49,00 zł
Pamiętniki Gottloba Herberta Bidermanna w literaturze wspomnieniowej z frontu wschodniego można ustawić w jednym szeregu z takim klasykami jak „Zapomniany żołnierz” Sajera, czy „Przystanek Moskwa” Happego. To, że przeżył wojnę, graniczy z cudem. Był wielokrotnie ranny, a większość jego kolegów z którymi zaczynał kampanię wschodnią spoczęła w grobach gdzieś w bezkresnej Rosji. Front wschodni, mimo że najokrutniejszy w tej wojnie, przyciągał autora jak magnes. Wracał tam zawsze, mimo że nie musiał, bo proponowano mu bezpieczniejsze stanowiska. Adrenalina, której tam doświadczał jednak uzależniała. Nie mógł być gdzieś indziej. Walczył na Krymie, gdzie brał czynny udział w zdobyciu twierdzy Sewastopol, brał też udział w walkach pod Leningradem. W końcu bronił Prus Wschodnich, mając naszyty na ramieniu legendarny dziś napis tamtejszych wojsk: „Kurland”. Wojska broniące Kurlandii nie poddały się nigdy. Dopiero kapitulacja Niemiec spowodowała, że wywieszono białe flagi. Autor po kapitulacji trafia do rosyjskich łagrów na lata. Wycieńczony, będąc na skraju życia i śmierci, powraca do Niemiec.
Wspomnienia zostały napisane po wojnie. Autor przedstawia w nich swój negatywny stosunek do Hitlera i ówczesnych rządzących w Niemczech. Na ile szczere były to wyznania? Tego już się nie dowiemy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 520
Żołnierze 132 Dywizji Piechoty niemieckiego Wehrmachtu pomaszerowali w 1941 roku na Rosję, mając głębokie przekonanie, iż ruszają na wielką krucjatę. Od młodych lat uczono ich, że mają obowiązek uwolnić świat od bolszewizmu i z tym naiwnym przeświadczeniem, z pełną determinacją podążyli na wschód. Cztery lata później, resztki owej dywizji, zredukowanej do własnego cienia, skąpo odzianej w wyświechtane mundury i zmuszonej do przetrwania na ściśle racjonowanym końskim mięsie, poddały się sowieckiej armii.
Jako bliski przyjaciel rodzimy Bidermannów, od dawna wiedziałem, iż Gottlob Bidermann przesłużył wiele lat na froncie wschodnim, jednakże całkowitego zakresu tej służby nie ujrzałem w pełnym świetle aż do 1985 roku. W owym czasie marynarka wojenna Republiki Federalnej Niemiec poprosiła mnie, bym służył w roli tłumacza i oficera łącznikowego komodora zespołu amerykańskich okrętów wizytujących Kilonię. Przy okazji wypełniania tej misji miałem możliwość zaproszenia moich europejskich przyjaciół na specjalną wycieczkę po pokładach okrętów floty USA, stojących w północnoniemieckim porcie. Zaproszenie do tego pokazu mocy NATO wystosowałem także do G.H. Bidermanna, który uprzejmie zgodził się je przyjąć, dodając jednak przy okazji, że dla niego owe zaproszenie nadeszło „czterdzieści lat za późno”. To właśnie dzięki tej dziwnej odpowiedzi miałem poznać prawdziwy wymiar jego doświadczeń z bojów w Kurlandii w 1945 roku i usłyszeć o nieprawdopodobnej pogłosce, w której osaczeni żołnierze pokładali swą ostatnią nadzieję. W maju 1945 roku wśród resztek armii Kurlandii masowo szerzyły się plotki, iż Stany Zjednoczone i Wielka Brytania jakoby wysłały na Bałtyk flotę w celu ewakuacji dywizji Bidermanna i uchronienia jej przed zniszczeniem przez armię sowiecką. Dalej mówiło się o tym, iż weterani z Kurlandii dołączą do amerykańskiej armii nad Łabą, gdzie będą walczyć z Armią Czerwoną w celu wyparcia jej ze środkowej Europy.
Wkrótce potem pojechałem do Szwarcwaldu, aby odwiedzić Bidermanna w ściśle określonym celu: zrekonstruowania i przetłumaczenia na język angielski jego wspomnień z okresu wojny. Przy okazji mojej wizyty w południowych Niemczech dostarczono mi kopię dziennika, który wiele lat wcześniej autor samodzielnie opublikował na użytek weteranów swojej dywizji.
„Krim-Kurland mit der 132 Infanterie-Division 1941–1945“ było owocem kilkumiesięcznej pracy, podjętej w 1964 roku, czyli mniej niż dwadzieścia lat po tym, jak obdarte resztki dywizji pomaszerowały do niewoli i mniej niż dziesięć lat po zwolnieniu przez Sowietów ostatniej grupy niemieckich jeńców wojennych. Owe wspomnienia stały się fundamentem, na którym oparta jest niniejsza książka.
Wiele lat po powrocie z labiryntu bezimiennych łagrów i obozów, leżących gdzieś głęboko na terenach Związku Radzieckiego, byłych żołnierzy z Kurlandii coraz bardziej nękały powracające w pamięci sceny gwałtownej śmierci na polu walki. Podobnie jak wielu z tych, przeciwko którym walczyli, oni także żyli w cieniu niewypowiedzianego poczucia winy z powodu faktu, iż przetrwali kataklizm, w którym straciło życie tak wiele milionów ludzi; tym samym w coraz większym stopniu przyszło im mierzyć się z nieuleczalnymi, powracającymi koszmarami pól bitewnych. Noce były pełne krzyków umierających towarzyszy, ginących pod ogniem pistoletów maszynowych lub w płomieniach miotaczy ognia sowieckich piechurów, przerywających skąpo obsadzoną linię obrony. Widoku i odgłosów nieprzyjacielskich żołnierzy, uwięzionych w płonącym czołgu tylko kilka metrów dalej, nie można łatwo wymazać ze świadomości, a mijające lata nie pomogły w zagłuszeniu powracających wizji horroru.
Pisząc swoje wspomnienia, były oficer Wehrmachtu podjął próbę ukojenia swych psychicznych ran i umiejscowienia wojennych doświadczeń w kontekście zrozumiałym dla tych, którym oszczędzono tej walki i który byłby czytelny dla wszystkich weteranów tej konkretnej odsłony apokalipsy. Polegając na własnej pamięci, jak również dzieląc się dawno zapomnianymi doświadczeniami z byłymi żołnierzami jego dywizji, stworzył rękopis, który z obiektywną dokładnością skutecznie oddaje atmosferę frontu wschodniego, widzianą oczami żołnierza piechoty.
G.H. Bidermann zaznaczył we wstępie do oryginalnego rękopisu, iż nie ma wielkiego sensu ponownie przedstawianie brutalnych wydarzeń historycznych, które charakteryzowały II wojnę światową i do pewnego stopnia stały się dla niej reprezentatywne. Pominięcia ich w tej książce nie należy pojmować nawet jako aluzji, iż takowe wydarzenia nie miały miejsca. Celem książki nie jest także określanie winy za przypadki o monumentalnym znaczeniu i niegodziwości, które były ich wynikiem. Jest to opowieść o froncie, jakim widzieli go żołnierze, którzy tam walczyli i wydarzenia zamykają się właśnie w tej perspektywie. Nie ma tu analizy przyczyn wojny. Nie znajdziemy tu także ukrytego poczucia winy, żalu czy wyrzutów sumienia z powodu niezaprzeczalnych wydarzeń politycznych i konsekwencji, które przyszło ponosić niemieckiej armii w czasie jej odysei. Wiele lat temu pułkownik Sepp Drexel napisał o „Krim-Kurland mit der 132 Infanterie-Division 1941–1945“: „Ta książka jest dedykowana poległym – jednakże została napisana dla żyjących”. I w takim właśnie celu niniejsze wydanie manuskryptu zostało przetłumaczone i wydane.
Zadanie przeprowadzenia wywiadów, przedyskutowania wydarzeń i starannego przestudiowania starych dokumentów i fotografii rozciągnęło się nam z G.H. Bidermannem – z przerwami – na okres kilku lat. Jako tłumacz i współredaktor zapisu jego doświadczeń oraz wydarzeń, których był świadkiem, sądzę, że trafne będzie zwrócenie uwagi czytelnika na kilka spraw.
Uważałem, iż najstosowniejsze będzie zachowanie większości nazewnictwa stopni wojskowych i jednostek w oryginalnym, niemieckim brzmieniu, aby uniknąć przekłamań w terminologii dotyczącej tradycyjnej struktury wojskowej Wehrmachtu. Profesjonalni historycy mogą mieć odmienne zdanie lub też mogą doszukać się nieścisłości w nazewnictwie miejscowości, określeniu sił walczących ze sobą jednostek czy też poprawności dat niektórych wydarzeń. Należy jednak pamiętać, że podstawowych źródeł informacji do niniejszej książki szukano w listach pospiesznie pisanych na polu bitwy, na pożółkłych fotografiach, które przywoływały z zakamarków pamięci dawno zapomniane nazwiska poszczególnych osób i wreszcie, w niektórych przypadkach, w zacierającej się pamięci samego autora i kilku jego wciąż żyjących towarzyszy broni z okresu służby na wschodzie. Niekiedy należało także sięgnąć do oficjalnych meldunków i dzienników bojowych jednostek w celu odszukania informacji o konkretnych datach i miejscach, w których zachodziły różne wydarzenia. Wiele danych, zawartych w oficjalnych dokumentach oraz pamiętnikach, miało swoje źródło w przesłuchaniach jeńców i dokumentach zdobytych na polu walki. Z tego właśnie powodu, oficjalne źródła także nie mogą uchodzić za niepodważalne.
Wiele z tych oficjalnych dokumentów zostało udostępnione przez wdowę po generale Fritzie Lindemannie i jego syna. Istnienie tych zbiorów i ich dostępność zawdzięczamy wyłącznie temu, iż Gestapo, przeszukujące po zamachu na Hitlera rezydencję Lindemannów w północnych Niemczech, przegapiło drugi dom rodziny, położony nad Jeziorem Bodeńskim na południu kraju. Na kilka miesięcy przed zamachem, osobiste dokumenty generała zostały przewiezione do drugiej rezydencji w celu ich przechowania i zabezpieczenia.
Celem tej książki nie jest stanie się wyłącznym źródłem wiedzy i informacji na temat wydarzeń związanych z historią frontu wschodniego. Należy ją jednak postrzegać jako dokładną chronologię doświadczeń i wydarzeń, w jakich uczestniczyli i na jakie reagowali ludzie, którzy łatwowiernie pomaszerowali na wezwanie złej ideologii. Ci, którzy przetrwali ten marsz, przeszli ogromną drogę od najeżdżających zdobywców do wycieńczonych, odciętych oddziałów, uwiązanych w nierówną walkę, zaś historia skryła ich doświadczenia w cieniu. Żyjąc w mroku owego cienia, ci ostatni świadkowie największego w dziejach konfliktu zbrojnego industrialnych potęg, mogą przekazać nam niezliczone nauki płynące z przetrwania i klęski w złowrogim świecie. Na nas ciąży odpowiedzialność, abyśmy wynieśli z owej lekcji stosowną naukę i abyśmy zastanowili się nad przesłaniem, które nam przekazują.
Derek S. Zumbo
Dornstetten, Niemcy
Pragnę wyrazić moje najgłębsze podziękowania Larry’emu Malley, dyrektorowi University of Arkansas Press, którego nieoceniona, profesjonalna pomoc umożliwiła publikację tej książki. Jestem także głęboko wdzięczny Michaelowi Briggsowi, redaktorowi naczelnemu University Press of Kansas, który wykazał się nieograniczoną cierpliwością i udzielał mi fachowych wskazówek na całym etapie powstawania książki, od czytania luźno przetłumaczonych fragmentów do ukończenia całej pracy nad rękopisem. Przede wszystkim zaś chciałbym wyrazić moje uznanie dla Gottloba H. Bidermanna za jego gotowość do uczestniczenia w niezliczonych wywiadach, dyskusjach i pisemnej korespondencji ze mną, podczas których z niesłabnącą energią udzielał mi sprecyzowanych odpowiedzi na moje liczne pytania. Jestem mu również wdzięczny za udostępnienie prywatnych fotografii i materiałów archiwalnych, które pomogły w zobrazowaniu jego żołnierskiej opowieści.
Pragnę także podziękować niżej wymienionym weteranom 132 Dywizji Piechoty, którzy bezinteresownie przekazali istotne informacje dotyczące osobistych przeżyć, zapiski, materiały zdjęciowe i oficjalne dokumenty, będące uzupełnieniem oryginalnego rękopisu G.H. Bidermanna:
Fritz Lindemann
Dowódca dywizji. Materiały z jego prywatnego archiwum zostały uprzejmie przekazane przez wdowę po Generale, Panią Lindemann oraz jego syna.
Josef Drexel „Wujaszek Sepp”
dowódca 436 Pułku Piechoty
Jahn (obaj bracia)
Dowódcy baterii w 132 Pułku Artylerii
Erich Bolte
Dowódca batalionu w 132 Pułku Artylerii
Hans Gassner
Dowódca batalionu w 132 Pułku Artylerii
Fritz Schuhmacher
Dowódca drużyny w 5 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Fritz Schmidt
Dowódca 437 Pułku Grenadierów
Hermann Wetzstein
Starszy sierżant 12 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Erich Volle
Adiutant 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów
Willi Bauer
Dowódca 6 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Erhardt Zoll
Dowódca 14 kompanii 436 i 437 Pułku Grenadierów
Hans Hanselmann
4 bateria 132 Pułku Artylerii
Dr Guenther Weisensee
Oficer medyczny 1 batalionu 438 Pułku Grenadierów
Albrecht Busch
Sztab 437 Pułku Grenadierów
Otto Selle
Sztab 132 Dywizji Piechoty
Franz Lobermeyer
Sztab 438 Pułku Grenadierów
Otto Reis
Sekcja łączności dywizji
Richard Bitsch
Sztab dywizji i dowódca batalionu
Ulrich Erhardt
Dowódca 1 batalionu 438 Pułku Grenadierów
Gottfried Sperger
2 batalion 437 Pułku Grenadierów
Horst Kohl
Dowódca batalionu 132 Pułku Artylerii
Georg Geitz
Starszy sierżant 9 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Fritz Schramm
3 kompania 436 Pułku Grenadierów
Eduard Wunderer
Protestancki kapelan dywizyjny
Fritz Thielmann
132 Pułk Artylerii
Hans Herrle
Sztab 437 Pułku Grenadierów
Arthur Albert Krentz
Starszy szeregowy 14 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Franz Ketterl
Dowódca kompanii i batalionu 438 Pułku Grenadierów
Jakob Hohenadel
Dowódca plutonu 14 kompanii 438 Pułku Grenadierów
Friedrich Moehle
Starszy sierżant 1 kompanii saperów 132 Pułku Saperów
Hans Stenitzer
Sztab 2 i 3 batalionu 437 Pułku Grenadierów
Guenther Fleck
Łącznościowiec 11 kompanii 437 Pułku Grenadierów
Friedel Lang
Adiutant i dowódca kompanii 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów
Ernst Luecker
Sztab 1 i 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów
i inni
Każdy pamiętnik z walk na frontach II wojny światowej rodzi dwa fundamentalne pytania: dlaczego autor robił to, co robił i w jaki sposób to wytrzymał? Gottlob Bidermann opowiada jedną z tych historii, które na przełomie wieków są coraz mniej znane – historię, która domaga się zarówno zaangażowania intelektualnego jak i emocjonalnej reakcji. Bidermann był szarym żołnierzem. Nie był czołgistą czy pilotem, lecz żołnierzem piechoty. Nie służył w elitarnej dywizji, takiej jak „Grossdeutschland” czy „Panzer Lehr”, ale w anonimowych formacjach, których kolejne numery przypominają pozycje w książce telefonicznej. Bidermanna nie nagrodzono najwyższymi odznaczeniami, jednymi z tych, które Adolf Hitler wręczał osobiście. Jego dwa Żelazne Krzyże, Odznaka Krymska czy Odznaka za Walkę Wręcz były mniej więcej standardowymi odznaczeniami u weterana piechoty z frontu rosyjskiego, który żył na tyle długo, by je nosić.
To nie oznacza, że otrzymał je za nic. W 1942 roku Bidermann był w pierwszym szeregu szturmujących rosyjską twierdzę w Sewastopolu. To sześć miesięcy oblężenia i zaciekłych bojów, które kosztowały Wehrmacht sto tysięcy ludzi, lecz mimo tego pozostają w cieniu pochodu na Stalingrad. W 1943 roku Bidermann i jego dywizja zostali przerzuceni na północ, na front leningradzki – lecz wydarzyło się to podczas ostatnich miesięcy epickiej batalii o to miasto, kiedy korespondenci wojenni i fotografowie w poszukiwaniu świeższych historii rozjechali się w inne miejsca. Bidermann zakończył wojnę w „kurlandzkim worku”, części całej grupy armii uwięzionej nad brzegami Bałtyku przez wielkie rosyjskie ofensywy z 1944 roku. Podczas zażartych walk 132 Dywizji Piechoty na bagnach i w lasach pod Leningradem, Bidermannowi przyznano bardziej prestiżowe odznaczenia – Niemiecki Krzyż w Złocie, złotą Odznakę za Rany i Odznakę do Wstęgi Honorowej Wojsk Lądowych. Później, w ostatnich miesiącach wojny, otrzyma także odznakę „Za własnoręczne zniszczenie czołgu”. Najbardziej znaczącym aspektem tych późniejszych odznaczeń jest to, że ich właściciel, jako młodszy oficer piechoty, przetrwał liczne zranienia i miesiące niezliczonych bitew, wymaganych do ich nadania. I znów jego doświadczenia stały się uzupełnieniem, tym razem do historii ostatecznego upadku Trzeciej Rzeszy.
Gottlob Bidermann nie jest „typowy”. Nie istnieje archetyp niemieckiego żołnierza II wojny światowej, tak jak nie istnieje jego odpowiednik w innych armiach. Mimo to wojenna historia Bidermanna jest historią ich wszystkich – to saga wiecznych starszych szeregowych i młodszych oficerów, którzy, jak mawia Bruce Catton, nie mając nadziei na gwiazdki na naramiennikach, mają marną szansę na gwiazdy w koronie.
Większość autobiograficznych zapisów z okresu II wojny światowej, wydanych w języku angielskim, ukazuje życie wysokich rangą sztabowców, pilotów myśliwskich Luftwaffe, marynarzy U-bootów Dönitza, pancerniaków czy członków Waffen-SS. Johannes Steinhoff, Guy Sajer, Michael Wittmann – ich historie wciąż na nowo pojawiają się na półkach księgarskich i w przypisach. Jednakże większość z milionów żołnierzy, którzy służyli w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy nie doczekała się uczczenia swych doświadczeń i poświęceń. Walczyli anonimowo i anonimowo umierali. Zatarto nawet ślady po grobach tych, którzy polegli w Rosji. Czasami robił to cofający się Wehrmacht, czasami Rosjanie, szukający pomsty za dwadzieścia milionów swoich zabitych.
Ci, którym dane było przetrwać, próbujących odrodzić się moralnie i fizycznie w Niemczech, poza kręgiem rodzinnym nie znaleźli wielu odbiorców, którzy mieliby czas i ochotę na wysłuchiwanie ich opowieści. Pod koniec wieku Niemcy nie doświadczyły znacznego wzrostu liczby publikowanych wspomnień, jakiego byliśmy świadkami w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, kiedy to weterani odeszli na emeryturę i pootwierali swoje szuflady i udostępnili wspomnienia lub kiedy dzieci szperały w rzeczach swych ojców po ich pogrzebach.
Te historie w żadnym razie nie tchną triumfalizmem. Mimo to opisują jednak „dobrą wojnę”, tę toczoną przeciwko wrogom, z którymi należało walczyć i których trzeba było pokonać. Co Niemiec z tego samego pokolenia może opowiedzieć o swojej wojnie? Relacja Bidermanna jest ukształtowana ramami armii, w której walczył, naturą Rzeszy, której służył i, co jest nie mniej istotne, zbiorem kulturowych i intelektualnych konwencji, tak bardzo różnych od ich amerykańskich lub brytyjskich odpowiedników.
Genezą niemieckiego pamiętnikarstwa wojennego są doświadczenia z lat 1914–1918. Podobnie jak pamiętnikarstwo brytyjskie, amerykańskie i francuskie, jest ono produktem nielicznej grupy, w głównej mierze wywodzącej się z klasy średniej, czyli tych, których cechowała samoświadomość i zdolność do autorefleksji. Przy okazji stworzyli one standardy, które miały silny wpływ na literaturę wspomnieniową, ponieważ większość autorów wspomnień nie była pisarzami ani intelektualistami. Chcąc po prostu opowiedzieć swoją historię, zwykle robili to w ramach ustalonych konwenansów. Niemieccy pamiętnikarze z lat 1914–1918 mieli tendencję do patrzenia na wojnę przez pryzmat doświadczeń heglowskich, jako część pewnego kontinuum charakteryzującego się cyklami zniszczenia i odrodzenia. Doświadczenia wojenne pojedynczego człowieka stały się częścią Bildungsgeschichte, historią rozwoju poprzez dialektykę pomiędzy osobistym zaangażowaniem i organicznymi, wspólnymi procesami.
Niemcy, którzy zapisali swoje doświadczenia z wojny Hitlera, w głównej mierze wywodzili się z pokolenia, które uważało owe wcześniejsze pamiętniki za normę opowiadania o tym, co autor opisujący okres wojny wietnamskiej, Tim O’Brien, nazywa „prawdziwą opowieścią o wojnie” – konstrukcją przedstawiającą prawdę, na którą nie ma słów. Używali przy tym również stylu, który Niemcy określają jako „heroisch-patetisch”, nie w naszym rozumieniu tego słowa, lecz w sensie stosowania swego rodzaju podniosłej retoryki, łączącej romantyzm z metafizyką.
Zbyt często pojmuje się ową frazę jako formę bombastycznego rozczulania się nad samym sobą, co wśród brytyjskich i amerykańskich czytelników sprzyja tendencji do interpretowania niemieckiej literatury wspomnieniowej jako militarystycznej i profaszystowskiej. Osobiste wspomnienia francuskich i brytyjskich uczestników I wojny światowej skupiają się na marności i zdradzie, dysjunkcji i fragmentacji. Świat anglojęzyczny wiąże „prawdziwe” wspomnienia z późniejszych konfliktów z rozczarowaniem Farleya Mowata, rzeczową dykcją Audiego Murphy czy też z groteskowym poststrukturalizmem Tima O’Briena. Żeby jednak zapożyczyć od O’Briena jeszcze jeden koncept, wszystkie historie wojenne są nieprawdziwe – ale wszystkie wojenne historie są także prawdą. „W śmiertelnym boju” zasługuje na przeczytanie na warunkach autora.
Zasady Bidermanna to przede wszystkim reguły żołnierza piechoty z pierwszej linii. „W śmiertelnym boju” nie było początkowo napisane dla szerszego grona odbiorców ani nawet dla niemieckich weteranów, lecz powstało dla zamkniętej, wewnętrznej grupy: tych żołnierzy z pułku i dywizji Bidermanna, którzy przetrwali wojnę. Autor nie zaprzątał sobie głowy wyjaśnianiem struktur organizacyjnych i terminologii, z którymi jego czytelnicy najprawdopodobniej byli za pan brat. Należy także pamiętać, że jako młodszy oficer, Bidermann niekoniecznie musiał na bieżąco orientować się we wszystkich aspektach działań jego nadrzędnej formacji. Jego amerykański odpowiednik też by się nie orientował. Ostatnie podejrzenia co do autentyczności klasycznego „Zapomnianego żołnierza” Guy Sajera oparte są głównie na szczegółach dotyczących nazewnictwa, wyposażenia, struktury dowodzenia i pewnych lokalizacji, choć jest bardzo mało prawdopodobne, by szary żołnierz mógł odnotować i zapamiętać podobne rzeczy. To samo dotyczy dowódców plutonów czy kompanii.
Tym samym będzie tu na miejscu przybliżenie czytelnikowi niemieckiej piechoty okresu II wojny światowej. Podobnie jak we wszystkich armiach, podstawową częścią jej struktury była dywizja. Jednak w odróżnieniu od praktyki armii amerykańskiej, polegającej na tworzeniu homogenicznych, wymiennych formacji, niemieckie dywizje piechoty były organizowane i wyposażane na zasadzie fal mobilizacyjnych – Wellen – których w czasie wojny było nie mniej niż trzydzieści pięć. 132 Dywizja Piechoty Gottloba Bidermanna była jednostką „jedenastej fali”, sformowaną we wrześniu 1940 roku do służby podczas inwazji Rosji, którą Hitler i Dowództwo Naczelne już wówczas planowali. Jednostka weszła do boju w czasie krótkiej kampanii na Bałkanach w kwietniu i maju 1941 roku, ale jej prawdziwa wojna zaczęła się wraz z przekroczeniem granicy rosyjskiej w dniu 30 czerwca. To właśnie wtedy Bidermann zaczyna swoją opowieść.
Początkowo dywizje każdej fali mobilizacyjnej miały nieco inne uzbrojenie, w zależności od tego, co było dostępne w arsenałach lub co Rzesza była w stanie ściągnąć z ostatnio podbitych terytoriów. Niektóre dywizje pomaszerowały na Rosję, uzbrojone w zdobyczne francuskie działka przeciwpancerne i z kolumnami zaopatrzeniowymi wyposażonymi we francuskie pojazdy. Na przykład kompania przeciwpancerna, w której początkowo służył Bidermann, do holowania swoich działek używała lekkich francuskich ciągników gąsienicowych – Chenilette Lorraine.
W porównaniu z wyposażeniem, sama organizacja była już bardziej ustandaryzowana. Niemiecka dywizja piechoty składała się z trzech trzybatalionowych pułków. W przypadku 132 Dywizji Piechoty były to pułki o numerach 436, 437 i 438. Jednostka miała też w składzie pułk artylerii, złożony z czterech batalionów ponumerowanych od I do IV, w przeciwieństwie do amerykańskiej zasady, polegającej na przyporządkowaniu czterech samodzielnych batalionów sztabowi artylerii. Co również niespotykane w armii amerykańskiej, niemiecka dywizja posiadała batalion przeciwpancerny i batalion rozpoznawczy, wyposażony w konie, rowery i niewielką liczbę lekkich samochodów pancernych. Zgodnie z niemieckim standardem, pododdziały te miały numerację zgodną z numerem macierzystej dywizji.
Służby medyczne, saperskie oraz zaopatrzenie i łączność były zorganizowane podobnie jak w armii amerykańskiej, choć istniała jedna, bardzo istotna różnica. Niemieckie dywizje piechoty polegały prawie wyłącznie na ciągu konnym. W 1939 roku, pełnoetatowa jednostka pierwszej fali mobilizacyjnej, z priorytetowym przydziałem sprzętu, posiadała ponad pięć tysięcy koni, ale tylko niecałe sześćset ciężarówek. Wymuszony, chaotyczny proces dozbrojenia, przypadający za czasów władzy nazistowskiej na lata 1933–1939, nie pozwolił nawet na marzenia o rozwinięciu niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego do poziomu wystarczającego dla zmotoryzowania potężnej armii. Naczelne dowództwo, które byłoby nikim, o ile nie poddałoby się pewnej logice, odpowiedziało na owe zapotrzebowanie opracowaniem całej gamy najnowocześniejszych wozów ciągniętych przez konie – z takimi udoskonaleniami jak łożyskowane koła czy gumowe opony. Dostarczano je jednostkom, które i tak miały przemieszczać się na własnych nogach. Jedynym wyjątkiem były tu kompanie i bataliony przeciwpancerne, albowiem oczekiwano od nich szybkiego reagowania na manewry nieprzyjacielskiej broni pancernej. W innych przypadkach, jeśli żołnierz jechał, było to wyjątkiem od ogólnie przyjętej reguły i nazbyt często stanowiło oznakę sytuacji kryzysowej.
Straty w sile żywej i sprzęcie bojowym wymusiły w czasie wojny kilka modyfikacji. W 1944 roku najistotniejszą zmianą organizacyjną w 132 Dywizji Piechoty było zredukowanie każdego pułku piechoty do dwóch batalionów i przekształcenie batalionu rozpoznawczego w tak zwany batalion fizylierów, co w praktyce oznaczało, iż dowódca dywizji miał bezpośrednią zwierzchność nad siedmioma batalionami piechoty.
Zredukowanie liczby żołnierzy było, przynajmniej w teorii, rekompensowane nowym uzbrojeniem. Najlepszym sposobem na prześledzenie tego procesu jest nieco dokładniejsze przeanalizowanie struktury 437 Pułku Piechoty, w którym Bidermann służył przez większość wojny. Ci, którzy interesują się armią amerykańską okresu II wojny światowej, nie znajdą tu wielu niespodzianek. Amerykański pułk piechoty z lat 1941-1945 był, przynajmniej na papierze, niemalże identyczny ze swym niemieckim odpowiednikiem. W rzeczywistości, struktura organizacyjna przyjęta przez Stany Zjednoczone w 1940 roku była świadomą kopią niemieckiego schematu.
Każdy niemiecki batalion piechoty posiadał trzy kompanie i tak zwaną kompanię karabinów maszynowych, choć podobnie jak amerykańska kompania broni ciężkiej, miała ona w składzie pluton moździerzy. Dwanaście kompanii wchodzących w skład pułku amerykańskiego było oznaczonych literami A do M, przy czym omijano literę J. Niemieckie kompanie piechoty były ponumerowane od 1 do 12. Niemiecki pułk piechoty posiadał także trzynastą kompanię o ciągu konnym, wyposażoną w działka krótkiego zasięgu, przeznaczone do bezpośredniego wsparcia piechoty. Amerykański pułk piechoty dysponował organiczną kompanią dział o takim samym przeznaczeniu. W skład każdego niemieckiego pułku piechoty wchodziła również kompania przeciwpancerna – nosząca numer 14 – wyposażona w dwanaście działek.
Kompania przeciwpancerna była jedynym w pełni zmotoryzowanym pododdziałem niemieckiego pułku. Przez większość okresu służby Bidermanna w 14 kompanii 437 Pułku Piechoty, posiadała ona na stanie tuzin 37-milimetrowych działek. Były one odpowiednikami, lub raczej pierwowzorami działek, które armia amerykańska zabierze ze sobą do Tunezji pod koniec 1942 roku. Przyjęte na uzbrojenie w 1936 roku, działka te były na tyle lekkie, iż na krótkich dystansach można je było przetaczać ręcznie. W połowie 1941 roku było to już jednak ich niemalże jedyną zaletą. Małe 37-milimetrowe pociski odbijały się od pancerzy rosyjskich czołgów tak skutecznie, że broń dorobiła się wątpliwego miana „kołatki”. Szczególnie w walce z czołgami T-34 oraz ciężkimi KW, które weszły do służby w ciągu pierwszych sześciu miesięcy konfliktu z Rosją, niemieckie obsady działek musiały uciekać się do metod polegających na wstrzymaniu się z ostrzałem do ostatniej chwili i celowaniu we wrażliwe miejsca, takie jak pierścień obrotowy wieży czołgu lub też zmuszone były do przepuszczania wrogich maszyn w nadziei na uzyskanie trafienia w bok lub tył pojazdu. Zarówno jedna, jak i druga metoda wiązała się z ogromnym ryzykiem i wymagała stalowych nerwów i absolutnie idealnego zgrania obsługi.
Ów aspekt taktyczny jest istotny, albowiem przez większą część wojny na wschodzie, holowana artyleria przeciwpancerna była podstawowym środkiem niemieckiej obrony przed opancerzonymi pojazdami nieprzyjaciela. W przeciwieństwie do amerykańskiej dywizji piechoty, zwykle mogącej liczyć na wsparcie przydzielonego batalionu pancernego lub samobieżnych niszczycieli czołgów, niemiecka jednostka mogła w najlepszym wypadku polegać na paru tuzinach zaimprowizowanych dział samobieżnych dostępnych na szczeblu dywizji. Reszta zależała od artylerzystów i ich Pak-ów w pułkach piechoty. Na późniejszym etapie wojny działka 37mm ustąpiły miejsca najpierw kalibrowi 50 mm, a następnie działom 75 mm i 76 mm, które charakteryzowały się odpowiednio większą skutecznością w walce z rosyjskimi czołgami i działami szturmowymi. Jednakże sposób myślenia żołnierzy kompanii przeciwpancernych i piechoty, u boku której walczyli, pozostał niezmienny. Jeśli niemiecki landser z II wojny światowej był w bliskim boju równie skuteczny jak każdy żołnierz w historii, to w znacznej mierze zawdzięczał to temu, iż nie miał wyboru.
W 1943 roku, po powrocie ze szkolenia oficerskiego, Bidermann nie trafił już do broni przeciwpancernej. Zamiast działkami, przyszło mu dowodzić pododdziałami piechoty, których uzbrojenie i dynamika działania odbiegały znacznie od wzorców z 1941 roku. Podobnie jak w przypadku armii amerykańskiej, podstawowym elementem kompanii piechoty była gruppe, lub drużyna. Taktyka amerykańskiej piechoty zależała od indywidualnego strzelca i jego samopowtarzalnego karabinu M1 Garand. Automatyczny karabin, organiczny dla każdej drużyny, był bronią wsparcia. Natomiast niemiecka drużyna zbudowana była wokół swego lekkiego karabinu maszynowego. W drugiej części wspomnień Bidermanna, MG-42 odgrywa ogromną rolę. Czy to w obronie, czy w ataku, reszta drużyny ze swymi powtarzalnymi Mauserami miała za zadanie chronić obsługę karabinu maszynowego i dbać o zaopatrzenie jej w amunicję. Dopóki karabin maszynowy był sprawny, istniała dobra szansa na utrzymanie danej pozycji w boju z każdym przeciwnikiem, poza przypadkami, kiedy wróg dysponował przytłaczającą przewagą ilościową – lub czołgami.
Ze swoją ogromną szybkostrzelnością i łatwą do wymiany lufą, MG-42 przynajmniej w części rekompensował osłabienie pierwszoliniowych jednostek niemieckich. Każdy żołnierz, który miał tylko ku temu okazję, zamieniał swój karabin z przełomu wieków na pistolet maszynowy, czy to niemiecki MP-40, czy też któryś z jego rosyjskich odpowiedników. Te ostatnie były popularne ze względu na swoją prostotę, niezawodność, a zwłaszcza różnicę w sile ognia i to pomimo ryzyka wpadnięcia pod ostrzał własnych sił ze względu na swój charakterystyczny odgłos wystrzałów. Podobny status, dokładnie z tych samych powodów, osiągnie kiedyś wśród Amerykanów w Wietnamie słynny AK-47.
Z początkiem 1943 roku, przyciśnięta do muru niemiecka piechota zacznie także otrzymywać dostawy pierwszego na świecie karabinka szturmowego – Sturmgewehr. Mając lżejszy i mniejszy nabój niż jego poprzednicy, karabinek był w stanie strzelać w trybie w pełni automatycznym oraz był odporny na najgorsze warunki pogodowe. Nigdy nie stał się bronią powszechnie używaną, niemniej był dostępny nawet w tak najzwyklejszych formacjach jak 132 Dywizja Piechoty. Choć Bidermann tego nie mówi, można logicznie założyć, iż skorzystał z faktu posiadania stopnia oficerskiego i zadbał o to, by przez większość czasu mieć tę broń przy sobie.
Niemiecka dywizja piechoty posiadała jeszcze jedną jednostkę organizacyjną, nieznaną w dywizji amerykańskiej – batalion kadrowy czy też zapasowy. Było to częścią przemyślanej polityki. Niemcy były podzielone na dwadzieścia jeden okręgów wojskowych i każda dywizja Wehrmachtu była przyporządkowana do jednego z okręgów jako źródła swych uzupełnień. Okręgi były na tyle małe, by zachować regionalną odrębność i jednocześnie na tyle duże, by nie dopuścić do sytuacji, w której określone miasto czy region traci w jakiejś katastrofie swych wszystkich młodych ludzi, jak to bywało w przypadku brytyjskich pals battalions1 z 1916 roku. 132 Dywizja Piechoty zaczęła swoje istnienie jako formacja bawarska z VII Okręgu. Następnie przeniesiono ją do Okręgu XII, w którego skład wchodziła Saara, Palatynat Eifel, a po 1940 roku także ponownie przyłączona do Rzeszy Lotaryngia – gdzie Bidermann zameldował się po zakończeniu kursu oficerskiego.
Ogólna zasada polegała na tym, iż rekruci, wyleczeni ranni i żołnierze, którzy ukończyli kursy specjalistyczne, meldowali się w bazie macierzystego pułku, skąd byli wysyłani na front, zwykle jako zorganizowane pododdziały marszowe. Po zgłoszeniu się w batalionie zapasowym, byli rozsyłani zgodnie z zapotrzebowaniem. Lata wojny doprowadziły jednak do pewnej erozji tego systemu. Dowolna baza wysyłała ludzi do dowolnych jednostek – tam, gdzie ich akurat najbardziej potrzebowano. Z żołnierzy tych formowano także doraźne grupy bojowe, aby reagować na sytuacje kryzysowe. Zatracała się regionalna tożsamość pułków i dywizji, co można wyczytać w opowieści Bidermanna. Tak czy inaczej, koncepcja maksymalnego zachowania tożsamości poszczególnych jednostek nigdy nie uległa ostatecznemu rozkładowi.
Do samego końca wojny owa spójność w znaczący sposób przyczyniła się do utrzymania efektywności niemieckich jednostek na pierwszej linii, w szczególności improwizowanych formacji, jak te, którymi przyszło niekiedy dowodzić Bidermannowi. To, co określa on mianem „rezerwy szturmowej” czy „kompanii alarmowej” było stworzoną ad hoc grupą bojową, która działała jako awaryjna siła uderzeniowa. Grupy takie, tworzone zwykle wokół pułkowego plutonu saperów, mogły mieć w składzie pisarzy, kucharzy, mogących chodzić rannych, maruderów – wszystkich tych, których niewielu amerykańskich oficerów wybraliby do niebezpiecznych misji, nawet gdyby byli jedynymi pod ręką. Jednakże w ostatnich miesiącach wojny ci Sad Sacks2 437 Pułku Piechoty przyczynili się do uratowania sytuacji w wielu pełnych desperacji chwilach.
Żołnierze nigdy nie walczyli lepiej niż Gottlob Bidermann, landserzy ze 132 Dywizji Piechoty i miliony innych żołnierzy w mundurach feldgrau. I nigdy żadnym żołnierzom nie przyszło bić się o gorszą sprawę. Czy Bidermann i jego towarzysze broni byli, jak sami często się upierają, zwykłymi ludźmi wykonującymi swój obowiązek w niezwykłych czasach? Czy obsceniczna rzeczywistość Nowego Ładu Adolfa Hitlera była tak odległa od okopów na pierwszej linii frontu? Tutaj, rzecz jasna, nie ma opisów scen masakrowania jeńców wojennych czy mordowania cywilów. Wręcz przeciwnie, Bidermann dokłada starań, aby opisać ciepłe stosunki z mieszkańcami Krymu. Wielokrotnie powtarza, że wzięci do niewoli Rosjanie byli „porządnie” traktowani. Wśród kilku odległych nawiązań do holocaustu znajdziemy opis zażartego boju na „żydowskim cmentarzu” w pobliżu Leningradu – ironii, która zapewne umknęła autorowi i jego ludziom podczas ich walki o przetrwanie w otoczeniu, które niczego nie wybacza.
W tekście Bidermanna nie znajdziemy też ideologicznego napięcia, które w ogólnych zarysach szkicuje Stephen Fritz i Omer Bartov, jako coś charakterystycznego dla Wehrmachtu w miarę postępu wojny. To typowe dla wspomnień nacechowanych pięćdziesięcioma latami refleksji i czterema latami doświadczeń. Byłoby niezwykłe, gdyby samozwańczy „zwykły Niemiec”, próbujący odszukać prawdę, którą zapamiętał, przyznał po tylu latach, jak ważny w życiu codziennym był narodowy socjalizm pracujący dla utrzymania morale i wojskowej efektywności. Podobnie nie należy całkowicie brać za dobrą monetę licznych aluzji do rozczarowania, pesymizmu i cynizmu.
Tam, gdzie Bidermann zbliża się do uznania ideologii, to miejsca, w których bezkrytycznie zakłada, iż ponieważ Niemcy są lepszymi żołnierzami niż Rosjanie, muszą też być lepszymi istotami ludzkimi. Zdecydowanie nie będąc symbolem ani punktem odniesienia, Adolf Hitler jest dla żołnierzy 437 Pułku równie odległy, jak Niemcy, którymi rządzi. A mimo to te dwa podteksty łączą się, by opowiedzieć „prawdziwą wojenną historię”. Jakimkolwiek połączeniem intencji i pamięci nie byłoby „W śmiertelnym boju”, jest ono syntezą poglądów. Świat Bidermanna to jego oddział, jego towarzysze broni – jego „zgraja”, der Haufen. „Społeczność ludowa” staje się zbiorem obrazów z wyblakłych zdjęć i zakamarków gasnącej pamięci. „Niemiecka misja na wschodzie” jest zredukowana do przetrwania w walce z przemożną siłą.
Nawet „braterstwo” staje się konstrukcją. Jednym z najbardziej przerażających zapisów w tych wspomnieniach jest relacja Bidermanna z wojskowej egzekucji. Pierwotnym przestępstwem ofiary była kradzież żywności i papierosów z przesyłki pocztowej – z pewnością nie błahostka w żadnej armii żadnego okresu w historii. Jednak w armii Hitlera taki występek pociągał za sobą tak surowe konsekwencje, że złodziej wolał posunąć się do morderstwa niż ryzykować doniesienie. To, co w armii brytyjskiej czy amerykańskiej uchodziłoby za drobne przewinienie, w Wehrmachcie było częścią tak brutalnego systemu dyscyplinarnego, że posłał on pod ścianę piętnaście tysięcy własnych żołnierzy, a ponad sto tysięcy skazał na kary więzienia dłuższe niż jeden rok. Kolejne tysiące zesłał do batalionów karnych, w których warunki, według słów jednego z tych, którzy przez nie przeszli, były „podobne do celi śmierci”. „To”, jak powiedział wybitny historyk Manfred Messerschimdt, „było tym, co naziści nazywali ‘ludową wspólnotą’!”
Charakterystyczną dla współczesnych wojen „depersonalizację” i „uprzedmiotowienie” nieprzyjaciół określa się jako warunek wstępny do „odczłowieczenia”, które jest z kolei pierwszym krokiem do zabijania, czy to na polu wali, czy na tyłach, czy w obozach koncentracyjnych. Ale uprzedmiotowienie wymaga interakcji. Aby kogoś odczłowieczyć, trzeba go zobaczyć. Wojna także izoluje, stwarzając środowiska, gdzie wszystko „poza” jakimś istotnym centrum jest postrzegane przez żołnierski odpowiednik szklanego klosza Sylwii Plath. Pod koniec opowieści Gottloba Bidermanna, Rosjanie są mniej odczłowieczeni niż niewidoczni. Niemcy nie ulegli demodernizacji, lecz zostali odcywilizowani. Ci żołnierze 437 Pułku Piechoty, którzy ocaleli, przypominają niejako prehistoryczną zgraję ściśnięta przy ognisku, ślepo wpatrzoną w płomień niczym w talizman, mający ich ochronić przed nienazwanym horrorem, który majaczy poza małym kręgiem światła.
Dennis Showalter
Niewinnym, którzy zginęli.
Rozdział 1 Marsz na wschód
Jeśli jest coś potężniejszego niż przeznaczenie,to odwaga, która mu się nieugięcie przeciwstawia.Geibel
30 CZERWCA 1941 roku. Letni żar rozlał się po bezkresnych równinach wschodniej Polski i tylko ruch lekko kołyszącego nami pociągu przynosił ulgę od gorąca. Ciężko załadowany eszelon toczył się powoli przez rozrzucone tu i ówdzie sosnowe zagajniki i połacie piaszczystej, leżącej odłogiem ziemi. W naszej drodze na wschód mijaliśmy malutkie wioski i przekraczaliśmy wijące się rzeki.
Poza dziećmi, które niekiedy machały do nas z zakurzonych dróg i poboczy, miejscowa ludność w większości nas ignorowała. Mężczyźni i kobiety w burych ubraniach, których obserwowaliśmy z daleka, rozpływali się w drgającym żarem powietrzu, podczas gdy koła pociągu zostawiały ich coraz dalej w tyle. Wszystkie te godziny spędzaliśmy siedząc lub leżąc, odpoczywając pod bezchmurnym niebem na wagonach-platformach pomiędzy starannie zamocowanymi pojazdami i uzbrojeniem.
W przeciwieństwie do przepisów czasu pokoju, które rządziły naszym dotychczasowym życiem, zezwolono nam na rozpięcie górnego guzika naszych szarozielonych mundurów i na podwinięcie rękawów, abyśmy w palącym upale mogli poczuć przynajmniej odrobinę ulgi. Pierwsze doniesienia z frontu wojny z Rosją pochodziły sprzed kilku dni i nie rozmawialiśmy wiele na temat perspektyw szybkiego wejścia do boju. Wszyscy byli pewni, że wojna ze Związkiem Radzieckim, podobnie jak konflikty z Polską i Francją, zakończy się szybko.
Nad ranem ukazały nam się mury i wieże Krakowa, świętego miasta Polski, gdzie w katedrze złożono serce Piłsudskiego. Poskrzypując hamulcami, nasz skład zatrzymał się na małym, pokrytym pyłem przystanku kolejowym i w ciągu paru sekund otoczył nas wianuszek zaniedbanych dzieciaków, ignorowanych przez stróżujących w pobliżu żołnierzy żandarmerii o kamiennych twarzach. „Bidde um bror, Herr,” wołały żałosnym tonem w łamanym niemieckim, brudnymi rączkami chwytając łapczywie smaczne kęski, które wyciągaliśmy dla nich z chlebaków. Pozwolono nam na opuszczenie wagonów i dzieciaki obstąpiły nas ze wszystkich stron.
„Biedna Polska,” pomyślałem w duchu. Wręczyłem kawałek chleba sprytnej małej dziewczynce w zamian za wymiętą gazetę. Została wydrukowana dzień wcześniej w języku niemieckim i polskim i można w niej było znaleźć pierwsze wiadomości o operacji na wschodzie: marszu na Lwów. W ręce niemieckie szybko wpadły Gridnow, Wilno, Brześć Litewski, Kowno i Dyneburg. Ekstatyczne nagłówki obwieszczały o zniszczeniu 2.582 sowieckich samolotów i 1.297 pojazdów pancernych. Okupowana przez Sowietów Polska była uwalniana spod jarzma bolszewików.
Wkrótce żandarmeria wojskowa ożywiła się, za pomocą gwizdków, krzyków i gestykulacji dając nam do zrozumienia, iż powinniśmy wracać do pociągu, więc ponownie załadowaliśmy się na platformy. Wagony jęknęły w proteście, napięły się pod ciężarem i gdy powoli zaczęliśmy posuwać się do przodu, na głos odczytałem wiadomości z gazety kolegom z obsługi naszego działa. Wszyscy apatycznie wylegiwali się na platformie, nie przejawiając większego zainteresowania. Podniosłem wzrok znad gazety i spojrzałem do tyłu na peron, teraz zajęty tylko przez grupkę małych obdartusów. Nasza podróż ku nieznanemu przeznaczeniu trwała dalej.
1 lipca zatrzymaliśmy się dziesięć kilometrów na zachód od wsi Pełkinie, niedaleko Jarosławia, gdzie wyładowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku wschodnim. Piechota wyciągnęła się w długą kolumnę marszową, smakując nieuchronny los każdego piechocińca. Nasze działko przeciwpancerne jechało daleko przed nami, podczepione do ciągnika gąsienicowego Chenilette, zdobytego w czasie kampanii francuskiej.
Nasz zmysł powonienia natychmiast wychwycił utrzymujący się w powietrzu zapach dymu i popiołu i wkrótce mogliśmy ujrzeć wielkie leje i wypalone wraki pojazdów, będące dowodem na działalność niemieckich bombowców nurkujących – Stukasów. Zatrzymaliśmy się na postój przy tymczasowej, przydrożnej kantynie, gdzie pod czujnym okiem wszędobylskiej żandarmerii wojskowej, siostry niemieckiego Czerwonego Krzyża chochlami nabierały zimną kawę z ciągniętej przez konie kuchni polowej i nalewały w podstawiane przez nas kubki. Na próżno zadawały nam pytania o ostatnie wieści z domu.
Kontynuowaliśmy marsz długą, szarą kolumną, zostawiając w tyle siostry Czerwonego Krzyża i posuwając się dalej w kierunku wschodnim. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, odnaleźliśmy nasze pojazdy i działa pod drzewami, które z rzadka porastały pobocze wąskiej drogi. Rozkazano nam zamaskować się przed obserwacją z powietrza, co usiłowaliśmy zrobić za pomocą cienkich gałązek.
O świcie wyprzedziły nas kolumny zaopatrzeniowe, toczące się główną szosą w kierunku odległego wschodu słońca. Kolejny dzień spędziliśmy na marszu po śladach zaopatrzeniowców, zaś późnym popołudniem po raz pierwszy ujrzeliśmy nieprzyjaciela.
Pokrytą kurzem drogą w przeciwnym kierunku ciągnęły niemające końca kolumny rosyjskich jeńców wojennych w wymiętych, zielono-brązowych mundurach. Wielu spośród tych żołnierzy, którzy nie mieli czapek, osłaniało głowy przed palącym słońcem za pomocą kępek trawy lub szmat, owiniętych wokół ogolonych na gładko głów. Niektórzy szli boso, na wpół ubrani, dając dowód szybkości, z jaką nasze atakujące oddziały przełamały ich pozycje.
Z powodu owej dziwnej pstrokacizny ubiorów w naszych oczach ledwie przypominali żołnierzy, będąc mieszaniną Rosjan, ciemnoskórych mieszkańców Kaukazu, Kirgizów, Uzbeków, nomadów o mongolskich rysach, przybyszów z dwóch kontynentów, na których rozciągał się Związek Radziecki. Przechodzili obok nas smętnie, ze spuszczonym wzrokiem; gdzieniegdzie można było dostrzec grupki podtrzymujące innych, którzy najwyraźniej doznali obrażeń, byli chorzy lub wycieńczeni. W szkole uczono nas, że góry Uralu oddzielają Europę od Azji; a jednak tutaj widzieliśmy Azję w miejscu, które uważaliśmy za środek Europy. Długa kolumna nieszczęścia zniknęła nam za plecami i wraz z nadejściem ciemności zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Pod rozgwieżdżonym niebem okręciliśmy się maskującymi pałatkami i spaliśmy do samego świtu.
14 kompania przeciwpancerna została przesunięta do szpicy i dokładnie o godzinie piątej rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Rozsypujące się ruiny wypalonych domów stały, jak niemi świadkowie walk, które o Jarosław toczono w czasie polskiej kampanii, która, choć zakończona tylko dwa lata temu, teraz wydawała się odległa o całe wieki. Przekraczając San w Radymnie, postawiliśmy pierwsze kroki na rosyjskiej ziemi.
Minęliśmy duży niemiecki cmentarz z I wojny światowej. Nad bramą wyblakłe litery na drewnianym tle informowały: „Pamięci naszych towarzyszy broni poległych pod Dubrowicą”. Naszej kolumnie nie pozwolono zatrzymać się na tyle długo, byśmy mogli obejrzeć nagrobki. Wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak wiele naszych własnych cmentarzy pozostawimy wzdłuż dróg naszego marszu w głąb Rosji. Wkrótce natrafiliśmy na świeże wzgórki ziemi oznaczone ciosanymi z brzozy krzyżami i zwieńczone charakterystycznymi stalowymi hełmami niemieckiego Wehrmachtu. Pierwszych, milczących i krwawych świadków przy drodze na wschód ustawiono w regularnych rzędach i kolumnach, a my próbowaliśmy odwracać od nich wzrok, który jednak ciągle powracał do grobów. Szliśmy dalej bez słowa, a ciche czerwono-brązowe kopczyki zdawały się wzywać nas, jakby chciały powiedzieć, „Nie zostawiajcie nas tutaj… nie porzucajcie nas w tym dziwnym miejscu”.
Od strony Lwowa dobiegały przytłumione odgłosy ognia artyleryjskiego. Stan dróg stopniowo się pogarszał i na ludziach, koniach i pojazdach zaczął grubą warstwą osiadać kurz. Gdy słońce stało w zenicie niczym wielka pomarańczowa kula, z trudem przebijając się przez duszące chmury kurzu, przed sobą mogliśmy ujrzeć wyłącznie niewyraźną sylwetkę pojazdu naszego plutonu. Pot i brud łączyły się, tworząc dziwaczne kształty na twarzach pobłyskujących spod ciężkich, zielonych hełmów. W pobliżu Krakowca ponownie połączyliśmy nasze pałatki w namioty i spędziliśmy tam noc.
Nasza odyseja donikąd trwała, a my podążaliśmy ku nieznanemu przeznaczeniu. Mijaliśmy prymitywne wsie, stojące wzdłuż dróg, gdzie rosyjskie kobiety i dzieci wpatrywały się w nas z zacienionych sieni i przyglądały się nam zza zasłony nieheblowanych okien. Jednymi mężczyznami, których mogliśmy dostrzec, byli starzy weterani dawnych wojen.
Pytani, mieszkańcy wiosek opowiadali nam o bolszewikach. Gdy mówili, w ich oczach czaił się strach i obawa przed syberyjskimi łagrami. Twierdzili, że w szkołach wiszą obrazy Chrystusa i Stalina, a kiedy wiejscy nauczyciele zadawali pytanie, „Komu dziękujecie za wasz codzienny chleb?”, dzieci zmuszano do odpowiadania: „Stalinowi”. Z ulgą stwierdzaliśmy, że o skutkach komunizmu możemy się dowiedzieć z pierwszej ręki, a tego, co poznajemy, nie można tak po prostu złożyć na karb naszej propagandy. Niedermeyer zauważył: „Dopiero po ujrzeniu Rosji wiemy, jakie to szczęście być Niemcem”.
5 lipca przeszliśmy przez Lwów. W początkowym okresie wojny miasto dwukrotnie doznało poważnych zniszczeń i z porannej mgły wynurzyły się spalone fabryki, zrujnowane domostwa i zniszczone czołgi. Z ich tłustych, wciąż jeszcze gorących wraków biły w niebo kłęby czarnego dymu. W jednej z częściowo ocalałych dzielnic długa kolejka ludzi stała przed piekarnią. Gdy przechodziliśmy, patrzyli na nas pustym wzrokiem.
Rosyjskie lotnisko we Lwowie zostało zrujnowane przez Stukasy. Poczerniałe samoloty i rozbity sprzęt walały się po okolicy. W czasie przerwy w marszu żołnierze wałęsali się po wrakowisku, fotografując się na tle zniszczonych sowieckich samolotów i ostrożnie grzebali w rumowisku, pamiętając o surowych rozkazach zabraniających rabunku i nielegalnego przywłaszczania zdobycznego sprzętu nieprzyjaciela. Wojna ze Związkiem Radzieckim trwała dopiero od kilku dni, więc wszystko, co miało związek z sowiecką armią, budziło nasze zaciekawienie.
* * *
Nasze przemarsze trwały przez pierwszą połowę lipca. Nasz szlak całymi dniami wiódł pośród ogromnej ilości zniszczonych rosyjskich czołgów, a wywrócone do góry nogami ciągniki z zaprzodkowanymi działami polowymi leżały rozrzucone wzdłuż dróg. Na polach można było zauważyć porzucone stanowiska rosyjskiej artylerii, które wydawały się nienaruszone, co było dowodem na to, jak szybko nasza ofensywa złamała sowieckich obrońców.
Byliśmy zdumieni stopniem nasycenia sowieckiej armii środkami motorowymi, podczas gdy nasza własna artyleria wciąż bazowała na ciągu konnym, przypominającym czasy I wojny światowej. Mogiły niemieckich i rosyjskich żołnierzy napotykało się teraz razem; niemieckie, przyozdobione krzyżami z surowego drewna, stały po prawej stronie drogi, rosyjskie po lewej. Mogiły Rosjan były bezimienne, oznaczone tylko wbitymi w świeżą ziemię karabinami z zatkniętymi bagnetami. Na niemieckich grobach, jak zawsze, zwyczajowo zatknięte były stalowe hełmy, a na niektórych wisiały na sznurkach nieśmiertelniki, czekające na zebranie i opisanie.
8 lipca, kiedy zbliżaliśmy się do Brodów, idąc po szerokiej, pokrytej koleinami drodze, minęły nas pojazdy zaopatrzeniowe i wozy łączności z 72 Dywizji Piechoty 6 Armii. Telefoniści powiedzieli nam, że dywizja wzięła Lwów przy stracie sześciuset ludzi i z ufnością donieśli, że wojna zakończy się w ciągu kilku tygodni.
Nasz przemarsz wstrzymano na starej granicy rosyjsko-galicyjskiej. 6 i 17 Armia podeszła do Linii Stalina, ciągu betonowych umocnień i silnie bronionych punktów oporu. Spodziewaliśmy się, iż nieprzyjaciel będzie się tam zażarcie bronić i byliśmy zawiedzeni, gdy nadeszły wieści, że 132 Dywizja Piechoty otrzymała rozkaz przejścia do odwodu, bowiem większość z nas chciała doczekać się akcji jeszcze przed nieuchronną kapitulacją Związku Radzieckiego.
14 lipca przeszedł bez echa. Życie wypełniła nuda; nasza rzeczywistość skurczyła się do szerokiego na sto metrów traktu, kurzu, błota, palącego słońca, burz i nieskończonej, pustej przestrzeni, gdzie tylko od czasu do czasu rzadkie kępy drzew ciągnęły się ku horyzontowi. W oddali widać było kryte słomą dachy kołchozowych chałup i to na nich skupialiśmy wzrok, niczym na palmach na pustyni, aby zwiodły nas ku prymitywnym studniom. Poinformowano nas, że Armia Czerwona w czasie odwrotu często zatruwała ujęcia wody. Marszowi towarzyszył wszędobylski smród ze szkieletowatych pozostałości końskich trupów, leżących wzdłuż szlaku. Fetor ten zawsze już będzie nam przypominać o sowieckim raju, w który przyszło nam teraz coraz bardziej się zagłębiać.
Po minięciu Jampola nasze tempo spadło. Niekiedy mieliśmy na tyle szczęścia, by w mijanych wioskach zdobyć parę cebul albo marchewek, rzadziej kurczaka czy kilka jajek, co urozmaicało nieco nasze monotonne wyżywienie z kuchni polowych. Z rozrzewnieniem wspominaliśmy czasy spędzone w Karyntii i Zagrzebiu, zanim jeszcze nastąpił atak na Rosję, gdzie raczyliśmy się zimnym piwem i śliwowicą.
Piechota kontynuowała marsz od świtu do zachodu słońca. Pokryci kurzem, spoceni i lepcy, bez szans na ucieczkę przed okrutnym klimatem, wchodziliśmy coraz głębiej na terytorium Związku Radzieckiego. Choć było to wbrew regulaminowi, aby odciążyć nas od niesienia plecaków, rekwirowano małe furmanki („panje”), ciągnięte przez niezłomne rosyjskie koniki. Gdy cywilizacja, jaką znaliśmy, pozostawała coraz bardziej z tyłu, ten obyczaj robił się coraz powszechniejszy. Nieliczne ludzkie osady były prymitywne i prawdopodobnie zawszone, tak więc noce spędzaliśmy w namiotach, stogach siana lub najczęściej na gołej ziemi, owijając się do snu w ćwiartkę pałatki namiotowej, którą przydziałowo otrzymywał każdy landser. Żołnierze z pododdziałów o ciągu konnym budzili się rankami, muskani nosami przez głodne i spragnione zwierzęta.
Przechodziliśmy obok drewnianych szkół, które były niczym innym, jak prostymi budynkami udekorowanymi charakterystyczną czerwoną gwiazdą i pomalowanymi na czerwono mównicami, służącymi do spotkań członków partii komunistycznej. Postrzępione, pokryte kurzem portrety Lenina i Stalina wisiały na ścianach. Stalin wprowadził przymusowe nauczanie tam, gdzie uprzednio, w epoce caratu, alfabet był czymś prawie nieznanym. Byliśmy zaskoczeni faktem, że wiele dzieci w wieku szkolnym potrafiło porozumiewać się łamanym językiem niemieckim. Ze zdobycznych materiałów propagandowych dowiedzieliśmy się, iż edukacja polityczna była priorytetowym przedmiotem dla dzieci.
17 lipca, po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia naszego marszu, otrzymaliśmy pocztę z domu. Dziesięć dni później dywizja wkroczyła na Ukrainę i przeszła przez Koziatyn, maszerując na południowy wschód, w kierunku Różyna. Ukraina gotowała się w letnim skwarze. Po szerokich, piaszczystych i wyłożonych kamieniem drogach weszliśmy w kraj bezkresnych horyzontów.
Niekończące się szerokie stepy, pola zbóż i słoneczników graniczyły z drogami, po których szliśmy na wschód. Horyzont usiany był prymitywnymi, drewnianymi wiatrakami, które służyły nam za miejsca postoju i odpoczynku w tym samotnym marszu przez krainę, która pozostawiła u nas wrażenie wolności, połączonej z przytłaczającym poczuciem pustki.
Zatrzymaliśmy się w zapuszczonym zagajniku akacji, który dawał odrobinę cienia w oceanie traw. Kompania na boleśnie otartych i posiniaczonych nogach przeszła sześćdziesiąt kilometrów w czasie krótszym niż dwadzieścia cztery godziny. Pokryte kurzem, w którym pot porobił bruzdy, ogorzałe w słońcu i wietrze twarze patrzyły spod ciężkich hełmów na nasze „królestwo”. Ręce śliskie od potu chwyciły łopatki saperskie, aby ryć dziury w ziemi. Padła komenda: „Okopać się.”
Rozebrani do pasa, w milczeniu wgryzaliśmy się w ziemię. Opodal, brzęczenie pszczół przypominało mi o ich własnym, niekończącym się znoju. Clemens i Gehr, kierowcy ciągników, wpadli na pomysł odszukania ula w nadziei na znalezienie miodu. Wyposażeni w menażki, celty namiotowe i maski przeciwgazowe, zniknęli między zabudowaniami kołchozu za pozycjami naszych działek.
Po godzinie pracy, po lewej stronie stanowiska naszego Paka skonstruowałem prawdziwy szaniec, na którym położymy karabiny i granaty; jego wyższa ściana zwrócona była w stronę naszego frontu. Działko przeciwpancerne, dokładnie zamaskowane gałęziami i trawą, stało na skraju zagajnika. Przed nami, przez otwarte pole, po osi wschód-zachód biegła piaszczysta droga. W falującym od popołudniowego słońca powietrzu, na horyzoncie widać było zabudowania odległej wsi.
Po lewej stronie drogi, na tyłach zagajnika, starszy szeregowy Poell ustawił swój pojazd półgąsienicowy, po czym zabrał się za maskowanie swojego Paka. Obserwatorzy artyleryjscy z pododdziałów artylerii i moździerzy wysunęli się do przodu, niosąc na plecach bębny z kablem telefonicznym. Ciszę pozornie spokojnego świata zakłócało tylko sporadyczne pobrzękiwanie łopatek saperskich, menażek i manierek.
Właśnie zwinąłem sobie pod głowę moją zakurzoną bluzę, robiąc z niej poduszkę i w popołudniowym słońcu zaczynałem zapadać w drzemkę, kiedy ciszę rozdarł wystrzał z karabinu. Jednym ruchem stoczyłem się do świeżo wykopanego dołka strzeleckiego, założyłem ciężki, stalowy hełm i przyłożyłem do ramienia kolbę broni. Wpatrując się przed siebie, byłem w stanie dostrzec jedynie pustkę i kołyszące się trawy. W czasie szkolenia piechoty wbijano nam do głowy, by strzelać przy najmniejszych oznakach ruchu, do każdego poruszającego się liścia i każdego źdźbła chwiejącej się trawki. Wszystko po to, by zabić wroga. A teraz, z bijącym sercem łapałem myśli, kłębiące mi się w głowie: czy to dzisiaj będzie ten dzień, w którym będę musiał zabić innego człowieka? Kto strzeli pierwszy, kto pierwszy trafi? On czy ja? Czy będę musiał dzisiaj zabijać, by ocalić życie swoje i swoich towarzyszy? Pamięć przywołała obrazy mijanych po drodze rzędów mogił ze starannie ustawionymi krzyżami i z zawieszonymi na nich nieśmiertelnikami. Próbowałem wyrzucić je z głowy.
Po lewej stronie, jakieś sześćset metrów od naszych pozycji, ciszę przerwał odgłos broni ręcznej. Dźwięki, początkowo przypominające znajomy odgłos wystrzałów na strzelnicy, przerodziły się w szaleńcze wystrzały i nad naszymi głowami zagwizdały rykoszety. W dalszym ciągu wybałuszaliśmy piekące oczy, ale przed naszymi stanowiskami nie dostrzegaliśmy niczego niezwykłego. W oddali, poprzez ogień karabinowy przebił się charakterystyczny trzask działka przeciwpancernego.
Po kilku minutach wszystko się uspokoiło. W powietrzu unosił się kurz i słaby, drażniący zapach spalonego prochu. Po naszej prawej stronie w błękitne popołudniowe niebo bił słup czarnego dymu. Skuleni, pozostaliśmy na stanowiskach; przyciszonymi głosami, z sercami bijącymi z niepokoju, próbowaliśmy ocenić, co się wydarzyło. Jakiś czas później dowiedzieliśmy się od łącznika, iż działko przeciwpancerne Poella zniszczyło sowiecki samochód pancerny oraz że odparto atak kompanii rosyjskiej piechoty.
Nie mogliśmy wiedzieć, że w nadchodzących miesiącach i latach ta krótka utarczka będzie uważana za nic innego, jak zwykłą i nieistotną potyczkę z nieprzyjacielem. To pierwsze drobne starcie pułku nie wyglądało na zwiastun makabrycznych lat walki, nacechowanej wyrzeczeniami, smutkiem i niezliczonymi ofiarami. To miało dopiero nadejść. Wielu z nas miało nigdy nie powrócić z tych przepastnych przestrzeni, ale wtedy nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi myślami.
Wróciłem do mojego dziennika, małego, kieszonkowego notatnika oprawionego w czarną ceratę, z rogami już nieco postrzępionymi i kartkami poplamionymi potem i deszczem, by opisać w nim ten incydent.
Nasi dwaj kierowcy powrócili z menażkami kapiącymi od miodu, który stał się wspaniałym dodatkiem do naszych wieczorowych racji. Zjedliśmy miód z komiśniakiem, ciesząc się z odmiany i zastąpienia nim zwyczajowej puszkowanej kaszanki. Spłukaliśmy chleb z miodem zimną herbatą i przygotowaliśmy się do kolejnego wymarszu o świcie.
30 lipca zastał nas na postoju w Michajłowce. W ciągu kilku ostatnich dni niektóre z naszych oddziałów doświadczyły nalotów sowieckich bombowców i samolotów szturmowych, które jednak nie przyczyniły się do spowolnienia tempa naszego marszu. Kompanie piechoty i jednostki o ciągu konnym maszerowały nocą i przebyły około sześćdziesięciu pięciu kilometrów, dochodząc w dniu 31 lipca do Kaharłyka. Podano nocne hasło i rozeszły się pogłoski o zbliżającym się ataku na szerokim froncie, który miał się rozpocząć o godzinie siódmej następnego ranka. Spędziliśmy noc zawinięci w nasze namiotowe „ćwiartki”, skuleni w wyścielonych trawą dołkach strzeleckich.
Plotki się sprawdziły i 1 sierpnia, dokładnie o godzinie siódmej rano, rozpoczęliśmy natarcie w kierunku sowieckich umocnień pod Mirowką. Przed nami rozciągało się gigantyczne, puste pole, gdzie wzrokiem można było ogarnąć step, który poza łagodnie pofałdowanym terenem i zagłębieniami niewidocznymi dla niewprawnego oka, nie dawał żadnej osłony. Sowietom zapewniało to dużą przewagę, gdyż obrońcy mogli wgryźć się w ziemię, mając przed swymi stanowiskami czyste pole ostrzału. Poczyniliśmy ostatnie przygotowania do opuszczenia naszych pozycji i do ruszenia przez otwarty step.
Przy niewielkim wysiłku wysunęliśmy nasze działko na stanowisko na skraju pola pszenicy, skąd mieliśmy doskonały widok w kierunku wschodnim, na falujące, zielone morze, tylko gdzieniegdzie z rzadka poznaczone poletkami ziemniaków. Pierwsze promienie porannego słońca tańczyły na źdźbłach ukraińskiej pszenicy i w mgiełce poranka mogliśmy rozpoznać na horyzoncie odległe sylwetki domów dwóch wsi. Usiedliśmy na lawecie działka, popijając ciepłą kawę i próbując rozproszyć uczucie chłodu, które się w nas zalęgło. Każdy chciał wyglądać nonszalancko, mówiąc o rzeczach niezwiązanych z wojną, usiłując poprzez rozmowę ukryć niepokój, dobrze widoczny na spalonych słońcem twarzach. Kilkadziesiąt metrów dalej oficerowie kompanii zbili się w ciasne gromadki, dyskutując przyciszonymi głosami, spoglądając w stronę pozycji nieprzyjaciela i od czasu do czasu podnosząc do oczu lornetki.
O godzinie szóstej pięćdziesiąt nasza artyleria otworzyła ogień. Ciężkie pociski wyły nad naszymi głowami w drodze na ustalone cele na pozycjach wroga, a piechota, obciążona bronią, amunicją, sprzętem łączności i ładunkami wybuchowymi ruszyła do przodu na szerokim froncie. Wydawało się, że natarcie w każdym szczególe posuwa się dokładnie tak, jak zaplanowano, co początkowo sprawiało wrażenie, iż są to kolejne ćwiczenia w Pffarkirchen czy w Dugo Selo.
Zdobyczny francuski ciągnik z głośnym stukotem podjechał na nasze stanowisko. Podczepiliśmy działko, wspięliśmy się na pojazd i pojechaliśmy, zostawiając za sobą wielką chmurę kurzu. Minęliśmy zwiadowczy samochód pancerny, zniszczony dzień wcześniej przez Poella i nasz wzrok przykuł wciąż jeszcze niecodzienny, makabryczny widok na wpół spalonego trupa z nagim tułowiem, zwisającego z jednego z luków.
Dwa działka przeciwpancerne naszego plutonu wyrwały przed siebie po pofałdowanym terenie, towarzysząc pododdziałom przemieszczającym się po piaszczystej drodze w kierunku Kaharłyka. Karabiny maszynowe naszej wysuniętej do przodu piechoty weszły już do akcji; dobrze słyszalne serie MG-34 niosły się w naszą stronę ponad kłosami pszenicy. Za nami, działa artyleryjskie i moździerze tłukły głuchym łomotem, kontrastującym z wysokim dźwiękiem wydawanym przez broń małokalibrową.
Nagle zaświstały rykoszety, odbijając się wokół nas i w poszukiwaniu ukrycia wylądowaliśmy pośród bruzd i kolein na drodze.
„Kryć się!”, krzyknął Hartmann, dowódca działonu.
W coraz głośniejszym huku broni wszelkiego kalibru widzieliśmy jego gestykulujące ramiona i poruszające się usta. Jego komendy utonęły w dudniącym grzmocie. I oto nadszedł ten moment. Przyszła chwila, w której będziemy musieli stawić czoła nieprzyjacielowi. Pomimo gniotącego nas strachu, to, co nieuniknione, przyjęliśmy z głęboką ulgą, co było dowodem na zmianę naszych priorytetów od czasu rozpoczęcia marszu.
Obsługi dział rzuciły się do pracy automatycznie, jak to robiły już niezliczoną ilość razy w czasie ćwiczeń. Kanonierzy numer jeden i dwa poluzowali łoże i zablokowali koła. Kanonierzy numer trzy i cztery odciągnęli szeroko na bok ogony łoża, podczas gdy celowniczy jednocześnie ustawiał zasięg strzału i obniżał lufę do położenia w poziomie. Ładowniczy otworzył zamek, a amunicyjni wyrzucali skrzynki z amunicją z jaszcza. Wystarczył jeden ruch, by płynnie wprowadzić pierwszy nabój do komory. Szczęknął zamek i działo było gotowe do strzału. Hartmann przyklęknął obok działa z lornetką w ręku i regulaminowo wydawał rozkazy celowniczemu: „Prawy skraj żywopłotu… odległość czterysta… gniazdo karabinu maszynowego. Ognia!” W odpowiedzi na jego wyuczone komendy, w ciągu najbliższych kilku sekund jeden pocisk za drugim zaczął opuszczać lufę.
Mogliśmy dostrzec, jak pluton piechoty z 5 kompanii zaległ w płytkim zagłębieniu terenu, przygwożdżony ciężkim ogniem nieprzyjacielskich karabinów maszynowych. Pod osłoną ognia z działka przeciwpancernego – nasze pociski spadały teraz bezpośrednio na stanowiska wroga – pluton zaczął przesuwać się do przodu. Objuczeni oporządzeniem piechurzy, powoli brnący przez pole pszenicy, byli doskonale widoczni. Smużki dymu wskazywały miejsca, w których suche źdźbła zostały podpalone przez serie pocisków smugowych.
Kołchoz o nazwie Mały Kaharłyk, w którym zgodnie z doniesieniami znajdowali się sowieccy obserwatorzy artyleryjscy, został wzięty na cel przez drugiego Paka i ostrzelany z odległości sześciuset metrów. Słomiane strzechy zabudowań kołchozu zaczęły palić się jasnym ogniem, a w czyste niebo podniosły się słupy gęstego, czarnego dymu.
Otrzymaliśmy rozkaz zmiany stanowisk i przesunęliśmy się na skrzyżowanie dróg w stronę płonącej wsi. W huku rozrywających się granatów moździerzowych i dudnieniu karabinów maszynowych słyszeliśmy własne wiwaty, wyrywające nam się ze spieczonych gardeł na widok Rosjan opuszczających swoje pozycje. Usiłowali uciec z gospodarstwa wzdłuż zakurzonej drogi wiodącej w kierunku wschodnim i wtedy ożywiły się nasze szybkostrzelne szpandały3 MG-34, polewając seriami nabojów, odzianych w platerowane miedzią łuski, umykające grupki ludzi w zielono-brązowych mundurach. Po prawej stronie, z przerażonymi spojrzeniami i rękoma podniesionymi w górę, pokazali się pierwsi jeńcy. Szybko zdarto z nich hełmy i oporządzenie, oni zaś instynktownie pobiegli truchtem w stronę naszych tyłów, trzymając ręce założone na tył głowy.
W czasie zmiany stanowiska, nasz Chenilette zgubił gąsienicę. Ciągnik zakręcił się niefortunnie wokół własnej osi i stanął, beznadziejnie utknąwszy pośrodku gołego pola na oczach nieprzyjaciela. Kierowcy wyskoczyli z pojazdu i gorączkowo usiłowali usunąć awarię, my zaś odczepiliśmy działko, zarzuciliśmy uprzęże i próbowaliśmy ręcznie przeciągnąć je do przodu. W tym czasie Pak oznaczony w naszej kompanii numerem 1 minął nas i zostawił z tyłu, podskakując na drodze i oddalając się w kierunku odgłosów wystrzałów.
Pot przesiąkał nasze szarozielone mundury i zostawiał ślady na twarzach pokrytych pyłem i brudem, a ukraińskie słońce rozgrzewało ciężkie hełmy. Zmęczeni, ciężko łapiąc powietrze, napieraliśmy na szelki do ciągnięcia działka, podczas gdy wystrzały karabinowe trzaskały dobrze już znanym echem i kule dziobały suchą, zeskorupiałą nawierzchnię drogi. Od czasu do czasu małe fontanny piasku wystrzeliwały nieregularnymi ściegami wzdłuż drogi, gdy kule wystrzeliwane z cekaemu ustawionego na skraju Małego Kaharłyka uderzały niedaleko nas. Z tarczą ochronną zwróconą do przodu, raz jeszcze gwałtownie szarpnęliśmy za uprząż, aby podciągnąć działko dalej. Na naszych twarzach malowało się znużenie i strach. Niekiedy rozlegał się ostry brzęk, gdy kula niczym młotek uderzała w pancerną tarczę, co w straszny sposób przypominało nam, że wciąż jesteśmy pod ogniem pojedynczych strzelców.
Hartmann pobiegł przodem, aby znaleźć odpowiednie stanowisko dla działka. Na szyi dyndał mu pistolet maszynowy, w prawym ręku ściskał granat. Gdy zeszliśmy z drogi, zauważyliśmy ślady świeżo wzruszonej ziemi, które układały się w kształt niewyraźnej szachownicy. Rosjanie blokowali nam przejście swoimi pudełkowatymi minami. Rekonesansowi Hartmanna zawdzięczamy, że przypadkowo nie zabłąkaliśmy się w to miejsce.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, by pod skąpą osłoną tarczy złapać oddech. Nigdzie nie było widać budynku, drzewa czy krzaczka, który mógłby zapewnić choćby najlżejszą ochronę przed palącym południowym słońcem. Z płucami pracującymi jak miechy na chwilę zastygłem na czworakach. Inni padli w rowie na skraju drogi w próżnej nadziei na znalezienie cienia; niektórzy po prostu rozciągnęli się na ukraińskiej ziemi.
Wciąż miałem mglistą świadomość uderzających blisko kul z Maksima, ale gdy leżałem na piasku łomot serca nieco się uspokoił. Niosące śmiertelne zagrożenie kule dalej gwizdały nam nad głowami.
Rosjanie usiłowali wstrzelać się w nasz zepsuty ciągnik, stojący teraz jakieś sto metrów od miejsca, do którego dzięki naszym wysiłkom dowlekliśmy działko. Do góry wyskakiwały fontanny ziemi i Chenilette skrył się w chmurze szarego dymu, gdy obramowały go padające pociski. Pomimo gradu kul, dziurawiących powietrze nad ich głowami, kierowcy nie zostali nawet draśnięci i zdołali zreperować gąsienicę. Clemens wskoczył na siedzenie, gwałtownie wrzucił bieg i rycząc silnikiem wyrwał do przodu, podskakując na wybojach w naszym kierunku.
Drugie działko, stojące po lewej stronie i oddalone od nas o jakieś sto metrów, otworzyło ogień, próbując zniszczyć Maksima. Ciągnik artyleryjski popełzł lewą stroną drogi i skręcił gwałtownie w ogromne, rozciągające się po horyzont pole pszenicy. Karabin maszynowy bezustannie trzymał ciągnik pod ogniem, ale amunicja małego kalibru nie wywierała wielkiego wrażenia na opancerzeniu pojazdu.
Przybycie naszego kierowcy wraz z ciągnikiem powitaliśmy z mieszanymi uczuciami. Bardzo chcieliśmy zmienić pozycję i Chenilette mógł teraz pociągnąć ciężkie działko, z drugiej strony jednak byliśmy w pełni świadomi faktu, iż pojazd skupia na sobie dodatkowy ogień nieprzyjaciela. Przez głowę przemknęła mi myśl, by porzucić działo i poszukać osłony przed ostrzałem Rosjan, ale szybko zrezygnowałem z tej niedorzecznej idei i ze zdwojoną siła naparłem na uprząż. Po chwili, która trwała wieczność, działko zostało podczepione do ciągnika. Wyjąc silnikiem, ciągnął je w podskokach po nierównym gruncie.
Rosjanie skrócili ogień swojej artylerii i przenieśli go teraz bliżej własnych pozycji. Eksplozje ciężkich, wypełnionych silnym materiałem wybuchowym pocisków kładły się coraz bliżej nas, rozrywając się pomiędzy naszymi najbardziej wysuniętymi do przodu pododdziałami. Erupcje nadlatujących pocisków trzęsły ziemią i wydawane komendy można było dosłyszeć tylko z wielkim wysiłkiem.
7 kompania, po naszej lewej stronie, uwikłała się w ciężki bój. Gdy posuwaliśmy się do przodu, Rosjanie opuszczali swoje stanowiska i uciekali przez pole pszenicy w stronę Kaharłyka, odległego o około pięćset metrów. W sięgającym do pasa zbożu, strzelcy karabinów maszynowych, chcąc mieć czyste pole ostrzału, strzelali ze swoich MG-34 w pozycji stojącej, opierając broń na ramionach kolegów z obsługi. Wielu Rosjan zostało trafionych seriami broni maszynowej, przewracając się na ziemię i znikając w pszenicy.
Kawałek dalej wpadliśmy pod sporadyczny ogień karabinowy prowadzony przez grupę Rosjan, którzy potem się poddali i nadbiegli w naszą stronę z podniesionymi rękami. Na ich twarzach wyraźnie było widać zmęczenie i strach.
Cel na dzisiejszy dzień – nasyp linii kolejowej przed wsią – został osiągnięty. W ciągu sześciu godzin ciężkiej walki zdobyto dwanaście kilometrów terenu. Nie mogłem opędzić się od myśli, jak bardzo nieistotne jest te dwanaście kilometrów na mapie przepastnego kraju, gdzie od świtu do nocy przed oczami ciągnęły się po horyzont puste pola. Zastanawiałem się, ile jeszcze bojów o kolejne tuziny kilometrów czeka nas podczas naszego marszu, coraz dalej od zachodzącego słońca.
Natknęliśmy się na jednego z naszych zabitych, leżącego bez ruchu w pyle drogi, z hełmem wciąż starannie zapiętym pod brodą i niewidzącymi oczami wpatrzonymi w niebo.
Rosyjscy jeńcy zostali szybko zatrudnieni przy przenoszeniu rannych na punkt opatrunkowy. Eskortowana przez naszych lekko rannych, maszerujących skrajem drogi, godna pożałowania kolumna popełzła na tyły w kierunku punktu zbornego 2 batalionu.
Takim oto sposobem nasz pułk doświadczył swojego pierwszego boju z nieprzyjacielem oraz poniósł swoje pierwsze straty. Nie przepełniała nas radość ze zwycięstwa i uczucie podniecenia szybko z nas wyparowało, zastąpione przez smutek i przemożną chęć opuszczenia tego miejsca. Do tej pory nie doświadczyliśmy jeszcze prawdziwych efektów niekończącej się walki, która sprawia, że wszystkie dotychczasowe więzi łączące człowieka z rodziną i jego kręgiem kulturowym zostają nieuchronnie wyparte przez poczucie bliskości z towarzyszami broni. To miało dopiero nadejść w tygodniach, miesiącach i latach, które nas czekały. Przy okazji, dziennikarze przydzieleni do kompanii propagandowej napiszą barwne relacje z wydarzeń i nie omieszkają dodać, że polegli i ranni spełnili swój obowiązek w służbie ojczyzny i Führera.
Obsługa naszego działka została wyznaczona do pełnienia roli osłony. Kiedy zapadł zmierzch, ustawiliśmy działo przy drodze w pobliżu pozycji obronnych batalionu. Pojedyncze wybuchy pocisków moździerzowych niosły się echem ponad polem pszenicy i sprawiały wrażenie, iż gonią za słońcem, tonącym powoli na zachodzie, od strony Niemiec. Nasze myśli towarzyszyły opuszczającej się za horyzont płomienistej kuli, której blask przebijał się przez wieczorną mgiełkę. Myśleliśmy o naszej ojczyźnie, którą zostawiliśmy tysiąc pięćset kilometrów za sobą.
Front nie chciał zasnąć tej nocy. Pododdziały zwiadowcze obu stron były w ciągłym ruchu, przemykając w ciemności i próbując wymacać pozycje przeciwnika. Raz za razem ogień rosyjskiego Maksima rwał ciemność i zawsze odpowiadał mu stukot naszego szpandała, do którego szybko dołączał bezładny ogień karabinowy. Czasem po polu niósł się huk eksplozji granatów i ostre wystrzały pistoletów maszynowych, a wtedy linie obronne przez dłuższy czas rozświetlały skwierczące, wzlatujące w niebo flary. Nad ranem wycofano nas z linii i przerzucono dwa kilometry dalej na południe, gdzie szykowano nowy atak.
2 sierpnia zapamiętaliśmy odmianę w monotonnym wyżywieniu opartym na suchym prowiancie. Ugotowaliśmy sobie ziemniaki, świeżo nakopane w jakiejś bezimiennej ukraińskiej wsi. Oberschütze Fehr zdążył już oskubać kurę, którą zjedliśmy z ziemniakami i obranymi ze skórki ogórkami.
W odległości kilkuset metrów, na podjeździe do wsi, na małym wzgórku stał wypalony transporter półgąsienicowy, należący do kaprala Aignera. W czasie wczorajszej walki wjechał prosto na dobrze zamaskowane pole minowe, na którym trzech żołnierzy z obsługi działa spotkało swoją śmierć. Dwóch zginęło natychmiast, zaś Aignerowi mina urwał obie nogi i zmarł jeszcze tej samej nocy na punkcie medycznym. Widać stąd było ich hełmy, złożone razem pod brzozowym krzyżem; ich mogiła dopisała się do rosnącej liczby strat, którymi niemiecka armia płaciła za wojnę w Związku Radzieckim.
Niedaleko od ich prostego kopczyka leżał rząd kilkudziesięciu min w drewnianych pudełkach, wykopanych przez saperów. Żołnierze zdążyli już wynaleźć stosowną nazwę dla tych śmiercionośnych, małych pudełek i nazywali je „trumienkami dla dzieci”.
W szeregach piechoty rozeszła się wieść o tym, jak dywizyjny kapelan, Satzger, ryzykował życie, aby ściągnąć kilku rannych, którzy leżeli przed pozycjami wroga w czasie wczorajszego ataku. Dla nas zawsze istotne było, jak traktuje się rannych, gdyż zdawaliśmy sobie sprawę, że w każdej chwili, bez żadnego ostrzeżenia możemy dołączyć do ich grona.
Wielu żołnierzy, którzy wcześniej nie zdradzali takich inklinacji, zaczęło uczestniczyć w obrządkach religijnych, a rosnąca świadomość naszej własnej śmiertelności sprawiła, że zaczęliśmy doceniać obecność kapelana. Gdy lista ofiar zaczęła się wydłużać, kapelan, który nie nosił w armii niemieckiej oznak stopnia wojskowego, zaczął odgrywać coraz istotniejszą rolę w naszym życiu. Dla wielu – zbyt wielu – będzie miał ostatnie słowo pociechy i będzie ostatnim, który udzieli im wsparcia zanim i oni umrą od śmiertelnych ran.
Z każdym dniem nasze linie zaopatrzenia stawały się coraz bardziej rozciągnięte, a kiedy nasz impet wyhamował, zaczęliśmy w coraz większym stopniu doświadczać sporadycznych ostrzałów artyleryjskich. Któregoś razu odłamek pocisku zerwał moją maskę przeciwgazową wraz z saperką, dziurawiąc przy okazji moją bluzę, ale poza siniakiem na biodrze obyło się bez zranienia. Rosyjskie oddziały osłonowe wycofywały się przed naszym nadejściem, dokładając starań, by spalić jak największą liczbę gliniano-słomianych chat i pozostawiając za sobą wiecznie aktywną kadrę snajperów, którzy za cenę własnego życia powoli wyrywali z naszych szeregów śmiertelną daninę krwi.
3 sierpnia większą część nocy spędziliśmy leżąc pośrodku pola rzepy. Pluton rozpoznawczy ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż niezniszczony kołchoz, położony w odległości około pół kilometra od nas, nie był zajęty przez nieprzyjaciela, więc we wczesnych godzinach przed świtem przenieśliśmy się do małego skupiska chat. Kompanijna kuchnia podesłała do przodu trochę gorącej kawy oraz chleb ze smalcem. Obsada naszego działa zajęła dla siebie jedną z chałup, w której zasłaliśmy glinianą podłogę sianem i drzemaliśmy tam przez kilka godzin, zadowoleni, że nie leżymy gdzieś w ciemności pośród rzepy.
Następnego dnia posuwaliśmy się jeszcze dalej na wschód aż do momentu, kiedy nasza wysunięta szpica dotarła do szerokiego Dniepru. Gdy zbliżaliśmy się do brzegów rzeki mieliśmy wrażenie, że gigantyczna masa wojsk wchodzących w skład sowieckiej armii wyparowała i że zwycięstwo wydaje się pewne.
Przez całe tygodnie nasz ustalony porządek składał się z niekończących się przemarszów, przerywanych tylko sporadycznym oporem niewielkich grupek sowieckich maruderów, których przeganiała nasza awangarda. Napotykane co jakiś czas trupy nieprzyjaciół nie budziły już większego zainteresowania, zaś widok nieodmiennie podnoszących się z ziemi i podchodzących do nas z uniesionymi rękami jeńców całkiem spowszedniał. Najczęściej po prostu ich rozbrajano i ruchem ręki kierowano na tyły, często bez żadnej eskorty, aby tam zajęły się nimi nasze tyłowe oddziały.
Wieczór 5 sierpnia zastał nas na nowo pobudowanych stanowiskach obronnych pod wsią Prucki Wielkie. Złowieszczy grzmot ciężkiej nawały nie milkł nawet na chwilę, gdy nasza artyleria kontynuowała ostrzał pozycji nieprzyjaciela gdzieś za linią horyzontu. Przez całą noc nerwowo wyczekiwaliśmy momentu ataku, który miał się rozpocząć następnego ranka.
Ruszyliśmy do przodu dokładnie za dziesięć szósta, mając za cel Dniepr. Baterie naszej artylerii strzelały pociskami dymnymi i burzącymi na górujące nad okolicą wzgórze, oznaczone jako wzgórze 197. Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy, widać było sowiecką piechotę uciekającą w chmurach dymu, zasłaniającego pole walki. Jeńcy zeznali później, że wiele ogarniętych paniką pododdziałów uciekło, bojąc się, iż w ataku na ich umocnienia zastosowaliśmy gazy bojowe. Faktycznie, meldunki z placu boju potwierdzały, że w czasie naszego ataku nieprzyjacielscy żołnierze zakładali maski przeciwgazowe.
W ciągu kilku godzin wzgórze zostało zajęte przez naszą piechotę przy minimalnych stratach. Dziesięć minut przed siódmą przeciwnik prowadził działania opóźniające, cofając się na wzgórze 160, gdzie stawił zacięty opór na przygotowanych stanowiskach.
Przesłuchania wycieńczonych jeńców potwierdziły, iż głównym czynnikiem pozbawiającym obrońców woli walki była silna koncentracja ciężkiego ognia artylerii. Późnym popołudniem nasze oddziały zostały zaatakowane przez samoloty szturmowe, ale ich naloty spowodowały tylko minimalne zniszczenia.
Rankiem 7 sierpnia mozoliliśmy się nad kopaniem stanowisk obronnych w okolicach wsi Bałyka, około stu metrów od brzegów Dniepru. Z naszych pozycji rozpościerał się widok na szeroką rzekę. W oczekiwaniu na ataki wrogich szturmowców, jak również dla zabezpieczenia się przed ostrzałem ze strony sowieckich kanonierek, staraliśmy się wgryźć w ziemię najszybciej, jak tylko się dało.
Po paru godzinach ciężkie pociski moździerzowe, wystrzeliwane z monitorów manewrujących na Dnieprze, zaczęły spadać na zbocza wzgórza wokół nas. Działo z pierwszego plutonu próbowało ostrzelać jedną z kanonierek, ale bez powodzenia. Wkrótce nasze stanowiska rozciągnięte wzdłuż rzeki znalazły się pod ogniem wrogiej artylerii i moździerzy. Pomimo naszych gorączkowych przygotowań, byliśmy zmuszeni do wycofania się z naszych stanowisk w celu uniknięcia strat, powodowanych przez ogień nieprzyjaciela, znajdującego się poza naszym zasięgiem.
W tym sektorze stanęliśmy naprzeciwko nieprzyjaciela, który posiadał przewagę w ciężkiej broni, a nasze własne baterie artylerii zostały zobligowane do oszczędzania amunicji, co było efektem wydłużenia linii zaopatrzeniowych. Głębokość naszego włamania na tereny Związku Radzieckiego zaczynała zbierać swoje żniwo i racjonowanie amunicji było pierwszym przejawem braków, których straszliwe efekty miały o sobie dać znać w oczekujących nas zmaganiach.
Odległy grzmot stojących gdzieś daleko ciężkich dział rozbrzmiewał słabym echem w naszych uszach i został szybko przytłumiony rykiem pocisków rozrywających się w otwartym terenie. Wieczór przyniósł nowe ataki ze strony „Szczurów”4 latających nisko nad naszymi pozycjami i przelatujących nam nad głowami w sposób, który nie przypominał żadnego skoordynowanego nalotu. Próbowaliśmy odpędzić je ogniem karabinów i erkaemów, ale bez powodzenia.
Któregoś wieczoru obserwowałem dwóch żołnierzy z baterii artylerii, rozlokowanej poniżej nas, którzy roznosili jedzenie. Szli wzdłuż niżej położonej części wzgórza, kierując się w stronę linii frontu. Prowadzący niósł na plecach cylindryczny termos umocowany na szelkach i widać było, jak wybierają drogę na nierównym gruncie, brnąc powoli w pofałdowanym, przeoranym przez pociski artyleryjskie terenie, błotnistym i nasiąkniętym wodą po ulewnych burzach.
Nieoczekiwanie zostaliśmy raz jeszcze zmuszeni do szukania ukrycia, zaskoczeni przez „Szczura”, który wyskoczył z nisko wiszących chmur. Dwie nadchodzące postacie rzuciły się pod osłonę ściany jednej z glinianych chałup na skraju wsi. Samolot, przelatując nam nad głowami, przejechał serią z broni maszynowej po wsi i zniknął w burzowej chmurze tak samo nagle, jak się pojawił.
Chwilę później dwóch żołnierzy ukazało się znowu, powoli posuwając się obok naszych stanowisk. Człapali z trudem, grzęznąc w błocie, idąc blisko jeden za drugim. Bezwietrzny wieczór wyraźnie niósł do nas ich przekleństwa. Drugi z idących przewiesił karabin i wolnymi rękami z obu stron obejmował termos, usiłując ocalić to, co zostało z wieczornego posiłku. Stalowy pojemnik był ewidentnie przestrzelony pociskiem z działka pokładowego myśliwca, który przewiercił go na wylot. Gorąca zawartość dwoma strumykami lała się na ziemię z obu stron termosu. W półmroku wieczoru, omijając leje po pociskach, żołnierze brodzili w błotnistej, rozoranej mazi, kierując się w stronę stanowisk baterii i oczekujących ich towarzyszy. Potykając się, szli do celu, klnąc Iwanów. Tego wieczoru zupa u artylerzystów będzie wydzielana skąpo, ale jak mało by jej nie było, wciąż będzie o niebo lepsza od monotonnej „żelaznej racji” kiszki i twardego chleba, które często przychodziło nam konsumować w czasie marszu.
Wieczorem 9 sierpnia uraczono nas pieczenią wieprzową, dostarczoną z kuchni polowej przez roznosicieli, a następnego ranka ponownie ruszyliśmy w drogę. Siły pancerne nieprzyjaciela podejmowały próby przebicia się na odcinku zajmowanym przez sąsiednią dywizję i elementy 68 i naszej 132 Dywizji Piechoty zostały skierowane do wzmocnienia tego sektora.
Wymarsz przewidziano na godzinę ósmą. Przed wyruszeniem wydano nam kawę i chleb ze smalcem. Pomimo mdlącego odoru martwego konia, którym zalatywało ze skraju drogi, chętnie zjedliśmy nasz pierwszy posiłek od czasu sławnej pieczeni z poprzedniego dnia. W czasie naszej krótkiej przerwy przeleciała nad nami formacja Stukasów. Mogliśmy popatrzeć, jak wyłamują się z szyku i niczym jastrzębie nurkują na niewidzialne ofiary. W czasie, gdy Stukasy zrzucały bomby na kolumny rosyjskich czołgów i miejsca koncentracji oddziałów, skrytych przed naszym wzrokiem za załomami terenu, ich wyjące syreny siały panikę i zamieszanie w szeregach wroga. Grzyby czarnego dymu podnosiły się do nieba, znacząc miejsca, w których pojazdy padły ofiarą bombowców nurkujących.
Rosjanie wkrótce odpowiedzieli własnymi atakami z powietrza. Nie mając czasu na przygotowanie pozycji obronnych, rzuciliśmy się pod osłonę płytkiego zagłębienia terenu, jednakże samoloty przeciwnika przeleciały obok nas. Kilka bomb spadło nam za plecami w pobliżu punktu opatrunkowego, ale obeszło się bez strat.
12 sierpnia nasze lotnictwo dokonało zrzutów amunicji dla baterii artylerii stojących na naszych tyłach. W ciągu ostatnich dni nasza artyleria prowadziła nieprzerwany ogień, odpierając silne sowieckie kontrataki, a obserwatorzy lotniczy meldowali, że Rosjanie pod Kaniowem wycofują swoje siły przez Dniepr i dalej w kierunku wschodnim. Nasze jednostki ponawiały ataki, lecz opór nieprzyjaciela stężał i nasze zdobycze terenowe były nikłe.
Moje działo zajęło stanowisko w pobliżu nasypu kolejowego w celu zabezpieczenia linii kolejowej biegnącej w kierunku Kaniowa i dalej przez Dniepr. Popołudnie było na naszym odcinku spokojne i wraz z Hartmannem wybrałem się na krótki rekonesans okolicy.
Za linią kolejową w kierunku wschodnim, na skraju małego zagajnika, nagle stanęliśmy jak wryci, gapiąc się wprost w otwór lufy Maksima, ustawionego mniej niż dziesięć metrów od nas. Ukryte w cieniu nisko zwieszających się gałęzi, odziane w mundur koloru khaki i zbryzgane krwią ciało leżało bez ruchu na łożu cekaemu, jakby odpoczywając.
Cicho zwalniając bezpieczniki naszych pistoletów maszynowych, ostrożnie posunęliśmy się do przodu, lustrując wzrokiem scenę przed nami. Wzdłuż nasypu kolejowego, w nierównej linii leżało blisko siebie około trzydziestu martwych Rosjan. Z pozycji, w jakich zastygli, jasno wynikało, iż podczas wczorajszych walk wystrzał z czołgu lub ostrzał broni pokładowej samolotu złapał ten pluton flankującym ogniem, w jednej chwili zabijając i raniąc wszystkich.
Powoli podkradłem się, by obejrzeć poległych i dostrzegłem, że martwa dłoń jednego z trupów wciąż ściskała otwarty opatrunek osobisty z bandażem w środku. Ciężko ranny Rosjanin na próżno próbował go sobie nałożyć i nie będąc w stanie zahamować krwotoku, umarł tam, gdzie leżał. Jego bluza była odpięta do pasa, a cały mundur aż czarny od zakrzepłej krwi ze śmiertelnej rany. Mój wzrok prześlizgnął się z pierwszej postaci i zatrzymał się na ciele żołnierza z naszywkami sierżanta. Podoficer trzymał w uścisku jedno z kół łoża Maksima, jego nic już niewidzące oczy wlepione były w pas z amunicją w miejscu, gdzie wchodzi do komory cekaemu. Inny wciąż trzymał w swych zimnych dłoniach karabin i opierał głowę o ziemię, jakby spał. Pasek jego oliwkowego hełmu wciąż był starannie zapięty pod brodą.
Hartmann prześlizgnął się koło mnie i powoli podszedł do dwóch żołnierzy leżących blisko obok siebie. Jeden z nich obejmował ramieniem drugiego, jakby ostatnim uściskiem chciał przynieść pociechę umierającemu towarzyszowi. Gdy Hartmann podszedł do nich, w powietrze wzbiła się protestująca chmara much, przerywając śmiertelną ciszę. Podszedłem do niego, by także spojrzeć na koszmarną scenę.
Chodząc cicho po polu tej masakry, Hartmann nagle odwrócił się i bez słowa przeszedł obok mnie, kierując się w stronę, z której przyszliśmy. Starannie unikając patrzenia w oczy zabitym, szybko poszedłem w jego ślady.
