Czerwona Seria. Przystanek Moskwa. Niemiecki lekarz na froncie wschodnim 1941 – 1942 - Dr. HEINRICH HAAPE - ebook

Czerwona Seria. Przystanek Moskwa. Niemiecki lekarz na froncie wschodnim 1941 – 1942 ebook

Dr. HEINRICH HAAPE

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wspomnienia doktora Heinricha Haape są unikalnym zapisem do świadczeń lekarza na froncie wschodnim II wojny światowej. To relacja ze świata gdzie przebiega cienka linia między życiem i śmiercią, odwagą i tchórzostwem, i gdzie przysięgę Hipokratesa brutalnie weryfikuje koszmar wojny. To opowieść człowieka wrażliwego, dla którego ludzkie cierpienie nie ma narodowości ani koloru munduru.

Niezwykle barwny opis wojennych losów autora jest nie tylko relacją dokonań lekarza, ale i opowieścią żołnierza, który po dziesięciu miesią cach walk znalazł się wśród dwudziestu ośmiu ostatnich, pozostałych przy życiu ludzi swojego batalionu – z ośmiuset, którzy przekroczyli Bug w czerwcu 1941 roku.

„Przystanek Moskwa” to jedna z najbardziej dramatycznych relacji z drugiej wojny światowej, która stała się klasyką tego typu gatunku literackiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 694

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Operacja „Barbarossa”

Ope­ra­cja „Bar­ba­rossa”

Pięć minut do godziny „X”!

Dzi­siaj jest 22 czerwca 1941 roku. Razem z dowódcą bata­lionu Neu­hof­fem i jego adiu­tan­tem Hil­le­man­n­sem stoję na grzbie­cie nie­wy­so­kiego wzgó­rza na połu­dniowo-wschod­niej gra­nicy Prus Wschod­nich. Na wprost przed nami roz­cią­gają się rów­niny Litwy, wciąż jesz­cze pra­wie nie­wi­doczne w pół­mroku przed­świtu. Który to już raz rzu­cam ukrad­kiem okiem na fos­fo­ry­zu­jący w ciem­no­ści cyfer­blat zegarka na ręku. W tym momen­cie jest dokład­nie trze­cia rano. Wiem, że wła­śnie w tej chwili, tak samo jak ja, ner­wowo wpa­trują się w swoje zegarki miliony nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Dzia­ła­nia wszyst­kich for­ma­cji Wehr­machtu są ze sobą w pełni zsyn­chro­ni­zo­wane. Trzy ogromne grupy nie­miec­kich armii, wsparte lot­nic­twem, stoją w peł­nej goto­wo­ści do ataku, po któ­rym nastąpi kolo­salna rzeź. To zasty­gła w napię­ciu gigan­tyczna kon­cen­tra­cja nie­zli­czo­nych kom­pa­nii, bata­lio­nów, puł­ków i dywi­zji oraz cze­ka­ją­cych nie­cier­pli­wie swej godziny „zero” licz­nych eskadr Luft­waffe – samo­lo­tów roz­po­znaw­czych bli­skiego i dale­kiego zasięgu, myśliw­ców, bom­bow­ców tak­tycz­nych i nur­ku­ją­cych …

Jeszcze cztery minuty!

Cały nie­miecki front wschodni, od Zatoki Fiń­skiej na pół­nocy po Morze Czarne na połu­dniu, zajął pozy­cje wyj­ściowe do miaż­dżą­cego ataku na Rosję. Natar­cie roz­pocz­nie się jed­no­cze­śnie z terenu Fin­lan­dii, Prus Wschod­nich, Pol­ski, Kar­pat i Rumu­nii. Nikt z nas nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że strasz­liwy szkwał ognia na fron­cie dłu­go­ści ponad dwóch tysięcy kilo­me­trów zmie­cie z powierzchni ziemi nad­gra­niczne umoc­nie­nia nie­przy­ja­ciela. Nasze armie, zahar­to­wane niczym stal na polach bojów pod­bi­tej Europy, już wkrótce nie zosta­wią z nich kamie­nia na kamie­niu. Każdy z naszych żoł­nie­rzy jest w pełni świa­dom zna­cze­nia tej wiel­kiej kam­pa­nii i rozu­mie wagę sto­ją­cego przed nim zada­nia. Nie­za­leż­nie od tego, czy jego wzrok skie­ro­wany jest w stronę Lenin­gradu, Moskwy, Kijowa, Dnie­pru czy Morza Czar­nego, każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że roz­ciąga się przed nim bez­kres kra­iny o praw­dzi­wie nie­zmie­rzo­nych odle­gło­ściach.

Jeszcze trzy minuty!

Myślę o swo­ich towa­rzy­szach broni, leka­rzach woj­sko­wych, znaj­du­ją­cych się teraz w Fin­lan­dii, gdzie wła­śnie w tej chwili wstaje świt, który roz­ga­nia mrok. Tutaj, w Pru­sach Wschod­nich, wciąż jesz­cze otula nas nie­prze­nik­niona zasłona głę­bo­kiej, bez­gwiezd­nej i bez­k­się­ży­co­wej nocy, gdzie nisko wiszące chmury zakryły szczel­nie nie­bo­skłon. Od litew­skich pól deli­kat­nie nara­sta i zaczyna wiać leciutki, cie­pły wia­te­rek. Nie­ocze­ki­wa­nie dociera do mnie, że lekko się spo­ci­łem, ale to bar­dziej rezul­tat strasz­nego napię­cia tych ostat­nich, donio­słych chwil, niż efekt duchoty, zwy­cza­jo­wej dla let­nich nocy. W mar­twej ciszy, do przodu, w stronę wyzwa­la­ją­cej mimo­wolne drże­nie linii gra­nicy, bez­sze­lest­nie prze­su­wają się nasi sape­rzy i grupy sztur­mowe. To samo dzieje się nie tylko na naszym odcinku, ale na całej sze­ro­ko­ści ogrom­nego frontu. Jeste­śmy towa­rzy­szami broni – w otu­la­ją­cym nas mroku nocy nie­mal fizycz­nie odczu­wamy łączące nas więzi bojo­wego bra­ter­stwa – czuje je każdy z trzech milio­nów nie­miec­kich żoł­nie­rzy, goto­wych roz­po­cząć naj­więk­szą w histo­rii ludz­ko­ści bitwę – ope­ra­cję „Bar­ba­rossa”.

Nie­da­leko któ­ryś z żoł­nie­rzy zapala papie­rosa. Pod jego adre­sem leci przy­tłu­miona, lecz ostra komenda i nie­do­pa­łek pada na zie­mię, pospiesz­nie przy­dep­nięty woj­sko­wym butem. Nikt nie mówi ani słowa. Kró­luje cisza, z rzadka prze­ry­wana odgło­sem pobrzę­ki­wa­nia metalu, chrap­nię­ciem konia czy ner­wo­wym stu­kiem kopyta. Mam wra­że­nie, że gdzieś w oddali widzę już pierw­sze, nie­śmiałe prze­bły­ski rodzą­cego się świtu. Mimo­cho­dem wyszu­kuję okiem jaki­kol­wiek szcze­gół, w który mógł­bym wcze­pić się wzro­kiem, aby ode­gnać kłę­biące się myśli. Powo­lutku wstaje świt. Na wscho­dzie szare obłoki wypły­wają nie­śpiesz­nie z czerni nocy. Czy te ostat­nie chwile naprawdę będą trwały wiecz­nie? Znowu rzu­cam okiem na zega­rek.

Jeszcze dwie minuty!

Myślę o dale­kim domu i nagle mimo­wol­nie moje myśli bie­gną ku Mar­cie, wią­żąc mnie z nią jakimś nie­wia­do­mym spo­so­bem. Naj­pew­niej śpi teraz, podob­nie jak wszyst­kie inne uko­chane dziew­czyny, żony i matki tysięcy żoł­nie­rzy, któ­rzy tkwią tutaj na tym nie­ogar­nię­tym wzro­kiem fron­cie. Nic nie wie­dzą o tym, co tutaj robimy. Nawet do głowy im nie przyj­dzie, jakie nie­bez­pie­czeń­stwa cze­kają na ich mężów i synów w naj­bliż­szych godzi­nach, dniach, mie­sią­cach a, kto wie, może i latach. Dla nich to noc zwy­kła jak tysiąc innych, a i my nie pognie­wa­li­by­śmy się, gdyby i dla nas taka była. Ale zamiast tego pój­dziemy do ataku. Nie­koń­czącą się pro­ce­sją będą prze­su­wać się przed nami nazwy mia­ste­czek, wsi i nazwi­ska poszcze­gól­nych ludzi. Nie­któ­rym dopi­sze szczę­ście i oca­leją, nie­które prze­staną ist­nieć, inne odci­sną nie­za­tarte piętno w naszej pamięci. Będą i takie, które trwale zapi­szą się na kar­tach histo­rii. Które z nich? Tego jesz­cze nie wiemy. Wsie znikną z obli­cza ziemi, mia­sta obrócą się w perzynę. Nie­szczę­śni ludzie będą stać na pobo­czach dróg z oczami sze­roko otwar­tymi z prze­ra­że­nia. Nie­zli­czone mogiły wyro­sną na polach bitew i wzdłuż szos. Świt jest coraz bli­żej i gdy tylko pierw­sze pro­mie­nie słońca prze­go­nią na hory­zon­cie noc, obu­dzi się wojna.

Jeszcze minuta!

Nie jeste­śmy w sta­nie myśleć o niczym innym, tylko o tym, co nastąpi w ciągu kilku naj­bliż­szych sekund. Napię­cie osiąga taki poziom, że dosłow­nie trudno jest oddy­chać. Cze­kamy, twa­rze zasty­gły na kamień, tylko puls sza­leje i dudni w skro­niach. Jakby cały świat zastygł razem z nami w tym nie­ludz­kim ocze­ki­wa­niu…

I nagle, jakby nie­ocze­ki­wa­nie, jakby zni­kąd, ciszę roz­rywa pora­ża­jący huk tysięcy nie­miec­kich dział. Strzela ich tyle, że ich salwy zle­wają się w jeden, ogłu­sza­jący ryk. W oka mgnie­niu bły­ski wystrza­łów zamie­niają pół­mrok przed­świtu w jasny dzień. W tej sekun­dzie prawdy, roz­dzie­ra­ją­cej życie na czas pokoju, który został już w prze­szło­ści i wojnę, która staje się teraź­niej­szo­ścią, nasza arty­le­ria odzywa się jed­nym gło­sem na całym, dłu­gim na ponad dwa tysiące kilo­me­trów fron­cie tak ide­al­nie równo, jakby uru­cho­miona poje­dyn­czym, elek­trycz­nym syn­chro­ni­za­to­rem. Roz­pę­tuje się praw­dziwe pie­kło i w tych strasz­nych chwi­lach na naszych oczach two­rzy się histo­ria. Działa wszyst­kich kali­brów biją prak­tycz­nie bez­po­śred­nim ogniem po przed­niej linii obrony Rosjan. Poci­ski naj­cięż­szych moź­dzie­rzy lecą w stronę prze­ciw­nika, prze­la­tu­jąc wprost nad naszymi gło­wami z cięż­kim, mro­żą­cym krew w żyłach wyciem. Ich głę­bo­kiemu basowi zaczy­nają towa­rzy­szyć nie­zli­czone serie kara­bi­nów maszy­no­wych i auto­ma­tów. Gdyby nie dra­ma­tyzm sytu­acji, można by przy­jąć ich ter­kot za odgłos kle­kotu nie­szko­dli­wych, dzie­cię­cych zaba­wek. Rosja­nie w końcu zaczy­nają odpo­wia­dać ogniem. Dobrze sły­chać jęk ich cięż­kich poci­sków lecą­cych w mrok nocy za nami. Jed­nak, gdy ogień więk­szo­ści nie­miec­kich dział zostaje stop­niowo napro­wa­dzony na przedni skraj obrony nie­przy­ja­ciela, inten­syw­ność salw rosyj­skich rośnie do nie­prze­rwa­nego cre­scendo.

W ślad za tym maso­wym przy­go­to­wa­niem arty­le­ryj­skim idą do przodu nasze grupy sztur­mowe i wysu­nięte pod­od­działy pie­choty, które wdzie­rają się na linię obrony nie­przy­ja­ciela. Wyprze­dzają je nasze czołgi, które plu­jąc ogniem wyry­wają się od razu daleko do przodu. Dosłow­nie w kilka chwil cały front wschodni ogar­nia poże­ra­jący wszystko pło­mień.

* * *

Nasz trzeci bata­lion 18-go pułku pie­choty znaj­duje się na pozy­cjach wyj­ścio­wych w peł­nej goto­wo­ści bojo­wej i wciąż jesz­cze ocze­kuje osob­nego roz­kazu do ataku. Istota naszego zada­nia polega na tym, aby w kry­tycz­nej chwili wes­przeć nasze grupy sztur­mowe w miej­scach, gdzie obrona okaże się naj­trud­niej­sza do prze­ła­ma­nia. Pół­mrok świtu roz­ja­śniają ośle­pia­jące bły­ski ognia arty­le­ryj­skiego i w ich świe­tle ze szczytu naszego wzgórka widać jak szybko nasze pod­od­działy posu­wają się do przodu. Póki co, od naszego głów­nego celu – Moskwy – dzielą nas pra­wie dwa tysiące kilo­me­trów rosyj­skiej ziemi.

Nasza 6 Dywi­zja Pie­choty wcho­dzi w skład Grupy Armii „Cen­trum” dowo­dzo­nej przez feld­mar­szałka von Bocka. Na to zgru­po­wa­nie zwró­cone będą oczy całych Nie­miec w nadziei na wspa­niałe, bły­ska­wiczne zwy­cię­stwo. Ocze­kuje się od nas wię­cej niż od Grupy Armii „Połu­dnie”, nacie­ra­ją­cej na Ukra­inie i Grupy Armii „Pół­noc”, kie­ru­ją­cej się na Lenin­grad. Zda­jemy sobie sprawę, że ze wszyst­kich zadań sto­ją­cych przed armiami nie­miec­kimi, nasze ma nie tyle prio­ry­te­towe, co wręcz pierw­szo­pla­nowe zna­cze­nie.

Litew­ski poste­ru­nek gra­niczny pali się jasnym pło­mie­niem. Więk­szość przygra­nicznych umoc­nień została znisz­czona ogniem arty­le­rii i wzięta sztur­mem. Mężny opór sta­wiają tylko poszcze­gólne beto­nowe schrony bojowe, któ­rych obrońcy z upo­rem kon­ty­nu­ują walkę. Ale i te umoc­nie­nia wkrótce zostaną okrą­żone i zli­kwi­do­wane. Oto grupa „Sztu­ka­sów”, naszych bom­bow­ców nur­ku­ją­cych, prze­la­tuje nad nami, kie­ru­jąc się na wschód. Jak na para­dzie, jeden za dru­gim wycho­dzą z szyku, prze­wa­lają się na skrzy­dło i w ogłu­sza­ją­cym wyciu syren pra­wie pio­nowo pikują do ziemi. Huk roz­ry­wa­ją­cych się bomb wplata się w maje­sta­tyczną sym­fo­nię wiel­kiej bitwy. Samo­loty wyko­nują nawrót i ata­kują ponow­nie, tym razem ostrze­li­wu­jąc wroga z broni maszy­no­wej, po czym zni­kają gdzieś w oddali. Z naszego sta­no­wi­ska na wzgórku wygląda to jak jakaś wielka insce­ni­za­cja, a prze­cież wszystko dzieje się cał­kiem na poważ­nie. Za mną widzę monu­men­talną postać dowódcy naszego bata­lionu, Neu­hoffa. Stoi z lor­netką w ręku i dosłow­nie jakby pró­bu­jąc sam sie­bie prze­ko­nać, po raz kolejny dwu­znacz­nie mru­czy pod nosem:

– No i oto jeste­śmy w sta­nie wojny z Rosją! Wojny z Rosją!

Dzień wstaje i lekki wia­te­rek, wie­jący od strony Litwy, cich­nie. Przed nami roz­pala się coraz wię­cej poża­rów. Kłę­bami pod­no­szą się chmury brudno-czar­nego dymu i powoli roz­peł­zają się nad budzą­cymi się ze snu cie­ni­stymi lasami i nie­licz­nymi wzgó­rzami. Goniec-moto­cy­kli­sta przy­wozi roz­kaz – mamy ruszać. Jest godzina 3:45 rano. Aż nie chce się wie­rzyć, ze minęło zale­d­wie jakieś czter­dzie­ści minut od czasu, gdy ode­zwały się nasze działa. Neu­hoff posyła łącz­nika z roz­kazami dla naszych łącz­no­ściow­ców. Roz­lega się komenda „Przy­go­to­wać się!” i od razu ruszamy. Jakby kamień spadł z serca – wresz­cie idziemy do przodu. Ja sam nie idę jed­nak na pie­chotę, jadę na moim koniu i musze trzy­mać go na krót­kiej uździe. Plut (tak nazywa się moja kobyła) zacho­wuje się nie­spo­koj­nie, naj­wy­raź­niej moje zde­ner­wo­wa­nie udzie­liło się też zwie­rza­kowi. Sta­ram się tro­chę uspo­koić, już nie­długo zarówno czło­wiek jak i koń przejdą nie­ła­twy chrzest bojowy. Zadaję sobie zatem cał­kiem nie­pro­ste pyta­nie: jak sam się spra­wię? Nie­po­koi mnie to, że ogar­nia­jąca mnie ner­wo­wość może nega­tyw­nie wpły­nąć na pew­ność mojej ręki, co może mieć fatalne skutki, gdy prze­pro­wa­dza się ope­ra­cję. Macam torbę z medy­ka­men­tami i narzę­dziami lekar­skimi, którą, zgod­nie z prze­pi­sami, mam przy­tro­czoną do sio­dła. Stop­niowo docho­dzę do wnio­sku, że jed­nak wszystko jest gene­ral­nie w porządku. Peter­mann, do któ­rego obo­wiąz­ków należy dba­nie o mojego konia, truchta za mną, wio­ząc dwie torby sani­tarne z opa­trun­kami i narzę­dziami chi­rur­gicz­nymi. W sani­tarce, która podąża za nami w odle­gło­ści kil­ku­set metrów, jest reszta naszych sani­ta­riu­szy: Dehorn, Müller i Wege­ner.

Napo­ty­kamy naszego pierw­szego ran­nego żoł­nie­rza. Rana w rękę od kuli. Wyła­wiam z torby przy­go­to­wane wcze­śniej w nad­mia­rze pakiety sani­tarne i ban­daże, po czym roz­plą­tuję ela­styczną opa­skę uci­skową i zdej­muję tym­cza­sowy opa­tru­nek nało­żony przez sani­ta­riu­sza na polu boju. Krwa­wie­nie jest nie­wiel­kie, gdyż naj­wi­docz­niej pocisk prze­szedł na wylot i tylko nie­znacz­nie zaha­czył o kość. Zakła­dam opa­skę ścią­ga­jącą i zawie­szam mu rękę na tem­blaku.

– No, jak tam na pierw­szej linii? – pytam żoł­nie­rza.

– Kapral Schaf­fer zabity. I jesz­cze jeden ofi­cer, któ­rego nie znam – odpo­wiada. – O ile wiem, nie ma wię­cej zabi­tych i ran­nych. Atak idzie dobrze. Szcze­gó­łów nie znam, panie porucz­niku. Wszystko dzieje się bar­dzo szybko.

– Dra­łuj tą drogą do tyłu, dopóki nie napo­tkasz sani­tarki, która jedzie za nami – mówię mu.

Żoł­nierz bez ocią­ga­nia, z uśmie­chem udaje się w naka­za­nym kie­runku. Można powie­dzieć, że wojna skoń­czyła się dla niego pięć minut po tym, jak się zaczęła. Wska­kuję znowu w sio­dło, popę­dzam Pluta i doga­niam główną część naszej kolumny. Peter­mann podąża moim śla­dem. Wkrótce truch­tamy obok dowódcy bata­lionu Neu­hoffa i jego adiu­tanta Hil­le­man­nsa. Sły­szę jak ten pierw­szy pyta:

– Wszystko gra?

– Tak jest, panie majo­rze! Straty, jak dotąd, nie­wiel­kie.

– Jak pan zamie­rza zapew­nić pomoc ran­nym w sytu­acji, gdy pod­od­dział jest tak roz­cią­gnięty?

– Wszystko jest zapla­no­wane w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, panie majo­rze!

– Wszystko pięk­nie, Haape, ale jak kon­kret­nie zamier­za­cie to robić? – piłuje mnie Neu­hoff.

– Droga, prze­bie­ga­jąca z zachodu na wschód obok poste­runku gra­nicz­nego, łączy się z szosą na Kal­wa­rię. Kie­ruje się tam major dok­tor Schultz wraz z kom­pa­nią sani­tarną i będzie przej­mo­wał wszyst­kich ran­nych, któ­rym udzie­lam pomocy w warun­kach polo­wych. Drogą będzie kur­so­wać sani­tarka wraz ze spe­cjal­nie poin­stru­owa­nymi sani­ta­riu­szami, któ­rzy będą zabie­rać ran­nych i dowo­zić ich do szpi­tala w Kal­wa­rii. Cię­żej ranni zostaną tym­cza­sowo roz­miesz­czani w oko­licz­nych domach i następ­nie także będą prze­wo­żeni do szpi­tala lub pozo­staną pod opieką przy­dzie­lo­nych im sani­ta­riu­szy. Dokład­nie w taki sam spo­sób zor­ga­ni­zo­wana jest ewa­ku­acja ran­nych w pozo­sta­łych bata­lio­nach.

– Niech będzie – łaska­wie burk­nął pod nosem Neu­hoff.

* * *

Pole­głym ofi­ce­rem z naszego bata­lionu oka­zał się cał­kiem jesz­cze mło­dziutki pod­po­rucz­nik Stock. Zastrze­lił go rosyj­ski snaj­per, który zasiadł w wyso­kim zbożu. Ciało zna­le­ziono na stra­to­wa­nym polu żyta. Dwóch ludzi z jede­na­stej kom­pa­nii Kra­mera, w któ­rej słu­żył Stock, kopało mu wła­śnie grób w mięk­kiej ziemi tuż obok owego pola. Czte­rech rosyj­skich jeń­ców obser­wo­wało tą pro­ce­durę w ponu­rym mil­cze­niu. Dwaj z nich mieli nało­żone świeże, gazowe ban­daże, przez które jesz­cze sączyła się krew. Mój malutki i nad­zwy­czaj ruchliwy ordy­nans Dehorn zdą­żył już nawet napoić jed­nego z Rosjan wodą ze swo­jej manierki. Zauwa­ży­łem, że dwóm jeń­com, sto­ją­cym tro­chę z boku, nie oka­zano żad­nej pomocy medycz­nej, choć u jed­nego z nich ziała na nodze duża, sil­nie krwa­wiąca rana. Całej czwórki pil­no­wał jeden z moich sani­ta­riu­szy, Wege­ner. Wszystko wska­zy­wało na to, że w ręku trzyma auto­mat dopiero co pole­głego Stocka. Trzeci z moich sani­ta­riu­szy, Müller, także nie odry­wał oczu od jeń­ców, przy czym był wzbu­rzony i jakby oszo­ło­miony.

Cały czas trzy­ma­jąc Rosjan na muszce, Wege­ner zasa­lu­to­wał i zamel­do­wał:

– Panie porucz­niku! Opa­trzy­li­śmy tych dwóch, ale co mamy robić z tam­tymi? Zro­bili zasadzkę na pana porucz­nika Stocka. Zacza­ili się w zbożu i zabili go strza­łem w plecy. Potem nasi ludzie neu­tra­li­zo­wali tych typów gra­na­tem. Mamy im niby udzie­lić pomocy?

– Nie jeste­śmy sędziami, Wege­ner! – prze­rwa­łem mu ostro. – Nasza robota to pomoc ran­nym, zarówno Niem­com jak i Ruskom. Nawet jeśli ci Ruscy fak­tycz­nie zabili jed­nego z naszych ofi­ce­rów. A teraz bądź łaskaw opu­ścić swój auto­mat!

Dwaj nasi ludzie zakoń­czyli w tym cza­sie rycie grobu i opusz­czali do dołu ciało Stocka. Zasy­pali mogiłę pia­skiem, saper­kami ufor­mo­wali mały kop­czyk i skle­ciw­szy z brzo­zo­wych gałęzi krzyż, wetknęli go w świeżą zie­mię. No i tyle można było zro­bić dla pole­głego kolegi. Rzecz jasna, na krzyżu zatknęli jesz­cze hełm i powie­sili nie­śmier­tel­nik, co miało świad­czyć o tym, iż pocho­wany tam jest pod­po­rucz­nik Stock, lat dwa­dzie­ścia jeden… Oczy­wi­ście, nie było tam na przy­kład napi­sane, że młody porucz­nik, o deli­kat­nej i wraż­li­wej natu­rze, był feno­me­nal­nym pia­ni­stą, który, gdy opusz­czaliśmy Nor­man­dię, zagrał na mszy w kaplicy w Lit­try „Sonatę księ­ży­cową” w taki spo­sób, że wszy­scy zapo­mnie­li­śmy o świe­cie bożym, za to przy­po­mnie­li­śmy sobie o wszyst­kim, co ważne i wieczne. A teraz nagle został wyrwany z życia, z jego pięk­nem i peł­nią, aby dołą­czyć do mar­nych zesta­wień pole­głych. I wszystko to stało się w ułamku sekundy, w tym żało­śnie nie­istot­nym mgnie­niu oka, które potrze­bo­wał kawa­łek oło­wiu, aby prze­być drogę z lufy rosyj­skiego kara­binu snaj­per­skiego do jego serca. Do tego czasu byłem, rzecz jasna, świad­kiem nie­jed­nej śmierci, ale bazu­jąc na cał­kiem subiek­tyw­nym i nie tak znowu ogrom­nym doświad­cze­niu, z jakie­goś dzi­wacz­nego powodu odno­si­łem naiwne wra­że­nie, iż przed uda­niem się w podróż do innego świata czło­wiek ma jesz­cze dla sie­bie przy­naj­mniej kilka ostat­nich minut…Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem, aby można było pozba­wić czło­wieka życia tak szybko i, jeśli można to w ten spo­sób okre­ślić, tak czy­sto! Nie­ocze­ki­wana śmierć Stocka jakby prze­łą­czyła mnie z trybu myśle­nia o sobie samym na tryb myśle­nia o moich towa­rzy­szach broni. Nale­żało raz na zawsze skoń­czyć z uża­la­niem się nad samym sobą. W jed­nej chwili prze­me­blo­wała mi się cała skala war­to­ści i od tej pory patrzy­łem na ota­cza­jący mnie świat oczami moich towa­rzy­szy z trze­ciego bata­lionu. Z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią dotarło do mnie, że w przy­szło­ści naszemu bata­lio­nowi mogą przy­tra­fić się rze­czy, które stop­niowo wymażą z pamięci mło­dego pod­po­rucz­nika Stocka i jego cien­kie palce pia­ni­sty po pro­stu dla­tego, że czeka nas całe mnó­stwo nie mniej tra­gicz­nych wyda­rzeń.

Minę­li­śmy pło­nący poste­ru­nek straży gra­nicz­nej połą­czony z urzę­dem cel­nym i zosta­wia­jąc tym samym za sobą Prusy Wschod­nie, wkro­czy­li­śmy na Litwę. W tyle pozo­stały ostat­nie nie­zbyt piękne widoki, któ­rych głów­nym ele­men­tem były łąki i pola naprędce omo­tane dru­tem kol­cza­stym. Prze­kra­cza­jąc gra­nicę zna­leź­li­śmy się w zupeł­nie innym świe­cie. Zie­mia, siel­skie widoczki i ogól­nie cała przy­roda nie­wiele się róż­niły po obu stro­nach tej sztucz­nie przez czło­wieka wznie­sio­nej gra­nicy. Róż­nica jed­nak dosłow­nie rzu­cała się w oczy: przy­szli­śmy z zadba­nych, wspa­niale kul­ty­wo­wa­nych ziem Wschod­nich Prus, z ich pięk­nymi zagro­dami i gospo­dar­stwami i rap­tem, ku naszemu kom­plet­nemu osłu­pie­niu, zna­leź­li­śmy się pośród jakichś dzi­kich, kamie­ni­stych pól, prze­ty­ka­nych wio­secz­kami z walą­cymi się cha­tami, w któ­rych miesz­kali strasz­nie bied­nie odziani ludzie.

Trwało to rap­tem godzinę z kawał­kiem i wojna prze­to­czyła się im nad gło­wami, nie doty­ka­jąc ich i pra­wie nie przy­no­sząc szkód. Po pro­stu zosta­wiła ich w tyle i tym samym jakby od razu się dla nich zakoń­czyła. Liczni i roz­trzę­sieni przed­sta­wi­ciele miej­sco­wej lud­no­ści zaczy­nali już nie­śmiało wynu­rzać się ze swo­ich ukryć, ale wyglą­dali przy tym jakby bez­rad­nie i znaj­do­wali się w sta­nie kom­plet­nego cha­osu. Ci Litwini z rejo­nów pogra­nicz­nych z pew­no­ścią musieli być świad­kami roz­wi­nię­cia sił sowiec­kich i zapewne nie ocze­ki­wali, że tak nagle i szybko potra­fimy się z nimi upo­rać. Nie­stety, nie mie­li­śmy czasu, aby się zatrzy­mać i z nimi pomó­wić. Przed­nie oddziały naszej pie­choty wkli­no­wały się już na cztery-pięć kilo­me­trów w tery­to­rium prze­ciw­nika, zaś nasze czołgi naj­wi­docz­niej pognały po litew­skich rów­ni­nach dużo dalej, roz­po­czy­na­jąc pierw­sze z wielu ope­ra­cji okrą­że­nio­wych tej wojny. Nie­przy­ja­ciel, mający znaczną prze­wagę w sprzę­cie i sile żywej, ucie­kał w panice. Naszym zada­niem było spra­wić, aby tak było i w przy­szło­ści. Cały ranek spę­dzi­li­śmy na for­sow­nym mar­szu. Oczy i szyje bolały nas od odpro­wa­dza­nia wzro­kiem prze­la­tu­ją­cych nam nad gło­wami eskadr cią­gną­cych na wschód: Hein­kli i Dornie­rów z ich baso­wym, jakby pul­su­ją­cym bucze­niem, Mes­ser­sch­mit­tów prze­la­tu­ją­cych z ogłu­sza­ją­cym wyciem i nie­zli­czo­nych Stu­ka­sów. Wszyst­kie grupy samo­lo­tów leciały jak na para­dzie, zacho­wu­jąc ide­alne odstępy mię­dzy sobą tak, jakby nie było prost­szego zaję­cia na świe­cie niż nalot na wykryte zgru­po­wa­nia wroga na zaję­tym, lecz wciąż spor­nym tery­to­rium, gdzie wciąż jesz­cze toczyły się aktywne dzia­ła­nia bojowe.

Nagle usły­sze­li­śmy inny rodzaj dźwięku, huczący i nie­znany, stop­niowo przy­bli­ża­jący się z każdą minutą, ale nie byli­śmy w sta­nie dostrzec nic mniej lub bar­dziej kon­kret­nego, nawet za pomocą lor­ne­tek. I nagle, w sze­ro­kiej luce mię­dzy nisko wiszą­cymi chmu­rami, zoba­czy­li­śmy spraw­ców tego odgłosu: pięć… sześć… sie­dem rosyj­skich samo­lo­tów bom­bo­wych. Kolumna mar­szowa zatrzy­mała się i ludzie rzu­cili się w bok od drogi w poszu­ki­wa­niu jakiego bądź ukry­cia. Obsługi dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych czym prę­dzej pozaj­mo­wały sta­no­wi­ska. Teraz było już wyraź­nie widać, że nie są to cięż­kie bom­bowce, ale małe, tępo­nose myśliwce-mono­plany, dodat­kowo w towa­rzy­stwie podob­nych do nich dwu­pła­tow­ców, być może bom­bow­ców nur­ku­ją­cych. Cała ta grupa kie­ro­wała się pro­sto na zachód i po chwili prze­le­ciała dokład­nie nad naszymi gło­wami. Oka­zało się, że na szczę­ście to nie my byli­śmy ich celem. Nasi prze­ciw­lot­nicy i kaemi­ści otwo­rzyli do nich nie do końca zor­ga­ni­zo­wany ogień. Samo­loty obni­żyły pułap lotu, odbiły w prawo od pier­wot­nego kursu i zrzu­ciły swój ładu­nek gdzieś za naszymi ple­cami, pół­tora-dwa kilo­me­try z tyłu. Zoba­czy­li­śmy wzno­szące się tam w górę kłęby dymu i kurzu. Sowiec­kie samo­loty zawró­ciły na wschód i ponow­nie prze­le­ciały pra­wie nad nami, mija­jąc naszą kolumnę lekko z boku, ale nie lecieli już w tak pięk­nym szyku jak nasze asy. Po chwili wzno­wi­li­śmy nasz marsz w tym samym kie­runku.

A oto i nasi pierwsi jeńcy! Bacz­nie i nie­malże chci­wie się w nich wpa­tru­jemy, chcąc od razu dowie­dzieć się jak naj­wię­cej o naszym nowym prze­ciw­niku. Było ich około pięć­dzie­się­ciu, czyli w przy­bli­że­niu cały plu­ton. Rosja­nie ubrani byli w zno­szone mun­dury w bli­żej nie­okre­ślo­nym, żółto-zie­lo­nym kolo­rze. Wyglą­dali jakoś tak nie do końca po woj­sko­wemu, tacy roz­mem­łani, za to wszy­scy równo ogo­leni do gołej skóry. Ich sze­ro­kie, mię­si­ste twa­rze były zadzi­wia­jąco pozba­wione jakie­go­kol­wiek wyrazu.

Z poło­żo­nego nie­da­leko od drogi gospo­dar­stwa, które wła­śnie mija­li­śmy, roz­le­gły się krzyki – wołano sani­ta­riu­szy, aby udzie­lili pomocy znaj­du­ją­cym się tam ran­nym. Pod­sko­czy­łem tam w towa­rzy­stwie Dehorna i Wege­nera. Na miej­scu zasta­li­śmy grupę cywi­lów oraz sporo ran­nych rosyj­skich żoł­nie­rzy. Udzie­li­łem pomocy wszyst­kim potrze­bu­ją­cym, któ­rzy mieli cięż­sze zra­nie­nia, pod­czas gdy Wege­ner zajął się lżej­szymi przy­pad­kami. Kaza­łem mu następ­nie zamel­do­wać kom­pa­nii sani­tar­nej o miej­scu, gdzie znaj­dują się ranni, a potem czym prę­dzej dołą­czyć do mnie.

Zakoń­czyw­szy opa­try­wa­nie ran­nych, ruszy­li­śmy w dal­szą drogę. Muszę zazna­czyć, że w miarę naszego posu­wa­nia się na wschód, bio­rąc pod uwagę spe­cy­fikę naszych zadań, coraz bar­dziej zaczą­łem doce­niać konia, jako naj­lep­szy śro­dek loko­mo­cji. Pogna­łem galo­pem wzdłuż drogi i tym spo­so­bem już po nie­dłu­gim cza­sie ponow­nie dołą­czy­łem do Neu­hoffa.

Nie­malże w tym samym momen­cie z pola, na któ­rym dosłow­nie jakieś pięt­na­ście metrów od nas łagod­nie koły­sały się łany zboża, roz­le­gły się nagle strzały. Neu­hoff osa­dził konia tak gwał­tow­nie, że ten aż wspiął się na tyl­nie nogi i nie­mal się prze­wró­cił. Nikt nie miał cie­nia wąt­pli­wo­ści, że strze­lano wła­śnie do nas. W oka mgnie­niu wysko­czy­li­śmy z sio­deł i przy­gięci nisko do ziemi zdą­ży­li­śmy zauwa­żyć jak adiu­tant Neu­hoffa, Hil­le­manns, wraz z kil­koma żoł­nie­rzami, rzu­cili się w zboże, strze­la­jąc w biegu. Zaraz dobie­gły stam­tąd odgłosy krót­kiej, lecz zacię­tej walki wręcz, roz­le­gły się ostre, poje­dyn­cze wystrzały z pisto­le­tów, łomot cio­sów kolb kara­bi­no­wych i stłu­mione krzyki. Pierw­szy na drogę wyto­czył się tycz­ko­waty pie­chur z kom­pa­nii szta­bo­wej, wciąż trzy­ma­jąc swój kara­bin za lufę. Wzru­szył ramio­nami i, jakby takie epi­zody przy­tra­fiały mu się na co dzień, rzu­cił krótko w naszą stronę:

– Po robo­cie!

Od razu zauwa­ży­łem, że kolba jego kara­binu była cała zapać­kana krwią. Wraz z Neu­hof­fem od razu wla­złem w zboże. Na ziemi, dopiero co roz­ry­tej w celu wyko­pa­nia miej­sca do ukry­cia i zbry­zga­nej świeżą krwią, leżały w nie­na­tu­ral­nych pozach ciała czte­rech żoł­nie­rzy i komi­sa­rza. Ich twa­rze były dosłow­nie wpra­so­wane w zie­mię ude­rze­niami kolb. Gdy spo­glą­da­łem na ten prze­ra­ża­jący widok, prze­mknęła mi przez głowę myśl, że ci, któ­rzy przy­go­to­wali tak idio­tyczną zasadzkę, wybrali naj­bar­dziej bez­myślny spo­sób samo­bój­stwa. Zaci­śnięte w spa­zmie śmierci dło­nie komi­sa­rza wciąż ści­skały wyrwane z korze­niami łodygi zboża. Nasze straty były nie­po­rów­ny­wal­nie mniej­sze: jeden żoł­nierz dostał bagne­tem w rękę, drugi miał dra­śnię­cie mię­śnia brzu­cha­tego. Ciut jodyny, tro­chę gazy, parę pla­strów samo­przy­lep­nych i po chwili oby­dwaj byli gotowi, aby kon­ty­nu­ować marsz razem z nami. Neu­hoff, Hil­le­manns i ja poje­cha­li­śmy konno na czele kolumny.

– Nie sądzi­łem, że zoba­czę coś takiego.

Wtó­ru­jąc moim myślom, wstrzą­śnię­tym gło­sem ode­zwał się Neu­hoff:

– W pię­ciu ata­ko­wać cały bata­lion… Toż to czy­ste samo­bój­stwo!

Wkrótce jed­nak mie­li­śmy się prze­ko­nać na wła­snej skó­rze, że takie drobne grupki rosyj­skich stra­ceń­ców okażą się jedną z naszych głów­nych bolą­czek. Dowo­dzeni przez fana­tycz­nych komi­sa­rzy, zosta­wali z tyłu praw­do­po­dob­nie nie cał­kiem z wła­snej woli po tym, jak ich główne siły zostały zmu­szone do pośpiesz­nego odwrotu na wschód. Wyso­kie łany zboża zapew­niały dosko­nałą osłonę dla takich band, które wycze­ki­wały sto­sow­nej chwili, aby zaata­ko­wać nasze masze­ru­jące oddziały. Ni­gdy nie wie­dzie­li­śmy skąd, a przede wszyst­kim, kiedy padną strzały.

W miarę tego, jak słońce pod­no­siło się na nie­bie, sta­wało się coraz bar­dziej i bar­dziej gorąco. Kurz, wzbi­jany tysią­cami żoł­nier­skich butów, stop­niowo osia­dał na mun­du­rach, broni, amu­ni­cji, rękach i twa­rzach, aż w końcu nadał im stały, jasno­żółty odcień. Pył wisiał nad masze­ru­ją­cymi kolum­nami chmurą tak nie­prze­nik­nioną, że ludzie i pojazdy led­wie maja­czyli w niej niczym zjawy nie z tego świata. Od czasu do czasu zwil­ża­łem usta wodą z manierki i byłem nie­zwy­kle rad, gdy nagle zarzą­dzono krótki postój. Było aku­rat połu­dnie i na odpo­czy­nek sta­nę­li­śmy w nie­wiel­kim przy­droż­nym lasku. Led­wie zdą­ży­li­śmy umo­ścić się w dają­cych nie­zbyt wielki cień zaro­ślach, gdy dostrze­gli­śmy zbli­ża­jącą się od wschodu grupę ośmiu rosyj­skich samo­lo­tów bom­bo­wych. Zata­czały prze­pla­ta­jące się kręgi, jaw­nie wyszu­ku­jąc celu.

Tym razem jed­nak przy­szło im spo­tkać się z naszymi Mes­ser­sch­mit­tami. Sto dzie­wiątki spa­dły na nie jak jastrzę­bie na stado gołębi! Ata­ko­wały z góry, od strony słońca, sia­da­jąc na ogon swej ofiary i strze­la­jąc ze wszyst­kich luf. Po ataku myśliwce cią­gnęły świecą w górę, nabie­rały wyso­ko­ści i ponow­nie piko­wały w dół. W ten spo­sób, powoli i meto­dycz­nie posy­łały na zie­mię jeden bom­bo­wiec za dru­gim. Pierw­szy z nich, ogar­nięty pło­mie­niami prze­szedł w nie­kon­tro­lo­wane nur­ko­wa­nie, za nim, pło­nąc niczym pochod­nia, runął na zie­mię drugi. Trze­ciemu urwało płat – kole­biąc się na boki cią­gnął gwał­tow­nie w dół. Pamię­tam, że wtedy zasko­czyło mnie, jak strasz­nie wolno te samo­loty spa­dały. Od bom­bowca z urwa­nym skrzy­dłem ode­rwały się dwie małe, ludz­kie figurki, nad któ­rymi roz­po­starły się cza­sze spa­do­chro­nów. Nasze myśliwce kon­ty­nu­owały polo­wa­nie do momentu, gdy na nie­bie nie pozo­stał ani jeden rosyj­ski samo­lot. W sumie cała walka powietrzna trwała może z dzie­sięć minut.

Prze­jeż­dża­jący koło nas na moto­cy­klu łącz­nik krzyk­nął, że jeden ze strą­co­nych bom­bow­ców runął wprost na kolumnę naszej arty­le­rii. Potrzebna była natych­mia­stowa pomoc medyczna. W towa­rzy­stwie Peter­manna galo­pem puści­łem się we wska­za­nym kie­runku i po przy­by­ciu na miej­sce stwier­dzi­łem, iż pięt­na­stu arty­le­rzy­stów jest już mar­twych. Pod osłoną przy­droż­nych krze­wów leżało jesz­cze dzie­wię­ciu ludzi z popa­rze­niami róż­nego stop­nia. U pię­ciu z nich obra­że­nia były na tyle poważne, iż nie łudzi­łem się, aby pocią­gnęli dłu­żej niż jeden-dwa dni. Oce­niw­szy sytu­ację, wysła­łem gońca na moto­cy­klu po sani­tarkę – potrzebne były nosze, gdyż tych ran­nych można było trans­por­to­wać tylko w pozy­cji leżą­cej. W mię­dzy­cza­sie zają­łem się wypeł­nia­niem kart dla każ­dego z pokie­re­szo­wa­nych arty­le­rzy­stów: nauczy­ciel z Duis­burga, ślu­sarz z Essen, leśni­czy z Lip­per­landu, gór­nik z Ham­born, kra­wiec z Din­sla­ken, tram­wa­jarz z Osnabrück i trzech stu­den­tów z Münster. Przez dwie godziny pra­co­wa­łem bez prze­rwy, zanim w końcu mogłem prze­ka­zać ran­nych innej eki­pie sani­tar­nej. Przez ten czas zdą­ży­łem kom­plet­nie stra­cić kon­takt ze swoim bata­lio­nem i nikt nie był w sta­nie powie­dzieć nic sen­sow­nego choćby o przy­bli­żo­nym miej­scu ich prze­by­wa­nia. Zało­ży­li­śmy, że jeśli będziemy posu­wać się w kie­runku połu­dniowo-wschod­nim to nie ma siły, aby­śmy w końcu nie tra­fili na drogę do Kal­wa­rii, która leżała na osi natar­cia naszej dywi­zji.

Wraz z wier­nym Petr­man­nem uda­łem się zatem na skróty polną drogą, mając nadzieje, że obrany kie­ru­nek będzie wła­ściwy, a droga krót­sza. Jed­nakże po prze­ga­lo­po­wa­niu kilo­me­tra usły­sze­li­śmy odgłosy broni strze­lec­kiej i auto­ma­tycz­nej, a po chwili odnie­śli­śmy wra­że­nie, że kule ze świ­stem prze­la­tują nam nad głową. Nie mia­łem wiel­kiego doświad­cze­nia woj­sko­wego i nie byłem w sta­nie oce­nić skąd i z jakiej odle­gło­ści do nas strze­lano – o ile rze­czy­wi­ście strze­lano kon­kret­nie do nas, choć jak okiem się­gnąć, w tym odkry­tym tere­nie, poza nami nie było widać żywego ducha. Na wszelki wypa­dek, czym prę­dzej ukry­li­śmy się w naj­bliż­szej kępie krza­ków. Roz­glą­da­jąc się ostroż­nie na wszyst­kie strony, w nie­du­żej odle­gło­ści od nas zauwa­ży­łem coś, co przy­po­mi­nało chłop­ską zagrodę. Wydała mi się dużo lep­szą kry­jówką niż nędzne zaro­śla, choć zacho­dziła moż­li­wość, że sie­dzi tam pełno Ruskich. Jed­nak ku naszej wiel­kiej uldze w obej­ściu poka­zało się kilku nie­miec­kich żoł­nie­rzy w towa­rzy­stwie ofi­cera. Po chwili sta­łem już przed kapi­ta­nem, któ­remu pokrótce opo­wie­dzia­łem o naszej przy­go­dzie.

– No cóż, zda­rza się – ze sto­ic­kim spo­ko­jem odpo­wie­dział ofi­cer. – W sumie tutaj to nic nowego. Od bla­dego świtu bawimy się z Iwa­nami w te gierki. Moje zada­nie polega aku­rat na prze­cze­sy­wa­niu oko­licz­nych lasów i pól w poszu­ki­wa­niu tych małp. Czort wie, ilu już zdą­ży­li­śmy odstrze­lić. Nała­pa­li­śmy ich pra­wie stu dwu­dzie­stu, ale stra­ci­łem przy tym paru moich naj­lep­szych ludzi. Tak więc szczę­ście wam dopi­sało, dok­torku!

– Już drugi raz – odpo­wie­dzia­łem. – Dzi­siaj rano ostrze­lano z zasadzki mój bata­lion, ale, jak widać, głowa cała.

– Tak jest wszę­dzie w tej cho­ler­nej oko­licy – kon­ty­nu­ował kapi­tan. – Te świ­nie zdą­żyły wyryć mnó­stwo kry­jó­wek na nie­sko­szo­nych polach. Nagro­ma­dzili sporo amu­ni­cji i teraz tylko cze­kają, aż nasze główne siły pójdą dalej, aby strze­lać do małych grup naszych ludzi albo do poje­dyn­czych łącz­ni­ków i goń­ców. A widzie­li­ście, jaka u nich mie­szanka rasowa? Widzia­łem nawet Mon­go­łów, Tata­rów i Kał­mu­ków! Że niby tacy bro­nią swo­jej ojczy­zny pod Pru­sami Wschod­nimi? To cał­kiem dzi­waczne zaję­cie – odstrze­li­wać tych sko­śno­okich mie­szań­ców! Jak­bym gdzieś u Chiń­czy­ków był…

Poga­wę­dziw­szy z nami, kapi­tan wska­zał nam odpo­wiedni kie­ru­nek na Kal­wa­rię. Na poże­gna­nie powie­dział:

– Zakła­dam, że ta hała­stra nie będzie was nie­po­koić po dro­dze. Wygo­li­li­śmy oko­licę cał­kiem nie­źle.

Tym razem jed­nak cały czas zacho­wy­wa­li­śmy czuj­ność. Jadąc polami poczu­łem, że wypa­ro­wało ze mnie uczu­cie stra­chu i nie­zde­cy­do­wa­nia. Rap­tem dotarło do mnie, że prze­cież nie każda kula tra­fia w cel.

Dotar­li­śmy w końcu do głów­nej drogi. Prze­le­wała się po niej nie­ma­jąca końca rzeka masze­ru­ją­cej pie­choty, holo­wa­nej arty­le­rii i roz­ma­itego sprzętu. Wśród tej gigan­tycz­nej masy ludzi i maszyn wpadł mi nagle w oko jeden z samo­cho­dów nale­żący do naszego bata­lionu. Z rado­ścią puści­łem konia w galop pobo­czem drogi. W prze­ciw­nym kie­runku prze­miesz­czały się coraz licz­niej­sze grupy rosyj­skich jeń­ców, kon­wo­jo­wane na tyły. W końcu natkną­łem się na jed­nego z naszych ludzi. Był to bul­do­go­waty, ale nie­moż­li­wie wręcz dobro­duszny porucz­nik Stolz, dowódca dzie­sią­tej kom­pa­nii pie­choty. Był w dosko­na­łym nastroju, gdyż wła­śnie udało mu się z powo­dze­niem wypeł­nić posta­wione zada­nie, które miał do wyko­na­nia kilka kilo­me­trów na pół­noc od drogi. Prze­brnął potem przez pola pełne poje­dyn­czych rosyj­skich strzel­ców i dołą­czył do pozo­sta­łych pod­od­dzia­łów bata­lionu.

– Hej, dok­torku! – zakrzyk­nął do mnie. – Jest dla was robota. Widzi­cie to gospo­dar­stwo?

Koń Stolza pod­sko­czył do mojego tak gwał­tow­nie, że o mały włos nas nie oba­lił. Wielka łapa porucz­nika wska­zy­wała na kilka zabu­do­wań, poło­żo­nych w polu w odle­gło­ści nie­ca­łego kilo­me­tra od drogi.

– Tam są ranni!

– Wasi?

– Dzięki Bogu, nie! Ale pil­nie potrze­bują leka­rza. Na razie sie­dzi tam z nimi tylko sani­ta­riusz-noszowy.

– Dzięki, Stolz! Jadę tam!

– Posłu­chaj­cie no, Haape. Weź­cie lepiej ze sobą dla świę­tego spo­koju paru moich ludzi. Tylko żeby do mnie wró­cili! I w jed­nym kawałku, a nie w czę­ściach!

Wydał następ­nie jakieś pole­ce­nie pod­ofi­ce­rowi i jed­nemu z żoł­nie­rzy, poma­chał mi ręką, a następ­nie poga­lo­po­wał na czoło swo­jej kom­pa­nii, aby dołą­czyć do głów­nych sił naszego bata­lionu. Jeśli cho­dzi o mnie, to już od dobrych kilku godzin nie wie­dzia­łem nic o moich sani­ta­riu­szach, ani o przy­dzie­lo­nym nam ambu­lan­sie. Dla­tego też zatrzy­ma­łem jedną z pustych sani­ta­rek, która zgod­nie z roz­ka­zem majora-dok­tora Schultza kur­so­wała w tę i z powro­tem mię­dzy masze­ru­jącą kolumną i miej­scem dys­lo­ka­cji kom­pa­nii sani­tar­nej. Żoł­nie­rze zawsze robili miej­sce dla ambu­lan­sów, nawet wtedy, jeśli trzeba było w tym celu zejść z drogi na pole czy pobo­cze. Roz­ka­za­łem kie­rowcy jechać w kie­runku chłop­skich zagród, sam zaś potruch­ta­łem wraz z Petr­man­nem w ślad za samo­cho­dem. Gdy galo­pem wpa­dli­śmy na podwó­rze, z tyłu za nami w zie­mię ude­rzyło kilka kul, wzbi­ja­jąc fon­tanny pia­sku.

W prze­stron­nej izbie chłop­skiej chaty leżało na ziemi pię­ciu naszych żoł­nie­rzy. Dwóch było już mar­twych, choć ich ciała jesz­cze nie zdą­żyły osty­gnąć. Sani­ta­riusz-noszowy, mówiący spo­koj­nym gło­sem czło­wiek w śred­nim wieku, zamel­do­wał:

– To straszne, panie porucz­niku! Pierw­szy raz w życiu czuję praw­dziwą roz­pacz. Teo­re­tycz­nie dosko­nale wiem, jak udzie­lić pierw­szej pomocy, ale widok takich praw­dzi­wych ran po pro­stu spra­wia, że cała teo­ria ula­tuje mi z głowy! – patrzył na mnie z prze­stra­chem. – Mam nadzieję, że ci dwaj nie umarli przeze mnie. Naprawdę robi­łem, co tylko się dało…

Szybko obej­rza­łem trzech pozo­sta­łych przy życiu ran­nych.

– Tym dwóm nie pomógłby już żaden lekarz. Z tego co widzę, świet­nie żeście się spra­wili, nawet jeśli sądzi­cie, że cała wie­dza z was wypa­ro­wała.

W pierw­szej kolej­no­ści zają­łem się żoł­nie­rzem z cięż­kim postrza­łem jamy brzusz­nej. Kula tra­fiła go poni­żej żołądka, prze­szła na wylot i wyle­ciała w pod­że­bro­wej czę­ści ple­ców, na lewo od krę­go­słupa. Twarz chło­paka była tru­pio­blada, wiel­kie kro­ple potu błysz­czały mu na czole.

– Masz zwy­kłą prze­strze­linę jamy brzusz­nej – jak naj­pro­ściej i moż­li­wie bez­tro­sko tłu­ma­czy­łem żoł­nie­rzowi tak, jak­bym mówił o nie­istot­nym zadra­pa­niu. – Myślę, że może tro­chę naru­szyło ci jelita, ale to nic takiego, od czego się umiera. Trzeba będzie cię szybko ope­ro­wać. Jedyne praw­dziwe zagro­że­nie to wewnętrzny krwo­tok, ale skoro prze­ży­łeś już kilka godzin od zra­nie­nia to zna­czy, że jesz­cze długo poży­jesz.

Posła­łem chło­pa­kowi zachę­ca­jący uśmiech.

– Sani­tarka czeka już na zewnątrz. Poje­dziesz do szpi­tala i tam cię od razu ope­rują. Nie pani­kuj, jesteś już w poło­wie drogi do domu.

Gdy jego wykrzy­wione gry­ma­sem bólu obli­cze tro­chę się odprę­żyło, udało mu się nawet lekko uśmiech­nąć. W tym cza­sie ostroż­nie oczy­ści­łem ranę wlo­tową i wylo­tową, zatka­łem obie tam­po­nami z waty, umo­co­wa­łem je na miej­scu i zakoń­czy­łem całą pro­ce­durę zało­że­niem spe­cjal­nego dezyn­fe­ku­jąco-her­me­ty­zu­ją­cego pakietu z celu­lozy. Potem nożycz­kami wycią­łem brudne i prze­siąk­nięte krwią czę­ści mun­duru wokół rany. Z pomocą sani­ta­riu­sza pod­cią­gnę­li­śmy kolana ran­nego do pod­bródka i tam je pod­wią­za­li­śmy – wszystko w celu mak­sy­mal­nego zmniej­sze­nia napię­cia mię­śni brzu­cha. Na koniec dałem mu zastrzyk prze­ciw­bó­lowy i poda­łem suro­wicę prze­ciw­tęż­cową. Żoł­nie­rza, uło­żo­nego na noszach, oku­ta­li­śmy cie­płym kocem i po wypeł­nie­niu karty infor­ma­cyj­nej, którą zawie­si­łem mu na szyi, zatasz­czy­li­śmy go do sani­tarki.

Następ­nie zają­łem się kolej­nym ran­nym, który otrzy­mał postrzał w głowę. Był nie­przy­tomny, ale krwa­wie­nie już ustało. Zmie­ni­li­śmy opa­trunki i ostroż­nie prze­nie­śli­śmy go do sani­tarki.

Trze­ciemu żoł­nie­rzowi kula prze­szyła na wylot górną część bio­dra. Gumowa opa­ska uci­skowa, mająca zaha­mo­wać upływ krwi, była zało­żona pra­wi­dłowo, powy­żej rany. Jed­nak wyglą­dało na to, że zro­biono to dość dawno, gdyż noga zdą­żyła już pra­wie cał­ko­wi­cie zdrę­twieć. Z torby lekar­skiej wyją­łem przy­go­to­waną spe­cjal­nie na takie oka­zje kla­merkę zaci­skową i pole­ci­łem sani­ta­riu­szowi, aby zdjął gumową opa­skę. Jak tylko to zro­bił, z prze­strze­lo­nej arte­rii, pul­su­jąc, zaczęła walić jasno­czer­wona krew. Całe szczę­ście, że nie była to główna arte­ria, ina­czej szanse na ura­to­wa­nie nogi byłyby marne. Doci­sną­łem do rany tam­pon z waty i poje­dyn­czym, dokład­nym cię­ciem nożyc prze­dłu­ży­łem nieco wierzch rany. Następ­nie szybko usu­ną­łem tam­pon i zaci­sną­łem kla­merkę na uszko­dzo­nej arte­rii. Krwa­wie­nie ustało i krą­że­nie zaczęło powoli wra­cać. W nodze, która zmar­twiała już pra­wie cał­ko­wi­cie, zaczął jako tako funk­cjo­no­wać krwio­obieg, omi­ja­jąc uszko­dzoną i odciętą kla­merką zaci­skową arte­rię. Ranny żoł­nierz popa­trzył na mnie pro­szą­cym wzro­kiem.

– Teraz musimy tro­chę zacze­kać i zorien­to­wać się, czy żyły w nodze nie zostały uszko­dzone i nie utra­ciły zdol­no­ści prze­pusz­cza­nia krwi. Jeśli krwio­obieg okaże się dosta­tecz­nie wydolny, noga będzie jak nowa. Wygląda na to, że w twoim przy­padku wszystko powinno być w porządku – zapew­ni­łem go.

– Panie porucz­niku… – dobiegł do mnie ści­szony głos sani­ta­riu­sza-noszo­wego. – Gospo­dyni zapa­rzyła cały czaj­nik moc­nej kawy.

Z wielką wdzięcz­no­ścią ode­bra­łem tygie­lek gorą­cej kawy z rąk nie­mło­dej kobiety, którą dopiero teraz zauwa­ży­łem. Rzu­ci­łem okiem na zega­rek i zorien­to­wa­łem się, że był już kwa­drans po pięt­na­stej. Wojo­wa­li­śmy z Rosją już od dwu­na­stu godzin, a ja od osiem­na­stu godzin nie mia­łem w ustach ani okruszka i piłem w tym cza­sie tylko wodę. Jeść jakoś się nie chciało, ale pra­gnie­nie było nie­ludz­kie.

Kobieta sama nalała mi wielką fili­żankę kawy i poda­jąc ją, powie­działa w bar­dzo dobrym nie­miec­kim:

– Tak bar­dzo się cie­szę, że pożoga omi­nęła nasz dom! Moja matka była nad­bał­tycką Niemką, a ja sama miesz­ka­łam przez dwa lata w Ber­li­nie, kiedy byłam mała. Cóż to były za szczę­śliwe dni! Stare, dobre czasy!

– Dobre czasy wra­cają! – powie­dzia­łem i pod­nio­słem fili­żankę tak, jak wznosi się kie­lich pod­czas naj­waż­niej­szych, ofi­cjal­nych toa­stów.

Kawa oka­zała się tak pyszna, że dopiw­szy pierw­szą fili­żankę, sam nala­łem sobie drugą. Nagle gdzieś w izbie za nami roz­legł się brzęk tłu­czo­nego szkła – kula tra­fiła w okno.

– I tak mamy przez cały dzień! – z gory­czą stwier­dziła gospo­dyni. – Rosja­nie strze­lają z lasu, który jest za domem. Pełno ich tam jesz­cze sie­dzi.

Wybie­głem na zewnątrz i zawo­ła­łem do sie­bie dwóch ludzi z kom­pa­nii Stolza.

– Coś mi się zdaje, że nie­zbyt pięk­nie się posta­ra­li­ście w cza­sie oczysz­cza­nia oko­licy z Iwa­nów.

– Razem z porucz­ni­kiem Stol­zem prze­cze­sa­li­śmy każdy metr tego lasu! Jak stam­tąd wycho­dzi­li­śmy, nie było za nami ćwierć żywego Ruska – z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem odpo­wie­dział mi pod­ofi­cer.

– To niby kto stam­tąd teraz strzela? – napie­ra­łem dalej.

– Nie­wy­klu­czone, że nasz porucz­nik uznał, iż należy coś zosta­wić dla ciu­rów obo­zo­wych, żeby bie­da­czyny mieli o czym pisać do domu.

– Nazwi­sko?! – pod­nio­słem głos.

– Schmidt, panie porucz­niku.

– Zawód?

– Praw­nik, panie porucz­niku. Adwo­kat, za waszym pozwo­le­niem – strze­lił przy tym zgrab­nie obca­sami.

– Czemu nie jestem zdzi­wiony? Tęga głowa i gaduła, co? Tak więc, panie gaduła, obec­nie jeste­ście pod moimi roz­ka­zami i ocze­kuję, że wszyst­kie pole­ce­nia będzie­cie wyko­ny­wać abso­lut­nie bez­dy­sku­syj­nie. Jasne?

– Tak jest, panie porucz­niku.

– No to miej­cie oko na tych Iwa­nów w lesie. Niech sie­dzą cicho.

– Roz­kaz! – odpo­wie­dział, jaw­nie paja­cu­jąc.

Pod­ręcz­ni­kowo pode­rwał do strzału swój auto­mat, wyce­lo­wał go w las, a jego twarz przy­brała wyraz suro­wego zde­cy­do­wa­nia. Zanim jed­nak zdą­żył nacie­szyć się swoim wystę­pem klauna, jesz­cze jedna rosyj­ska kula rąb­nęła w dach naszej sani­tarki. Mach­ną­łem ręką i zosta­wiw­szy jury­stę zasty­głego w idio­tycz­nej pozie, roz­ka­za­łem kie­rowcy, aby prze­sta­wił ambu­lans w bar­dziej bez­pieczne miej­sce za domem, po czym uda­łem się z powro­tem do „swo­jej” nogi. Oka­zało się, że w mię­dzy­cza­sie noga ład­nie się zaró­żo­wiła. Poszczy­pa­łem ran­nego w bio­dro i palce w sto­pie i zorien­to­wa­łem się, że czu­cie powoli wraca. Krą­że­nie można było uznać za zado­wa­la­jące, ale poja­wiły się oznaki krwo­toku żyl­nego. Tak czy ina­czej, czas grał w naszej sytu­acji ogromną rolę. Kla­merka zaci­skowa zapo­bie­gła krwo­to­kowi z arte­rii, więc nie rusza­łem jej i pozo­sta­wi­łem ją w ranie. Jako dodat­kowe zabez­pie­cze­nie nało­ży­łem opa­skę uci­skową o lokal­nym dzia­ła­niu i zro­bi­łem zastrzyk prze­ciw­tęż­cowy. Potem wraz z sani­ta­riu­szem odnio­słem ran­nego do sani­tarki.

– Nic się nie martw. Noga będzie w porządku – uspo­ko­iłem ran­nego.

– Bar­dzo dzię­kuję, panie dok­to­rze – odpo­wie­dział zde­ner­wo­wa­nym gło­sem i oczy mu się zaszkliły. – I wam dzię­kuję, ojcze Pfaf­fer, że modli­li­ście się za mnie!

Poczuw­szy na sobie mój nie­do­wie­rza­jący wzrok, sani­ta­riusz-noszowy pospie­szył z odpo­wie­dzią na moje nie­wy­po­wie­dziane pyta­nie:

– Jak się oka­zało, że nikt nas tu nie obroni, to naprawdę zaczę­li­śmy się bać, że nas zarżną ci Ruscy z lasu. No i mie­li­śmy wtedy dość czasu, żeby pomy­śleć o duszy. Ale cały czas wie­rzy­łem, że Pan Bóg nas tak nie zostawi bez żad­nej pomocy. I dla­tego się modli­łem… Bo, widzi­cie… ja księ­dzem byłem w cywilu. Myślę, że modli­twa dała nam spo­kój i wzmoc­niła nam ducha.

Byłem bar­dzo poru­szony. Pomil­cza­łem chwilę i odrze­kłem:

– Nie macie się z czego tłu­ma­czyć. Bar­dzo mądrze się zacho­wa­li­ście!

Na kar­teczce, zawie­szo­nej na szyi żoł­nie­rza postrze­lo­nego w brzuch, wid­niał napis czer­wo­nym ołów­kiem, który tam wła­sno­ręcz­nie umie­ści­łem: „OPE­RO­WAĆ NATYCH­MIAST”. I trzy wykrzyk­niki.

– A teraz gaz do dechy i wal pro­sto do szpi­tala! – powie­dzia­łem kie­rowcy sani­tarki. – I nie zapo­mnij zamel­do­wać, że tutaj dwóch czeka na pochó­wek.

Sil­nik zawył i ambu­lans wysko­czył z bez­piecz­nego miej­sca za dużą cha­łupą. Jak tylko poja­wił się na odkry­tym tere­nie, spadł na niego grad rosyj­skich kul. Mogłem tylko stać i w bez­sil­nej zło­ści patrzeć na dra­ma­tyzm całej sytu­acji. Prze­cież ogromny, czer­wony krzyż na bia­łym tle, wyma­lo­wany na bur­tach sani­tarki, był w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca dosko­nale widoczny. Gdyby choć jedna, jedyna kula tra­fiła w sil­nik samo­chodu i uszko­dziła go, ozna­cza­łoby to wyrok śmierci dla żoł­nie­rza ran­nego w brzuch. Nie było co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nagle z dru­giej strony cha­łupy z ogłu­sza­ją­cym hukiem zadud­nił ręczny kara­bin maszy­nowy, obsłu­gi­wany przez praw­nika i ostrzał z lasu momen­tal­nie ustał. Naj­wy­raź­niej pan adwo­kat-gaduła rze­czy­wi­ście namie­rzył skąd padają strzały i przy­du­sił Rosjan ogniem.

– Naj­wy­raź­niej to jedyny język, jaki rozu­mieją! – krzyk­ną­łem ze zde­ner­wo­wa­niem. – Tylko cze­kali na oka­zję, aby ostrze­lać ambu­lans z ran­nymi. Widać, że łachu­dry w życiu nie sły­szeli o Kon­wen­cji Genew­skiej!

– Nie zdą­ży­łem panu powie­dzieć, porucz­niku… – usły­sza­łem za sobą jakby nie­zde­cy­do­wany głos sani­ta­riu­sza-noszo­wego. – Trzeba będzie pocho­wać nie tylko tam­tych dwóch.

– Co macie na myśli?

– Po dru­giej stro­nie domu, w paro­wie, jest jesz­cze sze­ściu.

– Ilu???

– Sze­ściu, panie porucz­niku. Jeden z nich to lekarz.

– Jeste­ście pewni, że fak­tycz­nie nie żyją?

– Myślę, że tak. Potwier­dzali to nasi pie­chu­rzy, któ­rzy póź­niej prze­cho­dzili obok tego miej­sca.

– Musimy się sami upew­nić. Pój­dzie­cie ze mną, padre. Puścimy się bie­giem w kie­runku tego rowu. Pan praw­nik przy­kryje nas ogniem, jasne?

– Tak jest, panie porucz­niku! – adwo­kat wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Jar, który wska­zał sani­ta­riusz, znaj­do­wał się około stu metrów od domu. Sza­lo­nym pędem rzu­ci­li­śmy się w jego stronę. Ledwo co zdą­ży­li­śmy dać nura w dół i sto­czyć się na dno parowu, jak w ślad za nami – mimo cią­głego ognia, pro­wa­dzo­nego przez jury­stę-wesołka – gruch­nął o zie­mię grad rosyj­skich kul. Gdy­by­śmy bar­dziej lek­ce­wa­żąco pode­szli do sprawy, ni­gdy nie prze­bie­gli­by­śmy ostat­nich dwu­dzie­stu metrów.

Na dnie parowu leżało w nie­na­tu­ral­nych pozach sześć ludz­kich ciał. Sani­ta­riusz-noszowy, który jesz­cze nie­dawno cho­dził w parze z naszym padre, leżał na wznak z sze­roko roz­rzu­co­nymi rękoma, czte­rech innych żoł­nie­rzy zasty­gło nie­da­leko od niego tak, jak zastała ich śmierć. Szó­stym pole­głym był fak­tycz­nie woj­skowy lekarz. Leżał na brzu­chu z twa­rzą zarytą w ziemi. Na lewym ręka­wie mun­duru miał białą opa­skę z czer­wo­nym krzy­żem, w pra­wej ręce wciąż ści­skał drze­wiec flagi z takim samym, tylko dużo więk­szym, czer­wo­nym krzy­żem. Takie coś można było przy odro­bi­nie dobrej woli, zauwa­żyć z każ­dej odle­gło­ści. Wokół roz­sy­pana była zawar­tość jego torby lekar­skiej.

Jakby bojąc się, że może go usły­szeć ktoś oprócz mnie, Pfaf­fer ner­wowo zaszep­tał mi wprost do ucha:

– Ruscy zacza­ili się jakieś sto metrów stąd. O, tam, za tymi krza­kami, widzi­cie? Dok­tor pością­gał ran­nych do tej kotlinki i tu ich opa­try­wał. Wtedy Rosja­nie zaczęli do niego strze­lać. Widzia­łem wszystko z cha­łupy w tym gospo­dar­stwie, ale nic nie mogłem zro­bić. Dok­tor sta­nął… i tak cały wypro­sto­wany zaczął machać tą flagą Czer­wo­nego Krzyża, ale oni cią­gle strze­lali. Potem upadł, a oni strze­lali i strze­lali, aż nikt się już nie ruszał. To potworne… Toż to mor­der­stwo, po pro­stu mor­der­stwo z zimną krwią…

Głos sani­ta­riu­sza zała­mał się, słowa uwię­zły mu w gar­dle i w oczach poja­wiły się łzy. Pod­czoł­ga­li­śmy się bli­żej do zabi­tego leka­rza i powoli, ostroż­nie prze­wró­ci­łem go na plecy. Kosmyk jasnych wło­sów zsu­nął mu się na czoło i nagle zamar­łem… Wprost na mnie patrzyły sze­roko otwarte, nic już nie­wi­dzące oczy… Fritza!

Ni z tego, ni z owego rap­tem poja­wił mi się w gło­wie prze­ra­ża­jąco jasny obraz: Fritz i ja, dwaj leka­rze-kadeci, wystro­jeni w nowiut­kie uni­formy, pełni rado­ści życia, cze­kamy na odjazd pociągu na dworcu w Kolo­nii. I zaraz drugi obraz, wyraźny i żywy jak na jawie: pokój hote­lowy w Le Mans, Fritz w pidża­mie, cały spa­ni­ko­wany, bo nijak nie może prze­ko­nać cza­ru­ją­cej Fran­cu­zeczki, żeby wyla­zła z jego łóżka. I ja, wście­kle upie­ra­jący się przy przy­słu­gu­ją­cym mi świę­tym pra­wie do zaję­cia dru­giego łóżka w tym samym pokoju i jed­no­cze­śnie myślący o tym, aby nad­cho­dząca noc nie skoń­czyła się jakimś sza­lo­nym trój­ką­tem. Ależ żeśmy rżeli ze śmie­chu następ­nego ranka, wspo­mi­na­jąc ten zabawny epi­zod. Jak bar­dzo zaraź­liwy był szczery śmiech Fritza… A i Fran­cu­zeczka oka­zała się naprawdę prze­wspa­niałą dziew­czyną…

A teraz żad­nym spo­so­bem nie mogłem ode­rwać wzroku peł­nego smutku i bólu, od mojego sta­rego przy­ja­ciela, roz­po­star­tego na cudzej ziemi. Zupeł­nie jak­bym mógł jakimś nad­ludz­kim spo­so­bem zmu­sić te oczy, aby znowu na mnie popa­trzyły i spra­wić, aby usta otwo­rzyły się, mówiąc coś do mnie… Minęło rap­tem dwa­na­ście godzin wojny, jeste­śmy led­wie kil­ka­na­ście kilo­me­trów w głębi rosyj­skiego tery­to­rium, a ja już stra­ci­łem jed­nego z naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Za wiele tego było jak na jeden dzień wojny z nowym prze­ciw­ni­kiem, do któ­rego zdra­dziec­kich metod pro­wa­dze­nia dzia­łań bojo­wych jesz­cze nie zdą­ży­li­śmy przy­wyk­nąć. Moja roz­ko­ła­tana świa­do­mość wciąż jesz­cze odma­wiała zaak­cep­to­wa­nia faktu, że Fritz nie żyje. Pfaf­fer, który przy­klęk­nął za moimi ple­cami, cier­pli­wie cze­kał, aż się otrzą­snę.

Nie mówiąc ani słowa i led­wie zda­jąc sobie sprawę z tego, co robię, wwa­li­łem sobie ciało Fritza na plecy i stą­pa­jąc ciężko zaczą­łem wygrze­by­wać się powoli z kotlinki. Następ­nie, ocię­żale sta­wia­jąc nogi, skie­ro­wa­łem się ku zabu­do­wa­niom gospo­dar­stwa. Pfaf­fer cicho i bez namy­słu poszedł za mną. Tym razem z lasu nie roz­legł się ani jeden strzał.

Ostroż­nie poło­ży­łem ciało Fritza na tra­wie w sadzie za domem. Pod­szedł Peter­mann razem z dwoma ludźmi Stolza. Poszat­ko­wana kulami, wypusz­czo­nymi z naj­bliż­szej odle­gło­ści, bluza mun­du­rowa Fritza była cała prze­siąk­nięta jego krwią. Roz­pią­łem ją, nama­ca­łem ręką nie­śmier­tel­nik i odła­ma­łem dolną połówkę. Wyją­łem z kie­szeni ofi­cer­ską ksią­żeczkę woj­skową, zgrab­nie uło­żony sto­sik foto­gra­fii, zapałki i papie­ro­śnicę. Wszystko sta­ran­nie zawi­ną­łem w chustkę do nosa i poda­łem węze­łek Peter­mannowi.

– Trzeba będzie ode­słać rodzi­nie – wychry­pia­łem zła­ma­nym, jakimś zupeł­nie nie­swoim gło­sem.

W kącie w kuchni leżała cała pira­mida broni, która nale­żała do pole­głych żoł­nie­rzy oraz do ran­nych, któ­rych wcze­śniej ode­sła­li­śmy do szpi­tala. Żad­nemu z nich się już nie przyda. Ze stosu wzią­łem sobie zała­do­wany auto­mat i dwa zapa­sowe maga­zynki. Po chwili zasta­no­wie­nia wyło­wi­łem jesz­cze dwa gra­naty i upchną­łem je do przed­nich kie­szeni mun­duru. Peter­man­nowi wrę­czy­łem kara­bin. Pfaf­fer, nie pyta­jąc nikogo o zda­nie, w mil­cze­niu wybrał sobie kolej­nego Mau­sera i zarzu­cił go sobie na plecy.

– A teraz, pano­wie, zanim się stąd zabie­rzemy, trzeba będzie przy­ci­snąć tych Rusków w lesie – powie­dzia­łem znowu jakby cudzym gło­sem. – I oby nas dobrze zapa­mię­tali.

Na twa­rzy praw­nika błą­dził uśmie­szek, jaw­nie adre­so­wany do mnie i dostrze­głem, że patrzy się zna­cząco na moją opa­skę z czer­wo­nym krzy­żem, wciąż jesz­cze zbry­zganą krwią Fritza.

– Masz rację – kiw­ną­łem głową w odpo­wie­dzi na pyta­nie, któ­rego nie zadał.

Wol­nym ruchem ścią­gną­łem opa­skę z ramie­nia, zło­ży­łem ja sta­ran­nie i wsu­ną­łem do wewnętrz­nej kie­szeni mun­duru.

– Rze­czy­wi­ście, nie pasuje do broni w ręku. Poza tym i tak nic dla Ruskich nie zna­czy. Tutaj nie obo­wią­zują reguły Kon­wen­cji Genew­skiej. Teraz jestem takim samym żoł­nie­rzem, jak wy wszy­scy. Sły­szysz mnie, adwo­ka­ciku?

Poje­dyn­czo wypeł­zli­śmy przed ścianę cha­łupy, zwró­coną w stronę lasu, i skie­ro­wa­li­śmy lufy w to miej­sce, z któ­rego według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa Rosja­nie pro­wa­dzili ostrzał. Wszy­scy popa­trzyli na pod­ofi­cera-adwo­kata Schmidta.

– Ognia! – zako­men­de­ro­wał.

Jego kara­bin maszy­nowy, mój auto­mat i dwa Mau­sery otwo­rzyły hura­ga­nowy ogień po skraju lasu. Strze­la­li­śmy, celu­jąc na wyso­kość klatki pier­sio­wej czło­wieka.

– Przez jakiś czas zasrańcy będą leżeć plac­kiem – sko­men­to­wał Schmidt.

Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, jakie musiał spo­wo­do­wać nasz ogień, wró­ci­li­śmy pędem za cha­łupę i uży­wa­jąc koni, jako osłony przed ewen­tu­al­nym ostrza­łem, wyrwa­li­śmy się na piasz­czy­stą, polną drogę. Po nie­dłu­gim cza­sie ponow­nie dołą­czy­li­śmy do nie­koń­czą­cego się potoku ludzi i sprzętu, pły­ną­cego w gęstych tuma­nach kurzu na wschód.

Służba medyczna – niedostateczny!

Służba medyczna – nie­do­sta­teczny!

Nasze woj­ska bły­ska­wicz­nie posu­wały się w głąb tery­to­rium Rosji. Po zacię­tych wal­kach o nie­które umoc­nie­nia na gra­nicy, nie napo­ty­ka­li­śmy zor­ga­ni­zo­wa­nego oporu. Więk­szość sił prze­ciw­nika, skon­cen­tro­wa­nych bez­po­śred­nio na zachod­niej gra­nicy Związku Radziec­kiego, została roz­gro­miona ata­kiem z mar­szu. Choć nasze wła­sne doświad­cze­nie wyka­zało, iż resztki tych jed­no­stek mogły sta­no­wić zagro­że­nie dla nie­wiel­kich pod­od­dzia­łów naszych wojsk, dla armii nie­miec­kiej jako cało­ści nie były one prze­ciw­ni­kiem, któ­rego trzeba było się poważ­nie oba­wiać. Przy­po­mi­nało to raczej kąsa­nie poje­dyn­czych i nie­zbyt licz­nych koma­rów. W ciągu kilku następ­nych godzin mia­łem pełne ręce roboty. Można powie­dzieć, że poda­wa­łem środki prze­ciw­bó­lowe i maści gojące na tego typu uką­sze­nia, które nie­prze­rwa­nie ser­wo­wały nam roz­pro­szone grupy fana­ty­ków, w róż­nych miej­scach napa­da­jące na nasze kolumny mar­szowe. Do póź­nej nocy bez­u­stan­nie prze­miesz­cza­łem się mię­dzy jedną grupą ran­nych i drugą, potem mię­dzy drugą i trze­cią i tak bez końca. Więk­szość ran­nych otrzy­my­wała od razu pomoc od sani­ta­riu­szy bez­po­śred­nio na miej­scu zda­rze­nia, ja sam zaj­mo­wa­łem się tylko naj­cięż­szymi przy­pad­kami. Taki sys­tem wyda­wał nam się wtedy naj­bar­dziej opty­mal­nym, dzia­łał spraw­nie i przy­no­sił satys­fak­cję z dobrze wyko­na­nej pracy.

Masze­ru­jące po kal­wa­ryj­skiej szo­sie posta­cie żoł­nie­rzy rzu­cały dłu­gie cie­nie, a słońce wciąż zwle­kało i zwle­kało, jakby nie chcąc skryć się za zachod­nim hory­zon­tem. Tak naprawdę zaczęło się ściem­niać dopiero po godzi­nie dzie­sią­tej wie­czo­rem i wtedy do pracy z ran­nymi potrzebne było już dodat­kowe, sztuczne oświe­tle­nie. Z nasta­niem nocy od pól zaczy­nał wiać chłodny i orzeź­wia­jący wia­te­rek.

Zakoń­czy­łem wła­śnie wyko­ny­wa­nie swo­ich obo­wiąz­ków na jed­nym z wielu impro­wi­zo­wa­nych punk­tów opa­trun­ko­wych i roz­my­śla­łem o tym, jak by tu dogo­nić swój bata­lion, aby dołą­czyć do niego przed noc­nym posto­jem, gdy nad­je­chał konno lekarz dru­giego bata­lionu Knust z prośbą o pomoc. Z tego, co mówił, wyni­kało, że wciąż ma jesz­cze czter­na­stu nawet nie­obej­rza­nych ran­nych, znaj­du­ją­cych się na punk­cie opa­trun­ko­wym przy polnej dro­dze wio­dą­cej w kie­runku Nie­mna. Mie­li­śmy szczę­ście, gdyż pod rękę nawi­nęła nam się pusta sani­tarka i mogli­śmy zosta­wić nasze zdrowo już wymę­czone konie pod opieką Peter­manna. Umó­wi­li­śmy się, że będzie cze­kał na nas na następ­nym, dużym i cha­rak­te­ry­stycz­nym skrzy­żo­wa­niu dróg. Na miej­sce dotar­li­śmy po pół godzi­nie i zasta­li­śmy ran­nych w dość opła­ka­nym sta­nie. Do tej pory udzie­lono im pod­sta­wo­wej pomocy medycz­nej, co zro­bili sani­ta­riu­sze-noszowi, ale na leka­rza cze­kali już od godziny dru­giej po połu­dniu. Wielu miało dresz­cze, co było efek­tem znacz­nej utraty krwi. W ską­pym świe­tle naszych kie­szon­ko­wych lata­rek zoba­czy­li­śmy twa­rze, na któ­rych zastygł gry­mas z tru­dem zno­szo­nego bólu. Na szczę­ście ta zapo­mniana i porzu­cona grupka oka­le­czo­nych przez wojnę ludzi nie stra­ciła rezonu i przy­tom­no­ści umy­słu. Czte­rech z nich, naj­lżej ran­nych, trzy­mało w pogo­to­wiu swoje pisto­lety maszy­nowe i miało przy­go­to­wane do uży­cia gra­naty. Wszystko na wypa­dek nie­ocze­ki­wa­nego, noc­nego napadu wroga, który jak naj­bar­dziej był moż­liwy i to wcale nie teo­re­tycz­nie. Wycią­gnę­li­śmy z sani­tarki wszyst­kie weł­niane koce, jakie tylko mogli­śmy zna­leźć, zaś pojazd usta­wi­li­śmy tak, aby można było pra­co­wać w świe­tle jego reflek­to­rów. Sani­ta­riusz-noszowy, który cały czas pozo­sta­wał z ran­nymi, poka­zał nam naj­cięż­sze przy­padki i sze­ściu żoł­nie­rzy nie­mal od razu prze­nie­śli­śmy do ambu­lansu celem natych­mia­sto­wego prze­wie­zie­nia do szpi­tala. Wró­ciw­szy do pozo­sta­łych, skle­ci­li­śmy z pała­tek i gałęzi mło­dych drzew coś na kształt pro­stego namiotu, aby choć tro­chę ochro­nić ran­nych od cał­kiem już chłod­nego wia­tru. Żaden z nich nie wypusz­czał przy tym broni z ręki, tym zaś, któ­rzy dyżu­ro­wali z pisto­le­tami maszy­no­wymi, wyda­li­śmy dodat­kowe koce.

– Pozo­sta­łych zabie­rze kolejna sani­tarka, którą tu przy­ślemy – zapew­ni­li­śmy sani­ta­riu­sza. – Będzie tu naj­póź­niej nad ranem. Do zoba­cze­nia zatem i powo­dze­nia!

Razem z Knu­stem wtło­czy­li­śmy się do kabiny kie­rowcy. Auto­mat, z któ­rym teraz się już nie roz­sta­wa­łem, poło­ży­łem na kola­nach, a przed­nie kie­sze­nie bluzy mun­du­ro­wej uspo­ka­ja­jąco obcią­żały mi dwa gra­naty. Pod­czas gdy sani­tarka wolno brnęła przez noc, oświe­tla­jąc reflek­to­rami piasz­czy­stą drogę, Knust zdą­żył usnąć. Na ręka­wie mun­duru wciąż plą­tała mu się biała opa­ska z czer­wo­nym krzy­żem.

Ja też chcia­łem zasnąć – byłem nie­ludzko sko­nany i całe moje ciało wręcz bła­gało bodaj o krótki odpo­czy­nek, ale mózg upar­cie zacho­wy­wał zdwo­joną aktyw­ność. Przed oczami prze­su­wały mi się setki obra­zów z całego dnia. Czu­łem, że nie­które wyda­rze­nia i sytu­acje muszę bez­zwłocz­nie prze­my­śleć i dokład­nie poukła­dać je sobie w gło­wie. Prze­cież te parę kilo­me­trów frontu, po któ­rych plą­ta­łem się przez ostat­nie dwa­dzie­ścia godzin, to w isto­cie rze­czy cał­kiem małe „nic” w porów­na­niu z gigan­tycz­nym, posu­wa­ją­cym się na wschód nie­miec­kim fron­tem, cią­gną­cym się od Bał­tyku do Ukra­iny! Na ilu to polach i wzgó­rzach, w jakich lasach i oko­pach umie­rali teraz – dokład­nie wła­śnie w tym momen­cie – ranni nie­mieccy żoł­nie­rze, roz­pacz­li­wie ocze­ku­jący pomocy, która ni­gdy nie nadej­dzie, albo nadej­dzie zbyt późno? Nie ule­gało żad­nej wąt­pli­wo­ści (tak przy­naj­mniej sądzi­łem), że Wehr­macht powi­nien być lepiej przy­go­to­wany do sytu­acji, w któ­rej przy­cho­dzi mu mie­rzyć się z pie­kielną mie­sza­niną popło­chu, baj­zlu, stra­chu i poczu­cia bez­na­dziei, które niczym przy­sło­wiowy smród wlo­kły się za woj­skiem. Nie­wy­klu­czone, że orga­ni­za­cja i zaopa­trze­nie oddzia­łów pierw­szej linii były poza wszelką kry­tyką, ale na mój gust kwe­stia lek­ce­wa­że­nia potrzeb oddzia­łów dru­go­rzu­to­wych, idą­cych w ślad za jed­nost­kami sztur­mo­wymi, zakra­wała na ocie­ra­jące się o prze­stęp­stwo nie­do­pa­trze­nie. Może mia­łoby sens, aby jed­nak nie gnać aż tak szybko do przodu, co dałoby nam tro­chę wię­cej czasu na odnaj­dy­wa­nie i rato­wa­nie ran­nych oraz grze­ba­nie pole­głych. Póki co, ran­nym, pozo­sta­wio­nym za szybko prze­su­wa­jącą się linią frontu, z jakie­goś powodu nie udzie­lano wyma­ga­nej uwagi.

Pod­czas gdy tak roz­my­śla­łem, zdą­ży­li­śmy doje­chać do umó­wio­nego miej­sca spo­tka­nia z Peter­man­nem i dalej ruszy­li­śmy już konno, kom­bi­nu­jąc po dro­dze, jak by tu dogo­nić nasz bata­lion. Nagle z ciem­no­ści wynu­rzył się i zrów­nał z nami samo­chód tere­nowy dowódcy naszego pułku. Puł­kow­nik Bec­ker sie­dział z przodu, obok kie­rowcy, jego adiu­tant – z tyłu. Pomy­śla­łem, że oto sama Opatrz­ność wybrała mnie na swo­jego pro­roka po to, abym mógł podzie­lić się swo­imi spo­strze­że­niami z Bec­kerem i zwró­cić jego uwagę na woła­jącą o pomstę do nieba dez­or­ga­ni­za­cję, która wkrada się w dzia­ła­nia oddzia­łów dru­giej linii i unie­moż­li­wia udzie­la­nie ran­nym wykwa­li­fi­ko­wa­nej i ter­mi­no­wej pomocy. Zwy­cza­jowe mel­dunki pod­wład­nych są ste­reo­ty­powe i rzadko wykra­czają poza sfor­mu­ło­wa­nia w stylu „nic nad­zwy­czaj­nego… nic god­nego uwagi… nic, co wyma­ga­łoby wzmian­ko­wa­nia”. Jed­nak tym razem mia­łem o czym mel­do­wać. Czu­łem, że puł­kow­nik Bec­ker, będący wiel­kim zwo­len­ni­kiem porządku i dys­cy­pliny, nale­ży­cie oceni moją szcze­rość i może nawet będzie wdzięczny za tego typu raport. Ofi­cer ten zawsze prze­ja­wiał ogromną tro­skę o swo­ich ludzi, a do mnie odno­sił się z sza­cun­kiem i życz­li­wo­ścią, gdyż pamię­tał mnie dobrze jesz­cze z cza­sów naszej wspól­nej służby w Nor­man­dii. Po raz pierw­szy dał temu wyraz, gdy zwró­cił uwagę na mój nawyk pod­pi­sy­wa­nia rapor­tów lite­rami „HP” zamiast peł­nego nazwi­ska „Haape”. Od tam­tej pory nadał mi prze­zwi­sko „Hal­te­punkt” (od niem. słowa „Hal­te­punkt” – HP, czyli „przy­sta­nek”). Co by nie gadać, było mi miło, gdy z zatrzy­mu­ją­cego się pojazdu dobiegł mnie głos:

– Dzień dobry Hal­te­punkt. Jak tam sytu­acja?

Zesko­czy­łem z konia, odda­łem honory przy­jaź­nie uśmie­cha­ją­cemu się puł­kow­ni­kowi i moż­li­wie jak naj­pro­ściej odpo­wie­dzia­łem:

– Pod wie­loma aspek­tami sytu­acja jest nie­za­do­wa­la­jąca, panie puł­kow­niku. Infor­ma­cja o miej­scu prze­by­wa­nia i licz­bie ran­nych czę­sto nad­cho­dzi późno, lub nie nad­cho­dzi ni­gdy. Ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze na przed­niej linii nie zawsze poświę­cają ran­nym dosta­teczną ilość uwagi, co skut­kuje bra­kiem odpo­wied­niego współ­dzia­ła­nia mię­dzy nami.

Brwi Bec­kera powoli unio­sły się do góry, a oczy nabrały chłod­nego wyrazu, ale ja upar­cie kon­ty­nu­owa­łem prze­mowę, pod­no­sząc głos nie­mal do krzyku:

– Ranni roz­rzu­ceni są na dużej prze­strzeni i w efek­cie nie otrzy­mują nale­ży­tej pomocy medycz­nej, albo nie otrzy­mują jej wcale!

– Gdzie wasza opa­ska z Czer­wo­nym Krzy­żem? – gniew­nym i gwał­tow­nym gło­sem zapy­tał puł­kow­nik, z jawną nie­chę­cią obrzu­ca­jąc wzro­kiem mój auto­mat i rękaw mun­duru bez opa­ski.

– Zdją­łem, panie puł­kow­niku.

– Na czyj roz­kaz?

– Niczyj, panie puł­kow­niku.

– Pro­szę nie­zwłocz­nie zamel­do­wać sze­fowi służby medyczno-sani­tar­nej dywi­zji, iż samo­wol­nie zdjął pan swoją opa­skę.

Mil­czał chwilę, naj­wy­raź­niej pró­bu­jąc się uspo­koić i wziąć się w garść. Zakasz­lał i bar­dziej już pojed­naw­czym tonem powie­dział:

– Niech pan będzie łaskaw powstrzy­mać się od kry­tyki oddzia­łów pierw­szo­rzu­to­wych. Zamiast tego pro­szę sku­pić się na wyko­ny­wa­niu pana pod­sta­wo­wych obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Dzia­ła­nia jed­no­stek bojo­wych to nie pana ból głowy, pan odpo­wiada za pomoc ran­nym! Niech pan będzie łaskaw, raz jesz­cze to powtó­rzę, pamię­tać o tym.

Puł­kow­nik chra­pli­wym gło­sem wydał krótki roz­kaz kie­rowcy swo­jego samo­chodu tere­no­wego i pojazd gwał­tow­nie ruszył z miej­sca.

Ciężko wdra­pu­jąc się na sio­dło czu­łem się jak pies, który dostał kop­niaka za darmo. Byłem zły i jed­no­cze­śnie zdru­zgo­tany i przy­tło­czony całą sytu­acją. Do róż­nych moich smut­nych doświad­czeń doszło jesz­cze jedno, któ­rego nale­żało bez­względ­nie prze­strze­gać: ni­gdy, pod żad­nym pozo­rem, nie liczyć na jaką­kol­wiek pomoc ze strony jed­no­stek bojo­wych. Jeśli to się jakimś cudem zda­rzy – jak było w przy­padku Stolza, który przy­dzie­lił mi dwóch swo­ich ludzi – należy trak­to­wać to jak nie­ocze­ki­wany dar nie­bios. Od tej chwili przy­rze­kłem sobie, że będę sto­so­wać swój wła­sny sys­tem oka­zy­wa­nia pomocy ran­nym, któ­rego fun­da­men­talną zasadą będzie moja mak­sy­malna nie­za­leż­ność od kogo­kol­wiek i cze­go­kol­wiek. Szczera wymiana zdań z Bec­ke­rem była dla mnie zna­ko­mitą lek­cją i dobrze się stało, że ode­bra­łem ją wcze­śniej niż póź­niej. Tym samym puł­kow­nik Bec­ker oddał mii nie­oce­nioną usługę.

Na prawo od drogi, obok jakie­goś domu, stała sani­tarka. Pomy­śla­łem, że być może przyda się tam moja pomoc i wsze­dłem do cha­łupy. Oka­zało się jed­nak, że był tam już lekarz z pierw­szego bata­lionu, który w zupeł­no­ści pano­wał nad sytu­acją. Mój kolega po fachu opo­wie­dział mi smutną histo­rię, jak to trzech naszych sani­ta­riu­szy wraz z ran­nymi, któ­rych opa­try­wali, zostało bestial­sko zarznię­tych przez Rosjan w cza­sie walk o jakiś schron bojowy przy gra­nicy. Sły­sząc to, poczu­łem jesz­cze więk­szą nie­na­wiść do wroga.

Im bar­dziej zbli­żała się noc, tym lepiej jechało się bez­po­śred­nio po samej dro­dze, z któ­rej zeszły kolumny pie­choty, roz­kła­da­jące się na postój po oko­licy, z oczy­wi­stą nadzieją na urwa­nie bodaj kilku godzin snu. Tuż obok drogi zauwa­ży­łem duże zada­sze­nie, spod któ­rego bił snop świa­tła, wokół tło­czyli się żoł­nie­rze. Pod­je­cha­łem bli­żej i dostrze­głem sto­jący tam samo­chód puł­kow­nika Bec­kera. Dookoła roz­ta­czał się nad­zwy­czaj kuszący zapach mię­snego gula­szu i jakiejś zupy, co momen­tal­nie uświa­do­miło mi, że jestem nie­ludzko głodny.

– A oto i pan Hal­ten­punkt! – wesoło powi­tał mnie Bec­ker. – Czy dzi­siaj w ogóle coś jedli­ście?

Spra­wiał wra­że­nie, jakby cał­kiem zapo­mniał o tym, iż zdrowo mnie zbesz­tał nie­całą godzinę temu.

– Nic jesz­cze nie mia­łem w ustach, panie puł­kow­niku – odpo­wie­dzia­łem szcze­rze.

Mój żal do sta­rego wojaka jakoś nagle sam z sie­bie wypa­ro­wał.

– A tutaj aku­rat przy­rzą­dzili zadzi­wia­jąco dobrą gro­chówkę z woło­winą. Sia­daj­cie i czę­stuj­cie się. Smak praw­dzi­wie domowy!

Tłu­sta zupa, przy­rzą­dzona w ogrom­nym żeliw­nym kotle, była fak­tycz­nie nie­biań­sko pyszna. Chci­wie pochła­nia­jąc zwar­tość poda­nej mi miski z paru­jącą potrawą, mimo­wol­nie przy­po­mnia­łem sobie to, co sły­sza­łem o sta­rym puł­kow­niku. Zawsze jadł dokład­nie to samo, co jego pod­ko­mendni i ni­gdy nie zasia­dał do posiłku, zanim nie upew­nił się, że wszy­scy jego ludzie dobrze zostali nakar­mieni.

– Zapa­mię­taj­cie Hal­ten­punkt moje słowa: godziwe jedzonko pomaga ciału i duszy trzy­mać się w kupie – poga­dy­wał Bec­ker w cza­sie, gdy ja byłem pochło­nięty jedze­niem gro­chówki. – Ni­gdy nie prze­chodź­cie obo­jęt­nie obok kuchni polo­wej!

Tro­skli­wie i po ojcow­sku odcze­kał, aż upo­ram się z jedze­niem, po czym z pod­nie­ce­niem kon­ty­nu­ował:

– Wie­cie jak daleko zaszły przez cały dzień nasze oddziały zwia­dow­cze? Do samego Nie­mna! Doszli­śmy pra­wie do Nie­mna, Hal­ten­punkt! To ozna­cza, że w ciągu jed­nego dnia weszli­śmy na sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów w głąb tery­to­rium wroga. Może­cie mi wie­rzyć Hal­ten­punkt, że to wspa­niały wynik!

Wszy­scy żoł­nie­rze, któ­rzy znaj­do­wali się w pobliżu kuchni polo­wej, zostali nakar­mieni. Dopiero wtedy kie­rowca Bec­kera przy­niósł mu wresz­cie talerz zupy i kawał woj­sko­wego chleba. Puł­kow­nik roz­ła­mał chleb na dwie czę­ści i podał mi jedną połówkę. Wziąw­szy się z ape­ty­tem za jedze­nie, nie prze­sta­wał jed­no­cze­śnie mówić:

– Rozu­miem wasze sta­no­wi­sko. Z tego, co mówi­li­ście, grupy ran­nych żoł­nie­rzy roz­siane są na cał­kiem dużym obsza­rze. To wasze słowa, czyż nie tak?

Patrzył na mnie uważ­nie spod swo­ich kosma­tych brwi i niczym stu­letni dzia­dek, co chwila mru­gał oczami.

– Teraz pozwól­cie, że przed­sta­wię wam swój punkt widze­nia. W koń­co­wym obra­chunku liczy się wyłącz­nie osta­teczny wynik walki. Nie­wy­klu­czone, że nie wszystko funk­cjo­nuje tak ide­al­nie, jak byśmy tego sobie życzyli i być może sytu­acja wymaga zapro­wa­dze­nia pew­nych porząd­ków, ale powia­dam wam: Ruscy to dopiero są w praw­dzi­wie kata­stro­fal­nej sytu­acji. Tak, Hal­ten­punkt, mówię wam, kata­stro­fal­nej!

Uła­mał kawa­łek chleba i poucza­jąco pogro­ził mi pal­cem.

– Nasze dzi­siej­sze prze­ła­ma­nie w znacz­nym stop­niu osłabi siły i morale wroga. Jutro, czy tam poju­trze, sytu­acja będzie zupeł­nie inna. Ale póki co, musimy bez­względ­nie dep­tać Rosja­nom po pię­tach.

Prze­tarł usta chu­s­teczką do nosa i w zamy­śle­niu dodał:

– Taaak, Hal­ten­punkt, oso­bi­ste odczu­cia i doświad­cze­nia poje­dyn­czego czło­wieka nie mają abso­lut­nie żad­nego zna­cze­nia w skali glo­bal­nej wojny. Radzę wam, młody czło­wieku, dobrze przy­swoić sobie tę myśl.

Słu­cha­jąc puł­kow­nika zdą­ży­łem w mię­dzy­cza­sie prze­łknąć już drugi kubek kawy. Podzię­ko­wa­łem zatem za gościnę, odda­łem honory swo­jemu dowódcy i uda­łem się w dal­szą drogę. Do sztabu bata­lionu dotar­łem dopiero około dru­giej w nocy, czy też raczej pra­wie rano.

– No, wresz­cie! – usły­sza­łem ura­do­wany głos Neu­hoffa. – Mam już wszyst­kiego powy­żej uszu. Od czte­rech godzin kapral Meyer nie daje mi żyć, łażąc za mną z jed­nym ze swo­ich ludzi. Otu­ma­nił nas wszyst­kich kom­plet­nie, pró­bu­jąc coś zro­bić z tym bie­da­kiem. Koleś roz­dzia­wił japę na całą sze­ro­kość i teraz za cho­lerę nie może jej z powro­tem zamknąć, bo mu się zakli­no­wała. Rany boskie, dok­to­rze, pomóż­cie mu jakoś!

Natych­miast dostar­czono przed moje obli­cze faceta z fak­tycz­nie nie­ludzko roz­dzia­wioną pasz­czą. Hil­le­manns oraz Lam­mer­ding, nasz bata­lio­nowy ofi­cer do spe­cjal­nych poru­czeń, stali tuż obok i z zain­te­re­so­wa­niem obser­wo­wali, co też mam zamiar z nim zro­bić. Zna­la­złem się w praw­dzi­wie trud­nym poło­że­niu – w życiu nie mia­łem do czy­nie­nia z podob­nym przy­pad­kiem. Dolna szczęka żoł­nie­rza wysko­czyła z zawia­sów szczę­ko­wych i wysu­nęła się do przodu, kli­nu­jąc się w tym poło­że­niu. Tym samym na umę­czo­nym obli­czu nie­szczę­śnika ział nie­pro­por­cjo­nal­nie wielki otwór sze­roko otwar­tych ust. Ocie­ka­jący śliną język kotło­wał się spa­zma­tycz­nie w jamie gębo­wej, zupeł­nie jakby jego wła­ści­ciel usi­ło­wał coś mi powie­dzieć – oczy­wi­ście bez­sku­tecz­nie. Pośpiesz­nie usi­ło­wałem przy­po­mnieć sobie pod­sta­wowe prawa ana­to­mii, mogące mieć zwią­zek z tym nie­zwy­kłym przy­pad­kiem i dosze­dłem do wnio­sku, że sen­sow­nym będzie lekko uci­snąć dolną szczękę, jed­no­cze­śnie pocią­ga­jąc ją deli­kat­nie w dół i do przodu. Teo­re­tycz­nie powinno to skut­ko­wać tym, że nacią­gnięte mię­śnie dol­nej szczęki roz­cią­gną się jesz­cze bar­dziej i, być może, wywich­nięte zawiasy szczę­kowe, prze­su­wa­jąc się do przodu, a następ­nie w tył, odkli­nują się i wrócą na wła­ściwe miej­sce, tym samym wyrów­nu­jąc poło­że­nie dol­nej szczęki wzglę­dem gór­nej. Tak więc pięk­nie wie­dzia­łem, co powinno zajść w teo­rii, nato­miast w prak­tyce… pozo­sta­wało mieć nadzieję, że się nie pomy­li­łem. Chwy­ci­łem dwie chu­s­teczki i z pomocą kaprala okrę­ci­łem je wokół swo­ich kciu­ków.

– A to po co? – zain­te­re­so­wał się Neu­hoff.

– Bez­pie­czeń­stwo przede wszyst­kim! Nie­na­wi­dzę wty­kać palce w zęby, kiedy szczęki mogą zamknąć się jak potrzask.

Pole­ci­łem kapra­lowi, aby sta­nął za ple­cami sie­dzą­cego na krze­śle pacjenta i mocno przy­ci­snął jego głowę do swo­jego brzu­cha. Zro­bił wszystko jak należy, ale wzrok miał przy tym taki, jakby trzy­mał za rogi samego dia­bła. „Czort” zaś patrzył na mnie jed­no­cze­śnie bła­gal­nie i wielce podejrz­li­wie.

– Gotów? – zapy­ta­łem go.

Zamiast odpo­wie­dzi, jesz­cze bar­dziej wyba­łu­szył oczy. Ostroż­nie uło­ży­łem kciuki na dol­nych zębach trzo­no­wych bie­daka, wzią­łem przy­miarkę i leciutko uci­sną­łem szczękę. Potem, wziąw­szy głę­boki oddech, co sił naci­sną­łem szczękę w dół, jed­no­cze­śnie pocią­ga­jąc ją do sie­bie… Na uła­mek sekundy przed tym, jak zawiasy szczę­kowe, nie z trza­skiem, ale z jakimś ogłu­sza­ją­cym chru­po­tem wró­ciły na swoje miej­sce, zdą­ży­łem wyszarp­nąć kciuki z ust żoł­nie­rza. Cała ta mani­pu­la­cja oka­zała się prost­sza, niż myśla­łem. Nie wie­rząc do końca w peł­nię swo­jego szczę­ścia, pacjent kil­ka­krot­nie otwo­rzył i zamknął usta.

– No i wszystko gra – z ulgą pod­su­mo­wa­łem udaną ope­ra­cję. – Na przy­szłość bądź ostroż­niej­szy, gdy będziesz sze­roko otwie­rać usta. Poza tym, takie roz­dzia­wia­nie gęby nie przy­stoi praw­dzi­wemu żoł­nie­rzowi. Jasne?

– Tak jest, panie dok­to­rze – ostroż­nie, bar­dzo ostroż­nie otwie­ra­jąc usta, odpo­wie­dział żoł­nierz.

– I jak tam poszło? – zapy­tał Neu­hoff.

– Dro­biazg, nic szcze­gól­nego, panie majo­rze – odpo­wie­dzia­łem. Dobrze prze­cież zapa­mię­ta­łem wszyst­kie dzi­siej­sze lek­cje.

Dołą­czy­li­śmy do pozo­sta­łych ludzi z naszego bata­lionu, któ­rzy odpo­czy­wali na skraju lasu. Część z nich już spała. W tym momen­cie nad­je­chała moja sani­tarka z Wege­ne­rem i Dehor­nem. Obaj sumien­nie wyko­ny­wali swoje obo­wiązki przez okrą­głe dwa­dzie­ścia cztery godziny i byli dosłow­nie pad­nięci, zresztą tak, jak ja sam i wielu innych. Na zegarku była trze­cia rano. Uzu­peł­ni­łem zawar­tość swo­jej torby lekar­skiej i resztką sił, na czwo­raka, wci­sną­łem się do malut­kiego namiotu, w któ­rym już ukła­dali się do snu Neu­hoff, Lam­mer­ding i Hil­le­manns. Po paru sekun­dach wszy­scy czte­rej jak na komendę zapa­dli­śmy w naj­głęb­szy sen… na całe pół­to­rej godziny.

Rozkaz to rozkaz

Roz­kaz to roz­kaz

Zgod­nie z moim cał­kiem subiek­tyw­nym odczu­ciem, dosłow­nie po kil­ku­na­stu minu­tach kon­ty­nu­owa­li­śmy nasz mia­rowy pochód w kie­runku rzeki Nie­men, posu­wa­jąc się sze­roką, piasz­czy­stą drogą. Pół­to­ra­go­dzinny sen przy­niósł wię­cej szkody niż pożytku. Czu­jąc się jak zde­chły pies, z led­wo­ścią byłem w sta­nie zwlec się z posła­nia. Doty­czyło to zresztą nie tylko mnie. Prze­mar­z­li­śmy do kości, bolały nas zdrę­twiałe mię­śnie, a nogi popu­chły do tego stop­nia, że z tru­dem dało się wci­snąć je w buty. Tuż przed opusz­cze­niem noc­nego obo­zo­wi­ska oznaj­miono nam o nadej­ściu taj­nego tele­gramu z kwa­tery głów­nej, opa­trzo­nego oso­bi­stym pod­pi­sem samego Hitlera. Jego treść dostar­czyła nam obfi­tego mate­riału do dys­ku­sji, trwa­ją­cych do wschodu słońca.

„Wszy­scy rosyj­scy komi­sa­rze maja być roz­strze­li­wani natych­miast po ich uję­ciu”, gło­sił tekst roz­kazu.

Twarz Neu­hoffa, w momen­cie, gdy przy­niósł nam te nowiny, była bar­dzo poważna. Można rzec, że był w pew­nym sen­sie zakło­po­tany, co nie było do niego podobne. Pod­kre­ślił, że nie powin­ni­śmy roz­po­wia­dać o tym wśród żoł­nie­rzy – tajna instruk­cja była prze­zna­czona tylko dla kor­pusu ofi­cer­skiego. Dal­sza część roz­kazu zawie­rała infor­ma­cję, iż w ciągu pierw­szego dnia dzia­łań bojo­wych znaczna część wzię­tych do nie­woli żoł­nie­rzy nie­miec­kich została z zimną krwią roz­strze­lana wła­śnie na roz­kaz komi­sa­rzy poli­tycz­nych. Los ten spo­tkał mię­dzy innymi per­so­nel medyczny oraz bez­bron­nych, ran­nych żoł­nie­rzy. Osta­teczną winę za te zbrod­nie przy­pi­sy­wano komi­sa­rzom.

Jadąc drogą, Kage­neck, Stolz i ja roz­po­czę­li­śmy cichą, lecz bar­dzo oży­wioną dys­ku­sję doty­czącą roz­kazu führera.

– Do cho­lery z tym, jestem prze­ciwny roz­strze­li­wa­niu bez­bron­nych ludzi nawet wtedy, jeśli to są prze­stępcy – ze zde­ner­wo­wa­niem ogło­sił Kage­neck. – W każ­dym przy­padku taka poli­tyka jest błędna. Tego typu nowinki nie da się utrzy­mać w tajem­nicy. Wie­cie, co będzie, gdy dowie­dzą się o tym Ruscy? Powiem wam, co będzie. Wie­dząc, że nie ura­tują skóry w nie­woli, komi­sa­rze zaczną wal­czyć jak wście­kli, do ostat­niego naboju! A zda­je­cie sobie sprawę, jaki to mate­riał dla pro­pa­gandy czer­wo­nych?!

– Każdy czło­wiek zasłu­guje na to, aby trak­to­wać go indy­wi­du­al­nie. W razie czego, powinna być moż­li­wość uczci­wego sądze­nia takich ludzi. Co wy na to, Stolz? – zapy­ta­łem po namy­śle.

Po zachmu­rzo­nym obli­czu Stolza widać było, że sta­ran­nie zasta­na­wia się nad odpo­wie­dzią.

– Jeśli cho­dzi o mnie, to nie mam zamiaru nikomu wyda­wać roz­ka­zów roz­strze­li­wa­nia z zimną krwią jakich­kol­wiek ludzi. A tak przy oka­zji: nie jestem w sta­nie odróż­nić komi­sa­rza od zwy­kłego ofi­cera Armii Czer­wo­nej i jak już przy tym jeste­śmy, to powiem wam, że nie zamie­rzam docie­kać, na czym polega róż­nica. Mam nadzieję, pano­wie ofi­ce­ro­wie, że moja opi­nia pozosta­nie mię­dzy nami?

Stolz nie musiał się nie­po­koić, że jego zda­nie sta­nie się publiczną tajem­nicą. Prak­tycz­nie każdy ofi­cer z naszego bata­lionu miał w tej kwe­stii dokład­nie takie samo zda­nie i nikt z nas ni­gdy nie wydał roz­kazu, aby roz­strze­lać wzię­tego do nie­woli komi­sa­rza. Trzeba jed­nak nad­mie­nić, że wła­ści­wie nie­wielu z nich doży­wało momentu wzię­cia do nie­woli. Więk­szość ginęła na polu boju, albo strze­lała sobie w łeb, aby nie dać się wziąć żyw­cem. Nie­liczni, któ­rzy żywi wpa­dli nam w ręce, byli odsy­łani na zachód i tam sku­tecz­nie roz­pły­wali się we wciąż rosną­cej masie jeń­ców wojen­nych. Jed­nakże nam samym też przy­szło doświad­czyć na wła­snej skó­rze, jaki wpływ na ota­cza­ją­cych ich ludzi mają tego typu czer­woni fana­tycy. Zawsze kie­dy­kol­wiek napo­tka­li­śmy szcze­gól­nie zawzięty opór, pra­wie wszę­dzie w kon­se­kwen­cji wyła­wia­li­śmy komi­sa­rza, lub nam o tako­wym dono­szono. Codzien­nie nasze samo­loty roz­sy­py­wały nad tery­to­rium prze­ciw­nika ilu­stro­wane ulotki nawo­łu­jące żoł­nie­rzy rosyj­skich do zabi­ja­nia komi­sa­rzy, zanie­cha­nia oporu i odda­wa­nia się w nie­wolę. Czę­sto robiła na nas wra­że­nie sku­tecz­ność tego rodzaju pro­pa­gandy. Od czasu do czasu poszcze­gólne grupy czer­wo­no­ar­mi­stów, zanim pod­nio­sły ręce w górę, przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści odstrze­li­wały swo­ich komi­sa­rzy, któ­rzy musieli być zdrowo znie­na­wi­dzo­nymi typami.

Otrzy­ma­li­śmy wia­do­mość, że most na Nie­mnie został uchwy­cony w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Nasi zwia­dowcy, któ­rzy skryli się we mgle otu­la­ją­cej rzekę, prze­pra­wili się na drugą stronę spe­cjal­nie w celu unie­moż­li­wie­nia wro­gowi wysa­dze­nia mostu. W ślad za nimi po moście prze­mknął, wcho­dzący w skład naszej dywi­zji, szwa­dron kawa­le­rii von Boese­la­gera i zli­kwi­do­wał nie­przy­ja­ciel­skie umoc­nie­nia na przed­mo­ściu. Do tego czasu dotarły tam pierw­sze pod­od­działy dru­giego bata­lionu pie­choty, któ­rymi dowo­dził Hök, pod­czas gdy nasza arty­le­ria cały czas przy­gnia­tała ogniem rosyj­ską bate­rię, osła­nia­jącą most.

Roz­ło­ży­li­śmy nasze mapy topo­gra­ficzne. Nie­men two­rzył w tym rejo­nie wielką pętlę, opły­wa­jąc tereny poro­śnięte ogrom­nymi lasami.

– Nie jest tak źle – zauwa­żył z zado­wo­le­niem Neu­hoff. – Za trzy godziny my też tam będziemy.

Jed­nakże nasz pod­od­dział otrzy­mał roz­kaz spe­cjalny, który poło­żył kres tym nadzie­jom. Brzmiał on nastę­pu­jąco: „Trzeci bata­lion osiem­na­stego pułku pie­choty prze­cho­dzi na wschód od drogi na Nie­men celem prze­cze­sa­nia znaj­du­ją­cego się tam masywu leśnego”.

Wkrótce zro­zu­mie­li­śmy powody, dla któ­rych otrzy­ma­li­śmy taki roz­kaz. Na tej wła­śnie dro­dze, wio­dą­cej z Kal­wa­rii ku rzece, Rosja­nie zastrze­lili już dwóch goń­ców-moto­cy­kli­stów, a dzi­siej­szego ranka urzą­dzili zasadzkę na ambu­lans. Roz­kaz o zmia­nie dotych­cza­so­wego kie­runku mar­szu został prze­ka­zany wzdłuż kolumny i wszy­scy na kilka minut przy­sta­nęli. Klnąc w żywy kamień, pie­chu­rzy z dzie­sią­tej kom­pa­nii Stolza i z jede­na­stej Kra­mera zajęli roz­cią­gniętą na sześć kilo­me­trów pozy­cję rów­no­le­gle do drogi. Odle­głość mię­dzy poszcze­gól­nymi żoł­nie­rzami w tej gigan­tycz­nej, zaim­pro­wi­zo­wa­nej tyra­lie­rze wyno­siła około pięt­na­stu kro­ków. Na komendę wszy­scy, nie kry­jąc się, ruszyli przed sie­bie przez pola, pagórki i kępy drzew. Zada­nie było jasno okre­ślone – nie prze­oczyć ani jed­nego Rosja­nina w tym sek­to­rze.

Dzie­wiąta kom­pa­nia pod dowódz­twem porucz­nika Teit­gena pozo­stała w rezer­wie i wszy­scy jej żoł­nie­rze od razu roz­lo­ko­wali się tak, aby choć na chwilę „zła­pać komara”. Szybko zor­ga­ni­zo­wa­łem tym­cza­sowy punkt pierw­szej pomocy w pobliżu punktu dowo­dze­nia Neu­hoffa i przy­go­to­wa­łem wszel­kie nie­zbędne środki i mate­riały na wypa­dek nagłej aktyw­no­ści bojo­wej. Potem od razu roze­sła­łem sobie koc i roz­ło­ży­łem się na odpo­czy­nek w pro­mie­niach poran­nego słońca. Hil­le­manns był jak zwy­kle zajęty mel­dun­kami, rapor­tami i wsze­laką kore­spon­den­cją szta­bową. Major Neu­hoff zasiadł na przy­droż­nym gła­zie i z uwagą wpa­try­wał się w dal. Odwró­cił się tro­chę w naszą stronę i spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby mówił sam do sie­bie, bia­do­lił:

– Major Hök ze swoim dru­gim bata­lio­nem wła­śnie sobie masze­ruje po moście przez Nie­men. A nas znowu przy­trzy­mali i zrzu­cili na łeb prze­cze­sy­wa­nie sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych jakichś zapo­mnia­nych przez Boga paro­wów. I to jesz­cze bawiąc się w cho­wa­nego z garstką cho­ler­nych Iwa­nów. Chło­paki w naj­lep­szym wypadku poja­wią się z powro­tem grubo po połu­dniu. Będą zdrowo sko­nani, a tu jesz­cze do czar­nej nocy trzeba będzie doga­niać resztę pułku. Dwa dni wojny i dwa dni gania­nia za naj­gor­szymi ruskimi mętami.

– No cóż… – przy­tak­ną­łem z soli­dar­no­ści. – Ktoś prze­cież musi zająć się wypeł­nia­niem zadań spe­cjal­nych.

– A niech szlag trafi te wszyst­kie zada­nia spe­cjalne! – roze­źlił się Neu­hoff. – To, co pięk­nie nazy­wa­cie zada­niami spe­cjal­nymi to po pro­stu naj­gor­sza czarna robota, którą musimy odwa­lać przez innych i za innych.

W tym momen­cie zauwa­ży­li­śmy, że nasi ludzie pro­wa­dzą czte­rech jeń­ców, poj­ma­nych w pobli­skim lesie. Trzech z nich miało na sobie ubra­nia cywilne, ale ogo­lone go gołej skóry czaszki zdra­dzały w nich żoł­nie­rzy. Dwaj z nich byli w typie mon­gol­skim i ich sko­śne oczy patrzyły na nas z jakimś oso­bli­wym, dzi­kim wyra­zem. W cza­sie, gdy Neu­hoff, wciąż nie­ru­chomo tkwiąc na swoim kamie­niu, z zain­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się Iwa­nom, dowie­dzie­li­śmy się, że jed­nym z zastrze­lo­nych tu dzi­siaj o świ­cie moto­cy­kli­stów był star­szy sze­re­gowy Belt­zer z naszego bata­lionu. Gdy zna­le­ziono jego ciało, miał wypa­tro­szone kie­sze­nie, a mel­dunki, które prze­wo­ził, znik­nęły. Usta Neu­hoffa zaci­snęły się w jedną, wąską kre­skę.

– Zabity i okra­dziony… – wyszep­tał strasz­li­wym gło­sem, ani na sekundę nie spusz­cza­jąc wzroku z rosyj­skich jeń­ców. – Jeden z moich ludzi zabity i ogra­biony… Tego czło­wieka – kiw­nię­ciem głowy wska­zał Rosja­nina odzia­nego w mun­dur – ode­słać do punktu zbor­nego dla jeń­ców. A te trzy stra­szy­dła… – zło­wiesz­czo zmru­żył oczy, patrząc na trzy posta­cie w nie­do­pa­so­wa­nej, cywil­nej odzieży. – Tych trzech śmier­dzą­cych zło­dziei natych­miast roz­strze­lam.