąc na wybo­jach w naszym kie­runku.

Dru­gie działko, sto­jące po lewej stro­nie i odda­lone od nas o jakieś sto metrów, otwo­rzyło ogień, pró­bu­jąc znisz­czyć Mak­sima. Cią­gnik arty­le­ryj­ski popełzł lewą stroną drogi i skrę­cił gwał­tow­nie w ogromne, roz­cią­ga­jące się po hory­zont pole psze­nicy. Kara­bin maszy­nowy bez­u­stan­nie trzy­mał cią­gnik pod ogniem, ale amu­ni­cja małego kali­bru nie wywie­rała wiel­kiego wra­że­nia na opan­ce­rze­niu pojazdu.

Przy­by­cie naszego kie­rowcy wraz z cią­gni­kiem powi­ta­li­śmy z mie­sza­nymi uczu­ciami. Bar­dzo chcie­li­śmy zmie­nić pozy­cję i Che­ni­lette mógł teraz pocią­gnąć cięż­kie działko, z dru­giej strony jed­nak byli­śmy w pełni świa­domi faktu, iż pojazd sku­pia na sobie dodat­kowy ogień nie­przy­ja­ciela. Przez głowę prze­mknęła mi myśl, by porzu­cić działo i poszu­kać osłony przed ostrza­łem Rosjan, ale szybko zre­zy­gno­wa­łem z tej nie­do­rzecz­nej idei i ze zdwo­joną siła napar­łem na uprząż. Po chwili, która trwała wiecz­ność, działko zostało pod­cze­pione do cią­gnika. Wyjąc sil­ni­kiem, cią­gnął je w pod­sko­kach po nie­rów­nym grun­cie.

Rosja­nie skró­cili ogień swo­jej arty­le­rii i prze­nie­śli go teraz bli­żej wła­snych pozy­cji. Eks­plo­zje cięż­kich, wypeł­nio­nych sil­nym mate­ria­łem wybu­cho­wym poci­sków kła­dły się coraz bli­żej nas, roz­ry­wa­jąc się pomię­dzy naszymi naj­bar­dziej wysu­nię­tymi do przodu pod­od­dzia­łami. Erup­cje nad­la­tu­ją­cych poci­sków trzę­sły zie­mią i wyda­wane komendy można było dosły­szeć tylko z wiel­kim wysił­kiem.

7 kom­pa­nia, po naszej lewej stro­nie, uwi­kłała się w ciężki bój. Gdy posu­wa­li­śmy się do przodu, Rosja­nie opusz­czali swoje sta­no­wi­ska i ucie­kali przez pole psze­nicy w stronę Kahar­łyka, odle­głego o około pięć­set metrów. W się­ga­ją­cym do pasa zbożu, strzelcy kara­bi­nów maszy­no­wych, chcąc mieć czy­ste pole ostrzału, strze­lali ze swo­ich MG-34 w pozy­cji sto­ją­cej, opie­ra­jąc broń na ramio­nach kole­gów z obsługi. Wielu Rosjan zostało tra­fio­nych seriami broni maszy­no­wej, prze­wra­ca­jąc się na zie­mię i zni­ka­jąc w psze­nicy.

Kawa­łek dalej wpa­dli­śmy pod spo­ra­dyczny ogień kara­bi­nowy pro­wa­dzony przez grupę Rosjan, któ­rzy potem się pod­dali i nad­bie­gli w naszą stronę z pod­nie­sio­nymi rękami. Na ich twa­rzach wyraź­nie było widać zmę­cze­nie i strach.

Cel na dzi­siej­szy dzień – nasyp linii kole­jo­wej przed wsią – został osią­gnięty. W ciągu sze­ściu godzin cięż­kiej walki zdo­byto dwa­na­ście kilo­me­trów terenu. Nie mogłem opę­dzić się od myśli, jak bar­dzo nie­istotne jest te dwa­na­ście kilo­me­trów na mapie prze­past­nego kraju, gdzie od świtu do nocy przed oczami cią­gnęły się po hory­zont puste pola. Zasta­na­wia­łem się, ile jesz­cze bojów o kolejne tuziny kilo­me­trów czeka nas pod­czas naszego mar­szu, coraz dalej od zacho­dzą­cego słońca.

Natknę­li­śmy się na jed­nego z naszych zabi­tych, leżą­cego bez ruchu w pyle drogi, z heł­mem wciąż sta­ran­nie zapię­tym pod brodą i nie­wi­dzą­cymi oczami wpa­trzo­nymi w niebo.

Rosyj­scy jeńcy zostali szybko zatrud­nieni przy prze­no­sze­niu ran­nych na punkt opa­trun­kowy. Eskor­to­wana przez naszych lekko ran­nych, masze­ru­ją­cych skra­jem drogi, godna poża­ło­wa­nia kolumna popeł­zła na tyły w kie­runku punktu zbor­nego 2 bata­lionu.

Takim oto spo­so­bem nasz pułk doświad­czył swo­jego pierw­szego boju z nie­przy­ja­cie­lem oraz poniósł swoje pierw­sze straty. Nie prze­peł­niała nas radość ze zwy­cię­stwa i uczu­cie pod­nie­ce­nia szybko z nas wypa­ro­wało, zastą­pione przez smu­tek i prze­możną chęć opusz­cze­nia tego miej­sca. Do tej pory nie doświad­czy­li­śmy jesz­cze praw­dzi­wych efek­tów nie­koń­czą­cej się walki, która spra­wia, że wszyst­kie dotych­cza­sowe więzi łączące czło­wieka z rodziną i jego krę­giem kul­tu­ro­wym zostają nie­uchron­nie wyparte przez poczu­cie bli­sko­ści z towa­rzy­szami broni. To miało dopiero nadejść w tygo­dniach, mie­sią­cach i latach, które nas cze­kały. Przy oka­zji, dzien­ni­ka­rze przy­dzie­leni do kom­pa­nii pro­pa­gan­do­wej napi­szą barwne rela­cje z wyda­rzeń i nie omiesz­kają dodać, że pole­gli i ranni speł­nili swój obo­wią­zek w służ­bie ojczy­zny i Führera.

Obsługa naszego działka została wyzna­czona do peł­nie­nia roli osłony. Kiedy zapadł zmierzch, usta­wi­li­śmy działo przy dro­dze w pobliżu pozy­cji obron­nych bata­lionu. Poje­dyn­cze wybu­chy poci­sków moź­dzie­rzo­wych nio­sły się echem ponad polem psze­nicy i spra­wiały wra­że­nie, iż gonią za słoń­cem, toną­cym powoli na zacho­dzie, od strony Nie­miec. Nasze myśli towa­rzy­szyły opusz­cza­ją­cej się za hory­zont pło­mie­ni­stej kuli, któ­rej blask prze­bi­jał się przez wie­czorną mgiełkę. Myśle­li­śmy o naszej ojczyź­nie, którą zosta­wi­li­śmy tysiąc pięć­set kilo­me­trów za sobą.

Front nie chciał zasnąć tej nocy. Pod­od­działy zwia­dow­cze obu stron były w cią­głym ruchu, prze­my­ka­jąc w ciem­no­ści i pró­bu­jąc wyma­cać pozy­cje prze­ciw­nika. Raz za razem ogień rosyj­skiego Mak­sima rwał ciem­ność i zawsze odpo­wia­dał mu stu­kot naszego szpan­dała, do któ­rego szybko dołą­czał bez­ładny ogień kara­bi­nowy. Cza­sem po polu niósł się huk eks­plo­zji gra­na­tów i ostre wystrzały pisto­le­tów maszy­no­wych, a wtedy linie obronne przez dłuż­szy czas roz­świe­tlały skwier­czące, wzla­tu­jące w niebo flary. Nad ranem wyco­fano nas z linii i prze­rzu­cono dwa kilo­me­try dalej na połu­dnie, gdzie szy­ko­wano nowy atak.

2 sierp­nia zapa­mię­ta­li­śmy odmianę w mono­ton­nym wyży­wie­niu opar­tym na suchym pro­wian­cie. Ugo­to­wa­li­śmy sobie ziem­niaki, świeżo nako­pane w jakiejś bez­i­mien­nej ukra­iń­skiej wsi. Oberschütze Fehr zdą­żył już osku­bać kurę, którą zje­dli­śmy z ziem­nia­kami i obra­nymi ze skórki ogór­kami.

W odle­gło­ści kil­ku­set metrów, na pod­jeź­dzie do wsi, na małym wzgórku stał wypa­lony trans­por­ter pół­gą­sie­ni­cowy, nale­żący do kaprala Aignera. W cza­sie wczo­raj­szej walki wje­chał pro­sto na dobrze zama­sko­wane pole minowe, na któ­rym trzech żoł­nie­rzy z obsługi działa spo­tkało swoją śmierć. Dwóch zgi­nęło natych­miast, zaś Aigne­rowi mina urwał obie nogi i zmarł jesz­cze tej samej nocy na punk­cie medycz­nym. Widać stąd było ich hełmy, zło­żone razem pod brzo­zo­wym krzy­żem; ich mogiła dopi­sała się do rosną­cej liczby strat, któ­rymi nie­miecka armia pła­ciła za wojnę w Związku Radziec­kim.

Nie­da­leko od ich pro­stego kop­czyka leżał rząd kil­ku­dzie­się­ciu min w drew­nia­nych pudeł­kach, wyko­pa­nych przez sape­rów. Żoł­nie­rze zdą­żyli już wyna­leźć sto­sowną nazwę dla tych śmier­cio­no­śnych, małych pude­łek i nazy­wali je „tru­mien­kami dla dzieci”.

W sze­re­gach pie­choty roze­szła się wieść o tym, jak dywi­zyjny kape­lan, Sat­zger, ryzy­ko­wał życie, aby ścią­gnąć kilku ran­nych, któ­rzy leżeli przed pozy­cjami wroga w cza­sie wczo­raj­szego ataku. Dla nas zawsze istotne było, jak trak­tuje się ran­nych, gdyż zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że w każ­dej chwili, bez żad­nego ostrze­że­nia możemy dołą­czyć do ich grona.

Wielu żoł­nie­rzy, któ­rzy wcze­śniej nie zdra­dzali takich inkli­na­cji, zaczęło uczest­ni­czyć w obrząd­kach reli­gij­nych, a rosnąca świa­do­mość naszej wła­snej śmier­tel­no­ści spra­wiła, że zaczę­li­śmy doce­niać obec­ność kape­lana. Gdy lista ofiar zaczęła się wydłu­żać, kape­lan, który nie nosił w armii nie­miec­kiej oznak stop­nia woj­sko­wego, zaczął odgry­wać coraz istot­niej­szą rolę w naszym życiu. Dla wielu – zbyt wielu – będzie miał ostat­nie słowo pocie­chy i będzie ostat­nim, który udzieli im wspar­cia zanim i oni umrą od śmier­tel­nych ran.

Z każ­dym dniem nasze linie zaopa­trze­nia sta­wały się coraz bar­dziej roz­cią­gnięte, a kiedy nasz impet wyha­mo­wał, zaczę­li­śmy w coraz więk­szym stop­niu doświad­czać spo­ra­dycz­nych ostrza­łów arty­le­ryj­skich. Któ­re­goś razu odła­mek poci­sku zerwał moją maskę prze­ciw­ga­zową wraz z saperką, dziu­ra­wiąc przy oka­zji moją bluzę, ale poza sinia­kiem na bio­drze obyło się bez zra­nie­nia. Rosyj­skie oddziały osło­nowe wyco­fy­wały się przed naszym nadej­ściem, dokła­da­jąc sta­rań, by spa­lić jak naj­więk­szą liczbę gli­niano-sło­mia­nych chat i pozo­sta­wia­jąc za sobą wiecz­nie aktywną kadrę snaj­pe­rów, któ­rzy za cenę wła­snego życia powoli wyry­wali z naszych sze­re­gów śmier­telną daninę krwi.

3 sierp­nia więk­szą część nocy spę­dzi­li­śmy leżąc pośrodku pola rzepy. Plu­ton roz­po­znaw­czy usta­lił ponad wszelką wąt­pli­wość, iż nie­znisz­czony koł­choz, poło­żony w odle­gło­ści około pół kilo­me­tra od nas, nie był zajęty przez nie­przy­ja­ciela, więc we wcze­snych godzi­nach przed świ­tem prze­nie­śli­śmy się do małego sku­pi­ska chat. Kom­pa­nijna kuch­nia pode­słała do przodu tro­chę gorą­cej kawy oraz chleb ze smal­cem. Obsada naszego działa zajęła dla sie­bie jedną z cha­łup, w któ­rej zasła­li­śmy gli­nianą pod­łogę sia­nem i drze­ma­li­śmy tam przez kilka godzin, zado­wo­leni, że nie leżymy gdzieś w ciem­no­ści pośród rzepy.

Następ­nego dnia posu­wa­li­śmy się jesz­cze dalej na wschód aż do momentu, kiedy nasza wysu­nięta szpica dotarła do sze­ro­kiego Dnie­pru. Gdy zbli­ża­li­śmy się do brze­gów rzeki mie­li­śmy wra­że­nie, że gigan­tyczna masa wojsk wcho­dzą­cych w skład sowiec­kiej armii wypa­ro­wała i że zwy­cię­stwo wydaje się pewne.

Przez całe tygo­dnie nasz usta­lony porzą­dek skła­dał się z nie­koń­czą­cych się prze­mar­szów, prze­ry­wa­nych tylko spo­ra­dycz­nym opo­rem nie­wiel­kich gru­pek sowiec­kich maru­de­rów, któ­rych prze­ga­niała nasza awan­garda. Napo­ty­kane co jakiś czas trupy nie­przy­ja­ciół nie budziły już więk­szego zain­te­re­so­wa­nia, zaś widok nie­odmien­nie pod­no­szą­cych się z ziemi i pod­cho­dzą­cych do nas z unie­sio­nymi rękami jeń­ców cał­kiem spo­wsze­dniał. Naj­czę­ściej po pro­stu ich roz­bra­jano i ruchem ręki kie­ro­wano na tyły, czę­sto bez żad­nej eskorty, aby tam zajęły się nimi nasze tyłowe oddziały.

Wie­czór 5 sierp­nia zastał nas na nowo pobu­do­wa­nych sta­no­wi­skach obron­nych pod wsią Prucki Wiel­kie. Zło­wiesz­czy grzmot cięż­kiej nawały nie milkł nawet na chwilę, gdy nasza arty­le­ria kon­ty­nu­owała ostrzał pozy­cji nie­przy­ja­ciela gdzieś za linią hory­zontu. Przez całą noc ner­wowo wycze­ki­wa­li­śmy momentu ataku, który miał się roz­po­cząć następ­nego ranka.

Ruszy­li­śmy do przodu dokład­nie za dzie­sięć szó­sta, mając za cel Dniepr. Bate­rie naszej arty­le­rii strze­lały poci­skami dym­nymi i burzą­cymi na góru­jące nad oko­licą wzgó­rze, ozna­czone jako wzgó­rze 197. Z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy, widać było sowiecką pie­chotę ucie­ka­jącą w chmu­rach dymu, zasła­nia­ją­cego pole walki. Jeńcy zeznali póź­niej, że wiele ogar­nię­tych paniką pod­od­dzia­łów ucie­kło, bojąc się, iż w ataku na ich umoc­nie­nia zasto­so­wa­li­śmy gazy bojowe. Fak­tycz­nie, mel­dunki z placu boju potwier­dzały, że w cza­sie naszego ataku nie­przy­ja­ciel­scy żoł­nie­rze zakła­dali maski prze­ciw­ga­zowe.

W ciągu kilku godzin wzgó­rze zostało zajęte przez naszą pie­chotę przy mini­mal­nych stra­tach. Dzie­sięć minut przed siódmą prze­ciw­nik pro­wa­dził dzia­ła­nia opóź­nia­jące, cofa­jąc się na wzgó­rze 160, gdzie sta­wił zacięty opór na przy­go­to­wa­nych sta­no­wi­skach.

Prze­słu­cha­nia wycień­czo­nych jeń­ców potwier­dziły, iż głów­nym czyn­ni­kiem pozba­wia­ją­cym obroń­ców woli walki była silna kon­cen­tra­cja cięż­kiego ognia arty­le­rii. Póź­nym popo­łu­dniem nasze oddziały zostały zaata­ko­wane przez samo­loty sztur­mowe, ale ich naloty spo­wo­do­wały tylko mini­malne znisz­cze­nia.

Ran­kiem 7 sierp­nia mozo­li­li­śmy się nad kopa­niem sta­no­wisk obron­nych w oko­li­cach wsi Bałyka, około stu metrów od brze­gów Dnie­pru. Z naszych pozy­cji roz­po­ście­rał się widok na sze­roką rzekę. W ocze­ki­wa­niu na ataki wro­gich sztur­mow­ców, jak rów­nież dla zabez­pie­cze­nia się przed ostrza­łem ze strony sowiec­kich kano­nie­rek, sta­ra­li­śmy się wgryźć w zie­mię naj­szyb­ciej, jak tylko się dało.

Po paru godzi­nach cięż­kie poci­ski moź­dzie­rzowe, wystrze­li­wane z moni­to­rów manew­ru­ją­cych na Dnie­prze, zaczęły spa­dać na zbo­cza wzgó­rza wokół nas. Działo z pierw­szego plu­tonu pró­bo­wało ostrze­lać jedną z kano­nie­rek, ale bez powo­dze­nia. Wkrótce nasze sta­no­wi­ska roz­cią­gnięte wzdłuż rzeki zna­la­zły się pod ogniem wro­giej arty­le­rii i moź­dzie­rzy. Pomimo naszych gorącz­ko­wych przy­go­to­wań, byli­śmy zmu­szeni do wyco­fa­nia się z naszych sta­no­wisk w celu unik­nię­cia strat, powo­do­wa­nych przez ogień nie­przy­ja­ciela, znaj­du­ją­cego się poza naszym zasię­giem.

W tym sek­to­rze sta­nę­li­śmy naprze­ciwko nie­przy­ja­ciela, który posia­dał prze­wagę w cięż­kiej broni, a nasze wła­sne bate­rie arty­le­rii zostały zobli­go­wane do oszczę­dza­nia amu­ni­cji, co było efek­tem wydłu­że­nia linii zaopa­trze­nio­wych. Głę­bo­kość naszego wła­ma­nia na tereny Związku Radziec­kiego zaczy­nała zbie­rać swoje żniwo i racjo­no­wa­nie amu­ni­cji było pierw­szym prze­ja­wem bra­ków, któ­rych strasz­liwe efekty miały o sobie dać znać w ocze­ku­ją­cych nas zma­ga­niach.

Odle­gły grzmot sto­ją­cych gdzieś daleko cięż­kich dział roz­brzmie­wał sła­bym echem w naszych uszach i został szybko przy­tłu­miony rykiem poci­sków roz­ry­wa­ją­cych się w otwar­tym tere­nie. Wie­czór przy­niósł nowe ataki ze strony „Szczu­rów”4 lata­ją­cych nisko nad naszymi pozy­cjami i prze­la­tu­ją­cych nam nad gło­wami w spo­sób, który nie przy­po­mi­nał żad­nego sko­or­dy­no­wa­nego nalotu. Pró­bo­wa­li­śmy odpę­dzić je ogniem kara­bi­nów i erka­emów, ale bez powo­dze­nia.

Któ­re­goś wie­czoru obser­wo­wa­łem dwóch żoł­nie­rzy z bate­rii arty­le­rii, roz­lo­ko­wa­nej poni­żej nas, któ­rzy roz­no­sili jedze­nie. Szli wzdłuż niżej poło­żo­nej czę­ści wzgó­rza, kie­ru­jąc się w stronę linii frontu. Pro­wa­dzący niósł na ple­cach cylin­dryczny ter­mos umo­co­wany na szel­kach i widać było, jak wybie­rają drogę na nie­rów­nym grun­cie, brnąc powoli w pofał­do­wa­nym, prze­ora­nym przez poci­ski arty­le­ryj­skie tere­nie, błot­ni­stym i nasiąk­nię­tym wodą po ulew­nych burzach.

Nie­ocze­ki­wa­nie zosta­li­śmy raz jesz­cze zmu­szeni do szu­ka­nia ukry­cia, zasko­czeni przez „Szczura”, który wysko­czył z nisko wiszą­cych chmur. Dwie nad­cho­dzące posta­cie rzu­ciły się pod osłonę ściany jed­nej z gli­nia­nych cha­łup na skraju wsi. Samo­lot, prze­la­tu­jąc nam nad gło­wami, prze­je­chał serią z broni maszy­no­wej po wsi i znik­nął w burzo­wej chmu­rze tak samo nagle, jak się poja­wił.

Chwilę póź­niej dwóch żoł­nie­rzy uka­zało się znowu, powoli posu­wa­jąc się obok naszych sta­no­wisk. Czła­pali z tru­dem, grzę­znąc w bło­cie, idąc bli­sko jeden za dru­gim. Bez­wietrzny wie­czór wyraź­nie niósł do nas ich prze­kleń­stwa. Drugi z idą­cych prze­wie­sił kara­bin i wol­nymi rękami z obu stron obej­mo­wał ter­mos, usi­łu­jąc oca­lić to, co zostało z wie­czor­nego posiłku. Sta­lowy pojem­nik był ewi­dent­nie prze­strze­lony poci­skiem z działka pokła­do­wego myśliwca, który prze­wier­cił go na wylot. Gorąca zawar­tość dwoma stru­my­kami lała się na zie­mię z obu stron ter­mosu. W pół­mroku wie­czoru, omi­ja­jąc leje po poci­skach, żoł­nie­rze bro­dzili w błot­ni­stej, roz­ora­nej mazi, kie­ru­jąc się w stronę sta­no­wisk bate­rii i ocze­ku­ją­cych ich towa­rzy­szy. Poty­ka­jąc się, szli do celu, klnąc Iwa­nów. Tego wie­czoru zupa u arty­le­rzy­stów będzie wydzie­lana skąpo, ale jak mało by jej nie było, wciąż będzie o niebo lep­sza od mono­ton­nej „żela­znej racji” kiszki i twar­dego chleba, które czę­sto przy­cho­dziło nam kon­su­mo­wać w cza­sie mar­szu.

Wie­czo­rem 9 sierp­nia ura­czono nas pie­cze­nią wie­przową, dostar­czoną z kuchni polo­wej przez roz­no­si­cieli, a następ­nego ranka ponow­nie ruszy­li­śmy w drogę. Siły pan­cerne nie­przy­ja­ciela podej­mo­wały próby prze­bi­cia się na odcinku zaj­mo­wa­nym przez sąsied­nią dywi­zję i ele­menty 68 i naszej 132 Dywi­zji Pie­choty zostały skie­ro­wane do wzmoc­nie­nia tego sek­tora.

Wymarsz prze­wi­dziano na godzinę ósmą. Przed wyru­sze­niem wydano nam kawę i chleb ze smal­cem. Pomimo mdlą­cego odoru mar­twego konia, któ­rym zala­ty­wało ze skraju drogi, chęt­nie zje­dli­śmy nasz pierw­szy posi­łek od czasu sław­nej pie­czeni z poprzed­niego dnia. W cza­sie naszej krót­kiej prze­rwy prze­le­ciała nad nami for­ma­cja Stu­ka­sów. Mogli­śmy popa­trzeć, jak wyła­mują się z szyku i niczym jastrzę­bie nur­kują na nie­wi­dzialne ofiary. W cza­sie, gdy Stu­kasy zrzu­cały bomby na kolumny rosyj­skich czoł­gów i miej­sca kon­cen­tra­cji oddzia­łów, skry­tych przed naszym wzro­kiem za zało­mami terenu, ich wyjące syreny siały panikę i zamie­sza­nie w sze­re­gach wroga. Grzyby czar­nego dymu pod­no­siły się do nieba, zna­cząc miej­sca, w któ­rych pojazdy padły ofiarą bom­bow­ców nur­kujących.

Rosja­nie wkrótce odpo­wie­dzieli wła­snymi ata­kami z powie­trza. Nie mając czasu na przy­go­to­wa­nie pozy­cji obron­nych, rzu­ci­li­śmy się pod osłonę płyt­kiego zagłę­bie­nia terenu, jed­nakże samo­loty prze­ciw­nika prze­le­ciały obok nas. Kilka bomb spa­dło nam za ple­cami w pobliżu punktu opa­trun­ko­wego, ale obe­szło się bez strat.

12 sierp­nia nasze lot­nic­two doko­nało zrzu­tów amu­ni­cji dla bate­rii arty­le­rii sto­ją­cych na naszych tyłach. W ciągu ostat­nich dni nasza arty­le­ria pro­wa­dziła nie­prze­rwany ogień, odpie­ra­jąc silne sowiec­kie kontr­ataki, a obser­wa­to­rzy lot­ni­czy mel­do­wali, że Rosja­nie pod Kanio­wem wyco­fują swoje siły przez Dniepr i dalej w kie­runku wschod­nim. Nasze jed­nostki pona­wiały ataki, lecz opór nie­przy­ja­ciela stę­żał i nasze zdo­by­cze tere­nowe były nikłe.

Moje działo zajęło sta­no­wi­sko w pobliżu nasypu kole­jo­wego w celu zabez­pie­cze­nia linii kole­jo­wej bie­gną­cej w kie­runku Kaniowa i dalej przez Dniepr. Popo­łu­dnie było na naszym odcinku spo­kojne i wraz z Hart­man­nem wybra­łem się na krótki reko­ne­sans oko­licy.

Za linią kole­jową w kie­runku wschod­nim, na skraju małego zagaj­nika, nagle sta­nę­li­śmy jak wryci, gapiąc się wprost w otwór lufy Mak­sima, usta­wio­nego mniej niż dzie­sięć metrów od nas. Ukryte w cie­niu nisko zwie­sza­ją­cych się gałęzi, odziane w mun­dur koloru khaki i zbry­zgane krwią ciało leżało bez ruchu na łożu ceka­emu, jakby odpo­czy­wa­jąc.

Cicho zwal­nia­jąc bez­piecz­niki naszych pisto­le­tów maszy­no­wych, ostroż­nie posu­nę­li­śmy się do przodu, lustru­jąc wzro­kiem scenę przed nami. Wzdłuż nasypu kole­jo­wego, w nie­rów­nej linii leżało bli­sko sie­bie około trzy­dzie­stu mar­twych Rosjan. Z pozy­cji, w jakich zasty­gli, jasno wyni­kało, iż pod­czas wczo­raj­szych walk wystrzał z czołgu lub ostrzał broni pokła­do­wej samo­lotu zła­pał ten plu­ton flan­ku­ją­cym ogniem, w jed­nej chwili zabi­ja­jąc i raniąc wszyst­kich.

Powoli pod­kra­dłem się, by obej­rzeć pole­głych i dostrze­głem, że mar­twa dłoń jed­nego z tru­pów wciąż ści­skała otwarty opa­tru­nek oso­bi­sty z ban­da­żem w środku. Ciężko ranny Rosja­nin na próżno pró­bo­wał go sobie nało­żyć i nie będąc w sta­nie zaha­mo­wać krwo­toku, umarł tam, gdzie leżał. Jego bluza była odpięta do pasa, a cały mun­dur aż czarny od zakrze­płej krwi ze śmier­tel­nej rany. Mój wzrok prze­śli­zgnął się z pierw­szej postaci i zatrzy­mał się na ciele żoł­nie­rza z naszyw­kami sier­żanta. Pod­ofi­cer trzy­mał w uści­sku jedno z kół łoża Mak­sima, jego nic już nie­wi­dzące oczy wle­pione były w pas z amu­ni­cją w miej­scu, gdzie wcho­dzi do komory ceka­emu. Inny wciąż trzy­mał w swych zim­nych dło­niach kara­bin i opie­rał głowę o zie­mię, jakby spał. Pasek jego oliw­ko­wego hełmu wciąż był sta­ran­nie zapięty pod brodą.

Hart­mann prze­śli­zgnął się koło mnie i powoli pod­szedł do dwóch żoł­nie­rzy leżą­cych bli­sko obok sie­bie. Jeden z nich obej­mo­wał ramie­niem dru­giego, jakby ostat­nim uści­skiem chciał przy­nieść pocie­chę umie­ra­ją­cemu towa­rzy­szowi. Gdy Hart­mann pod­szedł do nich, w powie­trze wzbiła się pro­te­stu­jąca chmara much, prze­ry­wa­jąc śmier­telną ciszę. Pod­sze­dłem do niego, by także spoj­rzeć na kosz­marną scenę.

Cho­dząc cicho po polu tej masa­kry, Hart­mann nagle odwró­cił się i bez słowa prze­szedł obok mnie, kie­ru­jąc się w stronę, z któ­rej przy­szli­śmy. Sta­ran­nie uni­ka­jąc patrze­nia w oczy zabi­tym, szybko posze­dłem w jego ślady.