49,00 zł
Szli na wojnę po ordery,a wracali do Rosji po spektakularnej klęsce, którą trudno było zrozumieć w całym ówczesnym świecie. Wspomnienia lekarza-oficera dywizji można jedynie porównać do Paragrafu 22 Josepha Hellera.
Wizytujący szpital dowódca dywizji wręczył order św. Jerzego pierwszemu z brzegu w sali szpitalnej rannemu. Okazało się ,ze to był dezerter postrzelony w cztery litery podczas próby dezercji z pierwszej linii frontu. Na innym odcinku frontu przyjęto niewiarygodną ilość rannych z przestrzelonym palcem wskazującym prawej ręki. A przy tym niewiarygodna korupcja, chaos organizacyjny i nieustające pijaństwo - oto obraz armii, która miała lekko, łatwo i przyjemnie rozbić Japończyków.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 376
Japonia zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. Na redzie Port Artur, w ciemnościach nocy, wśród spokojnie śpiących okrętów wojennych zagrzmiały eksplozje japońskich min. W odległym Czemulpo, po tytanicznej walce z całą eskadrą, zginęły samotne „Wariag” i „Koriejec”… Rozpoczęła się wojna.
O co toczyła się ta wojna? Nikt nie wiedział. Obce wszystkim negocjacje w sprawie opuszczenia Mandżurii przez Rosjan ciągnęły się pół roku, zbierały się coraz gęstsze chmury i pachniało burzą. Nasi rządzący z zadziwiająca powolnością ważyli szale wojny i pokoju. A teraz Japonia w zdecydowany sposób rzuciła swój los na szalę wojny…
Rosyjska prasa patriotyczna zakipiała wojennym zapałem. Krzyczała o piekielnym podstępie i azjatyckiej perfidii Japończyków, którzy zaatakowali nas bez wypowiedzenia wojny. We wszystkich większych miastach odbywały się demonstracje. Tłumy ludzi paradowały ulicami z portretami cara, krzyczały „hurra”, śpiewały „Boże zachowaj cara!”. W teatrach, jak donosiły gazety, publiczność natarczywie i jednogłośnie domagała się odgrywania hymnu narodowego. Oddziały wyruszające na wschód rwały się do boju i zadziwiały gazetowych pismaków swoim dziarskim wyglądem. Miało się wrażenie, jakby całą Rosję, od góry do dołu, ogarnął jeden potężny impuls oburzenia i entuzjazmu.
Wojna nie była oczywiście spowodowana przez Japonię, a jej bezsensowność sprawiała, iż nikt jej nie pojmował. Jakże to? Jeśli każda komórka żywego ciała ma swoją oddzielną, małą świadomość, to komórki nie będą pytać, dlaczego ciało nagle podskoczyło, napięło się, rzuciło do walki; krwinki będą biegać po naczyniach, włókna mięśniowe będą się kurczyć, każda komórka będzie robić to, do czego jest przeznaczona, a o co toczy się walka, gdzie zadawane są ciosy, to już sprawa naczelnego mózgu. Takie właśnie wrażenie sprawiała Rosja: wojna była jej niepotrzebna, niezrozumiała, ale cały jej ogromny organizm trząsł się od potężnego przypływu, który ją ogarnął.
Tak to wyglądało z daleka. Ale z bliska było już inaczej. Dookoła, wśród inteligencji, panowała wroga irytacja – bynajmniej nie wobec Japończyków. Kwestia wyniku wojny nie była przedmiotem troski, nie było śladu wrogości wobec Japończyków, nasze porażki nie powodowały przygnębienia – wręcz przeciwnie, obok bólu z powodu szaleńczo niepotrzebnych ofiar rodziła się jakaś złośliwość. Wielu deklarowało bez ogródek, że porażka byłaby dla Rosji najbardziej korzystna. Patrząc z zewnątrz, patrząc nierozumiejącymi oczami, działo się coś niesamowitego: kraj walczył, a w domu jego kwiat intelektu obserwował bój z wrogą i wyzywającą uwagą. Cudzoziemcy byli tym zdumieni, a „patrioci” dogłębnie oburzeni – mówili o „zgniłej, tendencyjnej, kosmopolitycznej rosyjskiej inteligencji”. Jednak u większości nie był to prawdziwy, szeroki kosmopolityzm, zdolny powiedzieć swojemu ojczystemu krajowi: „Nie masz racji, za to twój wróg ją ma”; nie była to też organiczna niechęć do krwawej metody rozstrzygania międzynarodowych sporów. To, co było tu naprawdę uderzające, co było teraz szczególnie widoczne, to bezprecedensowo głęboka, powszechna wrogość, jaką żywiono wobec rządzących, który rozpoczęli wojnę: ci zaś toczyli walkę z wrogiem, podczas gdy sami byli najbardziej obcymi, najbardziej znienawidzonymi wrogami ze wszystkich.
Również szerokie masy nie doświadczały dokładnie tego, co przypisywały im patriotyczne gazety. Na samym początku dało się zauważyć pewne uniesienie – nieświadomy zryw bezmyślnej komórki, wciągniętej w gorączkę walczącego organizmu. Ale ten poryw był powierzchowny i słaby, a od natrętnie hałaśliwych postaci na scenie wyraźnie ciągnęły się za kulisy grube sznurki i widoczne były ręce, które je pociągały.
W owym czasie mieszkałem w Moskwie. W zapusty przyszło mi zasiadać w Teatrze Bolszoj na operze „Rigoletto”. Przed uwerturą z góry i z dołu rozległy się pojedyncze głosy, domagające się hymnu. Kurtyna się podniosła, chór na scenie zaśpiewał hymn, rozległo się „bis” – zaśpiewali go po raz drugi i trzeci. Rozpoczęła się opera. Przed ostatnim aktem, gdy wszyscy siedzieli już na swoich miejscach, nagle z różnych stron znów rozległy się pojedyncze głosy: „Hymn! Hymn!”. Natychmiast podniosła się kurtyna. Chór w kostiumach operowych stanął na scenie w półkolu i ponownie zaśpiewał hymn całe trzy razy. Ale dziwne było co innego: w ostatnim akcie „Rigoletta” chór, jak wiadomo, nie bierze udziału. Dlaczego chórzyści nie przebrali się i nie rozeszli się po domach? Jak mogli przewidzieć, że w publiczności wzbierze fala patriotycznego entuzjazmu? Dlaczego stali przygotowani na scenie, na której w tejże chwili w ogóle nie powinno ich być? Nazajutrz gazety pisały: „W społeczeństwie zauważa się coraz większy wzrost uczuć patriotycznych; wczoraj we wszystkich teatrach publiczność spontanicznie domagała się odśpiewania hymnu nie tylko na początku przedstawienia, ale także przed ostatnim aktem”.
W tłumach manifestujących na ulicach również było coś podejrzanego. Ciżba była nieliczna, w połowie składała się z ulicznej dzieciarni, a w przywódcach demonstracji rozpoznawano przebranych stójkowych i miejskich urzędników. Tłum toczył wokoło groźnym okiem, prowokował, żądał od przechodniów zdejmowania czapek, a ci, którzy tego nie zrobili, byli bici. Kiedy tłum rósł w siłę, pojawiały się nieprzewidziane komplikacje. Tłuszcza niemalże dopuściła się pogromu restauracji „Ermitaż”, a na placu Strastnaja konna policja nahajkami rozpędziła manifestantów, porwanych zbyt wielkim żarem patriotycznego uniesienia.
Generał-gubernator wydał proklamację. Dziękując mieszkańcom za wyrażone przez nich uczucia, zasugerował zaprzestanie demonstracji i pokojowe wzięcie się do roboty. W tym samym czasie włodarze innych miast opublikowali podobne wezwania i wszędzie demonstracje natychmiast ustały. Wzruszające było obserwowanie owego wzorowego posłuszeństwa obywateli, których umysłowe uniesienie pozostawało w proporcji do władczego machnięcia ręką ukochanej władzy… Już niebawem, już całkiem niedługo na ulice rosyjskich miast miały wylać się inne tłumy zjednoczone prawdziwym uniesieniem, przeciwko którym bezsilne okazało się nie tylko ojcowskie uniesienie palca naszej władzy, ale nawet jej nahajki, szaszki i kule.
Sklepowe witryny pełne były jaskrawej pstrokacizny obrazków o zaskakująco chamskiej treści. Na jednym z nich ogromny Kozak z zaciętym uśmieszkiem na gębie okładał nahajką maleńkiego, przestraszonego, krzyczącego Japończyka; na innym wymalowano rosyjskiego marynarza, rozbijającego Japończykowi nos – po zalanym łzami licu Japończyka ciekła krew, a zęby sypały się deszczem w błękitne fale. Małe „makaki” wiły się pod buciorami kudłatego potwora o krwiożerczej gębie, który uosabiał Rosję. W międzyczasie patriotyczne gazety i czasopisma rozpisywały się o szczerze powszechnym i głęboko chrześcijańskim charakterze wojny, o początku wielkiej batalii świętego Jerzego ze smokiem…
A Japończycy odnosili sukces za sukcesem. Jeden po drugim słali na dno nasze pancerniki, a w Korei posuwali się coraz dalej i dalej. Makarow i Kuropatkin wyjechali na Daleki Wschód, zabierając ze sobą góry świętych ikon. Kuropatkin wypowiedział swoje słynne: „cierpliwość, cierpliwość i cierpliwość”… Pod koniec marca zginął wraz z Pietropawłowskiem ślepo odważny Makarow, sprytnie złapany na wędkę przez admirała Togo. Japończycy sforsowali rzekę Jalu. Jak grom nadeszła wiadomość o ich lądowaniu pod Jinzhou. Port Artur został odcięty.
Okazało się, że nacierały na nas nie jakieś śmieszne tłumy nikczemnych „makaków”, ale równe szeregi groźnych wojowników, odważnych do szaleństwa, ogarniętych wielkim duchowym uniesieniem. Ich wytrzymałość i stopień organizacji wprawiały w osłupienie. W przerwach między doniesieniami o wielkich japońskich sukcesach, telegramy donosiły o śmiałym zwiadzie setnika X. lub porucznika Y., którzy chwacko zadźgali japoński posterunek w sile dziesięciu ludzi. Ale wrażenia się nie bilansowały. Zaufanie spadało.
Ulicą idzie chłopaczek-gazeciarz, po bramach siedzą robotnicy.
– Najnowsze doniesienia z teatru wojny! Nasi pobili Japończyka!
– Dobra, idź dalej! Znaleźli gdzieś w rowie pijanego Japońca i go pobili! Wiemy!
Boje stawały się coraz częstsze, coraz bardziej zażarte; daleką Mandżurię spowijał krwawy opar. Eksplozje, ogniste deszcze pocisków, wilcze doły i zasieki. Trupy, trupy, trupy – tysiące mil od nas. Przez strony gazet wyczuwało się odór rozszarpanego i spalonego ludzkiego mięsa, widmo jakiejś gigantycznej, niewidzianej dotąd na świecie rzezi.
***
W KWIETNIU wyjechałem z Moskwy do Tuły, a stamtąd na wieś. Wszędzie łapczywie chwytano gazety, czytano je zachłannie, zaciekle dyskutowano. Chłopi mówili ze smutkiem:
– Teraz ściągną jeszcze więcej podatków!
Pod koniec kwietnia w naszej guberni ogłoszono mobilizację. Mówiono o niej po cichu i spodziewano się jej od trzech tygodni, ale wszystko utrzymywano w najgłębszej tajemnicy. I nagle, jak huragan – mobilizacja! Na wsiach ludzi zabierano prosto z pola, od pługa. W mieście policja dzwoniła do drzwi w środku nocy, wręczała wezwania i nakazywała natychmiastowe stawienie się na komisji. Znajomemu inżynierowi zabrano wówczas wszystkich jego służących: lokaja, woźnicę i kucharza. On sam był w tym czasie nieobecny – policja włamała się do jego biurka, wyjęła dokumenty poborowych i zabrała ich wszystkich.
W tym niezrozumiałym pośpiechu było coś dzikiego. Ludzi odrywano od interesów w samym ich środku, nie dając czasu ani na ich organizację, ani likwidację. Ludzi brano, zostawiając bezsensownie zrujnowane gospodarstwa i przekreślając szanse na budowanie dobrobytu.
Następnego dnia rano musiałem się pojawić na posterunku wojskowym – należało podać wiejski adres na wypadek powołania mnie z rezerwy. Na dużym dziedzińcu posterunku, przy ogrodzeniu, stały wozy z końmi, na wozach i na ziemi siedziały kobiety, podrostki, starcy. Wokół dużego ganku posterunku tłoczyła się ciżba chłopów. Przed drzwiami stał żołnierz i gnał ich precz, krzycząc gniewnie:
– Powiedziano wam, że macie się stawić w poniedziałek! Już, jazda, rozchodzić się!
– Jakże to, w poniedziałek? Zabrali nas, gonili, pędzili, żeby się pośpieszyć, żeby natychmiast…
– No właśnie, stawić się w poniedziałek!
– W poniedziałek… – chłopi odchodzili, rozkładając ręce. – Zgarnęli w nocy, bez słowa. Nic nie zdążylim zrobić, gnali trzydzieści wiorst, a teraz, że mamy przyjść w poniedziałek… A dzisiaj sobota… I nam lepiej by było w poniedziałek. Ale gdzie tu teraz czekać do poniedziałku?
W całym mieście słychać było jęki i zawodzenie. Tu i ówdzie rozgrywały się krótkie, szybkie dramaty. Jeden z mobilizowanych robotników fabrycznych miał żonę z wadą serca i pięcioro dzieci. Kiedy nadeszło wezwanie żona z nerwów dostała zawału serca i natychmiast zmarła, a on spojrzał na dzieci i martwą matkę, poszedł do szopy i się powiesił. Inny mobilizowany, wdowiec z trójką dzieci, płakał i krzyczał:
– A z dziećmi co mam zrobić? Pokażcie, wytłumaczcie! Przecież one tu beze mnie z głodu pomrą!
Zachowywał się jak obłąkany, krzyczał, wymachiwał pięścią w powietrzu. Potem nagle przestał mówić, poszedł do domu, zarąbał swoje dzieci siekierą i wrócił.
– Teraz mnie bierzcie. Zrobiłem, co miałem zrobić.
Został aresztowany.
Telegramy z teatru wojny raz po raz przynosiły wieści o kolejnych japońskich sukcesach i śmiałych zagonach chorążego Iwanowa albo korneta Pietrowa. Gazety pisały, że japońskie zwycięstwa na morzu nie są zaskoczeniem, ponieważ Japończycy byli naturalnymi żeglarzami, ale teraz, gdy wojna przeniosła się na ląd, sprawy potoczą się zupełnie inaczej. Donoszono, że Japończycy nie mają już ani pieniędzy, ani ludzi, że pod broń powołują starców i szesnastoletnich chłopców. Kuropatkin ze spokojem oświadczył groźnie, że pokój zostanie zawarty tylko w Tokio.
***
Na POCZĄTKU czerwca odebrałem na wsi telegram z żądaniem natychmiastowego stawienia się na posterunku wojskowym. Tam obwieszczono mi, że zostałem powołany do służby czynnej i muszę zgłosić się do Tambowa, do sztabu 72. Dywizji Piechoty. Zgodnie z prawem miałem dwa dni na załatwienie spraw domowych i trzy dni na zorganizowanie sortów mundurowych. Zaczął się pośpiech – szycie munduru, zakup różnych rzeczy. Co z sortów mundurowych należało szyć, co zakupić, ile rzeczy można ze sobą zabrać – nie wiedział nikt. Trudno było uszyć pełne umundurowanie w pięć dni, trzeba było poganiać krawców i płacić trzy razy więcej za pracę w dzień i w nocy. Mimo to spóźnili się z mundurem o jeden dzień i do Tambowa wyjechałem w pośpiechu pierwszym pociągiem.
Dotarłem tam w nocy. Wszystkie hotele były pełne oficerów i lekarzy i dopiero po długim krążeniu po mieście znalazłem na obrzeżach wolny umeblowany pokój, drogi, brudny i obskurny.
Rankiem udałem się do sztabu dywizji. Uczucie paradowania w mundurze było niezwykłe, jak również to, że mijający mnie żołnierze i stójkowi oddawali mi honory. Nogi plątały mi się o zwisającą przy boku szablę.
Długie, niskie pomieszczenia kwatery głównej były zastawione stołami, przy których wszędzie siedzieli i pisali oficerowie, lekarze i żołnierze-pisarze. Zostałem skierowany do zastępcy dywizyjnego lekarza.
– Jak się pan nazywa?
Odpowiedziałem.
– Nie mamy pana w naszym planie mobilizacyjnym – stwierdził ze zdziwieniem.
– Tego nie wiem. Wezwano mnie tutaj, do Tambowa, z rozkazem stawienia się w sztabie 72. Dywizji Piechoty. Oto dokument.
Zastępca dywizyjnego lekarza spojrzał na moje wezwanie i wzruszył ramionami. Poszedł gdzieś, porozmawiał z jakimś innym lekarzem i obaj długo grzebali w jakichś listach.
– Nie, zdecydowanie nie ma pana w naszych rejestrach.
– To znaczy, że mogę wracać? – zapytałem z uśmieszkiem.
– Proszę tu jeszcze chwilkę zaczekać, sprawdzę po raz kolejny.
Poczekałem. Byli tu inni powołani z rezerwy lekarze, niektórzy jeszcze w cywilnym odzieniu, inni w nowiutkich uniformach z błyszczącymi epoletami. Zaznajomiliśmy się. Opowiadali mi o niewyobrażalnym bałaganie, jaki tu panuje. Nikt nic nie wie, od nikogo niczego nie można się dowiedzieć.
– Powstań! – rozległ się nagle donośny głos.
Wszyscy wstali, pośpiesznie poprawiając garderobę. Z młodzieńczą manierą wparadował dziadek-generał w okularach i zakrzyknął wesoło:
– Zdrowia życzę!
W odpowiedzi rozległ się szmer powitania. Generał przeszedł do sąsiedniego pokoju.
Podszedł do mnie zastępca lekarza dywizji.
– Cóż, w końcu znaleźliśmy! W 38. Mobilnym Szpitalu Polowym brakuje jednego młodszego ordynatora, bowiem komisja uznała go za chorego. Został pan wyznaczony na zastępstwo. Jest tu akurat pana naczelny lekarz, proszę się przedstawić.
Do pokoju wchodził w pośpiechu niski, chudy staruszek w wytartym surducie z poczerniałymi epoletami radcy kolegialnego. Podszedłem i przedstawiłem się. Zapytałem go, gdzie mam iść i co robić.
– Co robić? Nic nie robić. Zostawić w kancelarii swój adres, nic więcej.
***
Dzień za dniem mijał bezczynnie. Nasz korpus miał ruszyć na Daleki Wschód dopiero za dwa miesiące. My, lekarze, aktualizowaliśmy swoją wiedzę z zakresu chirurgii, chodziliśmy do miejscowego szpitala, uczestniczyliśmy w operacjach, pracowaliśmy przy denatach.
Wśród kolegów lekarzy powołanych z rezerwy byli specjaliści najrozmaitszych dziedzin – psychiatrzy, higieniści, pediatrzy, położnicy. Rozmieszczono nas po szpitalach, lazaretach, pułkach, kierując się rejestrami mobilizacyjnymi i zupełnie nie interesując się naszymi specjalnościami. Byli wśród nas lekarze, którzy już dawno porzucili praktykę; jeden z nich osiem lat temu. Zaraz po ukończeniu uniwersytetu zajął się handlem i przez całe życie nie wypisał ani jednej recepty.
Zostałem przydzielony do mobilnego szpitala polowego. W czasie wojny do każdej dywizji dołączane są dwa takie szpitale. W szpitalu jest naczelny lekarz, jeden starszy ordynator i trzech młodszych. Niższe stanowiska obsadzali lekarze powołani z rezerwy, wyższe – lekarze wojskowi.
Naszego lekarza naczelnego, doktora Dawydowa, widywałem rzadko: był zajęty organizowaniem szpitala, a ponadto prowadził w mieście rozległą praktykę i zawsze dokądś się śpieszył. W kwaterze głównej poznałem naczelnego lekarza drugiego szpitala naszej dywizji, doktora Mutina. Przed mobilizacją był młodszym lekarzem w miejscowym pułku. Nadal mieszkał w koszarach pułku razem z żoną. Spędziłem u niego wieczór i poznałem młodszych ordynatorów jego szpitala. Wszyscy zdążyli się już poznać i dogadać, a ich stosunki z Mutinem były czysto koleżeńskie. Było wesoło, rodzinnie i przytulnie. Żałowałem i zazdrościłem, że nie trafiłem do ich szpitala.
Kilka dni później dowództwo dywizji nagle odebrało telegram z Moskwy: doktor Mutin otrzymał rozkaz przekazania swojego szpitala niejakiemu doktorowi Sułtanowowi i natychmiastowego wyjazdu do Harbina w celu utworzenia tam szpitala rezerwowego. Przydział był nieoczekiwany i niezrozumiały: Mutin już utworzył tu swój szpital, wszystko zorganizował – i nagle to przeniesienie. Ale oczywiście trzeba się było podporządkować. Kilka dni później przyszedł nowy telegram: Mutin ma nie jechać do Harbina, zostaje ponownie mianowany młodszym lekarzem swojego pułku, któremu będzie towarzyszyć na Daleki Wschód. Ale po przybyciu pociągiem na miejsce i tak ma rozpocząć formowanie szpitala rezerwowego.
Obraza była okrutna i niezasłużona. Mutin był oburzony i zmartwiony, zmizerniał i powiedział, że po takiej służbowej zniewadze może tylko wpakować sobie kulę w łeb. Wziął urlop i pojechał do Moskwy szukać sprawiedliwości. Miał tam pewne powiązania, ale nie był w stanie niczego uzyskać: w Moskwie dano mu do zrozumienia, że w sprawę zamieszana jest wielka ręka, przeciwko której nic nie można zdziałać.
Mutin wrócił do swojego dziurawego koryta na pułkowej prowincji, a kilka dni później przybył z Moskwy jego następca, doktor Sułtanow. Był to szczupły dżentelmen około czterdziestki, z bródką w klin i siwymi włosami oraz mądrą twarzą o wejrzeniu kpiarza. Potrafił zagadywać i mówić z łatwością, wszędzie od razu stawał się centrum uwagi, a przy tym leniwym, poważnym głosem rzucał dowcipami, które wszystkich rozśmieszały. Sułtanow został w mieście przez kilka dni i wrócił do Moskwy. Wszystkie troski związane z dalszym funkcjonowaniem szpitala pozostawił starszemu ordynatorowi.
Wkrótce okazało się, że z czterech sióstr miłosierdzia zaproszonych do szpitala z lokalnej wspólnoty Czerwonego Krzyża, w szpitalu pozostała tylko jedna. Doktor Sułtanow oświadczył, że sam zastąpi pozostałe trzy. Krążyły słuchy, że Sułtanow jest wielkim przyjacielem dowódcy naszego korpusu i że w jego szpitalu w roli sióstr miłosierdzia jadą na front moskiewskie damy – dobre znajome tegoż dowódcy.
Miasto było pełne wojska. Wszędzie migały czerwone generalskie klapy, złote i srebrne atrybuty oficerów, żółte i brązowe bluzy niższych rangą. Wszyscy salutowali, wyciągając się przed sobą na baczność. Wszystko wydawało się dziwne i obce.
Mój uniform był zaopatrzony w srebrne guziki i krzykliwe srebrne pasy na ramionach. Na ich widok każdy żołnierzyk miał obowiązek wyprężyć się przede mną z szacunkiem i wypowiedzieć kilka jakichś typowych zwrotów, takich jak: „Tak jest!”, „Nie!”, „Chętnie wykonam!”. Na tej samej zasadzie ja sam byłem zobowiązany okazywać głęboką cześć każdemu dziadkowi, jeśli jego szynel miał czerwoną podszewkę, a wzdłuż spodni ciągnęły się czerwone lampasy.
Dowiedziałem się, że nie mam prawa palić w obecności generała ani siadać bez jego pozwolenia. Uświadomiono mnie, że mój naczelny lekarz ma prawo aresztować mnie i posadzić na tydzień. I to bez prawa apelacji i bez prawa do żądania wyjaśnień w sprawie aresztowania. Ja sam miałem zaś taką samą władzę nad niższymi rangą podwładnymi. Wytworzyła się jakaś szczególna atmosfera i widać było, jak ludzie upajają się władzą nad innymi ludźmi, jak ich serca dostrajają się do niezwykłego, wywołującego uśmieszek porządku.
Zadziwiające, jak ta oszałamiająca atmosfera wpłynęła na słabą głowę jednego z kolegów lekarzy, powołanego z rezerwy. Mowa tu o doktorze Wasiliewie, tym samym starszym ordynatorze, któremu wyjeżdżający do Moskwy doktor Sułtanow poruczył organizowanie swojego szpitala. Niestabilny psychicznie, z chorobliwie rozdętym ego, Wasiliew był oszołomiony władzą i zaszczytami, które nagle na niego spadły.
Pewnego dnia wszedł do biura swojego szpitala. Kiedy naczelny lekarz (który cieszył się prawami dowódcy jednostki) wchodził do biura, oficer dyżurny, inspektor, zwykle rozkazywał siedzącym żołnierzom-pisarzom: „Powstań!”. Kiedy wszedł Wasiliew, dozorca tego nie zrobił.
Wasiliew zmarszczył brwi, zawołał oficera na bok i groźnie zapytał, dlaczego nie nakazał obecnym wstać. Ten wzruszył ramionami.
– To tylko przejaw pewnej uprzejmości, którą mogę okazać albo i nie!
– O, przepraszam! Skoro wypełniam obowiązki naczelnego lekarza, jest pan do tego prawnie zobowiązany!
– Nie znam takiego prawa!
– Zatem niech się pan postara je poznać, a tymczasem uda się pan na dwie doby do aresztu!
Oficer zwrócił się do dowódcy dywizji i wyjaśnił, co się stało. Zaproszono doktora Wasiliewa. Generał, jego szef sztabu i dwóch oficerów sztabowych rozpatrzyli sprawę i podjęli decyzję: oficer-inspektor szpitala miał obowiązek krzyknąć: „Powstań!”. Został zwolniony z odbywania aresztu, ale przeniesiono go ze szpitala do pułku.
Kiedy inspektor wyszedł, dowódca dywizji powiedział do doktora Wasiliewa:
– Widzi pan, jestem generałem. Służę od prawie czterdziestu lat i w tej służbie osiwiałem, ale jeszcze nigdy nie wsadziłem oficera do aresztu. Pan dopiero co wstąpił na służbę, tymczasowo, na kilka dni otrzymując władzę. I już zdążył pan skorzystać z tej władzy w pełnym zakresie.
W czasie pokoju nasz korpus nie istniał. W momencie mobilizacji został rozwinięty z jednej brygady i składał się prawie wyłącznie z rezerwistów. Żołnierze odwykli od dyscypliny, trapiły ich myśli o rodzinach, a wielu z nich nie wiedziało nawet, jak posługiwać się karabinami nowego typu. Szli na wojnę, a w Rosji pozostawały oddziały młode, świeże, składające się z kadrowych żołnierzy. Mówiono, że minister wojny Sacharow był mocno skłócony z Kuropatkinem i celowo, aby mu zaszkodzić, wysyłał na Daleki Wschód najgorsze oddziały. Plotki te były na tyle uporczywe, że Sacharow w rozmowach z korespondentami musiał usilnie usprawiedliwiać się ze swojego niezrozumiałego postępowania.
W sztabie zapoznałem się z miejscowym lekarzem dywizyjnym; odchodził na emeryturę z powodu choroby i kończył ostatnie dni służby. Był to bardzo miły i dobroduszny staruszek, wzbudzający pewną litość, bowiem życie go nie oszczędzało. Z ciekawości pojechałem z nim do miejscowego lazaretu, aby wziąć udział w posiedzeniu komisji badającej żołnierzy, którzy zgłosili się jako chorzy. Poborowi byli z najwcześniejszej fali mobilizacji. Przed moimi oczami w niekończącej się kolejce przechodzili reumatycy, cierpiący na rozedmę płuc, bezzębni, z rozszerzonymi żyłami kończyn dolnych. Przewodniczący komisji, mężny pułkownik kawalerii, marszczył nos i narzekał, że jest tak wielu „protestujących”. Ja, wręcz przeciwnie, byłem zaskoczony, jak wielu ewidentnie chorych zasiadający tam lekarze nie dyskwalifikowali. Pod koniec spotkania jeden z lekarzy komisji zwrócił się do mojego nowego znajomego:
– Jednego uznaliśmy tu bez was za niezdolnego do służby. Proszę łaskawie rzucić okiem. Czy można go zwolnić? Poważne żylaki powrózka nasiennego.
Wprowadzili żołnierza.
– Ściągnij spodnie! – ostro, osobliwym, pełnym podejrzeń tonem powiedział dywizyjny lekarz. – I to ma być wszystko? Drobnostka! Nie, nie, nie można go zwolnić!
– Ekscelencjo, ja zupełnie chodzić nie mogę – obwieścił ponuro żołnierz.
Staruszek nagle się zagotował.
– Łżesz! Udajesz! Potrafisz wspaniale chodzić. Ja mam, bracie, tego więcej, a chodzić mogę! To błahostki – tu zwrócił się do lekarza. – Tak ma większość ludzi… Co za łajdak! Sukinsyn!
Żołnierz ubierał się, patrząc z nienawiścią na dywizyjnego lekarza. Odział się i poszedł powoli do drzwi, rozstawiając nogi.
– Idź porządnie! – ryknął dziadek, tupiąc gorączkowo nogami. – Po co się pochylasz? Idź prosto! Nie oszukasz mnie, bracie!
Wymienili spojrzenia pełne nienawiści. Żołnierz wyszedł.
W pułkach starsi lekarze, zawodowi wojskowi, mówili młodszym, ściągniętym z rezerwy:
– Nie znacie realiów służby wojskowej. Traktujcie żołnierza bardziej rygorystycznie, pamiętajcie, że to nie jest zwykły pacjent. Oni wszyscy są niesamowitymi obibokami i symulantami.
Pewien żołnierz zwrócił się do starszego lekarza pułku ze skargą na bóle nóg, uniemożliwiające mu chodzenie. Nie było żadnych zewnętrznych oznak, zatem lekarz nakrzyczał na żołnierza i przepędził go. Młodszy lekarz pułkowy poszedł za żołnierzem, dokładnie mu się przyjrzał i stwierdził typowe, silnie rozwinięte płaskostopie. Żołnierz został zwolniony. Kilka dni później ten sam młodszy lekarz pełnił rolę dyżurnego na strzelnicy. Żołnierze wracali, a jeden z nich pozostawał daleko w tyle, w dziwny sposób przysiadając na nogi. Lekarz zapytał, co mu dolega.
– Nogi bolą. Tylko, że to choroba wewnętrzna, z wierzchu nie widać – odrzekł ponuro i powściągliwie żołnierzyk.
Lekarz zbadał go i stwierdził, że w ogóle nie ma odruchów kolanowych. Oczywiście żołnierz został zwolniony.
I masz tu tych łajdaków! A zwolniono ich do cywila tylko dlatego, że młody lekarz „nie znał realiów służby wojskowej”.
Słów nie ma, jak okrutne było wysłanie na wojnę całej tej niedołężnej, starczej masy. Przede wszystkim było to pozbawione sensu. Pokonawszy siedem tysięcy wiorst na Daleki Wschód, żołnierze ci padali po pierwszym przemarszu. Zapełniali szpitale, etapy, pododdziały dla chorowitych, a po miesiącu lub dwóch ewakuowano ich z powrotem do Rosji, niezdolnych do niczego, bezużytecznych i kosztujących skarb państwa mnóstwo pieniędzy.
***
Miasto cały czas żyło w strachu i trzęsionce. Rozwydrzone tłumy zmobilizowanych żołnierzy włóczyły się po mieście, rabowały przechodniów i demolowały państwowe sklepy monopolowe. Mówili: „A niech i przed sądem postawią – tak czy inaczej śmierć!”. Wieczorem za taborami żołnierze napadli na pięćdziesiąt kobiet wracających z cegielni i zgwałcili je. Na bazarze krążyły ciche pogłoski, że szykuje się wielki bunt rezerwistów.
Ze wschodu napływało coraz więcej wiadomości o wielkich japońskich sukcesach i błyskawicznych rekonesansach rosyjskich setników i poruczników. Gazety pisały, że zwycięstwa Japończyków w górach nie są zaskakujące – to naturalni mieszkańcy gór; ale wojna przenosi się na równiny, gdzie możemy rozwinąć naszą kawalerię, a wówczas sprawy potoczą się zupełnie innym torem. I znowu donoszono, że Japończycy nie mają ani pieniędzy, ani ludzi, że straty uzupełniają czternastolatkami i zniedołężniałymi starcami… Kuropatkin, trzymając się swego nikomu nieznanego planu, wycofał się do potężnie ufortyfikowanego miasta Liaoyang. Obserwatorzy wojskowi pisali: „Łuk jest napięty, cięciwa naciągnięta do granic i wkrótce śmiercionośna strzała ze straszliwą siłą poleci w serce wroga”.
Nasi oficerowie z radością patrzyli w przyszłość. Mówili, że nastąpi punkt zwrotny w wojnie, rosyjskie zwycięstwo jest pewne, a nasz korpus pewnie nawet nie będzie w akcji: jesteśmy tam potrzebni tylko jako czterdzieści tysięcy dodatkowych bagnetów przy zawieraniu pokoju.
Na początku sierpnia eszelony naszego korpusu wyruszyły na Daleki Wschód. Jeden z oficerów, tuż przed wyjazdem swojego eszelonu, zastrzelił się w hotelu. Na Starym Bazarze żołnierz wszedł do piekarni, kupił funt chleba, poprosił o nóż, aby go pokroić, po czym tymże nożem poderżnął sobie gardło. Inny żołnierz zastrzelił się z karabinu za obozem.
Któregoś dnia zaszedłem na stację kolejową, gdy akurat odjeżdżał eszelon. Było dużo gapiów, byli przedstawiciele miasta. W mowie do odjeżdżających dowódca dywizji przypominał, że przede wszystkim należy oddać cześć Bogu, bowiem z Bogiem żeśmy wojnę rozpoczęli i z Bogiem ją zakończymy. Rozległ się dzwonek i nastąpiło pożegnanie. Ciszę wypełniło zawodzenie i lamenty kobiet. Pijani żołnierze upychali się w wagonach, a publika wtykała odjeżdżającym pieniądze, mydło i papierosy.
W pobliżu wagonu młodszy podoficer żegnał się z żoną i płakał niczym mały chłopiec; jego wąsata, opalona twarz zalana była łzami, usta wykrzywione i rozchylone od spazmów. Żona również była opalona, sękata i niewiarygodnie brzydka. Na ręku trzymała niemowlę w czapeczce z kolorowych szmatek, kołysała się w rytm szlochów, a dziecko trzęsło się jak listek na wietrze. Mąż szlochał i całował brzydką twarz kobiety, całował jej usta i oczy, a dziecko na ręku kołysało się przy pocałunkach. Dziwnym wydawało się, jak można płakać z miłości do tak brzydkiej kobiety i łzy podchodziły do gardła na dźwięk dochodzących zewsząd szlochów i westchnień. Wszystkie oczy chciwie wpijały się w zapakowanych do wagonów ludzi: ilu z nich wróci? Ilu zalegnie trupem na dalekich polach przesiąkniętych krwią?
– No, wsiadać, włazić do wagonów! – poganiano podoficera.
Pochwycono go pod ramiona i wciągnięto do wagonu. On zaś, szlochając, wyrywał się na zewnątrz do płaczącej baby z chwiejącym się na ręku dzieckiem.
– Czy żołnierzowi przystoi płakać? – surowo i z wyrzutem zauważył feldfebel.
– Matko ty moja ukochana! – zawodziły żałośnie kobiece głosy.
– Odsunąć się, odsunąć! – powtarzali żandarmi i odpychali tłum od wagonów.
Ciżba od razu rzucała się z powrotem, a żandarmi ponownie na nią napierali.
– Czego się tak staracie, dusze sprzedajne? Nie macie litości? – padały słowa oburzenia z tłumu.
– Litości? Że niby nie mamy litości? – pouczająco zaprotestował żandarm. – Ludziska się pchają, rzucają się pod koła. Trzeba pilnować.
Pociąg ruszył. Wycie kobiet stawało się coraz głośniejsze. Żandarmi odpychali tłum. Z gromady wyskoczył żołnierzyk, szybko przebiegł przez peron i podał odjeżdżającym butelkę wódki. Nagle, jak spod ziemi, przed żołnierzem wyrósł komendant. Wyrwał mu butelkę i uderzył nią o płyty. Butelka roztrzaskała się na tysiąc kawałków. W tłumie i w odjeżdżającym pociągu rozległ się groźny pomruk. Żołnierz zagryzł gniewnie wargi.
– Nie masz prawa rozbijać butelki! – krzyknął do oficera.
– Cooo?
Komendant wziął zamach i z całej siły uderzył żołnierza w twarz. Nie wiadomo skąd, pojawili się strażnicy z bronią i otoczyli żołnierza.
Wagony jechały coraz szybciej, pijani żołnierze i publika krzyczeli „Hurra!”.
Brzydka żona podoficera zachwiała się i upuszczając dziecko, padła bez czucia na ziemię. Sąsiadka podchwyciła dziecko.
Pociąg znikał w oddali. Po peronie ku aresztowanemu żołnierzowi szedł dowódca dywizji.
– A ty co, kochanieńki, z oficerem umyśliłeś się kłócić? – zapytał.
Żołnierz stał pobladły, powstrzymując szalejącą w nim wściekłość.
– Ekscelencjo! Lepiej już, żeby tyle krwi mojej przelał, ile wódki… Przecież nam tylko w wódce życie się ostało, ekscelencjo!
Zewsząd napierał tłum.
– To jego oficer pierwszy w twarz uderzył! Można zapytać, panie generale, czy istnieje takie prawo?
Generał jakby nie słyszał. Spojrzał na żołnierza przez okulary i powiedział:
– Pod sąd, do karnej kompanii. I chłosta! Zabrać go!
Generał odszedł, powtarzając powoli i dobitnie:
– Pod sąd, do karnej kompanii. I chłosta!
Nasz eszelon odjeżdżał.
Pociąg stał daleko od peronu, na torze rezerwowym. Wokół wagonów tłoczyli się żołnierze, chłopi, robotnicy i baby. Sklepy monopolowe nie prowadziły handlu już od dwóch tygodni, ale prawie wszyscy żołnierze byli pijani. Przez żałobne zawodzenie kobiet przebijały się skoczne dźwięki harmonijki, żarty i śmiech. Przy elektrycznej latarni, oparty plecami o jej podstawę, siedział mężczyzna z odpadniętym nosem, w podartej sukmanie, żując chleb.
Nasz inspektor szpitala, porucznik rezerwy, w nowym uniformie i błyszczących epoletach, nieco poddenerwowany, przechadzał się wzdłuż pociągu.
– Do wagonów! – rozległ się jego wyniosły, władczy głos.
Tłum zafalował nerwowo. Zaczęto się żegnać. Zataczający się, pijany żołnierz zatopił usta w wargach starej kobiety w czarnej chustce; przylgnął do nich długo i mocno – patrzenie na to było bolesne, wydawało się, że wyrwie jej zęby – w końcu oderwał się i rzucił się, by całować błogo uśmiechniętego, brodatego mężczyznę. W powietrzu, niczym wycie zamieci, rozbrzmiewało ponure zawodzenie kobiet, przerywane pełnymi szlochu pauzami, słabnące i nasilające się ponownie.
– Kobiety! Odsunąć się od wagonów! – krzyknął groźnie porucznik, idąc wzdłuż pociągu.
Z wagonu trzeźwym i surowym okiem patrzył żołnierz z rudą bródką.
– Niech wasza łaskawość nie przegania naszych kobiet! – powiedział ostrym tonem. – Wam władzę nad nami dano, zatem krzyczcie na nas. A naszych kobiet nie tykajcie.
– Dobrze prawi! Nad kobietami władzy nie macie! – poniosły się pomrukiem inne głosy.
Nasz porucznik inspektor zaczerwienił się, ale udał, że nie słyszy i już bardziej delikatnym głosem powiedział:
– Zamykać drzwi, eszelon zaraz ruszy!
Rozległ się gwizdek kierownika pociągu, pociąg zadrżał i zaczął się toczyć.
– Hurra! – huknęło w wagonach i w tłumie.
Wśród szlochających, bezradnie zgarbionych żon, podtrzymywanych przez mężczyzn, mignęła beznosa twarz mężczyzny w podartej sukmanie. Z zaczerwienionych oczu, obok dziury po nosie płynęły łzy, a usta mu drgały.
– Hurra! – grzmiało w powietrzu w rytm narastającego stukotu kół.
W przednim wagonie chór żołnierzy nieskładnie zaintonował Modlitwę Pańską. Wzdłuż torów, zostając w tyle za pociągiem, szedł szybkim krokiem szerokobrody mężczyzna o błogiej, czerwonej twarzy, machał rękami i otwierając szeroko ciemne usta, krzyczał „hurra”. W przeciwną stronę wychodzili grupkami robotnicy kolejowi w niebieskich bluzach.
– Wracajcie, bracia, zdrowi! – zakrzyknął któryś z nich.
Inny wyrzucił czapkę wysoko w górę.
– Hurra! – rozległo się w odpowiedzi z wagonów.
Pociąg dudnił i mknął w dal. Pijany żołnierz, wychylony do pasa przez małe okienko wagonu towarowego, krzyczał bez przerwy „hurra”, a jego profil z otwartymi ustami ciemniał na tle błękitnego nieba. Ludzie i budynki dawno zostali w tyle, a on machał czapką słupom telegraficznym i wciąż krzyczał „hurra”.
Do naszego przedziału wszedł oficer-inspektor szpitala. Był zakłopotany i podekscytowany.
– Słyszeliście? Oficerowie na stacji właśnie mi powiedzieli, że wczoraj żołnierze zabili po drodze pułkownika Łukaszewa. Po pijanemu zaczęli strzelać z wagonów do przechodzącego stada, on zaczął ich powstrzymywać, a oni go zastrzelili.
– Ja słyszałem to inaczej – zaprotestowałem. – Traktował żołnierzy w sposób bardzo chamski i okrutny. Jeszcze przed wyjazdem ludzie mówili, że po drodze go zabiją.
– Taaak… – inspektor pomilczał chwilę, patrząc przed siebie szeroko otwartymi oczami. – Trzeba z nimi ostrożniej…
***
W ŻOŁNIERSKICH wagonach pito bez przerwy. Nikt nie wiedział, skąd i jak żołnierze brali wódkę, ale mieli jej pod dostatkiem. Dzień i noc z wagonów dobiegały śpiewy, pijackie rozprawy i śmiechy. Przy odjeździe ze stacji, po pijanemu, ospale i uporczywie krzyczeli „hurra”, zaś przywykła do przejeżdżających eszelonów publika patrzyła na nich z obojętnym milczeniem.
Tę samą ospałą uporczywość wyczuwało się w wesołości żołnierzy. Chciałoby się bawić wiecznie, weselić się nieprzerwanie, ale to się nie udawało. Byli pijani i było nudno. Starszy szeregowy Suczkow, były szewc, na każdym postoju wytrwale i rzeczowo oddawał się pląsom. Jakby pełnił jakąś służbę. Żołnierze tłoczyli się wokół niego.
Wysoki i żylasty, w koszuli z perkalu wpuszczonej w spodnie, Suczkow stawał, klaskał w dłonie i od przysiadu ruszał w tan przy dźwiękach harmonijki. Jego ruchy były powolne i irytująco ospałe, jego ciało wiło się miękko, jakby było pozbawione kości i plątały mu się nogi, gdy wyrzucał je do przodu. Potem chwytał dłońmi czubek buta i kontynuował taniec na jednej nodze. Ciało dalej się wiło i dziwnym wydawało się, jak utrzymywał się na jednej nodze, będąc tak pijanym. Potem Suczkow nagle podskakiwał, tupał nogami i znowu wyrzucał je przed siebie, wyginając leniwie i irytująco swe bezkostne ciało.
Wszyscy się śmieją.
– Ty, wujaszku, weselej!
– Hej, ziomku! Za bramę! Wypłacz się, a potem tańcz!
– Ma jedno kolano, to je pokazuje – mówi kompanijny sanitariusz i odchodzi, machając ręką.
Wyglądało na to, że i samego Suczkowa zaczęła irytować powolność własnych ruchów, niezdolnych do żwawego pląsu. Nagle zatrzymuje się, tupie nogą i gwałtownie bije się pięścią w klatkę piersiową.
– No, dawaj, jeszcze raz się walnij! Zadzwoniło ci coś? – śmieje się feldfebel.
– Jeszcze potańczysz. Zostaw coś na jutro – mówią surowo żołnierze i wracają do wagonów.
Ale czasami, niechcący, sam z siebie, na jakiejś stacji kolejowej nagle rozpalał się szaleńczy taniec. Peron trzeszczał pod obcasami, krzepkie ciała wyginały się, przysiadały, podskakiwały jak piłki, a po spalonym słońcem stepie niosły się gwizdy i szaleńcze okrzyki.
Na linii Samaro-Złotoustowskiej dopędził nas dowódca naszego korpusu, który podróżował w oddzielnym pociągu pośpiesznym. Zrobiła się wrzawa, blady inspektor szpitala ustawiał ludzi przed wagonami – bo tak zarządził dowódca korpusu. Najbardziej pijanych zabrano do najdalszych wagonów.
Generał przeszedł przez szyny na czwarty tor, gdzie stał nasz eszelon i przemaszerował wzdłuż ustawionych żołnierzy. Niektórym zadawał pytania, ci zaś odpowiadali spójnie, ale starali się nie oddychać na generała. Potem w milczeniu przeszedł się z powrotem.
Niestety, na peronie, niedaleko wagonu dowódcy korpusu, wśród tłumu widzów pląsał Suczkow! Tańczył i zapraszał do tańca kokieteryjną sprzątaczkę o pełnych piersiach.
– A ty co? Chcesz gorącej kiełbasy? Czemu nie tańczysz?
Sprzątaczka, śmiejąc się, odeszła w tłum, a Suczkow popędził za nią.
– No, diablico, spójrz na mnie! Wpadłaś mi w oko!
Inspektor zmartwiał.
– Zabierajcie go – wysyczał groźnie do innych żołnierzy.
Żołnierze pochwycili Suczkowa i odciągnęli go. Ten przeklinał, krzyczał i szamotał się. Dowódca korpusu i szef sztabu w milczeniu przyglądali się temu z boku.
Po minucie naczelny lekarz stał przed dowódcą korpusu wyciągnięty jak struna z ręką przyłożoną do daszka. Generał powiedział coś do niego surowo i razem z szefem sztabu udał się do swojego wagonu.
Szef sztabu wrócił na zewnątrz. Poklepując szpicrutą swój lakierowany but, skierował się w stronę naczelnego lekarza i oficera-inspektora.
– Jego Ekscelencja niniejszym udziela wam surowej nagany. Wyprzedziliśmy wiele eszelonów i wszystkie są w idealnym porządku. Tylko u was cały skład osobowy jest pijany.
– Panie pułkowniku, nic się nie da z nimi zrobić.
– Powinien pan wydać im książeczki o treści religijnej i moralnej.
– Nie pomaga. Czytają, a i tak piją dalej.
– No, to w takim razie… – pułkownik ekspresyjnie machnął szpicrutą w powietrzu – proszę spróbować jeszcze raz. To cudownie pomaga.
Ta rozmowa miała miejsce nie później niż dwa tygodnie po ogłoszeniu najwyższego rozporządzenia w sprawie całkowitego zniesienia kar cielesnych.
***
Przeskoczyliśmy Ural. Wokoło, jak okiem sięgnąć, tylko step. Eszelony powoli pełzły jeden za drugim, postoje na stacjach nie miały końca. W ciągu doby pokonywaliśmy raptem od stu pięćdziesięciu do dwustu wiorst.
We wszystkich pociągach panowało takie samo pijaństwo jak w naszym. Żołnierze szaleli, grabili kolejowe bufety i okoliczne osady. Dyscyplina była pod psem i utrzymanie jej przychodziło niełatwo. Opierała się wyłącznie na zastraszeniu, ale ludzie zdawali sobie sprawę, że jadą na śmierć, więc czym można ich było zastraszyć? Śmiercią? I tak umrą. Inna forma kary? Jaka by nie była, przecież będzie lepsza niż śmierć. I miały miejsce takie oto sceny.
Komendant eszelonu podchodzi do ustawionych przy nim żołnierzy. Na skrzydle stoi podoficer i… pali skręta.
– Co to ma znaczyć? Jesteś podoficerem! Nie wiesz, że w szyku nie wolno palić?
– A niby to dlaczego, puff, puff, mam nie palić? – spokojnie odpowiada podoficer, pociągając papieroska.
W ewidentny sposób domagał się, by oddano go pod sąd.
W naszym wagonie pędziliśmy swój własny, miarowy i monotonny żywot. My, czterej „młodsi” lekarze, jechaliśmy w dwóch sąsiednich przedziałach: starszy ordynator Greczychin, młodsi ordynatorzy Seliukow, Szancer i ja. Ludziska byli to porządni i świetnie się dogadaliśmy. Czytaliśmy, spieraliśmy się, graliśmy w szachy.
Niekiedy ze swego osobnego przedziału zachodził do nas nasz naczelny lekarz Dawydow. Dużo i chętnie opowiadał o warunkach służby lekarza wojskowego, o nieprawidłowościach panujących w zarządzie wojskowym, o swoich starciach z szefostwem i o tym, jak niezależnie i szlachetnie zachowywał się przy tej okazji. W jego opowieściach wyczuwało się chełpliwość i chęć dopasowania się do naszych poglądów. Inteligencji było w nim niewiele, jego żarty były cyniczne, a opinie wulgarne i banalne.
Za Dawydowem wszędzie podążał oficer-inspektor, porucznik wzięty z rezerwy. Przed mobilizacją pracował jako naczelnik ziemski. Mówiono, że dzięki wspaniałej protekcji udało mu się uciec przed służbą liniową i trafić do szpitala w roli inspektora. Był to postawny, przystojny mężczyzna w wieku około trzydziestu lat – raczej tępawy, arogancki i samolubny, niewiarygodnie leniwy i nieudolny. Jego relacje z głównym lekarzem były doskonałe. Patrzył w przyszłość ponuro i smutno.
– Wiem, że z wojny nie wrócę. Piję dużo wody, a woda tam jest podła, na pewno złapię tyfus albo czerwonkę. Albo mnie kulka jakiegoś chunchuza trafi. Ogólnie rzecz biorąc, nie spodziewam się powrotu do domu.
Podróżował jeszcze z nami aptekarz, ksiądz, dwóch urzędników zwyczajnych i cztery siostry miłosierdzia. Siostry były prostymi, niezbyt inteligentnymi dziewczynami. Używały zwrotów „przedsionek” i „łaskawy suweren”, dąsały się na nasze niewinne żarty i śmiały się z zakłopotaniem z dwuznacznych dowcipów naczelnego lekarza i inspektora.
Na większych postojach doganiał nas eszelon, którym jechał drugi szpital naszej dywizji. Z wagonu wynurzał się swym leniwym i pięknym krokiem elegancki doktor Sułtanow, prowadząc pod rękę powabnie odzianą, wysoką damę. Była to, jak mówiono, jego siostrzenica. Pozostałe siostry miłosierdzia były bardzo elegancko ubrane, mówiły po francusku i otaczał je tłum oficerów sztabowych.
Dla swego szpitala Sułtanow wiele czasu nie miał. Jego ludzie przymierali głodem, konie również. Któregoś razu, wczesnym rankiem, podczas postoju, nasz naczelny lekarz pojechał do miasta i zakupił siano i owies. Przywieziony furaż złożono na peronie pomiędzy naszym eszelonem i eszelonem Sułtanowa. Z okna wyjrzał dopiero co przebudzony Sułtanow. Po peronie pośpiesznym krokiem szedł Dawydow. Doktor Sułtanow triumfalnym gestem wskazał na furaż.
– A u mnie jest już owies! – powiedział.
– Taak? – ironicznie zapytał Dawydow.
– Widzi pan? I siano.
– I siano? Wspaniale! Tyle, że zaraz każę to wszystko ładować do moich wagonów.
– Jak to?
– A tak. Ponieważ sam to kupiłem.
– Ach… A ja sądziłem, że to mój inspektor – Sułtanow ziewnął leniwie i zwrócił się do stojącej obok siostrzenicy: – Cóż, przejdźmy się zatem na stację na kawę.
***
Setki wiorst za setkami. Teren płaski jak stół, niewielkie zagajniki i zarośla. Prawie nie widać pól uprawnych, tylko łąki. Zielenią się skoszone trawy, ciemnieją kopy siana i niewielkie stogi. Ale nieskoszonych łąk jest więcej; ruda, wyschnięta do korzeni trawa wygina się na wietrze i szeleści nasionami w suchych szypułkach. Na jednym odcinku jechał z nami w pociągu miejscowy sołtys i opowiadał, że rąk do pracy nie ma, że wszystkich dorosłych mężczyzn, w tym pospolite ruszenie, pognali na wojnę; łąki marnieją, grunty orne leżą odłogiem.
Pewnego wieczoru, gdzieś w pobliżu Kaińska, nasz parowóz nagle zaczął wydawać niepokojące gwizdy i zatrzymał się gwałtownie na środku pola. Przybiegł ordynans i podekscytowany poinformował, że prawie zderzyliśmy się z nadjeżdżającym z przeciwka pociągiem. Takie alarmy zdarzały się raz za razem: pracownicy kolei byli przepracowani ponad wszelką miarę, nie wolno im było schodzić ze stanowiska pod groźbą sądu wojennego, tabor kolejowy był stary i zużyty – a to zapaliła się oś, to odłączył się wagon, to pociąg przeskakiwał na zwrotnicy.
Wyszliśmy na zewnątrz. Przed naszym eszelonem widać było inny pociąg. Lokomotywy stały naprzeciwko siebie, wybałuszywszy na siebie swe okrągłe latarnie, przypominając dwóch wrogów, którzy spotkali się na wąskiej ścieżce. Po obu stronach toru rozciągała się porośnięta turzycami łąka; w oddali, między krzewami, ciemniały stogi siana.
Napotkany pociąg na wstecznym biegu ruszył z powrotem. Nasz pociąg również dał sygnał gwizdkiem. Nagle dostrzegłem kilku naszych żołnierzy, biegnących z krzaków przez polanę. Każdy z nich trzymał wielką wiązkę siana.
– Hej! Rzucić to siano! – krzyknąłem.
Biegli dalej w kierunku pociągu. Z wagonów słychać było zachęcające okrzyki.
– Nie ma mowy! Dobiegli, to siano nasze!
Z okna wagonu z zaciekawieniem wyglądali naczelny lekarz i inspektor szpitala.
– Natychmiast rzucić to siano, słyszycie? – ryknąłem groźnie.
Żołnierze cisnęli sterty na nasyp i z pomrukami niezadowolenia wspięli się do ruszającego pociągu. Ja, oburzony, wróciłem do wagonu.
– Co to ma być, do cholery? Już w domu zaczyna się grabież! I to tak bezceremonialnie, na oczach wszystkich!
– Przecież siano jest tu warte grosze. I tak zgnije w stogach – wyraził swój niechętny sprzeciw naczelny lekarz.
Zdziwiłem się:
– Jak to? Za pozwoleniem! Nie dalej niż wczoraj słyszał pan, co mówił sołtys. Siano jest wręcz bardzo drogie, kosić nie ma komu, intendentura płaci po czterdzieści kopiejek za pud. Przede wszystkim zaś to grabież i z zasady nie można na takie coś pozwalać.
– No, niby tak. Tak, tak, oczywiście! Nikt tego nie neguje! – pośpiesznie zgodził się naczelny lekarz.
Rozmowa ta wywarła na mnie dziwne wrażenie. Spodziewałem się, że szef szpitala i inspektor będą oburzeni, że zbiorą żołnierzy i surowo i stanowczo zabronią im szabrowania. Oni jednak potraktowali całą sprawę z największą obojętnością. Ordynans, który słyszał naszą rozmowę, zwrócił się do mnie z szyderczym komentarzem:
– Dla kogo żołnierz kradnie? Dla koni. A szefostwu z tym dobrze, bo za siano nie płaci.
Wtedy nagle stało się dla mnie jasne coś, co zadziwiło mnie trzy dni temu, kiedy to naczelny lekarz na pewnej małej stacyjce zakupił tysiąc pudów owsa po bardzo niskiej cenie. Wrócił do wagonu zadowolony i rozpromieniony.
– Kupiłem owies po czterdzieści pięć kopiejek! – oznajmił z triumfem.
Zastanawiałem się, czy był tak zadowolony, bo zaoszczędził skarbowi państwa kilkaset rubli. Teraz jego radość stała się dla mnie bardziej zrozumiała.
Na każdej stacji żołnierze kradli to, co wpadło im pod rękę. Często nie można było nawet pojąć, po co im to wszystko. Trafi się pies – chwytają go i usadzają na wagonie-platformie pomiędzy podwodami. Mija dzień albo dwa, pies ucieka i żołnierze łapią następnego. Któregoś razu zajrzałem na jedną z platform: w sianie leżała czerwona drewniana miska, mały żeliwny kociołek, dwie siekiery, stołek i naczynie na wodę z bani. To wszystko były łupy. Na jednym z postojów wyszedłem, aby rozprostować nogi. Przy nasypie stał zardzewiały żeliwny piec, wokół którego podejrzanie tłoczyli się nasi żołnierze, zerkając na mnie i śmiejąc się. Wspiąłem się do swego wagonu. Ożywili się. Po kilku minutach znów wyszedłem. Pieca przy nasypie nie ma, żołnierze nurkują pod wagony, a w jednym z nich z łomotem przesuwa się coś ciężkiego.
– Żywego człowieka ukradną i schowają! – mówi mi wesoło siedzący na nasypie żołnierzyk.
Jakoś tak wieczorem, na stacji Chiłok, wysiadłem z pociągu i zapytałem jakiegoś chłopaczka, czy da się tu kupić chleb.
– Tam na górce jest handlarz Żyd, ale się zabarykadował.
– Dlaczego?
– Boi się.
– Czego się boi?
Chłopiec nic nie odpowiedział. Obok przechodził żołnierz z czajnikiem wrzącej wody.
– Jeśli w dzień wynosimy wszystko, to w nocy wyniesiemy sklep razem z Żydem! – wyjaśnił mi, idąc dalej.
Na dłuższych postojach żołnierze rozpalali ogniska i gotowali zupę z kur, które wzięły się nie wiadomo skąd, albo opalali świnię, którą jakoby potrącił nasz pociąg.
Często rozgrywali swoje rekwizycje za pomocą bardzo subtelnych i przebiegłych planów. Pewnego dnia staliśmy przez długi czas na małej stacji. Chudy, tyczkowaty Ukrainiec Kuczerenko, prawdziwy dowcipniś, wygłupiał się na polanie przy pociągu. Zatknął na siebie jakąś rogożę i zataczał się, udając pijanego. Żołnierz, śmiejąc się, zepchnął go do rowu. Kuczerenko pobył tam chwilę, po czym wygramolił się z powrotem, ciągnąc za sobą pogięty i pordzewiały cylinder od pieca.
– Panowie, zaraz będzie muzyka! Prosimy nie przeszkadzać! – oznajmił, udając obcokrajowca.
Wokół tłoczyli się żołnierze i mieszkańcy pobliskiej wioski. Kuczerenko, z rogożą na ramionach, majstrował przy swoim cylindrze jak niedźwiedź przy pniaku. Z majestatycznie poważną miną przesuwał dłonią po cylindrze, jakby kręcił wyimaginowaną korbką katarynki i chrapliwie śpiewał:
– Czemu ty, durna… trr… trr… kusisz mnie… trr… trr…
Kuczerenko odstawił kataryniarza z zepsutą katarynką tak wspaniale, że śmiali się wszyscy wokół: miejscowi, żołnierze, my. Zdjąwszy czapkę, zaczął okrążać publiczność.
– Mili państwo, dla biednego włoskiego muzykanta za jego trudy…
Podoficer Smietannikow wcisnął mu do ręki kamień. Kuczerenko z niedowierzaniem pokręcił nad nim głową i cisnął go w ślad za umykającym Smietannikowem.
– Do wagonów! – rozległa się komenda.
Parowóz zagwizdał, żołnierze na złamanie karku rzucili się do pociągu.
Na następnym przystanku gotowali zupę na ognisku: w kotle gęsto pływały kury i kaczki. Podeszły dwie nasze siostry miłosierdzia.
– Macie ochotę na kurczaczka, siostrzyczki? – zaproponowali żołnierze.
– Skąd go wzięliście?
Żołnierze zaśmiali się chytrze.
– Dali naszemu muzykantowi za jego pracę!
Okazało się, że podczas gdy Kuczerenko odwracał uwagę mieszkańców wioski, inni żołnierze oczyszczali ich podwórka z drobiu. Siostry zaczęły zawstydzać żołnierzy, mówiąc, że kradzież jest nie na miejscu.
– Nic w tym złego! My na carskiej służbie, to co mamy jeść? Trzeci dzień nic gorącego nie dają, chleb niedopieczony, na stacjach nic kupić nie można. Mamy zdychać z głodu?
– My to nic! – wtrącił inny. – Ci z Kirsanowa całe dwie krowy ukradli!
– Wyobraźcie sobie tylko, że w domu macie jedną krowę i nagle wasi, prawosławni, biorą ją i kradną! Nie byłoby wam przykro? Tak samo jest tutaj: może chłopu ukradli ostatnią krowę, a on z rozpaczy łzami się zalewa.
– E! – żołnierz machnął ręką. – A u nas to co, mało płaczą? Wszędzie płaczą.
***
Kiedy byliśmy w pobliżu Krasnojarska, zaczęły napływać wieści o bitwie pod Liaoyang. Na początku, jak to było w zwyczaju, telegramy obwieszczały o bliskim zwycięstwie, wycofujących się Japończykach, zdobytych działach. Potem nadeszły telegramy pełne niejasnych, złowieszczych dwuznaczności, a w końcu zwyczajowe wieści o odwrocie „w dobrym porządku”. Wszyscy chciwie chwytali gazety, wczytywali się w doniesienia. Sprawa była jasna: pobito nas w tym boju, Liaoyang, niby nie do zdobycia, został wzięty, „śmiercionośna strzała” spadła bezsilnie na ziemię z „naciągniętej do granic cięciwy”, a my znów rejterowaliśmy.
Nastroje w eszelonach były ponure i pełne przygnębienia.
Wieczorem siedzieliśmy w ciasnej sali małej stacyjki, jedliśmy podły, kilkanaście razy odgrzewany kapuśniak. Skupiło się kilka eszelonów i salka była pełna oficerów. Naprzeciwko nas siedział wysoki sztabskapitan o zapadniętych policzkach, obok niego milczący podpułkownik.
Sztabskapitan przemawiał głośno do całej sali:
– Japońscy oficerowie zrezygnowali ze swego żołdu na rzecz skarbu państwa i przeszli na racje żywnościowe prostych żołnierzy. Minister oświecenia, aby służyć ojczyźnie, poszedł na wojnę jako zwykły szeregowy. Życia swego nikt tam nie skąpi, każdy gotów jest oddać wszystko dla kraju. Dlaczego? Bo mają ideę. Bo wiedzą, o co walczą. I wszyscy są wykształceni, wszyscy żołnierze są piśmienni. Każdy żołnierz ma kompas, plan i każdy jest świadomy zadania. I od marszałka do ostatniego szeregowca, wszyscy myślą tylko o pokonaniu wroga. A intendentura myśli o tym samym.
Sztabskapitan mówił o tym, o czym wszyscy wiedzieli z gazet, ale przemawiał tak, jakby nauczył się tego specjalnie dla nas i nikt wokół niego o tym nie wiedział.
Przy bufecie niezmiernie gruby i pijany kapitan wykłócał się i spierał się o coś z bufetowym.
– A u nas co? – kontynuował sztabskapitan. – Kto z nas ma pojęcie, dlaczego toczymy wojnę? Kto z nas jest pełen ducha? Tylko gadanina o awansach albo wyrzucaniu na zbity pysk. Pędzą nas wszystkich jak barany. Nasi generałowie potrafią się tylko żreć między sobą. Intendentura kradnie. Popatrzcie na buty naszych żołnierzy: przez dwa miesiące całkiem się zdarły. A przecież buty przyjmowało dwadzieścia pięć komisji!
– I zabrakować nie można – poparł go nasz naczelny lekarz. – Towar nie wypalony, nie zgniły.
– Tak. Ale przy pierwszym deszczu podeszwa pod stopą się rozkleja… No, powiedzcie mi, proszę, czy taki żołnierz może zwyciężyć, czy nie?
Mówił głośno do całej sali, a wszyscy słuchali ze współczuciem. Nasz inspektor rozglądał się trwożliwie na boki. Czuł się nieswojo po tych głośnych, nieustraszonych przemowach i zaczął oponować:
– Chodzi o to, jak uszyty jest but. Towary intendentury są dobre. Sam je widziałem i mogę to poświadczyć.
– Jak by nie patrzeć, panowie – powiedział inspektor swoim pełnym, pewnym siebie głosem – nie chodzi o buty, ale o ducha armii. Jeśli duch jest dobry, można pokonać wroga w każdych butach.
– Boso, z wrzodami na stopach, nie da się – sprzeciwił się sztabskapitan.
– A duch jest dobry? – zapytał z ciekawością podpułkownik.
– Sami jesteśmy winni, że jest niedobry! – przemówił żarliwie inspektor szpitala. – Nie udało nam się wychować żołnierza. Widzicie panowie, on potrzebuje idei! Idei, przepraszam was bardzo! Zarówno my, jak i żołnierz musimy kierować się poczuciem obowiązku, a nie ideą. Nie jest rzeczą żołnierza debatować o ideach, jego rzeczą jest iść i umrzeć bez gadania.
Podszedł gruby kapitan, który wykłócał się przy bufecie. Stał w milczeniu, kołysząc się na nogach i wytrzeszczając oczy na rozmawiających.
– Nie, panowie, powiedzcie mi coś takiego – wtrącił niespodziewanie. – Jak, pytam się ja was, będę brać to wzgórze?
Rozłożył ręce i ze zdumieniem spojrzał na swój ogromny brzuch.
***
Stepy zostały w tyle, teren robił się górzysty. Zamiast małych, sękatych brzóz pojawiły się potężne, gęste lasy. Sosny tajgi ostro i sucho szeleściły na wietrze, a osika, piękno jesieni, błyszczała wśród ciemnych igieł delikatnym złotem, purpurą i szkarłatem. Przy mostach kolejowych i na każdym wiadukcie stali wartownicy i o zmierzchu ich samotne postacie ciemniały wśród głuchej gęstwiny tajgi.
Na spotkanie wyszedł nam zastępca komendanta przystani. Rozkazano, by natychmiast zabrać ludzi i konie z wagonów; platformy z podwodami miały iść na lodołamaczu bez wyładunku.
Do trzeciej nad ranem siedzieliśmy w małej, ciasnej salce stacji. W bufecie poza herbatą i wódką nie dało się nic kupić, bo kuchnia była w remoncie. Na peronie i w hali bagażowej nasi żołnierze spali jeden na drugim. Przybył kolejny eszelon, który miał być przewieziony razem z nami lodołamaczem. Skład był długi, na tysiąc dwustu ludzi; jechały nim uzupełnienia rezerwistów z guberni ufijskiej, kazańskiej i samarskiej. Byli tam Rosjanie, Tatarzy, Mordwini, wszyscy w kwiecie wieku, niemalże starzy ludzie.
Już w drodze zauważyliśmy ten nieszczęsny eszelon. Żołnierze mieli malinowe pagony bez żadnych numerów i oznaczeń i nazwaliśmy ich „karmazynowym wojskiem”. Dowodził porucznik. Aby nie zawracać sobie głowy ich wyżywieniem, z państwowej kasy wydawał do ręki po dwadzieścia jeden kopiejek i polecił im żywić się na własną rękę. Na każdej stacji żołnierze myszkowali po peronach i okolicznych sklepikach w poszukiwaniu jedzenia.
Ale na taką masę ludzi zapasów nie wystarczało. Dla takiego tłumu nie tylko nie było wystarczającej ilości zapasów, ale brakowało też wystarczającej ilości wrzącej wody. Kiedy pociąg się zatrzymywał, przysadziste postacie z wystającymi kościami policzkowymi pośpiesznie wyskakiwały z wagonów i biegły do budki z wielkim napisem: „wrzątek za darmo”.
– Dawaj kipiatok!
– Nie ma. Grzeją. Eszelony wszystko wybrały.
Jedni ospale wracali, inni ze skupionymi minami stali i czekali w długiej kolejce.
Czasami się doczekali, częściej jednak nie, a wtedy z pustymi czajnikami biegli za odjeżdżającym pociągiem. Na postojach skrzekliwymi, cienkimi głosami śpiewali piosenki, a co dziwne, wszystkie one były więzienne, długie, monotonne i tępo-obojętne, co w zadziwiający sposób podkreślało atmosferę, którą sami wytwarzali.
„Po co ja, po co siedzę w więzieniu. Na próżno patrzę na świętą wolność. Jestem martwy, martwy na zawsze! Mijają lata za latami…”.
O trzeciej w nocy w czerni jeziora zabrzmiał długi gwizd i do brzegu podszedł lodołamacz „Bajkał”. Po niemającym końca peronie poszliśmy wzdłuż torowiska ku przystani. Było zimno. Wzdłuż podkładów ustawiło się parami „karmazynowe wojsko”. Obwieszeni żołnierskimi workami, z karabinami przy nodze, żołnierze stali bez ruchu z ponurymi, skupionymi twarzami. Słychać było nieznaną, gardłową mowę.
Wspięliśmy się po trapach na jakieś mostki, skręciliśmy w prawo, potem w lewo i niepostrzeżenie znaleźliśmy się nagle na górnym pokładzie parowca. Trudno było odgadnąć, gdzie się zaczyna. Na przystani świeciły jasno elektryczne latarnie, a w oddali mrocznie ciemniała wilgotna czerń jeziora. Po trapach żołnierze wprowadzali drżące, płoszące się konie, a poniżej, gwiżdżąc, lokomotywy wtaczały na parowiec wagony i platformy. Potem przyszła kolej na żołnierzy.
Szli niekończącym się szeregiem, w szarych, niezgrabnych szynelach, obładowani workami, trzymając karabiny kolbami do ziemi.
Przy wąskim wejściu na pokład żołnierze zbijali się w gromadki i zatrzymywali się. Z boku, nieco wyżej, stał jakiś inżynier i wychodząc z siebie, krzyczał:
– Nie zatrzymywać się! Czego się tłoczycie? Ech, sucze dzieci! Do przodu, czego stoisz jeden z drugim?
A żołnierze, ze zwieszonymi głowami, napierali przed siebie. W ślad za nimi szło ich więcej i więcej – wszyscy tacy sami, szarzy, smętni, jak jakieś stado owiec.
Wszystko zostało załadowane i zabrzmiał trzeci gwizdek. Parowiec zadrżał i zaczął powoli ruszać wstecz. W ogromnej, niewyraźnej konstrukcji z wysokimi pomostami widniało gładkie owalne wycięcie i od razu stało się jasne, gdzie kończą się platformy, a zaczyna korpus parowca. W takt rytmicznego drżenia ponieśliśmy się w mrok.
W salonie pierwszej klasy było jasno, ciepło i przestronnie. Pachniało ogrzewaniem parowym, a kabiny były przytulne i ciepłe. Pojawił się porucznik w czapce z białym otokiem, prowadzący „karmazynowe wojsko”. Zapoznaliśmy się. Okazał się bardzo miłym dżentelmenem.
Zjedliśmy razem kolację. Poszliśmy spać, niektórzy w kajutach, inni w jadalni. O świcie obudził mnie mój kolega Szancer.
– Wikientiju Wikientijewiczu, proszę wstawać! Nie pożałuje pan! Już dawno chciałem pana obudzić. Za dwadzieścia minut dobijamy.
Poderwałem się, przemyłem twarz. W jadalni było ciepło. Przez okno widziałem żołnierza leżącego na pokładzie; spał z głową opartą o worek, skulony pod szynelem, z twarzą siną z zimna.
Wyszliśmy na pokład. Robiło się jasno. Matowe, szare fale unosiły się mrocznie i powoli, a powierzchnia wody zdawała się wybrzuszać. Po drugiej stronie jeziora delikatnie błękitniały odległe góry. Na nabrzeżu, do którego się zbliżaliśmy, wciąż paliły się światła, a pokryte lasami góry, ponure jak tęsknota, napierały na brzeg. Na szczytach bielił się śnieg. Te czarne góry wyglądały jak zadymione, a bory na nich przypominały szczeciniastą, kudłatą sadzę, jak w dawno nieczyszczonych kominach pieców. Zdumiewające, jak czarne były te góry i knieje.
Porucznik głośno i entuzjastycznie wyrażał swój zachwyt. Ludzie, siedzący przy kominie parowca, otulili się szynelami i słuchali ponuro. A wszędzie, na całym pokładzie, leżeli żołnierze skuleni pod szynelami, przytuleni ciasno do siebie. Było bardzo zimno, a wiatr przenikał do kości. Przez całą noc żołnierze marzli pod naporem tego wiatru, zbici w gromadki przy rurach i występach lub biegali po pokładzie, aby się ogrzać.
Lodołamacz powoli dobił do nabrzeża, wpłynął pod wysoką konstrukcję z owalnym wycięciem i ponownie połączył się z plątaniną pomostów i trapów i znowu nie można było pojąć, gdzie kończy się parowiec, a zaczynają się mostki. Pojawił się zastępca szefa przystani i zwrócił się do komendantów eszelonów ze zwyczajowymi pytaniami.
Koniowodni wyprowadzili parskające konie po trapach, a parowozy podjechały niżej i wyciągały wagony z dolnego pokładu. Ruszyły pododdziały. I znowu, dostając szewskiej pasji, wściekle krzyczeli na żołnierzy zastępca komendanta i uprzejmy, miły porucznik w czapce z białym otokiem. Znowu żołnierze tłoczyli się ponuro, skupieni, trzymając karabiny kolbami do ziemi.
– Co za łajdaki! Co oni się tak tłoczą? Ruszać się, sucze syny! Czego stoicie? Ej, ty! Dokąd z tą skrzynką amunicji? Tutaj z nabojami!
Powoli ludzie przesuwali się w niekończącym się szeregu. Przeszedł starszawy Tatar z lekko obwisłymi wargami i kącikami ust skierowanymi ku dołowi, przeszedł brodaty permiak z wystającymi kośćmi policzkowymi i twarzą naznaczoną śladami po ospie. Wszyscy wyglądali jak chłopi i dziwnie było widzieć w ich rękach karabiny. Szli tak i szli, zmieniały się twarze, na których zastygła ta sama, jakby zamrożona na zimnym wietrze, myśl. Nikt nie odwracał wzroku na krzyki i przekleństwa oficerów, jakby było to coś tak elementarnego, jak lodowaty wiatr wyrywający się z jeziora.
Świt wstał na dobre. Ciężkie, ołowiane chmury płynęły nad ciemnym jeziorem. Z przystani przeszliśmy na stację. Na torowiskach, poświstując groźnie, manewrowały parowozy. Było nieludzko zimno. Kostniały nam nogi. Nie było gdzie się ogrzać. Żołnierze stali i siedzieli skuleni razem, z tymi samymi ponurymi, odartymi z myśli twarzami, gotowymi na męki.
Przeszedłem się po peronie z naszym aptekarzem. W ogromnej kosmatej papasze, z orlim nosem na chudej twarzy, wyglądał nie jak skromny aptekarz, ale jak zuchwały Kozak.
– Wy skąd, chłopcy? – zapytał żołnierzy, zbitych w gromadkę przy fundamencie budynku stacji.
– Kazańscy, są ufijscy, samarscy… – z niechęcią odrzekł malutki jasnowłosy żołnierzyk.
Na jego piersi, spod przewiązanej przez ramię namiotowej płachty, wystawał ogromny bochen chleba.
– Jest ktoś z timochińskiej wołosti z guberni kazańskiej?
Żołnierz rozpromienił się.
– My jesteśmy!
– Tak?
– O, tamci też!
– Kamionkę znacie?
– Niee…
– A Lewaszowo?
– Oczywiście! Jeździmy tam na targ! – odpowiedział radośnie zaskoczony żołnierz.
I z głębokim, wiążącym uczuciem zaczęli rozmawiać o swoich rodzinnych stronach, wymieniając nazwy sąsiednich wiosek. I tu, w dalekiej krainie, na progu krwawego królestwa śmierci, cieszyli się z nazw znajomych osad i z faktu, że dla drugiego również brzmiały znajomo.
W poczekalni trzeciej klasy słychać było kłótnie i hałasy. Zziębnięci żołnierze domagali się od stróża rozpalenia w piecu. Stróż odmawiał – nie miał prawa brać drewna. Rugano go i besztano.
– Przeklęta ta wasza Syberia! – mówili z oburzeniem żołnierze. – Z zawiązanymi oczami wróciłbym do domu!
– Jaka tam moja, sam jestem z Rosji – odgryzał się zakrzyczany stróż.
– A co tu na niego czekać? O, ile drewna leży. Weźmiemy i napalimy!
Nie odważyli się jednak. Poszliśmy do komendanta poprosić o opał do ogrzania budynku stacji. Żołnierze mieli tu czekać jeszcze pięć godzin. Okazało się, że absolutnie nie można dać drewna na opał, po prostu nie da się. Grzać można dopiero od 1 października, a teraz był początek września. A dookoła leżały góry drewna opałowego.
Podstawili nasz pociąg. W wagonie był ziąb, zęby dzwoniły z zimna, ręce i nogi kostniały. Sam naczelny lekarz poszedł do komendanta, by zażądać ogrzania wagonu. To również okazało się niemożliwe. Wagony mogą być ogrzewane dopiero od 1 października.
– Proszę mi powiedzieć, od kogo zależy, aby już teraz wydać zgodę na ogrzanie wagonów? – zapytał z oburzeniem naczelny lekarz.
– Należy wysłać telegram do głównego naczelnika trakcji. Jeśli wyrazi zgodę, rozkażę je ogrzać.
– Chwileczkę, chyba się pan przejęzyczył. Czy aby nie powinniśmy wysłać telegramu do ministra kolei? A może do kogoś jeszcze wyżej postawionego?
– Cóż, proszę zatem słać do najwyższej władzy! – uśmiechnął się uprzejmie komendant i odwrócił się plecami.
Nasz pociąg ruszył. W zimnych żołnierskich wagonach nie było słychać zwyczajowych pieśni; wszyscy skulili się razem w zimnych szynelach, z ponurymi, sinymi twarzami. A obok jadącego eszelonu przemykały ogromne sterty drewna opałowego, zaś na rezerwowych torach stały rzędy wagonów-ciepłuszek, ale zgodnie z przepisami ich również nie można było teraz używać.
***
Przed Bajkałem jechaliśmy powoli, z długimi postojami. Teraz, na odcinku zabajkalskim, prawie przez cały czas staliśmy. Na każdym rozjeździe staliśmy po pięć, sześć godzin. Przejedziemy dziesięć wiorst – i znowu godzinami stoimy. Tak się przyzwyczailiśmy do stania, że kiedy wagon zaczynał się kołysać i grzechotać kołami, pojawiało się uczucie czegoś niezwykłego, ale zanim się człowiek zorientował, już znowu staliśmy. Przed nami, w pobliżu stacji Karymskaja, w trzech miejscach zapadł się tor i droga była zablokowana.
Wciąż było zimno, a żołnierze marzli w wyziębionych wagonach. Na stacjach nie można było dostać niczego – ani mięsa, ani jajek, ani mleka. Przejazd z jednego punktu zaopatrzeniowego do drugiego zajmował trzy lub cztery dni. Eszelony pozostawały bez jedzenia przez dwa, trzy dni. Żołnierze ze swoich pieniędzy płacili na stacjach po dziewięć, dziesięć kopiejek za funt czarnego chleba.
Ale chleba nie starczało nawet na dużych przystankach. Piekarnie, wyprzedawszy towar, zamykały się jedna po drugiej. Żołnierze krążyli po okolicy i odwołując się do chrześcijańskiego miłosierdzia, prosili mieszkańców by sprzedali im chleb.
Na jednej ze stacji dogoniliśmy jadący przed nami transport z regularnym wojskiem. W przejściu między nimi a naszym pociągiem tłum żołnierzy otoczył podpułkownika, komendanta eszelonu. Podpułkownik był lekko blady i najwyraźniej sam podnosił się na duchu, mówiąc donośnym, rozkazującym głosem. Przed nim stał młody żołnierz, również blady.
– Jak się nazywasz? – pytał groźnie podpułkownik.
– Lebiediew.
– Druga kompania?
– Tak jest!
– Dobrze, nauczysz się czegoś ode mnie. Na każdym przystanku zgiełk! Mówiłem wam wczoraj, żebyście oszczędzali chleb, a wy, co nie dojedliście, to wyrzucaliście przez okno… Skąd wam teraz wezmę chleb?
– My rozumiemy, że tutaj nie można dostać chleba – oponował żołnierz. – Ale myśmy wczoraj waszą wielmożność prosili… Można było na dwa dni wziąć… Przecież wiadomo było, jak długo stoimy na każdym rozjeździe.
– Milczeć! – warknął podpułkownik. – Jeszcze słowo i każę cię aresztować! Do wagonów! Marsz!
I poszedł. Żołnierze w ponurym nastroju wsiedli do wagonów.
– Znaczy się, zdychaj z głodu! – powiedział wesoło jeden z nich.
Ich eszelon ruszył. Mignęły ludzkie twarze, blade, gorzko zamyślone.
Zaczęliśmy częściej spotykać pociągi sanitarne. Na postojach wszyscy pożądliwie otaczali rannych, wypytywali ich. Przez okna widać było leżących na pryczach ciężko rannych, z woskowymi twarzami pokrytymi bandażami. Czuło się powiew strasznych i groźnych rzeczy, które się tam działy.
Zapytałem jednego rannego oficera, czy to prawda, że Japończycy dobijają naszych rannych. Oficer ze zdziwieniem rzucił na mnie okiem i wzruszył ramionami.
– A nasi nie dobijają? Ile wlezie. Zwłaszcza Kozacy. Jak złapią Japończyka, to mu z głowy każdy włos wyrywają.
Na stopniu żołnierskiego wagonu siedział syberyjski Kozak z amputowaną nogą, z krzyżem Jerzego na piersi. Miał szeroką, dobroduszną twarz. Brał udział w słynnej bitwie pod Wafangou, podczas której dwie sotnie syberyjskich Kozaków wpadły ławą na japoński szwadron i wykłuły go lancami.
– Mają dobre konie – powiedział Kozak. – Za to uzbrojenie kiepskie, nie mają lanc, tylko szable i rewolwery. Gdyśmy ich z lancami dopadli, byli jak bez broni, nic nam zrobić nie mogli.
– Ilu zadźgałeś?
– Trzech.
On, z tą swoją wspaniałą, dobrotliwą twarzą, był uczestnikiem tej strasznej bitwy centaurów… Zapytałem:
– A jak dźgałeś, to nic w sercu nie czułeś?
– Pierwszego jakoś tak niezręcznie było… Bałem się dźgnąć żywego człowieka. Ale jak go zakłułem, to spadł z siodła i na sercu się lżej zrobiło. Chętnie bym jeszcze z dziesięciu zadźgał.
– A nie żal ci teraz, że zostałeś ranny? Chciałbyś jeszcze z Japończykami powojować?
– Nie, teraz myślę, jak dzieciaki wykarmić…
Twarz Kozaka zachmurzyła się, jego oczy poczerwieniały i napełniły się łzami.
Na jednej z następnych stacji, gdy pociąg przed nami odjeżdżał, żołnierze na komendę „do wagonów!” w odpowiedzi stali dalej.
– Do wagonów, słyszycie?! – krzyknął groźnie dyżurny eszelonu.
Żołnierze stali. Niektórzy niby poszli do wagonów, ale ich towarzysze odciągnęli ich z powrotem.
– Nie pojedziemy dalej. Wystarczy!
Pojawił się naczelnik pociągu, komendant. Najpierw zaczęli krzyczeć, potem pytać, o co chodzi i dlaczego żołnierze nie chcą jechać. Żołnierze nie zgłaszali żadnych pretensji, tylko powtarzali to samo:
– Nie chcemy jechać dalej!
Napominano ich, mówiono o posłuszeństwie, o przełożonych. A żołnierze odpowiadali:
– Z naszymi przełożonymi to się jeszcze porachujemy!
Ośmiu z nich zostało aresztowanych. Reszta wsiadła do wagonów i pojechała dalej.
Pociąg mijał dzikie, ponure góry, jadąc wzdłuż koryta rzeki. Nad wagonami zwieszały się ogromne głazy, wyciągały się w górę chybotliwe osypiska drobnego kamienia. Miało się wrażenie, że jeśli człek kaszlnie, wszystko to runie na pociąg. W księżycową noc za stacją Karymskaja minęliśmy taki zawał. Pociąg jechał po naprędce ułożonym nowym torze. Poruszał się cicho, jakby się skradał, jakby bał się zaczepić o wiszące kamienne bloki, które niemalże go muskały. Zniszczone wagony skrzypiały, lokomotywa sapała z rzadka, jakby wstrzymując oddech. Po prawej stronie z zimnej, rwącej rzeki sterczały wielkie głazy i sterty drobnego kamienia, które osunęły się do wody. Trzy zawaliska z rzędu, jedno po drugim. Dlaczego trzy, dlaczego nie dziesięć, nie dwadzieścia? Patrzyłem na ten pośpiesznie, byle jak przebity przez góry szlak i porównywałem go z kolejami w Szwajcarii, Tyrolu, Włoszech. Jasne było, że takich osypisk będzie i dziesięć, i dwadzieścia. I przypomniałem sobie kolosalne liczby dotyczące kosztów tej prymitywnej, nędznej, jakby wyrąbanej przez dzikusów drogi.
Wieczorem na małej stacji znów skupiło się wiele eszelonów. Przechadzałem się po peronie. W mojej głowie rozbrzmiewały opowieści rannych, a krwawe okropności, które miały miejsce tam, daleko, ożywały. Było ciemno, wysoko na niebie przewalały się chmury, dokuczały silne, suche porywy wiatru. Ogromne sosny na zboczu, poskrzypując pniami, szumiały głucho na wietrze. Między sosnami płonął ogień, a płomienie miotały się w mroku.
Rozciągnięte jeden obok drugiego, stały eszelony z wojskiem. W mdłym świetle latarni na pryczach wierciły się i poruszały ogolone żołnierskie głowy. W wagonach śpiewano. Z różnych stron niosły się różne pieśni, głosy zlewały się w powietrzu, drżało coś potężnego.
Śpicie, drodzy bohaterowie,
Przyjaciele, pod ryczącą burzą,
Mój głos obudzi was jutro,
wzywając do chwały i śmierci…
Szedłem wzdłuż peronu. Długie, mężne dźwięki „Jermaka” słabły, przykryła je monotonna, wlokąca się ponuro więzienna pieśń z innego wagonu:
Zajrzę, zajrzę do tej miski,
Dwa jarmuże pływają,
A za nimi, jeden za drugim
Płynie stado robaków…
Z ostatniego wagonu przeciągle i smutno niosło się:
Za świętą Rosję umieram…
A przeciągła aresztancka pieśń dalej rąbała swoje:
Łyżkę cisnę i zapłaczę,
Chleba bodaj przełknę.
Przecież więzień to nie pies,
Takim samym człekiem jest.
Dwa wagony dalej, nagle, jakby od silnego ciosu w plecy, ktoś chrząknął i z radosnym okrzykiem w mrok pognała żywiołowa i wesoła „Sieni”. Dźwięki wirowały, splotły się z okrzykami i gwizdami; przez silne męskie głosy, gibkie jak wąż, przebijał szybki, drobny srebrzysto-szklany dźwięk – ktoś akompaniował szklanicą. Nogi wybijały rytm, a pieśń szaleńczo wirowała, niosąc się na spotkanie ostrego wiatru.
Zawróciłem. I znów, jak powolne fale, wzniosły się długie, posępnie majestatyczne dźwięki „Jermaka”. Z przeciwka nadjechał pociąg towarowy, zatrzymał się. Eszelon ze śpiewającymi ruszył. Pieśń zadudniła echem pomiędzy pociągami, potężnie i mocno jak hymn.
I nie na darmo żyliśmy na świecie…
Syberia przez cara podbita.
Pociągi zostały z tyłu – i nagle jakby coś pękło w potężnym hymnie, pieśń zabrzmiała bezbarwnie i rozwiała się w zimnym, pełnym wiatru mroku.
***
Budzę się rano – słyszę za oknem wagonu dziecinnie radosny głos żołnierza:
– Ciepło!
Niebo czyste, słońce przypieka. We wszystkich kierunkach matowi się bezkresny step, pod ciepłym wiaterkiem kołysze się sucha, zrudziała trawa. W oddali łagodne wzgórza, na stepie majaczą samotni buriaccy jeźdźcy, stada owiec i dwugarbnych wielbłądów. Ordynans inspektora szpitala, Baszkir imieniem Mohamed, chciwie spogląda przez okno, z uśmiechem, rozlewającym się po jego płaskiej twarzy ze spłaszczonym nosem.
– Mohamed, a ty co?
– Wielbłąd! – ze zmieszaniem, radośnie odpowiada Baszkir, pochłonięty własnymi wspomnieniami.
I jest ciepło, ciepło. Nie chce się wierzyć, że przez te wszystkie dni było tak ciężko, zimno i ponuro. Wszędzie słychać radosne głosy. Wszędzie niosą się piosenki…
Minęliśmy wszystkie osuwiska, ale jedziemy tak samo powoli, z równie długimi postojami. Według planu już dawno powinniśmy być w Harbinie, ale wciąż znajdujemy się na trasie zabajkalskiej.
Chińska granica była już niedaleko. Ożyło wspomnienie tego, co czytaliśmy w gazetach o chunchuzach, o ich brutalnie zimnym okrucieństwie, o niewiarygodnych torturach, jakim poddawali pojmanych Rosjan. Ogólnie rzecz biorąc, od samego momentu powołania mnie do wojska, najstraszniejszą rzeczą, jaką sobie wyobrażałem, byli ci chunchuzi. Na samą myśl o nich strach mroził mi serce.
Na jednej z krzyżówek nasz pociąg stał bardzo długo. Niedaleko od nas dostrzegliśmy buriackie koczowisko. Poszliśmy mu się przyjrzeć. Pełni ciekawości, otoczyli nas skośnoocy ludzie o płaskich, brązowych twarzach. Po ziemi pełzały nagie, brązowe dzieciaki, a kobiety o zmyślnych fryzurach paliły fajki o długich cybuchach. Nieopodal jurt do kołka przywiązana była brudna, biała owca z małym kurdiukiem. Naczelny lekarz wyhandlował tę owcę od Buriatów i natychmiast kazał im ją zarżnąć.
Owca została odwiązana, rzucona na grzbiet, a na jej brzuchu usiadł młody Buriat z pucołowatą twarzą i wielkimi ustami. Wokół stali inni Buriaci, ale wszyscy przestępowali z nogi na nogę i zerkali na nas nieśmiało.
– Na co oni czekają? Powiedz im, żeby ją szybciej rżnęli, bo nasz pociąg odjedzie! – zwrócił się naczelny lekarz do stacyjnego stróża, który rozumiał buriacki.
– Wstydzą się, wasza wielmożność. Mówią, że zarzynać po rosyjsku nie potrafią, a po buriacku się wstydzą.
– Co nas to obchodzi? Niech rżną jak chcą, byle szybko.
Buriaci zakrzątnęli się. Przycisnęli nogi i głowę owcy do ziemi, młody Buriat przeciął nożem górną część brzucha żywej owcy i włożył rękę w rozcięcie. Owca szamotała się, wywracając jasnymi, głupimi oczami, a jej wzdęte białe wnętrzności wypełzały z brzucha obok ręki Buriata. Ten zaś grzebał ręką pod żebrami, bąbelki wnętrzności bulgotały porywistym oddechem owcy, która drgała coraz gwałtowniej i chrapliwie beczała. Stary Buriat o beznamiętnej twarzy przykucnął obok, zerknął na nas spod oka i zakneblował ręką wąski, miękki pysk owcy. Młody Buriat ścisnął serce owcy przez klatkę piersiową, owca drgnęła po raz ostatni, a jej ruchliwe, jasne oczy zatrzymały się. Buriaci pospiesznie zaczęli ją obdzierać ze skóry.
Obce, płaskie twarze były głęboko beznamiętne i obojętne, kobiety patrzyły i ssały cybuchy swoich fajek, popluwając na ziemię. I przyszła mi do głowy myśl: dokładnie w ten sposób chunchuzi rozetną i nasze brzuchy, obojętnie zaciągając się fajeczkami i nawet nie zauważając naszego cierpienia. Uśmiechając się, powiedziałem to moim towarzyszom. Wszyscy nerwowo wzruszyli ramionami, jakby ta myśl również przemknęła im przez głowę.
Najgorsza ze wszystkiego wydawała się właśnie ta głęboka obojętność. W dzikiej zmysłowości baszybuzuka, upajającego się męczarniami, jest jednak coś ludzkiego i zrozumiałego. Ale te małe, na wpół uśpione oczka, obojętnie spoglądające ze skośnych szczelin na ogromne męczarnie – patrzące i niewidzące… Brr…
W końcu dotarliśmy do stacji Mandżuria. Tu nastąpiła przesiadka. Nasz szpital został połączony w jeden pociąg ze szpitalem Sułtanowa i dalej pojechaliśmy razem. W rozkazie dla szpitala ogłoszono, że „przekroczyliśmy granicę imperium rosyjskiego i wkroczyliśmy na terytorium imperium chińskiego”.
Cały czas rozciągały się takie same suche stepy, niekiedy płaskie, potem pagórkowate, porośnięte rudawą trawą. Ale na każdej stacji stała szara ceglana wieża z otworami strzelniczymi, obok niej wysoki słup sygnalizacyjny owinięty słomą; na wzgórzu – wieża strażnicza na wysokich palach. Eszelony ostrzegano przed chunchuzami. Wydano ostrą amunicję, a na parowozie i na wagonach-platformach dyżurowali wartownicy. W Mandżurii wyznaczono nam nową trasę i teraz trzymaliśmy się dokładnie tej marszruty. Pociąg stawał na stacjach na określoną liczbę minut i jechał dalej. Zupełnie odwykliśmy od tak dokładnego podróżowania.
Teraz jechaliśmy razem ze szpitalem Sułtanowa.
Jeden wagon lepszej klasy był zajęty przez nas, lekarzy i pielęgniarki, drugi przez personel gospodarczy. Lekarze z drugiego szpitala opowiedzieli nam o swoim przełożonym, doktorze Sułtanowie. Oczarowywał wszystkich swoim dowcipem i uprzejmością, ale czasami porażał naiwnie cyniczną szczerością. Opowiadał swoim lekarzom, że wstąpił do wojska całkiem niedawno, za namową dowódcy naszego korpusu. Służba była wygodna; wpisano go na listę młodszych lekarzy pułku, ale od czasu do czasu jeździł w długie i bardzo korzystne delegacje. Sprawy można było załatwić w tydzień, ale delegację wypisywano na sześć tygodni. Otrzymywał dodatki za dojazdy, dzienne diety, mieszkał sobie na miejscu, nie chodził do pracy, a potem w tydzień załatwiał wszystko, co miał do załatwienia. Pokręcił się, przez kilka dni meldował się na służbie, a potem – nowa delegacja. A pozostali lekarze pułku przez cały czas pracowali za niego!
Sułtanow przez większość czasu przesiadywał w przedziale ze swoją siostrzenicą Nowicką, wysoką, szczupłą i małomówną młodą damą. Otaczała Sułtanowa pełną zachwytu adoracją i troską i było tak, jakby w jej oczach cały szpital istniał tylko po to, by dbać o wygody Aleksieja Leonidowicza, zapewniając mu na czas kawę i koniecznie pierożki do bulionu. Kiedy Sułtanow wychodził z przedziału, natychmiast przejmował rozmowę, wypowiadając się leniwym, poważnym głosem, jego szydercze oczy śmiały się, a wszyscy wokół cieszyli się z jego dowcipów i opowieści.
Pozostałe dwie siostry ze szpitala Sułtanowa natychmiast stały się centrami, wokół których gromadzili się mężczyźni. Jedna z nich, Zinaida Arkadiewna, była smukłą i pełną wdzięku młodą damą w wieku około trzydziestu lat, przyjaciółką siostrzenicy Sułtanowa. Pięknym, poważnym głosem opowiadała o Battietinim, Sobinowie oraz znajomych hrabiach i baronach. Zupełnie niezrozumiałe było, co poniosło ją na wojnę. O innej siostrze miłosierdzia, Wierze Nikołajewnej, mówiono, iż podobno była narzeczoną jednego z oficerów naszej dywizji. Od całego towarzystwa Sułtanowa trzymała się z dala. Była bardzo ładna, miała syrenie oczy i dwa grube, ściśle splecione warkocze. Najwyraźniej była przyzwyczajona do ciągłych zalotów i zwykła śmiać się z zalotników; wyczuwało się w niej diabełka. Żołnierze bardzo ją lubili, a ona znała ich wszystkich, zaś w drodze pielęgnowała chorych. Nasze siostry czuły się skrępowane na tle wspaniałych sułtanowskich dam i patrzyły na nie ze skrywaną wrogością.
Na stacjach pojawili się Chińczycy.
W niebieskich bluzach i spodniach kucali przed koszami i sprzedawali nasiona słonecznika, orzechy, chińskie ciasta i podpłomyki.
– E, kapitan, co trzeba? Słonecznik trzeba?
– Placek, pięć kopiejek dziesiątka! Bardzo słodko! – wykrzykiwał zaciekle brązowy Chińczyk, nagi do pasa, wywracając swoimi zbójeckimi oczami.
Maleńkie chińskie dzieciaki tańczyły przed oficerskimi wagonami, potem przykładały dłonie do skroni, naśladując nasze „honory”, kłaniały się i czekały na jałmużnę. Gromada Chińczyków, szczerząc błyszczące zęby, wpatrywała się nieruchomo w rumianą Wierę Nikołajewnę.
– Szango (dobrze)? – pytaliśmy z dumą, wskazując na siostrę.
– Ehe, dużo szango! Krasiwo! – odpowiadali pośpiesznie Chińczycy, kiwając głowami.
