Czerwona Seria. Na japońskiej wojnie - Wikientij Wikientiewicz Wieriesajew - ebook

Czerwona Seria. Na japońskiej wojnie ebook

Wikientij Wikientiewicz Wieriesajew

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szli na wojnę po ordery,a wracali do Rosji po spektakularnej klęsce, którą trudno było zrozumieć w całym ówczesnym świecie. Wspomnienia lekarza-oficera dywizji można jedynie porównać do Paragrafu 22 Josepha Hellera.

Wizytujący szpital dowódca dywizji wręczył order św. Jerzego pierwszemu z brzegu w sali szpitalnej rannemu. Okazało się ,ze to był dezerter postrzelony w cztery litery podczas próby dezercji z pierwszej linii frontu. Na innym odcinku frontu przyjęto niewiarygodną ilość rannych z przestrzelonym palcem wskazującym prawej ręki. A przy tym niewiarygodna korupcja, chaos organizacyjny i nieustające pijaństwo - oto obraz armii, która miała lekko, łatwo i przyjemnie rozbić Japończyków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 376

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wprowadzenie

Japo­nia zerwała sto­sunki dyplo­ma­tyczne z Rosją. Na redzie Port Artur, w ciem­no­ściach nocy, wśród spo­koj­nie śpią­cych okrę­tów wojen­nych zagrzmiały eks­plo­zje japoń­skich min. W odle­głym Cze­mulpo, po tyta­nicz­nej walce z całą eska­drą, zgi­nęły samotne „Wariag” i „Korie­jec”… Roz­po­częła się wojna.

O co toczyła się ta wojna? Nikt nie wie­dział. Obce wszyst­kim nego­cja­cje w spra­wie opusz­cze­nia Man­dżu­rii przez Rosjan cią­gnęły się pół roku, zbie­rały się coraz gęst­sze chmury i pach­niało burzą. Nasi rzą­dzący z zadzi­wia­jąca powol­no­ścią ważyli szale wojny i pokoju. A teraz Japo­nia w zde­cy­do­wany spo­sób rzu­ciła swój los na szalę wojny…

W domu

Rosyj­ska prasa patrio­tyczna zaki­piała wojen­nym zapa­łem. Krzy­czała o pie­kiel­nym pod­stę­pie i azja­tyc­kiej per­fi­dii Japoń­czy­ków, któ­rzy zaata­ko­wali nas bez wypo­wie­dze­nia wojny. We wszyst­kich więk­szych mia­stach odby­wały się demon­stra­cje. Tłumy ludzi para­do­wały uli­cami z por­tre­tami cara, krzy­czały „hurra”, śpie­wały „Boże zacho­waj cara!”. W teatrach, jak dono­siły gazety, publicz­ność natar­czy­wie i jed­no­gło­śnie doma­gała się odgry­wa­nia hymnu naro­do­wego. Oddziały wyru­sza­jące na wschód rwały się do boju i zadzi­wiały gaze­to­wych pisma­ków swoim dziar­skim wyglą­dem. Miało się wra­że­nie, jakby całą Rosję, od góry do dołu, ogar­nął jeden potężny impuls obu­rze­nia i entu­zja­zmu.

Wojna nie była oczy­wi­ście spo­wo­do­wana przez Japo­nię, a jej bez­sen­sow­ność spra­wiała, iż nikt jej nie poj­mo­wał. Jakże to? Jeśli każda komórka żywego ciała ma swoją oddzielną, małą świa­do­mość, to komórki nie będą pytać, dla­czego ciało nagle pod­sko­czyło, napięło się, rzu­ciło do walki; krwinki będą bie­gać po naczy­niach, włókna mię­śniowe będą się kur­czyć, każda komórka będzie robić to, do czego jest prze­zna­czona, a o co toczy się walka, gdzie zada­wane są ciosy, to już sprawa naczel­nego mózgu. Takie wła­śnie wra­że­nie spra­wiała Rosja: wojna była jej nie­po­trzebna, nie­zro­zu­miała, ale cały jej ogromny orga­nizm trząsł się od potęż­nego przy­pływu, który ją ogar­nął.

Tak to wyglą­dało z daleka. Ale z bli­ska było już ina­czej. Dookoła, wśród inte­li­gen­cji, pano­wała wroga iry­ta­cja – by­naj­mniej nie wobec Japoń­czy­ków. Kwe­stia wyniku wojny nie była przed­mio­tem tro­ski, nie było śladu wro­go­ści wobec Japoń­czy­ków, nasze porażki nie powo­do­wały przy­gnę­bie­nia – wręcz prze­ciw­nie, obok bólu z powodu sza­leń­czo nie­po­trzeb­nych ofiar rodziła się jakaś zło­śli­wość. Wielu dekla­ro­wało bez ogró­dek, że porażka byłaby dla Rosji naj­bar­dziej korzystna. Patrząc z zewnątrz, patrząc nie­ro­zu­mie­ją­cymi oczami, działo się coś nie­sa­mo­wi­tego: kraj wal­czył, a w domu jego kwiat inte­lektu obser­wo­wał bój z wrogą i wyzy­wa­jącą uwagą. Cudzo­ziemcy byli tym zdu­mieni, a „patrioci” dogłęb­nie obu­rzeni – mówili o „zgni­łej, ten­den­cyj­nej, kosmo­po­li­tycz­nej rosyj­skiej inte­li­gen­cji”. Jed­nak u więk­szo­ści nie był to praw­dziwy, sze­roki kosmo­po­li­tyzm, zdolny powie­dzieć swo­jemu ojczy­stemu kra­jowi: „Nie masz racji, za to twój wróg ją ma”; nie była to też orga­niczna nie­chęć do krwa­wej metody roz­strzy­ga­nia mię­dzy­na­ro­do­wych spo­rów. To, co było tu naprawdę ude­rza­jące, co było teraz szcze­gól­nie widoczne, to bez­pre­ce­den­sowo głę­boka, powszechna wro­gość, jaką żywiono wobec rzą­dzą­cych, który roz­po­częli wojnę: ci zaś toczyli walkę z wro­giem, pod­czas gdy sami byli naj­bar­dziej obcymi, naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nymi wro­gami ze wszyst­kich.

Rów­nież sze­ro­kie masy nie doświad­czały dokład­nie tego, co przy­pi­sy­wały im patrio­tyczne gazety. Na samym początku dało się zauwa­żyć pewne unie­sie­nie – nie­świa­domy zryw bez­myśl­nej komórki, wcią­gnię­tej w gorączkę wal­czą­cego orga­ni­zmu. Ale ten poryw był powierz­chowny i słaby, a od natręt­nie hała­śli­wych postaci na sce­nie wyraź­nie cią­gnęły się za kulisy grube sznurki i widoczne były ręce, które je pocią­gały.

W owym cza­sie miesz­ka­łem w Moskwie. W zapu­sty przy­szło mi zasia­dać w Teatrze Bol­szoj na ope­rze „Rigo­letto”. Przed uwer­turą z góry i z dołu roz­le­gły się poje­dyn­cze głosy, doma­ga­jące się hymnu. Kur­tyna się pod­nio­sła, chór na sce­nie zaśpie­wał hymn, roz­le­gło się „bis” – zaśpie­wali go po raz drugi i trzeci. Roz­po­częła się opera. Przed ostat­nim aktem, gdy wszy­scy sie­dzieli już na swo­ich miej­scach, nagle z róż­nych stron znów roz­le­gły się poje­dyn­cze głosy: „Hymn! Hymn!”. Natych­miast pod­nio­sła się kur­tyna. Chór w kostiu­mach ope­ro­wych sta­nął na sce­nie w pół­kolu i ponow­nie zaśpie­wał hymn całe trzy razy. Ale dziwne było co innego: w ostat­nim akcie „Rigo­letta” chór, jak wia­domo, nie bie­rze udziału. Dla­czego chó­rzy­ści nie prze­brali się i nie roze­szli się po domach? Jak mogli prze­wi­dzieć, że w publicz­no­ści wzbie­rze fala patrio­tycz­nego entu­zja­zmu? Dla­czego stali przy­go­to­wani na sce­nie, na któ­rej w tejże chwili w ogóle nie powinno ich być? Naza­jutrz gazety pisały: „W spo­łe­czeń­stwie zauważa się coraz więk­szy wzrost uczuć patrio­tycz­nych; wczo­raj we wszyst­kich teatrach publicz­ność spon­ta­nicz­nie doma­gała się odśpie­wa­nia hymnu nie tylko na początku przed­sta­wie­nia, ale także przed ostat­nim aktem”.

W tłu­mach mani­fe­stu­ją­cych na uli­cach rów­nież było coś podej­rza­nego. Ciżba była nie­liczna, w poło­wie skła­dała się z ulicz­nej dzie­ciarni, a w przy­wód­cach demon­stra­cji roz­po­zna­wano prze­bra­nych stój­ko­wych i miej­skich urzęd­ni­ków. Tłum toczył wokoło groź­nym okiem, pro­wo­ko­wał, żądał od prze­chod­niów zdej­mo­wa­nia cza­pek, a ci, któ­rzy tego nie zro­bili, byli bici. Kiedy tłum rósł w siłę, poja­wiały się nie­prze­wi­dziane kom­pli­ka­cje. Tłusz­cza nie­malże dopu­ściła się pogromu restau­ra­cji „Ermi­taż”, a na placu Strast­naja konna poli­cja nahaj­kami roz­pę­dziła mani­fe­stan­tów, porwa­nych zbyt wiel­kim żarem patrio­tycz­nego unie­sie­nia.

Gene­rał-guber­na­tor wydał pro­kla­ma­cję. Dzię­ku­jąc miesz­kań­com za wyra­żone przez nich uczu­cia, zasu­ge­ro­wał zaprze­sta­nie demon­stra­cji i poko­jowe wzię­cie się do roboty. W tym samym cza­sie wło­da­rze innych miast opu­bli­ko­wali podobne wezwa­nia i wszę­dzie demon­stra­cje natych­miast ustały. Wzru­sza­jące było obser­wo­wa­nie owego wzo­ro­wego posłu­szeń­stwa oby­wa­teli, któ­rych umy­słowe unie­sie­nie pozo­sta­wało w pro­por­cji do wład­czego mach­nię­cia ręką uko­cha­nej wła­dzy… Już nie­ba­wem, już cał­kiem nie­długo na ulice rosyj­skich miast miały wylać się inne tłumy zjed­no­czone praw­dzi­wym unie­sie­niem, prze­ciwko któ­rym bez­silne oka­zało się nie tylko ojcow­skie unie­sie­nie palca naszej wła­dzy, ale nawet jej nahajki, szaszki i kule.

Skle­powe witryny pełne były jaskra­wej pstro­ka­ci­zny obraz­ków o zaska­ku­jąco cham­skiej tre­ści. Na jed­nym z nich ogromny Kozak z zacię­tym uśmiesz­kiem na gębie okła­dał nahajką maleń­kiego, prze­stra­szo­nego, krzy­czą­cego Japoń­czyka; na innym wyma­lo­wano rosyj­skiego mary­na­rza, roz­bi­ja­ją­cego Japoń­czy­kowi nos – po zala­nym łzami licu Japoń­czyka cie­kła krew, a zęby sypały się desz­czem w błę­kitne fale. Małe „makaki” wiły się pod bucio­rami kudła­tego potwora o krwio­żer­czej gębie, który uosa­biał Rosję. W mię­dzy­cza­sie patrio­tyczne gazety i cza­so­pi­sma roz­pi­sy­wały się o szcze­rze powszech­nym i głę­boko chrze­ści­jań­skim cha­rak­te­rze wojny, o początku wiel­kiej bata­lii świę­tego Jerzego ze smo­kiem…

A Japoń­czycy odno­sili suk­ces za suk­cesem. Jeden po dru­gim słali na dno nasze pan­cer­niki, a w Korei posu­wali się coraz dalej i dalej. Maka­row i Kuro­pat­kin wyje­chali na Daleki Wschód, zabie­ra­jąc ze sobą góry świę­tych ikon. Kuro­pat­kin wypo­wie­dział swoje słynne: „cier­pli­wość, cier­pli­wość i cier­pli­wość”… Pod koniec marca zgi­nął wraz z Pie­tro­paw­łow­skiem ślepo odważny Maka­row, spryt­nie zła­pany na wędkę przez admi­rała Togo. Japoń­czycy sfor­so­wali rzekę Jalu. Jak grom nade­szła wia­do­mość o ich lądo­wa­niu pod Jin­zhou. Port Artur został odcięty.

Oka­zało się, że nacie­rały na nas nie jakieś śmieszne tłumy nik­czem­nych „maka­ków”, ale równe sze­regi groź­nych wojow­ni­ków, odważ­nych do sza­leń­stwa, ogar­nię­tych wiel­kim ducho­wym unie­sie­niem. Ich wytrzy­ma­łość i sto­pień orga­ni­za­cji wpra­wiały w osłu­pie­nie. W prze­rwach mię­dzy donie­sie­niami o wiel­kich japoń­skich suk­ce­sach, tele­gramy dono­siły o śmia­łym zwia­dzie set­nika X. lub porucz­nika Y., któ­rzy chwacko zadźgali japoń­ski poste­ru­nek w sile dzie­się­ciu ludzi. Ale wra­że­nia się nie bilan­so­wały. Zaufa­nie spa­dało.

Ulicą idzie chło­pa­czek-gaze­ciarz, po bra­mach sie­dzą robot­nicy.

– Naj­now­sze donie­sie­nia z teatru wojny! Nasi pobili Japoń­czyka!

– Dobra, idź dalej! Zna­leźli gdzieś w rowie pija­nego Japońca i go pobili! Wiemy!

Boje sta­wały się coraz częst­sze, coraz bar­dziej zażarte; daleką Man­dżu­rię spo­wi­jał krwawy opar. Eks­plo­zje, ogni­ste desz­cze poci­sków, wil­cze doły i zasieki. Trupy, trupy, trupy – tysiące mil od nas. Przez strony gazet wyczu­wało się odór roz­szar­pa­nego i spa­lo­nego ludz­kiego mięsa, widmo jakiejś gigan­tycz­nej, nie­wi­dzia­nej dotąd na świe­cie rzezi.

***

W KWIET­NIU wyje­cha­łem z Moskwy do Tuły, a stam­tąd na wieś. Wszę­dzie łap­czy­wie chwy­tano gazety, czy­tano je zachłan­nie, zacie­kle dys­ku­to­wano. Chłopi mówili ze smut­kiem:

– Teraz ścią­gną jesz­cze wię­cej podat­ków!

Pod koniec kwiet­nia w naszej guberni ogło­szono mobi­li­za­cję. Mówiono o niej po cichu i spo­dzie­wano się jej od trzech tygo­dni, ale wszystko utrzy­my­wano w naj­głęb­szej tajem­nicy. I nagle, jak hura­gan – mobi­li­za­cja! Na wsiach ludzi zabie­rano pro­sto z pola, od pługa. W mie­ście poli­cja dzwo­niła do drzwi w środku nocy, wrę­czała wezwa­nia i naka­zy­wała natych­mia­stowe sta­wie­nie się na komi­sji. Zna­jo­memu inży­nie­rowi zabrano wów­czas wszyst­kich jego słu­żą­cych: lokaja, woź­nicę i kucha­rza. On sam był w tym cza­sie nie­obecny – poli­cja wła­mała się do jego biurka, wyjęła doku­menty pobo­ro­wych i zabrała ich wszyst­kich.

W tym nie­zro­zu­mia­łym pośpie­chu było coś dzi­kiego. Ludzi odry­wano od inte­re­sów w samym ich środku, nie dając czasu ani na ich orga­ni­za­cję, ani likwi­da­cję. Ludzi brano, zosta­wia­jąc bez­sen­sow­nie zruj­no­wane gospo­dar­stwa i prze­kre­śla­jąc szanse na budo­wa­nie dobro­bytu.

Następ­nego dnia rano musia­łem się poja­wić na poste­runku woj­sko­wym – nale­żało podać wiej­ski adres na wypa­dek powo­ła­nia mnie z rezerwy. Na dużym dzie­dzińcu poste­runku, przy ogro­dze­niu, stały wozy z końmi, na wozach i na ziemi sie­działy kobiety, pod­rostki, starcy. Wokół dużego ganku poste­runku tło­czyła się ciżba chło­pów. Przed drzwiami stał żoł­nierz i gnał ich precz, krzy­cząc gniew­nie:

– Powie­dziano wam, że macie się sta­wić w ponie­dzia­łek! Już, jazda, roz­cho­dzić się!

– Jakże to, w ponie­dzia­łek? Zabrali nas, gonili, pędzili, żeby się pośpie­szyć, żeby natych­miast…

– No wła­śnie, sta­wić się w ponie­dzia­łek!

– W ponie­dzia­łek… – chłopi odcho­dzili, roz­kła­da­jąc ręce. – Zgar­nęli w nocy, bez słowa. Nic nie zdą­ży­lim zro­bić, gnali trzy­dzie­ści wiorst, a teraz, że mamy przyjść w ponie­dzia­łek… A dzi­siaj sobota… I nam lepiej by było w ponie­dzia­łek. Ale gdzie tu teraz cze­kać do ponie­działku?

W całym mie­ście sły­chać było jęki i zawo­dze­nie. Tu i ówdzie roz­gry­wały się krót­kie, szyb­kie dra­maty. Jeden z mobi­li­zo­wa­nych robot­ni­ków fabrycz­nych miał żonę z wadą serca i pię­cioro dzieci. Kiedy nade­szło wezwa­nie żona z ner­wów dostała zawału serca i natych­miast zmarła, a on spoj­rzał na dzieci i mar­twą matkę, poszedł do szopy i się powie­sił. Inny mobi­li­zo­wany, wdo­wiec z trójką dzieci, pła­kał i krzy­czał:

– A z dziećmi co mam zro­bić? Pokaż­cie, wytłu­macz­cie! Prze­cież one tu beze mnie z głodu pomrą!

Zacho­wy­wał się jak obłą­kany, krzy­czał, wyma­chi­wał pię­ścią w powie­trzu. Potem nagle prze­stał mówić, poszedł do domu, zarą­bał swoje dzieci sie­kierą i wró­cił.

– Teraz mnie bierz­cie. Zro­bi­łem, co mia­łem zro­bić.

Został aresz­to­wany.

Tele­gramy z teatru wojny raz po raz przy­no­siły wie­ści o kolej­nych japoń­skich suk­ce­sach i śmia­łych zago­nach cho­rą­żego Iwa­nowa albo kor­neta Pie­trowa. Gazety pisały, że japoń­skie zwy­cię­stwa na morzu nie są zasko­cze­niem, ponie­waż Japoń­czycy byli natu­ral­nymi żegla­rzami, ale teraz, gdy wojna prze­nio­sła się na ląd, sprawy poto­czą się zupeł­nie ina­czej. Dono­szono, że Japoń­czycy nie mają już ani pie­nię­dzy, ani ludzi, że pod broń powo­łują star­ców i szes­na­sto­let­nich chłop­ców. Kuro­pat­kin ze spo­ko­jem oświad­czył groź­nie, że pokój zosta­nie zawarty tylko w Tokio.

***

Na POCZĄTKU czerwca ode­bra­łem na wsi tele­gram z żąda­niem natych­mia­sto­wego sta­wie­nia się na poste­runku woj­sko­wym. Tam obwiesz­czono mi, że zosta­łem powo­łany do służby czyn­nej i muszę zgło­sić się do Tam­bowa, do sztabu 72. Dywi­zji Pie­choty. Zgod­nie z pra­wem mia­łem dwa dni na zała­twie­nie spraw domo­wych i trzy dni na zor­ga­ni­zo­wa­nie sor­tów mun­du­ro­wych. Zaczął się pośpiech – szy­cie mun­duru, zakup róż­nych rze­czy. Co z sor­tów mun­du­ro­wych nale­żało szyć, co zaku­pić, ile rze­czy można ze sobą zabrać – nie wie­dział nikt. Trudno było uszyć pełne umun­du­ro­wa­nie w pięć dni, trzeba było poga­niać kraw­ców i pła­cić trzy razy wię­cej za pracę w dzień i w nocy. Mimo to spóź­nili się z mun­du­rem o jeden dzień i do Tam­bowa wyje­cha­łem w pośpie­chu pierw­szym pocią­giem.

Dotar­łem tam w nocy. Wszyst­kie hotele były pełne ofi­ce­rów i leka­rzy i dopiero po dłu­gim krą­że­niu po mie­ście zna­la­złem na obrze­żach wolny ume­blo­wany pokój, drogi, brudny i obskurny.

Ran­kiem uda­łem się do sztabu dywi­zji. Uczu­cie para­do­wa­nia w mun­du­rze było nie­zwy­kłe, jak rów­nież to, że mija­jący mnie żoł­nie­rze i stój­kowi odda­wali mi honory. Nogi plą­tały mi się o zwi­sa­jącą przy boku sza­blę.

Dłu­gie, niskie pomiesz­cze­nia kwa­tery głów­nej były zasta­wione sto­łami, przy któ­rych wszę­dzie sie­dzieli i pisali ofi­ce­ro­wie, leka­rze i żoł­nie­rze-pisa­rze. Zosta­łem skie­ro­wany do zastępcy dywi­zyj­nego leka­rza.

– Jak się pan nazywa?

Odpo­wie­dzia­łem.

– Nie mamy pana w naszym pla­nie mobi­li­za­cyj­nym – stwier­dził ze zdzi­wie­niem.

– Tego nie wiem. Wezwano mnie tutaj, do Tam­bowa, z roz­ka­zem sta­wie­nia się w szta­bie 72. Dywi­zji Pie­choty. Oto doku­ment.

Zastępca dywi­zyj­nego leka­rza spoj­rzał na moje wezwa­nie i wzru­szył ramio­nami. Poszedł gdzieś, poroz­ma­wiał z jakimś innym leka­rzem i obaj długo grze­bali w jakichś listach.

– Nie, zde­cy­do­wa­nie nie ma pana w naszych reje­strach.

– To zna­czy, że mogę wra­cać? – zapy­ta­łem z uśmiesz­kiem.

– Pro­szę tu jesz­cze chwilkę zacze­kać, spraw­dzę po raz kolejny.

Pocze­ka­łem. Byli tu inni powo­łani z rezerwy leka­rze, nie­któ­rzy jesz­cze w cywil­nym odzie­niu, inni w nowiut­kich uni­for­mach z błysz­czą­cymi epo­le­tami. Zazna­jo­mi­li­śmy się. Opo­wia­dali mi o nie­wy­obra­żal­nym bała­ga­nie, jaki tu panuje. Nikt nic nie wie, od nikogo niczego nie można się dowie­dzieć.

– Powstań! – roz­legł się nagle dono­śny głos.

Wszy­scy wstali, pośpiesz­nie popra­wia­jąc gar­de­robę. Z mło­dzień­czą manierą wpa­ra­do­wał dzia­dek-gene­rał w oku­la­rach i zakrzyk­nął wesoło:

– Zdro­wia życzę!

W odpo­wie­dzi roz­legł się szmer powi­ta­nia. Gene­rał prze­szedł do sąsied­niego pokoju.

Pod­szedł do mnie zastępca leka­rza dywi­zji.

– Cóż, w końcu zna­leź­li­śmy! W 38. Mobil­nym Szpi­talu Polo­wym bra­kuje jed­nego młod­szego ordy­na­tora, bowiem komi­sja uznała go za cho­rego. Został pan wyzna­czony na zastęp­stwo. Jest tu aku­rat pana naczelny lekarz, pro­szę się przed­sta­wić.

Do pokoju wcho­dził w pośpie­chu niski, chudy sta­ru­szek w wytar­tym sur­du­cie z poczer­nia­łymi epo­le­tami radcy kole­gial­nego. Pod­sze­dłem i przed­sta­wi­łem się. Zapy­ta­łem go, gdzie mam iść i co robić.

– Co robić? Nic nie robić. Zosta­wić w kan­ce­la­rii swój adres, nic wię­cej.

***

Dzień za dniem mijał bez­czyn­nie. Nasz kor­pus miał ruszyć na Daleki Wschód dopiero za dwa mie­siące. My, leka­rze, aktu­ali­zo­wa­li­śmy swoją wie­dzę z zakresu chi­rur­gii, cho­dzi­li­śmy do miej­sco­wego szpi­tala, uczest­ni­czy­li­śmy w ope­ra­cjach, pra­co­wa­li­śmy przy dena­tach.

Wśród kole­gów leka­rzy powo­ła­nych z rezerwy byli spe­cja­li­ści naj­roz­ma­it­szych dzie­dzin – psy­chia­trzy, higie­ni­ści, pedia­trzy, położ­nicy. Roz­miesz­czono nas po szpi­ta­lach, laza­re­tach, puł­kach, kie­ru­jąc się reje­strami mobi­li­za­cyj­nymi i zupeł­nie nie inte­re­su­jąc się naszymi spe­cjal­no­ściami. Byli wśród nas leka­rze, któ­rzy już dawno porzu­cili prak­tykę; jeden z nich osiem lat temu. Zaraz po ukoń­cze­niu uni­wer­sy­tetu zajął się han­dlem i przez całe życie nie wypi­sał ani jed­nej recepty.

Zosta­łem przy­dzie­lony do mobil­nego szpi­tala polo­wego. W cza­sie wojny do każ­dej dywi­zji dołą­czane są dwa takie szpi­tale. W szpi­talu jest naczelny lekarz, jeden star­szy ordy­na­tor i trzech młod­szych. Niż­sze sta­no­wi­ska obsa­dzali leka­rze powo­łani z rezerwy, wyż­sze – leka­rze woj­skowi.

Naszego leka­rza naczel­nego, dok­tora Dawy­dowa, widy­wa­łem rzadko: był zajęty orga­ni­zo­wa­niem szpi­tala, a ponadto pro­wa­dził w mie­ście roz­le­głą prak­tykę i zawsze dokądś się śpie­szył. W kwa­te­rze głów­nej pozna­łem naczel­nego leka­rza dru­giego szpi­tala naszej dywi­zji, dok­tora Mutina. Przed mobi­li­za­cją był młod­szym leka­rzem w miej­sco­wym pułku. Na­dal miesz­kał w kosza­rach pułku razem z żoną. Spę­dzi­łem u niego wie­czór i pozna­łem młod­szych ordy­na­to­rów jego szpi­tala. Wszy­scy zdą­żyli się już poznać i doga­dać, a ich sto­sunki z Muti­nem były czy­sto kole­żeń­skie. Było wesoło, rodzin­nie i przy­tul­nie. Żało­wa­łem i zazdro­ści­łem, że nie tra­fi­łem do ich szpi­tala.

Kilka dni póź­niej dowódz­two dywi­zji nagle ode­brało tele­gram z Moskwy: dok­tor Mutin otrzy­mał roz­kaz prze­ka­za­nia swo­jego szpi­tala nie­ja­kiemu dok­torowi Suł­ta­no­wowi i natych­mia­sto­wego wyjazdu do Har­bina w celu utwo­rze­nia tam szpi­tala rezer­wo­wego. Przy­dział był nie­ocze­ki­wany i nie­zro­zu­miały: Mutin już utwo­rzył tu swój szpi­tal, wszystko zor­ga­ni­zo­wał – i nagle to prze­nie­sie­nie. Ale oczy­wi­ście trzeba się było pod­po­rząd­ko­wać. Kilka dni póź­niej przy­szedł nowy tele­gram: Mutin ma nie jechać do Har­bina, zostaje ponow­nie mia­no­wany młod­szym leka­rzem swo­jego pułku, któ­remu będzie towa­rzy­szyć na Daleki Wschód. Ale po przy­by­ciu pocią­giem na miej­sce i tak ma roz­po­cząć for­mo­wa­nie szpi­tala rezer­wo­wego.

Obraza była okrutna i nie­za­słu­żona. Mutin był obu­rzony i zmar­twiony, zmi­zer­niał i powie­dział, że po takiej służ­bo­wej znie­wa­dze może tylko wpa­ko­wać sobie kulę w łeb. Wziął urlop i poje­chał do Moskwy szu­kać spra­wie­dli­wo­ści. Miał tam pewne powią­za­nia, ale nie był w sta­nie niczego uzy­skać: w Moskwie dano mu do zro­zu­mie­nia, że w sprawę zamie­szana jest wielka ręka, prze­ciwko któ­rej nic nie można zdzia­łać.

Mutin wró­cił do swo­jego dziu­ra­wego koryta na puł­ko­wej pro­win­cji, a kilka dni póź­niej przy­był z Moskwy jego następca, dok­tor Suł­ta­now. Był to szczu­pły dżen­tel­men około czter­dziestki, z bródką w klin i siwymi wło­sami oraz mądrą twa­rzą o wej­rze­niu kpia­rza. Potra­fił zaga­dy­wać i mówić z łatwo­ścią, wszę­dzie od razu sta­wał się cen­trum uwagi, a przy tym leni­wym, poważ­nym gło­sem rzu­cał dow­ci­pami, które wszyst­kich roz­śmie­szały. Suł­ta­now został w mie­ście przez kilka dni i wró­cił do Moskwy. Wszyst­kie tro­ski zwią­zane z dal­szym funk­cjo­no­wa­niem szpi­tala pozo­sta­wił star­szemu ordy­na­to­rowi.

Wkrótce oka­zało się, że z czte­rech sióstr miło­sier­dzia zapro­szo­nych do szpi­tala z lokal­nej wspól­noty Czer­wo­nego Krzyża, w szpi­talu pozo­stała tylko jedna. Dok­tor Suł­ta­now oświad­czył, że sam zastąpi pozo­stałe trzy. Krą­żyły słu­chy, że Suł­ta­now jest wiel­kim przy­ja­cie­lem dowódcy naszego kor­pusu i że w jego szpi­talu w roli sióstr miło­sier­dzia jadą na front moskiew­skie damy – dobre zna­jome tegoż dowódcy.

Mia­sto było pełne woj­ska. Wszę­dzie migały czer­wone gene­ral­skie klapy, złote i srebrne atry­buty ofi­ce­rów, żółte i brą­zowe bluzy niż­szych rangą. Wszy­scy salu­to­wali, wycią­ga­jąc się przed sobą na bacz­ność. Wszystko wyda­wało się dziwne i obce.

Mój uni­form był zaopa­trzony w srebrne guziki i krzy­kliwe srebrne pasy na ramio­nach. Na ich widok każdy żoł­nie­rzyk miał obo­wią­zek wyprę­żyć się przede mną z sza­cun­kiem i wypo­wie­dzieć kilka jakichś typo­wych zwro­tów, takich jak: „Tak jest!”, „Nie!”, „Chęt­nie wyko­nam!”. Na tej samej zasa­dzie ja sam byłem zobo­wią­zany oka­zy­wać głę­boką cześć każ­demu dziad­kowi, jeśli jego szy­nel miał czer­woną pod­szewkę, a wzdłuż spodni cią­gnęły się czer­wone lam­pasy.

Dowie­dzia­łem się, że nie mam prawa palić w obec­no­ści gene­rała ani sia­dać bez jego pozwo­le­nia. Uświa­do­miono mnie, że mój naczelny lekarz ma prawo aresz­to­wać mnie i posa­dzić na tydzień. I to bez prawa ape­la­cji i bez prawa do żąda­nia wyja­śnień w spra­wie aresz­to­wa­nia. Ja sam mia­łem zaś taką samą wła­dzę nad niż­szymi rangą pod­wład­nymi. Wytwo­rzyła się jakaś szcze­gólna atmos­fera i widać było, jak ludzie upa­jają się wła­dzą nad innymi ludźmi, jak ich serca dostra­jają się do nie­zwy­kłego, wywo­łu­ją­cego uśmie­szek porządku.

Zadzi­wia­jące, jak ta osza­ła­mia­jąca atmos­fera wpły­nęła na słabą głowę jed­nego z kole­gów leka­rzy, powo­ła­nego z rezerwy. Mowa tu o dok­to­rze Wasi­lie­wie, tym samym star­szym ordy­na­to­rze, któ­remu wyjeż­dża­jący do Moskwy dok­tor Suł­ta­now poru­czył orga­ni­zo­wa­nie swo­jego szpi­tala. Nie­sta­bilny psy­chicz­nie, z cho­ro­bli­wie roz­dę­tym ego, Wasi­liew był oszo­ło­miony wła­dzą i zaszczy­tami, które nagle na niego spa­dły.

Pew­nego dnia wszedł do biura swo­jego szpi­tala. Kiedy naczelny lekarz (który cie­szył się pra­wami dowódcy jed­nostki) wcho­dził do biura, ofi­cer dyżurny, inspek­tor, zwy­kle roz­ka­zy­wał sie­dzą­cym żoł­nie­rzom-pisa­rzom: „Powstań!”. Kiedy wszedł Wasi­liew, dozorca tego nie zro­bił.

Wasi­liew zmarsz­czył brwi, zawo­łał ofi­cera na bok i groź­nie zapy­tał, dla­czego nie naka­zał obec­nym wstać. Ten wzru­szył ramio­nami.

– To tylko prze­jaw pew­nej uprzej­mo­ści, którą mogę oka­zać albo i nie!

– O, prze­pra­szam! Skoro wypeł­niam obo­wiązki naczel­nego leka­rza, jest pan do tego praw­nie zobo­wią­zany!

– Nie znam takiego prawa!

– Zatem niech się pan postara je poznać, a tym­cza­sem uda się pan na dwie doby do aresztu!

Ofi­cer zwró­cił się do dowódcy dywi­zji i wyja­śnił, co się stało. Zapro­szono dok­tora Wasi­liewa. Gene­rał, jego szef sztabu i dwóch ofi­ce­rów szta­bo­wych roz­pa­trzyli sprawę i pod­jęli decy­zję: ofi­cer-inspek­tor szpi­tala miał obo­wią­zek krzyk­nąć: „Powstań!”. Został zwol­niony z odby­wa­nia aresztu, ale prze­nie­siono go ze szpi­tala do pułku.

Kiedy inspek­tor wyszedł, dowódca dywi­zji powie­dział do dok­tora Wasi­liewa:

– Widzi pan, jestem gene­ra­łem. Służę od pra­wie czter­dzie­stu lat i w tej służ­bie osi­wia­łem, ale jesz­cze ni­gdy nie wsa­dzi­łem ofi­cera do aresztu. Pan dopiero co wstą­pił na służbę, tym­cza­sowo, na kilka dni otrzy­mu­jąc wła­dzę. I już zdą­żył pan sko­rzy­stać z tej wła­dzy w peł­nym zakre­sie.

W cza­sie pokoju nasz kor­pus nie ist­niał. W momen­cie mobi­li­za­cji został roz­wi­nięty z jed­nej bry­gady i skła­dał się pra­wie wyłącz­nie z rezer­wi­stów. Żoł­nie­rze odwy­kli od dys­cy­pliny, tra­piły ich myśli o rodzi­nach, a wielu z nich nie wie­działo nawet, jak posłu­gi­wać się kara­bi­nami nowego typu. Szli na wojnę, a w Rosji pozo­sta­wały oddziały młode, świeże, skła­da­jące się z kadro­wych żoł­nie­rzy. Mówiono, że mini­ster wojny Sacha­row był mocno skłó­cony z Kuro­pat­ki­nem i celowo, aby mu zaszko­dzić, wysy­łał na Daleki Wschód naj­gor­sze oddziały. Plotki te były na tyle upo­rczywe, że Sacha­row w roz­mo­wach z kore­spon­den­tami musiał usil­nie uspra­wiedliwiać się ze swo­jego nie­zro­zu­mia­łego postę­po­wa­nia.

W szta­bie zapo­zna­łem się z miej­sco­wym leka­rzem dywi­zyj­nym; odcho­dził na eme­ry­turę z powodu cho­roby i koń­czył ostat­nie dni służby. Był to bar­dzo miły i dobro­duszny sta­ru­szek, wzbu­dza­jący pewną litość, bowiem życie go nie oszczę­dzało. Z cie­ka­wo­ści poje­cha­łem z nim do miej­sco­wego laza­retu, aby wziąć udział w posie­dze­niu komi­sji bada­ją­cej żoł­nie­rzy, któ­rzy zgło­sili się jako cho­rzy. Pobo­rowi byli z naj­wcze­śniej­szej fali mobi­li­za­cji. Przed moimi oczami w nie­koń­czą­cej się kolejce prze­cho­dzili reu­ma­tycy, cier­piący na roze­dmę płuc, bez­zębni, z roz­sze­rzo­nymi żyłami koń­czyn dol­nych. Prze­wod­ni­czący komi­sji, mężny puł­kow­nik kawa­le­rii, marsz­czył nos i narze­kał, że jest tak wielu „pro­te­stu­ją­cych”. Ja, wręcz prze­ciw­nie, byłem zasko­czony, jak wielu ewi­dent­nie cho­rych zasia­da­jący tam leka­rze nie dys­kwa­li­fi­ko­wali. Pod koniec spo­tka­nia jeden z leka­rzy komi­sji zwró­cił się do mojego nowego zna­jo­mego:

– Jed­nego uzna­li­śmy tu bez was za nie­zdol­nego do służby. Pro­szę łaska­wie rzu­cić okiem. Czy można go zwol­nić? Poważne żylaki powrózka nasien­nego.

Wpro­wa­dzili żoł­nie­rza.

– Ścią­gnij spodnie! – ostro, oso­bli­wym, peł­nym podej­rzeń tonem powie­dział dywi­zyjny lekarz. – I to ma być wszystko? Drob­nostka! Nie, nie, nie można go zwol­nić!

– Eks­ce­len­cjo, ja zupeł­nie cho­dzić nie mogę – obwie­ścił ponuro żoł­nierz.

Sta­ru­szek nagle się zago­to­wał.

– Łżesz! Uda­jesz! Potra­fisz wspa­niale cho­dzić. Ja mam, bra­cie, tego wię­cej, a cho­dzić mogę! To bła­hostki – tu zwró­cił się do leka­rza. – Tak ma więk­szość ludzi… Co za łaj­dak! Sukin­syn!

Żoł­nierz ubie­rał się, patrząc z nie­na­wi­ścią na dywi­zyj­nego leka­rza. Odział się i poszedł powoli do drzwi, roz­sta­wia­jąc nogi.

– Idź porząd­nie! – ryk­nął dzia­dek, tupiąc gorącz­kowo nogami. – Po co się pochy­lasz? Idź pro­sto! Nie oszu­kasz mnie, bra­cie!

Wymie­nili spoj­rze­nia pełne nie­na­wi­ści. Żoł­nierz wyszedł.

W puł­kach starsi leka­rze, zawo­dowi woj­skowi, mówili młod­szym, ścią­gnię­tym z rezerwy:

– Nie zna­cie realiów służby woj­sko­wej. Trak­tuj­cie żoł­nie­rza bar­dziej rygo­ry­stycz­nie, pamię­taj­cie, że to nie jest zwy­kły pacjent. Oni wszy­scy są nie­sa­mo­wi­tymi obi­bo­kami i symu­lan­tami.

Pewien żoł­nierz zwró­cił się do star­szego leka­rza pułku ze skargą na bóle nóg, unie­moż­li­wia­jące mu cho­dze­nie. Nie było żad­nych zewnętrz­nych oznak, zatem lekarz nakrzy­czał na żoł­nierza i prze­pę­dził go. Młod­szy lekarz puł­kowy poszedł za żoł­nierzem, dokład­nie mu się przyj­rzał i stwier­dził typowe, sil­nie roz­wi­nięte pła­sko­sto­pie. Żoł­nierz został zwol­niony. Kilka dni póź­niej ten sam młod­szy lekarz peł­nił rolę dyżur­nego na strzel­nicy. Żoł­nierze wra­cali, a jeden z nich pozo­sta­wał daleko w tyle, w dziwny spo­sób przy­sia­da­jąc na nogi. Lekarz zapy­tał, co mu dolega.

– Nogi bolą. Tylko, że to cho­roba wewnętrzna, z wierz­chu nie widać – odrzekł ponuro i powścią­gli­wie żoł­nie­rzyk.

Lekarz zba­dał go i stwier­dził, że w ogóle nie ma odru­chów kola­no­wych. Oczy­wi­ście żoł­nierz został zwol­niony.

I masz tu tych łaj­da­ków! A zwol­niono ich do cywila tylko dla­tego, że młody lekarz „nie znał realiów służby woj­sko­wej”.

Słów nie ma, jak okrutne było wysła­nie na wojnę całej tej nie­do­łęż­nej, star­czej masy. Przede wszyst­kim było to pozba­wione sensu. Poko­naw­szy sie­dem tysięcy wiorst na Daleki Wschód, żoł­nie­rze ci padali po pierw­szym prze­mar­szu. Zapeł­niali szpi­tale, etapy, pod­od­działy dla cho­ro­wi­tych, a po mie­siącu lub dwóch ewa­ku­owano ich z powro­tem do Rosji, nie­zdol­nych do niczego, bez­u­ży­tecz­nych i kosz­tu­ją­cych skarb pań­stwa mnó­stwo pie­nię­dzy.

***

Mia­sto cały czas żyło w stra­chu i trzę­sionce. Roz­wy­drzone tłumy zmo­bi­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy włó­czyły się po mie­ście, rabo­wały prze­chod­niów i demo­lo­wały pań­stwowe sklepy mono­po­lowe. Mówili: „A niech i przed sądem posta­wią – tak czy ina­czej śmierć!”. Wie­czo­rem za tabo­rami żoł­nie­rze napa­dli na pięć­dzie­siąt kobiet wra­ca­ją­cych z cegielni i zgwał­cili je. Na baza­rze krą­żyły ciche pogło­ski, że szy­kuje się wielki bunt rezer­wi­stów.

Ze wschodu napły­wało coraz wię­cej wia­do­mo­ści o wiel­kich japoń­skich suk­ce­sach i bły­ska­wicz­nych reko­ne­san­sach rosyj­skich set­ni­ków i porucz­ni­ków. Gazety pisały, że zwy­cię­stwa Japoń­czy­ków w górach nie są zaska­ku­jące – to natu­ralni miesz­kańcy gór; ale wojna prze­nosi się na rów­niny, gdzie możemy roz­wi­nąć naszą kawa­le­rię, a wów­czas sprawy poto­czą się zupeł­nie innym torem. I znowu dono­szono, że Japoń­czycy nie mają ani pie­nię­dzy, ani ludzi, że straty uzu­peł­niają czter­na­sto­lat­kami i znie­do­łęż­nia­łymi star­cami… Kuro­pat­kin, trzy­ma­jąc się swego nikomu nie­zna­nego planu, wyco­fał się do potęż­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nego mia­sta Lia­oy­ang. Obser­wa­to­rzy woj­skowi pisali: „Łuk jest napięty, cię­ciwa nacią­gnięta do gra­nic i wkrótce śmier­cio­no­śna strzała ze strasz­liwą siłą poleci w serce wroga”.

Nasi ofi­ce­ro­wie z rado­ścią patrzyli w przy­szłość. Mówili, że nastąpi punkt zwrotny w woj­nie, rosyj­skie zwy­cię­stwo jest pewne, a nasz kor­pus pew­nie nawet nie będzie w akcji: jeste­śmy tam potrzebni tylko jako czter­dzie­ści tysięcy dodat­ko­wych bagne­tów przy zawie­ra­niu pokoju.

Na początku sierp­nia esze­lony naszego kor­pusu wyru­szyły na Daleki Wschód. Jeden z ofi­ce­rów, tuż przed wyjaz­dem swo­jego esze­lonu, zastrze­lił się w hotelu. Na Sta­rym Baza­rze żoł­nierz wszedł do pie­karni, kupił funt chleba, popro­sił o nóż, aby go pokroić, po czym tymże nożem pode­rżnął sobie gar­dło. Inny żoł­nierz zastrze­lił się z kara­binu za obo­zem.

Któ­re­goś dnia zasze­dłem na sta­cję kole­jową, gdy aku­rat odjeż­dżał esze­lon. Było dużo gapiów, byli przed­sta­wi­ciele mia­sta. W mowie do odjeż­dża­ją­cych dowódca dywi­zji przy­po­mi­nał, że przede wszyst­kim należy oddać cześć Bogu, bowiem z Bogiem żeśmy wojnę roz­po­częli i z Bogiem ją zakoń­czymy. Roz­legł się dzwo­nek i nastą­piło poże­gna­nie. Ciszę wypeł­niło zawo­dze­nie i lamenty kobiet. Pijani żoł­nie­rze upy­chali się w wago­nach, a publika wty­kała odjeż­dża­ją­cym pie­nią­dze, mydło i papie­rosy.

W pobliżu wagonu młod­szy pod­ofi­cer żegnał się z żoną i pła­kał niczym mały chło­piec; jego wąsata, opa­lona twarz zalana była łzami, usta wykrzy­wione i roz­chy­lone od spa­zmów. Żona rów­nież była opa­lona, sękata i nie­wia­ry­god­nie brzydka. Na ręku trzy­mała nie­mowlę w cza­peczce z kolo­ro­wych szma­tek, koły­sała się w rytm szlo­chów, a dziecko trzę­sło się jak listek na wie­trze. Mąż szlo­chał i cało­wał brzydką twarz kobiety, cało­wał jej usta i oczy, a dziecko na ręku koły­sało się przy poca­łun­kach. Dziw­nym wyda­wało się, jak można pła­kać z miło­ści do tak brzyd­kiej kobiety i łzy pod­cho­dziły do gar­dła na dźwięk docho­dzą­cych zewsząd szlo­chów i wes­tchnień. Wszyst­kie oczy chci­wie wpi­jały się w zapa­ko­wa­nych do wago­nów ludzi: ilu z nich wróci? Ilu zale­gnie tru­pem na dale­kich polach prze­siąk­nię­tych krwią?

– No, wsia­dać, wła­zić do wago­nów! – poga­niano pod­ofi­cera.

Pochwy­cono go pod ramiona i wcią­gnięto do wagonu. On zaś, szlo­cha­jąc, wyry­wał się na zewnątrz do pła­czą­cej baby z chwie­ją­cym się na ręku dziec­kiem.

– Czy żoł­nie­rzowi przy­stoi pła­kać? – surowo i z wyrzu­tem zauwa­żył feld­fe­bel.

– Matko ty moja uko­chana! – zawo­dziły żało­śnie kobiece głosy.

– Odsu­nąć się, odsu­nąć! – powta­rzali żan­darmi i odpy­chali tłum od wago­nów.

Ciżba od razu rzu­cała się z powro­tem, a żan­darmi ponow­nie na nią napie­rali.

– Czego się tak sta­ra­cie, dusze sprze­dajne? Nie macie lito­ści? – padały słowa obu­rze­nia z tłumu.

– Lito­ści? Że niby nie mamy lito­ści? – poucza­jąco zapro­te­sto­wał żan­darm. – Ludzi­ska się pchają, rzu­cają się pod koła. Trzeba pil­no­wać.

Pociąg ruszył. Wycie kobiet sta­wało się coraz gło­śniej­sze. Żan­darmi odpy­chali tłum. Z gro­mady wysko­czył żoł­nie­rzyk, szybko prze­biegł przez peron i podał odjeż­dża­ją­cym butelkę wódki. Nagle, jak spod ziemi, przed żoł­nie­rzem wyrósł komen­dant. Wyrwał mu butelkę i ude­rzył nią o płyty. Butelka roz­trza­skała się na tysiąc kawał­ków. W tłu­mie i w odjeż­dża­ją­cym pociągu roz­legł się groźny pomruk. Żoł­nierz zagryzł gniew­nie wargi.

– Nie masz prawa roz­bi­jać butelki! – krzyk­nął do ofi­cera.

– Cooo?

Komen­dant wziął zamach i z całej siły ude­rzył żoł­nie­rza w twarz. Nie wia­domo skąd, poja­wili się straż­nicy z bro­nią i oto­czyli żoł­nie­rza.

Wagony jechały coraz szyb­ciej, pijani żoł­nie­rze i publika krzy­czeli „Hurra!”.

Brzydka żona pod­ofi­cera zachwiała się i upusz­cza­jąc dziecko, padła bez czu­cia na zie­mię. Sąsiadka pod­chwy­ciła dziecko.

Pociąg zni­kał w oddali. Po pero­nie ku aresz­to­wa­nemu żoł­nie­rzowi szedł dowódca dywi­zji.

– A ty co, kocha­nieńki, z ofi­ce­rem umy­śli­łeś się kłó­cić? – zapy­tał.

Żoł­nierz stał pobla­dły, powstrzy­mu­jąc sza­le­jącą w nim wście­kłość.

– Eks­ce­len­cjo! Lepiej już, żeby tyle krwi mojej prze­lał, ile wódki… Prze­cież nam tylko w wódce życie się ostało, eks­ce­len­cjo!

Zewsząd napie­rał tłum.

– To jego ofi­cer pierw­szy w twarz ude­rzył! Można zapy­tać, panie gene­rale, czy ist­nieje takie prawo?

Gene­rał jakby nie sły­szał. Spoj­rzał na żoł­nie­rza przez oku­lary i powie­dział:

– Pod sąd, do kar­nej kom­pa­nii. I chło­sta! Zabrać go!

Gene­rał odszedł, powta­rza­jąc powoli i dobit­nie:

– Pod sąd, do kar­nej kom­pa­nii. I chło­sta!

W drodze

Nasz esze­lon odjeż­dżał.

Pociąg stał daleko od peronu, na torze rezer­wo­wym. Wokół wago­nów tło­czyli się żoł­nie­rze, chłopi, robot­nicy i baby. Sklepy mono­po­lowe nie pro­wa­dziły han­dlu już od dwóch tygo­dni, ale pra­wie wszy­scy żoł­nie­rze byli pijani. Przez żałobne zawo­dze­nie kobiet prze­bi­jały się skoczne dźwięki har­mo­nijki, żarty i śmiech. Przy elek­trycz­nej latarni, oparty ple­cami o jej pod­stawę, sie­dział męż­czy­zna z odpad­nię­tym nosem, w podar­tej suk­ma­nie, żując chleb.

Nasz inspek­tor szpi­tala, porucz­nik rezerwy, w nowym uni­for­mie i błysz­czą­cych epo­le­tach, nieco pod­de­ner­wo­wany, prze­cha­dzał się wzdłuż pociągu.

– Do wago­nów! – roz­legł się jego wynio­sły, wład­czy głos.

Tłum zafa­lo­wał ner­wowo. Zaczęto się żegnać. Zata­cza­jący się, pijany żoł­nierz zato­pił usta w war­gach sta­rej kobiety w czar­nej chu­stce; przy­lgnął do nich długo i mocno – patrze­nie na to było bole­sne, wyda­wało się, że wyrwie jej zęby – w końcu ode­rwał się i rzu­cił się, by cało­wać błogo uśmiech­nię­tego, bro­da­tego męż­czy­znę. W powie­trzu, niczym wycie zamieci, roz­brzmie­wało ponure zawo­dze­nie kobiet, prze­ry­wane peł­nymi szlo­chu pau­zami, słab­nące i nasi­la­jące się ponow­nie.

– Kobiety! Odsu­nąć się od wago­nów! – krzyk­nął groź­nie porucz­nik, idąc wzdłuż pociągu.

Z wagonu trzeź­wym i suro­wym okiem patrzył żoł­nierz z rudą bródką.

– Niech wasza łaska­wość nie prze­ga­nia naszych kobiet! – powie­dział ostrym tonem. – Wam wła­dzę nad nami dano, zatem krzycz­cie na nas. A naszych kobiet nie tykaj­cie.

– Dobrze prawi! Nad kobie­tami wła­dzy nie macie! – ponio­sły się pomru­kiem inne głosy.

Nasz porucz­nik inspek­tor zaczer­wie­nił się, ale udał, że nie sły­szy i już bar­dziej deli­kat­nym gło­sem powie­dział:

– Zamy­kać drzwi, esze­lon zaraz ruszy!

Roz­legł się gwiz­dek kie­row­nika pociągu, pociąg zadrżał i zaczął się toczyć.

– Hurra! – huk­nęło w wago­nach i w tłu­mie.

Wśród szlo­cha­ją­cych, bez­rad­nie zgar­bio­nych żon, pod­trzy­my­wa­nych przez męż­czyzn, mignęła bez­nosa twarz męż­czyzny w podar­tej suk­ma­nie. Z zaczer­wie­nio­nych oczu, obok dziury po nosie pły­nęły łzy, a usta mu drgały.

– Hurra! – grzmiało w powie­trzu w rytm nara­sta­ją­cego stu­kotu kół.

W przed­nim wago­nie chór żoł­nie­rzy nie­skład­nie zain­to­no­wał Modli­twę Pań­ską. Wzdłuż torów, zosta­jąc w tyle za pocią­giem, szedł szyb­kim kro­kiem sze­ro­ko­brody męż­czy­zna o bło­giej, czer­wo­nej twa­rzy, machał rękami i otwie­ra­jąc sze­roko ciemne usta, krzy­czał „hurra”. W prze­ciwną stronę wycho­dzili grup­kami robot­nicy kole­jowi w nie­bie­skich blu­zach.

– Wra­caj­cie, bra­cia, zdrowi! – zakrzyk­nął któ­ryś z nich.

Inny wyrzu­cił czapkę wysoko w górę.

– Hurra! – roz­le­gło się w odpo­wie­dzi z wago­nów.

Pociąg dud­nił i mknął w dal. Pijany żoł­nierz, wychy­lony do pasa przez małe okienko wagonu towa­ro­wego, krzy­czał bez prze­rwy „hurra”, a jego pro­fil z otwar­tymi ustami ciem­niał na tle błę­kit­nego nieba. Ludzie i budynki dawno zostali w tyle, a on machał czapką słu­pom tele­gra­ficz­nym i wciąż krzy­czał „hurra”.

Do naszego prze­działu wszedł ofi­cer-inspek­tor szpi­tala. Był zakło­po­tany i pod­eks­cy­to­wany.

– Sły­sze­li­ście? Ofi­ce­ro­wie na sta­cji wła­śnie mi powie­dzieli, że wczo­raj żoł­nie­rze zabili po dro­dze puł­kow­nika Łuka­szewa. Po pija­nemu zaczęli strze­lać z wago­nów do prze­cho­dzą­cego stada, on zaczął ich powstrzy­my­wać, a oni go zastrze­lili.

– Ja sły­sza­łem to ina­czej – zapro­te­sto­wa­łem. – Trak­to­wał żoł­nie­rzy w spo­sób bar­dzo cham­ski i okrutny. Jesz­cze przed wyjaz­dem ludzie mówili, że po dro­dze go zabiją.

– Taaak… – inspek­tor pomil­czał chwilę, patrząc przed sie­bie sze­roko otwar­tymi oczami. – Trzeba z nimi ostroż­niej…

***

W ŻOŁ­NIER­SKICH wago­nach pito bez prze­rwy. Nikt nie wie­dział, skąd i jak żoł­nie­rze brali wódkę, ale mieli jej pod dostat­kiem. Dzień i noc z wago­nów dobie­gały śpiewy, pijac­kie roz­prawy i śmie­chy. Przy odjeź­dzie ze sta­cji, po pija­nemu, ospale i upo­rczy­wie krzy­czeli „hurra”, zaś przy­wy­kła do prze­jeż­dża­ją­cych esze­lo­nów publika patrzyła na nich z obo­jęt­nym mil­cze­niem.

Tę samą ospałą upo­rczy­wość wyczu­wało się w weso­ło­ści żoł­nie­rzy. Chcia­łoby się bawić wiecz­nie, wese­lić się nie­prze­rwa­nie, ale to się nie uda­wało. Byli pijani i było nudno. Star­szy sze­re­gowy Sucz­kow, były szewc, na każ­dym postoju wytrwale i rze­czowo odda­wał się plą­som. Jakby peł­nił jakąś służbę. Żoł­nie­rze tło­czyli się wokół niego.

Wysoki i żyla­sty, w koszuli z per­kalu wpusz­czo­nej w spodnie, Sucz­kow sta­wał, kla­skał w dło­nie i od przy­siadu ruszał w tan przy dźwię­kach har­mo­nijki. Jego ruchy były powolne i iry­tu­jąco ospałe, jego ciało wiło się miękko, jakby było pozba­wione kości i plą­tały mu się nogi, gdy wyrzu­cał je do przodu. Potem chwy­tał dłońmi czu­bek buta i kon­ty­nu­ował taniec na jed­nej nodze. Ciało dalej się wiło i dziw­nym wyda­wało się, jak utrzy­my­wał się na jed­nej nodze, będąc tak pija­nym. Potem Sucz­kow nagle pod­ska­ki­wał, tupał nogami i znowu wyrzu­cał je przed sie­bie, wygi­na­jąc leni­wie i iry­tu­jąco swe bez­kostne ciało.

Wszy­scy się śmieją.

– Ty, wujaszku, wese­lej!

– Hej, ziomku! Za bramę! Wypłacz się, a potem tańcz!

– Ma jedno kolano, to je poka­zuje – mówi kom­pa­nijny sani­ta­riusz i odcho­dzi, macha­jąc ręką.

Wyglą­dało na to, że i samego Sucz­kowa zaczęła iry­to­wać powol­ność wła­snych ruchów, nie­zdol­nych do żwa­wego pląsu. Nagle zatrzy­muje się, tupie nogą i gwał­tow­nie bije się pię­ścią w klatkę pier­siową.

– No, dawaj, jesz­cze raz się wal­nij! Zadzwo­niło ci coś? – śmieje się feld­fe­bel.

– Jesz­cze potań­czysz. Zostaw coś na jutro – mówią surowo żoł­nie­rze i wra­cają do wago­nów.

Ale cza­sami, nie­chcący, sam z sie­bie, na jakiejś sta­cji kole­jo­wej nagle roz­pa­lał się sza­leń­czy taniec. Peron trzesz­czał pod obca­sami, krzep­kie ciała wygi­nały się, przy­sia­dały, pod­ska­ki­wały jak piłki, a po spa­lo­nym słoń­cem ste­pie nio­sły się gwizdy i sza­leń­cze okrzyki.

Na linii Samaro-Zło­to­ustow­skiej dopę­dził nas dowódca naszego kor­pusu, który podró­żo­wał w oddziel­nym pociągu pośpiesz­nym. Zro­biła się wrzawa, blady inspek­tor szpi­tala usta­wiał ludzi przed wago­nami – bo tak zarzą­dził dowódca kor­pusu. Naj­bar­dziej pija­nych zabrano do naj­dal­szych wago­nów.

Gene­rał prze­szedł przez szyny na czwarty tor, gdzie stał nasz esze­lon i prze­ma­sze­ro­wał wzdłuż usta­wio­nych żoł­nie­rzy. Nie­któ­rym zada­wał pyta­nia, ci zaś odpo­wia­dali spój­nie, ale sta­rali się nie oddy­chać na gene­rała. Potem w mil­cze­niu prze­szedł się z powro­tem.

Nie­stety, na pero­nie, nie­da­leko wagonu dowódcy kor­pusu, wśród tłumu widzów plą­sał Sucz­kow! Tań­czył i zapra­szał do tańca kokie­te­ryjną sprzą­taczkę o peł­nych pier­siach.

– A ty co? Chcesz gorą­cej kieł­basy? Czemu nie tań­czysz?

Sprzą­taczka, śmie­jąc się, ode­szła w tłum, a Sucz­kow popę­dził za nią.

– No, dia­blico, spójrz na mnie! Wpa­dłaś mi w oko!

Inspek­tor zmar­twiał.

– Zabie­raj­cie go – wysy­czał groź­nie do innych żoł­nie­rzy.

Żoł­nie­rze pochwy­cili Sucz­kowa i odcią­gnęli go. Ten prze­kli­nał, krzy­czał i sza­mo­tał się. Dowódca kor­pusu i szef sztabu w mil­cze­niu przy­glą­dali się temu z boku.

Po minu­cie naczelny lekarz stał przed dowódcą kor­pusu wycią­gnięty jak struna z ręką przy­ło­żoną do daszka. Gene­rał powie­dział coś do niego surowo i razem z sze­fem sztabu udał się do swo­jego wagonu.

Szef sztabu wró­cił na zewnątrz. Pokle­pu­jąc szpi­crutą swój lakie­ro­wany but, skie­ro­wał się w stronę naczel­nego leka­rza i ofi­cera-inspek­tora.

– Jego Eks­ce­len­cja niniej­szym udziela wam suro­wej nagany. Wyprze­dzi­li­śmy wiele esze­lo­nów i wszyst­kie są w ide­al­nym porządku. Tylko u was cały skład oso­bowy jest pijany.

– Panie puł­kow­niku, nic się nie da z nimi zro­bić.

– Powi­nien pan wydać im ksią­żeczki o tre­ści reli­gij­nej i moral­nej.

– Nie pomaga. Czy­tają, a i tak piją dalej.

– No, to w takim razie… – puł­kow­nik eks­pre­syj­nie mach­nął szpi­crutą w powie­trzu – pro­szę spró­bo­wać jesz­cze raz. To cudow­nie pomaga.

Ta roz­mowa miała miej­sce nie póź­niej niż dwa tygo­dnie po ogło­sze­niu naj­wyż­szego roz­po­rzą­dze­nia w spra­wie cał­ko­wi­tego znie­sie­nia kar cie­le­snych.

***

Prze­sko­czy­li­śmy Ural. Wokoło, jak okiem się­gnąć, tylko step. Esze­lony powoli peł­zły jeden za dru­gim, postoje na sta­cjach nie miały końca. W ciągu doby poko­ny­wa­li­śmy rap­tem od stu pięć­dzie­się­ciu do dwu­stu wiorst.

We wszyst­kich pocią­gach pano­wało takie samo pijań­stwo jak w naszym. Żoł­nie­rze sza­leli, gra­bili kole­jowe bufety i oko­liczne osady. Dys­cy­plina była pod psem i utrzy­ma­nie jej przy­cho­dziło nie­ła­two. Opie­rała się wyłącz­nie na zastra­sze­niu, ale ludzie zda­wali sobie sprawę, że jadą na śmierć, więc czym można ich było zastra­szyć? Śmier­cią? I tak umrą. Inna forma kary? Jaka by nie była, prze­cież będzie lep­sza niż śmierć. I miały miej­sce takie oto sceny.

Komen­dant esze­lonu pod­cho­dzi do usta­wio­nych przy nim żoł­nie­rzy. Na skrzy­dle stoi pod­ofi­cer i… pali skręta.

– Co to ma zna­czyć? Jesteś pod­ofi­ce­rem! Nie wiesz, że w szyku nie wolno palić?

– A niby to dla­czego, puff, puff, mam nie palić? – spo­koj­nie odpo­wiada pod­ofi­cer, pocią­ga­jąc papie­ro­ska.

W ewi­dentny spo­sób doma­gał się, by oddano go pod sąd.

W naszym wago­nie pędzi­li­śmy swój wła­sny, mia­rowy i mono­tonny żywot. My, czte­rej „młodsi” leka­rze, jecha­li­śmy w dwóch sąsied­nich prze­dzia­łach: star­szy ordy­na­tor Gre­czy­chin, młodsi ordy­na­torzy Seliu­kow, Szan­cer i ja. Ludzi­ska byli to porządni i świet­nie się doga­da­li­śmy. Czy­ta­li­śmy, spie­ra­li­śmy się, gra­li­śmy w sza­chy.

Nie­kiedy ze swego osob­nego prze­działu zacho­dził do nas nasz naczelny lekarz Dawy­dow. Dużo i chęt­nie opo­wia­dał o warun­kach służby leka­rza woj­sko­wego, o nie­pra­wi­dło­wo­ściach panu­ją­cych w zarzą­dzie woj­sko­wym, o swo­ich star­ciach z sze­fo­stwem i o tym, jak nie­za­leż­nie i szla­chet­nie zacho­wy­wał się przy tej oka­zji. W jego opo­wie­ściach wyczu­wało się cheł­pli­wość i chęć dopa­so­wa­nia się do naszych poglą­dów. Inte­li­gen­cji było w nim nie­wiele, jego żarty były cyniczne, a opi­nie wul­garne i banalne.

Za Dawy­do­wem wszę­dzie podą­żał ofi­cer-inspek­tor, porucz­nik wzięty z rezerwy. Przed mobi­li­za­cją pra­co­wał jako naczel­nik ziem­ski. Mówiono, że dzięki wspa­nia­łej pro­tek­cji udało mu się uciec przed służbą liniową i tra­fić do szpi­tala w roli inspek­tora. Był to postawny, przy­stojny męż­czy­zna w wieku około trzy­dzie­stu lat – raczej tępawy, aro­gancki i samo­lubny, nie­wia­ry­god­nie leniwy i nie­udolny. Jego rela­cje z głów­nym leka­rzem były dosko­nałe. Patrzył w przy­szłość ponuro i smutno.

– Wiem, że z wojny nie wrócę. Piję dużo wody, a woda tam jest podła, na pewno zła­pię tyfus albo czer­wonkę. Albo mnie kulka jakie­goś chun­chuza trafi. Ogól­nie rzecz bio­rąc, nie spo­dzie­wam się powrotu do domu.

Podró­żo­wał jesz­cze z nami apte­karz, ksiądz, dwóch urzęd­ni­ków zwy­czaj­nych i cztery sio­stry miło­sier­dzia. Sio­stry były pro­stymi, nie­zbyt inte­li­gent­nymi dziew­czy­nami. Uży­wały zwro­tów „przed­sio­nek” i „łaskawy suwe­ren”, dąsały się na nasze nie­winne żarty i śmiały się z zakło­po­ta­niem z dwu­znacz­nych dow­ci­pów naczel­nego leka­rza i inspek­tora.

Na więk­szych posto­jach doga­niał nas esze­lon, któ­rym jechał drugi szpi­tal naszej dywi­zji. Z wagonu wynu­rzał się swym leni­wym i pięk­nym kro­kiem ele­gancki dok­tor Suł­ta­now, pro­wa­dząc pod rękę powab­nie odzianą, wysoką damę. Była to, jak mówiono, jego sio­strze­nica. Pozo­stałe sio­stry miło­sier­dzia były bar­dzo ele­gancko ubrane, mówiły po fran­cu­sku i ota­czał je tłum ofi­ce­rów szta­bo­wych.

Dla swego szpi­tala Suł­ta­now wiele czasu nie miał. Jego ludzie przy­mie­rali gło­dem, konie rów­nież. Któ­re­goś razu, wcze­snym ran­kiem, pod­czas postoju, nasz naczelny lekarz poje­chał do mia­sta i zaku­pił siano i owies. Przy­wie­ziony furaż zło­żono na pero­nie pomię­dzy naszym esze­lo­nem i esze­lo­nem Suł­ta­nowa. Z okna wyj­rzał dopiero co prze­bu­dzony Suł­ta­now. Po pero­nie pośpiesz­nym kro­kiem szedł Dawy­dow. Dok­tor Suł­ta­now trium­fal­nym gestem wska­zał na furaż.

– A u mnie jest już owies! – powie­dział.

– Taak? – iro­nicz­nie zapy­tał Dawy­dow.

– Widzi pan? I siano.

– I siano? Wspa­niale! Tyle, że zaraz każę to wszystko łado­wać do moich wago­nów.

– Jak to?

– A tak. Ponie­waż sam to kupi­łem.

– Ach… A ja sądzi­łem, że to mój inspek­tor – Suł­ta­now ziew­nął leni­wie i zwró­cił się do sto­ją­cej obok sio­strze­nicy: – Cóż, przejdźmy się zatem na sta­cję na kawę.

***

Setki wiorst za set­kami. Teren pła­ski jak stół, nie­wiel­kie zagaj­niki i zaro­śla. Pra­wie nie widać pól upraw­nych, tylko łąki. Zie­le­nią się sko­szone trawy, ciem­nieją kopy siana i nie­wiel­kie stogi. Ale nie­sko­szo­nych łąk jest wię­cej; ruda, wyschnięta do korzeni trawa wygina się na wie­trze i sze­le­ści nasio­nami w suchych szy­puł­kach. Na jed­nym odcinku jechał z nami w pociągu miej­scowy soł­tys i opo­wia­dał, że rąk do pracy nie ma, że wszyst­kich doro­słych męż­czyzn, w tym pospo­lite rusze­nie, pognali na wojnę; łąki mar­nieją, grunty orne leżą odło­giem.

Pew­nego wie­czoru, gdzieś w pobliżu Kaiń­ska, nasz paro­wóz nagle zaczął wyda­wać nie­po­ko­jące gwizdy i zatrzy­mał się gwał­tow­nie na środku pola. Przy­biegł ordy­nans i pod­eks­cy­to­wany poin­for­mo­wał, że pra­wie zde­rzy­li­śmy się z nad­jeż­dża­ją­cym z prze­ciwka pocią­giem. Takie alarmy zda­rzały się raz za razem: pra­cow­nicy kolei byli prze­pra­co­wani ponad wszelką miarę, nie wolno im było scho­dzić ze sta­no­wi­ska pod groźbą sądu wojen­nego, tabor kole­jowy był stary i zużyty – a to zapa­liła się oś, to odłą­czył się wagon, to pociąg prze­ska­ki­wał na zwrot­nicy.

Wyszli­śmy na zewnątrz. Przed naszym esze­lo­nem widać było inny pociąg. Loko­mo­tywy stały naprze­ciwko sie­bie, wyba­łu­szyw­szy na sie­bie swe okrą­głe latar­nie, przy­po­mi­na­jąc dwóch wro­gów, któ­rzy spo­tkali się na wąskiej ścieżce. Po obu stro­nach toru roz­cią­gała się poro­śnięta turzy­cami łąka; w oddali, mię­dzy krze­wami, ciem­niały stogi siana.

Napo­tkany pociąg na wstecz­nym biegu ruszył z powro­tem. Nasz pociąg rów­nież dał sygnał gwizd­kiem. Nagle dostrze­głem kilku naszych żoł­nie­rzy, bie­gną­cych z krza­ków przez polanę. Każdy z nich trzy­mał wielką wiązkę siana.

– Hej! Rzu­cić to siano! – krzyk­ną­łem.

Bie­gli dalej w kie­runku pociągu. Z wago­nów sły­chać było zachę­ca­jące okrzyki.

– Nie ma mowy! Dobie­gli, to siano nasze!

Z okna wagonu z zacie­ka­wie­niem wyglą­dali naczelny lekarz i inspek­tor szpi­tala.

– Natych­miast rzu­cić to siano, sły­szy­cie? – ryk­ną­łem groź­nie.

Żoł­nie­rze cisnęli sterty na nasyp i z pomru­kami nie­za­do­wo­le­nia wspięli się do rusza­ją­cego pociągu. Ja, obu­rzony, wró­ci­łem do wagonu.

– Co to ma być, do cho­lery? Już w domu zaczyna się gra­bież! I to tak bez­ce­re­mo­nial­nie, na oczach wszyst­kich!

– Prze­cież siano jest tu warte gro­sze. I tak zgnije w sto­gach – wyra­ził swój nie­chętny sprze­ciw naczelny lekarz.

Zdzi­wi­łem się:

– Jak to? Za pozwo­le­niem! Nie dalej niż wczo­raj sły­szał pan, co mówił soł­tys. Siano jest wręcz bar­dzo dro­gie, kosić nie ma komu, inten­den­tura płaci po czter­dzie­ści kopie­jek za pud. Przede wszyst­kim zaś to gra­bież i z zasady nie można na takie coś pozwa­lać.

– No, niby tak. Tak, tak, oczy­wi­ście! Nikt tego nie neguje! – pośpiesz­nie zgo­dził się naczelny lekarz.

Roz­mowa ta wywarła na mnie dziwne wra­że­nie. Spo­dzie­wa­łem się, że szef szpi­tala i inspek­tor będą obu­rzeni, że zbiorą żoł­nie­rzy i surowo i sta­now­czo zabro­nią im sza­bro­wa­nia. Oni jed­nak potrak­to­wali całą sprawę z naj­więk­szą obo­jęt­no­ścią. Ordy­nans, który sły­szał naszą roz­mowę, zwró­cił się do mnie z szy­der­czym komen­ta­rzem:

– Dla kogo żoł­nierz krad­nie? Dla koni. A sze­fo­stwu z tym dobrze, bo za siano nie płaci.

Wtedy nagle stało się dla mnie jasne coś, co zadzi­wiło mnie trzy dni temu, kiedy to naczelny lekarz na pew­nej małej sta­cyjce zaku­pił tysiąc pudów owsa po bar­dzo niskiej cenie. Wró­cił do wagonu zado­wo­lony i roz­pro­mie­niony.

– Kupi­łem owies po czter­dzie­ści pięć kopie­jek! – oznaj­mił z trium­fem.

Zasta­na­wia­łem się, czy był tak zado­wo­lony, bo zaosz­czę­dził skar­bowi pań­stwa kil­ka­set rubli. Teraz jego radość stała się dla mnie bar­dziej zro­zu­miała.

Na każ­dej sta­cji żoł­nie­rze kra­dli to, co wpa­dło im pod rękę. Czę­sto nie można było nawet pojąć, po co im to wszystko. Trafi się pies – chwy­tają go i usa­dzają na wago­nie-plat­for­mie pomię­dzy pod­wo­dami. Mija dzień albo dwa, pies ucieka i żoł­nie­rze łapią następ­nego. Któ­re­goś razu zaj­rza­łem na jedną z plat­form: w sia­nie leżała czer­wona drew­niana miska, mały żeliwny kocio­łek, dwie sie­kiery, sto­łek i naczy­nie na wodę z bani. To wszystko były łupy. Na jed­nym z posto­jów wysze­dłem, aby roz­pro­sto­wać nogi. Przy nasy­pie stał zardze­wiały żeliwny piec, wokół któ­rego podej­rza­nie tło­czyli się nasi żoł­nie­rze, zer­ka­jąc na mnie i śmie­jąc się. Wspią­łem się do swego wagonu. Oży­wili się. Po kilku minu­tach znów wysze­dłem. Pieca przy nasy­pie nie ma, żoł­nie­rze nur­kują pod wagony, a w jed­nym z nich z łomo­tem prze­suwa się coś cięż­kiego.

– Żywego czło­wieka ukradną i scho­wają! – mówi mi wesoło sie­dzący na nasy­pie żoł­nie­rzyk.

Jakoś tak wie­czo­rem, na sta­cji Chi­łok, wysia­dłem z pociągu i zapy­ta­łem jakie­goś chło­paczka, czy da się tu kupić chleb.

– Tam na górce jest han­dlarz Żyd, ale się zaba­ry­ka­do­wał.

– Dla­czego?

– Boi się.

– Czego się boi?

Chło­piec nic nie odpo­wie­dział. Obok prze­cho­dził żoł­nierz z czaj­ni­kiem wrzą­cej wody.

– Jeśli w dzień wyno­simy wszystko, to w nocy wynie­siemy sklep razem z Żydem! – wyja­śnił mi, idąc dalej.

Na dłuż­szych posto­jach żoł­nie­rze roz­pa­lali ogni­ska i goto­wali zupę z kur, które wzięły się nie wia­domo skąd, albo opa­lali świ­nię, którą jakoby potrą­cił nasz pociąg.

Czę­sto roz­gry­wali swoje rekwi­zy­cje za pomocą bar­dzo sub­tel­nych i prze­bie­głych pla­nów. Pew­nego dnia sta­li­śmy przez długi czas na małej sta­cji. Chudy, tycz­ko­waty Ukra­iniec Kucze­renko, praw­dziwy dow­cip­niś, wygłu­piał się na pola­nie przy pociągu. Zatknął na sie­bie jakąś rogożę i zata­czał się, uda­jąc pija­nego. Żoł­nierz, śmie­jąc się, zepchnął go do rowu. Kucze­renko pobył tam chwilę, po czym wygra­mo­lił się z powro­tem, cią­gnąc za sobą pogięty i pordze­wiały cylin­der od pieca.

– Pano­wie, zaraz będzie muzyka! Pro­simy nie prze­szka­dzać! – oznaj­mił, uda­jąc obco­kra­jowca.

Wokół tło­czyli się żoł­nie­rze i miesz­kańcy pobli­skiej wio­ski. Kucze­renko, z rogożą na ramio­nach, maj­stro­wał przy swoim cylin­drze jak niedź­wiedź przy pniaku. Z maje­sta­tycz­nie poważną miną prze­su­wał dło­nią po cylin­drze, jakby krę­cił wyima­gi­no­waną korbką kata­rynki i chra­pli­wie śpie­wał:

– Czemu ty, durna… trr… trr… kusisz mnie… trr… trr…

Kucze­renko odsta­wił kata­ry­nia­rza z zepsutą kata­rynką tak wspa­niale, że śmiali się wszy­scy wokół: miej­scowi, żoł­nie­rze, my. Zdjąw­szy czapkę, zaczął okrą­żać publicz­ność.

– Mili pań­stwo, dla bied­nego wło­skiego muzy­kanta za jego trudy…

Pod­ofi­cer Smie­tan­ni­kow wci­snął mu do ręki kamień. Kucze­renko z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił nad nim głową i cisnął go w ślad za umy­ka­ją­cym Smie­tan­ni­kowem.

– Do wago­nów! – roz­le­gła się komenda.

Paro­wóz zagwiz­dał, żoł­nie­rze na zła­ma­nie karku rzu­cili się do pociągu.

Na następ­nym przy­stanku goto­wali zupę na ogni­sku: w kotle gęsto pły­wały kury i kaczki. Pode­szły dwie nasze sio­stry miło­sier­dzia.

– Macie ochotę na kur­czaczka, sio­strzyczki? – zapro­po­no­wali żoł­nie­rze.

– Skąd go wzię­li­ście?

Żoł­nie­rze zaśmiali się chy­trze.

– Dali naszemu muzy­kan­towi za jego pracę!

Oka­zało się, że pod­czas gdy Kucze­renko odwra­cał uwagę miesz­kań­ców wio­ski, inni żoł­nie­rze oczysz­czali ich podwórka z dro­biu. Sio­stry zaczęły zawsty­dzać żoł­nie­rzy, mówiąc, że kra­dzież jest nie na miej­scu.

– Nic w tym złego! My na car­skiej służ­bie, to co mamy jeść? Trzeci dzień nic gorą­cego nie dają, chleb nie­do­pie­czony, na sta­cjach nic kupić nie można. Mamy zdy­chać z głodu?

– My to nic! – wtrą­cił inny. – Ci z Kir­sa­nowa całe dwie krowy ukra­dli!

– Wyobraź­cie sobie tylko, że w domu macie jedną krowę i nagle wasi, pra­wo­sławni, biorą ją i kradną! Nie byłoby wam przy­kro? Tak samo jest tutaj: może chłopu ukra­dli ostat­nią krowę, a on z roz­pa­czy łzami się zalewa.

– E! – żoł­nierz mach­nął ręką. – A u nas to co, mało pła­czą? Wszę­dzie pła­czą.

***

Kiedy byli­śmy w pobliżu Kra­sno­jar­ska, zaczęły napły­wać wie­ści o bitwie pod Lia­oy­ang. Na początku, jak to było w zwy­czaju, tele­gramy obwiesz­czały o bli­skim zwy­cię­stwie, wyco­fu­ją­cych się Japoń­czy­kach, zdo­by­tych dzia­łach. Potem nade­szły tele­gramy pełne nie­ja­snych, zło­wiesz­czych dwu­znacz­no­ści, a w końcu zwy­cza­jowe wie­ści o odwro­cie „w dobrym porządku”. Wszy­scy chci­wie chwy­tali gazety, wczy­ty­wali się w donie­sie­nia. Sprawa była jasna: pobito nas w tym boju, Lia­oy­ang, niby nie do zdo­by­cia, został wzięty, „śmier­cio­no­śna strzała” spa­dła bez­sil­nie na zie­mię z „nacią­gnię­tej do gra­nic cię­ciwy”, a my znów rej­te­ro­wa­li­śmy.

Nastroje w esze­lo­nach były ponure i pełne przy­gnę­bie­nia.

Wie­czo­rem sie­dzie­li­śmy w cia­snej sali małej sta­cyjki, jedli­śmy podły, kil­ka­na­ście razy odgrze­wany kapu­śniak. Sku­piło się kilka esze­lo­nów i salka była pełna ofi­ce­rów. Naprze­ciwko nas sie­dział wysoki sztab­ska­pi­tan o zapad­nię­tych policz­kach, obok niego mil­czący pod­puł­kow­nik.

Sztab­ska­pi­tan prze­ma­wiał gło­śno do całej sali:

– Japoń­scy ofi­ce­ro­wie zre­zy­gno­wali ze swego żołdu na rzecz skarbu pań­stwa i prze­szli na racje żyw­no­ściowe pro­stych żoł­nie­rzy. Mini­ster oświe­ce­nia, aby słu­żyć ojczyź­nie, poszedł na wojnę jako zwy­kły sze­re­gowy. Życia swego nikt tam nie skąpi, każdy gotów jest oddać wszystko dla kraju. Dla­czego? Bo mają ideę. Bo wie­dzą, o co wal­czą. I wszy­scy są wykształ­ceni, wszy­scy żoł­nie­rze są piśmienni. Każdy żoł­nierz ma kom­pas, plan i każdy jest świa­domy zada­nia. I od mar­szałka do ostat­niego sze­re­gowca, wszy­scy myślą tylko o poko­na­niu wroga. A inten­den­tura myśli o tym samym.

Sztab­ska­pi­tan mówił o tym, o czym wszy­scy wie­dzieli z gazet, ale prze­ma­wiał tak, jakby nauczył się tego spe­cjal­nie dla nas i nikt wokół niego o tym nie wie­dział.

Przy bufe­cie nie­zmier­nie gruby i pijany kapi­tan wykłó­cał się i spie­rał się o coś z bufe­to­wym.

– A u nas co? – kon­ty­nu­ował sztab­ska­pi­tan. – Kto z nas ma poję­cie, dla­czego toczymy wojnę? Kto z nas jest pełen ducha? Tylko gada­nina o awan­sach albo wyrzu­ca­niu na zbity pysk. Pędzą nas wszyst­kich jak barany. Nasi gene­ra­ło­wie potra­fią się tylko żreć mię­dzy sobą. Inten­den­tura krad­nie. Popa­trz­cie na buty naszych żoł­nie­rzy: przez dwa mie­siące cał­kiem się zdarły. A prze­cież buty przyj­mo­wało dwa­dzie­ścia pięć komi­sji!

– I zabra­ko­wać nie można – poparł go nasz naczelny lekarz. – Towar nie wypa­lony, nie zgniły.

– Tak. Ale przy pierw­szym desz­czu pode­szwa pod stopą się roz­kleja… No, powiedz­cie mi, pro­szę, czy taki żoł­nierz może zwy­cię­żyć, czy nie?

Mówił gło­śno do całej sali, a wszy­scy słu­chali ze współ­czu­ciem. Nasz inspek­tor roz­glą­dał się trwoż­li­wie na boki. Czuł się nie­swojo po tych gło­śnych, nie­ustra­szo­nych prze­mo­wach i zaczął opo­no­wać:

– Cho­dzi o to, jak uszyty jest but. Towary inten­den­tury są dobre. Sam je widzia­łem i mogę to poświad­czyć.

– Jak by nie patrzeć, pano­wie – powie­dział inspek­tor swoim peł­nym, pew­nym sie­bie gło­sem – nie cho­dzi o buty, ale o ducha armii. Jeśli duch jest dobry, można poko­nać wroga w każ­dych butach.

– Boso, z wrzo­dami na sto­pach, nie da się – sprze­ci­wił się sztab­ska­pi­tan.

– A duch jest dobry? – zapy­tał z cie­ka­wo­ścią pod­puł­kow­nik.

– Sami jeste­śmy winni, że jest nie­do­bry! – prze­mó­wił żar­li­wie inspek­tor szpi­tala. – Nie udało nam się wycho­wać żoł­nie­rza. Widzi­cie pano­wie, on potrze­buje idei! Idei, prze­pra­szam was bar­dzo! Zarówno my, jak i żoł­nierz musimy kie­ro­wać się poczu­ciem obo­wiązku, a nie ideą. Nie jest rze­czą żoł­nie­rza deba­to­wać o ide­ach, jego rze­czą jest iść i umrzeć bez gada­nia.

Pod­szedł gruby kapi­tan, który wykłó­cał się przy bufe­cie. Stał w mil­cze­niu, koły­sząc się na nogach i wytrzesz­cza­jąc oczy na roz­ma­wia­ją­cych.

– Nie, pano­wie, powiedz­cie mi coś takiego – wtrą­cił nie­spo­dzie­wa­nie. – Jak, pytam się ja was, będę brać to wzgó­rze?

Roz­ło­żył ręce i ze zdu­mie­niem spoj­rzał na swój ogromny brzuch.

***

Stepy zostały w tyle, teren robił się górzy­sty. Zamiast małych, sęka­tych brzóz poja­wiły się potężne, gęste lasy. Sosny tajgi ostro i sucho sze­le­ściły na wie­trze, a osika, piękno jesieni, błysz­czała wśród ciem­nych igieł deli­kat­nym zło­tem, pur­purą i szkar­ła­tem. Przy mostach kole­jo­wych i na każ­dym wia­duk­cie stali war­tow­nicy i o zmierz­chu ich samotne posta­cie ciem­niały wśród głu­chej gęstwiny tajgi.

Na spo­tka­nie wyszedł nam zastępca komen­danta przy­stani. Roz­ka­zano, by natych­miast zabrać ludzi i konie z wago­nów; plat­formy z pod­wo­dami miały iść na lodo­ła­ma­czu bez wyła­dunku.

Do trze­ciej nad ranem sie­dzie­li­śmy w małej, cia­snej salce sta­cji. W bufe­cie poza her­batą i wódką nie dało się nic kupić, bo kuch­nia była w remon­cie. Na pero­nie i w hali baga­żo­wej nasi żoł­nie­rze spali jeden na dru­gim. Przy­był kolejny esze­lon, który miał być prze­wie­ziony razem z nami lodo­ła­ma­czem. Skład był długi, na tysiąc dwu­stu ludzi; jechały nim uzu­peł­nie­nia rezer­wi­stów z guberni ufij­skiej, kazań­skiej i samar­skiej. Byli tam Rosja­nie, Tata­rzy, Mor­dwini, wszy­scy w kwie­cie wieku, nie­malże sta­rzy ludzie.

Już w dro­dze zauwa­ży­li­śmy ten nie­szczę­sny esze­lon. Żoł­nie­rze mieli mali­nowe pagony bez żad­nych nume­rów i ozna­czeń i nazwa­li­śmy ich „kar­ma­zy­no­wym woj­skiem”. Dowo­dził porucz­nik. Aby nie zawra­cać sobie głowy ich wyży­wie­niem, z pań­stwo­wej kasy wyda­wał do ręki po dwa­dzie­ścia jeden kopie­jek i pole­cił im żywić się na wła­sną rękę. Na każ­dej sta­cji żoł­nie­rze mysz­ko­wali po pero­nach i oko­licz­nych skle­pi­kach w poszu­ki­wa­niu jedze­nia.

Ale na taką masę ludzi zapa­sów nie wystar­czało. Dla takiego tłumu nie tylko nie było wystar­cza­ją­cej ilo­ści zapa­sów, ale bra­ko­wało też wystar­cza­ją­cej ilo­ści wrzą­cej wody. Kiedy pociąg się zatrzy­my­wał, przy­sa­dzi­ste posta­cie z wysta­ją­cymi kościami policz­ko­wymi pośpiesz­nie wyska­ki­wały z wago­nów i bie­gły do budki z wiel­kim napi­sem: „wrzą­tek za darmo”.

– Dawaj kipia­tok!

– Nie ma. Grzeją. Esze­lony wszystko wybrały.

Jedni ospale wra­cali, inni ze sku­pio­nymi minami stali i cze­kali w dłu­giej kolejce.

Cza­sami się docze­kali, czę­ściej jed­nak nie, a wtedy z pustymi czaj­ni­kami bie­gli za odjeż­dża­ją­cym pocią­giem. Na posto­jach skrze­kli­wymi, cien­kimi gło­sami śpie­wali pio­senki, a co dziwne, wszyst­kie one były wię­zienne, dłu­gie, mono­tonne i tępo-obo­jętne, co w zadzi­wia­jący spo­sób pod­kre­ślało atmos­ferę, którą sami wytwa­rzali.

„Po co ja, po co sie­dzę w wię­zie­niu. Na próżno patrzę na świętą wol­ność. Jestem mar­twy, mar­twy na zawsze! Mijają lata za latami…”.

O trze­ciej w nocy w czerni jeziora zabrzmiał długi gwizd i do brzegu pod­szedł lodo­ła­macz „Baj­kał”. Po nie­ma­ją­cym końca pero­nie poszli­śmy wzdłuż toro­wi­ska ku przy­stani. Było zimno. Wzdłuż pod­kła­dów usta­wiło się parami „kar­ma­zy­nowe woj­sko”. Obwie­szeni żoł­nier­skimi wor­kami, z kara­bi­nami przy nodze, żoł­nie­rze stali bez ruchu z ponu­rymi, sku­pio­nymi twa­rzami. Sły­chać było nie­znaną, gar­dłową mowę.

Wspię­li­śmy się po tra­pach na jakieś mostki, skrę­ci­li­śmy w prawo, potem w lewo i nie­po­strze­że­nie zna­leź­li­śmy się nagle na gór­nym pokła­dzie parowca. Trudno było odgad­nąć, gdzie się zaczyna. Na przy­stani świe­ciły jasno elek­tryczne latar­nie, a w oddali mrocz­nie ciem­niała wil­gotna czerń jeziora. Po tra­pach żoł­nie­rze wpro­wa­dzali drżące, pło­szące się konie, a poni­żej, gwiż­dżąc, loko­mo­tywy wta­czały na paro­wiec wagony i plat­formy. Potem przy­szła kolej na żoł­nie­rzy.

Szli nie­koń­czą­cym się sze­re­giem, w sza­rych, nie­zgrab­nych szy­ne­lach, obła­do­wani wor­kami, trzy­ma­jąc kara­biny kol­bami do ziemi.

Przy wąskim wej­ściu na pokład żoł­nie­rze zbi­jali się w gro­madki i zatrzy­my­wali się. Z boku, nieco wyżej, stał jakiś inży­nier i wycho­dząc z sie­bie, krzy­czał:

– Nie zatrzy­my­wać się! Czego się tło­czy­cie? Ech, sucze dzieci! Do przodu, czego sto­isz jeden z dru­gim?

A żoł­nie­rze, ze zwie­szo­nymi gło­wami, napie­rali przed sie­bie. W ślad za nimi szło ich wię­cej i wię­cej – wszy­scy tacy sami, sza­rzy, smętni, jak jakieś stado owiec.

Wszystko zostało zała­do­wane i zabrzmiał trzeci gwiz­dek. Paro­wiec zadrżał i zaczął powoli ruszać wstecz. W ogrom­nej, nie­wy­raź­nej kon­struk­cji z wyso­kimi pomo­stami wid­niało gład­kie owalne wycię­cie i od razu stało się jasne, gdzie koń­czą się plat­formy, a zaczyna kor­pus parowca. W takt ryt­micz­nego drże­nia ponie­śli­śmy się w mrok.

W salo­nie pierw­szej klasy było jasno, cie­pło i prze­stron­nie. Pach­niało ogrze­wa­niem paro­wym, a kabiny były przy­tulne i cie­płe. Poja­wił się porucz­nik w czapce z bia­łym oto­kiem, pro­wa­dzący „kar­ma­zy­nowe woj­sko”. Zapo­zna­li­śmy się. Oka­zał się bar­dzo miłym dżen­tel­me­nem.

Zje­dli­śmy razem kola­cję. Poszli­śmy spać, nie­któ­rzy w kaju­tach, inni w jadalni. O świ­cie obu­dził mnie mój kolega Szan­cer.

– Wikien­tiju Wikien­ti­je­wi­czu, pro­szę wsta­wać! Nie poża­łuje pan! Już dawno chcia­łem pana obu­dzić. Za dwa­dzie­ścia minut dobi­jamy.

Pode­rwa­łem się, prze­my­łem twarz. W jadalni było cie­pło. Przez okno widzia­łem żoł­nie­rza leżą­cego na pokła­dzie; spał z głową opartą o worek, sku­lony pod szy­ne­lem, z twa­rzą siną z zimna.

Wyszli­śmy na pokład. Robiło się jasno. Matowe, szare fale uno­siły się mrocz­nie i powoli, a powierzch­nia wody zda­wała się wybrzu­szać. Po dru­giej stro­nie jeziora deli­kat­nie błę­kit­niały odle­głe góry. Na nabrzeżu, do któ­rego się zbli­ża­li­śmy, wciąż paliły się świa­tła, a pokryte lasami góry, ponure jak tęsk­nota, napie­rały na brzeg. Na szczy­tach bie­lił się śnieg. Te czarne góry wyglą­dały jak zady­mione, a bory na nich przy­po­mi­nały szcze­ci­nia­stą, kudłatą sadzę, jak w dawno nie­czysz­czo­nych komi­nach pie­ców. Zdu­mie­wa­jące, jak czarne były te góry i knieje.

Porucz­nik gło­śno i entu­zja­stycz­nie wyra­żał swój zachwyt. Ludzie, sie­dzący przy komi­nie parowca, otu­lili się szy­ne­lami i słu­chali ponuro. A wszę­dzie, na całym pokła­dzie, leżeli żoł­nie­rze sku­leni pod szy­ne­lami, przy­tu­leni cia­sno do sie­bie. Było bar­dzo zimno, a wiatr prze­ni­kał do kości. Przez całą noc żoł­nie­rze mar­zli pod napo­rem tego wia­tru, zbici w gro­madki przy rurach i wystę­pach lub bie­gali po pokła­dzie, aby się ogrzać.

Lodo­ła­macz powoli dobił do nabrzeża, wpły­nął pod wysoką kon­struk­cję z owal­nym wycię­ciem i ponow­nie połą­czył się z plą­ta­niną pomo­stów i tra­pów i znowu nie można było pojąć, gdzie koń­czy się paro­wiec, a zaczy­nają się mostki. Poja­wił się zastępca szefa przy­stani i zwró­cił się do komen­dan­tów esze­lo­nów ze zwy­cza­jo­wymi pyta­niami.

Konio­wodni wypro­wa­dzili par­ska­jące konie po tra­pach, a paro­wozy pod­je­chały niżej i wycią­gały wagony z dol­nego pokładu. Ruszyły pod­od­działy. I znowu, dosta­jąc szew­skiej pasji, wście­kle krzy­czeli na żoł­nie­rzy zastępca komen­danta i uprzejmy, miły porucz­nik w czapce z bia­łym oto­kiem. Znowu żoł­nie­rze tło­czyli się ponuro, sku­pieni, trzy­ma­jąc kara­biny kol­bami do ziemi.

– Co za łaj­daki! Co oni się tak tło­czą? Ruszać się, sucze syny! Czego sto­icie? Ej, ty! Dokąd z tą skrzynką amu­ni­cji? Tutaj z nabo­jami!

Powoli ludzie prze­su­wali się w nie­koń­czą­cym się sze­regu. Prze­szedł star­szawy Tatar z lekko obwi­słymi war­gami i kąci­kami ust skie­ro­wa­nymi ku dołowi, prze­szedł bro­daty per­miak z wysta­ją­cymi kośćmi policz­ko­wymi i twa­rzą nazna­czoną śla­dami po ospie. Wszy­scy wyglą­dali jak chłopi i dziw­nie było widzieć w ich rękach kara­biny. Szli tak i szli, zmie­niały się twa­rze, na któ­rych zasty­gła ta sama, jakby zamro­żona na zim­nym wie­trze, myśl. Nikt nie odwra­cał wzroku na krzyki i prze­kleń­stwa ofi­ce­rów, jakby było to coś tak ele­men­tar­nego, jak lodo­waty wiatr wyry­wa­jący się z jeziora.

Świt wstał na dobre. Cięż­kie, oło­wiane chmury pły­nęły nad ciem­nym jezio­rem. Z przy­stani prze­szli­śmy na sta­cję. Na toro­wi­skach, poświ­stu­jąc groź­nie, manew­ro­wały paro­wozy. Było nie­ludzko zimno. Kost­niały nam nogi. Nie było gdzie się ogrzać. Żoł­nie­rze stali i sie­dzieli sku­leni razem, z tymi samymi ponu­rymi, odar­tymi z myśli twa­rzami, goto­wymi na męki.

Prze­sze­dłem się po pero­nie z naszym apte­ka­rzem. W ogrom­nej kosma­tej papa­sze, z orlim nosem na chu­dej twa­rzy, wyglą­dał nie jak skromny apte­karz, ale jak zuchwały Kozak.

– Wy skąd, chłopcy? – zapy­tał żoł­nie­rzy, zbi­tych w gro­madkę przy fun­da­men­cie budynku sta­cji.

– Kazań­scy, są ufij­scy, samar­scy… – z nie­chę­cią odrzekł malutki jasno­włosy żoł­nie­rzyk.

Na jego piersi, spod prze­wią­za­nej przez ramię namio­to­wej płachty, wysta­wał ogromny bochen chleba.

– Jest ktoś z timo­chiń­skiej woło­sti z guberni kazań­skiej?

Żoł­nierz roz­pro­mie­nił się.

– My jeste­śmy!

– Tak?

– O, tamci też!

– Kamionkę zna­cie?

– Niee…

– A Lewa­szowo?

– Oczy­wi­ście! Jeź­dzimy tam na targ! – odpo­wie­dział rado­śnie zasko­czony żoł­nierz.

I z głę­bo­kim, wią­żą­cym uczu­ciem zaczęli roz­ma­wiać o swo­ich rodzin­nych stro­nach, wymie­nia­jąc nazwy sąsied­nich wio­sek. I tu, w dale­kiej kra­inie, na progu krwa­wego kró­le­stwa śmierci, cie­szyli się z nazw zna­jo­mych osad i z faktu, że dla dru­giego rów­nież brzmiały zna­jomo.

W pocze­kalni trze­ciej klasy sły­chać było kłót­nie i hałasy. Zzięb­nięci żoł­nie­rze doma­gali się od stróża roz­pa­le­nia w piecu. Stróż odma­wiał – nie miał prawa brać drewna. Rugano go i besz­tano.

– Prze­klęta ta wasza Sybe­ria! – mówili z obu­rze­niem żoł­nie­rze. – Z zawią­za­nymi oczami wró­cił­bym do domu!

– Jaka tam moja, sam jestem z Rosji – odgry­zał się zakrzy­czany stróż.

– A co tu na niego cze­kać? O, ile drewna leży. Weź­miemy i napa­limy!

Nie odwa­żyli się jed­nak. Poszli­śmy do komen­danta popro­sić o opał do ogrza­nia budynku sta­cji. Żoł­nie­rze mieli tu cze­kać jesz­cze pięć godzin. Oka­zało się, że abso­lut­nie nie można dać drewna na opał, po pro­stu nie da się. Grzać można dopiero od 1 paź­dzier­nika, a teraz był począ­tek wrze­śnia. A dookoła leżały góry drewna opa­ło­wego.

Pod­sta­wili nasz pociąg. W wago­nie był ziąb, zęby dzwo­niły z zimna, ręce i nogi kost­niały. Sam naczelny lekarz poszedł do komen­danta, by zażą­dać ogrza­nia wagonu. To rów­nież oka­zało się nie­moż­liwe. Wagony mogą być ogrze­wane dopiero od 1 paź­dzier­nika.

– Pro­szę mi powie­dzieć, od kogo zależy, aby już teraz wydać zgodę na ogrza­nie wago­nów? – zapy­tał z obu­rze­niem naczelny lekarz.

– Należy wysłać tele­gram do głów­nego naczel­nika trak­cji. Jeśli wyrazi zgodę, roz­każę je ogrzać.

– Chwi­leczkę, chyba się pan prze­ję­zy­czył. Czy aby nie powin­ni­śmy wysłać tele­gramu do mini­stra kolei? A może do kogoś jesz­cze wyżej posta­wio­nego?

– Cóż, pro­szę zatem słać do naj­wyż­szej wła­dzy! – uśmiech­nął się uprzej­mie komen­dant i odwró­cił się ple­cami.

Nasz pociąg ruszył. W zim­nych żoł­nier­skich wago­nach nie było sły­chać zwy­cza­jo­wych pie­śni; wszy­scy sku­lili się razem w zim­nych szy­ne­lach, z ponu­rymi, sinymi twa­rzami. A obok jadą­cego esze­lonu prze­my­kały ogromne sterty drewna opa­ło­wego, zaś na rezer­wo­wych torach stały rzędy wago­nów-cie­płu­szek, ale zgod­nie z prze­pi­sami ich rów­nież nie można było teraz uży­wać.

***

Przed Baj­ka­łem jecha­li­śmy powoli, z dłu­gimi posto­jami. Teraz, na odcinku zabaj­kal­skim, pra­wie przez cały czas sta­li­śmy. Na każ­dym roz­jeź­dzie sta­li­śmy po pięć, sześć godzin. Prze­je­dziemy dzie­sięć wiorst – i znowu godzi­nami sto­imy. Tak się przy­zwy­cza­ili­śmy do sta­nia, że kiedy wagon zaczy­nał się koły­sać i grze­cho­tać kołami, poja­wiało się uczu­cie cze­goś nie­zwy­kłego, ale zanim się czło­wiek zorien­to­wał, już znowu sta­li­śmy. Przed nami, w pobliżu sta­cji Karym­skaja, w trzech miej­scach zapadł się tor i droga była zablo­ko­wana.

Wciąż było zimno, a żoł­nie­rze mar­zli w wyzię­bio­nych wago­nach. Na sta­cjach nie można było dostać niczego – ani mięsa, ani jajek, ani mleka. Prze­jazd z jed­nego punktu zaopa­trze­nio­wego do dru­giego zaj­mo­wał trzy lub cztery dni. Esze­lony pozo­sta­wały bez jedze­nia przez dwa, trzy dni. Żoł­nie­rze ze swo­ich pie­nię­dzy pła­cili na sta­cjach po dzie­więć, dzie­sięć kopie­jek za funt czar­nego chleba.

Ale chleba nie star­czało nawet na dużych przy­stan­kach. Pie­kar­nie, wyprze­daw­szy towar, zamy­kały się jedna po dru­giej. Żoł­nie­rze krą­żyli po oko­licy i odwo­łu­jąc się do chrze­ści­jań­skiego miło­sier­dzia, pro­sili miesz­kań­ców by sprze­dali im chleb.

Na jed­nej ze sta­cji dogo­ni­li­śmy jadący przed nami trans­port z regu­lar­nym woj­skiem. W przej­ściu mię­dzy nimi a naszym pocią­giem tłum żoł­nie­rzy oto­czył pod­puł­kow­nika, komen­danta esze­lonu. Pod­puł­kow­nik był lekko blady i naj­wy­raź­niej sam pod­no­sił się na duchu, mówiąc dono­śnym, roz­ka­zu­ją­cym gło­sem. Przed nim stał młody żoł­nierz, rów­nież blady.

– Jak się nazy­wasz? – pytał groź­nie pod­puł­kow­nik.

– Lebie­diew.

– Druga kom­pa­nia?

– Tak jest!

– Dobrze, nauczysz się cze­goś ode mnie. Na każ­dym przy­stanku zgiełk! Mówi­łem wam wczo­raj, żeby­ście oszczę­dzali chleb, a wy, co nie doje­dli­ście, to wyrzu­ca­li­ście przez okno… Skąd wam teraz wezmę chleb?

– My rozu­miemy, że tutaj nie można dostać chleba – opo­no­wał żoł­nierz. – Ale myśmy wczo­raj waszą wiel­moż­ność pro­sili… Można było na dwa dni wziąć… Prze­cież wia­domo było, jak długo sto­imy na każ­dym roz­jeź­dzie.

– Mil­czeć! – wark­nął pod­puł­kow­nik. – Jesz­cze słowo i każę cię aresz­to­wać! Do wago­nów! Marsz!

I poszedł. Żoł­nie­rze w ponu­rym nastroju wsie­dli do wago­nów.

– Zna­czy się, zdy­chaj z głodu! – powie­dział wesoło jeden z nich.

Ich esze­lon ruszył. Mignęły ludz­kie twa­rze, blade, gorzko zamy­ślone.

Zaczę­li­śmy czę­ściej spo­ty­kać pociągi sani­tarne. Na posto­jach wszy­scy pożą­dli­wie ota­czali ran­nych, wypy­ty­wali ich. Przez okna widać było leżą­cych na pry­czach ciężko ran­nych, z wosko­wymi twa­rzami pokry­tymi ban­da­żami. Czuło się powiew strasz­nych i groź­nych rze­czy, które się tam działy.

Zapy­ta­łem jed­nego ran­nego ofi­cera, czy to prawda, że Japoń­czycy dobi­jają naszych ran­nych. Ofi­cer ze zdzi­wie­niem rzu­cił na mnie okiem i wzru­szył ramio­nami.

– A nasi nie dobi­jają? Ile wle­zie. Zwłasz­cza Kozacy. Jak zła­pią Japoń­czyka, to mu z głowy każdy włos wyry­wają.

Na stop­niu żoł­nier­skiego wagonu sie­dział sybe­ryj­ski Kozak z ampu­to­waną nogą, z krzy­żem Jerzego na piersi. Miał sze­roką, dobro­duszną twarz. Brał udział w słyn­nej bitwie pod Wafan­gou, pod­czas któ­rej dwie sot­nie sybe­ryj­skich Koza­ków wpa­dły ławą na japoń­ski szwa­dron i wykłuły go lan­cami.

– Mają dobre konie – powie­dział Kozak. – Za to uzbro­je­nie kiep­skie, nie mają lanc, tylko sza­ble i rewol­wery. Gdy­śmy ich z lan­cami dopa­dli, byli jak bez broni, nic nam zro­bić nie mogli.

– Ilu zadźga­łeś?

– Trzech.

On, z tą swoją wspa­niałą, dobro­tliwą twa­rzą, był uczest­ni­kiem tej strasz­nej bitwy cen­tau­rów… Zapy­ta­łem:

– A jak dźga­łeś, to nic w sercu nie czu­łeś?

– Pierw­szego jakoś tak nie­zręcz­nie było… Bałem się dźgnąć żywego czło­wieka. Ale jak go zakłu­łem, to spadł z sio­dła i na sercu się lżej zro­biło. Chęt­nie bym jesz­cze z dzie­się­ciu zadźgał.

– A nie żal ci teraz, że zosta­łeś ranny? Chciał­byś jesz­cze z Japoń­czy­kami powo­jo­wać?

– Nie, teraz myślę, jak dzie­ciaki wykar­mić…

Twarz Kozaka zachmu­rzyła się, jego oczy poczer­wie­niały i napeł­niły się łzami.

Na jed­nej z następ­nych sta­cji, gdy pociąg przed nami odjeż­dżał, żoł­nie­rze na komendę „do wago­nów!” w odpo­wie­dzi stali dalej.

– Do wago­nów, sły­szy­cie?! – krzyk­nął groź­nie dyżurny esze­lonu.

Żoł­nie­rze stali. Nie­któ­rzy niby poszli do wago­nów, ale ich towa­rzy­sze odcią­gnęli ich z powro­tem.

– Nie poje­dziemy dalej. Wystar­czy!

Poja­wił się naczel­nik pociągu, komen­dant. Naj­pierw zaczęli krzy­czeć, potem pytać, o co cho­dzi i dla­czego żoł­nie­rze nie chcą jechać. Żoł­nie­rze nie zgła­szali żad­nych pre­ten­sji, tylko powta­rzali to samo:

– Nie chcemy jechać dalej!

Napo­mi­nano ich, mówiono o posłu­szeń­stwie, o prze­ło­żo­nych. A żoł­nie­rze odpo­wia­dali:

– Z naszymi prze­ło­żo­nymi to się jesz­cze pora­chu­jemy!

Ośmiu z nich zostało aresz­to­wa­nych. Reszta wsia­dła do wago­nów i poje­chała dalej.

Pociąg mijał dzi­kie, ponure góry, jadąc wzdłuż koryta rzeki. Nad wago­nami zwie­szały się ogromne głazy, wycią­gały się w górę chy­bo­tliwe osy­pi­ska drob­nego kamie­nia. Miało się wra­że­nie, że jeśli człek kaszl­nie, wszystko to runie na pociąg. W księ­ży­cową noc za sta­cją Karym­skaja minę­li­śmy taki zawał. Pociąg jechał po naprędce uło­żo­nym nowym torze. Poru­szał się cicho, jakby się skra­dał, jakby bał się zacze­pić o wiszące kamienne bloki, które nie­malże go muskały. Znisz­czone wagony skrzy­piały, loko­mo­tywa sapała z rzadka, jakby wstrzy­mu­jąc oddech. Po pra­wej stro­nie z zim­nej, rwą­cej rzeki ster­czały wiel­kie głazy i sterty drob­nego kamie­nia, które osu­nęły się do wody. Trzy zawa­li­ska z rzędu, jedno po dru­gim. Dla­czego trzy, dla­czego nie dzie­sięć, nie dwa­dzie­ścia? Patrzy­łem na ten pośpiesz­nie, byle jak prze­bity przez góry szlak i porów­ny­wa­łem go z kole­jami w Szwaj­ca­rii, Tyrolu, Wło­szech. Jasne było, że takich osy­pisk będzie i dzie­sięć, i dwa­dzie­ścia. I przy­po­mnia­łem sobie kolo­salne liczby doty­czące kosz­tów tej pry­mi­tyw­nej, nędz­nej, jakby wyrą­ba­nej przez dzi­ku­sów drogi.

Wie­czo­rem na małej sta­cji znów sku­piło się wiele esze­lo­nów. Prze­cha­dza­łem się po pero­nie. W mojej gło­wie roz­brzmie­wały opo­wie­ści ran­nych, a krwawe okrop­no­ści, które miały miej­sce tam, daleko, oży­wały. Było ciemno, wysoko na nie­bie prze­wa­lały się chmury, doku­czały silne, suche porywy wia­tru. Ogromne sosny na zbo­czu, poskrzy­pu­jąc pniami, szu­miały głu­cho na wie­trze. Mię­dzy sosnami pło­nął ogień, a pło­mie­nie mio­tały się w mroku.

Roz­cią­gnięte jeden obok dru­giego, stały esze­lony z woj­skiem. W mdłym świe­tle latarni na pry­czach wier­ciły się i poru­szały ogo­lone żoł­nier­skie głowy. W wago­nach śpie­wano. Z róż­nych stron nio­sły się różne pie­śni, głosy zle­wały się w powie­trzu, drżało coś potęż­nego.

Śpi­cie, dro­dzy boha­te­ro­wie,

Przy­ja­ciele, pod ryczącą burzą,

Mój głos obu­dzi was jutro,

wzy­wa­jąc do chwały i śmierci…

Sze­dłem wzdłuż peronu. Dłu­gie, mężne dźwięki „Jer­maka” sła­bły, przy­kryła je mono­tonna, wlo­kąca się ponuro wię­zienna pieśń z innego wagonu:

Zaj­rzę, zaj­rzę do tej miski,

Dwa jar­muże pły­wają,

A za nimi, jeden za dru­gim

Pły­nie stado roba­ków…

Z ostat­niego wagonu prze­cią­gle i smutno nio­sło się:

Za świętą Rosję umie­ram…

A prze­cią­gła aresz­tancka pieśń dalej rąbała swoje:

Łyżkę cisnę i zapła­czę,

Chleba bodaj prze­łknę.

Prze­cież wię­zień to nie pies,

Takim samym człe­kiem jest.

Dwa wagony dalej, nagle, jakby od sil­nego ciosu w plecy, ktoś chrząk­nął i z rado­snym okrzy­kiem w mrok pognała żywio­łowa i wesoła „Sieni”. Dźwięki wiro­wały, splo­tły się z okrzy­kami i gwiz­dami; przez silne męskie głosy, gib­kie jak wąż, prze­bi­jał szybki, drobny sre­brzy­sto-szklany dźwięk – ktoś akom­pa­nio­wał szkla­nicą. Nogi wybi­jały rytm, a pieśń sza­leń­czo wiro­wała, nio­sąc się na spo­tka­nie ostrego wia­tru.

Zawró­ci­łem. I znów, jak powolne fale, wznio­sły się dłu­gie, posęp­nie maje­sta­tyczne dźwięki „Jer­maka”. Z prze­ciwka nad­je­chał pociąg towa­rowy, zatrzy­mał się. Esze­lon ze śpie­wa­ją­cymi ruszył. Pieśń zadud­niła echem pomię­dzy pocią­gami, potęż­nie i mocno jak hymn.

I nie na darmo żyli­śmy na świe­cie…

Sybe­ria przez cara pod­bita.

Pociągi zostały z tyłu – i nagle jakby coś pękło w potęż­nym hym­nie, pieśń zabrzmiała bez­barw­nie i roz­wiała się w zim­nym, peł­nym wia­tru mroku.

***

Budzę się rano – sły­szę za oknem wagonu dzie­cin­nie rado­sny głos żoł­nie­rza:

– Cie­pło!

Niebo czy­ste, słońce przy­pieka. We wszyst­kich kie­run­kach matowi się bez­kre­sny step, pod cie­płym wia­ter­kiem koły­sze się sucha, zru­działa trawa. W oddali łagodne wzgó­rza, na ste­pie maja­czą samotni buriaccy jeźdźcy, stada owiec i dwu­garb­nych wiel­błą­dów. Ordy­nans inspek­tora szpi­tala, Basz­kir imie­niem Moha­med, chci­wie spo­gląda przez okno, z uśmie­chem, roz­le­wa­ją­cym się po jego pła­skiej twa­rzy ze spłasz­czo­nym nosem.

– Moha­med, a ty co?

– Wiel­błąd! – ze zmie­sza­niem, rado­śnie odpo­wiada Basz­kir, pochło­nięty wła­snymi wspo­mnie­niami.

I jest cie­pło, cie­pło. Nie chce się wie­rzyć, że przez te wszyst­kie dni było tak ciężko, zimno i ponuro. Wszę­dzie sły­chać rado­sne głosy. Wszę­dzie niosą się pio­senki…

Minę­li­śmy wszyst­kie osu­wi­ska, ale jedziemy tak samo powoli, z rów­nie dłu­gimi posto­jami. Według planu już dawno powin­ni­śmy być w Har­bi­nie, ale wciąż znaj­du­jemy się na tra­sie zabaj­kal­skiej.

Chiń­ska gra­nica była już nie­da­leko. Ożyło wspo­mnie­nie tego, co czy­ta­li­śmy w gaze­tach o chun­chu­zach, o ich bru­tal­nie zim­nym okru­cień­stwie, o nie­wia­ry­god­nych tor­tu­rach, jakim pod­da­wali poj­ma­nych Rosjan. Ogól­nie rzecz bio­rąc, od samego momentu powo­ła­nia mnie do woj­ska, naj­strasz­niej­szą rze­czą, jaką sobie wyobra­ża­łem, byli ci chun­chuzi. Na samą myśl o nich strach mro­ził mi serce.

Na jed­nej z krzy­żó­wek nasz pociąg stał bar­dzo długo. Nie­da­leko od nas dostrze­gli­śmy buriac­kie koczo­wi­sko. Poszli­śmy mu się przyj­rzeć. Pełni cie­ka­wo­ści, oto­czyli nas sko­śno­ocy ludzie o pła­skich, brą­zo­wych twa­rzach. Po ziemi peł­zały nagie, brą­zowe dzie­ciaki, a kobiety o zmyśl­nych fry­zu­rach paliły fajki o dłu­gich cybu­chach. Nie­opo­dal jurt do kołka przy­wią­zana była brudna, biała owca z małym kur­diu­kiem. Naczelny lekarz wyhan­dlo­wał tę owcę od Buria­tów i natych­miast kazał im ją zarżnąć.

Owca została odwią­zana, rzu­cona na grzbiet, a na jej brzu­chu usiadł młody Buriat z puco­ło­watą twa­rzą i wiel­kimi ustami. Wokół stali inni Buriaci, ale wszy­scy prze­stę­po­wali z nogi na nogę i zer­kali na nas nie­śmiało.

– Na co oni cze­kają? Powiedz im, żeby ją szyb­ciej rżnęli, bo nasz pociąg odje­dzie! – zwró­cił się naczelny lekarz do sta­cyj­nego stróża, który rozu­miał buriacki.

– Wsty­dzą się, wasza wiel­moż­ność. Mówią, że zarzy­nać po rosyj­sku nie potra­fią, a po buriacku się wsty­dzą.

– Co nas to obcho­dzi? Niech rżną jak chcą, byle szybko.

Buriaci zakrząt­nęli się. Przy­ci­snęli nogi i głowę owcy do ziemi, młody Buriat prze­ciął nożem górną część brzu­cha żywej owcy i wło­żył rękę w roz­cię­cie. Owca sza­mo­tała się, wywra­ca­jąc jasnymi, głu­pimi oczami, a jej wzdęte białe wnętrz­no­ści wypeł­zały z brzu­cha obok ręki Buriata. Ten zaś grze­bał ręką pod żebrami, bąbelki wnętrz­no­ści bul­go­tały pory­wi­stym odde­chem owcy, która drgała coraz gwał­tow­niej i chra­pli­wie beczała. Stary Buriat o bez­na­mięt­nej twa­rzy przy­kuc­nął obok, zer­k­nął na nas spod oka i zakne­blo­wał ręką wąski, miękki pysk owcy. Młody Buriat ści­snął serce owcy przez klatkę pier­siową, owca drgnęła po raz ostatni, a jej ruchliwe, jasne oczy zatrzy­mały się. Buriaci pospiesz­nie zaczęli ją obdzie­rać ze skóry.

Obce, pła­skie twa­rze były głę­boko bez­na­miętne i obo­jętne, kobiety patrzyły i ssały cybu­chy swo­ich fajek, poplu­wa­jąc na zie­mię. I przy­szła mi do głowy myśl: dokład­nie w ten spo­sób chun­chuzi roze­tną i nasze brzu­chy, obo­jęt­nie zacią­ga­jąc się fajecz­kami i nawet nie zauwa­ża­jąc naszego cier­pie­nia. Uśmie­cha­jąc się, powie­dzia­łem to moim towa­rzy­szom. Wszy­scy ner­wowo wzru­szyli ramio­nami, jakby ta myśl rów­nież prze­mknęła im przez głowę.

Naj­gor­sza ze wszyst­kiego wyda­wała się wła­śnie ta głę­boka obo­jęt­ność. W dzi­kiej zmy­sło­wo­ści baszy­bu­zuka, upa­ja­ją­cego się męczar­niami, jest jed­nak coś ludz­kiego i zro­zu­mia­łego. Ale te małe, na wpół uśpione oczka, obo­jęt­nie spo­glą­da­jące ze sko­śnych szcze­lin na ogromne męczar­nie – patrzące i nie­wi­dzące… Brr…

W końcu dotar­li­śmy do sta­cji Man­dżu­ria. Tu nastą­piła prze­siadka. Nasz szpi­tal został połą­czony w jeden pociąg ze szpi­talem Suł­ta­nowa i dalej poje­cha­li­śmy razem. W roz­ka­zie dla szpi­tala ogło­szono, że „prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę impe­rium rosyj­skiego i wkro­czy­li­śmy na tery­to­rium impe­rium chiń­skiego”.

Cały czas roz­cią­gały się takie same suche stepy, nie­kiedy pła­skie, potem pagór­ko­wate, poro­śnięte rudawą trawą. Ale na każ­dej sta­cji stała szara ceglana wieża z otwo­rami strzel­ni­czymi, obok niej wysoki słup sygna­li­za­cyjny owi­nięty słomą; na wzgó­rzu – wieża straż­ni­cza na wyso­kich palach. Esze­lony ostrze­gano przed chun­chu­zami. Wydano ostrą amu­ni­cję, a na paro­wo­zie i na wago­nach-plat­for­mach dyżu­ro­wali war­tow­nicy. W Man­dżu­rii wyzna­czono nam nową trasę i teraz trzy­ma­li­śmy się dokład­nie tej mar­szruty. Pociąg sta­wał na sta­cjach na okre­śloną liczbę minut i jechał dalej. Zupeł­nie odwy­kli­śmy od tak dokład­nego podró­żo­wa­nia.

Teraz jecha­li­śmy razem ze szpi­ta­lem Suł­ta­nowa.

Jeden wagon lep­szej klasy był zajęty przez nas, leka­rzy i pie­lę­gniarki, drugi przez per­so­nel gospo­dar­czy. Leka­rze z dru­giego szpi­tala opo­wie­dzieli nam o swoim prze­ło­żo­nym, dok­to­rze Suł­ta­no­wie. Ocza­ro­wy­wał wszyst­kich swoim dow­ci­pem i uprzej­mo­ścią, ale cza­sami pora­żał naiw­nie cyniczną szcze­ro­ścią. Opo­wia­dał swoim leka­rzom, że wstą­pił do woj­ska cał­kiem nie­dawno, za namową dowódcy naszego kor­pusu. Służba była wygodna; wpi­sano go na listę młod­szych leka­rzy pułku, ale od czasu do czasu jeź­dził w dłu­gie i bar­dzo korzystne dele­ga­cje. Sprawy można było zała­twić w tydzień, ale dele­ga­cję wypi­sy­wano na sześć tygo­dni. Otrzy­my­wał dodatki za dojazdy, dzienne diety, miesz­kał sobie na miej­scu, nie cho­dził do pracy, a potem w tydzień zała­twiał wszystko, co miał do zała­twie­nia. Pokrę­cił się, przez kilka dni mel­do­wał się na służ­bie, a potem – nowa dele­ga­cja. A pozo­stali leka­rze pułku przez cały czas pra­co­wali za niego!

Suł­ta­now przez więk­szość czasu prze­sia­dy­wał w prze­dziale ze swoją sio­strze­nicą Nowicką, wysoką, szczu­płą i mało­mówną młodą damą. Ota­czała Suł­ta­nowa pełną zachwytu ado­ra­cją i tro­ską i było tak, jakby w jej oczach cały szpi­tal ist­niał tylko po to, by dbać o wygody Alek­sieja Leoni­do­wi­cza, zapew­nia­jąc mu na czas kawę i koniecz­nie pie­rożki do bulionu. Kiedy Suł­ta­now wycho­dził z prze­działu, natych­miast przej­mo­wał roz­mowę, wypo­wia­da­jąc się leni­wym, poważ­nym gło­sem, jego szy­der­cze oczy śmiały się, a wszy­scy wokół cie­szyli się z jego dow­ci­pów i opo­wie­ści.

Pozo­stałe dwie sio­stry ze szpi­tala Suł­ta­nowa natych­miast stały się cen­trami, wokół któ­rych gro­ma­dzili się męż­czyźni. Jedna z nich, Zina­ida Arka­diewna, była smu­kłą i pełną wdzięku młodą damą w wieku około trzy­dzie­stu lat, przy­ja­ciółką sio­strze­nicy Suł­ta­nowa. Pięk­nym, poważ­nym gło­sem opo­wia­dała o Bat­tie­ti­nim, Sobi­no­wie oraz zna­jo­mych hra­biach i baro­nach. Zupeł­nie nie­zro­zu­miałe było, co ponio­sło ją na wojnę. O innej sio­strze miło­sier­dzia, Wie­rze Niko­ła­jew­nej, mówiono, iż podobno była narze­czoną jed­nego z ofi­ce­rów naszej dywi­zji. Od całego towa­rzy­stwa Suł­ta­nowa trzy­mała się z dala. Była bar­dzo ładna, miała syre­nie oczy i dwa grube, ści­śle sple­cione war­ko­cze. Naj­wy­raź­niej była przy­zwy­cza­jona do cią­głych zalo­tów i zwy­kła śmiać się z zalot­ni­ków; wyczu­wało się w niej dia­bełka. Żoł­nie­rze bar­dzo ją lubili, a ona znała ich wszyst­kich, zaś w dro­dze pie­lę­gno­wała cho­rych. Nasze sio­stry czuły się skrę­po­wane na tle wspa­nia­łych suł­ta­now­skich dam i patrzyły na nie ze skry­waną wro­go­ścią.

Na sta­cjach poja­wili się Chiń­czycy.

W nie­bie­skich blu­zach i spodniach kucali przed koszami i sprze­da­wali nasiona sło­necz­nika, orze­chy, chiń­skie cia­sta i pod­pło­myki.

– E, kapi­tan, co trzeba? Sło­necz­nik trzeba?

– Pla­cek, pięć kopie­jek dzie­siątka! Bar­dzo słodko! – wykrzy­ki­wał zacie­kle brą­zowy Chiń­czyk, nagi do pasa, wywra­ca­jąc swo­imi zbó­jec­kimi oczami.

Maleń­kie chiń­skie dzie­ciaki tań­czyły przed ofi­cer­skimi wago­nami, potem przy­kła­dały dło­nie do skroni, naśla­du­jąc nasze „honory”, kła­niały się i cze­kały na jał­mużnę. Gro­mada Chiń­czy­ków, szcze­rząc błysz­czące zęby, wpa­try­wała się nie­ru­chomo w rumianą Wierę Niko­ła­jewnę.

– Szango (dobrze)? – pyta­li­śmy z dumą, wska­zu­jąc na sio­strę.

– Ehe, dużo szango! Kra­siwo! – odpo­wia­dali pośpiesz­nie Chiń­czycy, kiwa­jąc gło­wami.